środa, 17 sierpnia 2016

Złe nowiny.


  17 sierpnia 2016 r.
Jaga uchyliła drzwi do sypialni i zastała Ninę śpiącą, z głową wspartą na klęczniku. Przeniesiona na własne łóżko, przespała prawie pół dnia. Wieczorem Jaś poinformował, że raport o donosie Żabca, już został złożony i wkrótce trafi do rąk policji narodowej.
 Siedzieli po kolacji u Aleksa, czującego się o wiele lepiej w domu. Przez gęste koronkowe firany, wpadały do pokoju ostatnie promienie zachodzącego słońca. Ściany obite kremową jedwabną tapetą w złoty rzucik, harmonijnie kontrastowały z połyskującymi czerwienią wina mahoniowymi meblami. Błyszczała wywoskowana posadzka, a leżący na niej dywan z Aubusson, był miękki jak mech. Barwiły się na nim kolorowe kwiaty. Drogocenny gobelin również z manufaktury z Aubusson, przedstawiał polowanie na jelenia.
- Jestem przeciwny stosowaniu kary śmierci wobec chłopów, - mówił Jaś, nawiązując do poprzednich swoich słów. - Uważam jednak, że kto raz wstąpił na śliską ścieżkę zdrady, ten już jest stracony, władze carskie nie wypuszczą go z rąk. Posłuchaj, Ninko, gdzie mieszka ten Żabiec?

Z namysłem podniosła oczy w górę, starając się przypomnieć sobie wszystko, co słyszała o ojcu Rafała.
- Chyba gdzieś w pobliżu Wąchocka. Ale jak się ta miejscowość nazywa? Och, moja pusta głowa. Aha, już wiem, Rataje! Zresztą ksiądz proboszcz lepiej będzie wiedział, skąd ten potwór pochodzi.
- Mam mu powiedzieć, że proszę o adres, bo zamierzamy wysłać starego drania do piekła?
- Ależ nie! - Nina roześmiała się serdecznie. - Jednak ja się nie mylę, on z pewnością mieszka w tej wsi.
Aleks przysłuchiwał się ich rozmowie z nieobecnym wyrazem twarzy.
- Braciszek jeszcze nie wrócił? - spytał Jasia.
- Oczekujemy go lada dzień. Posłałem mu już eskortę. Wyobraź sobie, że coraz więcej chłopców schodzi się do obozu. Wielu takich, których mieliśmy za poległych. Nino, powiedz wójtowi, że jego syn jest lekko ranny, ale szybko się wyliże.
- Obawiam się,- wtrącił Aleks - żeby braciszek nie wpadł z całym transportem, w łapy jakiegoś patrolu. To byłby prawdziwy pech.
- To go jeszcze nie znacie! - Jaś uśmiechnął się na wspomnienie przyjaciela. - To jest frant, kuty na cztery nogi. Po bitwie w wąwozie, byliśmy obdarci i bez grosza. Tak przywędrowaliśmy do Galicji. Myślałem, że pomrzemy tam z głodu, ale braciszek się zakręcił i zaraz znalazły się pieniądze, kąt do spania w klasztorze bernardynów, miska strawy i dobrzy ludzie gotowi śpieszyć nam z pomocą. Ułatwił nam także przejście granicy. Nie martwcie się o niego, poradzi sobie. Nino, mam dla ciebie prezent od Emilki. - wydobył z kieszeni kartkę papieru i przeczytał krótki wiersz:
                                                       Kornie gniemy w proch kolano.
                                                       Bądź pozdrowion krwią rozlaną.
                                                       Wnet mściciele z krwi tej wstaną,
                                                       A Ty, grom nam w ręce dasz,
                                                       Boże nasz!
- Romanowski! - ucieszyła się Nina. - Kochana Emilka, jak to miło, że pamięta jakiego poetę najbardziej lubię.
Mieczysław Romanowski.
 - To mnie pocieszyłeś. - przerwał jej Aleks i napił się odrobinę czerwonego burgunda, zalecanego mu przez Jasia na wzmocnienie.- Czekam, kiedy nareszcie wrócą Siekielski, Soszkiewicz i Barycz. Przecież wiem, że wziąłeś na siebie cały ciężar organizacji obozu, ale na razie nic nie mogę na to poradzić. Jak tylko powrócą, będziesz mógł sobie trochę odsapnąć.
