niedziela, 21 sierpnia 2016

Piorun z jasnego nieba.


21 sierpnia 2016 r.
Lato 1863 roku, było najaktywniejszym okresem w powstaniu. Rosja pomimo miażdżącej przewagi, nie potrafiła zdusić walki i zakończyć rozlewu krwi. Opór zdławiony w jednym miejscu, wybuchał w innym ze zdwojoną siłą. Mimo, iż Rząd Narodowy nie potrafił poderwał całego społeczeństwa do walki o wyzwolenie, to jednak dziesiątki tysięcy mężczyzn chwyciło za broń i stanęło do boju. 
Porzucano magnackie pałace, szlacheckie dwory, urzędy pracy, szkoły i warsztaty, stając do nierównych zapasów z zaborcą. Nawet chłopi, początkowi niechętni, a nawet wrodzy powstaniu, coraz częściej zjawiali się w powstańczych obozach, dostarczając walczącym braciom dach nad głową, żywność oraz cenne informacje. Szczególnie na Podlasiu i w Górach Świętokrzyskich, wielu wieśniaków włączało się do walki.
Tymczasem w miastach życie toczyło się normalnym trybem. Ludzie pracowali, uczyli się, w dni świąteczne chodzono do parków, gdzie grały orkiestry. W domach prywatnych odbywały się już zebrania towarzyskie, nawet z tańcami. Tymczasem w niemal każdym, nawet małym miasteczku, istniały tajne lazarety albo szpitale, gdzie zaprzysiężeni lekarze i zakonnice, oraz panie z organizacji"piątek", zajmowali się rannymi. W rzemieślniczych warsztatach lano kule, naprawiano zepsutą broń i uszkodzoną uprząż, w tajnych zakładach krawieckich szyto mundury, bieliznę i czapki. Szewcy sporządzali ciężkie, wysokie, tak zwane "palone" buty, będące częścią umundurowania powstańczego.
Warszawa  XIX w. Krakowskie Przedmieście
Wspaniały przykład patriotyzmu dawali księża polscy. Nie było takiej partii powstańczej, która nie miałaby własnego kapelana. Często dowódcy oddziałów pod szarym mundurem nosili sutannę. Głośno już było o księdzu Mackiewiczu na Litwie i księdzu Brzósce na Podlasiu, prowadzącym walkę nawet po upadku powstania, dowodząc wiernymi im do śmierci żołnierzami. Niższy kler w ogromnej większości popierał walkę zbrojną i służył powstaniu z całym poświęceniem. Lecz pośród wyższego duchowieństwa, nie brakowało ludzi słabych, opowiadających się za ugodą z caratem. Bywali nawet zdrajcy.
Lecz najważniejszy wpływ na trwanie powstania miały polskie kobiety. Od ulicznej przekupki po księżnę. Swoją niezachwianą wiarą w słuszność walki, podtrzymywały mężczyzn, umiejąc tchnąć ducha w wątpiących i wahających się. Niestrudzone, pełne zapału i wiary, trwały niezłomnie na swoich posterunkach, pełniąc trudne obowiązki, chociaż dokoła wszystko się waliło, a powstanie tonęło w rzekach krwi. Zaborcy kobiety okazywały jawną nienawiść.
Ta głęboka wiara w zwycięstwo i bezgraniczna miłość ojczyzny cechująca kobiety polskie, pozwoliła narodowi przetrwać niewyobrażalne cierpienia, terror, brutalne metody rusyfikacji i germanizacji, zachowując polskość, do momentu wyzwolenia i odzyskania niepodległości. Głęboką wiarę w Boga, miłość ojczyzny i tradycje polskości, matki przekazywały swoim dzieciom, a te z kolei następnym pokoleniom.
A. Grottger. Wdowa.
 
Latem powstanie rozpalało się coraz jaśniejszym płomieniem. Nikt nie zliczył, ilu żołnierzy przewinęło się przez leśne obozy. Szli tysiącami i tysiącami ginęli. Nikt nie policzył bezimiennych mogił, kryjących prochy poległych i pomordowanych na ziemiach Królestwa Polskiego, Litwy i Rusi. Żaden kronikarz nie spisał zmarłych w lochach więziennych, w kibitkach mknących na Sybir, zamarzniętych na mrozie, zatłuczonych batami na katorżniczej drodze, zgasłych na straszliwych "etapach", zaginionych na syberyjskich bezdrożach, zmarłych z głodu i nieludzkiej pracy w kopalniach uralskich i syberyjskich. Nikt nie liczył straconych w jawnych i tajnych egzekucjach. Poległych i zmarłych z ran grzebano pośpiesznie, często nie znacząc mogił krzyżem w obawie, że szczątki mogą zostać zbezczeszczone.
