środa, 31 sierpnia 2016

Zamach na namiestnika Berga! Fortepian Chopina.


 31 sierpień 2016 r.
Rządy Europy miały cichą nadzieję, że powstanie zalane krwią, samo wygaśnie, gdyż Rząd Narodowy wstrząsany wewnętrznymi przewrotami, nie był zdolny do prowadzenia walki na dłuższą metę. Ale powstanie nie gasło. Nieustannie dochodziło do bitew i potyczek, a na miejsce poległych bohaterów, stawali nowi żołnierze. We Francji, hrabia Ksawery Branicki z własnej kieszeni finansował uzbrojenie oddziałów, najpierw Langiewicza, potem rekrutował żołnierzy do partii Rochebruna, wydając na wsparcie powstania ponad milion franków! Powstanie rozpalało się, niosąc śmierć tysiącom i rujnując ogromne połaci kraju. 
A.Grotger Pożoga.
 Pewnego dnia przyjechał konny z Siewek i oddał Ninie bilecik od pani Wąsockiej. Pisała, że powrócili już do domu i pragną podzielić się z sąsiadami ważnymi nowinami. Nina zaprosiła ich do Makowa, jednocześnie powiadamiając Siekielskich. Tadeusz czuł się lepiej, dosiadał już konia i tylko pusty rękaw jego surduta, przypominał o jego kalectwie. Wszyscy spragnieni byli wiadomości, bo informacje docierały na prowincję z opóźnieniem, często nieprawdziwe.
Jesienny dzień był słoneczny i bardzo ciepły, jak na tę porę roku, więc Nina kazała przygotować podwieczorek nad stawem. Oczekując gości, siedziała z panną Lutówną przed altaną oplecioną dzikim winem, którego liście przybrały barwę purpury. Obie damy zajęte były szyciem męskich koszul z tak grubego płótna, że co chwilę Nina unosiła do ust ukłuty palec i wysysała krew. Nie miała serca do tej roboty, lecz zmuszała się do szycia, zawstydzona zapałem z jakim pracowała Mira. Co pewien czas podnosiła głowę stwierdzając, że park wygląda cudownie w szacie jesiennych kolorów. Niektóre drzewa były jeszcze zielone, tym pastelowym odcieniem zieleni, jaki czasem drzewo przybiera wczesną wiosną lub jesienią. Klony płonęły, całe w złocie i purpurze liści, lipy traciły już liście, zaścielając nimi ziemię. Trawniki nieco pożółkły, lecz tego dnia nad parkiem rozpościerała się kopuła nieba o tak intensywnym lazurze, jaki bywa na południu Włoch. Pod tchnieniem leciutkiego powiewu wiatru, liście odrywały się od gałęzi i cicho spływały na ziemię, lub pod stopy Niny. Na gładkiej tafli stawu białe łabędzie rozwijały skrzydła, gotując się do odlotu.
- Coś długo Siekielskich nie widać. Może nie przyjadą? - odezwała się Mira, prostując obolałe plecy.
- Z pewnością przyjadą. - Nina ukłuła się ponownie w palec i syknęła. - Na dziś mam dosyć szycia. Pokaleczyłam sobie palce. Nie będę mogła grać, a Tadek tak lubi muzykę.
Ze złością rzuciła koszulę na stojący obok trzcinowy fotel, wstała,podniosła twarz ku słońcu przymykając powieki.
- Śliczny dzień, ciepło jak w sierpniu. - powiedziała otwierając oczy i rozglądając się dokoła. - Jakby sama natura chciała dać nam do zrozumienia, że nawet śmierć może być piękna i żegna się z nami, przybrana w królewską purpurę. Czujesz, powietrze jest takie ciche i łagodne, ale mogę się założyć, że za kilka dni przyjdą jesienne wichury i słoty, a może nawet mróz i śnieg. Warto byłoby zapolować, bo pan Szymon narzekał, że dziczyzna się kończy.
Panna Lutówna aż się zatrzęsła.
- Nawet mi o tym nie wspominaj! - zawołała z przerażeniem. - Wprawdzie bardzo lubię zająca z buraczkami, czy polędwicę z dzika, lecz gdy uświadomię sobie, że te biedne zwierzęta zostały zastrzelone po to, aby znaleźć się na stole, tracę apetyt. Cóż robić, Nino, nie mam w sobie ani kropli rycerskiej krwi. Zwykła mieszczka ze mnie, nigdy nie jeździłam konno, a nawet bardzo boję się koni. Kiedy patrzy na mnie krowa, kolana miękną mi ze strachu. Nic na to nie poradzę, że jestem tchórzem!
