piątek, 30 września 2016

Pierwsze godziny na wygnaniu.


 30 września 2016 r.
Otworzyła oczy, udręczona jakimś majakiem sennym i przez długi czas nie mogła się zorientować, gdzie się znajduje. Zamiast różowego jedwabnego baldachimu, widziała nad sobą czarne belki powały. Leżała na twardym i wąskim posłaniu, w długiej jak kiszka izbie, brudnej, cuchnącej stęchlizną i wódką. Maleńkie, zamarznięte okienko, nie przepuszczało prawie światła dziennego i w izbie było ciemnawo.
Wczorajsza droga do Bodzentyna była bardzo przykra. Wlekli się w mroźnym, ostrym jak nóż powietrzu i zanim dotarli do miasta, wszyscy byli przemarznięci. Mira i Kumosia szlochały, Jaga modliła się półgłosem,Walenty boleśnie stękał, a woźnica pomstował na szkapę. Nina milczała, wspominając ze ściśniętym sercem swój wspaniały zaprzęg arabów. Całą drogę przesiedziała jakby w osłupieniu, a kiedy nareszcie zdołali się rozlokować w obskurnej karczmie, była już wpółprzytomna ze zmęczenia i przygnębienia. W nocy prawie nie spała, otępiałym wzrokiem patrząc w okienko i wsłuchując się we wrzaski hulających w karczmie pijaków. Dopiero nad ranem zdrzemnęła się na krótko, a samo przebudzenie i powrót i rzeczywistości były dla niej koszmarnym przeżyciem.
Miała dopiero osiemnaście lat. Ubóstwiany mąż, w krótkim czasie uczynił ją żoną, matką i wdową, ginąc w straszliwych okolicznościach. Jakże szybko minęły dni ich krótkiego małżeństwa. Z ubogiej sieroty, nieoczekiwanie stała się wielką damą i panią ogromnego majątku. Równie prędko utraciła wszystko, spadając na samo dno nieszczęścia. W ciągu jednego dnia, a nawet godziny, przeobraziła się w zrozpaczoną, ubogą, bezdomną kobietę, zatroskaną o los swój i najbliższych osób. W tych zaledwie kilku dniach, spadły na nią najcięższe ciosy, jakie mogą dotknąć człowieka. Zamordowano jej męża, wygnano z ukochanego domu, odebrano tytuł i majątki i uczyniono z niej nędzarkę, pozbawioną jakichkolwiek praw. Była tylko żoną zabitego buntownika, współwinną jego zbrodni, pogardzaną i prześladowaną przez władze.
Aleks nie żył, utraciła Maków i powinna umrzeć.
 O, gdyby doktor Setkowicz się nie pośpieszył, nie musiałaby teraz przeżywać koszmaru i patrzeć, jak obcy najeźdźcy panoszą się w jej domu. Nie chciała żyć! Egzystencja w tych warunkach, bez Aleksa i Makowa, była dla niej niemożliwa do wyobrażenia. Poza tym, nie wiedziała, co ma z sobą począć, bo jej energia i wola życia zanikły. Leżała na brudnym wyrku, zmuszając się do regularnych oddechów, choć chciała jęczeć i krzyczeć z bólu, gniewu i przerażenia. Nie była przygotowana do stawienia czoła tak dramatycznym okolicznościom. A powinna była przecież przewidzieć, że udział męża w powstaniu, równał się konfiskacie majątku.
Niekiedy dawniej zastanawiała się, dlaczego pomimo działań wojennych, wojsko omijało Maków i sam pałac. Sądziła, że nad jej domem czuwała Opatrzność. Jakże się myliła! W rzeczywistości, to same władze carskie chroniły Maków, upatrzywszy sobie jej dom na przyszłą rezydencję jakiegoś carskiego dostojnika!
Z wielkiego majątku nie pozostało jej nic - dosłownie nic! W tej obskurnej budzie nie mogła przebywać, a nie miała pojęcia, dokąd ma iść i za co się utrzymać. 
Stara karczma.
 Sfera do której należała, przez urodzenie i małżeństwo, zagrożona przez zaborcę, ukryła się za szczelnie zamkniętymi drzwiami dworów i pałaców, przed światem gwałtu i tyranii. Wprawdzie Aleks posiadał bogatą i wpływową dalszą rodzinę, lecz Nina nie miała okazji jej poznać. Małżeństwo z Paulą poróżniło Aleksa z krewnymi, a kiedy ożenił się po raz drugi, nie zdążył zawieźć żony na Litwę i na Wołyń, gdzie jego krewni posiadali wielkie majątki ziemskie. Potem wybuchło powstanie i więzi rodzinne, skonsolidowane1 od nowa po śmierci starej księżnej, ponownie się zerwały. Zresztą rodzina Aleksa, z racji swego uprzywilejowanego pochodzenia bardzo konserwatywna, z pewnością nie podzielała jego przekonań i jakakolwiek działalność powstańcza była im obca i godna potępienia. Ninie nawet nie przyszło na myśl, by zwrócić się do tych ludzi o pomoc. Czuła w głowie zamęt, nie mając pojęcia, co ma robić, gdzie mieszkać i skąd wziąć pieniądze na życie. Te kilka rubli, jakie miała w sakiewce, mogły starczyć zaledwie na kilka dni, a co potem? Myśląc o tym, nie potrafiła wylać nawet kilku łez, bo w duszy miała tylko zapiekłą nienawiść i gniew. Usiadła na posłaniu, rozglądając się dokoła ze wstrętem.
- Nianiu!
   Małe drzwiczki przeraźliwie zaskrzypiały i do izby zaglądnęła Jaga, przybierając od progu pogodną minę.
- Bogu dzięki, że zasnęłaś, mój skarbie. Zaraz przyniosę ci śniadanie.
- A ty jadłaś? - stękając, Nina odrzuciła atłasową kołdrę przywiezioną z Makowa. - Ja nie jestem głodna. A gdzie są wszyscy?
- Siedzimy w dużej izbie, bo tam jest nieco cieplej. A jak ty się czujesz, dziecinko? - spytała Jaga, patrząc na nią z troską.
- Dobrze.- rzuciła krótko Nina i zaczęła się ubierać, szczękając zębami, bo w izbie temperatura niewiele różniła się od tej za oknem.
- O mój Boże, nawet nie możesz się umyć, bo woda zamarzła w miednicy. - lamentowała niania, miłośniczka higieny, podając jej bieliznę i żałobną suknię z czarnego aksamitu. - Kotku, może włożysz jaśniejszą toaletę, bo za czarną mogą kazać ci zapłacić sto rubli kary! - poradziła.
- Na razie w Bodzentynie nie ma carskiej policji, a zresztą zapłaciłabym tylko piętnaście rubli, bo już nie jestem damą i nie jeżdżę karetą.
    Jaga przysiadła na skraju posłania i bezwiednie załamała ręce.
- Boże, co my teraz zrobimy? Nie możemy zostać w tej budzie i trzeba się rozejrzeć za jakimś mieszkaniem. Nasz poczciwy Walenty, poważnie się rozchorował ze zmartwienia i narzeka na serce. Gdzie taka tułaczka dla starego człowieka? Kumosia płacze i tęskni za domem. Te moskiewskie łotry obrabowały ich z dorobku całego życia. Mira płacze za swoją kotką. Och, same utrapienia. Co ty, moja męczennico, zrobisz z tymi biedakami?
    Nina słuchała tych skarg ze zmarszczonymi brwiami. Miała przy sobie zaledwie sto złotych, czyli około siedemnastu rubli! Przy braku podstawowych przedmiotów, sprzętów, a przede wszystkim mieszkania, było to jedno wielkie nic! Z klejnotów pozostał jej tylko pierścień zaręczynowy, obrączka ślubna, rubinowy krzyż i ostatni prezent męża na pierwszą rocznicę ślubu; brosza w kształcie motyla, - symbol ulotności wszystkiego, co ziemskie.
Bodzentyn.  Zamek biskupi.
   Za te nędzne siedemnaście rubli, musi utrzymać siebie i domowników, zdobyć dach nad głową i jakąś podstawę bytu. Wspomnienie biedy przeżytej w dzieciństwie, budziło w niej lęk. Gdyby była sama, nie wahałaby się ani chwili, uciekając w nicość. Nie śmierci się obawiała, ale ponurej, codziennej troski o chleb. Zawsze miała szeroki gest i wstręt do ciułania grosza. Ale nie była sama i nie wolno jej było myśleć o śmierci, bo pozostawiłaby nianię, Mirę i dwoje bezradnych staruszków bez środków do życia. Wszystkie nieszczęścia zwaliły się na nią tak nieoczekiwanie, że nie miała pojęcia, co może jeszcze ją spotkać. Była przekonana, że w najbliższej przyszłości władze carskie o niej nie zapomną.
- Dziecko, czy ty mnie słuchasz? - Jaga ujęła ją za rękę, zaniepokojona wyrazem jej twarzy. - Kochanie moje, co ci dolega?
- Życie, nianiu, i brak pieniędzy. - zwięźle wyjaśniła Nina.
- Ach Boże, nie wiem, jak mam ci to powiedzieć. - westchnęła Jaga. - W tym pospiechu, zamieszaniu, zupełnie wczoraj straciłam głowę. O, stara, głupia baba!... Wyobraź sobie, że zupełnie zapomniałam wziąć moje tysiąc rubli w złocie. Co ja mówię, więcej niż tysiąc, bo przecież ty ciągle mi coś dokładałaś. Tyle pieniędzy.... Pomyśl, jak bardzo by się nam przydały, bo ja teraz jestem dla ciebie tylko ciężarem.
- Nawet nie waż się tak myśleć! - Nina objęła ją mocno. - Ty ciężarem? Przecież tylko ty trzymasz mnie przy życiu. A kto pracował do upadłego po śmierci matki, żebym ja miała dach nad głową? Kto odejmował sobie od ust, abym miała chleb i ciepłą zupę? To przeze mnie nie wyszłaś za mąż i poświęciłaś mi całe swoje życie. O nianiu, nigdy tak nie mów. Jesteś dla mnie jak najlepsza matka i bez ciebie nie mogłabym istnieć. A na pieniądzach połóż krzyżyk, bo wiem, że nasze rzeczy były kontrolowane i nie pozwolono by ci wywieźć złota z Makowa. Och, jakże ja nienawidzę tych podłych oprawców!
- Dziecko, nie zatruwaj sobie duszy nienawiścią. Nie warto.
    Nina spojrzała na nią z mimowolnym podziwem.
- Jak to możliwe, że po tylu przejściach, potrafiłaś jeszcze zachować pogodę ducha?
- Bo ja zawsze żyłam nadzieją. Kiedy człowiek traci nadzieję, dosięga go zło! Nigdy nie trać nadziei i staraj się żyć nią do końca swoich dni. Człowiek bez nadziei jest żywym trupem.
    Nina z rezygnacją wzruszyła ramionami.
- Jaką ja mogę jeszcze mieć nadzieję? Na co?
- Nie wiem, moje dziecko. Przed tobą życie i kto wie, co ci los jeszcze może przynieść. Może kiedyś odzyskasz Maków?
Na blade policzki Niny, wystąpiły słabe rumieńce, jej oczy zabłysły.
- Przecież to niemożliwe....
- Zdarzały się rzeczy bardziej niewiarygodne. Ale ty musisz coś zjeść, kotku.
- Nie jestem głodna. Chodźmy do dużej izby.
Duża izba w karczmie, była obrzydliwą i brudną spelunką. Na początku powstania, generał Langiewicz miał nieszczęście nocować w tej karczmie, z czego stary Mosiek był niezmiernie dumny. W swoim mniemaniu, odpowiednio uhonorował panią hrabinę, oddając jej tę samą norę, w której Langiewicz przemęczył się do rana.
- Och, Nineczko! - zawołała Mira i podbiegła do niej, chwytając ją w objęcia. Była sina z chłodu, a na jej policzkach widać było ślady łez. Na widok przyjaciółki nie potrafiła powstrzymać się od płaczu.
- Uspokój się, mój słodki pyszczku. Teraz już tylko wy pozostaliście mi na tym świecie. 
   Nina uwolniła się z jej objęć i podeszła do leżącego na drewnianej ławie Walentego. Kumosia dała mu pod głowę swoją poduszkę i przykryła pledem. W izbie było chłodno, a od nieszczelnych drzwi i okien wiało mrozem. Staruszek miał gorączkowe wypieki, drżał, a jego puls był niepokojąco prędki i nierówny. Nina pochyliła się nad nim i położyła mu dłoń na czole wilgotnym od potu. Ta delikatna pieszczota wywołała na jego usta słaby uśmiech.
- Walenty koniecznie potrzebuje lekarza i ciepłego pomieszczenia. - powiedziała, z trudem udając dawną energię.- Miruniu, masz jakieś znajomości w tutejszym szpitalu? Postaraj się, żeby tu przyszedł lekarz. Nianiu, trzeba koniecznie położyć Walentego na moim łóżku. Tylko dajcie na spód kołdry, żeby miał miękko. I niech karczmarz mocno napali w piecu. Och, jak mi brakuje naszego kochanego doktora!
- Zaparzę choremu naparstnicy, kwiatuszku. - odezwała się Kumosia, patrząc na nią z uwielbieniem i nadzieją. - Z miodem!
- O właśnie! Miruniu, pójdziesz ze mną do miasta?
- Oczywiście.
   