Żołnierze powstania mogli latem przypisać sobie kilka spektakularnych zwycięstw. Rząd Narodowy, naiwnie i bezkrytycznie wierząc w rzucony przez Napoleona III frazes:"Trwajcie!", wzmógł działania wojenne. W kraju i za granicą zasłynęły nazwiska dowódców partii powstańczych. Głośno mówiło się o Ludwiku Żylińskim, przybyłym do powstania prosto ze Stanów Zjednoczonych, który zmienił mundur oficera amerykańskiego, na szarą kurtkę powstańczą. Pod Ignacewem stoczył zwycięską bitwę Edmund Callier, naczelnik ziemi mazowieckiej. W województwie krakowskim walczył z powodzeniem Zygmunt Chmieleński, brat Ignacego, a w augustowskim, Konstanty Ramotowski "Wawer". Szlachta kujawska własnym sumptem wystawiła brygadę kawalerii. Świetnie uzbrojeni, na wspaniałych rasowych koniach, ubrani w mundury ułanów polskich, kawalerzyści prezentowali się znakomicie i dzielnie walczyli. Słynny stał się atak oddziału Skowrońskiego, który pod Cyrusową Wolą, poszedł w otwartym polu do szturmu na armaty, zmuszając nieprzyjaciela do odwrotu. Wiadomości o kolejnych sukcesach przelatywały z ust do ust, wszędzie budząc nadzieję i szaloną radość.
W Makowie było spokojnie i nie zaobserwowano większych oddziałów rosyjskich. Czasami przemknął w pobliżu patrol dragonów lub kozaków. Niekiedy przemaszerował oddział powstańczy, kryjąc się śpiesznie w bezpiecznych głębinach Puszczy Świętokrzyskiej. Z niecierpliwością rodzina oczekiwała zwolnienia Emilki z obowiązków kurierskich, ale przyszła matka dalej odbywała podróże, wybierając jednak krótsze trasy. Z ostatniej wyprawy powróciła rozpromieniona.
- Kochani! - wykrzyknęła od progu. - Wielki sukces! Pod Żyrzynem pan pułkownik "Kruk" Heydenreich, jednym wspaniałym atakiem na moskiewski konwój pocztowy zdobył kasę, z dwustoma tysiącami rubli! Wyobrażacie sobie taką masę pieniędzy? Nasz Rząd zakupi za te ruble broń dla walczących oddziałów1 .
Bitwa pod Żyrzynem.
 - O ile przedtem tych pieniędzy nie roztrwoni na błahostki! - odezwała się Nina, nie mająca wcale zaufania do operatywności władz powstańczych. - Powinnaś odpocząć po podróży, złotko.
Lecz Emilka pełna była entuzjazmu i taka rozgorączkowana, że niewiele odpoczywała i zaraz po obiedzie zeszła po parku. Pani Salomea z Niną, siedziały nad stawem. Nina wygodnie wyciągnięta w fotelu trzcinowym, leniwym spojrzeniem śledziła lot orła bielika krążącego nad Sieradowską. Nie było wiatru i tafla stawu gładka jak atłas, odbijała koloryt nieba. Na stoliku, w wysokim wazonie, stały pąki róż herbacianych. Pani Salomea pracowicie szydełkowała koronkę, zamierzając obszyć nią niemowlęce koszulki. Emilka usiadła obok nich i srebrną chochlą nalała sobie kompotu z czerwonych porzeczek. Wspomniała o Mirze, podróżującej z Maćkiem, aż gdzieś w kaliskie. Chłopak pomimo sprzeciwu swojej pani, wprosił się do Miry na stangreta i Nina obraziła się na niego.
- Podobno miałeś się mną opiekować. - przypomniała mu, nie kryjąc urazy.
- E! Jaśnie pani potrafi sama najlepiej się sobą zaopiekować, a panna nauczycielka to przecie chuchro. - wyjaśniał zakłopotany, a potem mruknął gniewnie pod nosem: - Baby to lubią, jak chłop jest już całkiem od nich zależny .... - i pojechał!
Na wspomnienie jego zuchwałych słów, Nina zacisnęła zęby, ale musiała przyznać ze wstydem, iż nie potrafi się gniewać na swego ulubieńca, że imponuje jej twardy charakter chłopaka i jego patriotyzm. 
Kątem oka dostrzegła Pawła, zmierzającego w ich stronę przez różany ogród.
- Przyszedł chłopak z Borku.- wymamrotał zdyszany do Emilki. - Powiada, że ma pilny interes.
- Oj, mogliby już dać ci spokój! - odezwała się Nina z niezadowoleniem. - Jaś prosił, żebyś się nie przemęczała.
- Dowiem się tylko o co chodzi i zaraz wrócę. - Emilka z westchnieniem odstawiła szklankę z kompotem, podniosła się i poszła za lokajem do domu.
