poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Obawy i niespodziewana nowina.


29 sierpnia 2016 r.
- Po co ten łotr tutaj przyjechał? - Nina usłyszała za sobą głos Jagi.
Nawet nie słyszała, kiedy niania weszła. Odwróciła się i podniosła na nią oczy pełne łez.
- Po mnie i po Maków. - westchnęła i opowiedziała jej dokładnie o żądaniach Starewicza. - Wie o nas tyle, że każdej chwili może mnie zniszczyć.
- Co zamierzasz zrobić? - głos niani brzmiał spokojnie, chociaż aż przygarbiła się pod ciężarem nowego zmartwienia.
- Nie wiem. - Nina bezradnie rozłożyła ręce. - Ten człowiek zdolny jest do każdej podłości. Wyda mnie Moskalom, jeśli przyjdzie mu na to ochota.
Jaga przygarnęła ją do siebie.
- Moja słodka, nieszczęśliwa dziewczynka. Ach Boże! - wykrzyknęła ze zgrozą, zauważywszy na jej ciele krwawe wybroczyny. - On ciebie pogryzł! Co za bydlę, zwierzę nie mężczyzna. Chodź, kochanie, musisz przypudrować te ślady i zmienić suknię.
- Jezu, jakże ja go nienawidzę! - szepnęła Nina. - Szydził ze śmierci Borutyńskich, z mego ojca i z Alka. Stroił sobie z nich żarty. Och, zabiłabym go, gdybym tylko mogła. Nawet Biblia mówi:"Oko za oko, ząb za ząb!"
- On jest w Lipieńcu? - Jaga zaczęła odruchowo ścierać pył ze stoliczka do szachów. Uświadomiwszy sobie bezsens tej czynności, wzruszyła ramionami.
- Nie. Przyjechał z wizytą do Zuckermana. Wiesz, tego rudego szczura, który kupił majątek po zesłanych Koźniewskich i ciągle wydaje huczne przyjęcia. To powiernik Starewicza w jego brudnych interesach. - westchnęła i poszła się przebrać.
W sypialni, Nina umyła się starannie, jakby chciała zetrzeć z siebie hańbiące piętna. Potem zmieniła halkę i ubrała inną suknię. Jaga starannie przypudrowała jej ślady ukąszeń, płacząc nad dolą swojego dziecka.
- Och, koteczku, ja sama bym go zabiła za to, co ci zrobił. - zwołała, bo serce jej się krajało, kiedy patrzyła na krwawe ślady na delikatnym ciele Niny. Ujęła jej głowę w obie dłonie i ucałowała ją w czoło.
Proboszcz i panna Lutówna powrócili z kaplicy i oczekiwali w bibliotece. Nawet nie próbowała ukryć przed nimi nowego zmartwienia.
- Nie dał ci żadnej szansy? - ksiądz był wstrząśnięty bezwzględnością wnuka wojewodziny.
- Owszem, dał, pod warunkiem, że zostanę jego metresą!
Mira wydała okrzyk oburzenia, a proboszcz osłupiał.
- Na litość boską, jakich to czasów dożyliśmy! - wykrzyknął. - Czy to możliwe, żeby mężczyzna z naszej sfery, proponował damie taki układ?
- Ksiądz dobrodziej zapomina, że dla niego jestem żoną buntownika wyjętego spod prawa.
- Postaram ci się pomóc, drogie moje dziecko. - powiedział proboszcz. - Jutro pojadę do Zuckermana i porozmawiam ze Starewiczem. Znałem dobrze jego ojca, bardzo porządnego człowieka. Może i syn opamięta się w końcu?
- Proszę tego nie robić! - zawołała Nina. - On nie może się dowiedzieć, że rozmawiałam o tej sprawie. Dopiero wtedy poczułby się zagrożony i złożyłby na mnie donos.
- Więc co mam robić ? - ksiądz z zakłopotaniem potarł łysinę.
- Absolutnie nic! Sama muszę jakoś sobie radzić, chociaż zupełnie nie wiem jak.
Zapadło milczenie. Proboszcz poczuł się zmęczony i pobłogosławiwszy panie odjechał do Sarnik. Nina narzuciła na ramiona szal i wyszła na taras. Stała długo chłonąc piękno krajobrazu. Wieczór był ciepły, lekki wiatr łagodnie szeleścił żółknącymi liśćmi. W oddali majaczyły we mgle jesiennej stoki Sieradowskiej, bo słońce skryło się już za odległymi wzgórzami, pozostawiając na niebie złoto-purpurową poświatę. Przez uchylone drzwi prowadzące do jadalni, dochodziły rozmowy służby i delikatny dźwięk rozkładanych na stole sztućców i talerzy. "On zabierze mi Maków! - pomyślała, ogarnięta paniką. - Zabierze mi mój dom, połowę mego serca." 
Wiedziała, że własny dom to rodzina, to bezpieczny dach chroniący przed złem. To ciąg dni przeżywanych wspólnie. Wyobrażając to sobie czuła, że jest bliska szaleństwa. Miała ochotę chwycić się za włosy i walić głową o ścianę, bo nie widziała drogi ratunku. Zegary wybiły godzinę ósmą, a na taras wyjrzał Walenty i oznajmił niemal szeptem, że kolacja podana. W małej jadalni siedziała już Mira. Na stole zaścielonym śnieżnym holenderskim obrusem, stały półmiski przykryte błyszczącymi pokrywami, unosiły się spod nich smakowite zapachy. Monotonnie szumiał srebrny samowar. Paweł na specjalnej maszynce spirytusowej podgrzewał talerze. Zauważyła, że każdy przedmiot znajdujący się na stole był nie tylko użyteczny, ale i piękny. Nawet urządzenie do chłodzenia wina miało śliczny kształt srebrnej róży. Obok porcelanowych talerzy z herbem Klonowieckich, stały filiżanki z cieniutkiej saskiej porcelany. Pomyślała, że wkrótce może to wszystko utracić i na nowo ogarnęła ją desperacja. Przeklinała dzień i godzinę, w której Aleks uznał za stosowne przyłączyć się do powstania.