Dla Miry, tragedia jaka dotknęła Ninę, była osobistym dramatem. Przez rok pobytu w Makowie, całym sercem przywiązała się do przyjaciółki i uwielbiała Maków. Zupełnie samotna, kochała Ninę jak siostrę, a pałac uważała za swój dom. Kiedy poprzedniego dnia, Szyszkow nie pozwolił jej widzieć się z Niną, poniżyła się błagając go, aby choć na chwilę umożliwił jej widzenie się z przyjaciółką. A kiedy żandarm odmówił i zamknął ją w pokoju na klucz, tak się tym przejęła, że zemdlała i oprzytomniała dopiero w saniach.
- Musimy się rozejrzeć za jakimś mieszkaniem. - Nina zacisnęła powieki i aż skuliła się, wyobrażając sobie, co ją czeka.
Ubrały futra, czapki, rękawice i wyszły. Stanęły na progu karczmy, oślepione jaskrawymi promieniami zimowego słońca, odbitego od śniegu. Miasteczko pokryte białym, iskrzącym się puchem, wyglądało bardzo malowniczo, bo pod śniegiem zniknęły ślady pożarów, jakie strawiły miasto na początku powstania. Nina często bywała w Bodzentynie. W dzieciństwie przyjeżdżała tu z ciotką Marią i Binią na zakupy, a potem już, jako jaśnie panienka i pani hrabina, przybywała do miasteczka w karecie, powozem, lub konno na Mignon, w towarzystwie Maćka. Znano ją w mieście, jako wielką damę i kupcy żydowscy wybiegali przed sklepy, wynosząc interesujące ją towary, aby nie musiała się fatygować wysiadając z powozu. Rozmyślała o tym, brnąc w głębokim śniegu i wysoko unosząc ciężką krynolinę, aby się nie zamoczyła. Wąskie uliczki pięły się stromo ku górze Zamkowej, a małe zabytkowe kamieniczki, stały ciasno obok siebie. Niektóre z nich, miały piękne renesansowe portale. Nieliczni przechodnie, pokuleni z zimna i ubogo ubrani, śpieszyli do domów. Jedynie dzieciaki miały uciechę, staczając bitwy na śnieżki i zjeżdżając na sankach z górki.
- Pójdziesz ze mną do szpitala? - odezwała się Mira, zasłaniając usta futrzaną mufką.- Popytamy, może ktoś wynajmie nam mieszkanie.
- Nie, Mireczko. Zajdę do kościoła i zamówię mszę żałobną za... - Nina gwałtownie urwała, chwyciła głęboki oddech i nie dokończyła zdania. - Spotkamy się w karczmie. - dokończyła niezręcznie i szybko odeszła.
Dawny Bodzentyn.
    Na plebanii nie było już tak lubianego przez wszystkich księdza wikarego Omińskiego, bo musiał się ukrywać. Przyjął ją jakiś inny, nieznany duchowny i bardzo chłodno, z widocznym strachem i niechęcią, zgodził się odprawić modlitwy za"zmarłego" hrabiego                     Klonowieckiego.
- Ja proszę księdza o mszę żałobną. - wyjaśniła.
    Ale do Bodzentyna dotarły już nowiny o konfiskacie Makowa i ksiądz pomyślał, że młoda pani, zapewne niewiele pieniędzy może ofiarować, za odprawienie nabożeństwa.
- Za mszę żałobną z egzekwiami, trzeba dać na ofiarę pięć rubli! Może wystarczy sama modlitwa? - zwrócił uwagę na jej kredowo białą, wynędzniałą twarz, oczy pełne cierpienia i uznał, że wypada dodać jej otuchy.
- Nie należy poddawać się rozpaczy, bo nic nie dzieje się bez woli Bożej. Pan Bóg nigdy nie zsyła na nas strapienia ponad nasze siły. Trzeba sobie powiedzieć: "Pan dał, Pan wziął, niech Jego imię będzie pochwalone"!
    Nina osłupiała, słysząc te bezduszne, oklepane słowa, jakie nigdy nie przeszłyby przez usta księdza proboszcza. Serce zaczęło jej bić jak oszalałe, żołądek podszedł do gardła, a w mózgu poczuła jakby płomienie. Cała rozpacz, żal, gniew i nienawiść, jakie w sobie tłumiła, wylały się potokiem słów wypowiedzianych z uniesieniem :
- Każe mi ksiądz wierzyć, że Pan Bóg z niezrozumiałych dla mnie powodów, odebrał mi najdroższego człowieka, wypędził mnie z własnego domu, pozbawił majątku i tytułu i skazał na nędzę, bo tak Mu się podobało? A ja mam modlić się do Niego i dziękować za łaskę? Jeżeli Bóg ma coś wspólnego, z tą potworną masakrą na Łysej Polanie, to ja nie zamierzam oddawać Mu czci! Równie dobrze mogłabym dziękować carowi! Przecież ksiądz nie naucza miłości do Boga, lecz sprawia, że można Go znienawidzić! Pocieszam się tylko myślą, że On nie istnieje, bo za nic nie potrafiłabym pokochać kogoś, kto dopuszcza do takiej okropnej zbrodni, do zagłady wspaniałych młodych ludzi, których jedyną winą była miłość ojczyzny i pragnienie wolności. Przecież taki Bóg byłby moralnym potworem, czy ksiądz tego nie rozumie? Słowa pociechy, jakiej mi ksiądz udzielił, graniczą z bluźnierstwem!
- Szatan przemawia przez panią! - zawołał ksiądz, czerwieniąc się z oburzenia.
- Szatan? A cóż on by robił między ludźmi? Nie uwierzę nigdy, że Pan Bóg stworzył człowieka na wzór i podobieństwo swoje, bo wtedy okazałoby się, że jest równie niegodziwy i okrutny, jak twór w który tchnął życie. Jak ksiądz śmie odmawiać mi mszy za zamordowanego męża? Ksiądz nie jest Polakiem, lecz sługusem Watykanu, który nakazuje wam potępiać powstanie, podobnie jak to uczynił papież Grzegorz XVI, który w swojej bulli, uznał Powstanie Listopadowe za bunt i napominał Polaków, by pokornie poddali się władzy cara. Obecny papież czyni to samo! Jesteście hipokrytami i za pieniądze sprzedajecie Ciało i Krew Chrystusa. Nie mam pięciu rubli i niech się już ksiądz nie trudzi, nie życzę sobie więcej żadnych modlitw ani mszy!
    Ksiądz skamieniał ze zgrozy i nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Ale Nina nie zamierzała z nim więcej dyskutować, wyszła i trzasnęła drzwiami. Ochłonąwszy z miotającej nią wściekłości, zmusiła się, by wejść do kościoła. Stanęła przed głównym ołtarzem i bezmyślnie wpatrywała się w ogromny obraz przedstawiający Ukrzyżowanie. Na twarzy Chrystusa dojrzała tyle cichego bólu i niewypowiedzianej słowami męki, że mimo woli pomyślała ze wzruszeniem:" Od prawie dwóch tysięcy lat, ludzie wykorzystują Twoją męczeńską śmierć, dla osiągnięcia władzy i pieniędzy. Nie trzeba było poświęcać się dla ludzi i zbawiać ich. Nie są tego warci." 
Bodzentyn. Ołtarz główny w kościele.
   Na obrazie, Jezus nisko zwiesił głowę na piersi i szeroko rozpostarł skrwawione dłonie, jakby pragnął przygarnąć do siebie całą grzeszną ludzkość, którą odkupił swoim cierpieniem i straszliwą śmiercią. Ale ten widok nie przyniósł jej pociechy. Przyszedł jej na myśl własny ślub, gdy klęczeli z mężem obok siebie, dotykając się ramionami i powtarzali za księdzem słowa małżeńskiej przysięgi. Przypomnienie tej cudownej chwili, ponownie obudziło w niej gorycz, bunt i negację wszystkiego, w co dawniej wierzyła. Cokolwiek mówiła jej Jaga o usłyszanym głosie, było to jedynie złudzenie. Aleks nie żył i jego ramiona już nigdy nie obejmą jej mocnym uściskiem, już nigdy nie poczuje na ustach jego pocałunku. Ukochane bursztynowe oczy zamknęły się na zawsze, owej straszliwej nocy, gdy moskiewska kula przeszyła jego serce. Może w ostatniej chwili ziemskiej egzystencji, bardzo pragnął dla niej żyć? Tego już nigdy się nie dowie.
    Czuła w piersi ogromny ciężar, jakby przywalił ją głaz. Jej serce tłukło się nierówno i ściskało boleśnie. Jednak nie potrafiła uronić ani jednej łzy. O, gdyby tak mogła runąć na kamienną posadzkę startą tysiącami nóg wielu pokoleń, i w prochu bić głową o kamienne płyty, wydalając z siebie wraz z przeraźliwym krzykiem, cały ból i rozpacz!...  Z głuchym jękiem zasłoniła mufką twarz.
    Modlący się w ławkach ludzie, patrzyli ze zdziwieniem, na jej rysy ściągnięte wyrazem ogromnej męki. Powszechną uwagę zwracała ciężka, żałobna suknia noszona pomimo zakazu władz carskich. Poczuła się tak słabo, że resztką sił podeszła do nagrobka podkanclerzego koronnego biskupa Franciszka Krasińskiego, i mocno wsparła się o niego dłonią. Czerwony marmur przyjemnie chłodził jej rozpalone palce. Zebrała resztę sił i skierowała się do wyjścia. Ludzie rozstępowali się przed nią, mężczyźni obnażali głowy, kobiety dygały. Za sobą słyszała szmer współczujących szeptów: " Żona naczelnika z Łysej Polany!"         Wszyscy już znali szczegóły tragedii wigilijnej nocy. Kilku chłopców z Bodzentyna i dawnej partii braci Dawidowiczów, służyło w oddziale Aleksa i poległo w bitwie. Wielu mieszczan zostało aresztowanych za udział w powstaniu. Ale teraz nie chciała o tym myśleć. Nie chciała myśleć o niczym więcej. Pragnęła śmierci! Nagle zabrakło jej sił i wsparła się ramieniem o ścianę świątyni. Pusty żołądek kurczył się boleśnie, nękał ją jakiś dziwny ból głowy, a wzrok zasnuwała mgła.
- Czy mogę być w czymś pomocny pani hrabinie? - usłyszała czyjś głos. Młody mężczyzna stojący obok, z szacunkiem zdjął z głowy czapkę.
- Dziękuję panu, nic mi nie jest. - bąknęła zawstydzona i wolnym krokiem wróciła do karczmy, czując wstręt do świata i ludzi.
Ogarnął ją jakby paraliż woli. Przyszłość rysowała się przed nią w czarnych barwach. Miała nieprzezwyciężoną niechęć do podejmowania jakichkolwiek decyzji. Bała się życia i jego groźnych niespodzianek, jakie z sobą niosło. Marzyła, by ukryć się w jakimś kącie, zasnąć i nie zbudzić się więcej. "Nie wiem, jak ja potrafię żyć bez Alka i mego Makowa", Świat wydawał się jej ohydny, a każda decyzja wymagała wysiłku, na jaki ona nie mogła się zdobyć. Gdyby w tym momencie miała przy sobie truciznę, lub pistolet ojca, targnęłaby się na życie po raz drugi. Ale nawet pamiątkowa broń pozostała w pałacu, ukryta w sekretarzyku.
Ze spuszczoną głową wlokła się ponuro ulicami i przemagając niechęć do spotkania z ludźmi, weszła do zadymionej izby karczmy, śmierdzącej czosnkiem, tanią machorką, starym kitem i wódką. Izba pełna była gości, bo akurat w mieście odbywał się jarmark. Chłopi w ogromnych kożuchach, baby owinięte chustami aż po czubek nosa i stateczni mieszczanie, siedzieli przy długich dębowych stołach, popijając arak, wódkę lub gorący krupnik. Na środku, za wielkim szynkwasem, z powagą urzędował pejsaty Mosiek. Kilka wiejskich kobiet targowało się zajadle z karczmarką, o przyniesione na sprzedaż kury i wydzierało sobie wzajemnie z rąk gdaczące trwożnie ptaki. Podskubywały je i dmuchały w pióra, żeby udowodnić Żydówce, że drób jest młody i tłusty. Wrzeszczały przy tym tak głośno, iż mijająca je Nina, mimo woli zasłoniła uszy, życząc sobie nagłej śmierci.
Teraz rozumiała, jak się czuje człowiek pozbawiony własnego kąta. Jeszcze wczoraj o tej porze, znajdowała się w pałacu i dopiero wstała z miękkiej, pachnącej pościeli, pełnej koronek i atłasów. Dzisiaj tuła się jak bezdomny pies, równie jak on przerażona i bezradna. Przesuwała się bokiem ku drewnianym schodkom, lecz bystre oko karczmarza wyłowiło ją z tłumu. Mosiek wyszedł zza szynkwasu i podszedł do niej, kłaniając się nisko.
- W izbie ktoś czeka na jaśnie panią. - oznajmił z imitacją uśmiechu.- W tej dużej. - wskazał ręką.
- Dobrze. - ucięła, nie mając ochoty wdawać się w rozmowę. Spostrzegła, że już zwrócono na nią uwagę i przypatrywano się jej z zaciekawieniem. Minęła karczmarza i weszła do izby.
- Nina! No, nareszcie! - wykrzyknął Tadeusz, podnosząc się z twardej ławki. - Czekam i czekam. Gdzie się podziewałaś?
- Tadziu!
Nie widziała go od owej straszliwej nocy, kiedy razem szukali ciała męża. To jego ramię podtrzymywało ją, gdy stała przy trumnie. Na widok znajomej od dzieciństwa twarzy przyjaciela, tak drogiej i kochanej, stanęła jak wryta, a potem rzuciła się ku niemu i szlochała tak niepohamowanie, jakby duszę chciała z siebie wypłakać. Ukrywszy głowę na jego piersi, płakała i dygotała z okropnego żalu. Tadeusz zbladł, objął ją ramieniem i wtulił twarz w jej włosy, nie chcąc, żeby widziała, jak z jego oczu płyną grube łzy. Sam bardzo wzruszony, starał się pocieszyć ją i uspokoić.
- No, kotku, już dobrze. Pan naczelnik nie życzyłby sobie, żebyś tak rozpaczała. Zawsze był z ciebie taki dumny. Nie płacz, jeszcze i na naszej ulicy będzie święto. Zobaczysz.
Sięgnęła po sole trzeźwiące i opanowała się na tyle, że przestała płakać, choć trzęsła się cała i spazmatycznie wzdychała. Tadeusz widząc jej bladą jak opłatek twarz, podkrążone oczy i drżące ręce, nie mógł powstrzymać wybuchu wściekłości:
- Wiem wszystko. Setkowicz mi powiedział. Te przeklęte dranie skonfiskowali ci Maków i pozbawili praw. Wyobrażam sobie, co czujesz. Gdzie ty chodziłaś w takim mrozie? - spytał, pomagając jej zdjąć futro. Posadził ją na jedynym w izbie krześle, a sam przykucnął przy jej kolanach.
- Wybrałam się do kościoła, bo chciałam zamówić mszę. Po raz ostatni w życiu. Okazało się, że nie stać mnie na taki luksus. A przy okazji, wygarnęłam temu idiocie w sutannie, co myślę o jego religijnej pociesze. Udzielił mi pociechy duchowej z subtelnością młota parowego! Kiedy go słuchałam, miałam wrażenie, że drzewo zwaliło się na mnie! - westchnęła, splatając dłonie gestem bezradnego dziecka. - Przepraszam cię, Tadziu, za to mokre powitanie, ale czuję się trochę zagubiona, bo w krótkim czasie spadło na mnie zbyt dużo ciosów. Nie wiem, co mam zrobić z sobą i tymi biedakami, którzy są ze mną.
Tadeusz obrzucił ją spojrzeniem pełnym wyrzutu.
- My się już nie liczymy? - powiedział, ujmując ją za rękę. - Nino, przecież ja i moja rodzina, zawdzięczamy ci dach nad głową i ocalenie majątku. Gdyby nie twoja wielkoduszna pomoc, tułałbym się teraz z żoną i dzieckiem po cudzych kątach. Oddałaś nam swoje ostatnie pieniądze i tego ci nigdy nie zapomnimy. Ani chwili dłużej nie zostawię was tutaj! Odtąd uważaj Brzeziniec za swój dom. Z radością podzielimy się z tobą wszystkim, co mamy. I błagam, nie traktuj tego jak łaski, czy uprzejmości. Ty podałaś mi rękę, kiedy już zwątpiłem w jakąkolwiek pomoc i ludzką dobroć. Jesteśmy jedną powstańczą rodziną, a ty, Nino, jesteś żoną mego drogiego dowódcy. Znamy się od dzieciństwa i zawsze byliśmy przyjaciółmi, prawda? Wiedz o tym, że naczelnik pozostanie w naszej pamięci, jako wzór Polaka, patrioty i bohatera. - chrząknął, bo głos zaczął go zawodzić, więc dopiero po krótkiej przerwie kontynuował: - Nasz mały ciągle gorączkuje i Zosia musi przy nim siedzieć, bo płacze i wyrywa się za nią. Nie mogła ze mną przyjechać, ale błaga cię na wszystkie świętości, żebyś się zgodziła zamieszkać z nami. Przecież kochacie się, jak siostry. Powiedziała, że na klęczkach będzie cię o to prosiła. No, pakujcie się i zaraz jedziemy. Moskale dostali pieniądze i na razie do Brzezińca nie zaglądają. Lazaret jest bezpieczny. Kotku, odmowy nie przyjmuję, jasne?
   Nina słuchała go ze łzami w oczach. Nawet nie przyszło jej do głowy, że przecież Siekielscy mają wobec niej ogromny dług wdzięczności. Nie oczekiwała rewanżu za przysługę oddaną przyjacielowi. Ale Tadeusz był człowiekiem honoru, wierzył w ludzką prawość i sam poczuwał się do wdzięczności. Poza tym, był do niej bardzo przywiązany i nie wyobrażał sobie, że mógłby ją pozostawić bez pomocy.
- Pośpieszcie się! - ponaglał. - Sanie czekają przed karczmą.
Nina pochyliła się, ujęła jego głowę w obie dłonie i ucałowała gładkie, chłodne policzki.
- Jesteś moim najlepszym przyjacielem. - powiedziała, patrząc na niego z czułością. - Nigdy w życiu nie zawiodłam się na tobie i na Zosi. Uważam was za swoją rodzinę, bo innej, prócz Bini, nie mam. Ale właśnie dlatego, nie wolno mi lekkomyślnie przyjąć twego zaproszenia.
    Tadeusza zatkało i tylko patrzył na nią z narastającą złością. Już zamierzał na nią huknąć, lecz ona położyła mu palec na ustach.
- Tadziu, moja decyzja jest ostateczna i nieodwołalna. - oświadczyła stanowczo.- Nie zrobię tego, o co prosisz, bo was kocham i nie mogę was narażać. Jestem śledzona i wiem, że Moskale mają co do mnie swoje plany. Obecnie zajęci są ważniejszymi sprawami, niż moja mizerna osoba, ale z pewnością o mnie nie zapomną. Wczepili się we mnie chwytem buldoga i nie popuszczą. Gdybym przyjęła twoje zaproszenie, to lazaret znajdujący się w twoim domu byłby zagrożony. Pamiętaj, jesteś odpowiedzialny za bezpieczeństwo tych rannych chłopców. Poza tym, ty nadal walczysz w powstaniu, choć już nie szablą. - pieszczotliwie pogładziła jego pusty rękaw.
    Wstała i podejrzewając, że Jaga podsłuchuje pod drzwiami, przeszła na język francuski.
- Ale, mój przyjacielu, możesz mi oddać ogromną przysługę. Proszę cię o dach nad głową dla Walentego i Kumosi. Przygarnij także Stacha i Maćka, kiedy wyzdrowieje. Będziesz w nich miał najwierniejszych przyjaciół. Tych dwoje biednych staruszków, potrzebuje spokoju i ciepła domowego. Są zupełnie zagubieni, a Walenty poważnie zachorował po... no wiesz! Stach, to oddany, absolutnie zaufany człowiek i znakomity znawca koni. Jest jeszcze w kryjówce leśnej kilka arabów, weź je sobie na pamiątkę po mnie i po Alku. Jeżeli możesz, to przyjmij jeszcze Ulisię, moją byłą pokojówkę. Straciła na Łysej Polanie brata i narzeczonego. Zosia będzie miała w niej oddaną duszę. To mądra i odważna dziewczyna. Ci ludzie są mi bardzo drodzy. Kochany, przygarnijcie moich staruszków i okażcie im odrobinę serca. Z pewnością nie będą wam ciężarem, bo mają złote ręce. Ja nie wiem, co ze mną będzie i gdzie się podzieję. Nie mam prawa narażać starych ludzi na niepewny los i tułaczkę. Gdyby udało mi się zapewnić sobie niezależny byt, zabiorę ich do siebie. Tak mi ciężko rozstawać się z nimi, ale robię to dla ich dobra.
    Wysłuchał jej w milczeniu rozumiejąc, że Nina z chłodną rozwagą ocenia swoją sytuację i że ma rację.
- Weźmiesz ich? - spytała, zaglądając mu w oczy.
- Dla ciebie zrobię wszystko! - zapewnił ją gorąco. - W Brzezińcu niczego im nie zabraknie, ani pożywienia, ani serca. Ale ty - co z tobą? Powinnaś stąd uciekać. Postaram się ułatwić ci przedostanie się do Galicji.
- O tym pomówimy innym razem. Nie odjadę, dopóki nie dowiem się, co się stanie z moim Makowem. - jej delikatna twarz nagle przybrała zimny wyraz. Tadeusz dostrzegł zarówno smutek wielkich oczu, jak i twardą, upartą linię jej ust. - To mój dom, ofiarowany mi przez mego męża. Nigdy z niego nie zrezygnuję! Całe życie walczyć będę o odzyskanie Makowa. Tam przecież spoczywa Alek! Niechże choć po śmierci nasze szczątki legną obok siebie. Nie wiem, czy potrafię tego dokonać, ale zrobię wszystko, żeby mój dom odzyskać. Choćbym miała duszę oddać diabłu, gdyby on istniał i zgodził się na taki kiepski interes.
Tadeusz nie próbował z nią dyskutować, bo znając ją od dziecka wiedział, że ma 
żelazną wolę i upór. Ale bał się o nią i nie miał serca powiedzieć jej, że Maków jest dla niej stracony. Jako osoba pozbawiona praw, narażona była na szykany i zniewagi carskich sługusów, którzy mogą potraktować ją jak oporną chłopkę, z największą surowością.
- Nie zamierzam cię przekonywać, bo wiem, że nie ustąpisz. - jego głos zadrżał. - Pamiętaj jednak, że mój dom zawsze jest twoim domem. A teraz mów, jak mogę ci pomóc?
- Tadziu, nie mamy się gdzie podziać. - rzekła bez namysłu. - Musimy mieć jakiś dach nad głową, sprzęty... Nie posiadam absolutnie nic!
- Poczekaj tu na mnie. Postaram się coś załatwić. - narzucił na siebie futro, wcisnął na głowę czapkę i wyszedł.
W uchylonych drzwiach pojawiła się Jaga. W jej oczach Nina wyczytała żal i jakby pretensję.
- Dlaczego nie przyjęłaś propozycji pana Siekielskiego? - odezwała się podniesionym tonem.
Jadze trudno było pogodzić się z utratą niezależności. W pałacu była pierwszą osobą po pani i wszyscy okazywali jej szacunek. Dom Niny był jej domem. Posiadała własne pieniądze, a świadomość, że przestała być ubogą rezydentką, była dla niej powodem do satysfakcji. Pozycja Niny i złote imperiały, gwarantowały jej spokojną i dostatnią starość, bez trosk materialnych. Teraz ponownie utraciła wszystko i znowu stała się nędzarką, zależną od czyjejś łaski. Pod koniec życia, znalazła się w punkcie wyjścia. Siekielskich znała i lubiła, wiedziała, że w Brzezińcu byłoby im dobrze. Nie miała ochoty tułać się po obcych kątach i żyć w niedostatku.
Grottger. Głód.
   