Tajna poczta w Borku pracowała niezmordowanie dzień i noc, przyjmując dziesiątki rozkazów, odezw i pieniędzy, jak również broń i amunicję, rozsyłając przesyłki do walczących oddziałów lub do adresatów.
- Może jest jakaś wiadomość od Alka? - odezwała się Nina z nadzieją. - Pójdę i zobaczę. Przepraszam ciocię.
- A nie siedźcie tam długo. - pani Salomea posłała jej matczyny uśmiech.
Nina zastała Emilkę stojącą w sieni przed lustrem. Właśnie narzucała na ramiona ciemną rotundę. Nie zauważywszy wchodzącej Niny, wsparła się mocno dłonią o poręcz krzesła, a lekki przeciąg z otwartych drzwi, poruszał pasmem jej jasnych długich włosów, igrając z czarną koronką sukni. Wyglądała blado i mizernie.
- A dokąd to się wybierasz, młoda damo? - zawołała Nina ostro.
- Dobrze, że jesteś, kochanie.- Emilka rozejrzała się i stwierdziwszy, że są same szepnęła: - Muszę natychmiast jechać. Postaram się prędko wrócić do Makowa.
- Oszalałaś? Ja się nie zgadzam, bo Jasiek mnie i cioci głowy pourywa!- Nina zdenerwowała się, patrząc na jej wynędzniałą twarz i podkrążone oczy. - Przecież obiecałaś, że już nie będziesz się narażać. Przesyłkę może dostarczyć inny kurier.
Emilka energicznie potrząsnęła głową.
- To nie może czekać! - powiedziała stanowczo.- Widzisz ten znaczek na kopercie? Te dokumenty zawierają ściśle tajne informacje i muszą być niezwłocznie dostarczone adresatowi. To jest pismo delegatury Rządu w Galicji. Muszę dostarczyć je do Warszawy. Przy sposobności powiadomię kogo trzeba, że mój stan dłużej nie pozwala mi pełnić obowiązków kurierskich. Obiecuję ci, kochanie, że to już moja ostatnia podróż.
- Słodki Jezu! - Nina wydała rozpaczliwy jęk. - Jaś mnie zamorduje, kiedy się dowie, że pozwoliłam ci jechać. Emilko, zlituj się, ja chcę jeszcze trochę pożyć, mam małe dziecko. Pomyśl o Jasiu!
- Ja zawsze o nim myślę. Nineczko, śpieszę się! Ucałuj ode mnie mamusię.
- Poczekaj, ty wariatko! Jakiego masz stangreta? Och, szkoda, że Maciek pojechał z Mirką.
- Mam chłopca z Borku. Niedawno został zaprzysiężony. Ucałuj Janusza i powiedz mu, że kocham go nad życie, ale nie pozwalam, żeby na ciebie krzyczał. Chyba nigdy nie potrafimy odwdzięczyć się za to, co dla nas zrobiłaś. Do zobaczenia, kochanie.
Ucałowały się i Emilka wsiadła do bryczki. Nina w ostatniej chwili rzuciła jej na kolana ciepły pled, bo noce sierpniowe bywały już chłodne. Wracała do ogrodu zamyślona, zastanawiając się nad zdumiewającą siłą charakteru i poczuciem obowiązku, nakazujące tej młodej kobiecie spodziewającej się dziecka, odbywać długie i męczące podróże.
Pani Salomea załamała ręce, dowiedziawszy się o wyjeździe synowej, jednak ani jednymX słowem nie skrytykowała tej decyzji. Nina wybierała się z panią Salomeą do Sarnik, lecz po wyjeździe Emilki, nie miała już ochoty do składania wizyt i zapragnęła pozostać w domu, tylko z domownikami. W czasie choroby Aleksa, a szczególnie po dramatycznej scenie najazdu dragonów, gdy bezsilnie oczekiwała jego i swojej śmierci, zrodziło się między nimi coś o wiele głębszego, niż wzajemne pożądanie. Więź nowa i bardzo silna. Mąż stał się dla niej w tym okresie, integralną częścią życia i kolejne rozstanie przeżyła bardzo głęboko. Jedynie nadzieja, że w Galicji nie grozi mu niebezpieczeństwo, pozwoliła jej godnie znosić rozłąkę. Ale leżąc w upalne księżycowe noce w swoim wielkim łożu, tęskniła za mężem i jego namiętnymi pieszczotami, w których oboje się zatracali.
Następnego dnia wieczorem powrócił Jaś i zaraz zapytał o żonę. Dowiedziawszy się, że jest w kurierskiej podróży, wybuchnął gwałtownym gniewem. Rozwścieczony jak nigdy, czynił matce i Ninie wyrzuty, że pozwoliły jej jechać.
