sobota, 13 sierpnia 2016

Zjawa z przeszłości.


Przez kolejne kilka dni, Nina była bardzo niespokojna. Coś ją dręczyło, lecz nie mogła sobie przypomnieć, co to było, chociaż wytężała pamięć. Po południu zaturkotała na podjeździe bryczka. Nina wyjrzała przez okno i z radością ujrzała w niej Mirę i Emilkę. Pani Salomea poprzedniego dnia wyjechała do Makowa, doglądać szwaczek szyjących powstańcze mundury i zamierzała wstąpić do Sarnik, żeby odciążyć nieco zmęczoną ciotkę Marię, w pielęgnowaniu chorego wuja.
- Jak to dobrze, że przyjechałyście!- zawołała Nina, wybiegając na ganek. Spojrzała na Emilkę i umilkła. Młoda kobieta była kompletnie załamana i z trudem powstrzymywała łzy. Panna Lutówna również miała minę pogrzebową i nawet nie pogłaskała Grota, który wybiegł na jej spotkanie.
- Na litość boską, co się znowu stało? - wykrztusiła Nina, odruchowo oglądając się za siebie, jakby w obawie, że coś może zagrażać mężowi.- Chodźcie do sypialni.
W pokoju Mira bezsilnie opadła na krzesło, pociągając nosem. Aleks przypatrywał się jej skonsternowany.
- Dlaczego pani płacze, panno Miro? Proszę się uspokoić.- powiedział nieco ostrzejszym tonem, bo nie znosił spazmujących kobiet.
Emilka pociągnęła Mirę za rękaw, chrząknęła i oznajmiła spokojnym, lecz zmienionym głosem:
- Wracamy z Borku. Przybył kurier ze strasznymi wiadomościami. Powstanie na Litwie upadło. A 15 czerwca stracono w Wilnie wojewodę i naczelnika powstania pana pułkownika Zygmunta Sierakowskiego!
Trupio blady Aleks usiadł na łóżku, wpatrując się w nią szeroko otwartymi oczami.
- Co? Zygmunt nie żyje? - krzyknął, chwytając się za piersi.- To niemożliwe. Zygmuś? Przecież pisał do mnie...Spodziewał się dziecka, był taki szczęśliwy. Nie żyje?
Opadł na poduszki i zaniósł się chrapliwym kaszlem, a na jego wargach pojawiła się krew. Nina z okrzykiem przerażenia porwała się i podbiegła do niego, unosząc mu głowę.
- Lód! Natychmiast przynieście lodu! - zawołała, dźwigając męża i podkładając mu pod plecy poduszki.
Wystraszony Walenty przybiegł truchcikiem, niosąc naczynie z lodem.
- Aleczku, błagam, tylko się nie denerwuj, bo sobie zaszkodzisz. - prosiła, przykładając mu na piersi okłady z lodu, aby nie dopuścić do mocniejszego krwotoku. Z trwogą badała wzrokiem jego zmienioną twarz.
Spod rzęs posłała Emilce i Mirze gniewne spojrzenie. "Też wybrały sobie porę na podobne nowiny!"- pomyślała ze złością. Straszną wiadomość o śmierci przyjaciela, Aleks mógł przepłacić nawrotem choroby. Pod wpływem wzruszenia, mogły mu się otworzyć rany w płucach, a to byłaby już katastrofa. Emilka z nieszczęśliwą miną, patrzyła na ciężko dyszącego Aleksa i ratującą go rozpaczliwie Ninę.
- O Boże, tak mi przykro. Bardzo przepraszam. - bąkała zmartwiona. - Nie sądziłam....Skąd mogłam wiedzieć, że obaj panowie znali się osobiście?
Pociągnęła Ninę za rękaw.
- To my już pojedziemy. Pan hrabia koniecznie potrzebuje spoczynku.
- Właśnie! - warknęła Nina, obejmując męża.
- Nie.- Aleks otworzył oczy i dał znak, żeby pozostały. Kiedy kaszel ustał i krew przestała płynąć, wyszeptał z wysiłkiem: - Chcę wiedzieć wszystko, każdy szczegół! Trudno mi uwierzyć w jego śmierć. To był człowiek niezwykły, po prostu genialny, jak legendarny Sułkowski. Nikt go już nie zastąpi.
  Nina usiadła przy nim i wziąwszy jego rękę, gładziła ją delikatnie i przyciskała usta do smukłych palców, baczna na każdy grymas bólu, pojawiający się na pięknej twarzy męża. Emilka uznała, że nie należy sprzeciwiać się choremu i całkowicie już opanowana, cichym beznamiętnym głosem, zaczęła opowiadać o losach Sierakowskiego.
Jego dzieje mogłyby śmiało służyć za wzór tragedii antycznej.
płk. Zygmunt Sierakowski.
On sam był żywym wcieleniem bohatera romantycznego, nowego Wallenroda, przyjmując za cel życia wyzwolenie ojczyzny. Już na studiach w Petersburgu, stał na czele kółek samokształceniowych, przyjaźniąc się z rosyjskimi opozycjonistami. Aresztowany za próbę nielegalnego przejścia granicy, skazany został na osiem lat przymusowej służby wojskowej, w karnym batalionie w Orenburgu, niedaleko Turkiestanu. Młody i zdolny Polak prędko zdobył sympatię i szacunek przełożonych i kolegów. Zdecydował, że zostanie w wojsku. Do przyjaciela pisał otwarcie:"Musze ukończyć Akademię Wojskową, aby zdobyć punkt oporu w armii zaborczej!"