Nina doskonale rozumiała jej obawy i rozgoryczenie.
- Najmilsza moja, jest mi tak przykro. - w jej oczach malował się ból i rozterka. - Byłam pewna, że potrafię zapewnić ci spokojną i godną starość. Ale nieszczęście sprawiło, że ponownie stałyśmy się bezdomnymi biedakami. To moja wina, bo powinnam była pozwolić ci jechać z Binią do Świerszczyn. Ale przecież ty możesz zamieszkać u Siekielskich. Zosia będzie dla ciebie jak rodzona córka. Nie mam prawa zatrzymywać cię przy sobie i zmuszać, abyś dzieliła ze mną mój tułaczy los.
- Co? Chcesz mnie się pozbyć? - Jaga spiorunowała ją wzrokiem. - Dopóki żyję, nigdy cię nie opuszczę! Ja nie o siebie się martwię, ale o ciebie, moje drogie dziecko.
- Nie mogę przyjąć propozycji Tadzia. - Nina posadziła nianię na krześle i stanęła obok niej. - Widzisz, ja jestem jak człowiek zarażony morowym powietrzem, sprowadzam na innych nieszczęście. Gdziekolwiek się ruszę, tam pójdą za mną szpicle żandarmerii i doniosą na ludzi, którzy mnie przygarną. Rozumiesz? Nie mam prawa nikogo narażać. Kiedy powstanie upadnie, władze carskie przypomną sobie o mnie. Nie zostałam aresztowana w Makowie, bo może oni chcą, żebym doprowadziła ich do lazaretu i towarzyszy broni mego męża.
- Więc uciekajmy!
- A za co, nianiu? Wyprawa do Galicji wymaga dużych pieniędzy. Nie stać nas na przewodników. Potrzebne byłyby lewe dokumenty, a to wszystko kosztuje.
- Sprzedaj resztę klejnotów i uciekajmy! - upierała się Jaga.
- Komu je sprzedam? Jeżeli tylko zacznę się rozglądać za kupcem, żandarmeria domyśli się, że zamierzam uciekać i wtedy mnie aresztują. Zresztą muszę wiedzieć, co będzie z Makowem. Wyjedziemy z pewnością, ale jeszcze nie teraz.
   Nina zamilkła, a jej oczy przybrały tak dziwny, niepokojący wyraz, że Jaga nie odważyła się więcej nalegać. 
Tadeusz powrócił bardzo z siebie zadowolony, bo udało się mu załatwić im mieszkanie. Pod Zamkiem znajdował się duży, wydzierżawiony folwark, do którego należał niewielki domek ukryty w gęstwinie drzew i zwany "psiarnią biskupa". Możliwe, że niegdyś mieszkali w nim psiarczyki, opiekujący się sforą dostojnika. Obecnie domek zajmował pisarz prowentowy. Na prośbę Tadeusza, dzierżawca folwarku kazał pisarzowi przeprowadzić się do oficyn, a domek oddać wdowie po hrabim Klonowieckim. Meble należały do wyposażenia domu, więc i ten kłopot spadał Ninie z głowy.
- Dziękuję ci, Tadziu. A ile mamy zapłacić za czynsz? - spytała z obawą, przeliczając w myślach swój skromny fundusik.
- A co cię to obchodzi? - zrobił obrażoną minę. - Masz mieszkanie? Więc sprowadzajcie się i kwita!
- Ale...
- Cicho! Rozmawiałem z panem Bochniakiem. To bardzo porządny człowiek i całkiem tobie oddany. Nie zostawi was bez zaopatrzenia, a ja jutro podrzucę wam coś na nowe gospodarstwo.
- Wiesz, jesteś najsłodszym chłopcem pod słońcem! - zawołała Nina, ucieszona tą pierwszą pomyślną wiadomością i serdecznie go ucałowała.
Tadeusz zarumienił się i zmienił temat rozmowy.
- Te cholerne dranie nic ci nie zostawiły z majątku? Wszystko uległo konfiskacie?
- Absolutnie wszystko. Byłam ogromnie naiwna wierząc, że Maków cudem nie został zrabowany i spalony. Tymczasem okazało się, że ci nędznicy od dawna mieli mój dom na oku i chronili pałac przed dewastacją. Pamiętali nawet o jakichś placach w Warszawie, o których ja akurat nie miałam bladego pojęcia.
- A Lipieniec?
- Majątek wojewodziny jest już w całości własnością Starewicza, jako nagroda za lojalność! Jak widzisz, nie mam już niczego i jestem ubogą chłopką pozbawioną praw.
- Rany boskie! - Tadeusz z przejęciem szarpnął jasny wąs. - Panna z rodu Nałęczów i hrabina Klonowiecka chłopką! Niesłychane!
- Niestety. Latem mogę wynajmować się do kopania ziemniaków. - mężnie przełknęła duszące ją łzy. - I tak miałam szczęście w nieszczęściu, bo byłam pewna, że z miejsca mnie aresztują i ześlą.
- Biedactwo, moje kochane biedactwo. - szeptał, przygarniając ją do siebie. - Twoje śliczne rączki nie są stworzone do fizycznej pracy. Jesteś pianistką.
- Byłam, Tadziu. Teraz mogę już tylko pograć sobie palcami po stole.
   Pożegnanie z Walentym i Kumosią, o mało nie spowodowało u niej nowego załamania nerwowego.
- Najmilsi, ja nie wiem jaka przyszłość mnie czeka. - tłumaczyła, płacząc i ściskając ich kolejno. - Zapewne zostanę aresztowana, może zesłana na wiele lat. Rozstanie z wami, to najtrudniejsza decyzja, jaką podjęłam i ogromnie mi ciężko na sercu, jakbym po raz drugi traciła rodziców. Kumosiu, proszę nie płakać, bo ja nie mogę na to patrzeć. Ale na stare lata musicie mieć wygodę, Walenty potrzebuje opieki lekarza. W Brzezińcu jest doktor Setkowicz. Przysięgam, że gdyby udało mi się odzyskać część pieniędzy i kupić dobra gdzieś w Galicji, zabiorę was do siebie.
Lecz ku jej zdumieniu, staruszkowie nie zamierzali nigdzie emigrować.
- Gdzie nam starym podróże, paniuleczko nasza najsłodsza.- westchnął żałośnie Walenty. - Niedługo czeka nas najdłuższa podróż - do grobu. Tu się urodziliśmy i w tej ziemi chcemy złożyć nasze kości. Dosyć się nażyłem. Mój ukochany pan w grobie, dom we wrażych łapach, to i na mnie czas. Ot, chciałbym jeszcze pobłogosławić małą jaśnie panienkę, ale Bóg nie dał. Panna Kumosia także tutejsza i nie zechce tułać się po świecie.
   Ninie przypomniał się aforyzm, że nie przesadza się starych drzew. Walenty i Kumosia nie potrafiliby żyć z dala od gór i puszczy, ukochanej ziemi Świętokrzyskiej. Jedyną pociechą dla niej było to, że oboje chętnie zgodzili się zamieszkać w Brzezińcu.
- Jaśnie pan dziedzic Siekielski, godny człowiek, powstaniec i przyjaciel pana hrabiego. Młoda pani dziedziczka, dobra jak anioł. Będzie z nami Stach z rodziną, Maciek z matką, więc człowiek przynajmniej umrze pomiędzy swoimi.
    Nina z trudem powstrzymała wybuch rozpaczy. Całym sercem przywiązała się do tych dwojga starych ludzi. Byli dla niej wspomnieniem Makowa i rozstanie z nimi, było dla niej osobistym dramatem. Stary kamerdyner również był niezwykle wzruszony. Jego zamglone oczy wypełniły się łzami.
- Nigdy nie doznałem od mojej najśliczniejszej pani żadnej przykrości, tylko samą dobroć. Będziemy się z panną Kumosią modlić za naszą panią i dobrodziejkę i prosić Boga o opiekę i błogosławieństwo.
    Nina objęła go za szyję i mocno ucałowała.
- Dziękuję wam obojgu za miłość i życzliwość, jaką mi okazywaliście od pierwszej chwili. Nigdy nie sprawiliście mi zawodu. Byliście mi pociechą w chwilach zmartwienia i dzięki wam, mogłam przetrwać i nie załamać się zupełnie.
Kumosia żałośnie pociągała nosem.
- Może kiedyś da Bóg, że jaśnie pani hrabina powróci do nas. A jakby przyszło rozstać się na zawsze, to wiedz, nasz śliczny kwiatuszku, że ludzie w Makowie błogosławią swoją panią i dumni są z ciebie. Zostawiłaś po sobie najlepszą pamięć. A nie zapomnij, dziecinko, wieczorem zaparzać sobie melisy....
    Na koniec wszyscy popłakali się jak bobry, a Nina długo stała przed karczmą, odprowadzając tęsknym wzrokiem odjeżdżające sanie. Oni byli wolni, mogli odjechać, ona niestety nie. Ale nie miała czasu na długie rozpamiętywanie, bo zaraz po przyjściu Miry, urządzono przeprowadzkę.
    Domek był zaniedbany, brudny i wymagał gruntownego sprzątania. Początki były bardzo trudne. Nie posiadały naczyń, ani sztućców, nawet szklanki czy garnuszka, bo nie pozwolono im nic z domu zabrać. Jaga usiadła w kuchni na kulawym stołku i załamała ręce. Ale zanim zdążyły popaść w czarną rozpacz, przyjechał Setkowicz. Miał posiniałe z zimna policzki, czerwony nos, ale przywitał się z paniami niemal wylewnie. Ninę pocałował w rękę i przyjrzał się jej badawczo.
- Nie mogłem wyrwać się wcześniej, bo miałem "anioła stróża".- powiedział, zacierając skostniałe ręce.- Na szczęście "anioł" kocha wodę ognistą, więc pan Bochniak uraczył go butelczyną gorzałki i "anioł" chrapie, a ja mogłem urwać się do Bodzentyna. Cóż, jakże się panie czują? - zapytał, rozglądając się po pustym, zaśmieconym pokoiku.
- Świetnie. Jak to na nowym mieszkaniu. - Nina starała się zachować pogodną minę.
- Aha! - doktor potarł knykciami zarośnięte policzki. - Niezła chałupka, tylko musicie ją wywietrzyć, bo cuchnie bimbrem i tytoniem.
- Sprowadziłyśmy się tu przed godziną i musimy wysprzątać tę stajnię Augiasza2, ale nie mamy nawet w czym zagrzać wody. - poskarżyła się Mira, rozglądając się dokoła żałosnym wzrokiem.- Nie możemy poczęstować pana herbatą, ani same napić się czegoś, bo brakuje nam wiadra na wodę, czajnika, szklanek, talerzy, po prostu wszystkiego.
- Cierpliwości. Zaraz powinien nadjechać pan Bochniak. Widziałem, jak ładował na sanie całe gospodarstwo. A gdzie nasi staruszkowie?
   Nina westchnęła i spochmurniała.
- Uprosiłam Tadzia, żeby zabrał ich do Brzezińca. Tam będzie im dobrze...- spuściła głowę i zagryzła usta.
- Mądrze pani zrobiła. Walenty jest poważnie chory, bo ma bronchit i groźną wadę serca.
Nina zasłoniła dłonią usta i nie czekając aż doktor skończy mówić, wypadła do drugiego pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Jaga zamierzała pobiec za nią, lecz Setkowicz ją powstrzymał.
- Pozwólcie jej wypłakać się na osobności. - powiedział ściszonym głosem. - Ona musi się wyładować, bo inaczej rozpacz ją zabije.
- Jezu, z takiego bogactwa, do takiej nędzy! - zaszlochała Jaga.
- Może to i lepiej, że nie zdołała zasklepić się w rozpaczy, bo myśl o tragicznej śmierci męża, byłaby dla niej zabójcza. Mogłaby tego nie przeżyć. - rzekł jakby do siebie.
Tymczasem Nina opanowała się i wyszła, bo koniecznie chciała się dowiedzieć, co się dzieje w Makowie. Setkowicz przysiadł na parapecie okiennym i zaczął opowiadać. Okazało się, że wojsko już wyszło z Makowa, nie czyniąc żadnych szkód. Na odjezdnym, urzędnicy zaplombowali drzwi do wszystkich pokoi, uniemożliwiając wyniesienie stamtąd czegokolwiek. Mierzono ilość korców zboża i ziemniaków, oraz obiecano wysoką nagrodę temu, kto wskaże miejsce, gdzie ukryto kosztowności. W obecności rządcy zabezpieczono kasę, polecając mu zaopiekować się resztą stada arabów, kilku krów i nielicznych świń. Sam pałac został zamknięty na cztery spusty.
    Po odjeździe Niny, Szyszkow czepił się Maćka, jak rzep psiego ogona, oskarżając go, iż jest rannym buntownikiem. Ale ludzie z czworaków wyjaśnili, że ranny chłopak to zwykły parobek, przypadkowo trafiony w czasie potyczki ludzi z lasu z Dońcami. Żandarm na szczęście uwierzył i zostawił Maćka w spokoju. Z dawnych pracowników pozostał tylko pan Bochniak, stróż palący w piecu w ogrodzie zimowym i w szklarni, oraz kilkoro ludzi na folwarku, doglądających obory i stajni. Resztę pracowników brutalnie wyrzucono. Nina słuchała jego opowiadania uważnie, złożywszy na kolanach ręce i wbijając sobie aż do bólu paznokcie w ciało.
- A moja konisia? - odważyła się spytać.
    Setkowicz parsknął śmiechem.
- O, tym koniem zabiła pani Szyszkowowi klina! Poszedł do stajni obejrzeć klacz i oberwał od niej kopytem. Pomimo to, rozkazał strzec jej jak skarbu. Gdy wojsko opuszczało Maków, polecił przynieść ciepłe dery, okrył nimi klacz od głowy do ogona, kazał owinąć jej nogi i polecił czterem kozakom odprowadzić pani konisię do Warszawy, do pałacu namiestnikowskiego. Kupa śmiechu! Na pożegnanie, Szyszkow zapowiedział kozakom, że gdyby klaczy stała się krzywda, to on każę wlepić każdemu z nich tysiąc pałek na goły tyłek, a tę resztę, jaka z nich pozostanie, ześle na Ural do kopalni! Może być pani zupełnie spokojna, klaczce nie stanie się krzywda. Z pałacu także niczego nie ukradziono, bo oficerom patrzyli na ręce urzędnicy, a wszyscy razem lękają się odpowiedzialności przed nowym właścicielem, którym może zostać nawet ktoś z carskiej rodziny. Boją się, że nowy dziedzic wydarłby im skradzione przedmioty z gardła, a w najlepszym razie postarałby się dla winnego, o wycieczkę na koszt państwa na białe niedźwiedzie.
    Bezkrwiste wargi Niny wykrzywił zły grymas.
- Doktorze, to ja jestem jedynym prawnym właścicielem Makowa, cała reszta to złodzieje, którzy skradli mój dom! - skarciła go podniesionym głosem.
    Setkowicz tylko pokiwał głową, ale nie skomentował tej wypowiedzi, nie chcąc jej drażnić.
- Mówił pan, że kazano panu Bochniakowi zaopiekować się resztą stada arabów. Mam rozumieć, że wiedzą, gdzie się stado znajduje?- spytała Nina.- Ja te konie podarowałam Tadeuszowi.
- Proszę się uspokoić. Pan Bochniak powie im, że konie zostały ukradzione z lasu przez nieznanych osobników. Niech żandarm udowodni, że to nieprawda!- uniósł znacząco brwi i zwrócił się do Miry. - Mam dla pani propozycję. Czy zechciałaby pani pracować w tutejszym szpitalu? Wprawdzie płacą tyle, ile kot napłakał, ale lepsze parę groszy niż nic, prawda?
- Mam obiecaną pracę prywatnej nauczycielki, ale chętnie wezmę nocne dyżury. - powiedziała, patrząc na niego z wdzięcznością.
- Czy i dla mnie znalazłoby się tam miejsce? - odezwała się Nina.
- Oczywiście. - zapewnił Setkowicz. - Każda para rąk jest mile widziana.
    Mira posłała mu uśmiech domyślając się, że to on wywalczył dla nich tę pracę. Nina nie znosiła szpitalnych obowiązków, lecz musiała kierować się rozsądkiem, a nie emocjami. Znalazły się w opłakanej sytuacji i nie wolno im było gardzić najlichszym nawet zarobkiem. Z wdzięcznością uścisnęła doktorowi rękę wiedząc, że dla niej wykopałby pieniądze nawet spod ziemi, gdyby tylko wiedział, gdzie się one znajdują.
   
