środa, 3 sierpnia 2016

Nowe nadzieje. Wyjazd do Warszawy.


3 sierpnia 2016 r.
W południe przyszli do pałacu, zaproszeni chłopi makowscy z wójtem, nawet ci z Pliszkowej Górki. Dziwnym trafem, burza ich jakby ominęła i przeszła bokiem, nie czyniąc większych szkód. Wprawdzie zasiewy zostały przygięte do ziemi, ale rankiem się podniosły i już stały prosto, wróżąc urodzaj. Zawaliła się tylko jedna, jeszcze nie ukończona chata, przygniatając starą kobietę, która się w niej schroniła.
J. Chełmoński. Sobota na folwarku.
- Prawdziwa łaska boska. - zauważył proboszcz. - Nawet huragan ulitował się nad biedakami i nie zabrał im plonów. Pan Jezus ma maluczkich w swojej świętej opiece.
- Sprawiedliwość boska chodzi, jak widzę, zawiłymi ścieżkami. - mruknął pan Wąsocki sceptycznym tonem. - Biedaków burza ominęła, ale pani hrabinie, której zawdzięczają wszystko, narobiła szkód, co niemiara. Pałac, widzę, zniszczony, o zbiorach nie ma co nawet wspominać.
- Nie grzeszyłbyś, dobrodzieju! - zgromił go proboszcz. - Jeszcze Pan Jezus nagrodzi dobre serce Ninki... Hm, chciałem powiedzieć, pani hrabiny! - poprawił się śpiesznie.
- Mam nadzieję. - Nina uśmiechnęła się z przymusem. - Na razie posłałam do miasteczka po majstrów, żeby mi choć dach naprawili i wyczyścili ściany.
Usiadła i wskazała gościom miejsca.
- Zaprosiłam tu panów, żeby wspólnie oszacować straty, jakie poniósł pałac i wieś w czasie huraganu. Panie Bochniak, proszę poinformować panów o szkodach. Listę zniszczeń pana wójta, trzeba porównać z naszymi notatkami. Oświadczam, że jestem gotowa wspomóc gospodarzy, na ile to będzie w mojej mocy. Najważniejsza sprawa, to oszacowanie strat, żebyśmy mieli jakiś punkt odniesienia. Ja się na tym nie znam, więc przeproszę panów na godzinkę. Jadziu, pozwól, przejdziemy się po parku.
Panna Wąsocka, siedząca dotąd w milczeniu obok ojca, wstała i razem wyszły z salonu. 
Po wyjściu dam, momentalnie wywiązała się ostra wymiana zdań, pomiędzy przybyłymi ze wsi gospodarzami, spierającymi się z panem Bochniakiem, który zarzucał im, że znacznie zawyżyli swoje szkody, aby wydębić od dziedziczki więcej pieniędzy. Chłopi przysięgali się na wszystkie świętości, że nie mieli takiego zamiaru i wielkim głosem domagali się sprawiedliwości, szeptem pomawiając panów, że jak zwykle, pragną pokrzywdzić zrujnowaną wieś. Proboszcz trzaskając wieczkiem tabakierki, przyświadczał obu skłóconym stronom, co tylko wzmagało wrzaskliwą awanturę.
- Dobrze, że wyszłyśmy, bo mężczyźni uwielbiają się kłócić i za moment byśmy ogłuchły. - powiedziała Nina, ujmując Jadwigę pod ramię.
 
Park pałacowy.
Po chwili znalazły się w parku, pełnym jeszcze połamanych drzew i gałęzi zaścielających ścieżki i gazony. Potłuczone marmurowe posągi leżały na ziemi, a po klombach pełnych kwiatów nie było nawet śladu. Ogrodnicy od rana ciężko pracowali, usuwając powalone drzewa, sadząc nowe kwiaty i wytyczając zalane ścieżki i alejki. Ale park był ogromny, a ludzi do pracy mało. Nina chętnie najęłaby ludzi z sąsiednich wiosek, lecz nie miała pieniędzy żeby ich opłacić. Zastanawiała się, jak rozpocząć nieprzyjemną dla Jadwigi i dla niej rozmowę, która z pewnością dziewczynę zaboli. Na szczęście panna Wąsocka sama ułatwiła jej wstęp, odzywając się sztucznie obojętnym tonem:
- Czy to pani wojewodzina kazała ci rozmawiać ze mną?
- Owszem.- przyznała Nina, gładząc łeb Grota, towarzyszącego paniom w przechadzce. - Poważnie zachorowała po wizycie pana Starewicza, który zachował się wobec babki po prostu skandalicznie. Coś ci powiem, Jadziu. Nie wiem, czy jeszcze kochasz tego człowieka, ale dziękuj Bogu, że nie dostałaś się w jego ręce.
- Dostałam się. - wyznała Jadwiga, oblewając się rumieńcem ze wstydu i przykrości.
- Wybacz kochanie, ale to nie to samo. Na szczęście nie związałaś się z nim i nie jesteś od niego zależna. To człowiek bez serca i sumienia. Okrutny i wyrachowany. Uwierz mi, on jest naprawdę zły! - opowiedziała o zajściu u wojewodziny, dyskretnie przemilczając bezczelne uwagi Starewicza, pod adresem byłej narzeczonej.
- On nie ma ani poczucia przyzwoitości, a nawet człowieczeństwa. - mówiła z coraz większym gniewem. - Ranił babkę świadomie, bez litości wiedząc, że ona go jeszcze kocha. Och, zabiłabym go za to!
- Dobrze jej tak! - krzyknęła Jadwiga, przystając i patrząc Ninie w oczy. - To ona zniszczyła naszą miłość. Pozwalała, aby August mnie krzywdził, a teraz sama została przez niego skrzywdzona. .O, Pan Bóg jest sprawiedliwy! - dokończyła mściwie.
Nina była przerażona jej bezwzględnością.
- Nie mów tak, Jadwiniu, proszę. Pani wojewodzina nie zniszczyła waszej miłości, ponieważ w sercu Starewicza nie było uczucia dla ciebie. On kocha jedynie siebie i ten okropny nałóg - karty! Wojewodzina jest starą, chorą, samotną i nieszczęśliwą kobietą. Czuje się wobec ciebie winna i najmocniej cię przeprasza: to jej własne słowa! Jadziu, ty jesteś młoda, śliczna i z pewnością spotkasz mężczyznę, który szczerze ciebie pokocha. Czas sprawi, że przebolejesz zawód miłosny i znajdziesz szczęście w życiu. Biedna pani wojewodzina leży samotnie całymi dniami, wyczekując śmierci. Ukochany wnuk zadał jej śmiertelny cios, którego ona nie przeżyje.
- Czego ona chce ode mnie? - Jadwiga spojrzała jej ostro w oczy, bynajmniej nie rozczulona. - Oddałam jej wszystko, co miałam drogiego. - poszła naprzód, wyprzedzając Ninę.