- Kochanie. - szepnęła zmartwiona panna Lutówna. - Może poślesz kogoś do leśnego obozu. Możliwe, że kapitan Soszkiewicz coś ci poradzi.
- Obóz jest pusty. - apatycznie odparła Nina. - Wczoraj Maciek zawiózł tam siano, ale zastał tylko dwóch strażników. Nawet nie wiadomo dokąd poszli.
- To rzeczywiście pech! Ale ksiądz proboszcz obiecał modlić się za ciebie. - Mira próbowała dodać jej otuchy.
"Tyle mi te modlitwy pomogą, co umarłemu kadzidło!" - pomyślała Nina ze złością. Przy kolacji nie mogła nic przełknąć, wypiła tylko dwa kieliszki wina. Walenty, z grobowa miną kazał zabrać nakrycie z nietkniętymi potrawami. Co chwilę spoglądał na swoją młodą panią i ciężko wzdychał.
Nina była w stanie tak silnego rozstroju nerwowego, że nie miała chęci do rozmowy. Powiedziała Mirze "dobranoc", i zamknęła się w sypialni rozkazując, aby pod żadnym pozorem nie przeszkadzano jej w odpoczynku. Nie wzywała nawet Ulisi, lecz rozebrała się sama i narzuciwszy na nocną koszulę ciemną pelerynę, zeszła po schodach do parku i spacerowała ciemnymi alejami, kolejno rozważając swoje szanse, a potem je odrzucała, jako nierealne. Wszystkimi zmysłami wzywała męża, wierząc w jego życiową mądrość. O, gdyby tak teraz jakimś cudem zjawił się w domu i dowiedział o zachowaniu Starewicza, to rozszarpałby go gołymi rękami na drobne kawałeczki. Nigdy nie miał o wnuku wojewodziny dobrego mniemania. Początkowo nawet myślała, że mąż jest o niego zazdrosny, ale przekonała się, iż przeczuwał w nim podły charakter.
Wzdrygnęła się i szczelniej otuliła peleryną, bo noc była już chłodna. Nad jej głową przeleciała niemal bezszelestnie sowa, rzucając w ciemność ostry krzyk. 
Od strony stawu odpowiedział jej głos jakiegoś ptaka. Nina pomyślała, że jedynie śmierć Starewicza byłaby zbawienna w jej sytuacji, lecz ten przebiegły człowiek z pewnością dobrze się zabezpieczył na taką ewentualność. Najlepszym wyjściem byłoby powiadomienie policji narodowej, o szantażu i groźbach denuncjacji. Nawet nie trzeba byłoby go zabijać, a jedynie śmiertelnie przestraszyć. Ludzie o tak podłym charakterze bywają zwykle tchórzami. 
Pamiętała, jak Starewicz przeraził się, gdy w Lipieńcu zagroziła mu sztyletnikami. Nie, jednak lepiej żeby zginął! Niestety, nie wiedziała jak można dotrzeć do kogoś z policji. Służące w niej osoby były ściśle zakonspirowane i tylko wtajemniczeni znali miejsce ich pobytu. Kiedyś mogła pomóc jej Emilka, ale już panna Lutówna nie była dopuszczona do tajemnicy. Postanowiła pojechać do Porajów i pogadać w panną Lasewiczówną, znającą wszystkie sekrety konspiracji. Lecz zanim panna Lasewiczówna zacznie działać, Starewicz będzie szybszy i złoży donos. Zamyślona szła przed siebie, stąpając po pożółkłych liściach, aż zawędrowała nad staw i stanęła zapatrzona, przez długą chwilę wsłuchując się w ciszę nocną, starając się uspokoić i nabrać otuchy. Ale nawet spacer po ukochanym parku nie przyniósł jej pociechy i powróciła do sypialni chora ze zmartwienia i bezradna.
Po źle przespanej nocy wstała blada, z ciemnymi kręgami pod oczami i spieczonymi z gorączki ustami. Ku rozpaczy i głośnych lamentach Jagi i Walentego, nie tknęła śniadania tylko osiodławszy Mignon, pojechała na spacer nie mogąc usiedzieć w domu. Nie potrafiła znieść pełnych współczucia spojrzeń domowników. Wszyscy domyślali się, że nad Makowem zawisła jakaś groźba, ale nie wiedzieli o co chodzi i patrzyli na swoja panią z nadzieją, ufni, że ona zawsze sobie poradzi. To zaufanie kiedy indziej bardzo by jej pochlebiło, lecz teraz czuła się kompletnie bezradna i nie miała pojęcia jak ma postąpić. Jeśli Starewicz pojutrze przyjedzie, znajdzie ją niezdecydowaną i w rozpaczy. Jadąc przez wieś, mimo woli stwierdziła z zadowoleniem, że dzięki jej wydatnej pomocy i ciężkiej pracy gospodarzy makowskich, widoczne skutki straszliwego huraganu usunięto. Domy i zabudowania gospodarcze odbudowano, w sadach posadzono nowe drzewka owocowe na miejsce zwalonych. Ludzie krzątali się, zwożąc z pól ostatnie plony, dworski młyn bez przerwy turkotał, mieląc zboże na mąkę i kasze. 
Dzięki temu ludzie nie musieli się trudzić, mieląc zboże na ciężkich żarnach, lub młócić je cepami. Na podwórkach głośno pochrząkiwały spasione maciory, otoczone różowymi prosiętami, biegnąc truchcikiem do koryta z pomyjami. Kobiety korzystając ze słonecznej pogody, wieszały na płotach wypraną bieliznę. Na grządkach pod oknami chałup kwitły astry i żółte nagietki.