Za oknami rozległo się głośne parskanie koni i przed domek zajechały trzy wielkie sanie, załadowane najrozmaitszymi rzeczami. Z sań wysiadł pan Bochniak i wszedł do kuchni. Ujrzawszy Ninę w ponurej, brudnej izbie, omal nie popłakał się z gniewu i żalu. Ale ona powitała go z taką radością, jak każdego, kto przybywał z ukochanego Makowa.
- Natychmiast służyłbym pani hrabinie pomocą, ale ci szmaciarze kazali mi spisywać straty w majątku.- oznajmił, ocierając oszronione wąsy i składając na obu jej rękach pocałunki.- Przywiozłem coś na nowe gospodarstwo. Czy pani hrabina ma dla mnie jakieś rozkazy?
- Nie mam prawa rozkazywać panu, co najwyżej mogę prosić o przysługę. - powiedziała ze smutkiem.
- Dla mnie pani hrabina zawsze będzie dziedziczką Makowa i małżonką świętej pamięci pana hrabiego Klonowieckiego.- chrząknął i przetarł rękawicą podejrzanie wilgotne oczy. - Nie tracę nadziei, że kiedyś doczekam radosnego dnia, kiedy do pałacu wróci jego prawowita pani z panną hrabianką.
    Nina zarumieniła się leciutko uszczęśliwiona, że oprócz niej, jest jeszcze ktoś, kto wierzy w jej powrót do domu.
- Dziękuję, miło mi to słyszeć. - westchnęła i przetarła dłonią czoło, cierpiąc od rana na silne bóle głowy.- Kochany panie Bochniak, w gabinecie męża, za obrazem kasztelana jest sejf. Pozostała tam reszta moich pieniędzy. Muszę je mieć, bo nie mamy z czego żyć. Pojechałabym po nie sama, ale wiem, że jestem obserwowana i zawrócono by mnie z drogi.
    Na okrągłej, poczciwej twarzy rządcy odmalowało się zakłopotanie.
- Ale pałac jest zaplombowany! - przypomniał. - Zerwę plombę i aresztują mnie. Ludzie są już tak zastraszeni, że nikomu nie mogę zaufać. Ciężka sprawa! - rządca wyjął z kieszeni futra kraciastą chustkę i wytarł nią spoconą łysinę. - Przywiozłem pani hrabinie trochę niezbędnych sprzętów i co tam mogłem wziąć z żywności. Kuchcik wykradł z kuchni sztućce i garnki. Proszę powiedzieć mi, co jeszcze jest paniom potrzebne. Niestety, plomb ruszać nie mogę, bardzo żałuję.
- Rozumiem. A czy okna są także zaplombowane? - zagadnęła Nina, nie zamierzając rezygnować z szansy odzyskania reszty pieniędzy.- W środkowym oknie gabinetu jest luźna klamka.
    Pan Bochniak wpatrywał się w nią zdumiony, a jego okrągłe oblicze naraz rozjaśniło się domyślnym uśmiechem.
- O tym nie pomyślałem. Proszę mi dokładnie opisać, jak mogę dostać się do sejfu.
    Nina poprosiła doktora o kartkę papieru z notatnika i ołówek. Narysowała plan i wytłumaczyła, w jaki sposób odsuwa się obraz. Dała mu klucz do sejfu i objaśniła, jak obluzowaną klamkę przy oknie, można podważyć z zewnątrz nożem, bez konieczności rozbijania szyby. Pan Bochniak obiecał, że dostanie się do gabinetu, jak tylko nadarzy się okazja. Panowie wraz z woźnicami zabrali się do wyładowania sań, a potem zaczęli zbierać się do odjazdu. Rządca pamiętał o tym, żeby dostarczyć im drewno na opał i kazał chłopakowi przynieść wodę ze studni. Przed samym odjazdem, Nina odciągnęła pana Bochniaka na bok.
- Proszę, błagam, niech pan nie dopuści, żeby kaplicę zbezczeszczono. Niech on....- głos jej się załamał i dokończyła szeptem - niech spoczywa w pokoju. Dosyć się nacierpiał!
   Rządca wpatrywał się w nią z najgłębszym przywiązaniem i współczuciem.
- Niech mi pani hrabina zaufa. Nigdy na to nie pozwolę. Po moim trupie! - wybuchnął z pasją i nacisnąwszy czapę na głowę, wskoczył do sań i odjechał, wstydząc się wykrzywionej bezsilnym gniewem twarzy i niemęskich łez.
 
