poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Nieszczęścia zawsze idą parami.


8 sierpnia 2016 r.
Dni dzielące zgon wojewodziny do pogrzebu, wydały się Ninie wiekiem. Nazajutrz otworzyła testament zmarłej, w którym znajdowały się wskazówki, co ma robić przed i po pogrzebie. Stara dama zabroniła jej zawiadamiać o swojej śmierci Starewicza. Wyobraziwszy sobie, jakie obrzydliwe sceny mogły się rozegrać przy trumnie wojewodziny, Nina była wdzięczna starej damie, że na pogrzebie Starewicza nie będzie. Depeszą wezwała z Radomia zaufanego notariusza, prowadzącego od lat sprawy majątkowe wojewodziny. W Lipieńcu nie zamierzała niczego zmieniać. Gospodarstwa doglądał rządca, pan Marcinkiewicz, całym sercem oddany swojej pani. Wiedziała, że może całkowicie na nim polegać. Razem z ciotką Marią i proboszczem zajęła się pogrzebem.
Zwłoki zmarłej zostały przewiezione do Makowa, a sama ceremonia była bardzo uroczysta. Nie bacząc na niespokojne czasy, do Makowa zjechali sąsiedzi i dalsi znajomi, aby pożegnać wojewodzinę, pochodzącą ze starego książęcego rodu. Powstanie uniemożliwiło przybycie jej arystokratycznej familii z Galicji, Ukrainy i Litwy. Po mszy żałobnej, trumna spoczęła w krypcie podziemnej, a goście po stypie podanej w różanym ogrodzie, rozjechali się do domów.
Zachód słońca w Górach Świętokrzyskich
Przez cały pochmurny dzień panował tropikalny upał. Dopiero pod wieczór wiatr rozpędził gromadzące się chmury i na zachodzie ukazał się skrawek czystego nieba, a na nim bezpromienna kula słońca, zapowiadająca dalszy upał. Nina wyszła z sypialni na taras, gdzie wiatr przynosił od stawu odrobinę chłodu. Zdjęła z siebie ciężką żałobną suknię, a Ulisia rozsznurowała jej gorset i podała lekki muślinowy peniuar obszyty koronkami. Rozpuściła włosy ciążące jej na głowie i odetchnęła z ulgą. Z parku płynął zapach róż, jaśminów i kwitnących goździków, wraz ze szmerem liści, poruszanych leciutkim powiewem wiatru. Nina drżącą ręką dotknęła spoconego czoła i starała się uspokoić mocno bijące serce. Z sypialni wyjrzała Ulisia i oznajmiła, że kąpiel gotowa. Nina z rozkoszą zanurzyła się w chłodnej, pachnącej kwiatami wodzie. Była bardzo zmęczona i zadowolona, że goście rozjechali się do domów, nie nocując w pałacu. Domownicy pomęczeni upałem i całodzienną krzątaniną, prędko rozeszli się do swoich pokoi na spoczynek i w domu zapanowała cisza.
- Czy chcesz, żebym dziś z tobą spała?- spytała Jaga, dzieląca z nią łoże przez trzy dni dzielące od pogrzebu.
- Dziękuję, nianiu.- Nina siedząc przy toaletce, wycierała ręcznikiem mokre włosy. - Słyszałam od starszych ludzi, że dusze zmarłych, tylko do dnia pogrzebu odwiedzają znajome miejsca. Potem odchodzą w zaświaty, aby już nigdy nie powrócić. No, większość dusz nie wraca... - dodała półgłosem.
- Co ty pleciesz? - zdenerwowała się Jaga. - Niby kto stamtąd powrócił?
- Nie próbuj udawać, że nie wiesz, kogo mam na myśli! - Nina sięgnęła po filiżankę i napiła się wody sodowej z sokiem wiśniowym. - Wkrótce rocznica jej śmierci. Chyba jednak zamówię mszę żałobną w klasztorze w Świętej Katarzynie.
- A ja ci mówię, nie myśl o takich sprawach przed snem. - Jaga zapaliła lampkę nocną, stojącą na stoliczku przy łożu i strzepnęła poduszki. Wprawdzie Ulisia ścieliła łoże bardzo dokładnie, lecz niania zawsze musiała coś jeszcze poprawić. - No, połóż się, dziecinko. Ja także pójdę spać, bo nogi mi bardzo spuchły z tego upału. Mógłby już spaść deszcz.
Nina wstała i kończąc splatanie warkocza, podeszła do niej, objęła ją i ucałowała na dobranoc.
- Nianiu, błagam, nie przemęczaj się. Tak się zachowujesz, jakby nie było pani ochmistrzyni, Kumosi i służby. Oszczędzaj siły, najmilsza. Może jutro poleżysz?
Jaga odmownie potrząsnęła głową i oddawszy jej pocałunek, wyszła. Grot, mający swoją poduszkę w buduarze, wziął ją w zęby i przeniósł do sypialni, kładąc się obok łóżka swojej pani. Nina dokończyła wieczorną toaletę, wcierając w ręce krem wybielający i z rozkoszą spoczęła w miękkiej, pachnącej pościeli. Alabastrowa lampka nocna rzucała krąg delikatnego, różowawego blasku. Przymknęła powieki i próbowała zasnąć, lecz wydarzenia dnia były zbyt bolesne, aby mogła o nich zapomnieć. Miała jeszcze w uszach, zgrzyt żelaznej kraty w krypcie grobowej, odgradzającej raz na zawsze zmarłą od świata żywych.
Przypomniała sobie, jak przed rokiem, wojewodzina jeszcze pełna życia i energii, uczestniczyła w pogrzebie hrabiny Tekli, a potem Pauli. Teraz spoczywa obok przyjaciółki, przeżywszy ją tylko o rok. Ninie trudno było pogodzić się z myślą, że gdy nazajutrz pojedzie do Lipieńca, wojewodziny już tam nie zastanie. Nie usłyszy jej donośnego głosu, ani stukania laski, jaką się podpierała. Była pewna, że stara dama nie zmarłaby tak prędko, gdyby nie przeklęta wizyta Starewicza. Ukochany wnuk, zadał jej śmiertelny cios w samo serce. Reszty dokonała troska o życie Aleksa i niewiara w zwycięstwo powstania.