Na widok jadącej konno dziedziczki, mężczyźni zdejmowali słomiane kapelusze i kłaniali się nisko, z szacunkiem. Kobiety pozdrawiały ją z uśmiechem, zagadując poufale. Gospodarze pamiętali, że to dzięki niej wieś znowu była zasobna i czuli wdzięczność za starania młodej dziedziczki. Ściągnięte z majątków wojewodziny płody rolne, bydło i sprzęt, wędrowały do chat gospodarzy makowskich. W ich twardych sercach budziła szacunek, a może i miłość. Często przychodzili do pałacu, prosząc o radę lub rozsądzenie jakiegoś sporu. Przez pamięć o mężu i Jasiu, nigdy nikomu nie odmawiała pomocy i oni to potrafili docenić.
Skręciła z głównej drogi, na ścieżkę prowadzącą na łąki. Cicho tu było i sennie. Po skwarnym lecie, natura gotowała się do długiego zimowego snu. Nina powstrzymała klacz, urzeczona pięknem i słodyczą melancholijnego pejzażu. Na stromych pagórkach pasły się jeszcze krowy i owce, skubiąc więdnącą trawę. W bystrych strugach pływały kaczki, a gęsi na jej widok poderwały się i leciały przed siebie, z rozpostartymi skrzydłami i wielkim krzykiem. Na bladym błękicie nieba świeciło przymglone słońce, jego promienie już nie parzyły, jak w lecie tylko łagodnie pieściły skórę.
Widok własnej ziemi, jak zwykle napełnił ją niczym nieuzasadnioną otuchą. Ściągnęła cugle klaczki, przepuszczając mijające ją wozy wypełnione po brzegi workami ziemniaków, burakami i kapustą. Jadąc skrajem miedzy, życzliwie wypytywała gospodarzy o plony, uprzejmie zagadywała kobiety kopiące ziemniaki i żartowała z młodymi parobkami, wpatrzonymi w nią jak w tęczę. Ludzie byli weseli, bo pomimo huraganu zbiory były bardzo dobre.
Niegdyś Nina lubiła tę porę roku. Był to czas balów, zaręczyn i ślubów. Panie rozmyślały już o nowych toaletach na karnawał, zastanawiając się, czy spędzić go w kraju lub może za granicą. Ale tamte jasne, pogodne dni bezpowrotnie minęły. Trwało powstanie i chociaż czasami zapominało się o tym w codziennej krzątaninie, to na terenie kraju, na polach i w lasach toczyły się walki, grzmiały armaty, salwy karabinowe i ziemia drżała pod kopytami szarżującej kawalerii. Traktami ciągle maszerowały kolumny wojska, po wsiach buszowali kozacy poszukując ukrywających się powstańców.
Z daleka Nina dostrzegła bielejące ściany domów na Pliszkowej Górce, świecące w słońcu szybami okien. Patrzyła z dumą na dzieło męża. Jego upór w dążeniu do celu sprawił, że bezrolni nędzarze mieli dziś własną ziemię kochaną tak gorąco, że dla niej gotowi byli zabijać lub oddać życie."Mój Boże, tyle wnieśliśmy tutaj pieniędzy i pracy, a teraz miałabym tę ziemię opuścić, bo pan Starewicz przegrał majątek w karty i bardzo potrzebuje pieniędzy? - rozmyślała z gniewem. - A gdyby nawet Klonowieccy musieli stąd odejść, to na zawsze pozostanie po nas coś dobrego. Efekt myśli Aleksa przetrwa we wdzięcznej ludzkiej pamięci."
Powracała do domu w nieco lepszym humorze. Przypomniawszy sobie zadziwiająco dokładne informacje Starewicza, dotyczące rodzinnych sekretów doszła do wniosku, że musiał mieć donosiciela. Ktoś mu powiedział o rannym Aleksie, o tragicznej śmierci Borutyńskich i zesłaniu Emilki. Bała się, że gdzieś w pobliżu znowu czai się konfident. Za wszelką cenę należało zamknąć mu usta, dopóki nie spowoduje nowej tragedii. Przed domem poczęstowała klaczkę kostką cukru i pocałowała ją w białą gwiazdkę na czole .Wręczywszy cugle nadbiegającemu służącemu, weszła do sieni. Czujny jak żuraw Walenty, wyjrzał z pokoju kredensowego.
- Mieliśmy może jakichś gości? - spytała raczej bez większej nadziei, bo i komu chciałoby się wybierać do niej w odwiedziny.
- Nikogo nie było. - odrzekł Walenty. - Jaśnie paniuleczka ze spaceru, pewnie głodna? A panna Kumosia upiekła na podwieczorek pyszne pączusie z różaną konfiturę. Może podać? - kusił, chytrze mrużąc oczy.
- Zgoda! Poproszę o jeden pączek oraz mocną kawę, i robię to tylko dla Walentego! - posłała mu uśmiech idąc do buduaru.
- Dla mnie? O moja najśliczniejsza jaśnie paniuleczko! Już, zaraz wszystko przyniosę. - rozpromieniony staruszek raźno pomaszerował do kuchni.
Ostatnio, po śmierci Jasia całkiem posiwiał, lecz jak zawsze rządził służbą twardą ręką, nie pozwalając się wyręczać w pracy. W domach starych możnych rodów polskich, także w Makowie, służba uważana była za domowników. Rodzili się i umierali w pałacu, wysłużywszy sobie uczciwą pracą godziwy odpoczynek na stare lata. Aleks całkowicie im ufał, pewny ich przywiązania. Wszystkie przygotowania do walki w powstaniu, odbywały się na ich oczach, a zaufanie państwa podnosiło domowników we własnym mniemaniu i umacniało w poczuciu godności. Razem z państwem martwili się, kiedy aresztowano Emilkę, a tragiczna śmierć Borutyńskich była dla nich ogromnym przeżyciem. Walenty ciągle jeszcze był wstrząśnięty okropną śmiercią Jasia i kiedy go wspominał, to zaraz płakał. Po chwili sam przyniósł do buduaru kawę i pączka, rozłożył na stoliczku świeżą serwetkę i stanął obok, gotowy do pogawędki.
