sobota, 20 sierpnia 2016

Ostatnie szczęśliwe chwile i znowu pożegnanie


20 sierpnia 2016 r.
Aleks wyjechał do Krakowa w ostatnich dniach lipca, zdawszy dowództwo partii kapitanowi Soszkiewiczowi. Ufał całkowicie staremu oficerowi, wychowanemu w żelaznym rygorze i dyscyplinie armii rosyjskiej. Wiedział, że Soszkiewicz będzie walczył do ostatniego naboju, bo jako dezertera, czekał go sąd wojenny i rozstrzelanie. Wyjeżdżając do Galicji Aleks zabrał z sobą tylko Tomka. Przy pożegnaniu, Nina nie pozwoliła sobie nawet na jedną łzę. Można było sądzić, że jest spokojna i zimna, gdyby nie wyraz jej oczu.
A.Grottger.
- Mam nadzieję, że wrócę razem z Siekielskimi.- obiecywał, ubierając się do drogi i mocno ściskając w talii pas. Pod surdutem miał rewolwer, na ramiona narzucił szeroki płaszcz bez rękawów. W cywilnym ubraniu wyglądał na wytwornego podróżnika.
Nina poleciła przyprowadzić pod ganek konie i nie czekając aż mąż pożegna się z domownikami, pierwsza dosiadła po męsku Mignon. Aleks wyszedł z domu wzruszony, żegnany krzyżem i błogosławieństwami. Walenty płakał, ocierając łzy rękawem liberyjnej kurtki.
- Poczciwa dusza. - rzekł Aleks oglądając się za siebie i skinieniem dłoni pożegnał stojących na ganku domowników. - Nie pozwalaj mu się przemęczać, bo ostatnio bardzo się postarzał.
- Och, kiedy on broni swoich praw jak lew i nie pozwala zastępować się przez młodszych lokajów. - Nina nacisnęła kolanami boki klaczki. - Bardzo przeżył twoją chorobę i najazd dragonów.
Konie, którym porywisty wiatr dął prosto w nozdrza, parskały podrzucając nerwowo łbami. Nina ostro ściągnęła cugle, bo Mignon odtańczyła parę kroczków i zaczęła podrygiwać, zdradzając wielką ochotę wpakowania się na pień drzewa. Dostała klapsa i to ją nieco uspokoiło, zniechęcając do psich figlów. Tomek nie chcąc przeszkadzać małżonkom powiedział, że pojedzie przodem i sprawdzi, czy droga bezpieczna. Pokłusowali polną ścieżką pomiędzy zbożami gotowymi do żniw, ku zielonej ścianie lasu.
- Znowu przychodzi nam się żegnać, nie wiadomo na jak długo.- poskarżyła się Nina, kładąc dłoń na jego rękach trzymających cugle. - Marzyłam, że razem wyjedziemy z kraju, a ty nigdy nie wrócisz do powstania.
- Promyczku, przecież tym razem nie musisz martwić się o całość mojej skóry. To raczej ja nie będę miał spokoju, myśląc o tobie.
Przydrożny krzyż
 Rozmawiając dotarli na rozstaje dróg w miejscu, gdzie na wzgórku stał dębowy krzyż postawiony przez hrabinę Teklę. Spowiły go już powoje i polne kwiaty oraz zwiędłe wieńce. W tym miejscu droga skręcała, ginąc w gęstym lesie. Nina przypomniała sobie, że tędy jechała do leśnego obozu, po aresztowaniu pana Siekielskiego. Wtedy była wczesna wiosna, a teraz lato chyliło się już ku jesieni.
- Wiesz, Alku, najbardziej będzie mi brak nocami twojego pochrapywania! - odezwała się, patrząc na niego chciwie i pragnąc jak najdłużej zachować w pamięci jego obraz. - Było dla mnie gwarancją spokoju i bezpieczeństwa.... - urwała i chrząknęła, by nie usłyszał, że jej głos się załamał.
- Najmilsza moja.- podjechał do niej tak blisko, że konie otarły się o siebie bokami. - Przyjdą jeszcze i dla nas dobre czasy.
- W tym kraju? - skrzywiła się ironicznie. - Przecież u nas zawsze jest albo przed powstaniem, albo w czasie powstania, lub po powstaniu.
Uśmiechnął się melancholijnie.
- To już polska tradycja, kochanie. Jesteś bardzo dzielna, ale uważaj na siebie, proszę. Jak wrócę, chcę ciebie zastać w całości. Długo nie będę w tym Krakowie.
Zarzuciła mu ramiona na szyję, rozchylając usta pod naciskiem jego warg. Przywarła do niego, kiedy całował jej usta, oczy, twarz i dłonie.
- Kocham ciebie, Nino. - powiedział cicho. - Jesteś moją pierwszą i ostatnią miłością.
 - Jedyny, wracaj do mnie....
Spomiędzy drzew wyjechał Tomek i oznajmił, że droga wolna. Nina pocałowała go w policzek i szepnęła do ucha, żeby strzegł pana. Skinął głową i porozumiewawczo przymrużył oczy. Konie skoczyły naprzód i obaj jeźdźcy niemal natychmiast zniknęli, pochłonięci przez zielony gąszcz boru. Długo stała patrząc w ślad za nimi. Westchnęła i z opuszczoną na piersi głową zawróciła, powstrzymując klacz i nadsłuchując w nadziei, że jeszcze posłyszy tętent i rżenie ich koni. Lecz oni byli już daleko. Tylko wiatr szumiał coraz głośniej, kołysząc gałęziami przydrożnych drzew i rozsiewając zeschłe liście.
Po odjeździe Aleksa w domu uczyniło się tak cicho, że Nina myślała chwilami, iż oszaleje. Latem sąsiedzi i znajomi się porozjeżdżali. Zosia z synkiem przebywała w Krakowie, starsi państwo Jabłoccy mieszkali już tam na stałe, namawiając córkę, by wydzierżawiła lub sprzedała majątek i przeniosła się do Galicji. Ale Dorota oświadczyła stanowczo, że nie zamierza ruszać się z domu ani teraz, ani nigdy i z niespodziewaną energią sama zaczęła zarządzać mocno zadłużonym majątkiem, użerając się z ekonomami, służbą folwarczną i chłopami.
