piątek, 5 sierpnia 2016

O krok od zguby!


  5 sierpnia 2016 r.
Przed wyjazdem, Nina zamówiła firmę przewozową, która miała dostarczyć do Makowa wybrane przez nią niektóre meble i kosztowne przedmioty, a także rodzinne portrety. Tych rzeczy nie chciała zostawiać nowym lokatorom. Wysłała również do domu depeszę polecając, żeby w Suchedniowie czekał na nią Maciek z makowskim zaprzęgiem. Podróżowała końmi pocztowymi, obawiając się narazić wspaniałe araby na rekwizycję przez wojsko carskie, czy powstańców, wcale nie lepszych w tej sprawie od Moskali. 
 Gierymski. Patrol powstańczy.
 W czasie podróży, kareta raz tylko została zatrzymana po drodze, przez niewielki polski oddziałek. Powstańcy na widok dwóch młodych i pięknych dam, złożyli im szarmancki ukłon i karetę przepuścili. Pocztowiec siedzący na koźle, zatrąbił im na pożegnanie pierwsze takty bojowej pieśni:"Hej, strzelcy wraz, nad nami Orzeł biały". Stach powożący na zmianę z pocztowcem, skrzywił się i zrzędził pod nosem:

Podróż karetą pocztową.
- To mają być konie? Aż wstyd człowiekowi siedzieć na koźle, bo jeszcze ktoś pomyśli, że to nasze! O, jak to parska, a ledwie nogi za sobą wlecze. Pokraki, żydowskie chabety!
Nina zirytowana jego marudzeniem, wychyliła się z okna powozu.
- Stach pewnie wolałby widzieć nasze araby wyprzęgnięte z uprzęży przez Moskali, albo ludzi z lasu?
- O, Moskalom to bym koni nie dał! Ale naszym chłopcom, kto wie? - zachichotał pod nosem.
Nina wydała gniewny pomruk, lecz wolała nie komentować jego wypowiedzi. Staremu stangretowi wiele uchodziło na sucho, szczególnie teraz, kiedy po śmierci Kacpra, to on był koniuszym i zarządzał stajnią, trzymając masztalerzy twardą ręką.
Pod Rejowem spadło koło. Wprawdzie przytomny Stach natychmiast zatrzymał rozpędzoną karetę i nikomu nic się nie stało, ale obie panie bardzo się przestraszyły, a Emilka dodatkowo nabiła sobie guza na czole, uderzywszy głową o ramę okienną. Stanęli na środku pustej drogi, pomiędzy dwiema ścianami lasu. Znudzone długą przerwą w podróży, młode damy wysiadły i zaczęły się przechadzać skrajem lasu, zrywając polne kwiaty. Było dopiero południe i majowe słońce przygrzewało jak w lipcu. Po lazurowym niebie płynęły wolno białe puszyste obłoki. Z wysokości dolatywał śpiew skowronka. Przysiadły na zwalonym pniu, podziwiając piękno krajobrazu.
  Tymczasem Stach i pocztowiec usiłowali założyć koło, mozolnie dźwigając bok powozu.
- A to pech! - westchnęła Nina. - Stachu, czy daleko jeszcze do Suchedniowa?
- Przecie dopiero minęliśmy Rejów. - odpowiedział, ocierając pot z czoła. Zmęczył się i głośno oddychał. - Do Suchedniowa jeszcze kawał drogi
- Do licha, miałam nadzieję, że w nocy dojedziemy do Makowa. - Nina bezwiednie zaczęła skubać zerwane kwiaty. - Może w domu czeka na nas jakaś wiadomość od Alka i Jasia? Taka jestem niespokojna...
- Pan hrabia z pewnością o tym wie i jak tylko będzie to możliwe, dostaniemy od nich listy. - pocieszała ją Emilka. - Pan hrabia bardzo ciebie kocha i wprost stawia cię na piedestale!
Nina roześmiała się filuternie.
- Czy wiesz dlaczego panowie stawiają kobiety na piedestale?
- Dlaczego? - zaciekawiła się młoda pani Borutyńska.
- Żeby lepiej widzieć damskie  nóżki!
Emilkę zatkało i dopiero po chwili wybuchnęła serdecznym śmiechem.