Jego przyjaciółmi w kółkach patriotycznych w Akademii, byli Dąbrowski, Padlewski, a potem Bobrowski, późniejsi członkowie Komitetu Centralnego i Rządu Narodowego. Przed wybitnie zdolnym oficerem, otworzyła się droga do świetnej kariery wojskowej. Nadzwyczaj uzdolniony, wszechstronnie wykształcony, stał się ulubieńcem dowódców rosyjskich, doceniających w pełni jego talenty przywódcze i charyzmę, jaką cieszył się wśród żołnierzy. Zyskawszy sympatię ministra wojny hrabiego Milutina, wystąpił z projektem reorganizacji zacofanej armii carskiej, postulując zniesienie kary chłosty stosowanej w wojsku. Awansowany do stopnia pułkownika, był już dygnitarzem wojskowym i od rangi generała dzielił go tylko krok.
Car Aleksander II cenił go wysoko i przyjmował na audiencjach. Ale Sierakowski ani na moment nie tracił kontaktu z władzami konspiracyjnymi w Warszawie i opozycją rosyjską za granicą. Żonę wybrał sobie z gniazda gorących patriotów Dalewskich. Czterej bracia byli członkami Rządu Narodowego na Litwie, a pani Apolonia z Dalewskich Sierakowska, z całego serca popierała działalność męża. Kiedy w Królestwie Polskim wybuchło powstanie, Sierakowski nie wahał się ani chwili. Wyjechał na Litwę, pozostawiwszy ministrowi Milutinowi list pożegnalny i motywując w nim swój wybór. W czasie świąt Wielkanocnych, gdy cała rodzina zebrała się przy świątecznym stole, Sierakowski ukląkł przed matką.
- Pobłogosław mnie na śmierć, lub na życie. - powiedział do niej, a pani Fortunata Sierakowska, w milczeniu przytuliła głowę ukochanego syna do piersi.
Żegnając się z rodziną, zabronił w razie aresztowania, starać się o jego uwolnienie grożąc, że to zmusiłoby go do popełnienia samobójstwa. Odjeżdżając do powstania, raz jeszcze wyskoczył z wagonu kolejowego i przybiegł do żegnających go matki i siostry.
- Niech mnie kochana mama pocałuje, tak, jak się całuje po raz ostatni syna w swoim życiu. A ty, jak brata.
płk. Zygmunt Sierakowski.
Pod pseudonimem "Dołęga", objął funkcję naczelnika powstania na Litwie i Żmudzi. Rozstrzygająca bitwa pod Madejkami koło Birż, trwała trzy dni. Drugiego dnia Sierakowski został ciężko ranny. Kula strzaskała mu kość biodrową i uszkodziła kręgi kręgosłupa. Cierpiał straszliwie. Nieszczęście chciało, że furgon z rannym naczelnikiem i eskortujący go wierni oficerowie, wpadli w ręce nieprzyjaciela w czasie postoju we dworze Kościałkowskich. Rosjanie, nie przejmując się krytycznym stanem rannego, wynieśli go i wsadzili do powozu. Oficer rosyjski von Grass, wskazując po drodze spalone wsie, zauważył zjadliwie:
- Patrzcie, ile nieszczęścia z waszej winy.
- Nie są nieszczęśliwi! - odpowiedział hardo Sierakowski. - To nasiona litewskie, z których w przyszłości rozkwitną biało-czerwone kwiaty!
Rosjanie wjeżdżając z rannym naczelnikiem do Wilna, odprawili prawdziwy tryumf. Grały orkiestry wojskowe, a żołnierze krzyczeli : - Ura! Ura! Jeńcom wiezionym na wózkach wygrażano pięściami. Przed pałacem namiestnikowskim odprawiono uroczyste nabożeństwo prawosławne. Car, przerażony masowym udziałem ludności wiejskiej w powstaniu, postanowił za wszelką cenę zdusić bunt na Litwie i pod naciskiem carowej, wybrał generała Michaiła Mikołajewicza Murawiewa, uważanego przez samych Rosjan za szubrawca i człowieka bez honoru. Ale carowa wierzyła mu i błagała ze łzami w oczach, aby szybko przywrócił na Litwie porządek. Murawiew wzorowo wywiązał się z powierzonego mu zadania, zyskując sobie złowrogi przydomek "Wieszatiel". Już w pierwszym miesiącu rządów, wydał osiemnaście wyroków śmierci, a pierwszym powieszonym był ksiądz Iszora, skazany za odczytanie z ambony dekretu Rządu Narodowego, o zniesieniu pańszczyzny.
 gen.Murawiew "Wieszatiel"
  Murawiew nienawidził Sierakowskiego, ulubieńca takich dygnitarzy jak Pierowski, hrabia Milutin, książę Suworow, czy generał Wałujew. Car był człowiekiem chwiejnym, ale carowa posiadała bezlitosny, germański charakter i rozkazała Murawiewowi, jak najsurowsze rozprawienie się z buntownikami. Po krótkim procesie urągającym sprawiedliwości, Zygmunt Sierakowski został skazany na karę śmierci przez powieszenie. Aresztowano również jego żonę, panią Apolonię spodziewającą się dziecka i teściową panią Dalewską. Obie kobiety starały się najusilniej o uzyskanie audiencji u Murawiewa. Pomimo zakazu Sierakowskiego, pragnęły błagać generała o łaskę dla więźnia. Ale oczekiwane posłuchanie okazało się koszmarem. Kiedy pani Apolonia chciała przemówić, Murawiew poczerwieniał z wściekłości, wpatrując się w obie kobiety z dziką nienawiścią.