Jasia jakby nagle zamurowało. Stracił humor i siedział z nieszczęśliwą miną, wpatrując się w podłogę i przygryzając dolną wargę. Ta nagła zmiana jego nastroju nie wróżyła nic dobrego.
- Misiu, wyduś to z siebie . - powiedziała Nina cicho.
- Jasna cholera! - wybuchnął z gniewem.- Generał Jordan rozbity!
Aleks usiadł z wrażenia na łóżku i wpatrywał się w niego, zupełnie zaskoczony tą wiadomością.
- Mów! - rzekł krótko.
Błękitne oczy Jasia aż pociemniały z bólu i wściekłości. Kolejna klęska i obawa o życie przyjaciół, wytrąciły go z równowagi. Odepchnął stojący obok rokokowy stoliczek z zastawą do herbaty, aż filiżanki głośno zadzwoniły i zatopił palce obu rąk w jasnej czuprynie.
gen. Zygmunt Jordan.
- Początkowo nie chciałem wam nic mówić, bo macie dosyć zmartwień, lecz doszedłem do wniosku, iż byłby to błąd. Aleks jest naszym dowódcą i powinien wiedzieć o wszystkim. Pojechałem rano z Emilką do Porajów, by złożyć meldunek na Żabca i w tym właśnie czasie przybył kurier z tą wiadomością. Okazało się, że akcja nie została przeprowadzona w tajemnicy i Rosjanie przez swoich agentów w Galicji, byli doskonale poinformowani o naszych zamierzeniach. To jest ewidentna wina Rządu, bo każdy oddział przekraczający granicę jest oczekiwany, atakowany i rozbijany. A nasze władze zamiast temu zaradzić, dalej pchają ludzi w paszczę śmierci.
Jaś westchnął i spojrzał na Aleksa. Lecz on słuchał w zupełnym spokoju, zachowując właściwą sobie chłodną rezerwę.
- Grupa uderzeniowa formowała się w majątku hrabiego Tarnowskiego, ale trwało to tak długo, że nieprzyjaciel już został powiadomiony. 20 czerwca przekroczył Wisłę Dunajewski. Jego oddział liczył około trzystu ludzi. Wszyscy uzbrojeni byli w broń palną, lecz fatalnym zbiegiem okoliczności, gdzieś zapodziały się kapiszony do karabinów. Żołnierze nie mieli broni odtylcowej, ale starego typu. W tej sytuacji nie chcieli się bić i Dunajewski wycofał oddział, lecz sam utonął w czasie przeprawy przez rzekę. W kilka godzin później przekroczył Wisłę Popiel, mając przy sobie także około trzystu żołnierzy i mały oddział kawalerii. Popielowi towarzyszył generał Jordan. Powstańcy mieli przeciwko sobie przeważające siły wroga, który poprzednio już starł się z Dunajewskim. Pod Komorowem doszło do bitwy, trwającej siedem godzin. Powstańcy bili się bardzo dzielnie, mimo to wieczorem musieli wycofać się do Galicji, tracąc połowę ludzi w zabitych, rannych i wziętych do niewoli. Poległo, jak pod Miechowem, dużo młodzieży szlacheckiej, a śpieszący z pomocą Jordanowi major Bończa, wpadł w zasadzkę i zginął. Oto są najświeższe wiadomości. Psiakrew! - Jaś zaklął i zerwawszy się z krzesła, zaczął nerwowo chodzić po pokoju, z rękami włożonymi do kieszeni, aby ukryć ich drżenie. - Nie wiem, co się stało z Tadkiem, bo do Galicji nie wrócił. Podobno pogrom był straszny. Rozbestwieni kozacy używali sobie, dobijając rannych pikami i obdzierając poległych z odzieży. Pech chciał, że Tadeusz był przy generale Jordanie. O ile mi wiadomo, z pogromu ocalała zaledwie garstka naszych, lecz Tadka między nimi nie było.
Nina poczuła rozpacz i ból. .Nie mogła wprost uwierzyć, że Tadeusz, najlepszy przyjaciel, niemal brat i mąż biednej trusi, nie żyje.