- Nic podobnego! - energicznie zaprzeczyła Nina. - Celnie strzelasz i masz serduszko Emilii Plater! Pamiętam, jak odważnie zachowałaś się w czasie potyczki z kozakami nad Wisłą. Poza tym, dla mnie jesteś słodkim pyszczkiem! - śmiejąc się, pocałowała przyjaciółkę w czubek głowy. - Chodź, popatrzymy na ryby!
Weszły na drewniane molo i zaczęły wpatrywać się w zielonkawą wodę, iskrzącą się w promieniach słońca. Im dalej od brzegu, woda stawała się coraz ciemniejsza, przechodząc w ciemnozieloną głębinę. Na przybrzeżnym dnie, widać było falujące wodorosty, a gładka powierzchnia stawu usiana już była więdnącymi liśćmi lilii wodnych. Mira przyniosła z altany koszyczek z pieczywem i podała Ninie bułeczkę. Zaczęły kruszyć pieczywo i wrzucać kawałki do wody.
Natychmiast pod ich stopami zaroiło się od wrzecionowatych ciał, połyskujących złotawą łuską. Podpłynęły wielkie i tłuste karpie, wolno poruszając płetwami i szeroko otwierając okrągłe pyszczki. Grube węgorze wiły się w skrętach, migotały okonie, a w pewnej odległości przy głębinie, czaiły się drapieżne szczupaki, oczekując na łatwą zdobycz. Podpłynęły także łabędzie kradnąc rybom smaczne kąski i sycząc na nie złośliwie. Pokruszywszy bułki panie patrzyły, jak ryby odpływają ginąc w głębokiej wodzie, tylko wielkie liście nenufarów chwiały się, poruszone ich ciałami. 

Plusnęła woda i do brzegu podpłynęła duża śliczna wydra, prawie zupełnie oswojona. Otarła się gibkim ciałem o stopy Niny, dostała swoją porcje łakoci i dała nura do stawu, płynąc za rybami. Mira zaczęła opowiadać o ukochanej wydrze króla Jana III Sobieskiego, przypadkowo zastrzelonej przez nowo przyjętego żołnierza. Śmierć ulubionego zwierzątka tak rozwścieczyła króla, że rozkazał wymierzyć winowajcy karę kilkuset kijów. Nieszczęsny żołnierz nie wytrzymał chłosty i umarł.
Wróciły do altany i usiadły w fotelach wyłożonych poduszkami. Nina rozejrzała się sprawdzając, czy w pobliżu nie ma niani, potem włożyła dwa palce w usta i gwizdnęła przeraźliwie jak ulicznik. W dzieciństwie nauczyli ją tej sztuki Jaś i Tadeusz. Na ten sygnał przybiegł Grot radośnie szczekając, a za nim dwa piękne charty z dworskiej psiarni. Potem przydreptała nieśmiało młoda sarenka. Nina nazywała ją "Sierotką" i nie szczędziła ulubienicy pieszczot i przysmaków. Sarenka nie bała się ani psów, ani ludzi i chodziła ufnie za Niną, ku niezadowoleniu Grota, zazdrosnego o swoją panią. Seter ułożywszy się u jej stóp, groźnie powarkiwał na Sierotkę, chrupiącą ze smakiem soczystą marchewkę. Obie damy czule gładziły jej sierść, a sarna patrzyła na nie prześlicznymi łagodnymi oczami, przymykając powieki o długich rzęsach.
- Mireczko, może masz ochotę popływać łódką po stawie? - spytała Nina, strzepując resztki marchewki z czarnej kreponowej sukni. - Och, jaka szkoda, że lato tak szybko minęło i nie zdążyłam ciebie nauczyć pływać.
- Bogu dzięki! Boję się wody. Nino, mamy gości! - zawołała panna Lutówna, obdarzona bystrym wzrokiem i dobrym słuchem.
Jakoż już z daleka słychać było tubalny głos pana Wąsockiego i piskliwy śmiech pani Wąsockiej. Poprzedzani przez lokaja szli z Jadwigą, a za nimi Siekielscy. Nina nawet z tej odległości dostrzegła, że pomiędzy Zosią a Tadeuszem, musiało dojść do przykrej wymiany zdań. Ona była zarumieniona z przykrości, Tadeusz najwyraźniej zły.
Nina wstała i wyszła gościom naprzeciw, witając ich z radością. Spojrzała na Tadeusza, ale on prędko odwrócił wzrok, składając na jej policzku lekki pocałunek. Był wyraźnie zdenerwowany i gniewnie marszczył brwi.