Wąsoccy bardzo przygnębieni złożeniem ślubów zakonnych przez Stasię, wyjechali z Jadwigą do krewnych na Mazowsze. Do Makowa przyjeżdżał czasami proboszcz, rzadziej wujostwo Borutyńscy. Pozostawali zwykle do kolacji, grając z księdzem w karty. Wprawdzie wuj Ksawery powrócił do zdrowia, jednak nie odzyskał całkowicie utraconej sprawności fizycznej. Poruszał się bez pomocy kul, lecz jego pochylona postać i wykrzywione usta, pozostałość po apoplektycznym ataku, sprawiały przykre wrażenie na ludziach, którzy znali go dawniej.
Jednak w pamięci Niny na zawsze pozostał potężnym mężczyzną, kipiącym energią, znakomitym jeźdźcem i dziedzicem, dbałym o pomnożenie majątku. Wuj zdawał sobie sprawę ze swego niekorzystnego wyglądu, bo rzadko gdziekolwiek bywał i nawet nie chciał pokazywać się w kościele zgadzając się, by proboszcz przyjeżdżał do dworu z sakramentami. Od czasu jego choroby, ciotka Maria zmieniła się tak bardzo, że chwilami Nina jej nie poznawała. Posiwiała, zaczęła tyć i wyraźnie złagodniała.
Pewnego dnia Nina pojechała z wizytą do Sarnik i siedziała z ciotką w altance w nad strumykiem, w cieniu gęstych drzew, bo słońce przypiekało bez miłosierdzia. Wuj niespodziewanie poczuł się gorzej i nie doglądał prac żniwnych, tylko grał w salonie z proboszczem w szachy, kłócąc się z nim bez przerwy. Ciotka Maria pracowicie obszywała koronką koszulki dla wnuków, Nina pomagała jej, haftując na nich kwiatki, delikatnym haftem angielskim. Zauważyła, że ciotka od dnia choroby męża, nosi czarną suknię bez żadnych ozdób. Jej bujne włosy ujęte w jedwabną siatkę, mocno posiwiały, a na skroniach wiły się srebrzyste pasma. Rozpalone powietrze drgało, falowało jak woda, lecz w cieniu zielonych jaworów i lip, był przyjemny chłód. Pracowały w milczeniu, zmęczone upałem. Wtem ciotka przerwała pracę i spojrzała badawczo na siostrzenicę.
- Czasami odnoszę wrażenie, że sam Pan Bóg pomścił się na nas za twoją krzywdę.- odezwała się z powagą.
Nina oniemiała z wrażenia i nie wiedziała co ma odpowiedzieć.
- Skąd to mniemanie, ciociu? - zapytała, ochłonąwszy z zaskoczenia.
- Ach, Nino, nie oszukujmy się wzajemnie. - westchnęła ciotka. - Entre nous dit1, nie miałaś u nas słodkiego życia. Ale to była wyłącznie moja wina. Miałam obowiązek zaopiekować się dzieckiem mojej jedynej siostry i okazać jej miłość. Może mi nie uwierzysz, lecz czułam się najbardziej nieszczęśliwa, kiedy postępowałam źle.
Nina podniosła głowę, powracając do rzeczywistości.
- To dawne dzieje.- powiedziała chłodno.- Nie zamierzam wnikać w pobudki, jakie ciocią kierowały. Nie mam do wujostwa pretensji.
- Ale ja mam pretensje do siebie.- oświadczyła ciotka otwarcie. - Pan Bóg w swojej nieskończonej dobroci, obdarzył nas dwiema córkami. A ja, głupia, nie umiałam docenić Jego mądrości. Nic dziwnego, że na stare lata zostaliśmy z Ksawuniem sami. Binia ma już własny dom, rodzinę, a mieszka tak daleko, że nie możemy uczestniczyć w jej życiu. Czeka nas samotna, przykra starość, dwojga nikomu niepotrzebnych ludzi. A przecież mogło być zupełnie inaczej.- w jej ciemnych, dawniej płomiennych oczach, ukazały się dwie łzy i wolno spłynęły po policzkach. Nie otarła ich, spadły na dziecięce koszulki wsiąkając w płótno.
"O tak, mogło być inaczej." - pomyślała Nina z goryczą. Niegdyś nie lubiła ciotki i wuja, ale teraz im współczuła. Los okazał się dla nich niełaskawy, zsyłając choroby, starość i samotność.
- Proszę, niech ciocia nie obwinia Bini.- powiedziała. - Ona kocha swoich rodziców i tylko stan wojenny oraz wybuch powstania uniemożliwia wam częste podróże do Świerszczyn, a jej do Sarnik.
Ciotka Maria opuściła ręce na kolana i potrząsnęła głową.
- Nino, ja nie jestem aż tak ograniczona, żeby do mnie nie docierała prawda. Nasza córka jest nieszczęśliwa w małżeństwie i nas obarcza winą, bo to my przyczyniliśmy się do wydania jej za mąż za Edwarda. Straciliśmy serce naszego dziecka.
Nina nigdy nie podejrzewała, że ciotka domyśla się powodów oziębłości córki.
- Wujostwo zapewne chcieli jak najlepiej.- bąknęła przez grzeczność. - Binia ma bardzo wiele obowiązków. Duży dom, dwoje małych dzieci... O przepraszam, troje, bo przecież wychowuje i moją córkę. Robiła co mogła, żeby przedostać się do Sarnik, nawet zamierzała nielegalnie przekroczyć granicę. Na szczęście Edward wybił jej ten niemądry pomysł z głowy. Nie, nie, ciocia się myli. Binia jest taka dobra, kochająca, czuła....
 - Ale brak jej czasu na napisanie bodaj kilku słów do rodziców? - na ustach ciotki ukazał się smutny uśmiech.- Nie potrzebujesz jej bronić, bo ja nie oskarżam mego dziecka, tylko siebie samą. Do śmierci sobie nie daruję, że wydałam młodziutką, nieuświadomioną panienkę za mężczyznę, którego wcale nie kochała. Mogła przez wiele lat pozostać przy nas i sama wybrać sobie małżonka. Wiem, że jesteście sobie bardzo bliskie.
Na wspomnienie Bini, Nina się rozpromieniła.