- Ninko, jesteś taka oryginalna, absolutnie inna od tych salonowych, napuszonych dam. Wyobraź sobie, że jadąc pierwszy raz do Makowa, okropnie się bałam, że zastanę tam jakąś wyniosłą, nieprzystępną piękność. Och, bałam się pani hrabiny Klonowieckiej!
- Bo ja, moja Emilko, wcale nie jestem wielką damą i chyba nie nadaję się na panią hrabinę. Wyszłam za mego męża z wielkiej miłości, wcale nie dlatego, że był hrabią i bogaczem. Jestem prostą dziewczyną i niewiele mam wspólnego z arystokracją.
Mówiąc to, Nina posmutniała przypomniawszy sobie, że ich małżeństwo uważane było w rodzinie za mezalians.
- To nieprawda! - energicznie zaprzeczyła Emilka.- Ty urodziłaś się już wielką damą. Janusz wspominał, że pochodzisz ze starożytnego rodu.
- No owszem, ale moje zachowanie pozostawia wiele do życzenia. Lubię przeklinać, często wrzeszczę i się złoszczę. Nienawidzę konwenansów. Wielkie damy w ten sposób się nie zachowują.
- To tylko dodaje ci wdzięku. Nie jesteś sztywna i nienaturalna i wszyscy cię kochają.
- Dziękuję ci, złotko. - Nina pocałowała ją, a potem spojrzała w stronę karety i zawołała: - Stachu, jeżeli pośpieszycie się z naprawą, każdy dostanie ode mnie po dwadzieścia rubli!
- Bóg zapłać, za jakąś godzinkę pojedziemy. - Stach zatarł dłonie i z nowym zapałem wzięli się z pocztowcem do pracy.
Nina wciągnęła w płuca zapach lasu, rozgrzanej słońcem żywicy i drzew iglastych.
- Spójrz, Emilko, jak tu cudownie. - odezwała się, unosząc ramię i zakreślając palcem koło. - Nie wyobrażam sobie, że mogłabym na stałe zamieszkać w mieście. Zresztą w Warszawie nie wszystko mi się podoba.
- Na przykład co? - będąc rodowitą warszawianką, Emilka nie lubiła słuchać krytyki ukochanego miasta.
- Wczoraj, przechodząc przez Plac Saski, widziałam jak jakiś młody człowiek splunął na pomnik generałów, zabitych w czasie rewolucji listopadowej.
- To częste zjawisko. - Emilka nie przejęła się tą uwagą. - Pomnik kazał postawić car Mikołaj I, aby uczcić pamięć zdrajców.
"Opluwany pomnik"  generałów w W-wie.
Strzepnąwszy ze spódnicy płatki kwiatów, Emilka spokojnie plotła wianuszek ze stokrotek.
- To nie byli zdrajcy lecz wyżsi oficerowie, którzy składali przysięgę na wierność.- zauważyła rozsądnie Nina..
- Sama sobie odpowiedziałaś. Składali dobrowolnie przysięgę carowi! To byli zdrajcy! - Emilka nie lubiła zmieniać zdania.
- Nie zgadzam się z tobą! - Nina była równie uparta i starała się argumentami dowieść swojej racji. - Przecież Mikołaj I był koronowanym królem Polski i to jemu generałowie składali przysięgę, nie carowi Rosji! Nie byli renegatami, jak generał Zajączek, wysługujący się księciu Konstantemu Pawłowiczowi. Nie zapominaj, że społeczeństwo polskie wcale nie protestowało, gdy cesarz Aleksander I koronował się na króla, ale przyjęto ten fakt z entuzjazmem. Po upadku Napoleona I, car Aleksander I powołał wojsko polskie i większość oficerów napoleońskich, zasłużonych ojczyźnie, pośpieszyła pod jego sztandary. To byli dobrzy żołnierze i wielokroć dali dowody patriotyzmu, walcząc przeciwko Rosji. Trudno im się dziwić, że nie kwapili się przystąpić do powstania, głoszonego przez kilku młodych zapaleńców. Moim zdaniem postąpili zgodnie z honorem i stali się ofiarami tragedii narodowej. Nie powinno się opluwać pomnika poświęconego ich pamięci przez cara.
- Być może. - zgodziła się Emilka dla świętego spokoju.