- Uklęknij i proś! - rozkazał. - Tu proś! Tu! - brutalne żądanie poparł nieprzyzwoitym, plugawym gestem.
Pani Sierakowskiej świat zawirował w oczach. Moskal czekał.
- No?- wrzasnął. Nagle wybuchnął przekleństwami, wygrażając paniom zaciśniętymi pięściami.- Suki!- ryczał. - Na kolana! Przyszłaś w żałobie? Ściągaj suknię! Rozbieraj się, ty suko!
Zaczął szarpać suknię na pani Apolonii, a potem uderzył ją w twarz. Starej pani Dalewskiej strącił laską kapelusz z głowy. Stara dama zemdlała i upadła na podłogę. Pani Sierakowska milczała, a potem z pogardą i obrzydzeniem splunęła Murawiewowi w twarz. Podniosła wpółprzytomną matkę i obie wyszły, słysząc za sobą wulgarne przekleństwa i wrzaski generała. Na rozkaz Murawiewa, obie kobiety aresztowano i zakuto w kajdany. Żołnierze rosyjscy rumienili się, unikając spojrzenia pani 
Sierakowskiej, kobiety w zaawansowanej ciąży!



Pani Sierakowska u Murawiewa.
Za ułaskawieniem Sierakowskiego, prosili wyżsi oficerowie rosyjscy. Minister Milutin i książę Suworow, wstawili się za nim do samego cara. Postarano się o zmianę prezesa sądu wojennego w Wilnie. Aleksander II zadepeszował do Murawiewa, polecając mu ulżyć cierpieniom więźnia. Lecz generał, pewny poparcia carowej, odpowiedział swojemu władcy jednym słowem: "Niemożliwe!" 15 czerwca z koszar w Wilnie wyszły kompanie wojskowe i obstawiły plac Łukiski. Przez całe miasto maszerowały orkiestry, bijąc w werble i grając na piszczałkach. Skazaniec nie mógł się utrzymać na nogach, ani usiąść. Powleczono go do dorożki, w której musiał oprzeć się na ramionach księdza i posługacza. Pod szubienicą stawiło się całe miasto, by pożegnać swego wojewodę. Sierakowski wysłuchał wyroku stojąc na uginających się nogach. Murawiew mógł być dumny, bo wieszano przywódcę powstania w stanie wzbudzającym litość. Jednak Sierakowski nie stracił ducha: wysłuchawszy wyroku krzyknął na cały głos:
- Protestuję wobec całej Europy i świata! - jego dalsze słowa zagłuszyły werble.
Kaci pochwycili go brutalnie i wciągnęli na drabinę. Jeden z oprawców kopnął go w kręgosłup. Skazaniec jęknął i odepchnął rękę kata, podającą mu śmiertelną koszulę. Powiedział:"Bądź wola Twoja" - a potem słowa głuszone warkotem werbli: - Barbarzyńcy, mnie zabijecie, ale ducha polskiego nie zabijecie!
Kat znowu kopnął go w zmiażdżone biodro i zarzucił mu pętlę na szyję. Ludzie z płaczem runęli na kolana, głośno odmawiając litanię za konających. Spod nóg wyrwano mu drabinę, ale ci, co stali bliżej szubienicy mówili, że Sierakowski umierał całe pięć minut! Nie pamiętano tak bestialskiej egzekucji.
Pani Apolonia ciężko zachorowała. Nieustannie strzeżona przez strażników i akuszerkę, na rozkaz Murawiewa, miała zostać natychmiast rozdzielona z noworodkiem. Postanowiono, że chłopiec zostanie oddany na wychowanie do rodziny rosyjskiej, a potem do szkoły kadetów. Dziewczynkę chciano wychować w Instytucie dla Panien. Dzieci nigdy nie miały się dowiedzieć o swojej narodowości, ani tego, kim byli ich rodzice. 
Apolonia z Dalewskich Sierakowska.
Pani Sierakowska urodziła córeczkę. Gdy została zesłana, dziecko nie przeżyło ciężkich warunków i zmarło. Cała rodzina Dalewskich została zesłana, a jeden z braci, Tytus Dalewski, rozstrzelany w 1864 roku. Ale to były już późniejsze dzieje1. Pod koniec opowiadania o śmierci Sierakowskiego, kobiety głośno płakały. Nina trzymając w dłoniach rękę męża, rozmyślała o tragicznych losach pani Sierakowskiej, wstawiając się w jej położenie. Zastanawiała się, czy potrafiłaby uczestniczyć w straszliwej, hańbiącej kaźni męża, patrząc na jego mękę i śmierć na powrozie."Nie, nigdy!" - mówiła sobie w duchu. Prędzej dostałaby obłędu i odebrała sobie życie, albo przyszłaby na egzekucję z dobrze ukrytym pistoletem i celnym strzałem zabiłaby męża i siebie. 