- Mogłyście spokojnie patrzyć, jak zbiera się do drogi?- krzyczał blady i roztrzęsiony. - Przecież ona jest już w szóstym miesiącu ciąży! Gdyby nastąpiło teraz poronienie, jej życie byłoby zagrożone. Nie rozumiecie tego, do diabła?
- Nie krzycz. - Nina usiłowała się bronić łzawym głosem. - Ciocia nawet nie wiedziała, że Emilka wyjeżdża, a ja nie mogłam jej zatrzymać, mimo że prosiłam, by wysłała kogoś innego. Sam dobrze wiesz, jaka ona potrafi być uparta i odpowiedzialna. Przecież nie mogłam przywiązać jej za nogę do stołu! Podobno te dokumenty były bardzo ważne i musiała osobiście odwieźć je do Warszawy. Obiecała mi, że stanowczo zażąda uwolnienia od obowiązków kurierskich. Przypomnij sobie, Jasiu, że to ja nalegałam, aby Emilka zaprzestała pracy kurierskiej. Jesteś wobec nas niesprawiedliwy! - na wszelki wypadek, Nina pociągnęła nosem i sięgnęła po chusteczkę.
- Uparła się, uparła!...- mruczał ze złością, biegając po pokoju i potrącając meble.- Wolałbym żeby nie była taka obowiązkowa. Ach Boże!
- Misiu, braciszku, uwierz mi.- szepnęła Nina ze skruchą.- Ja naprawdę nic nie mogłam poradzić. Prosiłam, żeby pomyślała o tobie. Powiedziała, że zawsze o tobie myśli, że ciebie kocha nad życie, ale jechać musi. Doprawdy, tak mi przykro!
Jaś zauważywszy zmartwioną minę matki i łzy w oczach Niny, złagodniał i przeprosił panie. Lecz z tym większą niecierpliwością, oczekiwał każdego dnia powrotu żony. Matka tłumaczyła mu, że podróż do Warszawy i z powrotem, może potrwać nawet tydzień i zalecała cierpliwość. Tymczasem zamiast Emilki powróciła Mira. Jak zwykle pełna entuzjazmu dla Sprawy, opowiadała z humorem o swojej, pełnej przygód podroży. Była bardzo zmęczona i postanowiła przedrzemać się kilka godzin, lecz obiecała, że zejdzie na obiad.
Całe przedpołudnie Nina zajęta była doglądaniem koszenia zboża, wyręczając zapracowanego pana Bochniaka. Żniwa zbliżały się ku końcowi, pogoda sprzyjała i ludzie spieszyli się, żeby ukończyć pracę przed nadejściem deszczu. Mignon, podenerwowana upałem i muchami, zachowywała się tak nieznośnie, że Nina zaledwie mogła nad nią zapanować i miała wrażenie, jakby powyrywano jej ramiona. Po powrocie do domu, umyła się dokładnie i zmieniła mokrą od potu bluzkę i spodnie, na lekką muślinową suknię. Odsapnąwszy, wzięła płaski kosz, nożyce i powędrowała do parku po kwiaty. Towarzyszył jej jak zwykle Grot i kilka innych psów z pałacowej sfory, z którymi się przekomarzała i zaśmiewała z psich figlów.
W rosarium, długo wybierała róże do wazonów w buduarze i do sypialni męża. Dbała, by w jego pokoju były zawsze świeże kwiaty, tak, jakby za chwilę miał tam wejść. Ścięte róże układała w koszu, rozkoszując się ich pięknem i zapachem. Kilka róż zaniosła do kaplicy i postawiła na ołtarzu, starając się omijać wzrokiem Ukrzyżowanego. Rzeźba była tak bardzo realistyczna, że się jej bała. Odmówiwszy pacierze za zmarłych, powróciła do domu.
Po pracowitym poranku i męczącej jeździe, czuła wilczy głód i zasiadła do stołu, oczekując na ulubioną zupę grzybową z francuskimi kluseczkami. Siedząca obok pani Salomea, wspomniała, że rano odwiedziła słabującego księdza proboszcza i zawiozła mu ciasto z owocami, arcydzieło Kumosi. Wyspana Mira zeszła do jadalni i tak zabawnie opowiadała o swoich przygodach w podróży kurierskiej, że rozśmieszyła obie panie. Nawet Walenty, celebrujący z uroczystą miną wnoszenia wazy z zupą, czynił bezskuteczne wysiłki, by zachować powagę. Zajęte rozmową, panie nawet nie spostrzegły, że drzwi uchyliły się i do jadalni wsunął się Paweł. Nie zważając na ostrzegawcze spojrzenie, jakie posłał mu Walenty, podszedł do Niny.
- Przyjechał stary Josel i prosi jaśnie panią hrabinę o rozmowę. - powiedział półgłosem.