Nina zamilkła, nie zamierzając dłużej kontynuować przykrego tematu. Wiedziała, że w młodej pani Borutyńskiej nie ma wdzięcznej słuchaczki. Nieprzewidziana przerwa w podróży działała jej na nerwy. Nie mogąc spokojnie usiedzieć, zaczęła spacerować, cisnąwszy z gniewem kilka zgniecionych kwiatów.
- Och, nie miała baba kłopotu! - utyskiwała głośno, przytupując niecierpliwie stopą.
- Zaraz będzie je miała i to nie byle jakie. - zauważyła spokojnie Emilka. - Spójrz tylko na koniec drogi!
Nina wykonała błyskawiczny obrót i rzuciła okiem na koniec drogi, ginący pomiędzy drzewami. Ostatni kwiat wysunął się z jej palców i w całym ciele poczuła mróz. Z rozchylonymi ustami wpatrywała się w oddziałek dragonów, zbliżający się prędko w stronę stojącej na środku drogi karety.
- Jezus Maria, Moskale! - wydała cichy jęk. - Stachu, nie możemy jeszcze jechać?
- A żeby ich morowe powietrze! - stary stangret podniósł głowę i zaklął z wściekłością. - Niechże jaśnie panie wsiadają do karety.
- Nie zawali się? - Nina niepewnie postawiła stopę na pierwszym schodku.
- E, nie powinna. Niech jaśnie panie za nic stamtąd nie wychodzą. - dodał rozkazująco, usiłując nadludzkim wysiłkiem umocować koło.
Za Niną pośpieszyła Emilka. Usiadły blade i zdenerwowane, zerkając co chwilę w tylne okienko karety i obserwując zbliżających się dragonów. Był to raczej kilkunastoosobowy patrol, ale i tak żołnierzy było stanowczo za wielu, jak na gust obu dam. Przez moment Nina zastanawiała się gorączkowo, gdzie schować pieniądze. Najpierw wepchnęła je za stanik sukni, lecz portfel był gruby i zbyt widoczny. Doszła do wniosku, że w tym miejscu pieniądze nie są bynajmniej bezpieczne i wsunęła portfel pomiędzy poduszki kanapy. Pomyślawszy o rewizji, po raz trzeci zmieniła zamiar i odchyliwszy dywanik na podłodze, wcisnęła pieniądze głęboko pod siedzenie. Tam powinny być bezpieczne, nawet gdyby dragoni przeprowadzili rewizję.
Dragoni.
 - Matko Boska, torba! - pisnęła naraz Emilka, zmienionym głosem. - Gdzie mam schować torbę?
Nina pozieleniała ze strachu. Cały czas obawiała się o swoje pieniądze. Niebezpieczna zawartość torby zupełnie nie zaprzątała jej myśli. Nie pamiętała o niej i dopiero teraz zaczęła marzyć, żeby w jakiś czarodziejski sposób znaleźć się daleko od przeklętej torby - na przykład w Makowie. Mogłaby o tej porze przechadzać się po parku, pogwizdując na bawiącego się Grota. Niestety, siedziała w uszkodzonej karecie, mając pod nogami torbę wyładowaną bronią i ulotkami.
- Schowaj tę torbę pod krynolinę! - syknęła, oblizując suche wargi i próbując zapanować nad strunami głosowymi.
- Co? - Emilka szeroko otworzyła błękitne oczy.
- Mówię, wsuń torbę pod suknię, między nogi. - warknęła Nina i pochwyciwszy ciężką torbę jakby to było piórko, wepchnęła ją siłą Emilce pod szeroką krynolinę. - Siedź na niej, jak kura na jajach i pod żadnym pozorem nie wstawaj! - rzuciła rozkazującym tonem.
- A jak każą mi wysiąść?
- Powiedziałam: nie ruszaj się z miejsca! Jesteś chora i możesz nawet zemdleć, będę cię cuciła. - pouczała ją Nina ze złością.
W głębi duszy życzyła sobie, żeby Emilce zrobiło się słabo i zaczęła wymiotować. Wprawdzie to nie uchodziło damie, ale już lepszy wstyd, niż rewizja w karecie. Dragoni właśnie nadjeżdżali. Przez zakurzoną tylną szybkę, widziała ich brodate, nieprzyjazne gęby i spienione pyski koni. Otoczyli karetę i podoficer o płaskiej, mongolskiej twarzy i skośnych oczkach o nieruchomym spojrzeniu, zajrzał do wnętrza.