- Tak wiele jej zawdzięczam.- powiedziała z uśmiechem. - To ona uparcie ratowała mnie, gdy umierałam w czasie porodu. Lekarzom opadły ręce, niania zwątpiła, tylko Binia wierzyła, że przeżyję. Podnosiła mnie na duchu, gdy rozpaczałam po śmierci mego Olesia, starając się natchnąć mnie otuchą. Jest dla mnie najlepszą siostrą, jaką mogłam sobie wymarzyć.
Ciotka słuchając jej z uwagą, wydawała się bardzo zadowolona.
- Na szczęście nie udało mi się was poróżnić. - powiedziała szczerze. - Z pewnością nie wiesz, że tak samo gorąco kochałyśmy się z twoją matką. Nie umiałam wybaczyć Alfredowi, że z jego winy umarła tak młodo i w ubóstwie. Może dlatego czułam do ciebie niechęć, że charakterem przypominałaś mi twego ojca i tragedię mojej jedynej siostry.
Nina była zdumiona tym dziwnym podobieństwem losów rodzinnych. Ona także nienawidziła Edwarda oskarżając go, że skrzywdził Binię. Ciotka nigdy nie wspominała, że siostry Dobranieckie darzyły się tak wielkim uczuciem. Niania także nie rozmawiała z nią na ten temat.
- Widzisz - ciotka Maria wzięła głęboki oddech i kontynuowała rozmowę już bez emocji. - nasza matka, a twoja babka marszałkowa, była osoba nieczułą. Nigdy nie okazała nam, dzieciom, ani odrobiny miłości. Nasz jedyny brat zabił się, spadając z konia. Zostałyśmy tylko dwie - ja i Helenka, twoja matka. Helenka była starsza ode mnie o dwa lata, ale to nam nie przeszkadzało. Od najmłodszych lat nigdy się z sobą nie rozstawałyśmy. Ona była bardzo zdolna i miała talent muzyczny, który ty, moje dziecko, odziedziczyłaś po niej. Ojciec zwykle ulegał matce, lecz w jednym wypadku okazał się nieugięty. Zauważywszy wielki talent u córki, postanowił kształcić ją za granicą. Wysłał ją do renomowanej pensji klasztornej we Francji, kiedy miała dwanaście lat. Ja nie miałam żadnych zdolności, a po naszej matce odziedziczyłam nieprzyjemne cechy jej charakteru. Kochałam moją córkę i na swój sposób kochałam również i ciebie, ale nie potrafiłam tego okazać. Popełniłam kilka strasznych życiowych błędów i jest mi bardzo trudno żyć z takim ciężarem winy. Może poczułabym się nieco spokojniejsza na sumieniu wiedząc, że nie żywisz już do mnie żalu.
Serdeczność ciotki tak podziałała na Ninę, że usta jej zaczęły się trząść i rozpłakała się głośno, całując ciotkę po rękach i obejmując jej kolana. Pani Borutyńska przytuliła ją do siebie i mocno ucałowała.
- Wyrosłaś na wspaniałą kobietę, Nino. - powiedziała serdecznie, kładąc rękę na jej schylonej głowie i gładząc jej włosy.. - To nie komplement. Wiem, jak rozpaczliwie ratowałaś Olesia, kiedy był ciężko ranny, a potem własnym ciałem zasłoniłaś drzwi do jego sypialni. Nie przelękłaś się śmierci z rąk Moskali. Jestem z ciebie bardzo dumna!
Pochwała ciotki znaczyła dla Niny więcej, niż czyjekolwiek słowa uznania, ponieważ ciotka nigdy nikogo nie chwaliła, zwłaszcza jej.
- Och, ciocia mi pochlebia. - uśmiechnęła się przez łzy. - Nie zrobiłam nic, co zasługiwało by na pochwałę. Mówiąc szczerze, to ciocia służyła mi za wzór, jak być dobrą żoną. Twoje małżeństwo z wujem jest najlepszym przykładem zgodnego, kochającego się stadła.
Tym razem to ciotka Maria poczuła się bardzo wzruszona.
- Cieszę się, że wdałaś się w nas, w siostry Dobranieckie. Obie przedkładałyśmy szczęście naszych mężów ponad własne pragnienia. Twoja matka życiem zapłaciła, będąc do końca wierna ideałom Alfreda.
Rozmawiały z sobą długo i serdecznie, ucieszone i zarazem zawstydzone odkrytą nagle bliskością.
Żandarmeria narodowa
Tydzień po wyjeździe Aleksa, zjechał do Makowa mały oddziałek żandarmerii narodowej. Siedzieli na mocnych, młodych koniach, uzbrojeni w karabinki, pistolety i szable oraz długie lance. W jednakowych granatowych mundurach, prezentowali się bojowo i elegancko. Dowódca, młody oficer o bladej, jakby nalanej twarzy i lnianych włosach, ciężko zsiadł z wierzchowca i wszedł do pałacu, rozglądając się z czujnym sceptycyzmem parweniusza.
Powiadomiona o niespodziewanej wizycie, Nina poleciła prosić gościa do biblioteki i z pewnym niepokojem pośpieszyła na jego spotkanie. Za nią, jak kwoki za jedynym kurczęciem, podreptały Jaga i pani Salomea. Oficer spacerował po sali, dzwoniąc ostrogami i wspierając się ręką na rękojeści szabli. Prezentował się znakomicie, w dobrze skrojonym mundurze i twarzowej czapce z wysoką kitą z piór.
- Z kim mam przyjemność? - odezwał się aroganckim tonem, mierząc wzrokiem wchodzące kobiety.
" A, toś ty taki, bratku?" - pomyślała Nina z niesmakiem i zmierzyła go spojrzeniem z wyniosłością królowej. Nie podobał się jej ten fircyk, dzwoniący ostrogami i chełpliwie opierający rękę na biodrze, podkreślając tym gestem wciętą talię. Nie tak wyglądali prawdziwi powstańcy. Bywali brudni, bardzo zawszeni i przeważnie głodni.
Zauważywszy jej minę, oficer zreflektował się przywołany do porządku.
- Pardon, mesdames, porucznik Doliwa! - zaprezentował się pośpiesznie. - Czy mówię z panią Klonowiecką?