Wzdrygnęła się przejęta grozą. "O Matko Najświętsza, weź mego Alka pod swoją opiekę!" - błagała całym sercem, tuląc jego rękę do ust. Był największą miłością, całym jej życiem i Pan Bóg nie może go jej odebrać. Zapewne Aleks odgadł o czym żona rozmyśla, bo uśmiechnąwszy się do niej, mocno uścisnął jej palce. Gdy Emilka i panna Lutówna odjeżdżały do Makowa, Nina odprowadziła je do bryczki i wróciwszy do sypialni, zamierzała porozmawiać z mężem. Ale on leżał na wznak, miał zamknięte oczy i regularnie oddychał.
A. Grottger. Posłaniec.
Wiedziała, że Aleks nie śpi, tylko udaje sen, pragnąc pozostać sam ze swoimi myślami. Śmierć przyjaciela była dla niego ciężkim ciosem, lecz taką miał naturę, że nie lubił dzielić się z nikim przeżywanym bólem. Jakiś czas Nina stała przy łóżku, wpatrując się w jego pobladłą twarz ściągniętą cierpieniem, potem w milczeniu odeszła. Próbując wyciągnąć męża na zwierzenia, prawdopodobnie tylko by go rozdrażniła i mogli się pokłócić, a tego nie chciała.
Nazajutrz, zaraz po śniadaniu, Aleks postanowił wstać. Nina była nieco spokojniejsza, bo asystował przy tym Jaś. Przyjechał z samego rana, powiadomiony przez żonę o jego wczorajszym krwotoku. Aleks podtrzymywany przez Walentego i Tomka, z wysiłkiem podniósł się z łóżka i zrobił kilka kroków. Ta czynność tak bardzo go zmęczyła, że upadł na posłanie dysząc i oburzając się na swoją nieporadność. Odpocząwszy, zapowiedział stanowczo, że po południu znowu spróbuje chodzić. Nina z przerażeniem patrzyła na jego chudą jak patyk figurę. Był bardzo wysoki, zaś nadmierne wychudzenie jeszcze podkreślało jego wzrost. Zdawał się być szkieletem obciągniętym skórą. Tylko twarz wypełniła się, wydelikatniała, a po zgoleniu zarostu znowu była męska i piękna. Wyczerpany wysiłkiem położył się i zasnął.
Nina skinęła na Jasia i razem wyszli, przysiadając w sadzie na ławce pod jabłonką.
- Jasiu, czy on przypadkiem nie nabawił się suchot? - spytała z obawą.
- Wykluczone.- odwrócił głowę i zobaczył nadchodzącą Grabiszynę. Niosła na tacy gliniany garnek pełen zimnego, kwaśnego mleka, z grubą kremową śmietaną. Rozbełtawszy mleko, nalała je do przyniesionych porcelanowych kubków. Jaś tak chciwie wypił mleko,że uczynił sobie wąsy z białego osadu.
- Aleks nie był chory na płuca, tylko ranny. Teraz musi dużo i pożywnie jadać, żeby wzmocnić organizm. Podawajcie mu tłuste mleko, śmietanę, jajka i masło. Mięsne posiłki powinny być urozmaicone jarzynami, rybami i owocami. Jakie to szczęście, że mieszkacie na wsi, bo po miastach głodnawo i horrendalnie wyśrubowano ceny żywności.
Nina skinęła głową i spod oka przyglądała się mu zatroskana. Pomimo opalenizny, nie wyglądał dobrze. Miał zapadnięte policzki i głębokie cienie pod oczami.
- Ty także mizernie wyglądasz. - zauważyła.- Przed wyjazdem, dam ci bańkę śmietany, miód i masło.
- Czego ty ode mnie chcesz, młoda damo? - żachnął się, zirytowany jej badawczym wzrokiem.
- Martwię się o ciebie, misiu. Emilka mówiła, że kaszlesz po nocach. Pij kwiat lipowy i nie przemęczaj się tak bardzo. Obozu diabli nie wezmą, jeżeli przez kilka dni pozostaniesz w Makowie. Kumosia cię wykuruje. Tylko nie częstuj miodem chłopców i sam go zjedz.
- Co ty, do licha, wymyślasz? Przecież nic mi nie jest! - był już wyraźnie zły, nie życząc sobie rozmowy na temat swojego stanu zdrowia. - Lekarza chcesz leczyć?
Pieszczotliwie wytargła go za czuprynę.

- No, nie złość się, misiuniu. Obawiam się o ciebie. Przecież wiesz, że mój ojciec i ciocia Tekla zmarli na suchoty.
- Przepraszam, kotku,- jego dobre, niebieskie oczy, spojrzały na nią z wdzięcznością.- Mnie naprawdę nic nie dolega. To nie są suchoty, tylko taki chroniczny bronchit, nic groźnego.- odetchnął głęboko i zaraz zaniósł się suchym kaszlem. Odchrząknął zażenowany i poczerwieniał.- Drobiazg, to minie. Nie mów nic Emilce, dobrze?
- Nie powiem, ale ty się lecz, braciszku. Niedługo zostaniesz tatą i musisz dla dziecka długo żyć. Ach, tak bym chciała zabrać Alka i ciebie nad Morze Śródziemne. - westchnęła.