- Mało brakowało i nie przyjechalibyśmy. - oznajmił, wydymając gniewnie wargi. - Moja żona uważa mnie za kompletnego niedołęgę. Chciała mi wmówić, że jestem chory i powinienem pozostać w domu! Czasami czuję się nikomu niepotrzebnym ciężarem, psiakrew!
- Tadziu. - odezwała się Nina, patrząc na niego z wyrzutem. - Po pierwsze zapomniałeś się przywitać z panną Mirą, a po drugie przeklinasz w obecności pań
- O, pardon! - zreflektował się i uścisnąwszy rękę Miry, usiadł na fotelu. Nina podłożyła mu jeszcze jedną poduszkę pod plecy.
 - Nie słuchajcie go, państwo. - powiedziała się rozżalona Zosia. - Całą noc gorączkował i jęczał, bo bolała go rana. Teraz także ma podniesioną temperaturę. Mimo to, postanowił jechać z wizytą.
- Nie próbuj zamykać mnie w domu! - krzyknął Tadeusz. - Jeszcze nie koniec ze mną. Nawet jako kaleka mogę się komuś przydać. A przy tobie czuję się jak stary paralityk! - dokończył z pasją, wpatrując się w żonę przerażająco błyszczącymi oczami. W jego wzroku prócz złości, malowało się również cierpienie.
Nina wzruszyła się, bo dobrze go znała i wiedziała, jakim czułym wrażliwym i dobrym był człowiekiem, i jak bardzo kochał żonę. Ale kalectwo, ciężka choroba, a przede wszystkim śmierć Jasia, odmieniły jego charakter. Postanowiła go udobruchać i przysiadłszy na poręczy jego fotela, pogłaskała go pieszczotliwe po włosach.
- Ty złośniku! Z pewnością jesteś potrzebny żonie, dziecku i mnie, a także ojczyźnie, pod warunkiem, że zupełnie wyzdrowiejesz. A na trusię na warcz, bo gdybyś rzeczywiście był dla niej ciężarem, nie przejmowałaby się tak twoją chorobą, rozumiesz?
Wąsoccy, ludzie dobrze wychowani, oddalili się nieco na molo, podziwiając łabędzie i pozwalając się małżeństwu wykłócić.
- Już dobrze? - Nina ścisnęła Tadeusza za rękę i mrugnęła do Zosi. - Nie bierz sobie jego grymasów do serca, bo jak Alek był ranny, to przez cały czas choroby próbował nam udowodnić, że jest w znakomitej formie. W rezultacie tylko przedłużał swoją rekonwalescencję. Kłóciliśmy się o to, kiedy przekonywałam go, że przede mną nie musi udawać siłacza. Niestety, nasi mężowie nie przejmują się faktem, że niosąc im pomoc, musimy cierpliwie znosić ich złe humory. Ale mam nadzieje, że to z czasem minie. Prawda, mój bohaterze?
Tadeuszowi zrobiło się wstyd swego zachowania i ze skruszoną miną ucałował ręce żony.
- Uwierz mi, przyjacielu, - dodała Nina - że czasem same wolałybyśmy oberwać kulą, niż tygodniami wyglądać wiadomości od męża, zamartwiać się brakiem listu i umierać z niepokoju. Takie troski skracają życie równie skutecznie, jak cios bagnetem. - Nina poklepała Tadeusza po ramieniu i usiadła na swoim miejscu.
- Wybaczcie, "rannemu na polu chwały". Wiem, że zrobiłem się mizantropem i dokuczam Zosi. Ale niech diabli porwą na widłach do piekła tego przeklętego drania, który pozbawił mnie ręki i zubożył świat o jednego wirtuoza. Jadziu, poproś rodziców do altany. Już mi przeszło!
- Ja to się nigdy napatrzeć nie mogę tego parku. - zauważyła dyplomatycznie pani Wąsocka.
Goście usiedli dokoła okrągłego stołu. Walenty przybył pierwszy, a za nim pojawił się lokaj ze srebrnym samowarem i pokojówki z tacami. Mira pokroiła kruchy placek ze śliwkami, prócz placka były jeszcze francuskie ciasteczka z konfiturami i krem ponczowy. Na kryształowych paterach piętrzyły się grona astrachańskich winogron, wielkie złociste gruszki i malinowe jabłka. Pani Wąsocka, umieściwszy swoją korpulentną figurę w wygodnym fotelu, natychmiast przystąpiła do rzeczy z wyraźnym wileńskim akcentem.
- Mamy w ta pora, mnóstwo nowin z naszej nieszczęśliwej stolicy. - powiedziała półgłosem. - Niech Józio zaświadczy. Jestem przekonana, że państwo nic nie wiecie o ostatnich wydarzeniach w Warszawie.