- Tak, jestem hrabina Nina Klonowiecka. Czego panowie sobie tu życzą? - spytała, celowo podkreślając swój tytuł, mimo iż nigdy tego nie robiła. Żandarmeria narodowa nie cieszyła się wśród szlachty dobrą sławą. To oni z równą carskim władzom bezwzględnością, ściągali podatki i wykonywali wyroki śmierci, czasami na niewinnych ludziach.
- Czy zastałem pana Klonowieckiego? - żandarm udał, że nie dosłyszał tytułu.
- Mąż na dłuższy czas wyjechał.- odpowiedziała zimno, siadając i gestem wskazując mu fotel. Towarzyszące jej panie w milczeniu zajęły miejsca, szeleszcząc krynolinami i badawczo obserwując przybysza.
- A dokąd wyjechał?
Nina nieznacznie wzruszyła ramionami.
- Trwa powstanie i mężowie nie informują nas, dokąd się wybierają. À propos, jaki jest powód pańskiej wizyty? - zapytała, nie usiłując nawet udawać uprzejmości. Butny oficerek działał jej na nerwy, a jego maniery pozostawiały wiele do życzenia. Mężczyźni dobrze wychowani, zachowywali się wobec kobiet z kurtuazją, okazując im szacunek.
- O, przepraszam.- żandarm obdarzył damy imitacją uśmiechu. - Zapomniałem wyjaśnić, jaki jest powód naszego przyjazdu. Otrzymaliśmy informację, że niejaki Żabiec chłop spod Wąchocka, sprowadził na pani męża Moskali.
- Istotnie.
Porucznik wyjął z kieszeni małą karteczkę i rzucił na nią okiem.
 - Byliśmy w tych Ratajach, ale Żabca nie zastaliśmy. Podobno nie pokazał się we wsi od dłuższego czasu. Jego sąsiad przyciśnięty do muru przyznał, że Żabiec jest na usługach Moskali i donosi nie tylko na pojedyncze osoby, ale śledzi ruchy oddziałów powstańczych.
- To znaczy, że on nadal żyje? - zawołała Nina z pasją. - Przecież kiedy wróci do domu powiedzą mu, że byliście, a wtedy pomści się na nas!
- Przykro mi, ale nie mogliśmy na niego czekać. Proszę o bliższe szczegóły tego wydarzenia.
- Naprowadził dragonów na dworek, w którym leżał mój ciężko ranny mąż. Cudem uratowaliśmy się wtedy od śmierci.
Wspomnienie o starym Żabcu sprawiło, że ponownie ogarnął ją przeraźliwy strach, jaki odczuwa człowiek natknąwszy się na budzące grozę widmo. Dla niej ojciec Rafała był potworem, niosącym z sobą zapach krwi i śmierć.
- Co pan dalej zamierza zrobić w tej sprawie?
- Cóż, nie mogę pani nic obiecać. Trwa powstanie. Stary może nam umknąć i schronić się pod opiekę silnego oddziału wojska, a tam go nie dosięgniemy. Zrobimy jednak wszystko, aby go ująć i powiesić. Do Ratajów wysłaliśmy żołnierza w cywilnym ubraniu, a sąsiad nie piśnie słówka, bo zagroziliśmy mu śmiercią.
Krytyczne uwagi Niny uraziły widocznie jego ambicję, bo przybrał nadętą minę, odpowiadając prawie niegrzecznie. Nina miała ochotę wskazać mu drzwi, lecz obawiała się zatargu z żandarmerią i postanowiła nieco go ugłaskać. Zadzwoniła i kazała podać wino. Spojrzawszy na etykietkę, oficer wysoko uniósł brwi. Skosztowawszy alkoholu, stał się grzeczniejszy.
- Proszę jednak nie tracić nadziei. Zwrócimy na tę wieś szczególną uwagę. Ale takich chłopskich zdrajców są tysiące. - upił odrobinę wina i zmienił temat. - Ponadto chcieliśmy sprawdzić, czy wnieśli państwo podatek narodowy.
Nina aż pobladła z oburzenia,
- Mogliście sobie panowie nie zadawać tyle fatygi. Podatek jest zapłacony za kilka miesięcy z góry. Dlaczego nie posiadacie list dłużników? Widocznie wasze kartoteki są źle prowadzone. W tym wypadku na nie mogę mieć pewności, czy moje pieniądze wpływają do kasy Rządu!
- Rozumiem pani obiekcje, ale nie wolno nam wierzyć na słowo, choć osobiście nie mam żadnego powodu, by obrażać panią niewiarą. - wykręcił się gładko.
Wezwany przez Pawła pan Bochniak aż sapnął z gniewu, usłyszawszy żądanie żandarma.
- Wszędzie bałagan! - mruknął gniewnie. - Zaraz przyniosę kwity.
Obligację powstańcze
 Powrócił niebawem, niosąc pod pachą sporą kasetkę żelazną, gdzie przechowywał wszelkie dowody wpłaty. Kwity Rządu Narodowego były charakterystyczne: różowe z białymi znakami. Na boku rysunek przedstawiał dwie splecione w uścisku dłonie i napis:"Braterstwo, Równość, Niepodległość". Ten mały świstek papieru mógł właściciela zaprowadzić bardzo daleko, bo aż na Sybir, a nawet na szubienicę. Żandarm uważnie sprawdził pokwitowanie, a jego urzędowa powaga rozpłynęła się w wymuszonym uśmiechu. Pani Salomea sama ponownie napełniła jego kieliszek winem. Skinął w podzięce głową i trzymając kieliszek pod światło badał jego kolor, delektując się bukietem.
- Znakomite, już dawno nie piłem tak dobrego wina. Muszę prosić panią o jeszcze jedną przysługę. Potrzebuję siana dla koni, a dla żołnierzy chleba i słoniny. Czy mógłbym dostać trochę gorzałki? Chłopcy na noclegach bywają zmarznięci, zabiorę też wóz, ale odeślę go jak tylko zużyjemy siano.
Nina miała ochotę zakląć. Znowu zaczynał się rabunek. Oficer był bardzo pewny siebie bo wiedział, że ona musi spełnić jego żądanie, gdyż prosił z pozycji siły.
- Mogę pana wspomóc paszą i słoniną. Dam także baryłkę wódki. Ale chleb pieczemy jutro, jak chcecie czekać ....