- Słuchaj, kotku.- zwrócił się do niej Jaś. - Może pojedziesz jutro do Brzezińca, bo Zosia potrzebuje teraz twego wsparcia i pociechy.
- Nie musisz mi tego mówić. Oczywiście, że pojadę! - powiedziała, broniąc się przed rozpaczą.
- Dopóki nie sprawdzimy wiadomości o jego śmierci, należy mieć nadzieję. - zauważył chłodno Aleks.
Nina spojrzała na niego wiedząc, że jego metodą obronną jest ucieczka w głąb siebie. Z pewnością był bardzo przejęty losem swego ulubieńca i reszty swoich oficerów. Rozumiał też jakim ciosem prestiżowym, było rozbicie znakomicie wyposażonej małej armii generała Jordana1.
- Słyszałem nie potwierdzoną wiadomość, że Soszkiewicz i Barycz przeżyli. Tak mówił kurier, który ich zna. W partii Popiela był także Orlewicz, ale i o nim nie można niczego się dowiedzieć.- Jaś ochrypł i jednym haustem wypił całą filiżankę herbaty.

Nina opuściła głowę i z goryczą zastanawiała się, dlaczego tak bezsensownie rzucano w paszczę śmierci tylu wspaniałych mężczyzn, którzy mogli się przydać ojczyźnie. Rezultatem wysiłku całego społeczeństwa, uzbrajano oddziały powstańcze ponoszące klęskę. Lista poległych wydłużała się przerażająco. Wzdrygnęła się przypominając sobie, jakim potwornym wstrząsem była dla niej wiadomość o śmiertelnej ranie męża. Teraz biedna Zosia będzie przeżywać ponownie piekło niepewności, zaledwie otrząsnęła się z rozpaczy po rozbiciu partii w wąwozie. Aleks odchrząknął i powiedział opanowanym tonem:
- Jasiu, wyślij do Komorowa jakiegoś sprytnego chłopaka. Niech postara się dowiedzieć czegoś o Siekielskim. Może jest ranny i oczekuje pomocy?
 Nina odgadła, że mąż robi to ze względu na nią i Zosię, którą bardzo lubił. Nazajutrz, zaraz po śniadaniu wybrała się do Brzezińca. Po drodze wstąpiła do wójta powiadamiając go, że jego syn znajduje się w leśnym obozie. Prosiła żeby ludzie zwracali baczną uwagę na obcych, kręcących się po wsi. Opisała dokładnie starego Żabca, wymyślając na poczekaniu historię, iż jest to zbrodniarz, mający na sumieniu pobicie księdza, okradzenie kościoła i zbezczeszczenie ołtarza. Z doświadczenia wiedziała, że chłopi nie przejmą się zanadto faktem donosicielstwa starego Żabca, ale natychmiast zatrzymają świętokradcę i wymierzą mu surową karę. Wójt uradowany dobrą wiadomością o synu, obiecał dopilnować, aby nikt obcy nie włóczył się w pobliżu pałacu i po wsi. Ruszyła w dalszą drogę, rozmyślając nad fanatyczną religijnością chłopstwa, która bynajmniej nie szła w parze z przestrzeganiem dziesięciorga przykazań, bowiem na wsi przestępstwa i zbrodnie zdarzały się nawet częściej niż w miastach. Wyrastający w twardych warunkach chłopi, obarczeni pracą niekiedy ponad siły, bywali okrutni i bezlitośni. Jeden tylko Kościół mógł pozytywnie wpłynąć na kształtowanie ich charakterów, a nawet poderwać wieś do walki z zaborcą. Jednak nigdy tego nie uczynił, dbając o swoje interesy, a nawet akceptując zaborców na polecenie Watykanu. W miejscowościach, gdzie księża patrioci szli do powstania, chłopstwo bez namysłu ruszało za swoim duszpasterzem i dawało w walce dowody męstwa i gorącej miłości ojczyzny. Podobnie postawa dziedziców wpływała na zachowanie chłopstwa w odniesieniu do powstania. Maków był tego najlepszym przykładem.