- Parno dzisiaj. - odezwała się Nina, kosztując kawę. - Jesień, a ciepło jak w lipcu. Dlaczego Walenty sobie nie odpocznie, nie posiedzi na słoneczku? Pan hrabia życzył sobie, żeby Walenty się oszczędzał, są przecież młodsi lokaje. - powiedziała to wiedząc, że życzenie Aleksa jest dla Walentego święte.
- A byłem dziś w parku nad stawem popatrzyć, jak chłopcy łowią ryby na piątek. Posiedziałem sobie chwilę na ławce. Co teraz za praca w domu? Goście nie przyjeżdżają, sami jesteśmy, to i nie ma się przy kim krzątać.
- Pan Starewicz ma o nas bardzo dokładne informację. - Nina odłożyła na talerzyk połowę nie zjedzonego pączka i spojrzała wymownie na kamerdynera.
- Słyszałem. - w jego starczych oczach zamigotała iskra gniewu.
- Ale kto jest jego informatorem? Gdzie może być ten donosiciel? Koniecznie musimy go zdemaskować, bo nam zagraża. Przez niego mogę zostać aresztowana.
Walenty.
- Nie daj Panie Boże! - staruszek zastanowił się, a potem oznajmił stanowczo: - W naszym domu nie ma szpiclów. Tutaj wszyscy wyrośli na moich oczach. Znam każdego i wiem, że są uczciwi i oddani państwu. Gdzie im byłoby lepiej? Po innych dworach, jaśnie pani raczy wybaczyć staremu śmiałość, nie zawsze dobrze traktuje się ludzi. Tutaj nikt człowiekiem nie pomiata, każdy usłyszy dobre słowo i tłusto zje. Ludzie są za to państwu wdzięczni.
- Ale ten łotr Starewicz od kogoś usłyszał o chorobie pana hrabiego i o Borutyńskich. Wie o nas prawie wszystko i grozi, że doniesie na mnie do Moskali. - upierała się Nina. - Wierzę, że od naszych ludzi Starewicz się tego nie dowiedział, więc kto go informował?
- Trzeba popytać Grabiszynę w Zameczku. Pan hrabia długo tam leżał.
Nina aż zadławiła się kawą. Nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że donosiciel może znajdować się właśnie w Zameczku. Co prawda, Aleks leżał tam prawie miesiąc i nikt go nie wydał. Nikt? A od kogo stary Żabiec dowiedział się, że w dworku leży ranny powstaniec?
- Matko Najświętsza! - wykrzyknęła przejęta, porywając się z miejsca.. - Tak, to oczywiste, bo ta sama osoba mogła opowiedzieć o chorym panu Żabcowi, a ten stary szatan naprowadził dragonów. Trzeba się szybko dowiedzieć, czy ktoś ze służby ma może krewnych w Lipieńcu. Bo Starewicz był tam ostatnio. O, dziękuję Walentemu, bo ja bym na tę myśl nie wpadła. Niech Maciek zaraz jedzie do Zameczku i popyta Grabiszynę. Co on robi?
- A siedzi u pana Bochniaka i uczy się gospodarować folwarkiem. Gwałtem chce wyjść na pana. - mruknął Walenty, niby to złośliwie, ale uśmiechał się pod nosem, bo lubił rezolutnego chłopaka i dobrze mu życzył.
- Bardzo wiele mu zawdzięczam. Uratował życie mnie i dziecku. Niech zaraz przyjdzie do buduaru.
- Poślę po niego Pawła, niech się nicpoń rozrusza, bo straszny leń! - zdecydował Walenty i podreptał na korytarz wołając: - Paweł, gdzie się podziewasz, niecnoto? Oj, nigdy go nie ma, jak się go woła! - zrzędził półgłosem.
Nina usiadła przy sekretarzyku i obwiniając się w duchu za zaniedbanie tak ważnej sprawy, otworzyła piękny, złocony buvard1 i napisała do Grabiczyny liścik, dając jej dokładne instrukcje. Przez szeroko otwarte drzwi na taras, dochodziły do jej uszu piski i okrzyki dzieci, bawiących się na trawniku przed pałacem.
"Oho! - pomyślała wstając i zamykając drzwi - Pupile Miruni zabawiają się w chowanego. Muszę ją poprosić, żeby zabierała swoją trzódkę trochę dalej, bo ogłuchnę. Ależ wrzeszczą! No nie, ja muszę mieć w domu spokój. Park jest dostatecznie duży i mogą sobie znaleźć inne miejsce do zabawy." Ze złością zatrzasnęła buvard i dokończyła jeść zapomnianego pączka.
Maciek dowiedziawszy się o co chodzi, wziął list i oznajmił, że po drodze wpadnie także do Lipieńca i popyta pana Marcinkiewicza, czy Starewicz rozmawiał z kimś, kto służy w Zameczku. Tymczasem Nina postanowiła po obiedzie wziąć bryczkę i pojechać do Bodzentyna po zakupy. Zamierzała zabrać z sobą pannę Lutównę i przypomnieć sobie, jak się po angielsku powozi four in hand, 2czego uczył ją świętej pamięci koniuszy Kacper. To będzie bardzo przyjemna przejażdżka, myślała. Ale przede wszystkim należało się przebrać, bo ciągle jeszcze miała na sobie amazonkę. Zadzwoniła na pokojówkę.
- To jaśnie pani hrabina już wróciła? - zdziwiła się Ulisia, wchodząc do pokoju. - A ja tak czekam na jaśnie panią. Mogę coś powiedzieć?
- Naturalnie, mów. Ale najpierw przygotuj mi kostium spacerowy. Co nowego?