- Wy kuda? Propusk u was jes'?- dopytywał się, mierząc obie kobiety podejrzliwym wzrokiem.
Nina podała mu dokumenty, częściowo sfałszowane. Dragon wziął je tak ostrożnie, jakby się obawiał, że wybuchną mu w rękach jak granat. Nie patrzył jednak w papiery, lecz nie spuszczał oczu z obu młodych dam, obserwując je z azjatycką nieufnością.
- Wy z Warszawy? - spytał, rzuciwszy nareszcie okiem na przepustki.
- Tak, w interesach majątkowych. - odpowiedziała Nina zgodnie z prawdą.
- A ta druga barynia?
- Jest bardzo chora i była u pana doktora Chałubińskiego. Śpieszymy się do domu, ale koło nam spadło. - tłumaczyła Nina cierpliwie, czując w gardle narastającą kulę, która zaczęła ją dławić.
Dragon znowu zajrzał do karety.
- Wysiadajcie, musimy przeszukać powóz! - powiedział wcale niezłą polszczyzną.
Nina pobladła i wytężyła całą siłę woli, żeby nie okazać przerażenia.
- Ja chętnie wysiądę, ale moja siostra nie może stanąć na nogi, bo zemdleje. Proszę, zostawcie ją w spokoju. - posłała dragonowi błagalne spojrzenie. - Nie bój się, Emilko, pan jest dobrym człowiekiem i nie zrobi nam krzywdy. - zebrała się na odwagę i uśmiechnęła się słodko, pokazując ząbki i dołeczki w policzkach.
Zazwyczaj jej uśmiech zmiękczał nawet twarde męskie serca, zamieniając je w wosk. Lecz tym razem miała do czynienia z wyjątkowo tępym i nieczułym żołdakiem. Dragon nie zareagował, przypatrując się jej z jawną wrogością. Emilka dyskretnie zaczęła grać rolę osoby ciężko chorej i spoglądała na niego zbolałym wzrokiem, wydając ciche jęki. Nina pospieszyła jej z pomocą.
- Gorzej się czujesz, złotko? - troskliwie okryła jej nogi pledem i nakropiwszy na chusteczkę wody kolońskiej, zwilżała skronie i policzki "chorej".
Ale dragona nie wzruszyły ani jej urocze uśmiechy, ani jęki Emilki. Pragnął wykonać otrzymany rozkaz i nie zamierzał nikomu pobłażać.
- Chora, czy nie, a wysiąść trzeba. Nu, bystro!- oświadczył, ruchem ręki nakazując, aby wyniosły się z karety.
Nina nieznacznie uścisnęła mocno dłoń Emilki, dodając jej otuchy, choć sama jej potrzebowała. Ale ręka Emilki była lodowato zimna i wilgotna od potu. Zamieniły tylko spojrzenia, porozumiewając się wzrokiem. "Niech nas ta bestia siłą wyciąga, bo same nie wysiądziemy!" - postanowiły. Poniewczasie Nina czyniła sobie wyrzuty, że nie włożyła na wierzch torby brudnej bielizny. Może dragoni nie zaglądaliby pod spód, ale tak naprawdę, sama w to nie wierzyła.
- Rewidujcie karetę jeżeli musicie, ale moja siostra nie wyjdzie, bo nie może wstać i chodzić. - oznajmiła stanowczo.
Uznała, że robienie słodkich oczu do tego azjatyckiego kloca, nie ma sensu. Jednocześnie łamała sobie głowę, w jaki sposób zawiadomić Stacha, żeby przy ewentualnym wynoszeniu Emilki z karety, zabrał nieznacznie torbę, ukrytą pod jej krynoliną. Zadanie było raczej niewykonalne, bowiem dragoni nie spuszczali z nich oczu.
- No, ruszajcie się barynie, bo wyciągniemy was siłą, a wtedy będzie płocho! - zagroził podoficer, rozzłoszczony biernym oporem kobiet.
- Czy nie rozumiecie, że siostra nie może się ruszać? - wrzasnęła Nina i pożałowała, że nie ma przy sobie pistoletu. Ale tym razem żołnierzy było zbyt wielu, a kareta stała żałośnie pochylona na bok.
Strój stangreta z XIX wieku.