Mignon zmęczona upałem chrapnęła i zwolniła kroku. Nina rozejrzała się i mijając kolorowe skrawki pól obliczała, ile będzie musiała sprowadzić z folwarków sandomierskich zboża, jarzyn, owoców, lnu i rzepaku na olej, a także bydła, do swego folwarku i dla gospodarzy makowskich. Po klęsce huraganu wieś nie podniosła się jeszcze i Nina uważała, że obowiązkiem dziedzica było wspomożenie gospodarzy przed zimą. Aleks chwaląc jej postawę, zachęcał ją do tego.
Brzeziniec.
Dwór w Brzezińcu wyglądał sielankowo, w cieniu wielkich klonów i jaworów. Bielone ściany domu świeciły spod gęstwiny zielonego bluszczu. Pod oknami kwitły rzędy różnokolorowych malw, pelargonii i róż. Nina zeskoczyła z klaczy i oddała cugle nadbiegającemu chłopcu stajennemu. Na jej spotkanie wyszła fertyczna pokojówka i dygnąwszy, uśmiechnęła się szeroko.
- Pani dziedziczka w domu? - Nina zatrzymała się w sieni przed lustrem, zdejmując kapelusz i oddając go dziewczynie, razem z rękawicami i żakietem z amazonki. Chusteczką wytarła spoconą twarz i poprawiła włosy. Pokojówka podniosła tren amazonki i pomogła jej przerzucić go przez ramię uważając, żeby pani się na nim nie potknęła.
- A gdzieżby? Pani siedzi w sypialni z paniczem. - odparła rezolutnie i po namyśle dodała: - Przyjechała także wielmożna pani Biecka.
"No nie, a to mam pecha!! Tylko Doroty brakowało mi dziś do szczęścia!" - pomyślała Nina z niezadowoleniem. Prowadzona przez pokojówkę weszła do sypialni. Pokój sprawiał wrażenie kaplicy grobowej, bo na okno spuszczono rolety i zaświecono świecznik. Nina oślepiona jaskrawym światłem słońca, z trudnością mogła dostrzec coś w tym półmroku.
- Patrzcie, patrzcie! - usłyszała zjadliwy głosik Doroty. - Jaśnie pani hrabina raczyła zstąpić na niziny! Prosimy... Może pani hrabina raczy się rozgościć?
- Może byś raczyła się zamknąć! - Nina natychmiast przybrała postawę obronną. - Magda, podnieś te rolety! Ciemno tutaj jak w rodzinnym grobowcu i równie wesoło! Otwórz okna, bo duszno w pokoju.
Dopiero kiedy w sypialni zrobiło się jasno zobaczyła, że Zosia siedzi w łóżku, w zmiętej nocnej koszuli, z rozpuszczonymi na ramiona jasnymi włosami. Twarz miała szarą i udręczoną, oczy zaczerwienione od łez. Patrzyła przed siebie pustym wzrokiem, trzymając w ramionach synka przerażonego płaczem matki. W sercu Niny obudziło się ogromne współczucie. Niedawno pogrążona była w podobnym cierpieniu. Nie zamierzała jednak dopuścić, żeby Zosia wpadła w depresję i kompletnie się załamała. Lekkim krokiem podeszła do łóżka, usiadła na krawędzi i ucałowała biedną płaczkę.
- Moje kochane maleństwo.- powiedziała czule, gładząc jej potargane włosy. Zosia bez słowa pochyliła się, wspierając głowę na jej piersi i tuliła się do niej, szukając u przyjaciółki pociechy.
- Że też raczyłaś się pofatygować. - powtórzyła Dorota ze złośliwym uśmiechem, obrzucając zawistnym spojrzeniem piękną amazonkę Niny z zielonego kaszmiru, kupioną w Krakowie i seledynową bluzeczkę z francuskiego jedwabiu, przybraną delikatnym angielskim haftem i koronkami.
- Lepiej milcz! - syknęła gniewnie Nina. - Co ty sobie wyobrażasz, że ja z balu wracam? A mogę wiedzieć, dlaczego jaśnie pani Biecka, taka troskliwa o Zosię, nie podniosła leniwej pupy i nie kazała sprzątnąć pokoju i zadbać o nią? Siedzisz tu niby malowana lala i patrzysz spokojnie, jak trusia zalewa się łzami!