Choć usiłowała odsunąć od siebie przykre myśli, lecz nerwy miała napięte i ciągle wytężała słuch, pragnąc złowić jakikolwiek odgłos z zewnątrz. Lecz przez grube, obite jedwabiem ściany sypialni, nie przedostawał się żaden szmer. Miała wrażenie, że w domu panuje jakaś osobliwa i jakby złowieszcza cisza. Ostatnie noce, prawie bezsenne, dały się jej we znaki do tego stopnia, że przy kolacji zaczęły jej opadać powieki. Tymczasem, leżąc w wygodnym łożu, nie mogła się odprężyć i zapaść w sen. Mimo woli wzdrygnęła się i przeszedł ją zimny dreszcz. Wsparła się na łokciu i zapaliła świecę w lichtarzu, spoglądając na tarczę zegara - dochodziła północ. Dotknęła dłonią głowy śpiącego psa. Spojrzał na nią, zaskomlił i ponownie zasnął. Z głębi parku dobiegł ostry, przeszywający krzyk nocnego ptaka. Zdmuchnęła świeczkę i opadła na poduszki. Niespostrzeżenie zapadła w sen.
Przyśniło się jej, że przez ogród pełen białych kwiatów idzie wojewodzina. Stara dama kroczyła w czarnej aksamitnej krynolinie i koronkowym czarnym szalu, zakrywającym siwe włosy, dokładnie tak, jak była ubrana do trumny. Weszła po schodkach na taras i zaglądnęła do sypialni, a następnie zapukała kościstym palcem w szybę. Nina wyraźnie widziała jej woskowe, nieruchome rysy i przymknięte powieki, pomiędzy którymi przeświecało białko.
Momentalnie usiadła na łóżku, oblana zimnym potem i śmiertelnie przerażona, bo teraz już naprawdę usłyszała pukanie w szybę drzwi na taras."Wielki Boże, wojewodzina przyszła!" - pomyślała, cała drżąca pod wrażeniem strasznego snu. Grot zerwał się, ale nie szczekał, tylko zaskomlił. Ogarnięta przeraźliwym lękiem, wyskoczyła z łóżka i boso pobiegła do pokoju Jagi, słysząc za sobą coraz mocniejsze stukanie.
- Nianiu, obudź się, na miłość boską! - zawołała, pochylając się nad pochrapującą smacznie Jagą. Potrząsnęła nią czując, że jest bliska obłędu. - Nianiu, wojewodzina przyszła do mnie i puka w szybę! Nianiu, ja się boję!
Jaga gwałtownie wyrwana w głębokiego snu, uniosła się i nieprzytomnie macała dokoła siebie rękami, szukając zapałek i świecy.
- Co się stało? - wybełkotała na wpół jeszcze śpiąca.
- Nianiu, śniła mi się wojewodzina. Weszła na taras i zapukała w szybę drzwi, a kiedy się obudziłam, okazało się, że ktoś rzeczywiście puka w szybę! - mówiąc to, Nina nie potrafiła powstrzymać się od szczękania zębami i kuliła się, gotowa wszcząć alarm i obudzić cały dom.
Wątły ogienek oświetlił zaspaną twarz Jagi, w przekrzywionym czepku na głowie.
- Kto puka w szybę? - dopytywała się, mrużąc oczy i usiłując zrozumieć o czym mówi Nina.
-Wojewodzina przyszła i stuka.... - powtórzyła Nina, aż podskakując z rozdygotanych nerwów.
Jaga żachnęła się gniewnie i spojrzała na nią z politowaniem. Stękając, wstała z łóżka i narzuciwszy na ramiona szal, wsunęła nogi w papucie.
- Doprawdy, wstyd mi za ciebie. - powiedziała z gniewem.- Uspokój się i nie opowiadaj bredni! Jeżeli okaże się, że obudziłaś mnie bez powodu, zapomnę o twoim tytule i dam ci w skórę trzepaczką. Zapamiętaj sobie raz na zawsze, że duchy nie muszą pukać, ponieważ nie posiadają ciała i mogą przejść przez ścianę! Matko święta, jakie to głupie dziewczynisko z tej mojej Niny. No, chodź, chcę zobaczyć twojego "ducha"!
- Nie, boję się! - wyjąkała Nina, zupełnie roztrzęsiona strasznym i realistycznym snem. - Nigdy w życiu się nie bałaś?
- Owszem, kiedy zaczęłaś mówić! - prychnęła ironicznie Jaga. - I chodzić!
Nina cały czas trzęsła się jak osika z niewyobrażalnej trwogi i dziwnego przeczucia, że to jeszcze nie wszystko, że czeka ją coś o wiele gorszego. Jaga bezceremonialnie chwyciła ją mocno za rękę i pociągnęła za sobą.
- Mężatka, matka, a zachowujesz się jak ogłupiały wiejski kuropłoch! - gderała, drepcząc raźno. Nina szła za nią posłusznie, pokonując siłą woli dręczący ją lęk.
Weszły do sypialni i zaczęły pilnie nadsłuchiwać.
- E, to tylko ci się przyśniło. - wzruszyła ramionami Jaga. - Tam nikogo nie ma.
- Ja wiem, że to była wojewodzina! - upierała się Nina. - Już nie spałam, jak pukała.
Naraz obie podskoczyły nerwowo, bo ktoś ponownie zapukał w szybę. Nina krzyknęła i cofnęła się w odruchu trwogi. Tym razem Grot zaszczekał, ale jakby z obowiązku, bo machał przy tym kilka razy ogonem.
- Kto tam? - spytała niepewnie Jaga, odchylając ciężką aksamitną kotarę i wyglądając na taras.
- Niechże jaśnie pani otworzy. To ja, Tomek! - zawołał młody, zniecierpliwiony głos i pukanie powtórzyło się bardzo energicznie, aż szyba zadrżała.
- Chryste!- przeraźliwie krzyknęła Nina, rzucając się do drzwi. Otwarła je szeroko, tak gwałtownie, że zerwała koronkową firanę.- Pan żyje?- wyszeptała, wpatrując się w chłopca oszalałymi z przerażenia oczami.
- Żyje, ale ciężko ranny.
Nina zachwiała się na nogach, wpatrując się w Tomka.
- Gdzie zostawiłeś pana? - zapytała Jaga, nalewając do filiżanki wody sodowej i podając mu ją.- Napij się, a potem siadaj i opowiadaj, co się wydarzyło. - poleciła, mocno obejmując chwiejącą się Ninę. 

Była również zrozpaczona straszną wiadomością, lecz nie straciła głowy.
- Zostawiłem pana u chłopa, koło Nowej Słupi. - odpowiedział ochrypłym głosem i oparł się plecami o ścianę, goniąc ostatkiem sił. - Kula przeszła na wylot przez piersi. Pan ma gorączkę i jest nieprzytomny. Szedłem do Makowa piechotą i trochę się zmęczyłem....
- Widzę. Chodź tu, synku, siadaj na kanapce, napij się i opowiadaj. Potem coś zjesz i wypoczniesz. Nina, usiądź wygodnie, bo się przewrócisz. - pogładziła chłopca po mokrych od potu włosach.