- Bo proszę jaśnie pani hrabiny. - rozszczebiotała się Ulisia, pomagając zdjąć amazonkę i szukając w garderobie kostiumu. - Był tu chłopak od pana leśniczego z Gliszczysk i powiedział, że młody pan Orlewicz ma dla jaśnie pani list. Będzie czekał około dziesiątej koło kaplicy. Może wie także coś o moim Antku? - spojrzała na Ninę z nadzieją.
Antek był jej chłopcem i służył w partii od samego początku. Miał szczęście, bo jak dotąd nigdy nie był ranny. Dziewczyna zupełnie się załamała, gdy powiedziano, że w bitwie pod Słupią poległ jej brat i narzeczony. Potem jednak okazało się, że obaj żyją i dzięki serdeczności swojej pani, dziewczyna odzyskała równowagę.
- Pan Orlewicz przybywa z Galicji, tam Antka nie było. Razem z twoim bratem powędrował gdzieś z kapitanem Soszkiewiczem.
Nina momentalnie zrezygnowała z wyjazdu do miasteczka i resztę dnia spędziła w domu. Czas dłużył się jej beznadziejnie, a wieczór wcale nie chciał nadejść. Żeby skrócić czas oczekiwania, wymyślała sobie jakieś zajęcia, ale do czego się wzięła, wszystko ją nudziło i denerwowało. Obawiała się, że Orlewicz przywiezie jej złe nowiny. Kto wie, czy Aleks nie został aresztowany lub, co nie daj Panie Jezu, nie żyje? Na tę okropną myśl zadrżała, prędko się przeżegnała i zmówiła krótki pacierz, błagając Boga o zmiłowanie. Przy kolacji śledziła wzrokiem wskazówki zegara, lecz do dziesiątej było jeszcze daleko.
- Nino, może zagramy coś na cztery ręce? - zaproponowała panna Lutówna, chcąc oderwać jej myśli od trosk.
Usiadły przy fortepianie, ale palce Niny nie trafiały w klawisze i tak fałszowała, że Mira zatkała sobie uszy i popatrzyła na nią ze zdumieniem.
- Dlaczego tak błędnie grasz?
- Ach nie! To na nic, nie potrafię się skupić. - Nina wstała od instrumentu i narzuciła na ramiona ciepły szal.- Pójdę się przejść po parku. Zanim Orlewicz przyjedzie, chyba umrę z niepokoju.
- A ja jestem przekonana, że usłyszysz same dobre nowiny.
- Miruniu, w tych ponurych czasach trudno o dobre nowiny.
Gwizdnęła na Grota i wyszła z domu. Pies wyprzedził ją biegnąc w podskokach, lecz zaraz zawrócił i zaczął się łasić. Nina pogłaskała go czule, a on pobiegł naprzód strasząc szczekaniem sarny. Nina szła wolno ścieżką wzdłuż pałacu, patrząc w jasno oświetlone okna malinowego salonu. Dobiegały stamtąd dźwięki fortepianu i głos Miry, śpiewającej smutną piosenkę:
                            Wysoko pod niebem żurawie leciały.
                            Wysoko leciały, a lecąc śpiewały.
                            Polami, lasami wojacy szli w tłumach.
                            Bez pieśni, bez grania, w milczących szli dumach.
                            Ich dumy posępne, ich lica w kurzawie,
                            A dokąd wojacy? - pytają żurawie.
Jej tęskny śpiew tak rozstroił Ninę, że miała ochotę głośno się rozpłakać.
- Przestań! Och, przestań! - krzyknęła histerycznie i zatkała sobie uszy.
Mira natychmiast zamilkła i zaniepokojona wybiegła na taras, lecz Nina zawstydzona swoim wybuchem, uniosła suknię i pośpiesznie skryła się w gęstwinie wielkiej alei lipowej. Długo potem przechadzała się nad stawem, płosząc zasypiające ptaki. W mroku zakwakała przerażona kaczka i plusnęła w wodę. Nina przypomniała sobie, jak często spacerowała tutaj z Jasiem, braciszkiem najmilszym, opowiadając mu o swoich troskach i zawsze znajdując u niego pocieszenie. Odszedł tak nagle, że nawet nie mogła wyprawić mu godnego pogrzebu. Nad jego trumną nikt nie złamał tarczy herbowej na znak, iż wygasł po mieczu ród Borutyńskich. 
Tak bardzo chciała uczcić go odpowiednim epitafium w sarnickim kościele, ale nie mogła ze zrozumiałych względów. Jaś był powstańcem, wyjętym spod prawa i pamięć o nim powinna zaginąć. Przypuszczalnie dochodziła dziesiąta, więc skierowała się w stronę kaplicy i usiadła przed posągiem Apolla, bo od chodzenia rozbolały ją nogi. Za nią przybiegł Grot i położył się przy jej stopach, ogrzewając je swoim ciałem. Pochyliła się i położyła mu rękę na głowie. Pies był jej wiernym przyjacielem i rzadko się rozstawali. Nawet w nocy sypiał koło jej łóżka, na poduszce uszytej specjalnie dla niego. Po aresztowaniu Emilki, trochę go zaniedbała, jeżdżąc do Radomia i Warszawy. Seter tęsknił za nią i teraz jej pilnował, chodząc za swoją panią krok w krok. Niekiedy Nina zdumiewała się jego wyczulonym instynktem. Służba opowiadała jej, że przed tragedią w Sarnikach, pies zachowywał się niespokojnie, chodził za Jasiem i skomlił patrząc mu w oczy. Obiecała sobie, nigdy nie lekceważyć jego zachowania.
Siedząc w ciszy nocnej, obserwowała jak Grot leży spokojnie i chyba drzemie. Ale nagle otworzył oczy, wstał i zaczął nadsłuchiwać. Jednak nie warczał i nie przejawiał gniewu, widocznie znał nadchodzącą osobę, bo parę razy machnął ogonem. W mroku rozległy się szybkie kroki i do ławki podszedł mężczyzna, ciągnąc za sobą opierającego się i zmęczonego konia.