1 konsolidacja - utrwalenie, umocnienie.
2Augiasz. mit.gr. - król Elidy; oczyszczenie jego od lat nie porządkowanych stajni było jedną z 12 prac Heraklesa.

czwartek, 29 września 2016

GNIEW CARA!


29 września 2016 r.
Uzbrojeni sołdaci rozbiegli się po domu i zabudowaniach gospodarczych, zaglądając do każdego kątka. Do sypialni wpadło trzech brodatych kozaków, otwierając w garderobie szafy i komody, opukując kolbami ściany w poszukiwaniu tajnych schowków.
- Jak śmiecie tu wchodzić? - oburzyła się Jaga, zasłaniając sobą Ninę i nieufnie obserwując ich poczynania.- To sypialnia samej jaśnie oświeconej pani hrabiny! Wynoście się stąd natychmiast!
Lecz kozacy nie zwracali na nią uwagi, dokładnie wszystko przeszukując Otwarli również drzwi na taras, żeby sprawdzić, czy nie ma na śniegu jakichś śladów. Za kozakami wkroczył do sypialni oficer żandarmerii. Był niski, miał rzadkie mysie włosy i zapuchnięte małe oczka. Stanąwszy na środku sypialni w szerokim rozkroku, rozejrzał się, wodząc zawistnym wzrokiem po wykwintnych mebelkach, freskach i złoceniach. Na wielkim łożu, pod baldachimem z różowego jedwabiu, spoczywała młoda, prześliczna dama, wpatrująca się w niego z zaledwie powściąganą pogardą i gniewem. To spostrzeżenie wyprowadziło go z równowagi. Rozkraczył się jeszcze szerzej i tupnął nogą.
- Wstać! - rozkazał po polsku. -Natychmiast!
- Jestem obłożnie chora.- powiedziała Nina spokojnie.- Chcę wiedzieć, dlaczego wtargnęliście do mego domu? Jakim prawem?
- Prawem silniejszego! - odpalił. - Radzę pani wstać, bo inaczej moi ludzie wyrzucą panią z łóżka.
Nina pod lizeską miała na sobie gorset i halki, a na nogach pończochy. Nie mogła mu się tak pokazać, bo oficer domyśliłby się, że tylko udaje obłożnie chorą. Zanim zdążyła zastanowić się, co ma zrobić, Jaga pośpiesznie podała jej peniuar i pantofelki, zasłaniając ją przy tym tak zręcznie, że żandarm nie zauważył nic podejrzanego. Na jego skinienie, kozak zaczął wyrzucać z łóżka pościel, materace, zaglądając w fałdy firanek, a nawet na wierzch baldachimu. Stwierdziwszy, że w posłaniu niczego nie ukryto, wziął Jagę za ramię,  choć głośno protestowała, opierając się,  i wszyscy prócz oficera, w milczeniu opuścili pokój.
Żandarm usadowił się w fotelu przed kominkiem i wyciągnąwszy ręce, ogrzewał je nad płomieniem. Oczy miał spuszczone, lecz jego uwadze nie umknął najdrobniejszy szczegół, najmniejsza zmiana na twarzy Niny. Zamierzał przestraszyć ją i zmiękczyć, przed właściwym przesłuchaniem. Udawał, że nie docierają do niego zadawane przez nią pytania, zajęty siąkaniem nosa i wycieranie go chusteczką. Przygładził włosy, przeczesał palcami bokobrody i dopiero wtedy odezwał się bezbarwnym, suchym głosem urzędniczego gryzipiórka:
- Gdzie jest mąż pani?
- Nie wiem. Wyjechał na kurację za granicę.
- Aha! Jestem pewien, że kuracja była skuteczna i już nic mu nie dolega. Ha, ha, ha... Na koszt rządu, zafundowaliśmy jemu i jego ludziom kurację zdrowotną. Więcej chorować nie będą, bo zabici nie chorują. - oświadczył z nutką tryumfu, podnosząc na nią oczy. Po raz pierwszy dostrzegła, że były blade, przekrwione i bez wyrazu. Różowawy nos zdradzał skłonność do alkoholu. 
- Widzę, że nie zrobiło to na pani wrażenia. To nie była niespodzianka, prawda? Pani już wie o śmierci swego męża. Gdzie ukryła pani jego trupa?
Bez drgnienia wytrzymała jego spojrzenie.
- Powiedziałam panu, że od stycznia męża nie widziałam.- odpowiedziała obojętnie, bawiąc się wstążką peniuaru. - Oficjalnie nikt nie powiadomił mnie o jego zgonie, więc nie muszę panu wierzyć. Poza tym, to jest mój dom i mam prawo...
Żandarm rąbnął pięścią w poręcz fotela.
- Milczeć! - wrzasnął z taką wściekłością, że podskoczyła nerwowo i zbladła. - Nie ma pani żadnych praw, bo prawo ja tu stanowię, jasne? Ma pani odpowiadać na moje pytania, bez żadnych komentarzy! - sapnął z gniewu, ale po chwili uspokoił się i ponowił przesłuchanie tak opanowanym tonem, że Nina spojrzała na niego zdziwiona.- Zwracam pani uwagę, że świadome wprowadzanie w błąd przedstawiciela władzy, czyli mnie, to przestępstwo. Zostanie pani za to ukarana.
- Za co? Zadaje mi pan pytania, których nie rozumiem. Poza tym, nie wiem z kim rozmawiam, bo nie był pan łaskaw się przedstawić. - zauważyła, siadając na skraju łoża ogołoconego z pościeli i materaców, wyrzuconych na posadzkę.
Od początku zdawała sobie sprawę, jakie postawi jej pytania i postanowiła udawać, że o niczym nie wie. Cisza panująca w sypialni, gdzie jeszcze przed chwilą odnajdywała poczucie bezpieczeństwa, teraz wydała się jej zwodnicza i złowróżbna. W odpowiedzi na jej uwagę, oficer roześmiał się ironicznie.
- Oh, pardon madame! To rzeczywiście fatalne foux pas1... Jestem Ilia Andrejewicz Szyszkow, major żandarmerii wojskowej, do usług. Teraz, kiedy wymogi towarzyskie mamy za sobą sądzę, że stanie się pani bardziej rozmowna. Pytam raz jeszcze, gdzie pochowała pani zwłoki męża? Pani wie, że tacy buntownicy jak on, nie mają prawa do godnego pochówku. Ostrzegam, moja cierpliwość szybko się wyczerpie, a wtedy nie może już pani liczyć na pobłażliwość. Wiem, że Polki z reguły kłamią, ale zapewniam, że pani nie trafiła na głupca i proszę nie liczyć, iż uwierzę w pani wykręty. Tylko prawda, szczera prawda i przyznanie się do winy, może złagodzić surowość prawa. A zatem, pytam raz jeszcze: gdzie pochowała pani zabitego buntownika?
- Twierdzi pan, że mój mąż poległ. Nie zamierzam kwestionować pana wypowiedzi. Załóżmy, że to prawda. Ale co wam po trupach?
- Powiem pani. Napoleon I, którego Polacy tak bardzo czczą powiedział, że trup wroga ładnie pachnie! - żandarm założył nogę na nogę i patrzył na nią drwiąco : - Z tym twierdzeniem akurat się zgadzam. Według prawa, buntownicy mają być zakopywani, jak padlina!
Nina skrzywiła się, bo doleciał do niej zapach ordynarnej brylantyny, jaką żandarm wysmarował sobie włosy.
- Przepraszam, że sprostuję pomyłkę. Te słowa wypowiedział król Francji Karol IX, nad trupem admirała de Coligny. " Le corps d'un ennemi mort sent toujours bon."
Zesztywniał i spiorunował ją wzrokiem.
- Zachowuje się pani bezczelnie!- syknął.- Więc nic więcej nie ma mi pani do powiedzenia?
A.Grottger. Obrona dworu.
Patrzyła na niego w wyniosłym milczeniu.
- Nie chce pani mówić? Cóż, sama sobie pani szkodzi. - westchnął z ubolewaniem, strzepując z rękawa munduru niewidoczny pyłek. -
- Jeżeli twierdzi pan tak stanowczo, że mój mąż został zabity, to wy musicie wiedzieć, gdzie jest jego ciało. Nie ukryłam zwłok. Ale coś panu powiem, gdybym naprawdę mogła pogrzebać ciało męża, to nawet na torturach nie zdradziłabym wam, gdzie zostało ukryte. Ale ja nic na ten temat nie wiem i podejrzewam, że pan stara się coś mi insynuować.
- Myśli pani, że dam się wystrychnąć na dudka? Ten dom już od dawna jest pod naszą obserwacją i wiemy, że tu znajduje się lazaret. Proszę mi wskazać, gdzie jest ukryty. Ranni mogą liczyć, że zostaną umieszczeni w więziennym szpitalu, leczeni i sprawiedliwie osądzeni. A więc?
"Wszystko o nas wiedzą. - myślała, wpatrując się w niego niewinnym spojrzeniem. - Jakie to szczęście, że Setkowiczowi udało się przenieść lazaret. Mogą go szukać do sądnego dnia. A mój ukochany jest już bezpieczny i wolny, poza zasięgiem władzy cara. Mnie pewnie ześlą, a może powieszą, ale to już nie ma większego znaczenia." Zrobiła jednak zdumioną minę i przybrała wyraz twarzy osoby, podejrzewanej niewinnie o złe zamiary.
- Bardzo przepraszam, ja nie wiedziałam, że udzielanie pomocy rannym jest przestępstwem. Religia uczy nas miłosierdzia.
Żandarmowi zaiskrzyły się oczy, pochylił się w jej stronę i spytał ściszonym głosem :
- Więc gdzie ukryliście lazaret?
- Wcale go nie ukrywaliśmy, jest w oficynie!
- Co? - oficer był tak zaskoczony, że wytrzeszczył oczy. - Więc pani przyznaje, że w oficynie ukrywacie rannych?
- Oczywiście! Przygarnęłam ich, bo byli poranieni w potyczce i kazałam leczyć. To zabronione? Bardzo mi przykro, może powinnam była ich odprawić, ale był mróz....
Posłał jej szczególnie zjadliwe spojrzenie spod nastrzępionych brwi.
- Pani hrabina stroi sobie ze mnie żarty. - mruknął. - Dobrze, zaraz każę to sprawdzić!
Wstał z fotela, ale nie zdążył wezwać podwładnego, bo zapukano i kozak z rozmachem wepchnął do sypialni Setkowicza. Doktor przeleciał przez cały pokój i rozpłaszczył się na przeciwległej ścianie. Szyszkow uniósł brwi :
- A to co za ptaszek? - spytał Ninę, wskazując doktora palcem.
Oderwawszy się od ściany, Setkowicz najpierw poszukał wzrokiem Niny i uspokoił się widząc, że nie dzieje się jej na razie krzywda.
 - To nie żaden ptaszek, tylko mój prywatny lekarz i proszę traktować go z szacunkiem, bo leczy chłopów na wsi i waszych żołnierzy!
- Prywatny lekarz? Po co młodej, zdrowej kobiecie lekarz? On pewnie pracuje w tym tajnym lazarecie?
- Tajnym? - serdecznie zdziwił się Setkowicz. - Oczywiście, że pracowałem w szpitalu, ale zwyczajnym, w Warszawie. Może pan sprawdzić. Tu jednak, zaproponowano mi korzystniejsze warunki, bo pani hrabina jest słabego zdrowia i niedawno miała poważny wypadek, spadając z konia. Pan hrabia Klonowiecki, zaangażował mnie tu jesienią. Proszę, oto moje dokumenty.
Papiery były autentyczne, wystawione przez urzędnika policji w Warszawie, będącego na usługach Rządu Narodowego. Nawet przepustka była aktualna, o to postarał się już Tadeusz. Żandarm dokładnie obejrzał dokumenty, lecz jego mina mówiła wyraźnie, że nie uwierzył w ani jedno słowo Niny i jej "prywatnego" lekarza. Energicznie szarpnął taśmę dzwonka.
- Sprawdzimy. - mruknął. - Wezwijcie lejtnanta. - rozkazał kozakowi.
- Zgromadźcie całą służbę w sieni. - rozkazał oficerowi. - Postawcie przy nich wartownika, żeby się nie porozumiewali. Zaraz zacznę przesłuchanie, ale przedtem poślijcie kogoś do oficyny, bo podobno tam jest lazaret, każcie przesłuchać rannych. - lejtnant zasalutował i się oddalił. Żandarm zwrócił się do Setkowicza: - Słyszał pan o bitwie na Łysej Polanie? - zagadnął go podstępnie.
- Naturalnie. Ludzie opowiadali, że gdzieś w okolicy była jakaś potyczka, ale ja nie znam tych stron, bo jestem warszawiakiem.
- A wie pan, że zabito tam prowodyra tej szajki buntowników, kryjących się w puszczy? Okazało się, że był nim pan hrabia Klonowiecki, we własnej osobie! Dziedzic Makowa i były carski oficer! - mówiąc to, Szyszkow zdawał się nie patrzeć na doktora, zajęty podziwianiem sielankowych pejzaży na ścianach.
Doktor wydawał się zdumiony i zarazem rozbawiony.
- Pan major wybaczy. - oświadczył swobodnie. - O ile mi wiadomo, mój chlebodawca przebywa za granicą. Przenigdy nie zgodziłbym się pracować dla osoby nielojalnej wobec władz. Jestem lekarzem i polityka mnie nie interesuje. A rzekoma śmierć pana hrabiego wydaje mi się jakąś niedorzeczną plotką. Jednak bardzo mnie to niepokoi, ze względu na moją pacjentkę potrzebującą spokoju.   -   Setkowicz patrzył w oczy żandarma z wyrazem śmiertelnego chłodu i absolutnego opanowania.
- Widzisz go! - prychnął żandarm. - Znalazł się lojalista! - zabębnił palcami po kolanie. - Wy dobrze wiecie, że to nie plotki. Ja zaś nie mam wątpliwości, że nie powiedzieliście mi jeszcze ani jednego słowa prawdy. Ale jest w tej waszej Polsce przysłowie, że ten się śmieje najlepiej, kto się śmieje ostatni. No zobaczymy, dosyć żartów!