Tomek chciwie wypił wodę i ciężko odetchnął, jak stary spracowany człowiek. Grot obwąchał go i polizał po ręce, piszcząc żałośnie. Nina milczała, nie odrywając od niego nieruchomych, szeroko otwartych oczu, niemal czarnych z napięcia. Chłopiec przez chwilę odpoczywał, a następnie zaczął opowiadać, co jakiś czas przerywając i wzdychając.
Oddział forsownymi marszami gonił pułkownika Czachowskiego, starając się wykonać rozkaz Rządu i połączyć się z nim. Ale stary wódz kluczył, jak ścigany lis, uciekając przed przeważającymi siłami wroga, po drodze odgryzając się nieprzyjacielowi, bo wszędzie partia napotykała ślady potyczek i ledwie zagrzebane trupy poległych. Ze wszystkich stron, jak kruki do padła, ściągały kolumny rosyjskie, chcąc zamknąć Polaków w kotle. Oddział Aleksa wywijał się im z rąk, jak piskorz, lecz Rosjanie byli przed nimi, za nimi i po bokach. Niemal codziennie dochodziło do starć z patrolami kozackimi i dragonami. Tymczasem pułkownik nagle jakby zapadł się pod ziemię i słuch o nim zaginął. 
Wysyłani na zwiady ludzie meldowali o obecności nieprzyjaciela, lecz po Czachowskim nie było śladu. Powstańcy byli już tak pomęczeni, że na postojach walili się na gołą ziemię, nie mając nawet siły ugotować sobie ciepłej strawy. Pożywiali się sucharami i popijali je wodą ze strumienia, lub wódką. Naczelnik zwołał naradę oficerów i oświadczył, że pogoń za pułkownikiem jest bezcelowa, ponieważ Czachowski nie zamierza się ujawniać i po jakimś czasie pokaże się tam, gdzie nikt się go nie spodziewa. Iść dalej, znaczyło narazić się na okrążenie i bitwę z potężnym, posiadającym artylerię nieprzyjacielem. Naczelnik nie zamierzał kusić losu i narażać partii na rozbicie. Proponował powrót w Góry Świętokrzyskie i przeczekanie złej passy do czasu, aż Czachowski pojawi się gdzieś w okolicy. Oficerowie zgodzili się ze zdaniem dowódcy i oddział zawrócił, kierując się ku zbawczej puszczy i górom. Po drodze, życzliwi gajowi ostrzegali, że od gór oddziela ich duża kolumna, złożona z kozaków, piechoty i dwóch armat. Przeczekali w ukryciu cały dzień i dopiero nocą ominęli Rosjan łukiem i poszli ku widniejącym już z dala wzgórzom.
Niedaleko Szczytnika, przyszedł do obozu leśniczy i zawiadomił powstańców, że na ich spotkanie ciągną kozacy, kierowani przez chłopów. Kozacy pragnęli połączyć się z pułkownikiem Gołubiewem i musieli rozbić partię, żeby otworzyć sobie do niego drogę. Jeszcze tej samej nocy, wywiadowcy wyśledzili obóz kozacki. Zaskoczeni we śnie kozacy, prawie nie stawiali oporu, bo zaraz wsiadła im na kark straszliwa w bliskim starciu kosynierka. Jeńców nie brano. W ręce powstańców wpadło wiele żywności, konie i broń. Droga ku górom była otwarta!
Tomek zamilkł, oblizując suche wargi i chciwie łapiąc oddech. Jaga podała mu cały dzban wody z sokiem. Spojrzał na nią z wdzięcznością i wypił wodę duszkiem. Był bardzo zmęczony, lecz widząc, z jaką uwagą kobiety go słuchają, odetchnął i opowiadał dalej .
Musieli omijać wsie, spali pod gołym niebem, lecz na to nie było rady, bo od Zawichostu, Opatowa, Sandomierza, zbliżali się Rosjanie. Oddział maszerował nocami, w dzień zaszywał się głęboko w las i odpoczywał. Nareszcie znaleźli się w pobliżu Nowej Słupi, w puszczy, a przed nimi otwarła się wąska gardziel wąwozu. Był wczesny ranek, naczelnik rozkazał zwiadowcom zbadać teren. Nie stwierdziwszy nic podejrzanego, zwiadowcy dali znak, że droga wolna. Oddział wolno wszedł w wąwóz: najpierw konnica, potem piechota, na końcu kosynierzy. Spokojnie przeszli połowę drogi i wtedy rozpętało się piekło!
Rosjanie już dawno musieli śledzić przemykających chyłkiem powstańców i w idealnym miejscu urządzili na nich zasadzkę. Boki wąwozu obsadzono strzelcami, zewsząd rozlegały się salwy karabinowe. Naczelnik zarządził odwrót, lecz wlot wąwozu był już zablokowany przez piechotę i sotnię kozaków. Tomek ponownie przerwał i naraz zachłysnął się łzami.
A. Grottger. Bój
 - Słodki Jezu, co tam się działo! Zaraz na początku kilkunastu chłopców padło trupem. Ludzie ratowali się, uciekając gdzie kto mógł, ale wszędzie trafiali pod lufy karabinów. Pan naczelnik zrozumiał, że koniec z nami, ale wyjechał do przodu i krzyczy:"Chłopcy, za mną! Wyrąbiemy sobie drogę szablami i kosami!" - i pierwszy polecił z szablą na Moskali. Wielu poszło za nim, siekąc kosami i strzelając burkom prosto w twarze. Ale Moskale ustawili na skraju wąwozu armatę. Jak wystrzeliła, to z ludzi i koni zrobił się jeden kłąb! Ranni tarzali się po ziemi we krwi. Ale pana naczelnika nie trafili i dalej pędził na przedzie, tnąc szablą i strzelając z rewolweru do zastępujących mu drogę burków. Kilkunastu naszych się przebiło, reszta została w wąwozie. Moskale byli już wszędzie, cały las roił się od nich. Kto jeszcze żył, szukał kryjówki. Patrzę, a pan naczelnik rozkłada ramiona i wali się z konia na ziemię! Wołam, krzyczę, żeby ratowali, ale gdzie tam. Każdy już dbał tylko o własną głowę. To nie czekałem aż burki pana dobiją, tylkom puścił konia i zaciągnąłem pana pod skałę, a tam trafiła się stara sztolnia po dawnej kopalni, więc wlazłem w jamę i wciągnąłem tam pana. Siedzieliśmy w tej sztolni cały dzień, dopiero jak Moskale sobie poszli, to przyniosłem panu wody w manierce.