Józio, czyli pan Wąsocki, pokiwał głową i spytał, czy panie pozwolą mu zapalić fajkę? Tadeusz skorzystał z pozwolenia i zapalił cygaro, a Mira długiego cienkiego papierosa, nauczywszy się palić od Emilki. Nina mrugnęła do Zosi, przysunęła się do Tadeusza i jakby od niechcenia, podawała mu ogień, kroiła ciasto i podsuwała kieliszek z winem lub filiżankę z herbatą, pewna, że na nią nie będzie się wściekał. Pragnęła zaoszczędzić przykrości Zosi.
- Już dawno nie mieliśmy żadnych wiadomości ze stolicy. - powiedziała uprzejmie.
- Mileńcy wy moi, to nie wiecie o zamachu na Berga? - pisnęła pani Wąsocka, zaciągając z wileńska i klaszcząc w tłuste rączki.
gen.namiestnik hr.Berg
 - Co? - Tadeusz aż porwał się z fotela, wpatrując się w nią z napięciem. - Dorwali tego starego drania? Nie żyje?
- To ja już opowiem wszystko od początku. - ofiarowała się pani Wąsocka, paląc się do przekazania sąsiadom nowin. - A może ty, Józiu, chcesz to opowiedzieć? - spojrzała pytająco na męża.
- E, i tak byś mi co chwilę przerywała. - mruknął starszy pan, wypuszczając z fajki kłąb dymu.
- Dobrze serce, tylko ty tak nie dmuchaj, jak z komina! Utrapienie z tymi palaczami. - westchnęła.- To co ja mówiłam? Aha, to było dwudziestego września...
- Dziewiętnastego, mamo. - poprawiła ją Jadwiga.
- Właśnie. Wracaliśmy od brata, mającego majątek koło Pułtuska i zatrzymaliśmy się po drodze w Warszawie, u mojej siostry Cecylki. Mieszka biednieńka z mężem i dziećmi w kamienicy pana hrabiego Zamoyskiego. Oj Boże, Ty mój, też mieli gdzie zamieszkać!... Tego dnia Cecylka zajęta była wydawaniem praczce bielizny do prania, panowie poszli sobie do Loursa na mleczny poncz, a moja Jadwinia siedziała z dziećmi siostry na balkonie od ulicy, bo dzień był ciepły. Pomyślałam sobie, że to nie wypada, żeby młoda panna przebywała na balkonie bez przyzwoitki, wystawiając się na spojrzenia gawiedzi, bo ktoś mógłby pomyśleć, że wypatruje epuzera. Wyszłam więc na balkon, aż tu od Nowego Światu, na rogu Krakowskiego Przedmieścia, pędzi powóz z tym paskudnym staruchem Bergiem. Dokoła powozu kozacy i Kabardyńcy, z nastawionymi pikami i nahajkami tylko patrzą, kogo by zdzielić po głowie. Powóz właśnie mijał naszą kamienicę, kiedy z górnych pięter poleciały butelki z płynem zapalającym i płonąc rozlały się po bruku. A potem jak coś nie huknie!...- dama efektownie zawiesiła głos i sapnęła.
 - Strzelali z garłacza . - fachowo objaśnił pan Wąsocki i umilkł, skarcony wzrokiem żony.
- Jezu Chryste, tu jezdnia się pali, z góry strzelają i nagle bum! bum! z okien rzucono kilka bomb. Tylko się zakotłowało!
- Zabili szwaba? - gorączkował się Tadeusz.
- Zaraz wszystko opowiem. - odparła flegmatycznie pani Wąsocka i nabrała oddechu. - - Na dole, w ta pora, rozpętało się istne piekło. Poranione konie głośno kwiczały wspinając się i rwąc szory. Kozacy wyli wniebogłosy:" Spasajties!" i patrzyli, gdzie by tu dać drapaka. Ktoś upadł, ale generał i jego adiutant wyskoczyli z powozu żywi, tylko mundury podarło na nich na strzępy.
Zamach na Berga.
 - Jak to? - wybuchnął Tadeusz. - Spudłowali, kapcany? Och, postawiłbym ich pod ścianą, bo powinni dobić go sztyletami!
- Tadziu, uspokój się. - Zosia słodkim uśmiechem przeprosiła za uniesienie męża.
- Zostaw mnie! Rany boskie, czy nie rozumiecie, że to była jedyna okazja usunięcia tego potwora ze świata? Drugi raz już nam się ta sztuczka nie uda, bo ci durnie spartolili robotę! Bojowcy, od siedmiu boleści! Przecież któryś powinien się poświęcić i zastrzelić Berga lub przebić go nożem!