- Nic na to nie mogę poradzić i proszę cię, nie rób mi uwag.- Dorota poczerwieniała, jak rozdrażniona indyczka.
- Widocznie zasłużyłaś na uwagi. Gdyby nie łaska boska i prawdziwy cud, nie miałabym już nigdy przyjemności podziwiania twej elokwencji. W nocy wpadli do Zameczku dragoni, bo jakaś "dobra dusza" powiadomiła Moskali, że w dworku ukrywa się ranny powstaniec.
Ta wiadomość zrobiła na obu paniach ogromne wrażenie. Zosia przestała płakać i szeroko otworzyła mokre od łez oczy, a Dorota spoważniała.
- Jezu Chryste, zabrali pana hrabiego? - wykrzyknęła Zosia, przyciskając synka do piersi.
- Nie.- Nina uśmiechnęła się z wysiłkiem. - Grabiszyna z Walentym schowali Alka na stryszku w sianie, a mnie udało się przekonać oficera, że nikogo nie ukrywamy i ktoś ich złośliwie oszukał.
Nie zamierzała wtajemniczać nikogo w dramatyczne szczegóły ocalenia męża. Zresztą pani Biecka, ochłonąwszy z pierwszego wrażenia, nie wydawała się zainteresowana jej przeżyciami.
- To rzeczywiście przykre. - zauważyła zdawkowo. - Jednak mimo wszystko mogłaś wcześniej zainteresować się naszą Sophie.
 Nina posłała jej przeciągłe spojrzenie. Już miała na języku ostrą uwagę, lecz wstrzymała się ze względu na Zosię.
- A ty, moja droga, robisz tutaj dobre wrażenie? Zresztą mniejsza o to. Trusiu, posłuchaj mnie uważnie. Przestań płakać, bo Tadek żyje. Nie wiem skąd to wiem, ale jestem tego zupełnie pewna. Pamiętasz, jak po bitwie w wąwozie rozpaczałaś, wyobrażając sobie, że poległ? Wtedy także powiedziałam ci, że on żyje i nie myliłam się wcale. Moje przeczucia zawsze się sprawdzają. Może dostał się do niewoli, albo jest ranny i leży w jakiejś chłopskiej chacie. Wkrótce wszystkiego się dowiemy, bo do Komorowa pojechał nasz człowiek.
- Ale gdyby on żył, odezwałby się do mnie.- Zosia potrząsnęła głową i ponownie wybuchnęła płaczem.
- A czy mój mąż mógł się odezwać? Był nieprzytomny. Kto wie, może Tadek wrócił już do Krakowa i lada dzień kurier przywiezie list od niego? Nie wolno ci wątpić w to, że on żyje! Czasami wydaje mi się, że to nasza wiara i modlitwy chronią ich od nieszczęścia. Musisz być silna, trusieńko, bo Tadeusz może potrzebować twojej pomocy. Masz synka...
- On nawet nie zna swego ojca. - wyszeptała Zosia. - Może nigdy nie dowiemy się, gdzie został pogrzebany?
- Zosiu, natychmiast się przeżegnaj! - wykrzyknęła przesądna Nina ze strachem. - Koniec z płaczem! - energicznie szarpnęła taśmę dzwonka. Przywołała pokojówkę i zmierzyła ją surowym wzrokiem. - Magda, dlaczego pani leży w nieświeżej nocnej koszuli i nie jest uczesana? W sypialni nieporządek, mały panicz głodny, bo ssie palec! Żeby mi się to więcej nie powtórzyło, rozumiesz?
Dziewczyna otworzyła usta, lecz nie ośmieliła się nawet wydusić słowa na swoją obronę. Dopiero po dłuższej chwili, mnąc w palcach brzeg fartuszka, bąknęła nieśmiało:
- Bo jaśnie pani dziedziczka nie pozwoliła.
- Proszę! - prychnęła Nina drwiąco. - Potrzeba ci osobnego pozwolenia? Jesteś pokojową i do twoich obowiązków należy zadbać o swoją panią. Czy pani dziś coś jadła?
- Nie.
Nina posłała Dorocie wymowne spojrzenie.