Tomek zasłonił twarz ramieniem i wybuchnął rozpaczliwym szlochem.
- Matko Najświętsza, co tam naszych zostało! Chłopaki z Makowa, wójtów syn, syn pana ekonoma z Borku, nasz lokaj Filipek, stajenny Felek Burak, nasze parobczaki i panowie ze dworów. Wszyscy leżeli pokotem. Moskale obdarli ich z przyodziewku, ino gacie im zostawili. Potem przyszli chłopi z łopatami, wykopali głęboki dół i wrzucili do niego naszych chłopców, jak tę padlinę, bez pacierza i bez księdza. O mój Ty, Jezu, kochany!
Nina i Jaga skamieniałe z okropnego przerażenia, nie mogły wydobyć z siebie głosu.
- Cały dzień przesiedzieliśmy w tej jamie. Pan naczelnik napił się wody, - podjął Tomek, wycierając łzy rękawem - i trochę oprzytomniał. Podparłem go i poszliśmy. Wędrowaliśmy przez kawał nocy, nad ranem trafiając na chatę w lesie. Chłop zgodził się przyjąć pana i zaprzysiągł mi na krzyżu, że nie wyda go Moskalom, bo mu powiedziałem, że to dobry pan, co zniósł pańszczyznę i ziemię rozdał darmo ludziom. Położyłem pana w stodole, obwiązałem mu rany szmatami i pomyślałem, że trzeba dać znać jaśnie pani, że pan ranny, i sam do domu nie dojdzie. Potem poszedłem do Makowa i już... - Tomek zakaszlał i zamilkł.
Jaga pierwsza ochłonęła z wrażenia. Spojrzała na trupio bladą Ninę, na jej rozszerzone oczy, patrzące przed siebie błędnym wzrokiem i pomyślała, że jeśli hrabia umrze, Nina go nie przeżyje. Ale nie pozwoliła sobie na chwilę słabości, zupełnie w tej sytuacji niewskazaną. Poderwała się i mocno nią potrząsnęła.
- Nie siedź jak ten kołek, tylko rusz się! - upomniała ostro, pragnąc wyrwać Ninę z przerażającego stanu osłupienia. - Czas upływa, a pan potrzebuje naszej pomocy. Idę budzić ludzi, a ty, chłopcze, chodź do kuchni. Musisz coś zjeść i odpocząć. Nina, ubieraj się, trzeba obudzić Maćka. Niech szykuje powóz, musicie przywieźć pana do domu.
Wybiegła z sypialni, prowadząc z sobą chłopca. W tej pełnej życia i inicjatywy kobiecie, trudno się było dopatrzyć ociężałej, flegmatycznej niani. Nieszczęście wyzwoliło drzemiącą w niej energię. Ale jej słowa odbijały się tylko o uszy Niny, zupełnie do niej nie trafiając. Ogłuszona straszną nowiną, straciła właściwą sobie aktywność i siedząc na brzeżku fotela, bezmyślnie ogryzała paznokcie, wpatrując się przed siebie niewidzącym wzrokiem. Serce jej biło powoli i ciężko, wstrząsały nią dreszcze, a w duszy czuła dziwny lęk, mocniejszy od rozpaczy. "Nie, to niemożliwe, Alek wcale nie został ranny. To tylko zły sen".- myślała leniwie, wzruszając ramionami, jak o rzeczy, która nie mogła się wydarzyć. Gdzieś, z głębi domu doszły do jej uszu szybkie kroki. Zadudniły schody pod zbiegającymi z piętra służącymi. Dom się obudził.
- Nie, to niemożliwe! - krzyknęła, chwytając się obiema rękami za włosy i ciągnąc je tak mocno, że ból przywrócił jej przytomność.
Zerwała się i z pośpiechem zaczęła się ubierać, rozrzucając wywleczone z garderoby suknie. Wciągnęła spodnie, decydując się wziąć męski strój, wygodniejszy w podróży. Za pas zatknęła pistolet, a potem przystanęła i zaniosła się krótkim łkaniem, bo ten ubiór przypomniał jej nocną jazdę do leśnego obozu. Stłumiła płacz i odruchowo przygładziła włosy potargane we śnie:"Trzeba obudzić pana Bochniaka i wziąć ze skarbca pieniądze. Może trzeba będzie kogoś przekupić." - pomyślała, ściągając z namysłem brwi. Krzątała się po sypialni, nie dopuszczając do siebie myśli, że Jaś i Tadeusz mogli zginąć w zasadzce. Postanowiła spytać o to Tomka.
W głębi serca błogosławiła tego wspaniałego chłopaka, który narażając życie, uratował Aleksa od niechybnej śmierci. Prędko pobiegła na piętro do gabinetu, otwarła skarbiec i wyjęła z niego kilka tysięcy rubli. Zwinęła pieniądze w rulon i wsunęła je za pazuchę. Wychodząc z pokoju, spojrzała na portret kasztelana. Wydało się jej, że patrzy on na nią ze współczuciem.
- Dziadku, Alek jest ciężko ranny, wiesz?- poskarżyła się i tak prędko przełknęła napływające do gardła łzy, że omal się nie udławiła i dostała nerwowej czkawki.- A może on już nie żyje? - zadała sobie straszne pytanie.
Wypowiedziawszy te słowa na głos, uświadomiła sobie w całej pełni dramatyczną rzeczywistość. Jak podcięta batem, rzuciła się naprzód z takim pośpiechem, że pośliznąwszy się na polerowanym marmurze schodów, o mało nie runęła w dół. Boże, mąż ranny, wygląda od niej pomocy, a ona grzebie się jak mucha w mazi! W całym domu zaczął się gorączkowy ruch. W korytarzach i pokojach służbowych błyskały światła, słychać było pełne obawy szepty. Przez park popędziła do stajni i długo dobijała się do masywnych wrót, tłukąc w nie pięściami, dopóki nie otworzył ich zaspany stajenny.
- Natychmiast obudźcie mego stangreta! - rozkazała.
Maciek przybiegł w samych płóciennych kalesonach i w koszuli, tak jak porwał się z posłania. Na widok pani poczerwieniał i pochwyciwszy końską derkę, okrył się nią pośpiesznie.
- Moskale? - zawołał, widząc jej zmienioną, trupio bladą twarz.
- Pan ciężko ranny. Musimy go przywieźć do domu. Przygotuj karetę albo lando.
- Maryjo, Józefie święty! - wykrztusił roztrzęsiony. - Daleko pojedziemy?
- Pan leży w chłopskiej chacie koło Nowej Słupi. Tomek mi o tym powiedział. Przyszedł do Makowa piechotą. Partia rozbita, bo wpadli w zasadzkę i wielu zginęło. Zatrzymaj tę wiadomość dla siebie. Nie chcę tu paniki.