- Nie widzisz, błaźnie, że jaśnie panie spożywają obiad?- kamerdyner spiorunował lokaja groźnym wzrokiem.- Josel może poczekać!
Stary faktor nie pokazywał się od tak dawna, że zaintrygowana Nina postanowiła przerwać posiłek i rozmówić się z nim. Odłożyła serwetkę i wstała.
Josel.
 - Zapewne Żydzi już się dowiedzieli, że mamy urodzaj. A może to wiadomość od pana? - powiedziała z nadzieją i spojrzała na Walentego. - Niech Paweł zaprowadzi Josela do buduaru.
Młody lokaj skłonił się i wyszedł. Walenty zadreptał w miejscu i zastygł, trzymając srebrną chochlę wzniesioną do góry jak berło.
- Oj, dałby Pan Jezus - westchnął. - Ale zupa wystygnie, proszę jaśnie pani hrabiny, a odgrzewana niesmaczna.
- To długo nie potrwa.
Pani Salomea i panna Lutówna ze zrozumieniem obserwowały jej twarzyczkę, zarumienioną z podniecenia.
- Czy możemy ci towarzyszyć, kochanie?- spytała starsza pani.- Nie będziemy przeszkadzać?
- Ależ proszę, cioteczko!
Mira również podniosła się z krzesła i razem weszły do buduaru, gdzie czekał Josel. Stary Żyd złożył damom niski ukłon, sięgnął za pazuchę i wydobył skrawek starej koperty. Nina z niecierpliwością wyrwała mu papier z ręki.
- Kiedy Josel widział pana hrabiego? Zdrowy?- zagadnęła, usiłując odczytać drobniutkie literki. Spostrzegła, że to nie było pismo Aleksa.
Żyd z zakłopotaniem pogładził siwą brodę.
- Ja nic o tym nie wiem. Lepiej niech jaśnie pani przeczyta, co tam napisane. To bardzo delikatny interes, a mnie tu wcale nie było!
Nina posłała mu przenikliwe spojrzenie i tknięta niedobrym przeczuciem, podniosła skrawek koperty do oczu, sylabizując mikroskopijne literki. Jednym spojrzeniem pochłonęła dziwną wiadomość i zachwiała się na nogach.
- Nino, na litość boską, co się stało? - Mira podbiegła do niej i podtrzymała, ratując przed upadkiem.- Jakieś złe nowiny? Co z panem hrabią?
Śmiertelnie blada Nina, ciężko opadła na najbliższe krzesło, z jej bezwładnej dłoni wysunął się papier i sfrunął na dywan. Pani Salomea pochyliła się i go podniosła. Wyjęła z kieszeni okulary, podeszła do okna i z uwagą przeczytała karteczkę.
- Jezu Chryste! - wydała głośny okrzyk, wspierając się o parapet.
Nina momentalnie oprzytomniała i zapomniawszy o słabości, błyskawicznie znalazła się przy niej.
- Mira, wody! Przynieś sole trzeźwiące...Cioteczko, tylko spokojnie. Proszę usiąść i głęboko oddychać. Wszystko będzie dobrze, obiecuję.
- Ale powiedzcie mi, o co chodzi? - dopytywała się panna Lutówna, nie rozumiejąc w ogóle tej dramatycznej sceny.
Nina zwróciła na nią oczy pełne przerażenia.
- Emilka aresztowana! Siedzi w Radomiu.- powiedziała szeptem, jakby sama nie dowierzała tej strasznej nowinie. - No, idźże po tę wodę i krople bobrowe. Szybko, bo ciocia mdleje!
Mira wybuchnęła głośnym płaczem i wypadła z pokoju. Podsłuchującemu pod drzwiami Walentemu wytrąciła z ręki chochlę, którą bezwiednie jeszcze trzymał.
W napisanym z więzienia grypsie, Emilka zawiadamiała, że została aresztowana w drodze powrotnej z Warszawy. Nie miała przy sobie nic kompromitującego, lecz żandarmi znaleźli w bryczce tylko paczkę gazetek, do których się nie przyznawała. Została przewieziona do Radomia i osadzona w areszcie śledczym. Siedziała w celi sama i była już kilkakrotnie przesłuchiwana, lecz nie przyznała się do winy, twierdząc uparcie, że gazetki podrzucono jej na bryczkę, kiedy jadła obiad w zajeździe.
Może i dano by jej wiarę, ale obciążyła ją paniczna ucieczka stangreta. Na widok podchodzących żandarmów, chłopak oszalały z przerażenia, zeskoczył z bryczki i uciekł do lasu. Oficer śledczy podejrzewał, że nie był to zwykły stangret, tylko jakiś ważny powstaniec przebrany za chłopa. Zagroził, że w razie odmowy zeznania prawdy, Emilka zostanie przewieziona do warszawskiej Cytadeli, gdzie czeka ją sąd wojenny. Otrząsnąwszy się z pierwszego porażającego wrażenia, pani Salomea poderwała się z krzesła.