- Jadwiniu, ona nic od ciebie nie chce i ja również. To pan Starewicz zażądał od babki, żeby odebrała od ciebie pierścionek zaręczynowy. Podjęłam się sama porozmawiać z tobą, aby zaoszczędzić przykrości tobie, a jej cierpienia.
Płynny chód panny Wąsockiej splątał się nagle. Potknęła się i ponownie przystanęła.
- Więc on się żeni? - spytała półgłosem, wpatrując się w ziemię.
- Nie wiem. - Nina wolała skłamać, żeby zaoszczędzić jej bólu.
- Och, ty dobrze wiesz i ja również! - krzyknęła Jadwiga, całkiem wyprowadzona z równowagi. - Żeni się z tą panną Stein.
- Tak. Ale tej kobiecie należy współczuć, bo nie będzie miała słodkiego życia. Czy wiesz, że on mówi o niej, jak o przykrym dodatku do worka złota? Z niechęcią i pogardą. Nawet nie kryje, że jej nie kocha, że nie kocha niczego prócz pieniędzy. Żeni się z Żydówką posiadającą wielki posag, który Starewicz prędko roztrwoni, to wszystko.
Nina odetchnęła zadowolona, że szczęśliwie przebrnęła przez najgorsze."Po jakiego licha podjęłam się tego? Ostatecznie to pani wojewodzina powinna przeprosić za swego wnuka, nie ja!"- pomyślała rozdrażniona.
Panna Wąsocka powoli zdjęła z palca pierścionek z pięknym rubinem.
- Rubiny, to wielka rozpacz. - wyszeptała, podając pierścień Ninie.
- To tylko przesąd. Przecież ja także dostałam od męża rubinowy krzyż. Powiedz mi, Jadziu, co ze Stasią? Pogodziła się już z losem?
- Nie sądzę, żeby to kiedykolwiek nastąpiło. - Jadwiga przysiadła na ocalałej po burzy granitowej ławce i zaczęła kreślić końcem parasolki, jakieś skomplikowane linie na piasku.- Lekarze twierdzą, że choruje na depresję. Ale ja myślę, że ona rozpacza, bo utraciła nadzieję na małżeństwo i normalne życie. Chce wstąpić do klasztoru, lecz rodzice nie mają pieniędzy na klasztorny posag. Musi wnieść posag, bo będzie siostrą chórową, a nie zwyczajną konwerską do brudnej roboty. Pracuje w lazarecie, a nawet tam nocuje, bo mówi, że to przynosi jej pociechę. Bardzo się zmieniła. Pamiętasz, jaka ona była wesoła? Od małego dziecka figlowała i psociła. Często się kłóciłyśmy, jak to siostry, ale się kochałyśmy. Teraz czasami wcale jej nie rozumiem. Ot, dola!
- "Co tam marzyć o kochaniu, o bogdance i róż rwaniu. Dla nas nie ma róż!" - powiedziała Nina jakby do siebie.
- Co mówisz? - zdziwiła się panna Wąsocka.
- Nie pamiętasz? Przecież tak się zaczyna wiersz i piosenka pana Romanowskiego. Biedak, poległ niedawno pod Józefowem. Początkowo sądziłam, że jest to wróżba dla mnie, ale myliłam się, bo ta przepowiednia dotyczy całego naszego pokolenia.
Zamilkła i siedziały obie w milczeniu, pogrążone we wspomnieniach.
- Pan hrabia nie pisał? - pierwsza odezwała się Jadwiga, biorąc Ninę za rękę.
- Nie. Jestem wpół żywa ze zmartwienia. - przyznała się Nina, zapominając na moment o innych troskach.- Ciocia Salomea, Emilka i Zosia, wspólnie ze mną przeżywają to piekło niepewności. Przepraszam, nie chciałabym być wścibska, ale pytam z życzliwości. Czy ten student pisze jeszcze do ciebie?
Na policzki Jadwigi wypłynął mocny rumieniec. Miała spuszczoną głowę, ale z wyrazu jej twarzy można było łatwo wszystko odczytać.
- Tak....- zawahała się, ale zaraz podniosła głowę, patrząc Ninie prosto w oczy. - Pisujemy do siebie, choć rzadko. Czasami niepokoję się o niego, bo już następna partia w której walczył, została rozbita.
- Tak się cieszę! - Nina objęła ją i ucałowała. - Życzę wam obojgu szczęścia. To taki miły, przyjemny mężczyzna. Widocznie mocno zapadłaś mu w serce.
Zawstydzona i zarazem uszczęśliwiona Jadwiga, oddała jej uścisk i powróciły do pałacu, bardzo sobie bliskie. Tymczasem w salonie, obie strony nie mogły dojść do porozumienia. Gospodarze skakali rządcom do oczu, domagając się od dziedziczki większej pomocy. Pan Bochniak i pan Marcinkiewicz nie chcieli ustąpić.
- Chcieliście uwłaszczenia, to teraz radźcie sobie sami! - pan Wąsocki podniósł głos, zdenerwowany bezczelnością żądań. - Stare porządki wam nie w smak, a nowych się boicie.
- Nie płacicie dzierżaw ani czynszów, nie wnosicie do dworu żadnych opłat, więc skąd dziedziczka ma wziąć pieniądze? - wybuchnął purpurowy z gniewy pan Marcinkiewicz.
- To jaśnie pani będzie spokojnie patrzyć, jak wieś z głodu zdycha? - wrzasnął krępy, łysy chłop, największy pyskacz we wsi. - A niedoczekanie. Sami se sprawiedliwość zrobimy!
 - Wy, Majka, tu nam nie groźcie. - pan Bochniak targał z gniewu wąsy, ledwie już nad sobą panując. - Złością i groźbą nic nie zyskacie.
- W głowach się wam przewróciło! - dorzucił pan Wąsocki, purpurowy z oburzenia.
- Car więcej dba o chłopa niż pany! - warknął ponuro Majka.- A niech ta! Raz kozie śmierć, pozdychamy z głodu, ale przed śmiercią użyjemy sobie! - zamierzał coś jeszcze dodać, lecz zamilkł, szarpnięty za rękaw przez wójta.
Stojąca w uchylonych drzwiach Nina, wysłuchała całej kłótni i zorientowawszy się o co chodzi, weszła do salonu, pozostawiwszy Jadwigę w buduarze z Emilką. Usiadła i spojrzała surowo na Majkę.
- Dopóki ja żyję, w Makowie nikt nie będzie zdychał z głodu! - oznajmiła spokojnie i zdecydowanie. - Nie zebraliśmy się tutaj, by wysłuchiwać waszych wrzasków, Majka. Jeżeli car więcej dba o swoich, to droga wolna. Sybir wszystkich pomieści... Musimy się wspólnie zastanowić, jak zaradzić nieszczęściu. O ile pamiętam, Majka, wasz dom ocalał i nikt z rodziny nie zginął. Inni są w o wiele gorszej sytuacji, lecz zachowują milczenie. A teraz kolejno, proszę podawać, co kto stracił, tylko nie próbujcie fantazjować, bo osobiście wszystko sprawdziłam! - popukała palcem w notes, w którym zapisywała szkody.