  Spostrzegła, że Stach rozejrzał się nieznacznie obliczając, ilu ma przeciwników. W zasięgu jego ręki leżał gruby drąg, który służył mu do podnoszenia powozu. Nina oczami dała mu znak, żeby nie próbował rzucać się w pojedynkę na sołdatów. Momentalnie zostałby zastrzelony, a one powędrowałyby do więzienia w Radomiu. Wiedziała, że Stach bez wahania poświęciłby własne życie żeby ją ratować, lecz byłaby to daremna ofiara.
- Nu, poszły! - wrzasnął rozwścieczony dragon, dając znak podwładnym, by siłą wyciągnęli kobiety z powozu.
- Ratunku! - krzyknęła Emilka przeraźliwie, czując na ramieniu twardą dłoń dragona. - Nie ruszajcie mnie. O Boże, pomocy!
- Kto tak krzyczy? O co tu chodzi? - rozległ się niespodziewanie rozkazujący głos i do karety podjechał oficer. Zatrzymał konia, zeskoczył z siodła i podszedł bliżej, chcąc rozeznać się w sytuacji.
Dragoni byli tak zajęci kobietami, że nikt nie zauważył, jak oficer podjechał. Mongoł wyprężony na baczność, zameldował o całym zajściu. Oficer rzucił okiem na przepustki i zajrzał do karety.
- Madame comtesse Klonowiecka?
- To ja! - Nina pośpiesznie wstała i stanęła na schodku, zasłaniając sobą Emilkę. Modliła się, żeby Rosjanin nie zauważył, jaka jest blada i jak drży jej głos. "Jezu, że też to koło musiało spaść przed Suchedniowem. Tak głupio wpadłyśmy im w łapy. Po jakiego diabła Emilka brała z sobą te torbę?"- pomyślała z wściekłością i strasznym żalem, że już nigdy nie zobaczy Makowa i uzyskane z takim trudem pieniądze przepadną. Oficer z pewnością każe przeprowadzić rewizję i to będzie początek końca. Jeszcze bardziej pobladła, a jej drobne usta posiniały.
- Ty, głupie bydlę, przestraszyłeś te damy!- wybuchnął oficer z gniewem i zwracając się do Niny rzekł z uśmiechem: - Widzę, że pani hrabina nie raczyła mnie zapamiętać.
" Nie, to nie może się dziać naprawdę. Chyba śnię, albo oszalałam i majaczę, bo pomieszało mi się w głowie ze strachu i zwidują mi się cuda. Jakiś ratunek deus ex machina1, jak w naiwnym romansie." Wstrzymała oddech i prędko zamrugała powiekami, aby sprawdzić czy to, co widzi, nie jest urojeniem. Potem roześmiała się perliście i wyciągnęła do oficera obie dłonie.
- Naturalnie, że pana poznaję, tylko że teraz wygląda pan bardziej bojowo i wcale nie spodziewałam się pana tu zobaczyć.- zawołała radośnie.- Emilciu, poznajesz pana kapitana? Pan przybył do Makowa razem z panem pułkownikiem Czengierym!
- Z generałem. - poprawił ją oficer, całując jej obie dłonie.
- Ogromnie się cieszę, bo zasłużył na ten awans.
- Pan kapitan Markow! - Emilka uśmiechnęła się słabo. - Jak to się szczęśliwie złożyło, że to pan dowodzi tymi żołnierzami. Są okropnie źle wychowani i brutalni. Chcieli mnie siłą wyciągnąć z karety, a ja mam trudności z chodzeniem, bo jestem bardzo chora. - poskarżyła się łzawym głosem.
Nina podziwiała jej pamięć, bo sama kompletnie zapomniała jak się oficer nazywa.
- Major Markow! - poprawił już z wyraźną dumą.
- O, proszę przyjąć nasze gratulacje. Niech nam pan wybaczy, ale my, kobiety, nie znamy się na dystynkcjach wojskowych. - zaszczebiotała Nina przymilnie, ucieszona faktem, że jej serce już nie tkwi w gardle, lecz wróciło na swoje miejsce. 