Tadeusz drżał cały ze wzburzenia. Pani Wąsocka napiła się herbaty i podjęła przerwane opowiadanie:
- To był dopiero początek nieszczęścia, serdeńko. Generał nawiał do Zamku aż się za nim kurzyło, poprzysięgając nam zemstę. Ja miałam urwanie głowy, bo przerażone dziewczynki krzyczały, a Jadwiga zemdlała. Biedne dziecko, do dziś nie może przyjść do siebie. Miałam złe przeczucia i mówię do Cecylki: "Zabieraj dzieci i co tam masz cennego i zmykajmy stąd, bo na strzelaninie na pewno się nie skończy." Ale Cecylkę jakby coś odmieniło i uparła się, że zostanie, więc i my z Jadzią pozostałyśmy. Ale wszystko leciało mi z rąk, bo przypomniałam sobie, co się działo u nas w Wilnie, w trzydziestym pierwszym roku, gdy powstanie upadło. Nie upłynęła nawet godzina, a cały dom otoczyło wojsko. Pojawiła się policja i żandarmeria i zaczęli szukać spiskowców. Ach, mój Ty Boże! - pani Wąsocka westchnęła rozdzierająco -. A dom ogromny i mieszkali w nim różni ludzie. Arystokracja, profesorowie ze Szkoły Głównej i bogate mieszczaństwo. Na czwartym piętrze, kawalerki wynajmowali studenci i właśnie stamtąd poleciały bomby. Dziękowałyśmy z Cecylką Bogu, że szwagier z Józiem wyszli z domu, bo Moskale wszystkich mężczyzn zabierali do Cytadeli, a niejednej damie obito skórę nahajką. Za policją wpadło do domu wojsko. Sołdaci otwierali okna, balkony i wyrzucali przez nie na ulicę meble, obrazy, dywany, żyrandole, odzież i porcelanę. Dosłownie wszystko, co wpadło im pod rękę. Pod domem wyrosła istna góra cennych, a czasami bezcennych rzeczy, zbieranych przez całe pokolenia. Profesorowi Kowalewskiemu zniszczono wspaniałe zbiory orientalistyczne. Jeszcze większa strata spotkała panią Izabelę Barcińską, rodzoną siostrę Fryderyka Chopina.
Rosjanie demolują kamienicę Zamoyskiego
- Jezu, co ci barbarzyńcy zrobili? - przeraziła się Nina, usłyszawszy nazwisko ukochanego kompozytora.
- O tak, to byli prawdziwi barbarzyńcy! - pani Wąsocka sapnęła gniewnie. - Nasz genialny Fryderyk, kochał się w wykwintnych meblach i w czasie swego pobytu w Paryżu, zgromadził prawdziwe muzeum kosztownych sprzętów, luster, obrazów, porcelany i książek we wspaniałych oprawach. Otrzymywał przecież mnóstwo prezentów od koronowanych głów i słynnych ludzi, a wszystko to przedstawiało w sumie ogromną wartość. W nie rozpakowanych jeszcze skrzyniach, znajdowały się nuty z manuskryptami kompozytora, które jego zdaniem, nie nadawały się do druku. Wszystkie te skarby, po naszych wielkim muzyku znajdowały się w mieszkaniu jego siostry.
Nina pobladła i wydała okrzyk zgrozy.
- Moskale to zniszczyli?
- Wszystko wyrzucili przez okno i spalili. Na koniec wypchnęli przez okno fortepian na którym grał Fryderyk!
Goście spojrzeli na siebie, nie mogąc wprost uwierzyć w to, co usłyszeli.
- Zniszczyli nuty Chopina i jego fortepian? - Nina była porażona ogromem straty. - Jak mogli? Przecież to była własność całej ludzkości - także i Rosjan! To się nie mieści w głowie. Kilku półgłówków urządza nieudany zamach na Berga nie zastanawiając się, że przy tym mogą ulec zniszczeniu rzeczy wprost bezcenne, których już nie da się odtworzyć. Relikwie narodowe! Mówcie co chcecie, ale ja jestem zdania, że sprawcy tego zamachu zasłużyli na sąd wojenny i kulę! Tylko co by to dało? Nuty Chopina zniszczone i jego fortepian roztrzaskany na kawałki....a cała Europa przypatruje się obojętnie temu bezprawiu i milczy.
Fryderyk Chopin.