Żandarm momentalnie stał się nieufny. Możliwe, iż podejrzewał ją o jakiś podstęp.
- Nie możemy czekać. Weźmiemy, co jest. - powiedział wstając.
- Jak pan sobie życzy. - oświadczyła zimno i poleciła pani Ruchwalskiej wydać słoninę, wódkę i worek kaszy. Pan Bochniak poszedł z wachmistrzem po siano.
Porucznik zasalutował damom z rezerwą i bez słowa wyszedł.
- Kochanie.- odezwała się pani Salomea.- Może posłać do Lipieńca, oni tam pieką chleb w środę. Ten pan wziął twoją odmowę za złą wolę i kto wie, czy nie przestanie interesować się Żabcem.
- On już przestał się interesować tą sprawą. - Nina wygładziła spódnicę zmiętą siedzeniem. - Ciocia zapomniała, że od czasu śmierci wojewodziny, w Lipieńcu chleb wypiekają w sobotę. Nie mam ochoty pozbawić tamtejszej służby chleba, żeby dogodzić tym niedzielnym wojakom!
Wyszła na ganek aby sprawdzić, czy żandarmi odjeżdżają. Miała nadzieję, że wyniosą się z Makowa, bo ich obecność mogła zwabić kręcące się po okolicy patrole rosyjskie. Zauważyła, że żołnierze poją konie w fontannie, a kopyta zwierząt podeptały klomb czerwonych pelargonii i gładko strzyżony trawnik. Zmarszczyła gniewnie brwi widząc, że z okien pałacu wyglądają dziewczęta, szczerząc zęby do strojnych kawalerzystów. Żandarmi odpowiadali im zabójczymi spojrzeniami i podkręcali wąsa. Ze wszystkich pomieszczeń służbowych wyglądało coraz więcej kobiecych głów, pokojówek, dziewcząt ze szwalni i z kuchni. Przybiegły nawet baby z czworaków, żeby obejrzeć sobie pięknych wojaków.
 Ku wielkiemu żalowi obu zainteresowanych stron, do bliższej znajomości jednak nie doszło. Oficer otrzymawszy prowiant i siano, dał znak do wymarszu. Żandarmi wskoczyli na konie i wolno ruszyli ku bramie, eskortując wóz załadowany paszą, żywnością i pokradzionymi w sadzie owocami. Nina z wysokości ganku odprowadziła ich nieprzyjaznym wzrokiem."Więcej takich wizyt, a od nowa popadniemy w ruinę!" - pomyślała z zawziętością i pomstując po cichu, powróciła do domu.
Pani Salomea zauważyła nieśmiało, że oficer nie zachowywał się jak mężczyzna z dobrego domu i był raczej nieuprzejmy. Jaga zgodziła się z nią stwierdzając, że jest to skutek całkowitego upadku obyczajów. Rozwiązłe zwyczaje nastały od czasu, kiedy panowie zaczęli w tańcu obejmować swoje partnerki! Dawniej tancerz zaledwie ośmielił się dotknąć paluszków damy. Panny również zachowują się nieskromnie, całując się z zaledwie poznanymi mężczyznami, nie mając pewności, czy są dobrze urodzeni i skłonni do oświadczyn. Natomiast mężatki są do tego stopnia lekkomyślne, że flirtują z oficerami wrogiej armii i podróżują same, nawet bez przyzwoitki. To mówiąc, Jaga posłała wychowance wymowne spojrzenie. Nina nie odpowiedziała i taktownie udała, że nie słyszy docinków nie chcąc wywoływać kłótni. Jaga miała akurat tego dnia bardzo wojowniczy nastrój. Zresztą nie było czasu na rozmowy; czekali na nią interesanci.
Niegdyś hrabia przyzwyczaił gospodarzy, żeby w kłopotach zwracali się do dziedzica. Ludzie mieli do niego takie zaufanie, że wędrowali do Makowa nawet z odległych wiosek, prosząc o radę, wsparcie, czy rozsądzenie sporu, a nawet protekcję u carskich władz. Przed wybuchem powstania, codziennie gromadził się pod pałacem spory tłum wieśniaków. Kiedy zabrakło hrabiego, gospodarze zaczęli przychodzić do młodej dziedziczki, prosząc o coś, albo skarżąc się na kłopoty. Działania powstańcze wymiotły z pobliskich miasteczek władze carskie. Dziedziczka stała się więc dla chłopów najwyższym autorytetem. Nina starannie zabiegała o ich względy, ratując wieś po huraganie i hojnie wspierając produktami i bydłem z majątków wojewodziny. W trudniejszych sprawach zasięgała rady pana Bochniaka i wuja Ksawerego, mając zaufanie do ich doświadczenia i rozsądku.
Początek sierpnia był bardzo upalny. Wraz z gorącem wybuchła po wsiach epidemia czerwonki i śmierć zbierała obfite żniwo. Ludzie marli jak muchy, szczególnie małe dzieci. Brakowało pomocy medycznej, zaś środki znachorów okazywały się nieskuteczne. W miastach lekarze mieli pełne ręce roboty, zajęci ratowaniem rannych powstańców w tajnych lazaretach. W szpitalach już brakowało leków, a wieś jak zwykle, pozostawiona była sama sobie. Nina nakazała gospodarzom we wsi przestrzegać higieny, myć się, a brudy spłukiwać wrzącą wodą. Jaś ryzykując życie, wyprawiał się z leśnego obozu i jeździł po okolicznych wioskach, udzielając porad lekarskich. Choroba jednak nie ustępowała, a młodemu lekarzowi opadały bezsilnie ręce. Zdarzało się, że przyjeżdżał wieczorem do Makowa nieludzko zmęczony i tak przygnębiony, że nawet nie miał apetytu.
 - Chłopi sami na siebie sprowadzają śmierć. - skarżył się pewnego wieczora przy kolacji, odsuwając z niechęcią talerz z nietkniętą potrawą. - Proszę ich, błagam, ludzie pilnujcie czystości. Myjcie naczynia w gorącej wodzie i kąpcie się choć raz na tydzień! Nie trzymajcie w izbie świń, obok kolebek z niemowlęciem. Nikt mnie nie słucha.