- A pewnie. Na złą wiadomość zawsze jest czas. - mruknął pod nosem..- Niechże jaśnie paniulka wraca do pałacu, zaraz tam przyjdę, ino się ogarnę. Aha, koło Słupi kareta nie przejedzie, bo drogi tam paskudne.
Zanim doszła do domu, Maciek już ją dogonił, narzuciwszy na siebie w pośpiechu, co mu wpadło pod rękę. W kredensie siedział Tomek i jadł, a raczej pożerał smażoną kiszkę i jajecznicę na boczku. Kumosia rzewnie pociągając nosem, znosiła ze spiżarni coraz to nowe zapasy żywności i pakowała je do wiklinowego kosza. Przy Tomku stała Emilka, śmiertelnie blada, z posiniałymi ustami i patrzyła na niego z rozpaczą, ale nie płakała. Nina podeszła do niej i przycisnęła ją do piersi. Inaczej nie potrafiła okazać jej swojego współczucia. Tomek przerwał posiłek i wstał.
 - Jedziemy?
- Za chwilę. Usiądź i kończ jedzenie. Musisz mieć dużo sił. - powiedziała Nina, kładąc mu rękę na ramieniu.- Powiedz nam tylko, czy do tej chaty zajedziemy karetą lub powozem?
- Nie - Tomek spojrzał na niedojedzoną kiszkę i przełknął ślinę.- Pełno tam kamieni i droga ciągle pod górę. Musimy wziąć tę bryczkę, którą jechaliśmy w zimie. Nasze wałachy uciągną bryczkę choćby na Łysą Górę. - oblizał się, patrząc łakomie na stygnącą jajecznicę.
- Jedz!- powtórzyła Nina. - Kumosiu, trzeba wyszukać dla Tomka jakieś ubranie pana, bo biedak chodzi w łachmanach. Musimy zabrać z sobą prowiant na kilka dni, bo nie wiadomo kiedy wrócimy.
- Pojadę z tobą! - oznajmiła Jaga.
- Wykluczone! Nie zniosłabyś takiej jazdy. Nianiu, proszę, nie sprzeczaj się ze mną! - Nina podniosła głos.- Weźmiesz Stacha, Kumosię i Walentego, pojedziecie do Zameczku, przygotować dom na przyjęcie pana.
- Jak to? Chcesz przywieźć pana do Zameczku? Dlaczego nie do Makowa?
- Bo ze Słupi bliżej do Zameczku. Powiadomcie lekarza, bo możemy go pilnie potrzebować.
Do kredensu zaczęły zaglądać kobiety, wypytując Tomka o swoich bliskich.
- Dajcie chłopakowi spokojnie zjeść! - zawołała gniewnie Nina.- Tylko pan hrabia został ranny, innym nic nie grozi. Wracajcie do łóżek.
Nie mogła dopuścić, żeby wiadomość o rozbiciu partii rozniosła się po okolicy. W zaistniałej sytuacji należało zachować ścisłą tajemnicę. Tylko przybyłemu panu Bochniakowi powiedziała szeptem prawdę, prosząc o zachowanie sekretu.
- Ja pojadę po pana hrabiego. Tam potrzeba silnych mężczyzn.- ofiarował się rządca z pomocą, nie chcąc jej narażać na dalsze wstrząsy, bo już wyglądała jak zjawa z tamtego świata.
- Nie. Ja także jestem silna, panie Bochniak. Pan będzie potrzebny w Makowie, bo nie wiem kiedy wrócę. Proszę łaskawie zawiadomić proboszcza i panią Siekielską . Nikogo więcej.
- Rozumiem. Aż strach pomyśleć, co by się tu działo, gdyby dowiedziano się o pogromie partii.- starał się kontrolować swoje zachowanie, lecz Nina i tak spostrzegła, jak bardzo jest przejęty i zdenerwowany.
A. Grottger. Posłaniec.
Pod Emilką załamywały się nogi, więc usiadła przy stole, opierając oba łokcie o blat. Była wprost porażona strasznym nieszczęściem, ale nie płakała i panowała nad sobą. Ninie imponowała jej siła woli i odwaga. Tomek nareszcie skończył jeść, więc panie zaczęły go rozpytywać o losy najbliższych.
- Widziałem, jak pan doktor płazował szablą uciekających i wołał, żeby szli za panem naczelnikiem. Pan porucznik Siekielski zastawił im nawet drogę koniem, ale kto powstrzyma ludzi, którym śmierć zagląda w oczy? Przewalili się przez niego i więcej go nie widziałem. Zdaje się, że pan Barycz jechał za naszym panem. Może Moskale wzięli ich do niewoli? Albo udało się im umknąć do Galicji?
- Jeżeli Janusz żyje, to z pewnością da nam o sobie znać.- odezwała się Emilka, otrząsając się z przygnębienia.
- Pan naczelnik zawsze przykazywał chłopcom, żeby po bitwie wracali do leśnego obozu, bo tam Moskale nie przylezą.- Tomek ziewnął czując, że powieki same opadają mu na oczy. Maciek pociągnął go za kołnierz.
- Nie śpij. Lepiej chodź ze mną, obejrzymy bryczkę, bo po drodze nic nie może się zepsuć.
- A nakarmcie porządnie konie! - przypomniał pan Bochniak.
Maciek popatrzył na niego z politowaniem, wzruszył ramionami i ciągnąc za sobą Tomka, wyszedł z kredensu. Obudzony pan Szymon poganiał w kuchni kuchcików, przygotowując żywność na kilka dni dla czterech osób. Nina wróciła do sypialni i zaczęła pakować do torby niezbędne rzeczy: cywilne ubranie dla męża, płótno na bandaże, szarpie, czyste ręczniki, a nawet całe prześcieradła, na wypadek, gdyby trzeba było chorego owinąć. Wzięła dwa puchowe jaśki i podniosła głowę, usłyszawszy skrzypnięcie drzwi. Do pokoju wsunął się Walenty. Był bardzo zmieniony i drżały mu ręce.
- Pan hrabia ranny... - wyszeptał. - Paniuleczko złocista, może ja mógłbym jechać? Przecie znam się dobrze na ranach. - patrzył na nią błagalnie.
Nina zakryła dłonią usta, tłumiąc wybuch płaczu.
- Dziękuję Walentemu, ale to niemożliwe.- po omacku zaczęła szukać chusteczki, bo łzy ją oślepiały. - Ale proszę jechać do Zameczku, bo tam przywiozę pana. Potrzebna mi będzie czysta bielizna. Muszę go przebrać.