Po odjeździe Jasia, zajrzała do męża i sprawdziwszy, że głęboko zasnął, gwizdnęła na Grota i poszła na spacer. Minęła sad, martwiąc się, że w tym roku nie będzie po huraganie urodzaju na wczesne owoce. Tylko czereśnie obrodziły obficie i gałęzie drzew oblepione były czerwonymi owocami. Zerwała kilka garści i otworzywszy skrzypiącą drewnianą furtkę, wyszła na łąkę i powędrowała ścieżyną prowadzącą do lasu, marząc o chłodzie. Dzień był bardzo upalny i spociła się, bo ciemna suknia grzała jak futro. Na próżno zasłaniała twarz szerokim słomianym kapeluszem.
"Och, ugotuję się w tych kirach!"- pomyślała rozgniewana, wycierając strumyki swędzącego potu spływające po twarzy. Od dnia śmierci wojewodziny znowu przywdziała żałobę, ale teraz postanowiła, że po powrocie do domu, zacznie nosić letnie jasne sukienki, przynajmniej wtedy, gdy nie ma gości. Grot odbiegł od niej, przystanął i obejrzał się z nadzieją, że pani rzuci mu patyk i zechce się z nim pobawić. Ale Nina nie miała głowy do zabawy i zmęczona upałem wlokła się w stronę lasu, szukając odrobiny cienia. W połowie czerwca nastały takie upały, że pola żarzyły się blaskiem, kwiaty więdły i cichły ptaki. Przed nią błękitniały zagony lnu, płonęły złotem łubiny, różowiały hreczki. Z polnych łanów nawoływały się przepiórki i derkacze. Minąwszy pole, zagłębiła się w las. Niedaleko płynął potoczek czystej, źródlanej wody. Usiadła nad brzegiem i rozpięła stanik sukni, zsunęła z nóg pończoszki i pantofelki, z rozkoszą wkładając stopy do chłodnej wody. Zdjęła z głowy kapelusz i położyła go obok siebie. Przeciągnęła ramiona, kładąc się na miękkim mchu. Nagrzana słońcem ziemia pachniała ziołami i leśnymi kwiatami. Po korze drzew spływały bursztynowe krople żywicy. Pomiędzy potężnymi pniami nie było przewiewu, więc Nina wzięła kapelusz i zaczęła się wachlować jego rondem. Czuła się już zmęczona życiem w ciągłym napięciu i zniechęcona do wszystkiego. Gdyby powstanie nie wybuchło, posiadając tak wielki majątek, mogłaby egzystować po królewsku. Kupiliby śliczną willę na Cote d'Azur, z widokiem na góry i morze. Co rano pływaliby w nagrzanej słońcem słonej wodzie i odpoczywali, leżąc na płowym piasku plaży. Mogłaby sprowadzić tam Binię i córeczkę. Westchnęła z żalem, wpatrując się w zielone korony ogromnych drzew, a potem prychnęła, otrząsając się z rozkosznych marzeń.
"Akurat znalazłam sobie czas na fantazjowanie!" - skarciła się surowo. Miała tak wiele zmartwień, bo ostatnio faktorzy omijali Maków. Drogi były niebezpieczne i ostrożni, przewidujący Żydzi, woleli nie ryzykować utraty zakupionych produktów i zaopatrywali się w majątkach położonych bliżej miast. Marszcząc z namysłem brwi postanowiła, że jesienią nie będzie czekać, aż ktoś łaskawie zechce się zjawić. Sama zawiezie do miasta produkty rolne i sprzeda je na targowisku, za niższą cenę niż Żydzi. I tak na tym więcej zarobi. Sprzeda także część opasów z Borka i owczą wełnę, nie czekając aż wszystko rozgrabią rosyjskie wojska. Przymknęła oczy i odpoczywała w ciszy lasu. Grot ułożył się przy niej i wpatrywał się w swoją panią coraz bardziej sennym spojrzeniem.
Obudziła się dręczona niepokojem, wyobrażając sobie, że jest już bardzo późno. Mąż zapewne dopytuje się o nią. Pośpiesznie wciągnęła pończochy, nałożyła pantofelki i podniosła się ociężale, masując obolałe boki. Gwizdnęła na Grota, buszującego w pobliskich zaroślach i poszła w stronę domu. Idąc pomiędzy łanami zbóż, zerwała kłos pszenicy i roztarła go w palcach; ziarna pachniały chlebem. Żeby nie huragan, urodzaj byłby wyjątkowy. Grot popędził przodem i szczekał, goniąc w zbożu kuropatwy.
Przy furcie prowadzącej do sadu, stał stary dziad, może żebrak i ciekawie zaglądał do ogrodu. Na jej widok drgnął zaskoczony i skulił się, jakby nagle zmalał. Przypomniała sobie, że widziała go niedawno, siedzącego pod murem cmentarnym w Sarnikach. Odniosła wtedy wrażenie, jakby spod słomianego kapelusza, wciśniętego głęboko na oczy, dostrzegła błysk jego bystrych oczu. Grot biegnący dotąd spokojnie przy jej nodze, nagle zjeżył sierść i głucho zawarczał.
- A czego tu szukacie? - zagadnęła, otwierając furtkę.
- Inom przechodził, zara se pójdę.- odparł cicho, kłaniając się jej aż do kolan.
- Z daleka idziecie? - indagowała, przypatrując się mu uważnie.
- Spod Świętego Krzyża. Po prośbie chodzę, jaśnie wielmożna pani, a dobrzy ludzie wspomogą czasem ubogiego.