Gospodarze spokornieli i półgłosem zaczęli wyliczać, ile im potrzeba pieniędzy na nowe zagospodarowanie. Nie patrzyli dziedziczce w oczy i siedząc na brzeżku złoconych krzeseł, obracali w sękatych dłoniach słomiane kapelusze, bardzo speszeni naganą pani w obecności proboszcza, szanowanego i kochanego. Przez kilka godzin spisano długą listę strat, następnie obaj rządcy i pan Wąsocki, zabrali się do pobieżnego szacowania szkód. Wejście Walentego, proszącego na obiad, przerwało im to zajęcie. 
Chłopi natychmiast wstali zamierzając wyjść, aby przed pałacem poczekać aż państwo się posilą. Nina zatrzymała ich gestem dłoni i rzekła z przekąsem:
- Może i zła ze mnie dziedziczka, bo ciągle narzekacie, ale nie pozwolę, żeby moi goście wychodzili przed obiadem. Zapraszam do stołu.
Obiad był skromny. Podano rosół z makaronem, pieczony schab ze smażonymi ziemniakami po polsku i mizerią, a na deser kompot. Wygłodzeni gospodarze pojadali skromnie, ukradkiem podpatrując, jak państwo jedzą i naśladując ich zachowanie. Na odchodnym, każdy z nich dostał paczkę z żywnością. Był tam woreczek kaszy i maki, boczek wędzony oraz kawał placka z owocami dla dzieci.
- Jutro pogrzeb zabitych. - powiadomiła Nina, podając każdemu rękę. - Ksiądz proboszcz mszę odprawi za darmo, a co zbierzemy na tacę, przekażemy najbardziej potrzebującym. Powiedzcie kobietom, żeby rano przychodziły po mleko dla dzieci. Każdy z was dostanie ode mnie ziemniaki i słoninę, żeby mógł przetrwać te pierwsze dni. Jedźcie jutro do lasu i tnijcie drzewa na budowę. Powalone drzewa otrzymacie ode mnie za darmo. Cegłę i wapno na podmurówki także. W zamian, pomożecie nam w pracach polowych. Jak zdobędę skądś pieniądze, to pożyczę wam na dogodne spłaty, na zakup bydła, drobiu i późnych ziemniaków do sadzenia.
Gospodarze, nie spodziewając się takiej hojności po obrażonej dziedziczce, z wdzięcznością całowali ją po rękach i podejmowali pod nogi. Odeszli pełni otuchy, dzieląc się szeptem uwagami o wspaniałości pałacu. Obaj rządcy i pan Wąsocki, ciężko pracowali do późnego wieczora. Ukończywszy pracę weszli do buduaru, gdzie siedziały panie. Nina popatrzyła na ich miny i serce w niej zamarło.
- Liczyliśmy tak i siak. - odezwał się pan Wąsocki, wyraźnie zmartwiony. - Ale niżej dziesięciu, może nawet dwunastu tysięcy rubli, nie da się dziury załatać. - westchnął, widząc jak Nina zachwiała się na krześle. - U mnie burza przeszła bokiem, ale ja także będę musiał zaciągnąć pożyczkę na hipotekę majątku. Jeden Bóg wie, czy zechcą mi coś pożyczyć w tych niespokojnych czasach. Trzeba wszystko zaczynać od nowa. Oranie, sadzenie i sianie. Resztę musimy dokupić jesienią, tylko za co?
Usłyszawszy straszny wyrok, Nina posiniała. Spodziewała się, że koszty będą wysokie, ale nie aż takie! Chryste, skąd weźmie pieniądze na remont pałacu i odbudowę wsi? Za co kupi zboże, bydło, warzywa i owoce? Jesienią nie będzie miała co sprzedać, więc za co utrzyma dom i opłaci ludzi?
Kiedy nareszcie została sama, podniosła się z fotela i wolno, jak stary schorowany człowiek, powlokła się do gabinetu i usiadła za biurkiem, opierając głowę o wysokie oparcie rzeźbionego krzesła. Było jej słabo, więc położyła obie drżące dłonie na wyściełanych poręczach ozdobionych frędzlami. 
"Jezu, co ja zrobię? - jęknęła z głębi serca.- Skąd zdobędę taką masę pieniędzy? Przecież muszę wspomóc wieś, bo w przeciwnym razie, przyciśnięci głodem, rzucą się na pałac i pomordują nas bez litości. Hipoteka? Nie, nigdy! Ani grosza długu na majątku, bo Moskale tylko na to czekają i odbiorą mi Maków, jakbym zwlekała ze spłatą zadłużenia. Z francuskich banków pieniędzy nie ruszę, dopóki u nas trwa powstanie. Banki krajowe nie pożyczą mi nawet kopiejki, bo nie jestem właścicielem majątku, i jedynie Aleks mógłby z nimi negocjować. Wszystkie pełnomocnictwa dane mi przed wybuchem powstania, dziś nie są warte funta kłaków."
 Wstała i odsunąwszy portret kasztelana, otworzyła skarbiec i wysypała wszystkie pieniądze na biurko, dokładnie je przeliczając. Przejrzała listy zastawne, wszystko co było możliwe do spieniężenia. Okazało się, że miała trzy tysiące dwieście rubli i czterdzieści kopiejek. To był cały jej majątek. Przed powstaniem była to spora suma i mogła za nią długo się utrzymywać. Ale przy takim ogromie zniszczeń, kiedy trzeba było płacić za wszystko, ta kwota niewiele była warta. 
" Nie mam co sprzedać. - myślała, wpatrując się w rozsypane pieniądze. - Jaka szkoda, że oddałam Alkowi całą biżuterię. Ale kto dziś kupiłby naszyjnik z brylantów, lub kolię perłową? Ludzie nie są pewni życia i mienia." Była tak przygnębiona, że nawet nie chowając pieniędzy, oparła głowę o biurko i zaniosła się łkaniem. W końcu zabrakło jej łez, a zmartwienia przez to wcale nie ubyło. Niedbale wrzuciła pieniądze do skarbca, zatrzasnęła stalowe drzwiczki i zasunęła portret. Jaga przejmując się każdym jej zmartwieniem, wieczorem przyniosła sakiewkę pełną złotych imperiałów.
 - Koteczku, tu jest tysiąc rubli w złocie. Weź je. - powiedziała serdecznie. - Mnie, starej, te pieniądze niepotrzebne.
- Nawet o tym nie myśl!- zawołała wzburzona Nina.- To cały twój majątek za ciężko przepracowane życie. O nianiu, jeszcze mogą przyjść takie czasy, że kilka złotych będzie dla nas zbawieniem. Sprzedam chyba któryś z folwarków, bo muszę mieć dwanaście tysięcy. Inaczej zginiemy.