A. Grottger. Posłaniec.
- Trzeba ją ratować! - zawołała, chwytając Ninę za rękę. - Jezu, przecież ona spodziewa się dziecka! Nie powinno się więzić kobiet przy nadziei. Istnieją przecież jakieś humanitarne względy dla kobiet, mających zostać matkami. Rosjanie są ludźmi, mają matki, żony i dzieci. ..
Nina z ponurą miną opuściła głowę. Przypomniała sobie tragiczne losy pani Sierakowskiej. Ona również była w zaawansowanej ciąży, mimo to nie oszczędzono jej ani kajdan, ani męki ciężkiego więzienia i widoku egzekucji męża. Najwidoczniej pani Salomea pomyślała o tym samym, bo rozpłakała się rzewnie.
- Moja biedna córeczka. Moje nieszczęśliwe dzieci. Matko Najświętsza, co ja powiem Jasiowi? Maryjo, ratuj!
Na tę myśl Nina poszarzała na twarzy i poczuła, że nogi uginają się pod nią.
Pani Salomea padła na kolana i złożywszy dłonie, wpatrywała się w widoczny za szeroko otwartym oknem przestwór błękitnego nieba. Po jej bladych policzkach spływały łzy, kiedy usta szeptały słowa modlitwy. Powróciła Mira, niosąc wodę i lekarstwa, lecz Nina dała jej znak, by nie przeszkadzała, tylko uważała na panią Salomeę. Skinęła na Josela, stojącego ze współczującą miną i razem przeszli do biblioteki. Ciężko opadła na fotel i ruchem ręki zaprosiła faktora, by usiadł.
- Dotknęło nas okropne nieszczęście.- powiedziała łamiącym się głosem.- Musimy za wszelką cenę uwolnić młodą panią Borutyńską. Ja nie pożałuję na ten cel pieniędzy. Czy Josel zna w Radomiu jakiegoś wyższego oficera, lub urzędnika? Słyszałam, że oni biorą łapówki za wypuszczenie więźnia. Tylko nie wiem, komu mam ją wręczyć i ile dać?
Stary Żyd zastanawiał się przez chwilę, a potem rzekł:
- W Radomiu, wiele może pan pułkownik Dobrowolski. On tam jest fest figura! Jemu sam generał Uszakow potrzebuje dać własną córkę za żonę. To strasznie ważna osoba i on jest Polak, ale nie lubi powstania i bił pana Langiewicza pod Małogoszczą.
Aleks znający osobiście Dobrowolskiego, opowiadał jej, że był on niegdyś gorliwym spiskowcem, należącym do tajnego sprzysiężenia wojskowego. Niespodziewanie, bez żadnego konkretnego powodu, zmienił orientację, stając się zaciętym wrogiem konspiratorów. Ścigał zawzięcie partie powstańcze i był nieubłagany dla pojmanych jeńców. Ulubieniec generała Uszakowa, starał się z powodzeniem o rękę jego córki.
- Więc Josel uważa... - zaczęła Nina, ale faktor przerwał jej wpół słowa.
- Joselowi nie trzeba trzy słowa. Ja pomogę jaśnie oświeconej pani. Żaden Żydek nigdy nie został skrzywdzony w Makowie. Jaśnie pan graf2, to wielki, dobry i hojny pan, a pan doktor Borutyński także złoty człowiek. My o tym pamiętamy. W Radomiu mam dwa młode Żydki, co one służą panu pułkownikowi Dobrowolskiemu. Ja sobie z nimi pogadam i powiem jaśnie pani, co robić.
Nina odetchnęła. Wiedziała, że kiedy faktor coś obieca, święcie tego dotrzyma.
- Dziękuję Joselowi.- powiedziała ucieszona.- Josel nie będzie narzekał na moją niewdzięczność. Zaraz przyniosę pieniądze.
- A niech Pan Bóg zabroni! - zawołał Josel, unosząc obie ręce obronnym gestem. - Ja grosza od jaśnie oświeconej pani nie wezmę! Przecie ja także Polak, tyle że mojżeszowego wyznania. Wielmożny pan doktor Borutyński, wyleczył mego wnuczka, co on miał ropień. On także nie wziął ode mnie grosza. To jest taki dobry człowiek, że jakby on miał lepszą głowę do interesów, to mógłby być Żydem! Niechaj go Najwyższy uchroni od nieszczęścia. Może potem, dla tych dwóch srulków, trzeba będzie coś dać, a ile, to się jeszcze zobaczy.
Stary faktor sapnął ze zmęczenia. Nina zaproponowała, żeby odpoczął i posilił się przed powrotną drogą, lecz odmówił i pożegnawszy ją odszedł. Wkrótce usłyszała turkot kół jego wózka. Pani Salomea siedziała w buduarze pogrążona w smutnej zadumie. Nina uklękła przy niej i ucałowała obie jej ręce.