- Dobry wieczór, panie Orlewicz. Miło mi znowu pana widzieć. - odezwała się Nina wstając .
- Pani hrabina! Proszę wybaczyć, że zakłócam wieczorny spoczynek, ale w pobliżu są Moskale. Wolałem przed zmrokiem nie wychodzić z domu. - dostrzegł w mroku jej wyciągniętą rękę i ją ucałował.
- Ma pan wiadomości o moim mężu? - zapytała, modląc się, żeby nie usłyszeć złej nowiny.
- Proszę się nie obawiać. Pan naczelnik jest bezpieczny i mam od niego list dla pani hrabiny. - uspokoił ją Orlewicz.
- Bogu dzięki! - westchnęła z ulgą. - Zapraszam do domu. Zapewne jest pan zmęczony i chętnie napije się pan dobrej kawy.
- Serdeczne dzięki, lecz mam bardzo mało czasu i zaraz muszę wracać. - odrzekł, podając jej białą kopertę.
- W takim razie wejdźmy do kaplicy. Chcę przeczytać list. - otworzyła ciężkie drzwi kluczem wziętym na wszelki wypadek, i pierwsza weszła, zapalając na ołtarzu świece. Wątłe płomyki rozjaśniły część ponurej budowli.
- Pan pozwoli? - przysunęła sobie świeczkę i szybko przebiegła wzrokiem kartki pokryte eleganckim pismem męża, obiecując sobie zapoznać się z listem dokładniej w domu. - Zaraz. - podniosła głowę i popatrzyła na Orlewicza. - Ja czegoś tu nie rozumiem. To mego męża nie ma w Krakowie?
- Od dawna nie ma. List nadszedł z naszej placówki zagranicznej. Jeżeli pani hrabina zamierza odpisać, to wezmę list z sobą i przez kuriera dotrze do rąk pana naczelnika.
- Mam rozumieć, że mąż przebywa za granicą? - odwróciła się w jego stronę, ogarnięta nagłym gniewem. - No, tego to już za wiele! Na moją głowę walą się nieszczęścia, jedne gorsze od drugich, a ja nawet nie mam do kogo zwrócić się o pomoc. Możliwe, że za kilka dni stracę dom i majątek, a sama znajdę się w więzieniu.
- Jak to się stało? - Orlewicz próbował dostrzec w półcieniu wyraz jej twarzy. - Proszę mi wszystko dokładnie opowiedzieć. Może będę mógł pomóc.
- Wie pan o śmierci wujostwa i Jasia? O zesłaniu młodej pani Borutyńskiej i wyjeździe pani Salomei?
- Tak. Panna Lasewiczówna przekazała kurierowi wiadomość o tej tragedii. Ogromnie pani współczuję.
Pokrótce streściła mu rozmowę ze Starewiczem, jego bezczelne żądania i poprosiła o kontakt z policją narodową.
- Jestem żoną dowódcy oddziału powstańczego i władze powstańcze są obowiązane chronić mnie przed szantażystą. Wy panowie, idziecie walczyć z bronią w ręku. Ale my, kobiety, zostajemy w domach, narażone na bezwstydne propozycje takich nędzników, jak Starewicz.
- On się ośmielił?... - wyszeptał Orlewicz zduszonym głosem.
- Nawet bardzo się ośmielił! - zamilkła, a po chwili wybuchnęła z wściekłością. - On doskonale wie, że nikt nie stanie w mojej obronie, więc pozwolił sobie na propozycję, która w uczciwej kobiecie budzi oburzenie i wstręt. Odważył się też próbować na mnie swoich karesów!
- Ja go zabiję!- Orlewicz powiedział to cicho, ale takim tonem, że Ninie po plecach przeleciały ciarki.
Przez jakiś czas nie odzywali się do siebie, dopiero po chwili Nina powiedziała chłodno:
- Jeżeli Starewicz zginie, to ja natychmiast zostanę aresztowana, a majątek ulegnie konfiskacie. Niech mi pan wierzy, że bez wahania sama zabiłabym Starewicza, jak wściekłego psa. Ale wiem, że on dobrze zabezpieczył się przed taką ewentualnością. Trzeba go nastraszyć tak skutecznie, żeby przynajmniej na jakiś czas odczepił się ode mnie.
Orlewicz ochłonął z gniewu i zawstydził się swoich nieprzemyślanych słów.
- Oczywiście, pani hrabina ma całkowitą rację. Ja natychmiast powiadomię kogo trzeba. Proszę się nie martwić, bo nasza policja ma swoje sposoby na takich łotrów. Ale przecież ja mam prezent dla pani od pana naczelnika! - sięgnął do kieszeni i wydobył okrągłe pudełko przewiązane błękitną wstążką - ulubionym kolorem Niny.
Otwarła je z ciekawością i ujrzała leżącą w nim cudowną broszkę w kształcie dużego motyla, siedzącego na liściu kosaćca. Owad wykonany ze złota i drogich kamieni, był tak naturalny, że mogło się wydawać, iż zaraz rozwinie skrzydełka wzbije się w powietrze. Pod broszką była karteczka, na niej jedno zdanie:"W pierwszą rocznicę naszego ślubu, z wyrazami miłości. A."
- Jakie to prześliczne. - wyszeptała zachwycona. W słabym świetle świec klejnot rozbłysnął wszystkimi kolorami tęczy. Napatrzywszy się, schowała pudełeczko do kieszeni.
Orlewicz wpatrywał się w nią wzrokiem pełnym miłości i tęsknoty.
- Ja również ośmieliłem się przywieźć pani hrabinie skromny prezent z Krakowa. Zaraz przyniosę.
Wyszedł z kaplicy i z przymocowanego do siodła pakunku, wyjął spore pudełko. Wręczył je zaskoczonej Ninie, rumieniąc się jak żak. W pudełku znalazła dużą, piękną lalkę w stroju krakowskim wyszywanym cekinami. To już nie była zabawka, lecz małe dzieło sztuki. Nina uwielbiająca podarunki, ucieszyła się niespodziewanym prezentem jak małe dziecko.