Położyła się do łóżka, lecz zmartwienie nie pozwoliło jej zasnąć. Początkowo miała zamiar sprzedać któryś z folwarków, ale sam pomysł kupczenia własną ziemią, wydał się jej potworny i poczuła, że nie jest gotowa do takiej ofiary. Zresztą w okresie powstania ziemia straciła na wartości. Ani niemieccy koloniści, ani Rosjanie czy Żydzi, przez podstawionego kupca, teraz nie zaryzykują kupna majątku, który może być skonfiskowany przez władze po upadku powstania.
Przewracając się z boku na bok, przypomniała sobie ze wstydem, że jutro minie pierwsza rocznica śmierci hrabiny Tekli. Mając głowę pełną trosk, zupełnie o tym zapomniała. Wstała i klęknąwszy na klęczniku przywiezionym z Warszawy, zaczęła odmawiać pacierze, rozpamiętując tragiczny zgon ukochanej cioci. Potem przyszła jej na myśl Paula i przejął ją lęk, kiedy przypomniała sobie jej portret pokryty krwią. Zapaliła lampkę nocną i wzięła książkę, ale okazało się, że drażni ją nawet lektura. Zasnęła dopiero o świcie, kiedy już obudziły się ptaki.
Po pogrzebie ofiar huraganu, proboszcz odprawił cichą mszę żałobną za spokój duszy hrabiny Tekli. Nina modliła się gorąco, błagając kochaną zmarłą o pomoc. Przypominała sobie ze wzruszeniem, że starsza pani nigdy za życia nie odmówiła jej pomocy i zawsze znajdowała jakąś mądrą radę. Odprowadziwszy proboszcza do bramy wjazdowej, powracała przez park stwierdzając z zadowoleniem, że dzięki ciężkiej pracy ogrodników zniknęły ostatnie ślady burzy. Uprzątnięto połamane drzewa i gałęzie oraz szczątki posągów, na nowych klombach posadzono kwiaty i ozdobne byliny. Pogoda znowu była upalna i Nina z obawą rozglądała się po niebie, drżąc ze strachu przed następnym huraganem. Dach pałacu nie był jeszcze gotowy i z niecierpliwością oczekiwała majstrów z miasteczka. Brakowało jej obecności pani Salomei, przebywającej w Sarnikach i pomagającej ciotce Marii pielęgnować chorego wuja. Wszyscy domownicy uwielbiali starszą panią za słodycz charakteru i dobroć. Była osobą bardzo czynną i użyteczną. 
Pani Salomea.
 Zanim wyjechała do Sarnik, z powodzeniem zastępowała Mirę, ucząc wiejskie dzieciaki. Była kobietą wykształconą, a przy tym tak łagodną, że uczniowie przepadali za nią, kochając ją nawet bardziej niż pannę Lutównę. Nina już dawno zauważyła, że kiedy ma kłopoty z zaśnięciem, to powinna wcześnie wstać i zająć się pracą, zwłaszcza gdy dręczy ją jakiś problem. Myślało się jej o wiele lepiej, kiedy chodziła. O czwartej wyśliznęła się z łoża, umyła się i ubrała. Niedbale uczesana, przeszła się po domu, przypominając sobie, co ma tego dnia do zrobienia. Zaglądnęła do zimowego ogrodu, zerwała trochę kwiatów, włożyła je do srebrnej czary i zaniosła do buduaru. Tam przystanęła przy oknie i powędrowała spojrzeniem po niebie. Widać było, że dzień będzie bezchmurny. Przeszła do małej jadalni. Z odległej kuchni doleciał do niej zapach świeżo zmielonej kawy. Usiadła przy stole, a po chwili znalazł się przy niej Walenty, czujny jak żuraw. Zobaczywszy panią siedzącą w milczeniu przy stole, strzepnął z wrażenia rękami.
- Jaśnie paniuleczka pewnie głodna? Oj, trzeba było zadzwonić. Już podaję.
- Proszę się nie śpieszyć. - uspokoiła go z uśmiechem. - Mam tylko ochotę na mocną kawę ze śmietanką.
- Oczywiście, zaraz przyniosę. Paweł, gamoniu, nakryj do stołu! - ostro pogonił leniwego młodzieńca.
Na dziedzińcu zaturkotała bryczka. To Emilka powracała z Borku, odebrawszy stamtąd najnowsze dokumenty. Musiała wyjechać jeszcze w nocy. Zaglądnęła do jadalni i ucieszyła się, zobaczywszy Ninę.
- O, ranny z ciebie ptaszek. Zaraz przyjdę, tylko umyję ręce. Jak wspaniale pachnie ta kawa! - pociągnęła nosem i wyszła.
Wróciła po chwili już umyta, w innej sukni i starannie uczesana. Nina napełniła jej filiżankę kawą, podsuwając dzbanuszek z zapiekaną śmietanką.
- Wiesz, Nino, po drodze wstąpiłam do Sarnik.- odezwała się Emilka, smarując masłem chrupiącą bułeczkę. - Wujowi stanowczo lepiej. Ten lekarz z Kielc, to istny czarodziej. Potrafił dodać wujowi otuchy i zapewnił go, że wkrótce wstanie i będzie chodzić. A ciocia Marynia wprost wniebowzięta! Chodzi koło wuja i z oczu odgaduje, jakie ma życzenia. Jest ci bezgranicznie wdzięczna za tego lekarza i prosiła, żebym cię ucałowała od niej. Zrobię to po śniadaniu.
- Biedna ciocia. - skomentowała jej słowa Nina. - Tak dzielnie znosi ten dopust boży. Cieszę się, że wujowi lepiej. Emilko, skosztuj tej szynki, jest wyborna.
Niegdyś wuj Ksawery krzywdził ją, nie umiała o tym zapomnieć, ale nie życzyła mu źle. Zawsze to była jej najbliższa rodzina, a rodziny się nie wybiera. Zresztą ostatnio wuj i ciotka bardzo się zmienili, złagodnieli i odnosili się do niej serdecznie.
Emilka
 - A nie wiesz, Emilciu, czy Binia pisała?
- Uhm! - zamruczała Emilka z pełnymi ustami. Przełknęła śpiesznie kęs szynki i rzekła: - Pisała, że niestety nie przyjedzie latem do Sarnik, ponieważ urzędnicy pruscy odmówili jej paszportu do Królestwa Polskiego. Ciocia Marynia nawet się tym bardzo nie zmartwiła, bo postanowiła, że jak tylko wuj wróci do zdrowia, to razem wyjadą za granicę i tam spotkają się z Binią. Może w Biarritz lub w Ostendzie.
- Jaka szkoda.- westchnęła Nina i pierwszym uczuciem jakiego doznała, był ogromny żal, gdyż liczyła, że wkrótce zobaczą się z Binią. - Ach, wszystko przez to powstanie.... To mówisz, że wujowi lepiej?
Emilka posłała tęskne spojrzenie w stronę półmiska pełnego stygnących paróweczek cielęcych. Pachniały tak smakowicie....