Grot podszedł do niego i obwąchał go nieufnie, nie przestając warczeć i szczerzyć kły.
- Cicho, pies, do nogi! - Nina wzięła setera na smycz i powiedziała. - Może jesteście głodni, albo spragnieni, to zajdźcie do czworaków. Tutaj nie stójcie, bo was psy dworskie pogryzą.
- Bóg zapłać, jaśnie pani.- mruknął stary i odszedł, odprowadzany coraz zajadlejszym warczeniem Grota, który wyszczerzył kły, gotując się do ataku.
Przemocą wciągnęła psa za ogrodzenie i zamknęła furtkę, bo seter wyrywał się z jej rąk, chcąc wydostać się za parkan i popędzić za dziadem. Zachowywał się jak wściekły i Nina rozgniewana jego oporem, wlepiła mu klapsa, pociągając go za sobą. Grot nie chciał iść, zapierał się czterema łapami o ziemię i dalej warczał z dziką furią. Zadyszana przystanęła, usiłując przypomnieć sobie, kiedy i gdzie widziała tego człowieka, bo że już go spotkała, tego była pewna. „Jezu, żebym mogła to sobie przypomnieć, może wtedy opuściłby mnie ten niepokój, dręczący mnie od kilku dni.” Grot wiercił się i skomlił rozżalony, posyłając jej spojrzenia pełne wyrzutu. Przytuliła psa i pocałowała, przepraszając za klapsa i przemawiając do niego łagodnie. 
Ciągle rozmyślała o spotkanym przy płocie dziadu, zastanawiając się, czego chciał? Gdyby był głodny, albo spragniony, poszedłby do czworaków, jak to było w zwyczaju, albo wstąpił do dworskiej kuchni, prosząc o chleb. Koło Zameczku, jak dotąd, nikt podejrzany się nie kręcił, dopiero dzisiaj ten stary....Ze względu na bezpieczeństwo męża, Nina nakazała służbie zwracać na wszystkich baczną uwagę. Czego dziad szukał w Zameczku? Nie prosił o jałmużnę..... Weszła do sieni i spuściła Grota ze smyczy, wieszając ją na haczyku przy wejściu. Uchyliła drzwi do kuchni i stanęła na progu ze ściągniętymi brwiami. Jaga i Grabiszyna zajęte przygotowaniami do kolacji, patrzyły na nią ze zdziwieniem.
- Coś ty taka blada, Ninusiu?- zainteresowała się niania.- Może brzuch cię boli? A mówiłam Grabiszynie, że gęś na obiad była twardawa! Pewnie ci zaszkodziła.
- Co za gęś? - Nina spojrzała na nią z roztargnieniem. - Nic mnie nie boli, tylko ten dziad...
- Jaki znowu dziad? - zdziwiła się Jaga i podała jej porcelanowy talerzyk, pełen poziomek z cukrem i śmietaną. - Jedz, dziecko, źle wyglądasz.
- Nie chcę. Jakiś obcy kręcił się koło sadu.
- I co z tego? Może miał ochotę na jakiś owoc?
- Nie. Głowę bym dała, że ja tego człowieka gdzieś widziałam, tylko nie mogę sobie przypomnieć, gdzie i kiedy to było.- Nina odstawiła talerzyk na stół i przespacerowała się po kuchni, potrącając po drodze dziewczynę kuchenną. Jej oczy i ściągnięta twarz, zdradzały ogromne napięcie i skupienie.
- Kotku! - Jaga pogłaskała ją po policzku.- Jeśli dobrze cię zrozumiałam, nieoczekiwane spotkanie jakiegoś żebraka wprawiło się w popłoch? Kłębek nerwów został z ciebie. Mało to biedaków włóczy się po okolicy? Czego ty się boisz? Przecież mogłaś widzieć go gdziekolwiek. Przyszedł i poszedł sobie z Bogiem, a ty robisz z igły widły. Żyjesz w nieustannym lęku. Ach Boże, idź do pana hrabiego, bo dopytywał się już o ciebie.
  Wchodząc do sypialni, Nina poczuła w sercu taki ból, jakby przebił je sopel lodu. Wzdrygnęła się i przetarła dłonią czoło."Już zupełnie głupieję!"- zganiła się w duchu. Aleks siedział w łóżku, a na kołdrze leżała odłożona książka, którą poprzednio czytał. Grot podbiegł do niego i przednimi łapami wsparł się na krawędzi posłania, machając ogonem i starając się polizać pana po policzku. Aleks pieszczotliwie podrapał go po głowie i połaskotał.
- A gdzież to moje śliczne dziewczątko tak łazikowało? - wyciągnął rękę, przyciągając żonę do siebie. - Usiądź, stęskniłem się za tobą. Poza tym umieram z głodu, a sam jeść nie chciałem.
Przycupnęła przy nim i przybierając pogodną minę, pocałowała go w koniuszek nosa.
- Tylko dlatego za mną tęskniłeś? Mój biedny głodomorku. Zaraz nakryję do stołu. Walentemu kazałam posiedzieć w sadzie i wygrzać kolana na słońcu, bo go bolą pewnie na słotę - opowiadała, przysuwając do łóżka okrągły stolik i nakrywając go białym obrusem. Ustawiła talerze i sztućce oraz wysokie szklanki do kompotu. 