- Proszę natychmiast przynieść pani coś do zjedzenia, a nam kawę. Macie bulion? W takim razie dla pani bulion, kanapkę i kieliszek mocnego wina. I kaszkę dla panicza. Oj, szkoda, że o tym wcześniej nie pomyślałam. Jutro przyślę ci butelkę burgunda. Paniczowi podajcie kaszkę na mleku, albo bulion z grysikiem. Pokój posprzątasz potem, jak wyjdziemy do ogrodu.
Dziewczyna dygnęła, zaszeleściła krochmalonymi spódnicami i zniknęła, jakby ją wiatr zdmuchnął.
- Kochanie - Nina mocno ujęła rękę przyjaciółki, przyciągając ją do siebie. - Tadek żyje i nie wolno ci go opłakiwać. Zjedz coś i koniecznie trzeba nakarmić to biedne dziecko. W pokoju jest duszno, bo dziś bardzo upalnie. Wyjdziemy do ogrodu, a potem każę cię spakować i zabiorę do Makowa.
Zosia ucałowała ją z wdzięcznością.
- Dziękuję ci, Ninetko. Ale ja zostanę w Brzezińcu, bo tutaj czuję się bliżej Tadzia.
- No, jakby nagle się tu pojawił, nie byłby tobą zachwycony. Może choć uczeszesz to wronie gniazdo, jakie masz na łepetynie? Weź grzebień, tak, grzeczna dziewczynka.... Podaj mi mego chrzestnego syna. No, chodź do mnie, mój słodki skarbie!
Pod wpływem jej krzepiących słów, Zosia wstała z łóżka, usiadła przy toaletce i zaczęła czesać splątane włosy, sycząc z bólu. Kiedy pokojówka przyniosła jedzenie, zmusiła się do przełknięcia bulionu i wypiła wino. Poczuła się nieco lepiej. Przez ten czas Nina bawiła się z chłopczykiem, huśtając go i łaskocząc, aż zachwycony dzieciak głośno chichotał.
Dorota przypatrywała się temu z pewnym zdziwieniem wiedząc, iż Nina nigdy za dziećmi nie przepadała. Malec machał tłustymi łapkami i próbował gaworzyć, ciągnąc swoją matkę chrzestną za włosy i całując ją, gdzie popadło. Zmęczona, powierzyła dziecko niańce, rozkazując je nakarmić. Zosia umyła się, ubrała za parawanem i razem poszły do ogrodu, siadając na szerokiej ławie pod ogromnym, ślicznym jaworem.
Św. Katarzyna. Klasztor bernardynek.
 - Dostałyście zaproszenie na obłóczyny Stasi?- spytała Dorota, wachlując się perfumowaną chusteczką.- W niedzielę, w kościele przyklasztornym w Świętej Katarzynie, Stasia złoży śluby zakonne. Jej pracę w szpitalu, matka przełożona potraktowała jako nowicjat. Gdyby nie hojność pani wojewodziny, Wąsoccy nigdy nie zdołaliby uzbierać pieniędzy na posag zakonny. Pani Wąsocka rozpacza, ale zabronić Stasi tego nie może.
- Więc jednak... - Nina na moment przymknęła oczy, przywołując w pamięci obraz wesołej, roześmianej Stasi, w białej sukni balowej. - A taką miałam nadzieję, że może w szpitalu pozna jakiegoś porządnego chłopca i zmieni zamiar.
- Nie, ona naprawdę bardzo kochała Władka. - powiedziała Zosia, powstrzymując płacz. - Zawsze sądziła, że zostanie starą panną. Nie była taka ładna jak Jadzia i uważała, że nikt jej nie zechce. Tymczasem Władek wybrał właśnie ją, nie zwracając uwagi na jej przeciętną urodę i oryginalne maniery. Jadwiga nie znalazła szczęścia w miłości, a jej brzydsza siostra była głęboko kochana przez wartościowego mężczyznę.
- Ach, zupełnie zapomniałam!- Nina westchnęła ze smutkiem.- Przed śmiercią pani wojewodzina powiedziała mi, że z nas wszystkich, tylko jedna Jadwiga znajdzie w życiu szczęście.