- O, znacznie lepiej. Wyobraź sobie, że już porusza palcami lewej dłoni i odzyskał czucie w sparaliżowanej nodze.
- To naprawdę dobra wiadomość.- Nina uśmiechnęła się, ale po chwili ponownie spochmurniała.
Emilka ugryzła parówkę, obserwując ją spod oka.
- Martwisz się tymi zniszczeniami po huraganie, prawda?
- Tak. Mało trupem nie padłam, dowiedziawszy się, że na pokrycie strat potrzeba mi lekko dziesięć, dwanaście tysięcy rubli! Horror!
- Niestety, to przechodzi moją zdolność imaginacji. - Emilka skrzywiła się zabawnie. - I co zamierzasz?
- Nie wiem! Mam jedynie trzy tysiące rubli, a dochody z cegielni, Borku i Zameczku, natychmiast pochłaniają potrzeby majątku. Nieustannie trzeba coś kupować, za coś płacić - istna studnia bez dna. Żeby z ziemskiego majątku mieć jakiś zysk, należy nieustannie weń inwestować. Od dziedzica wszyscy wyglądają pomocy, ale nikt za nic nie płaci. Ot, widzisz, jaki to szczęśliwy los przypadł mi w udziale! - zakończyła z goryczą.
- Rzeczywiście masz straszne zmartwienie, kochanie. A nie możesz sprzedać kawałka ziemi?
Nina zamyśliła się.
- Wiesz, kiedyś zastanawiałam się, co jest dla człowieka najcenniejszego i doszłam do wniosku, że wszystko w naszym życiu jest niepewne i przemijające. Nie ma nic trwałego, prócz ziemi! Tylko ten dar Boga jest wieczny i jedynie dla ziemi warto żyć, a nawet kiedy zajdzie taka potrzeba, zabijać lub zginąć. Ja dla mojej ziemi umiałabym popełnić zbrodnię! Nigdy nie sprzedam ani piędzi ziemi. Zawsze rozumiałam chłopa, który z miłości dla kawałka gruntu popełniał morderstwo. Dlatego muszę, po prostu muszę, skądś zdobyć pieniądze i odbudować wieś, żeby przetrwali do jesieni. Potem natura wynagrodzi straty. Kiedyś mój mąż powiedział mi, że nie dosyć być posiadaczem majątku ziemskiego. Aby naprawdę być dziedzicem, trzeba jeszcze zdobyć czynami miłość poddanych i ich zaufanie. Dobry dziedzic jest nie tylko właścicielem, ale i sługa swojej ziemi.
Emilka ze zrozumieniem skinęła głową.
- Pięknie to powiedziałaś. Więc nie masz już nic do sprzedania?- spytała, ściągając z namysłem brwi, zaprzątnięta jakąś myślą.
- Zupełnie nic!
- A jednak o czymś zapomniałaś! - Emilka spojrzała na nią figlarnie i zachichotała.
- Naprawdę nic nie mam.
- Nie? A pół kamienicy w Warszawie? - spokojnie przypomniała Emilka i dokończyła jeść zimną już parówkę.
 Nina patrzyła na nią oniemiała, z rozchylonymi ze zdumienia ustami. Warszawskie mieszkanie zupełnie wyleciało jej z głowy. Właściwie nigdy o nim nie myślała.
- Ale....- umilkła i zamrugała powiekami, nie mogąc jeszcze ochłonąć po przeżytym szoku. - Złotko, ja nie mogę sprzedać tego mieszkania, bo oddałam je Jasiowi i tobie w nadziei, że kiedyś je ode mnie odkupicie.
Emilka starannie wytarła usta serwetką, włożyła ją w srebrne kółko i podniosła się z krzesła.
- Nino, bądź rozsądna. Najważniejszą sprawą jest ratunek Makowa. Teraz mamy powstanie. Janusz walczy i nikt nie wie, czy tę wojnę oboje przeżyjemy. To jest
twoja ostatnia szansa.
- Emilko, najmilsza, Pan Bóg natchnął ciebie tą myślą! - wykrzyknęła Nina ze łzami w oczach. - Ale sama mówisz, że mamy powstanie. Kto dziś kupi pół luksusowej kamienicy?
- Nino, w stolicy powstania nie ma. Boisz się, że nie znajdziesz nabywcy? Nic bardziej mylnego. W ciągu kilku dni będziesz miała kupca. W Warszawie jest wielu bardzo bogatych Żydów, wykształconych, spolonizowanych, którzy oderwali się na zawsze od Nalewek, czosnku, cebuli i Szmulowizny. Nie chcą mieć nic wspólnego z pejsami i jarmułką. Ci bogacze żenią się z kobietami z dobrych domów, często katoliczkami, mówiącymi po francusku, grającymi na fortepianie i prowadzą dom otwarty. To właśnie oni kupują domy w eleganckich dzielnicach miasta, z Paryża sprowadzają żonom instrumenty Errarda i nabywają biżuterię zubożałej arystokracji. Nie martw się, bez namysłu kupią twoje mieszkanie. Jest takie wytworne i bogato urządzone.
Nina wsparła łokcie na stole i ukryła twarz w dłoniach.
- Matko Boska, odziedziczyłam to mieszkanie po ciotuni Tekli, a teraz mam je sprzedać jakiemuś dorobkiewiczowi?
Naraz przez jej myśl przemknęła jakby błyskawica. To przecież była odpowiedź z zaświatów na rozpaczliwe wołanie o pomoc. Poderwała się i rozejrzała dokoła trochę nieprzytomnym wzrokiem.
- W takim razie natychmiast jadę do Warszawy! Ach, mój Boże, przecież nie mam przepustki i zatrzymają mnie na pierwszej rogatce! - wykrzyknęła, strzepnąwszy rękami po krynolinie.
- O to się nie martw, bo pojedziemy razem. Muszę odwieźć do stolicy ważne dokumenty. - Emilka dopiła resztę kawy, stojąc już przy stole.- Mam przepustki in blanco, tylko je wypełnię.
Nina z wybuchem radości rzuciła się jej na szyję.
- Emilko, jesteś aniołem! Zaraz każę zaprzęgać i pojedziemy.
Jaga usłyszawszy o jej postanowieniu, uparła się żeby jej towarzyszyć, lecz Nina stanowczo odmówiła.
- Nie, mój ty ukochany uparciuchu. To byłoby dla ciebie zbyt męczące. Przypomnij sobie, jak cierpiałaś w czasie podróży z Galicji. Muszę jak najprędzej być w Warszawie i postaram się szybko wrócić.
 Stach wybrał do zaprzęgu najlepsze konie i przygotował karetę do drogi. Nina uprzedziła pana Bochniaka, że jedzie sprzedać warszawskie mieszkanie, by uzyskać pieniądze na odbudowę pałacu i wsi. Wyjechały zaraz po obiedzie. Na szczęście nie padało, drogi były suche i przejezdne. Do samej Warszawy dojechały bez żadnych przygód. Na rogatkach, Emilka pokazywała autentyczne przepustki i paszporty, zaś patrole widząc dwie młode, śliczne i eleganckie damy w karecie, nie czyniły im żadnych przeszkód z przejazdem.