- A na kolację będą nowe ziemniaczki z koperkiem i masłem i smażone pstrągi. A potem kompot lub maślanka. Ale najpierw musisz wypić szklankę gęstej śmietany.
Aleks mlasnął językiem i poklepał się po zapadłym brzuchu.
- Ekscytujące! Słonko, co się stało? Masz taką niewyraźną minkę?
"Że też ja nie umiem nic przed nim ukryć!"- pomyślała, zmuszając się do radosnego uśmiechu.
- Tak ci się tylko wydaje. Byłam z Grotem na spacerze w lesie i trochę się zmęczyłam, paradując w palącym słońcu w tej czarnej sukni. Aleczku, czy nie weźmiesz mi ze złe, jeżeli zacznę ubierać jasne, letnie sukienki? W tej czerni można się ugotować.
- Nigdy nie byłem zwolennikiem, ubierania kobiet polskich w te okropne kiry. Jesteś młoda, śliczna, ubieraj się stosownie do swojego wieku. Gdzie idziesz?
- Umyję tylko ręce i zaraz każę podawać kolację. Tomek nałapał w strumyku raków i jutro będzie zupa rakowa. Potem wybrał się z dziewczętami z czeladnej do lasu, na grzyby i czarne jagody. Grabiszyna przebąkiwała, że jutro mogą być pierożki z grzybami. Tak się cieszę, że apetyt ci dopisuje.
W alkierzyku, nalała wody do miednicy stojącej na szafce i starannie umyła dłonie. Krzątając się, doszła do wniosku, że musi pogodzić się z faktem, iż nigdy nie przypomni sobie, gdzie widziała tego dziada. Chcąc uczcić dobry apetyt Aleksa, przyniosła z kredensu butelkę wiśniaku na rumie. Napełniła kieliszki alkoholem o barwie ciemnej purpury i podała kieliszek mężowi.
- Za twoje zdrowie, Aleczku.
Obserwował ją sponad wzniesionego kieliszka.
- A jednak tobie coś jest!
- Nieprawda! - roześmiała się swobodnie. - Moje kocisko drzemało i coś mu się przez sen marzyło i tyle!
Do sypialni weszła Grabiszyna, niosąc na srebrnej tacy półmiski z apetycznie pachnącymi potrawami.
- Śmietana dla pana hrabiego! - oznajmiła pogodnie.- Trzeba to wypić, Olesiu.- w chwilach troski, zawsze zwracała się do swego mlecznego syna po imieniu.
Nina usiadła przy stole, krojąc potrawy i podając je mężowi. Jedli żartując, sprzeczając się, kto zje więcej i dogryzając sobie ze śmiechem. Aleks był weselszy niż poprzedniego dnia. Widocznie zdołał otrząsnąć się po szoku, jakim z pewnością była wiadomość o strasznej śmierci przyjaciela. Po kolacji, Grabiszyna uprzątnęła ze stołu i dygnąwszy wyszła, życząc państwu dobrej nocy. Nina odsunęła stolik i przysiadła na brzegu łóżka. Aleks ujął ją za rękę i przyciągnął do siebie, zaglądając jej w oczy.
- A teraz powiedz mi, promyczku, co ciebie martwi?
Podziwiała w duchu jego przenikliwość, spostrzegawczość i upór w dążeniu do odkrycia prawdy. Postanowiła jednak nie mówić mu o spotkanym dziadzie, aby nie niepokoić go swoimi urojeniami.
- No dobrze.- udała, że ustępuje. - Martwię się o Jasia. Ma chroniczny bronchit, kaszle i wcale się nie szanuje. Tak łatwo może nabawić się suchot....- sięgnęła po butelkę z wiśniakiem i nalawszy sobie pełen kieliszek, wypiła go niemal jednym łykiem.
- Słonko, Janek jest lekarzem i lepiej od ciebie wie, jaki jest stan jego zdrowia. Posłuchaj, odstaw tę butelkę. O ile się nie mylę, to już trzeci kieliszek. Wstawisz się przed snem i przyśnią ci się koszmary. Ożeniłem się z dobrze wychowaną panienką, a resztę życia chyba spędzę z nałogową pijaczką!
- Przecież muszę czymś umilić sobie to życie! - westchnęła żałośnie.
- Zwłaszcza, że masz męża do niczego!
- Nie obrażaj mego męża.- posłała mu piorunujące spojrzenie.- Jest zdumiewającym mężczyzną.
- Dziękuję za łaskawe uznanie.- odchylił się do tyłu i wsparłszy głowę o poduszki, obserwował ją spod przymkniętych powiek.
Nie mogła wytrzymać jego badawczego wzroku, więc wstała i poszła do kuchni. Powróciła, niosąc talerzyki z poziomkami.
- Zjedz jeszcze poziomki, Aleczku. Nasz doktorek każe ci jeść dużo owoców, są zdrowe.
- Dobrze. Jutro wstanę silniejszy i spróbuję znowu chodzić.
- Jutro przewiozę cię do Makowa! - podjęła głośno niespodziewaną decyzję.
- Do Makowa, dlaczego?
- W pałacu jest większy komfort i tam będziesz bezpieczniejszy.- jej głos był chłodny i pozbawiony emocji.
- Cóż, może to i lepiej, tęsknię za domem. - powiedział.