Szyszkow obrał sobie buduar na biuro. Brodaty sołdat kolejno wzywał domowników na przesłuchanie. Wprawdzie dawno już ustalono, co można zeznać na wypadek rewizji, a czego mówić nie należy, lecz Nina obawiała się, że kogoś mogą zawieść nerwy, a wtedy...
XIX- wieczna szkatułka na klejnoty lub listy.
Do pokoju wszedł młody oficer i ponownie zaczął przeszukiwać jej rzeczy. Naraz Nina z przerażeniem spostrzegła, że na nocnym stoliku stoi szkatułka z listami męża. Po fakcie czyniła sobie wyrzuty, że nie ukryła ich w tajnym schowku w sekretarzyku, ale tak bardzo pragnęła mieć je przy sobie, że nie potrafiła rozstać się z nimi ani na moment. Kozak przegapił szkatułkę, zapewne myśląc, że zawiera drobiazgi kobiece, ale oficer z pewnością ją sprawdzi. Z drżeniem serca oczekiwała, kiedy oficer zainteresuje się szkatułką. Rzeczywiście, podszedł i otworzył wieczko zaglądając do środka. Nina w myślach błagała go, żeby nie odbierał jej tej ostatniej pociechy. Oficer musiał widzieć plik listów przewiązanych czarną wstążeczką, ale udał, że to go nie interesuje i prędko zamknął szkatułkę.
- Nic podejrzanego tu nie ma. - rzekł głośno i wyszedł.
Nina odetchnęła i posłała za nim wdzięczne spojrzenie, lecz wiedziała, że listy musi ukryć, żeby nie dostały się w ręce żandarma, bo wówczas ostatnia pamiątka po mężu przepadnie, a jej los będzie opłakany. W sypialni nie była sama. Oprócz Setkowicza, znajdował się w niej wartownik, przezornie pozostawiony przez Szyszkowa. Nina posłała doktorowi rozpaczliwe spojrzenie, a on korzystając z przywileju lekarza, podszedł do niej i ujął ją za rękę badając puls.
- Jak się pani hrabina czuje ? - zagadnął, wzrokiem pytając, o co chodzi.
- Jest mi słabo, doktorze. - powiedziała drżącym głosem. - Ta napaść bardzo mnie przeraziła.
Pochylił się nad nią, a ona oczami wskazała mu szkatułkę. Zrozumiał i zagryzł wargi.
- Ma pani duszności? Dokucza pani serce? - krzątał się przy niej, podając wodę i nacierając skronie.
- Tak, potrzebuję mojej niani. - jęknęła.
- Dobrze, zaraz.
Sam włożył do łóżka wyrzucone materace i starannie je pościelił, polecając jej, aby się położyła. Potem zapukał do drzwi buduaru. Rozkazujący głos pozwolił mu wejść. Szyszkow przesłuchiwał właśnie trzęsącego się ze strachu Pawła i zniecierpliwiony odwrócił głowę, mierząc doktora groźnym spojrzeniem.
- Czego pan chce? - warknął. - Przecież nie pozwoliłem panu wychodzić z pokoju.
Doktor stał przy nim w pokornej postawie i patrzył na niego błagalnie.
- Panie majorze. - rzekł po rosyjsku, z nieskazitelnym akcentem. - Moja pacjentka zasłabła. Cierpi na serce i prosi o przysłanie do niej niani.
- E, udaje! - uciął szorstko oficer. - Po co dorosłej kobiecie niańka?
- Ona wychowała panią hrabinę. - wyjaśnił Setkowicz. - Zaręczam panu słowem honoru, że pani Klonowiecka jest naprawdę chora. Jeśli jest z wami lekarz wojskowy, niech ją zbada. Z pewnością potwierdzi moją opinię.
Szyszkow namyślał się, następnie wstał i zajrzał do sypialni. Zerknął na trupio bladą Ninę leżącą z zamkniętymi oczami i powrócił do buduaru. Zasiadł przy rokokowym sekretarzyku, będącym niegdyś prezentem hrabiego dla żony.
- No, niech tam. Zawołaj pan tę jej nianię. - uśmiechnął się złośliwie i dodał z fałszywym współczuciem: - Wdowie należą się jakieś względy, ostatecznie niedawno zabiliśmy jej męża.
Setkowicz zacisnął pięści i poczuł morderczą chętkę, zatopienia najostrzejszego skalpela w jego sercu. Jaga siedziała w sieni, skulona z zimna, oczekując na wezwanie do buduaru. Umierała z niepokoju o Ninę. Ujrzawszy ją, leżącą w łóżku nieruchomo, jak martwą, rozpłakała się i zaczęła ją cucić, zwilżając twarz wilgotnym ręcznikiem.
Nina na moment otworzyła oczy i zaledwie poruszając ustami, szepnęła:
- Listy !!!
Jaga rozpromieniła się, lecz natychmiast ponownie przybrała zrozpaczoną minę udając, że nie może Niny docucić.
- Panie doktorze! - zawołała. - Proszę mi podać sole trzeźwiące. Są w tej szkatułce.
Setkowicz wziął szkatułkę i podał ją niani. Sięgnąwszy do niej szybkim jak myśl ruchem, Jaga pochwyciła listy i schowała je do przepastnej kieszeni sukni.
     Zemdlona Nina uśmiechnęła się leciutko. 
Szczegółowa rewizja trwała kilka godzin.        
Lecz prócz kilku     nieistotnych drobiazgów, nie znaleziono nic ważnego. Szyszkow był tym faktem bardzo zawiedziony. Najwidoczniej nie chodziło tylko o znalezienie kompromitujących dowodów winy, ale o coś znacznie ważniejszego. Wraz z żandarmem, przybyło dwóch zasuszonych carskich urzędników, którzy wezwali pana Bochniaka i zażądali od niego ksiąg majątkowych. Zaczęli je pedantycznie sprawdzać, porównując z przywiezionymi notatkami. Rządca nagle doznał olśnienia zrozumiawszy, po co jesienią przybyli do Makowa urzędnicy z guberni. Każdy mebel, krowa czy koń, były odnotowane i teraz sprawdzano, czy czegoś nie ubyło. W sieni utyskiwali nad rozbitym kulą lustrem, a zniszczony fortepian Pleyela, wywołał u nich prawdziwą panikę. Przywołali majora i pokazali mu potrzaskany instrument, a oficer aż poczerwieniał z gniewu. Dowiedziawszy się, że tego czynu dopuścił się lejtnant Dońców, Szyszkow nie posiadał się z wściekłości.
- Nie pamiętacie z jakiego pułku był ten sukinsyn?
- On nie żyje, bo panowie z lasu go zabili. - poinformował go z jawną satysfakcją Bronek, młodszy lokaj.
- No, choć raz czegoś nie sknocili! - mruknął Szyszkow. - Sam bym go kazał rozstrzelać. Taki fortepian, to przecież wielki majątek! Żeby się tylko mnie się o to nie czepiali! - był taki zły, że z jego ust popłynął istny potok soczystych rosyjskich przekleństw.
Sapiąc i pomstując poszedł do sypialni.
- Lepiej się pani czuje? - zagadnął Ninę.
- Nieco lepiej.
- Więc proszę wstać, ubrać się i przyjść do sali jadalnej. Gratuluję pani znakomicie wytresowanej służby, ale to pani w niczym nie pomoże.
- Jestem aresztowana? - uniosła się, wlepiając w niego ogromne, smutne oczy.
- Ależ panie majorze, pani hrabina jest chora i każdy wysiłek może ją zabić.- oświadczył Setkowicz zastępując mu drogę.
- Niech pan milczy, nikt pana o zdanie nie pyta. Pójdzie pan ze mną. - rozkazał Szyszkow, mierząc go ponurym wzrokiem. Wykręcił się na pięcie i wyszedł, a doktora wyprowadził wartownik.
- Stało się. - szepnęła Nina. - Ześlą mnie, a może nawet powieszą.
Naraz ogarnął ją przeraźliwy strach przed małą celą więzienną, w której oczekiwać będzie na wyrok. A potem podróż w bydlęcym wagonie, lub egzekucja. Przypomniała się jej Cytadela i oszalałe z przerażenia oczy biednej Emilki. Rozłączą ją z nianią!... Nie widziała, czego boi się bardziej: powroza, rozstania z Jagą, wieloletniej katorgi na Uralu, czy zesłania na Syberię. 
To że była kobietą, nie miało znaczenia. W okresie powstania wiele kobiet stracono za "przestępstwa polityczne". Sądy doraźne pracowały bezlitośnie, a ona była żoną naczelnika oddziału powstańczego, przemycała do Królestwa broń i zastrzeliła rosyjskiego żołnierza! Władze carskie potrafią udowodnić, że cały czas utrzymywała leśny obóz. Wprawdzie jak dotąd, Rosjanie nie znali wszystkich jej "grzechów", ale policja i żandarmeria miały swoje sposoby i potrafiły dotrzeć do sedna sprawy.
W uniesieniu, zarzuciła ramiona na szyję niani, tuląc się do niej rozpaczliwie.
- Boję się! Och, jakże strasznie się boję! - rzuciła jej do ucha.
Jaga była zdruzgotana. Oddałaby chętnie własne życie, żeby uratować Ninę, ale była bezsilna.
- Ja także się boję o ciebie, córeczko. Ale nigdy ciebie nie opuszczę i zawsze będę z tobą. - pocieszała ją, pieszczotliwie gładząc jej włosy. Truchlała w głębi duszy, uświadomiwszy sobie, że jej poświęcenie nie zda się na nic, bo z pewnością je rozdzielą. Ta myśl wydała się jej gorsza od śmierci. Wszedł kozak i wezwał Ninę do majora.
Szyszkow siedział w wielkiej sali jadalnej i jadł obiad w towarzystwie oficerów. W piecach i wielkim kominku płonął jasny ogień, a na porcelanowych półmiskach leżały pieczone gęsi i indyki, widocznie pokradzione gdzieś indziej, bo w Makowie dawno już nie widziano takich przysmaków. Na widok apetycznie przyrumienionych płatów białego mięsa, Nina przełknęła ślinę. Była głodna i bardzo się tego wstydziła. Nikt nie poprosił jej żeby usiadła, więc stała wyprostowana, wsparłszy się dłonią o róg gdańskiego kredensu. Oficerowie przerwali posiłek i przypatrywali się jej z ciekawością. Wszyscy byli młodzi i widocznie niedawno w wojsku.
Zapewne major i urzędnicy, przyłączyli się do jakiejś większej ekspedycji wojskowej, bo niewątpliwie był to doborowy oddział gwardyjski. W jego skład wchodzili strzelcy fińscy, znani z okrucieństwa, z jakim zabijali polskich jeńców. Prócz Finów, był oddziałek Kozaków-Czerkiesów, rekrutujący się z elity młodzieży rosyjskiej. Pod wpływem szalejącej propagandy w prasie rosyjskiej, synowie szlachty i arystokracji, masowo zgłaszali się do wojska, aby walczyć ze zbuntowanymi Lachami. 
Prasa rosyjska, pod wpływem szowinisty i polakożercy Michaiła Katkowa, dziennikarza i właściciela poczytnej gazety, kształtująca opinię społeczeństwa rosyjskiego, szeroko rozwodziła się nad rzekomymi bestialskimi zbrodniami, popełnianymi przez polskie "szajki miateżne." Polscy bandyci nie tylko napadali nocami na uśpione osady, zabijając niewinnych śpiących mieszkańców, ale - co za potworność! - rozpruwali brzuchy ciężarnym kobietom!
Ta podła, kłamliwa propaganda zrobiła swoje, i wielu młodych mężczyzn z najlepszych domów rosyjskich, przybyło do Polski, aby gromić "tchórzliwych rabusiów"i stanąć w obronie napastowanych polskich kobiet! Na początku powstania, wielka księżna Aleksandra, wraz ze swoimi damami dworu, żegnała wyruszających do boju bohaterów, wieńcząc ich kwiatami i zalewając się łzami z dumy i wzruszenia. Jednakże wiele miesięcy ciężkiej partyzanckiej walki, skrystalizowało poglądy niektórych młodych oficerów. Zaczęli inaczej oceniać powstanie i jego żołnierzy. Tchórzliwi bandyci, okazali się odważnymi do szaleństwa partyzantami, umiejącymi świetnie posługiwać się bronią i stającymi do nierównej walki z bezprzykładną odwagą i poświęceniem.
"Krzywdzona " ludność polska, uparcie nazywała bandytów powstańcami i modliła się o ich zwycięstwo, spoglądając na "wyzwolicieli" z nienawiścią. Nikt z tych młodych oficerów nie dawał już wiary, w sensacyjne artykuły prasowe, opisujące coraz to wymyślniejsze zbrodnie buntowników. Za to coraz głośniej mówiło się w pewnych sferach rosyjskich, o przystępującej do powstania polskiej socjecie, a nawet zagranicznych arystokratach. Wiedziano, że do walki przystąpili książęta Czartoryscy, Lubomirscy, książęta Czetwertyńscy, Sapiehowie, nie licząc hrabiów i baronów oraz szlachty, a więc ludzi wywodzących się z rodów, przy których Romanowowie byli po prostu parweniuszami.
Rodakowski. Portret ks. Leona Sapiehy
 "Czerwony książę" Leon Sapieha, psuł krew Austriakom, a w Wielkopolsce hrabia Działyński, zastawił cały swój majątek za milion talarów, oddał pieniądze władzom powstańczym i sam brał udział w walce, do końca nie tracąc nadziei w zwycięstwo. Za jego przykładem poszli inni arystokraci wielkopolscy. Przede wszystkim jednak, szeptem opowiadano sobie, że dowódcą armii powstańczej w Górach Świętokrzyskich, jest spokrewniony z carem, pułkownik gwardii cesarskiej hrabia Józef Hauke. Obecność jego w tym buncie, budziła zdumienie i niewiarę w propagandę głoszoną przez rosyjską prasę.