- Lalka jest prześliczna! Posadzę ją na poduszce w moim buduarze. Dziękuję panu. Co prawda, zamężnej kobiecie nie wypada przejmować darów od nie spokrewnionych z nią panów, ale ja mam tak mało radości w życiu.... Śmieszne, ale lubię się jeszcze bawić lalkami. - zaśmiała się, ale głos jej się załamał.- Mój mąż nie wie o nieszczęściu, jakie nas spotkało? Panie Orlewicz, proszę mi zdradzić, gdzie on przebywa?
- Pan naczelnik już dosyć dawno wyjechał z Krakowa i z pewnością ta tragiczna wiadomość jeszcze do niego nie dotarła. - odpowiedział wymijająco. - To będzie dla niego ciężkie przeżycie, jak i dla nas, bo wszyscy kochaliśmy Jasia. To był najlepszy człowiek, jakiego znałem. Śmierć pastwa Borutyńskich, także bardzo nami wstrząsnęła. Tak nagle odeszli, lecz śmierć mieli godną. Mówię nami, bo to braciszek Benon powiadomił w Krakowie mnie i państwa Siekielskich oraz Jabłockich. - ściszył głos i potrząsnął głową. - Powiem pani hrabinie w zaufaniu, że obawialiśmy się o życie pana Tadeusza. Gdy dowiedział się o śmierci Jasia, załamał się zupełnie i pani Zofia nie odstępowała go ani na moment w obawie, że może sobie zrobić coś złego. Prawdziwy cud boski, że zdołała pani znieść tyle ciężkich ciosów.
- Jak się czuje Tadeusz? - pośpiesznie zmieniła temat.
- Lepiej, nawet nie dali mi żadnego listu, bo wracają do domu. - wyjął z kieszeni zegarek i rzucił okiem na tarczę. - O, już po jedenastej! Mam niewiele czasu, a chcę jeszcze zdać raporty i przekazać komu trzeba, skargę na Starewicza. Proszę napisać list do męża i włożyć go pod stopę tego posągu przed kaplicą. Przyjadę o świcie i go zabiorę.
- Dziękuję panu serdecznie. Ale co mam zrobić, jeżeli Starewicz ponownie pojawi się w Makowie?
- Niestety, nie wolno mi ujawniać niczyich nazwisk, choćby nawet szło o życie. W razie zagrożenia, proszę dać list pannie Lasewiczównie lub staremu Gulakowi z Sarnik, a on przekaże go dalej. Ale uprzedzam, wtedy Starewicz zginie!
Wyszedł z kaplicy i chciał już dosiąść konia, ale Nina go zatrzymała.
- Panie Orlewicz, nie odpowiedział pan na moje pytanie. Gdzie jest mój mąż?
- W zasadzie obowiązuje mnie tajemnica, lecz pani powiem. Jest w Paryżu! - odparł szeptem i wskoczywszy na siodło odjechał, pozostawiając ją skamieniałą ze zdumienia.
Powróciła do domu, trzęsąc się cała z miotającej nią szewskiej pasji. Nie zdążyła się jeszcze rozebrać, gdy rozległo się delikatne pukanie i do sypialni wsunęła się Jaga.
- I co, kotku? Miałaś jakąś wiadomość od pana? - spytała, patrząc na Ninę z niepokojem. - Co ci powiedział pan Orlewicz?
- Powiedział, że mój małżonek jest zdrowy, bezpieczny i doskonale się miewa. A przebywa nie byle gdzie, bo w Paryżu! Miasteczko w sam raz odpowiednie do konspiracji, prawda?
Jaga szeroko otworzyła oczy.
- W Paryżu? Dziecinko, pan pewnie musiał tam jechać. - Jaga nieśmiało próbowała stanąć w obronie hrabiego.
- Nianiu, ja nie jestem już dzieckiem i wiem, że polityce nie poświęca się całego dnia. Wyobraź sobie, że to Paryż! Piękne kobiety, opera, wyścigi, kabarety nocne, wino i szalona rozpusta. Kiedyś on bardzo lubił takie życie. Miał kochanki i obsypywał je brylantami. A ja?... Czy mnie się już nic od życia nie należy? Mam tylko w pokorze znosić nieszczęścia, jakie na mnie spadają? Wybrał sobie miejsce do konspiracji, w salonie jakiejś wymalowanej wydry. A ja użeram się tu ze Starewiczem, niech go piekło pochłonie! - wrzasnęła z wściekłością i walnęła pięścią w stolik.
Paryż w XIX w. gmach Opery.
- Uspokój się, dziecko. Masz tyle zmartwień i powinnaś dziękować Bogu, że chociaż mąż jest bezpieczny. - niania drżącą ręką pogładziła ją po głowie. - Jak pan hrabia wróci, to sobie z nim porozmawiasz. Ale nie sądź go pod wpływem złości. Pomyśl tylko, ile mu zawdzięczasz.
- A on mnie zawdzięcza życie! Ja wszystko zawdzięczam tobie! Bo to ty mnie wychowałaś, bez ciebie nie przeżyłabym nawet dnia.
- Nie wiem, czy potrafiłam sprostać swoim obowiązkom. Ale wiem, że pragnę jedynie twojego szczęścia. - niania przytuliła ją do piersi. - Z Bogiem, dziecinko, śpij spokojnie.
- Dobranoc, moja kochana mamuniu.