Odchrząknął i przymglonym wzrokiem rozejrzał się po twarzach słuchających go uważnie pań.
- Choroba musi się rozprzestrzeniać, gdy w jednej izbie obok zdrowego leży chory, a nieczystości codziennie wylewane są do gnojówki lub po prostu za próg. Brak podstawowych zasad higieny, powoduje rocznie zgon tysięcy osób. Och, ten nasz przeklęty, ukochany polski brud! Ten wodowstręt naszych chłopów jest przerażający i wcale nie wynika z biedy. Nawet najuboższy może zaczerpnąć sobie wody i porządnie się umyć. Ale nasi chłopi powiadają, że „kto się umywa, tego ubywa”! Oto macie mądrość ludową. Do rzek wylewa się wiadra nieczystości, a potem ludzie piją tę wodę, nawet jej nie przegotowawszy. Słyszałem, że koło Opatowa pokazała się cholera, a w Ćmielowie było kilka przypadków tyfusu plamistego. Wojska rosyjskie także roznoszą choroby zakaźne, przywleczone gdzieś aż spod Uralu. Lada moment możemy spodziewać się epidemii dżumy, lub czarnej ospy, podobnie jak to się działo w czasie rewolucji, w trzydziestym pierwszym roku. Ach, mój Ty, Boże kochany! - ciężko westchnął i przetarł dłonią czoło.
- Dlaczego nie jesz, syneczku? - pani Salomea popatrzyła z troską na jego mizerną twarz.- Ta polędwica jest znakomicie przyrządzona, skosztuj choć trochę. - zachęcała, gładząc delikatnie jego jasną czuprynę.
- Dziękuję mamusi, ale nie jestem głodny. - powiedział opierając ciążącą mu głowę na obu dłoniach. - Jestem zmęczony jak zgoniony pies. Zrobiłem chyba z dwadzieścia wiorst! Dziś zmarło mi trzech pacjentów.... - poderwał głowę i spojrzał surowo na siedzące w milczeniu młode damy.
- Emilka, Nina, pamiętajcie, nie wolno wam jeść nie mytych owoców i jarzyn, pić wody nie przegotowanej i nie przegotowanego mleka! W czasie upałów lepiej zrezygnować z lodów, mizerii, a nawet sałaty. W Suchedniowie cała rodzina zatruła się lodami. Mam was uczyć higieny?
- Zastosujemy się do pańskich zaleceń, panie doktorze! - zgodziła się potulnie Emilka i mrugnęła do Niny.
- Grzeczna żonusia. Każ mi po kolacji przygotować gorącą kąpiel, bo ciągle mam wrażenie, że cuchnę końską uryną!
Nina z niesmakiem odłożyła widelec.
- Jasiu, masz osobliwy façon d'etre2 ! - zauważyła z przekąsem.
- Janusz, fe!- zgromiła go Emilka.
Jaś rozejrzał się i oprzytomniawszy parsknął śmiechem.
- O, przepraszam! Zapominam czasem, że nie jestem w leśnym obozie. No, już nie będę, obiecuję.
Nina przypatrywała się mu z dezaprobatą, wysoko unosząc brwi.
- To przerażające. - rzekła z przekąsem. - Czy zauważyłyście moje panie, że on z każdym dniem bardziej chamieje? A kiedyś byłeś takim uroczym, szarmanckim młodzieńcem. - westchnęła z ubolewaniem.
- Ty również, kotku, byłaś niegdyś delikatną panienką, jak figurynka z saskiej porcelany. A teraz strzelasz do kozaków, ryczysz jak bawół na ekonoma i jeździsz konno ubrana w męskie gatki! - błyskawicznie odgryzł się Jaś z niewinną miną.
 - Jeżdżę w spodniach! - poprawiła wyniośle.- I nie ryczę jak bawół na pracowników. Bądź łaskaw liczyć się ze słowami. - katem oka dostrzegła, że pani Salomea serwetką zasłoniła sobie usta, a Emilka zaczęła się krztusić. - Jak sobie radzi pan kapitan Soszkiewicz? - zagadnęła pośpiesznie.
- Zupełnie dobrze. - Jaś odruchowo przysunął sobie salaterkę z sałatą i z roztargnieniem sięgnął do niej łyżką. - O, nawet smaczna! - stwierdził odruchowo i ciągnął dalej: - To łebski żołnierz, potrafi siedzieć cicho jak mysz pod miotłą, a potem nocą wyprawia się jak wilk na Moskali. Niedawno przetrzepał skórę dużemu oddziałowi kozaków, który zapędził się pod Zbelutki. Tamtejsi gospodarze donieśli nam, że po drogach włóczy się pół sotni kozaków, rabując chałupy i krzywdząc kobiety. Soszkiewicz zaczaił się na nich, jak pająk na muchę i z zaskoczenia wyciął ich do nogi, zagarniając na deser ich tabor. Do wsi się nie zbliża, z ludźmi nie gada, więc nikt nie wie, jaka to partia i skąd przybywa. Z okolicą kontakt mamy tylko przez naszych zaprzysiężonych wywiadowców. Dzisiaj w obozie chłopcy pieką ziemniaki, zdobyte razem z taborem kozackim. Na wozach była mąka, słonina, ziemniaki i trzy worki kaszy. Znaleźliśmy także sporo nowej bielizny męskiej. Możesz więc, jaśnie oświecona pani hrabino, nieco odsapnąć i darować sobie na jakiś czas szycie męskich gaci.
- Kalesonów! - ponownie zwróciła mu uwagę z obrażoną miną. - Wyrażaj się przyzwoicie.
- Pardon! Coś słyszeliśmy, że Rząd Narodowy szykuje na jesień Moskalom niemiłą niespodziankę. Może nareszcie otrzymamy pomoc z Francji?
Nina wybuchnęła śmiechem.
- Bardzo kiepski żart. Jeszcze cuda wierzysz?
 - To tylko mój domysł, ale coś naprawdę się gotuje. Aha, zapomniałem ci powiedzieć: jutro zgłoszą się do pana Bochniaka chłopcy z obozu po dziesięć koni. Kotuniu, - zawołał pośpiesznie widząc, że brwi Niny zbiegły się groźnie na czole. - konie rekwirują we wszystkich majątkach, nie tylko w Makowie. Wuj Ksawery daje pięć dobrych ogierów.