Kumosia i Jaga przygotowały podróżną apteczkę: arnikę, zioła przeciwgorączkowe i przeciwzapalne, dodając kilka butelek mocnego wina oraz butelkę spirytusu do odkażania ran. W sieni, Nina natknęła się na Emilkę, także gotową już do drogi.
- Nie budziłam mamy.- powiedziała półgłosem. - Lepiej niech jeszcze nic nie wie. Tak mi przykro, że nie mogę ci towarzyszyć, ale teraz jadę do panny Lasewiczówny, zdać jej sprawę o rozbiciu partii, a potem aż do Sosnowca z rozkazami. Modlę się, żebyś bezpiecznie przewiozła pana Aleksandra do Zameczku. Niech cię Pan Bóg prowadzi i chroni od złego.
Przez chwilę obie tuliły się do siebie, targane jednakową rozpaczą.
- Kochanie, jestem pewna, że Jaś i Tadek ocaleli. Bądź dobrej myśli.- pocieszyła ją Nina na pożegnanie, sama nie bardzo wierząc w swoje słowa.
Przed wyjazdem kazała zamknąć w pokoju Grota, bo pies zachowywał się bardzo niespokojnie i bała się, ze może za nią pobiec. W ostatniej chwili, Jaga rzuciła na bryczkę dwa duże pledy, o których Nina całkiem zapomniała. Wyruszyli z Makowa przed wschodem słońca. Domownicy długo stali na ganku, patrząc za odjeżdżającą bryczką i modlili się o szczęśliwy powrót pana. 
Zaraz za bramą ruszyli galopem. Mocno okuta bryczka, kryta daszkiem od deszczu, turkotała monotonnie, a wypoczęte konie rwały przed siebie, aż przydrożne drzewa uciekały w tył z przerażającą szybkością. Maciek ponaglał jeszcze konie, trzaskając z bata. Na nierównościach gruntu zarzucało bryczką na boki, grożąc przewróceniem. Siedzący na koźle Tomek drzemał, kurczowo trzymając się barierki.
- Uważaj bąku, bo zlecisz i kark skręcisz! - upominał go Maciek po bratersku, ale zmęczenie było silniejsze od obawy upadku i za moment Tomek chrapał, kiwając się w przód i w tył. Nina, obawiając się żeby nie wypadł, kazała mu przesiąść się do wnętrza bryczki na kanapkę. Chłopak usiadł na niej i natychmiast usnął.
Nina podrzucana w pędzie, nawet tego nie czuła, pogrążona w ponurych myślach. Podejrzewała, że Tomek nie powiedział jej całej prawdy o Aleksie. Może nawet nie orientował się, jak ciężko był on ranny. Nina znała się trochę na ranach postrzałowych, umiała opatrywać zranienia i udzielić pierwszej pomocy. Zdawała sobie jednak sprawę, że przy ranie postrzałowej w pierś, musiał nastąpić wewnętrzny krwotok i ranę należało sondować. Zioła jakie wiozła, mogły od biedy powstrzymać krwawienie, ale chory potrzebował pomocy dobrego chirurga. Boże, gdyby Jaś był blisko....
Czując swoją niemoc i bezradność, jaką zawsze się odczuwa, kiedy choruje ukochana osoba, wzniosła oczy ku jaśniejącemu na wschodzie niebu i zaczęła się modlić. Gwiazdy bladły, lekkie obłoczki niesione wiatrem przybrały barwę różową i złotą, a ona wpatrzona w bezmiar kosmosu i zawieszone w próżni światy, szeptała znajome od dzieciństwa słowa modlitwy, które teraz nabierały mocy zaklęcia. Z trwogą zadawała sobie pytanie, czy zastanie jeszcze męża żywego? A może przybędzie za późno i tylko po to, by przewieźć jego ciało do Makowa i złożyć je w krypcie grobowej? Na tę myśl chwytała ją straszna rozpacz i szukając pomocy, powtarzała w kółko litanie i pacierze, aż do zupełnego otępienia.
Ze zmęczenia kręciło się jej w głowie, przygniatał ją ciężar smutku, w końcu nastąpiło zupełne zobojętnienie i jakby paraliż woli. Wydawało się jej, że mogliby ją pociąć na kawałki, a ona tego nawet nie poczuje. Nie zwracała uwagi na podskoki bryczki, zataczającej się w szalonym pędzie. Nie czuła, że ma posiniaczone ciało, a na podbródek spływa cienki strumyk krwi z przegryzionej wargi. Przyszło jej na myśl, że sen o wojewodzinie był ostrzeżeniem i zwiastunem nieszczęścia. Matka chrzestna Aleksa, przyszła ją powiadomić o jego rozpaczliwej sytuacji. Partia znowu była rozbita, ludzie poginęli i na nic nie zdała się jej podróż do Krakowa, okupiona śmiercią synka. Tyle trudu i pieniędzy poszło na marne.
Do leśnej chaty dojechali po południu. Byliby o wiele prędzej, lecz konie zaledwie mogły uciągnąć pod górę ciężką bryczkę, a po drodze musieli starannie omijać bardziej zaludnione tereny i drogi prowadzące do wsi. Nie posiadali żadnych przepustek, nie wzięli z sobą dokumentów i w razie zatrzymania przez patrol, zostaliby z pewnością aresztowani. Na szczęście chata znajdowała się dosyć daleko od najbliższej wsi. Stała pośród sadu, nieco przypominając Ninie leśniczówkę, gdzie spędziła z mężem kilka cudownych dni po ślubie.
S. Witkiewicz. Ranny powstaniec.
Zajechali na podwórze i Nina pierwsza zeskoczyła z bryczki, o mało nie runąwszy na ziemię jak długa, z przeszywającego bólu kręgosłupa, odbitego na twardym siedzeniu. Pojękując z cicha, pokuśtykała za Tomkiem do stodoły i rozglądnęła się, szukając wzrokiem męża. Ale nigdzie nie mogła go dojrzeć i włosy zjeżyły się jej na głowie, a serce podeszło do gardła. Pomyślała, że zaraz padnie trupem. Widocznie przybyli za późno!
- On jest w izbie. - usłyszała za sobą szorstki, nieprzyjemny głos.
Odwróciła się, unosząc ręce obronnym gestem. We wrotach stał niemłody chłop i patrzył na nią niemal wrogim wzrokiem.
- Przyjechaliśta po tego rannego Polaka? Zabierajta go zara, bo po wsi kręcą się kozunie. Znajdą go u mnie, to jego powieszą na belce w stodole, a mnie razem z nim. Cały dobytek pójdzie z dymem.
- Nie bójcie się, zaraz go zabierzemy. Jak on się czuje? - zawołała Nina rzucając się ku niemu.