Przybywając do Makowa, oficerowie ujrzeli na własne oczy magnacką siedzibę poległego buntownika z tytułem hrabiego, niegdyś oficera czerwonych huzarów gwardii. Trudno było wyobrazić sobie, że właściciel takiego pałacu, napadał na bezbronne osiedla i rozpruwał kobietom brzuchy! Opowiadano sobie po cichu, że hrabia był wychowankiem Korpusu Paziów i walczył w oddziale generała Hauke. Młodzi oficerowie z największą niecierpliwością oczekiwali na pojawienie się hrabiny, spodziewając się ujrzeć starszą damę zalaną łzami i załamaną śmiercią męża. Nagle lokaj w galowej liberii, uroczyście otworzył obie polowy drzwi i gromko oznajmił:
- Jaśnie oświecona pani hrabina!
Wszyscy zamarli, kiedy do jadalni weszła lekkim krokiem młodziutka, niepospolicie piękna dziewczyna, w czarnej aksamitnej krynolinie przybranej futrem soboli. Przystanęła przy kredensie i patrzyła na nich ślicznymi, jasnymi oczami, z chłodną wzgardą. Wedle wprowadzonego przez namiestnika Berga prawa odpowiedzialności zbiorowej, ta delikatna kobieta winna była zbrodni popełnianych przez męża-bandytę i buntownika. Oficerom, ludziom z najlepszych rodzin, taka myśl wydała się po prostu absurdalna. Zaintrygowani, przypatrywali się jej z ciekawością, oczekując na to, co powie:

- Lekarz pani upiera się, że jest pani chora. No, może to i prawda, ostatecznie przed trzema dniami została pani wdową.
Nie zaprzeczyła, bo żałosne wykręty nie miały już sensu i drażniły tego łotra.
- Przez wzgląd na pani słabość, potraktowano panią łagodniej, niż pani na to zasługuje.- ciągnął żandarm.
- Nie proszę o łaskę! - oświadczyła z godnością.
- Toteż nie jest to łaska, a jedynie prolongata kary, do momentu pani wyzdrowienia. - pouczył ją surowo.- My, Rosjanie, potrafimy być wielkoduszni. Może pani potraktować to złagodzenie kary, jako rodzaj rewanżu, za opiekę okazywaną naszym żołnierzom. O dalszych krokach poinformuję panią za moment, a teraz proszę przeczytać pismo naczelnika wojennego guberni radomskiej, jego dostojności generała Uszakowa.
Mówiąc to, wskazał na leżący na stole plik dokumentów opatrzonych pieczęciami i podpisami. Potem powrócił do przerwanego posiłku, ogryzając z apetytem udko indycze i bez ceremonii, rzucając kości na biały holenderski obrus. 
Nina podeszła do stołu i świadoma, że oczy wszystkich biesiadników skierowane są na nią, drżącą ręką wzięła dokumenty. Niestety, pisane były cyrylicą, więc przewracała kartki coraz więcej zdenerwowana, nie rozumiejąc, czego dotyczą te pisma urzędowe. Na koniec odłożyła je i potrząsnęła głową.
- Nie znam biegle pisowni rosyjskiej.
Szyszkow nie krył oburzenia.
- To skandal! Nie umie pani posługiwać się w piśmie i w mowie językiem swego władcy?
- Ależ umiem. Władam językiem króla polskiego!
 Żandarm skrzywił się jak po occie, a kilku oficerów z trudem powstrzymało wybuch śmiechu.
- Kto w tym domu mówi i czyta dobrze po rosyjsku? - Szyszkow niezadowolony, że przerwano mu posiłek, posłał jej kose spojrzenie.
- Pan doktor Setkowicz, pan Bochniak, mój administrator, oraz panna Mira, moja towarzyszka.
- Wezwać doktora! - rozkazał żandarm.
Strażnik wprowadził Setkowicza, który spojrzawszy na stojącą jak posąg Ninę, zwrócił się do majora:
- Zbadałem rannych i stwierdzam, że są już zdolni do dalszej służby. Tylko ten najmłodszy wymaga jeszcze opieki lekarskiej.
- No, to zuch z pana! - pochwalił Szyszkow. - Mówi pan dobrze po rosyjsku, więc niech pan przeczyta tej kobiecie dokumenty, bo widzę, że nawet nie wie, co trzyma w ręku.
Nina nieznacznie przygryzła wargę, rozpaczliwie starając się nie okazywać przerażenia. Setkowicz chętnie przyjąłby na siebie wszystkie wymierzone w nią ciosy, lecz mógł tylko bezsilnie patrzeć na jej mękę i poniżenie. Rzuciwszy okiem na pierwszą stronę dokumentu, pobladł i przez moment nie był w stanie wydusić z siebie słowa.
- Proszę, niech pan czyta. - odezwała się, bezwiednie zaciskając dłonie.
Opanowawszy się, Setkowicz beznamiętnym głosem jął głośno czytać, jednocześnie tłumacząc treść na język polski. Był to wyrok sądu wojennego, skazującego Aleksandra Iwanowicza Klonowieckiego, byłego rotmistrza czerwonych huzarów gwardii cesarskiej, dziedzica Makowa et cetera2, et cetera, na karę śmierci przez powieszenie, za czynny udział w buncie, przeciwko władzy Najjaśniejszego Aleksandra II, z łaski Bożej cara Samodzierżcę Wszech Rusi, króla Polski, et cetera. Ponadto odbiera się skazanemu prawo do indygenatu szlacheckiego, tytułu hrabiowskiego oraz wszelkich praw obywatelskich na zawsze. Majątki skazanego, w nieruchomościach i ruchomościach, a także pieniądze przechowywane w bankach, listy zastawne i kosztowności, ulegają konfiskacie na rzecz Skarbu Państwa.
W tym miejscu, nastąpiła długa lista nazw wsi, folwarków, młynów, tartaków, różnych zakładów, domów i gruntów, a także dokładne wyszczególnienie przestępstw, popełnionych przez skazanego, przeciwko dobrotliwej i prawowitej władzy cesarskiej. Setkowicz ani razu się nie zająknął, głośno i wyraźnie czytając suche formułki prawne, jakby chciał dać Ninie czas do zebrania zmysłów. Tym samym dobitnym tonem odczytał rozkaz, na mocy którego, żona skazanego Klonowieckiego, Janina Alfredowna z Nałęczowskich Klonowiecka oraz jego potomstwo, tracą na zawsze szlachectwo, tytuł i prawo do ubiegania się o zwrot majątków, zostając zaliczeni do stanu krestiańskiego, czyli chłopskiego. Zabrania się im powrotu do Makowa pod karą trzech lat zesłania do Tobolska.
Mózg Niny jakby przestał pracować, a jej ciało stało się bezwładne i odruchowo chyliło się do upadku. Setkowicz nieznacznie podtrzymał ją ramieniem. Nie, to nie może być prawda! To tylko sen, bardzo zły sen....Wszystkie doznania docierały do jej świadomości w zwolnionym tempie i zostały przetworzone w ciągu nieskończenie długich minut. Spodziewała się aresztowania, nawet zesłania, a w najgorszym przypadku egzekucji, lecz nie zdawała sobie sprawy, że władze carskie mogą jej zabrać wszystko. Nie, tylko nie Maków - nie jej ostatnią wielką miłość!
Setkowicz zamilkł i bał się na nią spojrzeć. Obawiał się, że Nina zaraz upadnie i zemdleje, albo z płaczem zacznie błagać tych oprawców o łaskę. Ale nic takiego się nie stało. Nina wysłuchała straszliwego wyroku bez drgnienia, z kamiennym wyrazem twarzy, nie spuszczając jasnych oczu z twarzy Szyszkowa. Pod wpływem tego spojrzenia, żandarm zaczął się niespokojnie kręcić, dławić i kęs mięsa utkwił mu w przełyku.
- Przecież to nie ja... - mruknął, byle coś powiedzieć. - Ma pani dzieci?
- Nie.
- Tym lepiej, bo buntownicy nie będą się mnożyć. - zaśmiał się ordynarnie. - My, Rosjanie, nie tolerujemy zdrady nawet u własnych dzieci. Pan generał Osten-Sacken wykrywszy, że jego syn, sprzyja polskim bandytom, zarąbał go szablą na śmierć. Oto wzór patriotyzmu! Biada temu, kto wzbudzi gniew cara!
Nina wolała nie ujawniać, że urodziła córkę, bo wówczas wyszłoby na jaw, iż dziecko przyszło na świat w Krakowie, gdzie przebywała nielegalnie.
- A co się stanie z Makowem? - spytała tak obojętnie, że Szyszkow popatrzył na nią z mimowolnym respektem.
- Nie wiem. - wzruszył ramionami, nalewając sobie do kieliszka burgunda. - To już sam namiestnik, pan generał hrabia Berg postanowi. Z pewnością większość folwarków zostanie wystawiona na sprzedaż, ale sam Maków to perła: nie zdziwiłbym się, gdyby cesarz w drodze łaski obdarzył nim kogoś bardzo zasłużonego.
- A moja służba?
- Czort z nimi! Niech idą gdzie chcą. Ja człowiek łagodny, nie poślę ich na Sybir, choć zasłużyli, pracując u takiego zdrajcy, jak ich pan! Pałac na razie będzie zamknięty, a stróż zaopiekuje się ogrodem, żeby takie wspaniałe rośliny się nie zmarnowały. - przerwał, by nabrać sobie z salaterki sałatki. Skosztował i mlasnął. - Ma pani znakomitego kucharza. Aha, proszę mi wydać wszystkie klucze od domu.
Jadł ze smakiem, dolewając sobie wina i nie patrzył w jej stronę, pragnąc celowo upokorzyć ją i zranić. Zawiodła jego oczekiwanie, bo nie załamała się i przyjęła wyrok spokojnie i z godnością. To go gniewało, lecz wypity alkohol łagodził rozdrażnienie, więc odsapnął i rzekł pogodnie :
- Proszę się przygotować do drogi. Wolno pani wziąć z sobą tylko rzeczy osobiste. Ma pani godzinę na spakowanie się. Na razie zatrzyma się pani w Bodzentynie, aż do chwili dalszych rozporządzeń. Wprawdzie nie ma tam teraz naszych placówek, ale nie radzę pani próbować ucieczki, bo dzień i noc będzie pani pod okiem naszych obserwatorów. W razie nieposłuszeństwa, zostanie pani natychmiast odesłana do Radomia i osadzona w więzieniu! Co to ja jeszcze chciałem powiedzieć: a, już wiem! W tym domu nie ma żadnych znaczących kosztowności, biżuterii, sreber stołowych i innych przedmiotów, które musiały się tutaj znajdować. Gdzie się to wszystko podziało?
- Srebra i biżuterię mąż zdeponował za granicą. - powiedziała, wbijając sobie paznokcie w ciało, bo obawiała się, że nie wytrzyma tej męki i zacznie głośno krzyczeć, wyć wniebogłosy i walić głową o ścianę. 
  Nie, nie wolno jej okazać słabości, niegodnej małżonki hrabiego Klonowieckiego i pani Makowa. Ci siepacze tylko na to czekają. Spostrzegła, że niektórzy młodsi oficerowie spoglądają na nią z jawnym współczuciem, ale byli i tacy, którzy nie wahali się posyłać jej ironicznych uśmieszków i zuchwałych, taksujących, pożądliwych spojrzeń.
- No, to by było na tyle! - zakończył Szyszkow rubasznie. - Hm, pewnie ma pani do mnie urazę, co?
Zmierzyła go wyniosłym, lodowatym wzrokiem.
- Nie, za co? Jest pan tylko sługą swego pana.
- Co pani przez to rozumie? - zapytał groźnie.
- Dokładnie to, co powiedziałam. Zależy, co p a n przez to rozumie!
Nie obdarzywszy go więcej ani jednym spojrzeniem, wyszła wolnym krokiem z jadalni.
Pałacowa klatka schodowa
 W sieni zabrakło jej sił i usiadła na marmurowych schodach. Schwyciła się obiema rękami za głowę i do krwi zagryzła usta, tłumiąc krzyk wzbierający jej w gardle. Gdyby nie duma, wyłaby przeraźliwie i zawodząco, jak pies nad trupem swego pana. Od całkowitej utraty panowania, uratował ją hałas i zbliżające się głosy żołnierzy.
Poderwała się  i przybrawszy obojętną minę, poszła do gabinetu po klucze.    Nie musiała tego robić sama, lecz koniecznie chciała raz jeszcze zobaczyć ulubiony pokój męża i pożegnać dom. W sejfie, za portretem kasztelana, leżała reszta pieniędzy, ale teraz nie miała do nich dostępu, bo w gabinecie siedzieli urzędnicy i pan Bochniak.
Po raz ostatni szła tym korytarzem, po miękkim dywanie. Zajrzała do sali balowej i mocno objęła ramionami marmurową kolumnę. Tyle razy tańczyła na tej lśniącej posadzce... W wielkim salonie otworzyła wieko Pleyela, i jednym palcem, cichutko, wystukała pierwsze takty chopinowskiego "Larghetta".

Zatrzymała wzrok na pięknych oszklonych gablotach, mieszczących wspaniałe zbiory medalierskie, zbierane gorliwie od XVIII wieku, przez hrabiów Klonowieckich. Pokiwała głową i wyszła, nie oglądając się za siebie. Zajrzała do swego dawnego zielonego pokoju, gdzie była taka szczęśliwa... Na komodzie tykał rokokowy zegar, grający pieśń o miłości Ojczyzny. 