- Chcą wziąć moje araby? - zapytała złowrogo, zaciskając odruchowo w dłoni nóż.- Alek nic mi nie mówił.
Stado koni arabskich.
 - Pewnie bał się biedak ciebie. Złotko, odłóż ten nóż. Mężczyzna dyskutujący z uzbrojoną w nóż kobietą, postępuje lekkomyślnie. Nino, osobiście słyszałem jak wódz polecił Soszkiewiczowi rekwizycję koni po sąsiednich majątkach. Formuje się oddział kawalerii i całymi dniami ćwiczą w obozie jazdę. Miałem już kilka przypadków potłuczeń. - urwał raptownie i z wyrazem osłupienia zajrzał do pustej salaterki. - Jezu, to ja sam zjadłem całą sałatę? Jestem prosię. Przepraszam, tak mi przykro.
Pani Salomea i Emilka zaśmiały się, widząc jego nieszczęśliwą minę, ale Nina nawet się nie uśmiechnęła.
- Niech szlag trafi sałatę! - wysyczała przez zęby. - Ty mi lepiej powiedz, dlaczego ja muszę oddać wam konie? Moje araby! Zmarnujecie je, wystawicie na kule, zajeździcie na śmierć moje cudne konisie. - w tym momencie jej oczy niebezpiecznie błysnęły. - A jeżeli nie dam?
- To i tak je wezmą! - odparł ze stoickim spokojem, zabierając się do zjedzenia wzgardzonej polędwicy. - Mniam, pycha! Koteczku, to nie wypada, żeby szanowna małżonka naczelnika oddziału powstańczego, piekliła się o kilka koni. - oświadczył, posyłając jej uśmiech od ucha do ucha.
- Czy ty zdajesz sobie sprawę, ile taki koń kosztuje? - wrzasnęła rozeźlona i tak mocno uderzyła nożem w talerz, że pękł na połowę.- Pójdę przez was z torbami pod kościół. Kawaleria, psiakrew! Zmarnują mi moje araby.
- Droga pani hrabino, ma pani osobliwy façon d'etre! - Jaś dokładnie powtórzył jej słowa, nie biorąc sobie do serca wypowiadanych w pasji wyrzutów. Wiedział dobrze, że dla męża Nina zrobi wszystko.
Przełknęła bezsilną wściekłość i zdołała się opanować.
- W innych majątkach są szkapy, nie konie. - mruknęła, dając Pawłowi znak żeby uprzątnął rozbity talerz.
- Rozumiem twoją troskę o konie, ale pomyśl tylko: konnica porusza się szybciej w terenie i prędzej umknie pogoni. Mam nadzieję, że jutro zachowasz się jak na tak wielką damę przystało, bo kapitan wysłał po te konie młodych i przystojnych kawalerów, aby osłodzić ci stratę. Przyjedzie tu Barycz i Orlewicz ze Skrzyckim.
- O, Wacek przyjedzie? - ucieszyła się Nina, na chwilę zapominając o gniewie. - Dawno go nie widziałam. Orlewicz także jest w obozie?
- Przejazdem.- Jaś popatrzył na nią kpiąco. . - Boję się o tego chłopaka, bo ostatnio okropnie zgłupiał. Gdyby ktoś wymyślił lekarstwo na beznadziejną miłość, musiałbym mu zaaplikować podwójną dawkę leku. Jak sądzisz? - posłał jej niewinne spojrzenie udając, że nie dostrzega gorącego rumieńca wykwitającego na policzkach Niny.
Spuściła oczy i zaczęła gorliwie mieszać herbatę w filiżance, zapomniawszy ją najpierw posłodzić. Pani Salomea i Emilka z trudem zachowywały powagę.
- Wybacz mu, kochanie. - Emilka wymierzyła mężowi lekkiego klapsa. - On naprawdę zachowuje się dzisiaj niemożliwie. Pewnie za dużo przebywał na słońcu.
- Żono, nie krytykuj ślubnego męża! - upomniał ją Jaś z powagą, wycierając usta serwetą. - Nie narzekaj na mnie, bo mam dla Niny miły prezencik.
- Litości! - Nina z rozpaczą wzniosła oczy ku niebu. - Na imieniny podarowałeś mi sześciostrzałowy rewolwer. Podejrzewam, że teraz dostanę od ciebie armatę!
- Mylisz się. Masz, czytaj. - wyciągnął z kieszeni zmiętą kartkę, z nagryzmolonymi ołówkiem dwiema zwrotkami wiersza.
Rzuciła okiem na kartkę i podziękowała mu ślicznym uśmiechem.
- Mój Boże, Romanowski!
- A widzisz? Przeczytaj głośno, niech i moje damy się ucieszą. To są jego ostatnie wiersze, odpisałem je od kuriera.
Nina przysunęła bliżej świecznik i zaczęła czytać cichym, drżącym głosem:
                                              Aniołeczku, dziewczę moje.
                                              Na rozstanie rączkę daj.                  
                                              Grają trąbki, czas na boje.
                                              Za rodzinny kraj.
                                              Podaj rączkę, na mym czole,
                                              Święty znak mi krzyża złóż.
                                              Liczne ptactwo lecim w pole,
                                              Iluż wróci z burz?
                                              Módl się za mnie lilio biała,
                                              Bogu poleć serca żal.
                                              Tyś powstańca pokochała
                                                    Pobłogosław stal!

  Nina zamilkła i dopiero po jakimś czasie, jeszcze ciszej, przeczytała drugi wiersz.
                                            Jeśli polegnę, niech mi w nagrodę
                                            Za was nie kładą pamięci imienia.
                                            Ziemią niech piersi przysypią mi młode
                                            Mój kurhan niech się trawą ozielenia.
                                            A gdy deszcz majowy ten kurhan zrosi.
                                            Niech ptak się nad nim, jak mój duch unosi.
   - A on, biedak, pewnie i własnej mogiły nie ma. - boleśnie westchnęła pani Salomea.
Józefów. Pomnik na miejscu śmierci Romanowskiego.
Nina wsparła policzek na złożonych dłoniach i zacisnęła usta, wstydząc się płakać. Emilka ujęła męża za rękę i przytuliła się do niego. Tragiczny los młodego poety, mógł być końcem każdego walczącego powstańca.