Ale chłop nie odpowiedział, ruchem ręki nakazując jej iść za sobą. Przeszli przez małe podwórko i znaleźli się w niskiej, brudnej izbie, bardzo dusznej. W powietrzu unosiły się roje much. Na skleconym byle jak posłaniu leżał Aleks. Nina przypadła do niego z okrzykiem radości, osuwając się na kolana. Z niedowierzaniem i zgrozą wpatrywała się w jego zmienioną twarz, chude zapadłe policzki z kilkudniowym zarostem. Musiał mieć wysoką temperaturę, bo drżał po cienką płachtą, jaką był nakryty. Na jego policzki wystąpiły czerwone wypieki, a wargi pokrywał biały nalot. Nie otwierał oczu, chrypliwie chwytając oddech w poranione płuca. Nachyliła się nad nim, kładąc dłoń na jego rozpalone czoło.
- Aleczku, ukochany mój.- wyszeptała mu do ucha. - Jestem przy tobie. Spójrz na mnie, najdroższy.
Nie reagował, ciężko dysząc - był nieprzytomny. Z rozpaczą zwróciła oczy na stojącego w progu chłopa.
- Mój mąż nie odzyskał przytomności? Cały czas tak leży?- spytała, wyciągając z torby szarpie, płótno i spirytus.
- Ano leży. Wziełem go do izby, bo wrzeszczał i mógł nam kozuniów na kark sprowadzić. - odburknął opryskliwie chłop. - Zabierajta go zara i wynośta się z mojej chałupy. Nie głupim wisieć bez jednego zdychającego Polaka.
- Wy również jesteście Polakiem. - powiedziała łagodnie i pokiwała głową. - Nie lękajcie się, prędko odjedziemy i nikt się nie dowie, że tu byliśmy. Zapłacę wam za przechowanie męża. - próbowała zjednać go sobie, nie będąc pewną, czy się nie rozmyśli i nie sprowadzi kozaków.
- Hale, jeszcze mi głowa miła! - warknął z nieukrywaną wrogością. - Nie chcę od was żadnych piniędzy, ino wynoście się z mojej chałupy na złamanie karku! - posłał jej groźne spojrzenie i splunął na klepisko, zastępujące podłogę.
 Do izby weszła starsza kobieta, w chustce nasuniętej na oczy. Rozpaliła ogień pod piecem, udając, że w izbie nikogo nie widzi. Była równie nieprzyjaźnie usposobiona jak stary chłop. Wyładowywała złość, szurając garnkami po płycie pieca i mrucząc coś pod nosem.
- Pozwólcie mi tylko opatrzyć męża. Obiecuję, że nie będziecie mieli przez nas kłopotów. Czy pozwolicie wziąć trochę wody ze studni? - prosiła pokornie, gotowa w razie odmowy na kolanach błagać o kroplę wody. - Chciałam mu tylko rany obmyć.
- A weźcie se, studni nie ubędzie. Moja opatrzyła waszego, jak ta umiała, ale widzi mi się, że i tak pomrze, bo dychać nie może.
Maciek przyniósł wiadro zimnej wody, a Nina zamoczyła płótno i zaczęła delikatnie przemywać twarz męża. Ubłagała starą o odrobinę gorącej wody, którą nasączyła zakrwawione i przyschnięte do rany szmaty, jakimi był przewiązany. Jęknął, poruszył się, ale oczu nie otworzył. Przy pomocy obu chłopców, podniosła męża i zręcznie przewiązała rany czystym płótnem, obiecując sobie obejrzeć go dokładnie na postoju, gdzieś z dala od ludzkich siedzib.
"Jezu, jak ja go w takim stanie dowiozę do Zameczku?" - myślała, patrząc z przerażeniem na jego trupią twarz i zapadłe skronie. Rana była bardzo ciężka, lecz nie wymagała wyjęcia kuli, bo pocisk przeszedł na wylot przez prawą pierś. Okolice rany były mocno zaczerwienione i opuchłe, a wlot na piersiach i wylot na plecach zatkane były skrzepami krwi i ropy. "Boże, przecież on umrze, jak tylko go ruszymy!" - myślała z bólem w sercu, ale nawet nie próbowała prosić gospodarza, żeby pozwolił im pozostać.
Prowizorycznie opatrzyła rany i napoiła rannego zaparzonymi ziołami, zwalczającymi gorączkę. Przy pomocy chłopców przebrała go w czystą bieliznę i cywilne ubranie, powstańczy mundur wrzucając do ognia w piecu. Na koniec podsunęli pod niego pled i ostrożnie przenieśli rannego na bryczkę. Konie były już nakarmione i napojone, przez chwilę odpoczęły po szalonej jeździe. Ale przed dalszą podróżą należał się im dłuższy wypoczynek, inaczej mogły ustać w powrotnej drodze. Nina nieśmiało podeszła do chłopa.
- Niech wam Pan Bóg pobłogosławi za mego męża.- powiedziała z bladym uśmiechem. - Weźcie pieniądze, może przyniosą wam szczęście. - podała mu pięćset rubli.
Na widok takiej masy pieniędzy, babie oczy wylazły na wierzch i wpatrywała się chciwie w banknoty z otwartymi ustami. Ale chłop odtrącił z gniewem rękę Niny.
- Nie trza mi waszych jaśniepańskich rubli! Wynocha stąd, pókim dobry! - wrzasnął z wściekłością.
- Antek, zgłupiałeś? - baba pociągnęła go za rękaw. - Postawimy se nowy dom, kupimy kunia, a dziewusze damy wiano, kiej dziedziczce! - wyliczała w skupieniu, nie spuszczając łakomego wzroku z pieniędzy.
- Zawrzyj gębę, ty durna! - chłop szorstko odepchnął żonę. - Jak się wieś dowie, że mamy ruble, to co im powiesz? Doniosom ruskim, a oni chałupę nam spalą, a mnie powieszą na wrotach stodoły. Won! - ryknął na Ninę. - Bo was psami wyszczuję! Jaśnie panom zachciało się wojaczki, a naród ino ma zgryzotę. Wynocha, bo pójdę po kozuniów i uczciwie zarobię pięć srebrnych rubli!
Maciek nieznacznie sięgnął pod kurtkę, gdzie ukrył rewolwer, ale Nina oczami dała mu znak, żeby nie strzelał. Bez słowa wsiadła na bryczkę i wzięła głowę męża na kolana. Ruszyli wolno, bo obaj chłopcy oglądali się jeszcze za siebie ze srogimi minami.