Zatrzepotała długimi rzęsami, posyłając mu tak obiecujące spojrzenie, że biedny oficer kompletnie zbaraniał. Ale ostrożna Emilka wbiła jej łokieć pod żebro, na znak, żeby się trochę opamiętała. Nina doskonale zdawała sobie sprawę, że wprost nieprzyzwoicie wdzięczy się do Markowa, lecz był on ich ostatnią deską ratunku. Gotowa była obiecać mu spotkanie, a nawet ucałować pod warunkiem, by wybawił je z opresji i pomógł bezpiecznie dojechać do Suchedniowa, gdzie już czekał zaprzęg makowski.
- Właśnie wracamy z Warszawy. - podjęła Emilka jękliwym tonem, jakim zwykle uskarżają się chorzy. - Jestem bardzo cierpiąca i zasięgałam porady u doktora Chałubińskiego. A ten żołnierz - wskazała palcem - potraktował mnie tak brutalnie, że o mało nie zemdlałam... - na jej rzęsach zawisły duże łzy i wyglądała tak żałośnie, że nawet Ninie zbierało się na płacz. - Szarpał mnie, był taki niegrzeczny, choć tłumaczyłam, że nie mogę chodzić. - umilkła, a po policzkach spłynęły jej łzy.
Nina także chlipnęła, podziwiając w duchu jej talent do gry aktorskiej. Oficer bardzo wzruszył się na myśl, że ta śliczna, delikatna kobieta musiała przeżyć szok, bo jego podwładny zachował się jak zbój. Zaczął przepraszać, całując dłonie obu pań, a spojrzenie jakie posłał podoficerowi nie wróżyło nic dobrego.
- Wachmistrz zostanie ukarany, ale tłumaczy go rozkaz, jaki otrzymaliśmy od dowódcy. Musimy rewidować każdy pojazd, ponieważ niektórzy wasi rodacy, zachowują się nielojalnie, przewożąc broń dla grasujących po lasach band buntowników. Zapewne trudno paniom w to uwierzyć, ale to prawda. Jednak zdaję sobie sprawę, że nawet rozkaz nie usprawiedliwia brutalności względem dam i wachmistrz zostanie pouczony o swoich obowiązkach. Czym mogę jeszcze paniom służyć?
Nina złożyła rączki i posłała mu błagalne spojrzenie i czarujący uśmiech, kokietując bezlitośnie swoją ofiarę.
- Jak pan widzi, spadło nam koło w karecie. Czy możemy liczyć na pańską uprzejmość?
Biedny major Markow nie miał przy niej żadnych szans. Nie spuszczając z niej rozgorzałego wzroku, natychmiast wydał kilka rozkazów. Ośmiu żołnierzy zeskoczyło z koni i na ramionach dźwignęło karetę, inni pomogli stangretom mocować koło. Po kwadransie powóz był gotów do drogi. Oficer zbierał zasłużone podziękowania. Był tak uszczęśliwiony tymi uprzejmościami, że na krok nie odstępował od drzwiczek karety, nieustannie zaglądając do środka i dopytując się, czy paniom wygodnie i czy może jeszcze coś dla nich zrobić. Ninie niespodziewanie wpadł jej do głowy znakomity pomysł. Z anielskim uśmiechem zwróciła się do majora:
- Jeżeli to nie jest sprzeczne z rozkazami, byłybyśmy ogromnie wdzięczne, gdyby pan był tak uprzejmy i odprowadził nas do Suchedniowa.
Emilka zrobiła wielkie oczy i najpierw mocno kopnęła ją w kostkę, a potem zmiażdżyła piorunującym spojrzeniem. Ale Nina wiedziała co robi.
- Oczywiście. Prośba pani hrabiny jest dla mnie rozkazem.- Markow z galanterią zasalutował. - Rad jestem, że mogę się choć trochę zrewanżować za przemiłą gościnę i przepyszne posiłki, jakimi nas pani hrabina rozpieszczała. Maków to istny raj, a jego pani to prawdziwa bogini. Biedny kniaź Rudzkoj pozostawił tam swoje serce. Zresztą nie tylko on!...- westchnął sentymentalnie. - Dobrze się składa, że będą miały panie eskortę wojska. - zmienił temat. - Te okolice są niebezpieczne.
- Naprawdę? A co nam zagraża? - Nina spojrzała na niego z obawą.
  Major Markow pochylił się jeszcze niżej do okna i szepnął:
- Tu niedaleko, grasuje banda tego starego zbója Czachowskiego! - oznajmił, mimo woli rozglądając się dokoła.