Ochłonąwszy z pierwszej pasji, Nina zasiadła przy stoliku i ponownie uważnie przeczytała list męża. Był bardzo długi i serdeczny. Pisał, że musiał wyjechać na pewien czas z kraju i nie wie, kiedy wróci. Zapewniał, że czuje się znakomicie, a jedyną jego troską jest obawa o jej bezpieczeństwo. Przeczytała list dwa razy, bardzo dokładnie i odniosła wrażenie, że Aleks tak jest zaabsorbowany jakąś ważną sprawą, że nie umiał skupić się i przelać na papier swoich myśli. Złożyła list z uczuciem głębokiej przykrości. Pomimo czułych słów, z zapisanych kartek wiał chłód. Pamiętała jego dawniejsze listy, krótkie kartki zalepione chlebem, prosto z obozu lub niemal z pola bitwy. Pełne były namiętnych uniesień i zmysłowej miłości, jakiej ona zawsze pragnęła. Tymczasem ostatni list, zapisany gęsto jego wytwornym pismem, utrzymany był w przyjacielskim tonie, jakby ich małżeństwo trwało lata i czas wzajemnej fascynacji mieli dawno za sobą. Przez chwilę mięła list w dłoni, mając ochotę cisnąć go do kominka i spalić, ale opamiętała się i złożywszy go starannie, dotknęła kartek ustami i schowała go do hebanowej szkatułki, w której przechowywała całą jego korespondencję przewiązaną czerwoną wstążeczką, oraz zasuszony kwiat bzu z pierwszego balu sylwestrowego.
Weszła do buduaru i zapaliwszy drugą lampę na sekretarzyku, usiadła i w ciszy nocnej zaczęła pisać list. Opisała dokładnie aresztowanie Emilki, audiencję u Uszakowa, odwiedziny w Cytadeli, a potem potworną śmierć Jasia i wujostwa Borutyńskich. Wracając do tych tragicznych wspomnień, nie potrafiła powstrzymać łez spływających po policzkach i spadających na kartki papieru. Napisała mu o postanowieniu pani Salomei i okrutnej deportacji Emilki. Nie próbowała powstrzymać płaczu. Aleks powinien wiedzieć, co wycierpiała. Celowo rozpisała się obszernie o szantażu Starewicza uskarżając się, że siłą ją całował, a nawet próbował posiąść proponując, by została jego kochanką! Uśmiechnęła się złośliwie, wyobrażając sobie wybuch wściekłości męża, bo zawsze był o nią zazdrosny. Ulżyło jej trochę na sercu gdy pomyślała, że tym listem zatruje mu przyjemny pobyt w Paryżu!
Leżąc już w łóżku nie mogła zasnąć, bo miała wrażenie, że ze strony męża spotkał ją bolesny zawód. Raz jeszcze uświadomiła sobie, że on nigdy nie należał do niej, tylko ona do niego. Potrafił się kontrolować nawet w momentach najgorętszych zbliżeń i pomimo deklaracji miłosnych, nigdy nie oddawał się całkowicie. Przynajmniej takie odnosiła wrażenie. Nie zamierzała się z tym godzić uważając, że wartość prawdziwej miłości polega na tym, aby się nią z nikim i z niczym nie dzielić.
Czuła się pokrzywdzona i w pewnym sensie nią była. Pierwsze namiętne uczucie Aleksa należało do innej kobiety. Kochał Paulę tak gorąco, że na równie mocną, jak ta pierwsza miłość, już nie potrafił się zdobyć. Nie wierzyła mu, że znienawidził żonę natychmiast po ślubie. Z pewnością jej wulgarne zachowanie, obrzydliwy nałogi i świadomość, że prostytuowała się z kim popadło, były dla niego straszliwym przeżyciem. Ale nawet odkrycie, kim naprawdę była poślubiona kobieta, nie mogło przecież natychmiast zabić tak wielkiej miłości. Paula była piękna, a on jej pożądał. Nie zaprzeczył, gdy Nina zarzuciła mu, że już przed ślubem byli kochankami. Tak być musiało, ponieważ Paula zdumiewająco dużo wiedziała o jego temperamencie i zawsze z uznaniem wyrażała się o nim, jako o mężczyźnie. Na wspomnienie własnego ślubu, z piersi Niny wydarło się ciężkie westchnienie. Był taki cichy i skromny, bez druhen, hucznego wesela i balu. Ale taki ślub Aleks już brał - z Paulą! Razem szli przez cerkiew błyszczącą od złota i jarzących się świeczników, obok siejących blask ikonostasów. Pop w złocistej riasie3 trzymał nad ich głowami korony, a pod wysokie stropy świątyni, wznosiły się wspaniałe chóry cerkiewne. Samo wesele zakończył wielki bal. Nina wiedziała o tym, ponieważ Paula nie omieszkała się jej pochwalić. Aleks nigdy o swoim ślubie nie wspominał. Miała niemiłe odczucie, że oszacowano ją niżej od Pauli.
Potem wybuch powstania wydarł jej męża z ramion, a na nią zaczęły spadać nieszczęścia. Nie poddawała się słabości, starając się wszystkiemu zaradzić. Kochała męża, wielbiła ziemię po której stąpał. W zamian jednak, musiała być pewna jego miłości, bo w przeciwnym razie mogło jej zabraknąć siły i woli do walki z przeciwnościami losu. Usiadła na łóżku i wyjęła ze stoliczka nocnego otrzymaną w prezencie broszkę. Obejrzała ją, wzruszyła ramionami i obojętnie schowała klejnot do pudełka. Już jej nie cieszył. Przed samym zaśnięciem zadała sobie pytanie, czy Starewicz znowu zacznie się jej narzucać, kiedy ponownie złoży jej wizytę? A może zdecydował się jednak zawiadomić władze i zamiast niego, przybędą żandarmi? Niczego nie obawiała się tak panicznie, jak zamknięcia w ciasnej celi więziennej, z dala od niani, domu, gór i lasów – wszystkiego, co tak ogromnie kochała. Lepsza od tego byłaby szybka śmierć!
 
1Buvard - ozdobna teczka do korespondencji.
2Powozić czwórką koni w lejc.
3Bogaty,ceremonialny ubiór duchownych prawosławnych.