 - Święta racja. - przyznała pani Wąsocka widząc, że słuchacze niecierpliwie czekają na dalszy ciąg opowieści. - Namiestnik Berg postanowił dać nam bolesną nauczkę. Wojsko niszczyło wszystko, a moja biednieńka siostra została z dziećmi pośród pustych ścian. Musieliśmy odwieźć ją do majątku brata i wspomóc finansowo. Ale to nie koniec historii. Sołdaci buszowali po mieszkaniach, kradnąc jak sroki, kobiety mdlały z rozpaczy widząc dobytek wyrzucany na bruk, dzieci płakały, istny koniec świata. Tymczasem koło pomnika Kopernika, zatoczono baterię armat i postanowiono zbombardować kamienicę aż do fundamentów ogniem z dział. Generał Korf, naczelnik miasta tłumaczył się potem, że wolał dopuścić do rabunku, byle tylko rozwścieczeni sołdaci nie rzucili się na bezbronną ludność. Ale to był jedynie wykręt.
- A co zrobiono z wyrzuconymi rzeczami? - odezwała się Mira, siedząca dotąd jak ogłuszona i tępo wpatrująca się przed siebie. Jako rodowita warszawianka, znała doskonale dom pana hrabiego Zamoyskiego.
- Co zrobili? Cały stos polano naftą i podpalono! Łuna była taka ogromna, że na drugim końcu miasta myślano, że cała stolica się pali. Sołdaci krzyczeli, że to kara za zamach na namiestnika. W rzeczywistości, w ten sposób starano się ukryć zwykłą kradzież. Sama widziałam, jak jakiś drab wydarł Cecylce pudło ze srebrami stołowymi. Rabowali klejnoty, złoto, pieniądze, drogocenne futra. Ach, nikt tego nie zliczy. Pożar był tak wielki, że przyjechało kilka straży ogniowych i gasiły stos, bo obawiano się, że od niego zapalą się sąsiednie kamienice. Na szczęście Moskale nie przeszkadzali gasić ognia. Rozwścieczony Berg kamienicę skonfiskował, zabrano również hrabiemu Zamoyskiemu pałac stojący w ogrodzie, a hrabiego Stanisława, syna pana Andrzeja, aresztowano.
- A spiskowców ujęto? - zainteresował się Tadeusz.
- Ależ skąd. Szukaj wiatru w polu! - pani Wąsocka machnęła dłonią. - W śledztwie wyszło na jaw, że przed zamachem ktoś wynajął mały pokoik dla kilku studentów. Podobno byli to członkowie policji narodowej i mieli dosyć czasu, żeby się ulotnić przed przybyciem Moskali. Moja biedna Jadzia bardzo przeżyła to okropne wydarzenie. Zamachowcy znajdowali się bezpośrednio nad balkonem na którym siedziała.
Nina wiedziona współczuciem, spojrzała na Jadwigę, spokojnie jedzącą krem i spostrzegła ze zdumieniem, na jej ustach jakby cień uśmiechu. Pani Wąsocka zamilkła, aby odpocząć i poczęstować się ciastkiem.
- Nieszczęsne miasto ta Warszawa. - odezwał się pan Wąsocki, nareszcie pewny, że żona mu nie przerwie. - Namiestnik Berg wprowadził niesłychany terror, a nasi rewanżują się mu zamachami na carskich dygnitarzy i agentów policji. Niedawno na pięciu placach Warszawy stracono trzydziestu patriotów. Byli to podobno sztyletnicy, członkowie policji narodowej. Powiadano, że gdy zwłoki rozstrzelanego na Nowym Mieście mężczyzny osunęły się na ziemię, z okna pobliskiej kamienicy rozległ się przeraźliwy krzyk kobiecy i jakaś pani w czerni padła zemdlona lub nieżywa. Ciężko żyć w tym mieście od czasu, gdy Berg wprowadził prawo odpowiedzialności zbiorowej. Jeżeli policja aresztuje jakiegoś podejrzanego, karany jest również właściciel kamienicy, w której ta osoba mieszkała.
Po prawej kamienica hr. Zamoyskiego
- Ale ja nadal nie rozumiem, dlaczego dokonano zamachu z okna domu zamieszkałego przez tylu mieszkańców. - Nina nie mogła odżałować pamiątek po Chopinie i aż zatrzęsła się ze strachu na samą myśl, że władze carskie mogły jej odebrać Maków, za konspiracyjną działalność rodziny.
- To nie była bezmyślność, lecz konieczność. - rzekł pan Wąsocki. - Na ulicach aż roi się od policji i tajnych agentów, co jakiś czas przeciągają patrole. Bomby można było zrzucić jedynie z okien najbliższej posesji. Niestety zamach się nie udał i wielka szkoda.