- Biorąc pod uwagę moją sytuację, nie trzeba być prorokiem, aby to przewidzieć. - Dorota parsknęła zgryźliwym śmiechem. - Więc jak, pojedziecie w niedzielę do kościoła?
- Oczywiście.- potwierdziła Zosia, osuszając chusteczką mokre policzki. - Wszystkie znamy się od dziecka, więc musimy być na tej uroczystości. Boże, klasztor to jakby połowa śmierci, bo cóż zakonnicy do świata?
- Szkoda, że Binia nie może przyjechać. - odezwała się Dorota. - Jakże ona się miewa?
- Ogólnie doskonale. Ma dwóch wspaniałych synów i dobrobyt. Ale teraz bardzo się martwi, bo nie zezwolono jej przyjechać do Sarnik.
- To niegodziwe!- oburzyła się Zosia. - Jak można zabronić córce spotkania z chorym ojcem? Prusacy nie mają sumienia. Szkoda, że Binia mieszka tak daleko. Oj, niewesoło ułożyły się nam losy, prawda, dziewczęta? A pamiętacie, jak wyczekiwałyśmy tej dorosłości, długich sukien, balów i wojaży? Ja miałam w podróż poślubną jechać do Wenecji, podobnie jak Nina. Po drodze oczywiście Paryż i zakupy w najlepszych magazynach. Za to teraz możemy się stroić w kiry, zawsze są modne! Salę balową zastąpią nam więzienia i cmentarze, a kto wie, czy nie czekają nas dalekie podróże... Kibitką na Sybir! - głos Zosi załamał się nagle, więc ponownie szybko poszukała chusteczki.
O takich balach marzyły dziewczęta.
Dorota odchrząknęła i sprawdziwszy, że głos jej nie zawiedzie oznajmiła:
- Byłam wczoraj w Suchedniowie. Żyd Jojne, nasz faktor powiedział mi, że aresztowano pana Prendowskiego z Mirca. Pewnie zostanie zesłany na wiele lat. Ale są i tacy, którzy znakomicie bawią się w tych czasach. Starewicz ożenił się i wyjechał do Paryża w podróż poślubną. Paszport otrzymał bez trudności. A ojciec pisał mi, że mój małżonek także używa życia w bezpiecznej Galicji. Znalazł sobie zasobną idiotkę i oskubie ją z pieniędzy. Mama próbowała z nim rozmawiać, to nawet nie raczył przyjść na spotkanie.
- Nie pojedziesz do niego? - Zosia patrzyła na nią ze współczuciem.
- Po co? Co mi po takim mężu, który pozostawia żonę na pastwę losu w czasie powstania?W rok po ślubie! Prędko przegrałby w karty cały majątek, bo z mego posagu już niewiele zostało. Aktorzycom kupował złote pierścionki, wynosił z domu moją biżuterię i wszystko przegrywał. Przeklęty nałóg, karty i dziewczęta! Tracił mój posag na ladacznice. Może ta jego nowa flama pozna się na nim i wyrzuci go, jak zużytą szmatę. Ręczę, że wtedy pomyśli o powrocie do domu.
- A ty go przyjmiesz? - Nina wysoko uniosła brwi.
- Ja? Psami wyszczuję!- nieładna, chuda twarz Doroty, przybrała zacięty wyraz.- Nienawidzę go! Poniżył mnie i nigdy mnie nie kochał, żeniąc się tylko dla mego posagu. - zamilkła i nagle wrzasnęła wściekle: - Bodaj by go moskiewska kula nie minęła!
Zerwała się gwałtownie z ławki i wsparłszy głowę o pień drzewa, zaniosła się rozpaczliwym szlochem, bełkocząc przez łzy:
- Och, Kaziu!....
1Generał Zygmunt Jordan ( 1824-1866) adiutant gen.Józefa Bema w powstaniu węgierskim.Po wybuchu powstania w 1863 r. przybył do kraju ze Szwecji i mianowany został przez Rząd Narodowy generałem,naczelnikiem wojennym woj.krakowskiego.Dowodził wyprawą rozbitą w dwóch jednoczesnych starciach pod Komorowem i Ratajami. Zmarł na emigracji w Paryżu.