- No nie! - Jaś wstał i ujął się pod boki.- To ja chciałem zrobić wam przyjemność, a te dziwne stworzenia płaczą! Nino, jutro będziesz miała oczka czerwone jak królik. Wacio i Orlewicz prędko się odkochają.
 Emilka udając złość, chwyciła go za kołnierz kurtki.
- Nie rób mi wstydu, ty źle wychowany osobniku! Może jak się wykąpiesz, przybędzie ci trochę oleju w tej łepetynie.
- Mamusiu, ona mnie chce z zemsty utopić! - zawołał Jaś z przerażeniem, wskazując żonę palcem. - Ale nic z tego, bo ja dobrze pływam. A ciebie i tak kocham i zaraz ci to udowodnię!
Porwał Emilkę na ręce i wyniósł ją z jadalni, śmiejąc się i pokrywając jej twarz i suknię pocałunkami. Pani Salomea patrzyła za nimi oczami, w których malował się bezmiar miłości.
- Codziennie Bogu dziękuję, że są tacy szczęśliwi. Emilka to wyjątkowa kobieta, prawda?
- O tak. Szczególnie teraz, gdy za jej przyczyną, za kilka miesięcy powiększy się rodzina Borutyńskich. - zaśmiała się Nina.
- Już nie mogę się doczekać, kiedy zostanę babcią. Tak się cieszę, że Pan Bóg pozwolił mi żyć radością moich dzieci. - zwierzała się pani Salomea z błogim uśmiechem.
Nina uznała, że jej zachowanie się przed chwilą było raczej żenujące i postanowiła przeprosić starszą panią.
- Proszę ciocię o wybaczenie mi tych kilku nieparlamentarnych wyrażeń, jakich użyłam, ale czasami tracę panowanie nad sobą. Nie jest mi lekko.
- Ależ ja ciebie rozumiem, moje kochane dziecko.- powiedziała pani Salomea ze słodyczą. - Masz mnóstwo zmartwień i kłopotów na swojej biednej główce, ale jesteś bardzo dzielna i znakomicie sobie radzisz.
Nazajutrz rano, Nina zeszła na śniadanie do małej sali jadalnej i zastała tam tylko Jasia, spożywającego z apetytem śniadanie. Na jego prośbę, Emilka pozostała dłużej w łóżku i pokojówka zaniosła jej kawę do pokoju. Do uszu Niny dochodziły z kredensowego pokoju ożywione glosy pani Salomei, Jagi oraz pani ochmistrzyni, odbywających burzliwą naradę nad podwieczorkiem, ponieważ tego dnia zapowiedzieli się goście.
Jaś podniósł głowę znad talerza i posłał jej powitalny uśmiech. Usiadła przy stole i rozłożywszy na kolanach krochmaloną serwetkę, obserwowała go, jak zręcznie zwija w rulonik różowe płaty szynki, smarując je musztardą lub chrzanem ze śmietaną. Twarz miał wygładzoną, wypoczętą i mimo woli Nina poczuła jakby cień zazdrości wyobrażając sobie, że Emilka niemal każdej nocy ma przy sobie męża i zasypia w jego ramionach. Natychmiast jednak opamiętała się i zganiła za swój egoizm. Jaś był przecież chory i codziennie narażał życie, jeżdżąc po wsiach i udzielając ludziom pomocy. Emilka będąc przy nadziei, także ryzykowała pełniąc obowiązki kurierskie. "Jestem niegodziwa i mam podły charakter!" - potępiła się surowo.
Powróciła myślami do tych nocy, pełnych miłosnych pieszczot, szalonych uniesień, kiedy jeszcze Aleks był w domu i aż zagryzła usta, ogarnięta palącym pragnieniem i tęsknotą za pocałunkami męża i dotykiem jego nagiego ciała. Marzenia przerwało wejście służącego, który oznajmił Jasiowi, że osiodłany koń czeka. Młody lekarz z pośpiechem kończył jedzenie.
- Nie śpiesz się tak, misiu. Mało zjadłeś i będziesz głodny. - powiedziała, patrząc na niego z czułością.
- Muszę, kotku, bo chorzy na mnie czekają. - wytarł usta serwetką, przełykając ostatni kęs pieczywa.
Strzepnął z szarej kurtki okruszki i wstał od stołu.
- Ślicznotko, nie złość się dziś przy chłopcach. Te konie są nam naprawdę bardzo potrzebne. - podszedł do niej i pocałował ją w czoło i w rękę.- Przyrzekasz?
- Obiecuję. Tylko dla ciebie zachowam się jak dama i będę miała maniery markizy.
 Wyszła za nim i stojąc na ganku patrzyła, jak lekko dosiada wierzchowca, wskakując na siodło bez dotykania strzemion, ruchem pełnym gracji.
- Misiu, uważaj na siebie!- poprosiła i zebrawszy w garść fałdy spódnicy, zbiegła po schodach, podeszła do niego i uścisnęła mu rękę.- Przyjedziesz dziś wieczorem do domu? - spytała, zadzierając głowę i patrząc mu w oczy.
- Obawiam się, że nie. Muszę być w obozie, bo kilku chłopców pochorowało się na czerwonkę i nie chcę dopuścić do epidemii. Przenocuję na Łysej Polanie i jak się uda, wrócę jutro wieczorem. Do widzenia, skarbie.
- Postaraj się przyjechać. Ciocia i Emilka są takie radosne, gdy jesteś w domu. Ja także się cieszę.
Patrzył na nią z góry, a w jego błękitnych oczach odbijało się poranne niebo, podkreślając ich intensywną niebieską barwę.
- Do widzenia, braciszku.
Na jego ustach pojawił się rozmarzony, młodzieńczy uśmiech.
- Mój Boże, Nino. - wyszeptał, pochylając się ku niej z siodła. - Jestem taki szczęśliwy!
Pocałował ją w policzek i odjechał. Patrzyła za nim, dopóki nie zniknął w lipowej alei, a jego rozmarzone oczy i uśmiech pełen słodyczy, zapisały się w jej pamięci na zawsze.
1Entre...- Mówiąc między nami.
2Façon d'etre - sposób bycia.