Nina skuliła ramiona, przytulając do równie przerażonej tą wiadomością Emilki.
- Ależ to okropne! - wykrzyknęły niemal równocześnie. - Czy grozi nam napad?
- Niewykluczone. Ale zapewniam, że pod naszą opieką nic złego się paniom nie stanie.
- Dziękujemy panu.- szepnęła Emilka i opuściwszy głowę, zaczęła poprawiać pled na "chorych" nogach.
Nina posłała oficerowi tak promienne, pełne wdzięczności spojrzenie, że Markow poczuł się prawdziwym bohaterem i obrońcą słabych kobiet. Patrząc jej w oczy miał w sobie odwagę lwa.
- Proszę się niczego nie lękać. Wcześniej czy później dopadniemy tego starego drania. O, pardon! - znacząco poklepał się po szabli. - Dlatego patrolujemy drogi, chroniąc spokojnych, lojalnych obywateli przed bandytami.
Emilka załamała drobne rączki.
- A my jechałyśmy tak spokojnie, bo w Radomiu powiedziano nam, że ten Czachowski został rozbity.
Rosjanin roześmiał się, błyskając białymi zębami w drapieżnym uśmiechu.
- Dobrze panie słyszały, bo dostaliśmy tego bandytę i dobraliśmy się mu do skóry pod Rzeczniowem. Jego banda poszła w rozsypkę, bo jedni poginęli, inni poszli w plen2. Ale część buntowników, razem ze starym, umknęła tchórzliwie i teraz kryją się po lasach, uciekając przed stryczkiem. To im nie pomoże i wkrótce wszyscy będą wisieć. Parol oficerski!
Stach obejrzał się i łypnął na niego wilczym okiem. Potem zamachnął się i tak zdzielił konie batem, że runęły do przodu jak szalone, pozostawiając majora daleko z tyłu. Ale Markow również ponaglił swego wierzchowca i w kilku skokach zrównał się z pędzącą karetą. Nina rozkaszlała się gwałtownie, kryjąc twarz w dłoniach. Zaniepokojony oficer dopytywał się, co jej dolega. Widząc jego zatroskaną minę, obdarzyła go uśmiechem cierpiętnicy.
- Fatalnie przeziębiłam się w Warszawie lodami. - wyjaśniła pokaszlując.
- Ależ trzeba na siebie uważać. - zauważył ciepło. - Pani hrabina taka delikatna, eteryczna, lada podmuch może zaszkodzić. A teraz proszę się mocno trzymać, bo pojedziemy bardzo prędko. - ostrzegł i krzyknął do Stacha: - Wypuszczaj konie, galopem!
Kareta potoczyła się naprzód, mknąc z błyskawiczną szybkością. Dragoni cały czas otaczali ją ciasnym kręgiem. Pędzili jak do pożaru i po kilku godzinach wpadli w wąskie uliczki Suchedniowa. Major Markow eskortował karetę aż do centrum miasta.
Maciek czekający na swoją panią z makowskim zaprzęgiem, skamieniał z przerażenia, ujrzawszy karetę zajeżdżającą przed budynek urzędu pocztowego, niby wystrzelony pocisk, otoczoną dokoła oddziałkiem uzbrojonych po zęby dragonów. Nie zbliżał się, drżąc z obawy o Ninę, i z dala obserwował, co się będzie działo.O mało nie spadł z ławki zobaczywszy, że rosyjski oficer eskortujący powóz, wylewnie żegna się z damami. 
 Kiedy Markow odjechał, obie panie siedziały długo w milczeniu. patrząc sobie w oczy. Pierwsza Emilka odrzuciła w tył głowę i zapiała cienko, jak młody kogucik, krztusząc się i chichocząc. Za jej przykładem Nina wybuchnęła piskliwym, histerycznym śmiechem. Płacząc ze śmiechu, turlały się po kanapie, pokazując spod uniesionych fałd krynolin i falbaniastych halek, fikające nieskromnie nogi w długich pantalonach.
- O Matko święta, Nina, ja już nie mogę! - piszczała Emilka, trzymając się za brzuch i nie przestając chichotać.
Śmiały się i śmiały, podzwaniając w przerwach zębami. Była to reakcja na strach, długo tłumiony siłą.