Stróżka otworzyła drzwi mieszkania. Weszły do dusznego przedpokoju i chodziły po pokojach, otwierając okna i balkon, aby pozbyć się ciężkiego zaduchu rzadko wietrzonych wnętrz. Minąwszy wielki salon, Nina weszła do sypialni i przystanęła na progu, opierając głowę o framugę drzwi. W tym pokoju ubierała się do ślubu i tutaj spędziła z mężem kilka dni, po powrocie z leśniczówki. W tym łożu kochali się i wówczas prawdopodobnie poczęła dziecko, a raczej dzieci.
Na toaletce leżały rękawiczki zapomniane przez Aleksa. Szukał ich potem po kieszeniach płaszcza. Podniosła je i przycisnęła do ust. Zachowały jeszcze delikatny zapach jego wody kolońskiej."Alku, gdzie jesteś?"- wzywała go w myślach, przypominając sobie krótkie dni szczęścia.
- Nino, jakie to śliczne mieszkanie. A co za wygody! - Emilka weszła do sypialni i umilkła, widząc jej bladą, skurczoną cierpieniem twarz i jej oczy pełne łez. - Kochanie, co się stało? - zawołała z niepokojem, podbiegając do niej.
- Popatrz, znalazłam rękawiczki Alka, leżały na toaletce.....
Emilka pochwyciła ją w ramiona.
- Nie wolno nam o tym myśleć! Przecież ja także...- wyszeptała.- Gdybym zaczęła wspominać to... Nie! Jeśli się załamiemy, zmienimy sobie życie w piekło. Widzisz, ja też często nie sypiam po nocach i rozmyślam o tym, gdzie jest Janusz i co się z nim dzieje. Serce zamiera mi z trwogi i mam ochotę krzyczeć, targać z rozpaczy włosy. Ale nie przyjechałyśmy tutaj, żeby rozpamiętywać przeszłość. Ty musisz korzystnie sprzedać mieszkanie. - westchnęła. - Szkoda, jest takie piękne. - z żalem rozejrzała się po wspaniałej sypialni. - Tu mieliśmy brać ślub. Tak się cieszyłam, bo jeszcze nigdy nie widziałam tak pięknego apartamentu. Moi rodzice mają małe i skromne mieszkanie. Nie pamiętam naszego majątku, bo urodziłam się już w Warszawie.
W-wa. Aleje Jerozolimskie w XIX w.
 Nina opanowała się i zupełnie spokojnie zaczęła omawiać przypuszczalną cenę, jaką otrzyma za połowę domu.
- Emilko, nie orientujesz się, ile kosztują domy?
- Nie mam pojęcia, złotko. Jeszcze dziś postaram się skontaktować z pewną panią żydowskiego pochodzenia. To nasza działaczka i dobra Polka, ona może ci pomóc. A teraz wybacz, Nino, muszę iść i oddać dokumenty. Wrócę po ciebie, jak będę szła do domu. Zjesz z nami obiad i przenocujesz u nas.
- Nie, dziękuję, kochanie. Dziś już nigdzie się stąd nie ruszę. Jestem bardzo zmęczona i zamierzam przypilnować, by stróżka dokładnie wysprzątała mieszkanie. Przyjdź po mnie jutro rano.
- W takim razie bądź gotowa, bo pójdziemy do miasta.
Ucałowały się i Emilka pośpiesznie wybiegła. Samotne przebywanie w wielkim i pustym mieszkaniu, nie należało do przyjemności, ale Nina nie chciała krępować Emilki swoją obecności w momencie spotkania z rodziną. Zostawszy sama, zaczęła przechadzać się po pokojach, wspominając szczęśliwe dni przedpowstaniowe. Żona dozorcy przyniosła jej z restauracji kolację i pościeliła łóżko do spania. Przed udaniem się na spoczynek, Nina długo się modliła, prosząc zmarłą hrabinę Teklę, o opiekę nad Aleksem i pomoc w sprzedaży mieszkania. Była taka zmęczona, że miała zawroty głowy, lecz położywszy się do bogato rzeźbionego łóżka i chłodnej, sztywno krochmalonej pościeli, nie mogła zasnąć. Leżała, wpatrując się w okno i nadsłuchując odgłosów dochodzących z zewnątrz. Nocny powiew wiatru, poruszał koronkową firaną i przynosił echa wielkiego miasta. Krzyki pijanych mężczyzn, piski i śmiechy prostytutek, hulaszcze wrzaski żołnierzy rosyjskich i odgłosy muzyki, dobiegające z niedalekiej restauracji w Ogrodzie Saskim. Turkotały wozy dostawcze, a gdzieś daleko rozlegał się dzwon pędzącej do ognia straży pożarnej. Na drugim piętrze, lokatorzy jeszcze nie spali i Nina słyszała kroki na suficie. Te odgłosy wybijały ją ze snu, bo przyzwyczajona była do idealnej ciszy w swojej makowskiej sypialni.
Podłożywszy ramiona pod głowę, wspominała ludzi którzy tutaj niegdyś bywali. Kapitan Jarosław Dąbrowski, energiczny i odważny, nadal przebywał w Cytadeli, oczekując na surowy wyrok. Pan Bronisław Szwarce, taki miły i przystojny, ma już wyrok śmierci i lada dzień zostanie stracony. Ze wzruszeniem przypomniała sobie młodego i pełnego chłopięcego wdzięku Leona Frankowskiego. Podobno ciężko ranny w bitwie pod Słupcą, dostał się do niewoli i został przewieziony do szpitala więziennego w Lublinie. Czasami przynosił jej bukiecik kwiatów, rewanżując się za poczęstunek. Był zakochany pierwszą, młodzieńczą miłością w  pannie Teodorze Heurich.
Biografia Leona Frankowskiego.
 Nina nie wiedziała, że pan Leon już nie żył, stracony w Lublinie, ofiarą młodego życia potwierdzając wyznawane ideały. O jego tragicznym końcu miała się dopiero dowiedzieć. Zanim zapadła w sen postanowiła, że nazajutrz odwiedzi mecenasa Porzyckiego i spyta go o ceny nieruchomości. Dowie się od niego, czy jest jakiś sposób, aby dostać się do złożonych w banku pieniędzy. Miała do siebie pretensje, że majątek upada, bo Aleks ożenił się z panną bez posagu. Mając własny majątek, mogłaby pobrać pieniądze z banku bez pełnomocnictwa męża.
Wcześnie rano przyszła Emilka i zauważywszy minę Niny, zawołała wesoło :
- Kochanie, ubierz płaszczyk, bo zaraz wychodzimy. Mama dała mi burę, że zostawiłam cię tutaj samą. Rodzice zapraszają na obiad. Ale najpierw interesy. O, ślicznie jesteś ubrana! - zawołała z podziwem.