- Moja złota cioteczko, proszę nie rozpaczać. Uratujemy Emilkę! Przyrzekam, że zrobię absolutnie wszystko, aby wyrwać ją z łap oprawców. Ale teraz trzeba nam siły do działania.
Starsza pani przytakiwała biernie głową.
- Boże miłosierny, co ja powiem Jasiowi?- szepnęła.- On tego nie przeżyje. Boję się o niego.
Na moment strach sparaliżował Ninę i poczuła na plecach lodowaty dreszcz. Ona także obawiała się, aby Jaś, w pierwszym odruchu rozpaczy, nie popełnił jakiegoś szaleństwa. Bardzo kochał żonę, a jego miłość do niej jeszcze wzrosła, kiedy się dowiedział, że wkrótce Emilka obdarzy go dzieckiem. Wyobraziwszy sobie, do czego może dojść, Nina uznała, że nie może pozwolić sobie na chwilę słabości, bo los uwięzionej Emilki zależał od szybkiego działania.
- Na razie nie należy Jankowi wspominać o aresztowaniu żony. - powiedziała stanowczo, podnosząc się z kolan.- Dowie się o tym fakcie, kiedy Emilka będzie już na wolności. Ja natychmiast wyjeżdżam do Radomia.
Spostrzegła kamerdynera zaglądającego do pokoju ze zmartwioną miną. Wszyscy domownicy już wiedzieli o nieszczęściu, jakie spotkało młodą panią Borutyńską.
- Walenty!- rzekła zdecydowanym tonem.- Proszę posłać stajennego do Sarnik. Zaraz napiszę bilet do wuja Ksawerego. Miruniu, w czasie naszej nieobecności, powiadomisz o wszystkim pannę Lasewiczównę. Trzeba prędko wyrobić lewe dokumenty i paszporty dla cioci i Emilki. Zaraz po uwolnieniu z więzienia, obie muszą koniecznie wyjechać za granicę. Tu Emilka nie będzie bezpieczna.
Pani Salomea słuchała jej uważnie, już całkowicie spokojna i opanowana.
- Ja z tobą, dziecinko. Razem pojedziemy do Radomia.- oznajmiła tak kategorycznym głosem, że Nina nie próbowała nawet się z nią spierać.
Usiadła przy sekretarzyku i napisała krótki liścik do wuja Borutyńskiego, a potem poszła spakować się do drogi, nie wołając nawet Ulisi. Zanim zdążyła zamknąć sakwojaż, do sypialni wkroczyła zdenerwowana Jaga.
- Nina, - zaczęła od progu - ja się nie zgadzam! Leziesz wilkowi prosto w paszczę. Co ty sama możesz poradzić?
- Jeżeli nie ja, to kto? - Nina podniosła głowę i spojrzała niani prosto w oczy. - Nie ciocia, bo zbyt zrozpaczona i nie Jaś. On może pogrzebać wszelką szansę na uwolnienie Emilki i sam dostać się w łapy Moskali. Trzymajcie język za zębami, bo inaczej on wpadnie w szał! Uprzedź służbę, że kto ośmieli się szepnąć słówko na ten temat, straci pracę! Ja przez Josela, spróbuję dostać się do pułkownika Dobrowolskiego, który jest liczącą się osobistością.
- Masz zamiar go przekupić? - pod Jagą zatrzęsły się kolana i prędko usiadła.
- Owszem. Dam mu prawdziwie królewską łapówkę, musi się na nią złakomić. Spójrz tylko, nianiu! - sięgnęła do wnętrza torby i wyjęła podłużne etui ze szkarłatnego aksamitu ze złotym herbem Habsburgów. Kiedy je otworzyła i przesunęła przed oczami Jagi, ogromne brylanty błysnęły bajeczną feerią ogni.
- Dobry Boże, brylanty wojewodziny!- stęknęła Jaga.- Takie królewskie klejnoty temu kacapowi?
- Trudno. Muszę darować mu coś, co skłoni go do szybkiego działania. Och, te brylanty skusiłyby nawet księcia. Jakby mu było mało, dorzucę jeszcze folwark, niech się udławi! Byle tylko Emilka wyszła z więzienia, a Janek doczekał się upragnionego dziecka.
 Jaga była ogromnie wzruszona i Nina znalazła się w jej ciepłych, kochających ramionach.
- Masz złote serce, córeczko. Będę się za was modlić. - zakreśliła na jej czole krzyżyk.
Zanim obie panie zdążyły przygotować się do podróży, z Sarnik przyjechał wuj Ksawery, dosiadając konia pomimo swego kalectwa. Był niesłychanie wzburzony wiadomością o aresztowaniu Emilki i dowiedziawszy się, że panie wybierają się do Radomia, wcisnął Ninie do rąk woreczek pełen złotych imperiałów.