- A teraz może mi powiesz, dlaczego kazałaś Markowowi odprowadzić nas aż do Suchedniowa? - spytała Emilka, ocierając mokre policzki i dławiąc się jeszcze nerwowym śmiechem.
- Nie słyszałaś, złotko, co mówił pan major? Cały teren jest patrolowany! Po drodze z pewnością wpadłybyśmy na inny patrol, a wtedy... Cuda nigdy dwa razy się nie zdarzają. Obłowiliby się na nas, pieniądze, broń, dokumenty!
- Najmilsza, jesteś genialna! Pomyślałaś o wszystkim, a ja kopnęłam cię w kostkę. Przepraszam. - Emilka rzuciła się jej na szyję i ucałowała. - Ale panu hrabiemu opowiem, jak uwodziłaś tego biednego majora. Moskala, aha!
- Moskal także może być przystojnym chłopcem i przyjemnie z nim było trochę poflirtować.
- Ninko, zachowałaś się skandalicznie, ale i tak cię podziwiam. - oświadczyła Emilka i cmoknęła ją w policzek. - Wiesz, powiem chłopcom z tej nowej partii, że rewolwery dla nich eskortowali Rosjanie, pilnując żeby Czachowski im nie ukradł. A wyobraź sobie tylko, co by się z nami stało, jakby naprawdę zaatakowali nas  w drodze powstańcy!
Znowu wybuchnęły śmiechem, piszcząc jak dwie smarkate pensjonarki. Maciek zaintrygowany zaobserwowaną sceną, podbiegł do karety.
- Maryjo święta, Moskale was zagarnęli? - zawołał, zaglądając do wnętrza przez okienko.
- Nie, to myśmy zagarnęły dla bezpieczeństwa Moskali. - odpowiedziała roześmiana Nina, czerwona z podniecenia. - Wszystko w porządku, Maciuś. To był znajomy oficer.
- Bogu dzięki! - odetchnął. - A jużem myślał, że jaśnie paniom przydarzyło się nieszczęście i aż mnie coś w dołku sparło ze strachu.
- Pan Jezus ustrzegł. - mruknął zgryźliwie Stach, zabierając się do przeprzęgania koni. Stwierdziwszy, że pocztowiec już odszedł, oświadczył złośliwie: - Na drugi raz, jak jaśnie panie będą broń przewoziły, to trzeba mi o tym powiedzieć. Wezmę torbę pod kozioł i sam diabeł nie znajdzie. Mało mnie szlag nie trafił, jakem pomiarkował, co się święci!
- Nie zapomnimy. Stach zachował się po bohatersku. - pochwaliła Nina, zbywając uśmiechem jego pretensje. - Maciuś, nie wiesz, czy od pana nie było wiadomości?
- Chyba nie było. Pan pułkownik Czachowski rozbity. - powiedział Maciek ponuro.
Nina momentalnie zapomniała o wesołości, skupiając myśli na osobie męża.
- To już wiemy, ale czy nasza partia także była w tej bitwie?
- Nie wiadomo. Nawet nasz nowy karczmarz nic o tym nie wie, choć to mądry Żyd i państwu bardzo oddany. W domu już dach naprawili, a wczoraj wróciła z Lublina nasza panna nauczycielka. - opowiadał, jednocześnie pomagając Stachowi przy zmianie zaprzęgu.
Stary koniuszy z dumą przypatrywał się makowskim arabom.
- No, to są konie! Nareszcie pojedziemy jak ludzie. Maciek, nie gadaj tyle, ino właź na kozioł i jedziemy, bo jaśnie paniom śpieszno.
Dzięki rączości arabów, do Makowa przyjechali jeszcze przed północą. Rosnące przy drodze tarniny pachniały odurzająco, a w wilgotnych rowach kumkały żaby. Księżyc świecił tak jasno, że Stach nawet nie zapalał latarni. Kiedy mijali bramę wjazdową Nina, jak zwykle, uniosła głowę wpatrując się w oświetloną miesięcznym blaskiem tarczę herbową. Cieszyła się, że szczęśliwie powróciła do domu. Zapewne sprawiło to złudne światło księżyca, lecz nagle wydało się jej, że złocista gwiazda na szyi Orła jakby przygasła.
1Deus ex machina - osobliwość, cud, fenomen, rzadkość. Tu: ratunek w ostatniej chwili.
2W plen – do niewoli.