- Bydło nie ludzie!- syknął Maciek przez zaciśnięte zęby, kiedy już zagłębili się w jodłowym borze. - Co za naród! Chciał sukinsyn wydać pana kozakom i "uczciwie" zarobić pięć rubli. O, ja sobie zapamiętam tego drania i wrócę tu kiedyś, żeby mu nocką chałupę spalić. Niech diabli mają z nich pociechę, jak się razem upieką. Psia jego mać!
- Nie warto, Maciuś. - Nina pochyliła się nad mężem i przytuliła jego głowę do piersi. - Nie był taki zły. Nie wydał pana mimo, że groziła mu śmierć za ukrywanie rannego powstańca. To nie są źli ludzie, ale zwyczajnie, boją się o swoje życie i dobytek. Nie rozumieją Sprawy, za którą inni oddają życie. Nikt ich nie nauczył kochać ojczyzny.
Przerwała, bo Tomek kiwnął się na koźle i byłby spadł pod koła, gdyby Maciek nie pochwycił go, w ostatniej chwili ratując przed przejechaniem. Nina rozejrzała się po okolicy. Byli w gęstym lesie, a droga wiła się pomiędzy skałkami, opadając ze stromego wzgórza.
- Maciuś, nie poganiaj koni! - wykrzyknęła, zauważywszy z niepokojem, że przy każdym podskoku bryczki, Aleks krzywi się z bólu. - Musimy jechać wolno, bo pan bardzo cierpi.
Maciek ściągnął lejce, obserwując idące powoli konie. Parskały i przystawały, żeby nabrać powietrza. Widać było, że są już bardzo zmęczone długą, uciążliwą drogą.
- Trzeba się gdzieś zatrzymać, żeby koniska odpoczęły, bo ledwie już nogi wloką. - zauważył z troską.- Myślałem, że gospodarz pozwoli się nam choć pożywić i da kwaśnego mleka. A on, psi syn, wygnał nas z chałupy, jak jakichś dziadoków.
- Tu, niedaleko, jest w lesie polanka. Ja zaprowadzę. - Tomek oprzytomniał i zeskoczywszy z bryczki, poszedł wąską ścieżką w głąb lasu.
  Znaleźli się na niewielkiej polanie, ukrytej w gęstwinie krzewów i drzew. Nigdy nie strzyżona trawa była miękka jak perski dywan. Ostrożnie znieśli rannego, układając go na rozłożonym na ziemi pledzie. Nina podsunęła mu pod głowę puchowy jasiek. Chłopcy prędko wykopali w ziemi głęboki dołek i obłożywszy go kamieniami, rozpalili ognisko. Na żelaznym trójnogu zawiesili kociołek z wodą, w tym czasie Nina przygotowała posiłek, smarując grube kromki pszennego chleba masłem i przekładając je wędliną. Kiedy woda zawrzała, zaparzyła esencję i rozlała do kubków gorącą herbatę, dolewając trochę wina. Jedli chleb, pieczeń na zimno i smażone w domu kurczęta, popijając jedzenie niemal wrzącą herbatą. Na widok plastrów bladoróżowej szynki, pachnącej jałowcem i wędzarnią, Nina poczuła straszny głód, lecz nie mogła przełknąć ani kęsa. Piła tylko chciwie mocną herbatę.
Aleks leżał bez ruchu oddychając z trudem. Tym razem mogła mu zrobić dokładniejszy opatrunek. Rany przemyła ciepłą wodą, a ich okolice zdezynfekowała spirytusem. Na koniec do obu ran przyłożyła tampony nasączone silnym wywarem przeciwzapalnych ziół. Przewiązała jego piersi bandażami z białego płótna podejrzewając, że może mieć złamane żebro. Ponownie zagotowała wodę i zarzuciła ją ziołami, które i jej uratowały życie po upadku z konia i wewnętrznym krwotoku. Był tam krwawnik, arcydzięgiel, dziewanna, tymianek, szałwia, żywokost i inne tajemnicze zioła, znane tylko Kumosi. Dosypała jeszcze piołunu przeciw gorączce. Podała napar mężowi, uważając, by się nie zadławił. Pił łapczywie, widocznie miał wielkie pragnienie, oczu jednak nie otworzył i był nieprzytomny. Troskliwie otuliła go pledami i przylgnęła do jego czoła ustami w długim pocałunku. Wpatrując się w jego szczelnie zamknięte powieki okolone długimi rzęsami, całą swoją istotą błagała Boga o cud. Żebrała o łaskę i nie dopuszczała do siebie myśli,że mąż może umrzeć. Dopóki ona nad nim czuwa, nic złego nie może mu się przydarzyć!
Zastanawiała się, czy nie dać mu do ust odrobiny wina, ale po namyśle uznała, że alkohol mógłby podnieść jeszcze temperaturę. Do czasu przybycia do Zameczku, postanowiła podawać mu tylko zioła i herbatę, bo stałych pokarmów nie przyjmował. Odpoczywali w zupełnej ciszy. Chłopcy najedzeni, wyciągnęli się na trawie i twardo zasnęli. Konie wolno puszczone, szczypały trawę, parskając i oganiając się ogonami od much, albo tarzając się z rozkoszą po gęstej trawie.

Tylko ona jedna czuwała, trzymając głowę męża na kolanach. Pieszczotliwie gładziła jego włosy zlepione potem, całowała wilgotne czoło i szorstki od zarostu policzek, co jakiś czas przemywając mu twarz chłodną wodą i kładąc na głowę zimne okłady. Jego chrapliwy, przerywany oddech i głuche jęki, przejmowały ją okropnym lękiem. Czasami bełkotał coś, ale nic nie mogła zrozumieć. Raz wymówił jej imię, ucieszyła się sądząc, że oprzytomniał, ale kiedy się odezwała, nie odpowiedział. Był w malignie. Znowu zaczęła się modlić, ofiarowując Bogu własne życie, w zamian za życie męża. Godziny dłużyły się nieznośnie, pragnęła już jechać, byle prędzej znaleźć się w Zameczku, ale wiedziała, że konie muszą odpocząć przed długą i męczącą drogą.
Nie miała już siły, żeby się modlić z jednakową żarliwością, więc kołysząc męża w ramionach, jak matka usypiająca dziecko, półgłosem nuciła mu pieśń, jaką niegdyś niania ją usypiała, kiedy była chora i bardzo cierpiała.
Nie płaczże dziecino, gdy cię trawi ból.
Maryja twa Matka, pod płaszcz Jej się wtul.
Nie płacz, nie płacz, bo Matka twa,
Zawsze dla swych dzieci czułe serce ma.
Wyruszyli w dalszą drogę, kiedy słońce zaszło i ziemię okrył mrok.
                                       -----------------------------------