Po powrocie z Krakowa, Nina zdjęła żałobę. Tego dnia wyglądała jak marzenie, w szarej organdynowej bluzeczce z Paryża, w delikatny różowy wzorek i białej jedwabnej krynolinie. W przedpokoju ubrała przed lustrem szeroki kapelusz z kremowej słomki i trzymając pod pachą białą koronkową parasolkę, zatrzasnęła za sobą drzwi mieszkania, schodząc z Emilką po schodach krytych dywanem. 
Nie korzystały z karety, lecz wzięły dorożkę i kazały się zawieźć na Nowy Świat. Gadatliwy dorożkarz domyśliwszy się, że wiezie panie z prowincji, uraczył je opowieścią o szczegółach śmierci redaktora Miniszewskiego, zasztyletowanego przez nieznanego sprawcę. Całe miasto pasjonowało się tą sprawą, ponieważ redaktor był właścicielem pisma satyrycznego "Komunały", często wyszydzającego w niewybredny sposób Rząd Narodowy i powstanie. Zabitego łączyły zażyłe stosunki z margrabią Wielopolskim. Władze podziemne odżegnywały się od tej zbrodni, zaprzeczając plotkom, iż Miniszewski stał się ofiarą sądu policji narodowej. Jednak nie wszyscy w to wierzyli i nawet dorożkarz uśmiechał się domyślnie pod wąsem.
 
S. Pruszakowa-Duchińska.

Pani Seweryna Pruszakowa - Duchińska, pisarka i działaczka, mieszkała na Nowym Świecie. Była również naczelniczką Patriotycznego Stowarzyszenia Dam, czyli owych słynnych już "piątek" i podlegała bezpośrednio rozkazom Rządu. To u niej zbierały się panie na narady i po polecenia. W przytulnym saloniku pani Seweryny, Nina wpadła w ramiona Wandzi Umińskiej i swojej dawnej przełożonej panny Emilii Gousselin. Przy herbacie i ciasteczkach, Nina wysłuchała historii o nieugiętej postawie panny Pelagii Zgliszczyńskiej, narzeczonej Jarosława Dąbrowskiego, dostarczającej mu do Cytadeli informacje i odbierającej od niego rozkazy. Panna Pelagia miała żelazny hart ducha i nie złamało jej ani późniejsze aresztowanie, ani Sybir.
W głębi duszy Nina zazdrościła tym niepospolitym kobietom odwagi i miłości ojczyzny, ale nie zamierzała ich naśladować. Patriotów miała w rodzinie aż nadto! Tego dnia odbywało się u pani Pruszakowej zebranie "piątek" i do mieszkania zaczęły się schodzić kobiety. Nina natychmiast zwróciła uwagę na przystojną panią o wschodniej urodzie. Pani Seweryna pogadała z nieznajomą i po pewnym czasie podeszła z nią do Niny.
- Pani hrabina pozwoli, że przedstawię jej panią Helenę z Zimmermannów Rozmanithową, naszą kochaną podporę Stowarzyszenia. Droga pani Helena wraz z całą rodziną wspomaga finansowo naszą organizację. Jeżeli ktoś może udzielić pani hrabinie mądrej rady, to tylko pani Helena.
 W tej sposób Nina poznała jedną z najaktywniejszych działaczek "piątek". Pani Helena, żona bogatego kupca Franciszka Rozmanitha, członka władz powstańczych, była nader energiczną niewiastą. Obdarzona prawdziwie południowym temperamentem i uporem, umiała wtargnąć niespodzianie do gabinetu bankiera i dosłownie wymusić na nim spory datek na rzecz powstania. Miała dar galopującej wymowy, którą potrafiła dosłownie zalać upatrzoną ofiarę. Dowiedziawszy się o kłopotach Niny ze sprzedażą mieszkania, zaraz obiecała pomoc.
- Zrobię, co będę mogła i postaram się zainteresować moich znajomych kupnem nieruchomości pani hrabiny. Ale uprzedzam, że moi rodacy bywają czasami twardzi i bezwzględni. Obawiam się, że przeżyje pani hrabina wiele przykrych chwil. Zwykle takie transakcje prowadzone są przez adwokatów i administratorów.
- Niestety, mój administrator zajęty jest doglądaniem majątku, bo do powstania poszło mnóstwo osób z administracji, oraz pracowników fizycznych. Ale jeszcze dziś zamierzam porozumieć się z moim panem mecenasem.- wyjaśniła Nina, patrząc z sympatią na rezolutna damę.
- To właściwa decyzja. Proszę nie ulegać presji i nie ustępować ani o włos! - poradziła pani Rozmanith, znająca dobrze niemiłe cechy charakteru swoich rodaków.
Wkrótce jej słowa okazały się prorocze.
Uczestniczki "piątek" Emilia Heurich z córkami.
 W czasie wizyty Nina przekonała się ze zdumieniem, że w "piątkach", na równi z Polkami, działają rodowite Rosjanki. Działaczkami Stowarzyszenia były: generałówna panna Monika Dymitriew, pani Petrow, żona radcy dworu carskiego, generałowa pani Wiera Schwartz oraz inne damy rosyjskie. Nawet w samym imperium, powstanie miało swoje sympatyczki, pośród pań z najwyższych kręgów arystokracji rosyjskiej. 
Wracając od pani Pruszakowej, Nina wstąpiła na Miodową, ale mecenasa nie zastała, bo wyjechał w interesach aż do Białegostoku. Zaszła jeszcze z Emilką do Loursa, gdzie zakupiła, pomimo głośnych protestów młodej pani Borutyńskiej, wielki kosz delikatesów w prezencie dla państwa Maciejewskich. Rodzice Emilki byli to dobrzy, uczciwi ludzie, ciężko pracujący na chleb i gotowi dzielić się nim z każdym potrzebującym. Starsi państwo działali w konspiracji, dwie młodsze córki uczące się na pensji, kolportowały po mieście prasą podziemną. Nina została przyjęta z ogromną serdecznością. Pani Maciejewska wzięła ją w ramiona i ucałowała jak matka.
- Nareszcie mamy okazję poznać panią. Obawialiśmy się o naszą Emilkę, bo biedne dziecko nie mogło przeboleć rozłąki z Januszem i była bliska załamania. Dzięki łaskawości pani hrabiny, dziecko odżyło, jest pełna energii i zapału do pracy. Nie wiem, jak zdołamy się odwdzięczyć pani hrabinie za tyle dobroci.
- Nie ma mowy o żadnej łasce. - oświadczyła Nina, obserwując z przyjemnością siwowłosą panią, ze śladami wielkiej urody. Emilka była zupełnie do matki podobna. - To ja jestem bardzo wdzięczna Emilce, że zdecydowała się zamieszkać w Makowie. Teraz wspieramy się wzajemnie w ciężkich chwilach i przeżyłyśmy wspólnie wiele niebezpiecznych przygód. Szczerze podziwiam córkę państwa. To cudowna dziewczyna i cieszę się, że to ona jest żoną Jasia. Jego uważam za brata, a Emilkę kocham jak siostrę.