- Ja również.- zaświeciła lampę naftową i usiadła przy nim, biorąc do rąk książkę; powieść pana Balzaca:"Jaszczur". Jakiś czas czytała ją głośno dbając, aby jej akcent francuski był nieskazitelny. Aleks słuchał z zamkniętymi oczami, zdając się zasypiać. Ale gdy umilkła, otworzył oczy i przyciągnął ją do siebie.
- Dam ci coś na dobranoc.- wyszeptał, ujmując jej głowę w obie dłonie. Zbliżył usta do jej warg i pocałował ją. Pocałunek był namiętny i tak długi, że Ninie zrobiło się gorąco i krew szybciej popłynęła jej w żyłach. Rozchyliła wargi i oddała mu pocałunek równie żarliwie.
- Boję się, żebyś nie wyszła z wprawy. - uśmiechnął się przekornie. - Och, kochanie moje, tak bardzo pragnę trzymać ciebie w ramionach, kochać się z tobą, ale jeszcze jestem za słaby. Marzyłem, żeby znowu poczuć smak twoich ust. Dobranoc, moja ukochana.
- Kocham cię, najdroższy. Śpij dobrze.
Weszła do alkierzyka z dziko bijącym sercem. Wsparła głowę o ramę okienną i oddychała szybko, wciągając w płuca ciepłe, pachnące powietrze i mając pod powiekami obraz męża. Zapomniała o dręczących ją obawach, ogarnięta cichą radością. Podniosła głowę, wpatrując się w księżyc płynący nad sadem, lecz za moment przykryły go chmury i pociemniało. Powiał wiatr i na parapet okienny opadł pożółkły liść, niczym symbol przemijania. Rozbierała się wolno, przeciągając zmysłowo ramiona. Ciągle czuła na ustach smak jego warg, a w całym ciele słodką omdlałość. Dawno już nie żyli ze sobą, jak żona z mężem i pragnęła go, ciesząc się, że szybko wraca do sił i nie trzeba już czuwać przy nim nocami. Położyła się na kozetce i niemal natychmiast zasnęła, uśmiechając się przez sen.
        ...... Znajdowała się w różanej altanie obok Pauli, rozmawiającej z kimś, odwróconym do Niny plecami. Hrabina ignorowała jej obecność w sposób obraźliwy udając, że jej nie zauważa, jakby miała koło sobie służącą, której obecność można tolerować w salonie, lecz nie wypada zwracać na nią uwagi. Rozgniewana jej arogancją, Nina zerwała się, zamierzając opuścić altanę. Odchodząc, spojrzała na mężczyznę rozmawiającego z Paulą. On również powoli odwrócił ku niej głowę i Nina zdrętwiała. Martwy Rafał uśmiechnął się do niej przebiegle, a z wielkiej dziury na jego skroni spływał strumyk czerwonej, żywej krwi... Usiadła na łóżku, zupełnie przytomna i pełna nieopisanego przerażenia. 
Już wiedziała, kim był stary żebrak. Jej pamięć, natychmiast z fotograficzną dokładnością, odtworzyła rysy starego Żabca, wykrzywione morderczą furią, i jego oczy, pełne obłędnej żądzy zemsty, kiedy zastąpił drogę Aleksowi na pogrzebie Pauli i Rafała. A teraz, ten sam człowiek, kręci się koło dworku i zagląda do sadu. To nie był przypadek! Wstrząśnięta okropnym odkryciem, siedziała na kozetce trzęsąc się ze strachu. Potem boso, na palcach, weszła do sypialni i spojrzała na męża. Leżał na wznak, rozłożywszy we śnie szeroko ramiona. Cały dom pogrążony był we śnie i w ciszy słyszała tylko regularne tykanie zegara, odmierzającego godziny nocy. Spojrzała na jego tarczę i w słabym świetle nocnej lampki, zauważyła ze zdziwieniem, że jest dopiero po północy. "Boże, jeszcze tyle godzin do świtu." - westchnęła, powracając do alkierzyka.
Postanowiła, że rano wywiezie męża z Zameczku. Miała do siebie pretensje, że nie uczyniła tego wcześniej. W Makowie, pałacu strzegł wysoki mur, stróże i psy. Była tam liczna służba, całym sercem oddana swojemu państwu. Można było ukryć rannego w głębokich lochach i innych kryjówkach. Postąpiła bardzo lekkomyślnie, pozostawiając męża tak długo w jednym miejscu. Ale skąd stary Żabiec mógł wiedzieć o obecności Aleksa w Zameczku? Jednak wiedział! Prawdopodobnie musiał ją śledzić i za nią trafił do dworku. Skuliła się na posłaniu i zaczęła odmawiać szeptem pacierz, za dusze strącone w otchłań piekielną, choć wątpiła, czy to pomoże Pauli i Rafałowi, potępionym na wieki. Przypomniała sobie, że nazajutrz była rocznica tajemniczej śmierci obojga kochanków. Bała się zasnąć, lecz zmęczenie przemogło niepokój i usnęła. 

Kiedy ponownie otworzyła oczy, była jeszcze głęboka noc, a nad nią pochylała się Jaga. Blada, z twarzą wykrzywioną przerażeniem.
- Ubieraj się! - krzyknęła, rzucają jej na posłanie peniuar. - Na dziedzińcu pełno dragonów!
1Losy pułkownika Zygmunta Sierakowskiego na podstawie książki S.Strumph -Wojtkiewicza "Sierakowski".