- Mnie się to wcale nie podoba. - oświadczyła Nina z oburzeniem. - Uważam, że Rząd Narodowy jest odpowiedzialny za poniesione przez mieszkańców straty.
- Mnie również się to nie podoba, bo spartolili robotę. - Tadeusz ze złości zapalił jeszcze jedno cygaro i głęboko zaciągnął się dymem.
Słońce już zaszło i tylko wzdłuż całego horyzontu, ponad czarnymi pasmami borów, rozciągała się szkarłatna wstęga, przybierając wyżej na niebie barwę różowo-złotą, a jeszcze wyżej głęboki lazur, przechodzący w granat nocy. Spoza wzgórz wyjrzał cienki sierp księżyca. W altanie uczyniło się chłodno, więc Nina wstała dając znak, że czas udać się do domu. Idąc koło Jadwigi, wzięła ją pod rękę.
- To jak to było z tym zemdleniem, Jadwiniu? - szepnęła jej do ucha.
Panna Wąsocka zachichotała, tłumiąc śmiech chusteczką.
- Wcale nie zemdlałam! Znasz mamę, musiałam udawać nieprzytomną, żeby uniknąć ewentualnych pytań na przesłuchaniu. Wyobraź sobie, że ja widziałam tego zamachowca, który rzucił bombę! To się działo bezpośrednio nad nami.
- O! - Nina wydała cichy pomruk zdumienia. - Jak wyglądał?
- Był całkiem przystojny i zrobił do mnie perskie oko! Ale o tym nie mogłam powiedzieć nikomu i udałam zemdlenie.
- No, no!... - Nina była pełna podziwu dla jej przytomności umysłu. - Gratuluję, zachowałaś się wspaniale. A powiedz mi, co się dzieje z twoim znajomym, panem Arturem?
Jadwiga potknęła się i nagle stanęła.
- Ja się z nim widziałam. - szepnęła - Tylko Nino, na miłość boską, nie zdradź mnie przed mamą! Oddział pana Artura został rozbity i jakiś czas musiał przebywać w Warszawie. Namawiałam go, żeby przeniósł się gdzieś bliżej, w nasze strony, do Rębajły lub Chmieleńskiego. A może pan hrabia zechciałby przyjąć go do swojej partii? Widzisz kochana, pan Artur jest synem chłopa spod Pułtuska i jakby moi rodzice dowiedzieli się, że spotykam się z człowiekiem"z gminu", dostaliby chyba szału!
- To są nieżyciowe i niemądre przesądy klasowe! - Nina zdecydowanym tonem wyraziła swój punkt widzenia. - Przecież pan Artur kończy studia i wkrótce zostanie inżynierem. Jest powstańcem, a sądzę, iż ten fakt w przyszłości będzie się równał nobilitacji. Pomyśl tylko, ile młodych mężczyzn poległo i ilu jeszcze polegnie. Mnóstwo panien nigdy nie znajdzie męża. Wolałabym wyjść za mąż za uczciwego, wykształconego chłopa, niż zostać starą panną lub dostać się w łapy takiej kanalii jak Starewicz! Pamiętaj Jadziu, że na mnie możesz zawsze liczyć, na Siekielskich również.
W zwykły dzień posiłki podawano w małej jadalni, lecz tego dnia byli goście i Nina postanowiła urządzić małą uroczystość na część Tadeusza. Widok wielkiej sali jadalnej i stołu oświetlonego rzędem srebrnych świeczników i żyrandoli, zdumiewał i zachwycał. Sam stół zastawiony kryształami, porcelaną i srebrnymi sztućcami, był tak długi, że jego koniec wydawał się odległy. Ogromne gdańskie kredensy przepięknie rzeźbione, rzędy krzeseł krytych brokatem z wysokimi oparciami, służba w galowych liberiach, - wszystko to sprawiło, że goście poczuli się nieco onieśmieleni. W dawnych, lepszych czasach, do stołu zasiadało nawet stu biesiadników, słychać było wesołe rozmowy francuskie, wybuchy śmiechu i dźwięki muzyki. Teraz wydawało się Ninie, że to była inna epoka, od której dzielą ich dziesiątki lat.
Kolacja była wykwintna. Podano pieczone na rożnie jarząbki, pstrąga w sosie holenderskim oraz kulebiak we francuskim cieście. Toast na część Tadeusza, Nina wniosła dobrym francuskim szampanem, kierując pod jego adresem kilka ciepłych słów, sławiąc jego odwagę i wolę przetrwania. Po kolacji wszyscy przeszli do malinowego salonu, rozmawiając o polityce, zamachu na Berga i sytuacji w kraju. Na prośbę Tadeusza, Nina zasiadła do fortepianu, a Jadwiga ślicznym sopranem zaśpiewała bardzo popularną w tym czasie pieśń Chopina:
                           Leci liście z drzewa, co wyrosło wolne.