- Tu masz dwa tysiące rubli w złocie.- powiedział. - Nie żałuj pieniędzy na ten cel, bo Moskale lubią pieniądze. Jak trzeba będzie, dostaniesz więcej. Żebym był zdrowy, pojechałbym z tobą, ale teraz byłbym ci tylko zawadą. Marynia kazała cię ucałować.
Po raz pierwszy w życiu, Nina zarzuciła wujowi ramiona na szyję i ucałowała go jak ojca. Nie była zdumiona jego hojnością wiedząc, jak bardzo wuj Ksawery kocha Jasia. Dla niego oddałby ostatni grosz. Pokazała mu klejnoty wojewodziny, a wuj Ksawery zachwycił się nimi i zarazem zdumiał jej wielkodusznością.
- Te brylanty mają ogromną wartość, bo i historyczną. - zauważył. - Nie szkoda ci ich?
- Cóż znaczą te kamyki, wobec szansy uwolnienia biednej Emilki i szczęścia Jasia?
Patrzył na nią długą chwilę w milczeniu.
- Niechże ci Bóg błogosławi, moje drogie dziecko. - szepnął.
Wstydząc się okazać wzruszenie, poszedł pocieszyć panią Salomeę. Nina pośpiesznie wydała pani ochmistrzyni i niani polecenia na czas swojej nieobecności.
- Jaś przyjedzie tu dziś wieczorem. Co mam mu powiedzieć? - dopytywała się Mira, spłakana i zdesperowana.
- Powiedz mu, że państwo Maciejewscy mają kłopoty i Emilka została w Warszawie dłużej, aby otrzymać zwolnienie od obowiązków. Pojechałyśmy z ciocią, żeby wspomóc państwa Maciejewskich finansowo. Mira pamiętaj, Jaś nie może dowiedzieć się o aresztowaniu Emilki. Znasz go i wiesz, jaki potrafi być zapalczywy. Aha, gdzie jest Maciek?
- Pojechał do leśnego obozu, zawieść chłopcom paszę dla koni i gazetki:"Z Pola Bitwy". - odpowiedziała panna Lutówna ze skruchą.
Nina spojrzała na nią przeciągle wzrokiem, nie wróżącym nic dobrego. Maciek powinien był jej spytać, czy nie jest potrzebny. "Spiorę kiedyś tego szczeniaka na kwaśne jabłko!"- pomyślała rozgniewana i zawiedziona, zupełnie zapominając, że Maciek jest od niej starszy o kilka lat, o głowę wyższy i silny jak koń. Po odejściu Tomka do oddziału, chłopak się zbiesił i nie pytając jej o zgodę, z całą energią włączył się do pracy konspiracyjnej, wykonując jakieś tajne prace dla panny Lasewiczówny, kapitana Soszkiewicza i służąc jako stangret kurierkom. Nina nie miała serca bronić mu tej pracy, bo chłopak był bardzo bliski jej sercu. Nie zapominała, jak dźwigał ją z narażeniem życia na plecach, kiedy ścigali ich kozacy. Teraz jednak była na niego naprawdę wściekła, bo chciała żeby jechał z nimi do Radomia. Ostro pouczyła Mirę, aby nigdzie go nie wysyłała, bo może być potrzebny. Wychodząc z buduaru, usłyszała za sobą żałosny skowyt. Grot nieufnie przyglądał się Pawłowi, wynoszącemu do karety sakwojaże. Przykucnęła i przytuliła psa do siebie, całując go w czubek głowy i pieszcząc.
- Mira, zaopiekuj się Grotem, bo biedak będzie za mną tęsknił.- poleciła. - No, jestem gotowa do drogi. Szkoda, że Maciek nie jedzie z nami.
Na szczęście, mogła zawsze polegać na Stachu, bo stary był bez reszty oddany swemu państwu. Podróż do Suchedniowa trwała krótko, bo makowskie araby pędziły jak wicher. W mieście pozostawili konie, zmieniając je na zaprzęg pocztowy i podróżowali dalej, nie tracąc czasu na nocleg. Nina drzemała z głową wspartą o poduszki karety, usypiana rytmicznym kołysaniem. Lecz często się budziła, słysząc ciężkie westchnienia pani Salomei i szept odmawianych modlitw, przerywanych cichym płaczem. Serce Niny ściskało się z żalu i ogromnego współczucia, ale na razie nie znajdowała słów pociechy. Miała jednak nadzieję, że potrafi uwolnić Emilkę i wyprawić obie kobiety bezpiecznie za granicę.
1Bitwa pod Żyrzynem 8 sierpnia 1863 r.
2Graf - hrabia