Państwo Maciejewscy promienieli z zadowolenia. Emilka odrobinę zawstydzona pochwałami, spojrzała na Ninę przekornie.
- Nie bądź taka skromna, kochanie. Opowiadałam rodzicom, jak przewoziłaś amunicję i osobiście zastrzeliłaś kozaka!
Nina roześmiała się i prędko zmieniła temat, skarżąc się na kłopoty finansowe po strasznym huraganie. Pan Maciejewski, jowialny starszy pan zapewnił ją, że wkrótce znajdzie nabywcę na mieszkanie.
- Dziś ogół społeczeństwa biednieje, ale wielka finansjera ma się zupełnie dobrze. Niektórzy błyskawicznie dorabiają się majątków, handlując z obiema walczącymi stronami. Bodaj to mieć żyłkę do interesów, jaką mają nasi Żydzi. - westchnął. - Córka wspomniała, że dotąd nie miałyście panie wiadomości od Janusza i pana hrabiego.
- Niestety nie. - pogodna twarz Niny spoważniała, a przez jej oczy przemknął cień smutku.
Rozmawiano o walkach na terenie Gór Świętokrzyskich, o których głośno już było w całym kraju. Ale pan Maciejewski miał nieobecny wyraz twarzy, jakby zastanawiał się nad czymś.
- Coś wam powiem, moje damy. - rzekł, ściszając głos do szeptu.- Niedawno powróciłem z posiedzenia Rządu w hotelu Polskim. Dostaliśmy najświeższe wiadomości o panu pułkowniku Czachowskim. Mówię to w zaufaniu!
- Jakie wiadomości? - zawołały jednym głosem Nina i Emilka, tuląc się do siebie. Pobladły i nie nie ukrywały trwogi.
- Dowiedzieliśmy się, że pan pułkownik 3 maja był w Tarłowie, na uroczystym nabożeństwie. W Ożarowie witały go entuzjastycznie tłumy Żydów, wznosząc okrzyki na cześć braci Polaków. Ale nazajutrz, 4 maja, Czachowski natknął się na nieprzyjaciela i wydał mu bitwę trwająca trzy dni. Walczył kolejno pod Borią, Bałtowem i Rzeczniowem. Odniósł zwycięstwo pod Jeziorkiem, lecz tam walka przeciągnęła się aż do siedmiu godzin. Moskale ponieśli ciężkie straty, a ich dowódca poległ. Szóstego dnia odbyły się kolejne potyczki pod Jaworem i Grabowcem i tutaj niestety, szczęście odwróciło się od pana pułkownika. Jego oddział, a raczej już mała armia licząca około tysiąca żołnierzy, zaczęła się rozpadać.
pułk. Dionizy czachowski.
Nina słuchała z białą jak papier twarzą, zagryzając wargi. Emilka złożyła dłonie i tak je zacisnęła, że aż zbielały palce. Obie młode kobiety wpatrywały się z napięciem w pana Maciejewskiego.
- A o partii mego męża nie mieliście żadnych meldunków? Nie brał udziału w tych bitwach? - odezwała się Nina zmienionym głosem.
- Nic nam o tym nie wiadomo. - pan Maciejewski popatrzył z troską na zrozpaczoną córkę. - Ale na razie nie macie panie powodu do zmartwienia, bo raporty pana hrabiego może jeszcze nie dotarły do Warszawy. Pan hrabia z pewnością walczy u boku pułkownika Czachowskiego. Ej, żebym ja był młodszy i nie miał obowiązków rodzinnych oraz reumatyzmu, zaraz poszedłbym do powstania. Ojciec nie dla zabawy uczył mnie szablą władać, bo obowiązkiem szlachcica jest walka!
- Co? Zostawiłbyś mamusię samą?- oburzyła się Emilka. - Lepiej niech papcio nie bawi się w wojaka. Wystarczy, że muszę martwić się o Janusza!
- No wiesz? - obruszył się starszy pan. - Jeszcze nie jestem starym piernikiem! Pan Maciejewski zaczął dłonią wybijać na stole takt i zanucił popularną powstańczą piosenkę :
Dalej bracia do bułata, wszak nam dzisiaj tylko żyć,
Pokażemy, że Sarmata umie jeszcze wolnym być!
- Papciu, fałszujesz! - Emilka zatkała sobie uszy.
- Nie krytykuj ojca, moja panno! Boże, co za czasy, jajko mądrzejsze od kury! - spojrzał z udawanym gniewem na córkę.
- Chyba od koguta! - odcięła się Emilka i wszyscy wybuchnęli śmiechem.
Posłaniec od Loursa przyniósł zamówiony kosz delikatesów, w którym znajdowały się butelka szampana i druga najlepszego wina, południowe owoce, wybór znakomitych ciast i dwie duże bombonierki z pysznymi czekoladkami. Wszystko przybrane wstążkami i żywymi kwiatami. Po obiedzie, Nina powróciła dorożką do domu i zastała mieszkanie pedantycznie wysprzątane i pełne kwiatów. Ogromnie żałowała pięknych mebli, cennych obrazów i rodzinnych pamiątek. Z przykrością myślała o sprzedaży domu, w którym hrabina Tekla spędziła niemal całe życie. To mieszkanie odziedziczone w spadku, było wyłącznie jej własnością i napawało ją dumą, chociaż nie zamierzała tu osiedlić się na dłużej. Jednak posiadanie wielkiego apartamentu w stolicy, świadczyło o bogactwie i wysokim życiowym statusie. Ale nie miała wyboru, bo Maków potrzebował ratunku, a wobec tego faktu, nic więcej się nie liczyło. 

Postanowiła jednak zabrać z sobą rodzinne portrety, porcelanę, kryształy, srebra stołowe, kilka pięknych zabytkowych sprzętów oraz kolekcję prześlicznych figurynek z XVIII wieku, z saskiej porcelany. Przedłużający się pobyt w Warszawie zaczął ją niecierpliwić, bo spodziewała się, że sprawę sprzedaży załatwi pan mecenas Porzycki i tylko wręczy jej otrzymane pieniądze. Tymczasem musiała wszystko załatwiać sama. Martwiła się o pałac nie wiedząc, czy dach już został naprawiony i czy wyprano obicia w wielkim salonie i w sali balowej. Przed odjazdem, pan Bochniak zapewnił ją, że znajdzie majstra, który poprawi uszkodzone freski na sufitach i ścianach.
Podskakiwała nerwowo słysząc dzwonek do drzwi, oznajmiający kolejną wizytę ewentualnego nabywcy mieszkania. Przeważnie byli to pewni siebie mężczyźni, elegancko choć bez gustu ubrani, z grubymi złotymi brelokami w kieszonce kamizelki. Wiedzeni niezawodnym instynktem, targowali się z nią, jak z przekupką o pęczek włoszczyzny, każdym słowem okazując swoją wyższość. Twardzi jak żelazo, próbowali narzucić jej swoją wolę.