                           Na mogile śpiewa jakieś ptaszę polne.
                           Nie było, nie było, Polsko dobrze tobie.
                           Wszystko, wszystko się prześniło, a twa dziatwa w grobie1.
Akompaniując śpiewaczce, Nina nie mogła się oprzeć ponurym rozważaniom. "Nawet gdyby Berg zginął w zamachu, to czy przez to nasza sytuacja uległaby zmianie na lepsze? Car przysłałby innego satrapę, a ten poczynałby sobie z nami jeszcze okrutniej. Za śmierć jednego nędznika, naród mógł zapłacić wysoką cenę. Cała Europa patrzy na nas niechętnie i nikogo nie obchodzi, dla jakich szczytnych celów leje się u nas krew. Mało kto zna historię Polski i nie słyszał o wygrywanych dawniej wielkich bataliach i potędze Rzeczypospolitej. My wprost kochamy chlubić się naszymi klęskami i obnosimy się z nimi po całym świecie, na próżno kołacząc do zamkniętych drzwi i zimnych serc. Przecież dla każdego cudzoziemca Europa kończy się na wschodniej granicy Niemiec. Och, jakże ja nienawidzę tego powstania, które zabrało mi męża i krewnych. Nie pragnę niczego więcej, tylko zakończenia tej masakry, powrotu Alka i ocalenia Makowa".
Zamyślona, zamiast osób zgromadzonych w salonie, widziała przed sobą młodą roześmianą twarz Jasia i pochyloną głowę Emilki w koronie jasnych warkoczy. Słyszała słodki głos pani Salomei, bas wuja Ksawerego i śmiech ciotki Marii. Czy nie szkoda było ich życia, rzuconego z tak tragiczną rozrzutnością na marne? Myślała o mężu poświęcającym się sprawom, do których ona nie miała dostępu, gdyż Aleks nie chciał otworzyć przed nią duszy i podzielić się myślami. Lecz buntując się przeciwko idei walki zbrojnej, jakby przeciwstawiała się tym co odeszli. Zdradzała ich pamięć i zda się, lekceważyła daninę ich życia. Ogarnął ją straszny żal i potępiała siebie sądząc, iż swoim prozaicznym rozumem, nie jest zdolna docenić ich ogromnej ofiary, jaką złożyli za coś, co w potocznym języku nazywa się ojczyzną. 
Jadwiga skończyła pieśń i usiadła, ale Nina nawet nie zwróciła na to uwagi. Jej palce zaczęły błądzić po klawiaturze, wydobywając z niej jakieś rozdzierające akordy, piorunujące pasaże płynące wprost z serca, targanego zwątpieniem i rozpaczą. Tadeusz zasłuchał się w tę muzykę, zasłoniwszy oczy dłonią, jakby chciał ukryć ich wyraz. Wszyscy zamilkli, przysłuchując się w skupieniu wspaniałym improwizacjom. Kiedy jej palce nareszcie znieruchomiały na klawiszach instrumentu, Tadeusz pierwszy otrząsnął się ze wzruszenia i podszedłszy do fortepianu, podniósł jej dłoń do ust.
- To było niezwykłe doznanie. - powiedział i pochyliwszy się jej do ucha, szepnął: - Kotku, dobrze ci radzę, nie wpadaj za często w zadumę. Jak w szpitalu zacząłem rozmyślać, to mi łapiduchy musiały siłą wyrywać rewolwer z ręki, rozumiesz? Dziękuj Bogu, że naczelnik jest bezpieczny, zdrowy i niedługo wróci.
- Ale nie do mnie, tylko do oddziału. - podniosła na niego wilgotne oczy.
- Dziewczyno, jeśli nie przestaniesz się mazać, to stłukę cię na kwaśne jabłko. - roześmiał się swoim dawnym, nieco drwiącym śmiechem i znowu ją pocałował, tym razem w usta.
- Tadek, nie próbuj mnie uwodzić, bo trusia otruje mnie plackiem z jagodami, a Alek połamie ci kości. - ostrzegła z udawaną powagą.
Ale jeszcze tej nocy gorzko płakała, wcisnąwszy twarz w poduszki i modliła się prosząc Boga, żeby przyśnił się jej Jaś, lub wujostwo Borutyńscy. Ale oni nigdy się jej nie śnili, tylko ból po ich stracie był coraz dotkliwszy, a tęsknota bardziej dojmująca.
 
1Pieśń Fryderyka Chopina do słów Wincentego Pola.