Pałacowa sala balowa
W gabinecie duszno było od dymu z papierosów. Przy biurku siedzieli dwaj carscy urzędnicy, a przed nimi stał pan Bochniak, blady, spocony, ze wzrokiem płonącym gniewem. Śmierć hrabiego była dla niego ciężkim przeżyciem, lecz miał nadzieję, że dalej będzie służył pomocą młodej dziedziczce, którą czcił, podziwiał i kochał jak ojciec córkę. Konfiskata całego majątku, była dla niego jak uderzenie pioruna i całkiem go załamała. Ujrzawszy wchodzącą Ninę, rzucił się ku niej, strącając po drodze z biurka rozłożone tam mapy posiadłości.
- Pani hrabina!
- Przyszło się nam pożegnać, kochany panie Bochniak. - powiedziała, uśmiechając się mężnie, mimo że oczy zachodziły jej łzami. - Muszę opuścić Maków i zamieszkać w Bodzentynie.
- Słyszałem. - westchnął i pochwyciwszy jej dłonie, pokrywał je pocałunkami i moczył łzami. - Nigdy mi się nie śniło, że ja, stary sługa hrabiów, dożyję takiej chwili, kiedy moja ukochana pani, zostanie wyrzucona z własnego domu. Boże miłosierny!...
- Gdziekolwiek losy mnie rzucą, zawsze będę pamiętać o naszej przyjaźni. Proszę uściskać ode mnie małżonkę i dzieci. Mąż bardzo wysoko cenił pana i uważał za swego dobrego przyjaciela i powiernika. - urwała, bo nagle uświadomiła sobie, że mówi już o Aleksie w czasie przeszłym i dokonanym. - Jeśli to możliwe, proszę wypłacić ludziom zasługi za pół roku z góry.- szepnęła.
- Wedle rozkazu, pani hrabino. - powiedział, podkreślając dobitnie jej tytuł, którego nie miała już prawa używać.
Jeden z urzędników, podniósł głowę znad dokumentów i posłał mu drwiące spojrzenie, z lekka wzruszając ramionami.
- Niech pani hrabina raczy dziś zatrzymać się u Mośka w Bodzentynie. - pan Bochniak dał jej oczami znak, że to pewny człowiek. - Wprawdzie karczma jest brudna i pełno tam pijaków, ale Żyd to mój znajomy.
- Dziękuję. Do zobaczenia. - szepnęła, ściskając mu rękę.
- Niechże nam pani nie przeszkadza. Jesteśmy zajęci! - ofuknął ją opryskliwie jeden z urzędników.
Posłała mu wyniosłe spojrzenie i otworzyła oszkloną szafkę. Wyjęła z niej dwa pęki kluczy: oryginały i duplikaty. Postanowiła duplikaty wręczyć Szyszkowowi, zatrzymując oryginały. Dopóki będzie miała przy sobie klucze do ukochanego domu, jego mała cząstka pozostanie na zawsze przy niej. Może kiedyś odda je córce, jako najdroższą pamiątkę po ojcu, a zarazem spadek po nim. Rzuciła za siebie ukradkowe spojrzenie. Tak często widziała przy tym biurku jasną głowę Aleksa, pochyloną przy pracy. Kiedy coś pisał, ona siadała z robótką na skórzanej kanapie i przypatrywała się mu, nigdy nie syta jego widoku. Pod wpływem jej wzroku, podnosił głowę, przerywał pracę i uśmiechał się, albo wstawał i brał ją w ramiona.
 Grottger.  W tę noc styczniową...
  W tę noc styczniową, tutaj powiedział jej, że za kilka dni wybuchnie powstanie i to był już koniec ich małżeńskiego szczęścia. Raz jeszcze ogarnęła spojrzeniem cały gabinet, żegnając się z nim na zawsze. Spojrzała na portret kasztelana, posyłając mu żałosny uśmiech. Z opuszczoną nisko głową pośpiesznie wyszła, kryjąc wstydliwie strumień łez spływający po policzkach. Zajrzała jeszcze do kilku salonów i rzuciwszy na nie okiem, prędko zbiegła po schodach do swoich pokoi.
W sypialni, Jaga kończyła pakować rzeczy, zanosząc się od płaczu. Nina odetchnęła widząc, że niania już wszystko wie i nie trzeba jej nic tłumaczyć.
- O Jezu, chyba Bóg nie ma nad tobą litości! - zawołała niania. - Ci nędznicy zabrali ci wszystko: męża, dom, majątek. Drugi raz w moim i twoim życiu, wyjdziemy z naszego domu na tułaczkę.
- Nie płacz, nianiu.
- Nie płaczę nad sobą, tylko nad tobą, moje ukochane dziecko. Ubierz się ciepło, kotku, pomogę ci. Radzę włożyć na siebie dwie suknie. - pomimo rozpaczy Jaga nie traciła przytomności umysłu. - Bierzesz tylko rzeczy osobiste? Głupstwo, przecież musimy wziąć z sobą pościele. Wyciągaj kufry!
- Słusznie, nianiu. - Nina rzuciła się do szaf w garderobie. - Ten bydlak nie będzie mi dyktował, co mam z sobą zabrać! W jeden kufer nasze rzeczy osobiste, suknie i płaszcze, a w drugi pościele i bieliznę. Czekaj, przecież nie mogę im pozostawić portretu Alka! Gdzie są nożyczki? Muszę wyciąć portret z ram!
Pochwyciła nożyce i popędziła do pokoju męża. Weszła na krzesło, sięgając po portret. Był ciężki i z trudem zniosła go i postawiła na posadzce. Promienie zachodzącego słońca, padły wprost na jego piękną, poważną twarz. Miała złudzenie, że oczy męża patrzą na nią ze współczuciem. Uśmiechnęła się do niego z wyrazem nieopisanej miłości, widząc jego twarz przez zasłonę z łez.
 - Ukochany mój, czuwaj nade mną. - szepnęła.
Starannie wycięła obraz ze złotych ram i z głośnym szlochem przywarła ustami do warg męża, tuląc portret do serca. Zadyszana powróciła do sypialni i dokładnie zrolowała płótno, wsuwając je do specjalnej metalowej tuby, aby nie uległ zniszczeniu. Jaga klęczała przy drugim kufrze, pełnym po brzegi i próbowała zamknąć wieko.
- Zobacz tylko, weszło więcej niż przypuszczałam. - powiedziała z tryumfem.
- Jesteś taka dzielna, moja ty, najmilsza. - Nina ucałowała policzek niani, czerwony z wysiłku. - Niepokoję się o Mirę, od rana jej nie widziałam.
- Bo zajmowała się Maćkiem, a potem te łotry zamknęły ją w osobnym pokoju, żebyście się nie porozumiewały.
Nina wyjęła z garderoby futro, a ze stoliczka zabrała leżące tam drobiazgi: torebkę, rękawiczki, chusteczkę obszytą koronkami z hrabiowską koroną. Zauważyła, że z toaletki zniknęły jej kosztowne przybory toaletowe z kutego srebra. Pod czarną krynoliną, miała przypięty woreczek, a w nim akta nadania majątku, fotografie i kilka drobnych klejnocików.
Rozejrzała się, pragnąc utrwalić sobie w pamięci obraz swojej przepięknej sypialni, gdzie tak rzadko doznawała rozkoszy, a tyle przelała łez i przeżyła godzin, dni, miesięcy niepokoju, czekając na powrót męża.
W sieni zebrali się wszyscy domownicy i służba folwarczna, pragnąc pożegnać swoją panią. Podchodziła kolejno do każdego, obejmowała i całowała. To była jej najbliższa rodzina, ludzie wypróbowani w swojej wierności. Szanowała ich i darzyła przyjaźnią, a oni nigdy nie zawiedli pokładanego w nich zaufania, nie zdradzili tajemnic pałacu. Zawsze i w każdej okoliczności, mogła liczyć na ich lojalność i przywiązanie. Kobiety przeżywały ten sam ból, co ona, potraciwszy swoich bliskich na Łysej Polanie. Zachodząc się od płaczu, całowały ją i błogosławiły prosząc, aby do nich wróciła. Westchnęła tylko... 
Żegnając się ze swą ulubienicą, szepnęła jej do ucha:
- Ulisiu, pan rządca wypłaci wam zasługi za pół roku.
- A co będzie z jaśnie panią hrabiną? - dopytywała się zrozpaczona dziewczyna.- Może ja przydam się na coś, mojej najśliczniejszej pani?
- Nie wiem, co ze mną będzie. A ty, natychmiast wracaj do rodziców i weź z mojej sypialni, co ci się spodoba. Powiedz o tym dziewczętom, i ani chwili dłużej nie zostawajcie w pałacu!
Mężczyźni, w ponurym milczeniu podejmowali ją pod nogi i całowali jej ręce. Musieli jak i ona, odejść stąd i szukać sobie gdzieś nowej pracy. W okresie ciężkiej zimy, nie było to łatwe zadanie, bo trwało powstanie i pracy nie było.
Major Szyszkow zatrzymał doktora w Makowie do czasu, aż ktoś przyjedzie po rannego kozaka i zabierze go do szpitala. Żandarm kazał przenieść go do oficyny, bo pałac miał być zamknięty. Nina koniecznie chciała pożegnać się z Maćkiem, lecz nie pozwolono jej na to. Nie zgodzono się również, aby Setkowicz towarzyszył jej do Bodzentyna, mimo iż on prosił o to Szyszkowa. Pożegnał się więc z nią, podnosząc obie jej dłonie do ust. Dotknęła pieszczotliwie palcami jego policzka. Był jej ostatnim, najlepszym przyjacielem. Dwaj żołnierze wynieśli kufry i wepchnęli je na chłopskie sanki, zaprzężone w starą roboczą chabetę.
 Szyszkow w asyście oficerów stał na ganku, oczekując jej odjazdu. Przelotnie spojrzał na kufry, lecz nie powiedział ani słowa.
- Może zechce je pan zrewidować? - odezwała się Nina złośliwie.
- Po co? Przecież domu pani nie ukradła. - oczy ich się spotkały i upokorzony żandarm spuścił powieki udając, że pilnie przypatruje się swoim butom.
- Nie można ukraść swojej własności, panie majorze! - oświadczyła dobitnie. - Czy mogę zajść do kaplicy i pomodlić się przy ołtarzu? - zapytała, błagając go w duszy, żeby wyraził zgodę. Och, tak ogromnie chciała tam pójść, chociaż na chwilę, na moment, przytulić twarz do posadzki, ucałować miejsce jego wiecznego spoczynku! Dotknąć dłonią płyty zakrywającej doczesne szczątki ukochanego!
- Nie ma na to czasu. Niech już pani jedzie. - odparł szorstko.
Z odległej stajni doleciało do jej uszu donośne rżenie konia. "Jeszcze i to! - pomyślała załamana. - Zapomniałam o tobie, najmilsza" Postanowiła swojej wspaniałej klaczy, podarunku męża, zapewnić lepszy los. Przemogła się i podeszła do Szyszkowa.
- Proszę posłuchać uważnie. W stajni pozostała moja klaczka Mignon. To czystej krwi klacz arabska i warta jest tyle złota, ile waży - tysiące rubli! Ten koń jest godny, by dosiadał go sam cesarz, jak słyszałam, znakomity jeździec. Niech nikt na nią nie wsiada, bo klacz się znarowi. Proszę odprowadzić ją do Warszawy. Generał namiestnik z pewnością doceni jej wartość i będzie wiedział komu ją ofiarować.
Westchnęła i po granitowych schodach wolno zeszła na dziedziniec. Przy saniach stali Walenty i Kumosia, trzymając w rękach małe tobołki. Dla tych dwojga starych ludzi, świat się zawalił. Stracili nie tylko ukochanego pana, ale i sens życia. Dom - będący dla nich tym, czym jest muszla dla ślimaka, nagle przestał ich osłaniać. Stali na drżących nogach, wlepiając wyblakłe oczy w okna pałacu i oczekując pokornie, aż Nina zadecyduje o ich losie.
 Te dwie siwe, nisko pochylone głowy, wstrząsnęły nią bardziej, niż własna dramatyczna sytuacja. Podbiegła do nich i objęła oboje opiekuńczo ramionami.
- Kochani moi, nie płaczcie. - szeptała. - Niech ta banda przeklętych zbrodniarzy nie widzi naszej rozpaczy!
W saniach leżała zemdlona Mira. Przez cały ten straszny dzień, nie pozwolono jej zbliżyć się do przyjaciółki i trzymano w zamkniętym pokoju. Dowiedziawszy się, co spotkało Ninę, zemdlała i musiano znieść ją do sań. Nina usiadła przy niej i wzięła jej głowę na kolana, szeptem dodając jej otuchy.
- Ostrzegam, niech pani nie waży się oddalać na krok z Bodzentyna! - zawołał Szyszkow. W narzuconym na ramiona płaszczu, stał na szczycie schodów i palił ukradzione z gabinetu hawańskie cygaro. - No, jazda, jazda! - popędzał, strzepując niedbale popiół.
Siedzący na koźle woźnica, ospale machnął batem i spracowana szkapa ruszyła, ciągnąc z trudem sanki. Z sieni, niby puszysty pocisk, wypadła kotka Bijou i skoczyła do sań, przeraźliwie miaucząc. Mira odzyskawszy przytomność, wzięła ją na ręce i przytuliła.
- Ejże!- krzyknął Szyszkow. - Niech pani zostawi tego zwierzaka. Moja żona zawsze chciała mieć taką kotkę.
Sołdat przemocą odebrał kota Mirze, a rozochoceni winem oficerowie, półgłosem czynili uwagi o urodzie obu kobiet, wybuchając cynicznym śmiechem. Szkapa przyśpieszyła kroku. Nina podniosła się i obejrzała za siebie, po raz ostatni patrząc na swój dom.

Zachodzące słońce, skośnymi promieniami oświetlało kremowe ściany pałacu, rozpalając w wysokich oknach purpurowe ognie. Granitowe kolumny portyku, rzucały błękitnawy cień na śnieg zaścielający gazon, a smoki na fontannie pokryte grubym lodem, wyglądały jak wyrzeźbione w krysztale. Gdy nadejdzie wiosna, z ich paszcz trysną strumienie wody, ale ona już tego nie zobaczy. Wyciągając szyję, spostrzegła pomiędzy drzewami krzyż na wieżyczce kaplicy. Przeprowadzona tam rewizja nic nie dała. Szyszkow nie był głupcem i osobiście dozorował żołnierzy przeszukujących kaplicę, jednak niczego podejrzanego nie znalazł.
- Do widzenia, Aleczku. - powiedziała cichutko.
Za saniami biegły psy, wypuszczone z psiarni. Szczekając i skomląc, odprowadziły ich aż do bramy wjazdowej, szeroko otwartej i nie strzeżonej. Domek portiera był pusty, bo pewnie Świtała schronił się na wsi. Kartusz z herbem rodowym hrabiów Klonowieckich, leżał wdeptany w śnieg. Na szyi orła nie było już złotej gwiazdy, uważanej przez Ninę za szczęśliwy talizman. 
Wielka aleja lipowa zamknęła się za nimi, gdy wyjechali z bramy.
 Przy drodze zebrała się cała wieś: gospodarze, kobiety i dzieci. Kobiety płakały, ocierając oczy zapaskami. Gospodarze stali w milczeniu. Kiedy sanie wyjechały z bramy, wójt pierwszy zerwał z głowy czapę, a za nim wszyscy mężczyźni obnażyli głowy i skłonili się nisko, do samej ziemi.
- Niech Bóg prowadzi jaśnie panią dziedziczkę i pozwoli wrócić do nas! - zawołał wójt.
Nina wstała i stanęła wyprostowana w saniach, przyjmując ze wzruszeniem ten spontaniczny hołd. Raz jeszcze obejrzała się za siebie, ale ponad murem okalającym park, widać było jedynie wierzchołki ogromnych drzew. Woźnica zaciął szkapę i skręcił z wiejskiej drogi na trakt, ciągnący się pomiędzy polami pokrytymi śniegiem aż do Bodzentyna.
                                        ________________________________                                                                                                                         


1Foux pas...- nietakt.
2 et cetera - i tak dalej.