piątek, 9 września 2016

Ach, ten żle wychowany lekarz!...


9 września 2016 r.
Zazwyczaj Nina dobrze znosiła jesienną pogodę, bo niezmiennie kojarzyła się jej ze wspomnieniami lepszych czasów. Balów, wesołych kuligów i zabaw w sąsiednich dworach. Lecz przeżywane obecnie nieszczęścia tak ją przygnębiły, że poczuła się źle, fizycznie i psychicznie. Otulona grubym wełnianym szalem czytała raporty, mamrocząc do siebie pod nosem. Z finansami Makowa było krucho, a kiedy zaczynała liczyć, momentalnie traciła resztę humoru. Podskoczyła niecierpliwie, gdy zapukano do drzwi. Do gabinetu wsunął się Paweł oznajmiając, że jakiś pan przyjechał chłopską furką i domaga się widzenia z jaśnie panią hrabiną. Zbladła, bo przyszło jej na myśl, że to może zła wiadomość o mężu. Skinęła głową i lokaj wprowadził do pokoju młodego mężczyznę, patrzącego wilkiem.
Przybysz był skromnie, nawet biednie ubrany, chudy i zdecydowanie brzydki. Miał pospolite rysy, niesympatyczny wyraz twarzy, a w jego głębokich oczodołach paliły się czarne oczy, błyszczące jak u dzikiego zwierzęcia. Ciemne włosy miał krótko przycięte, a jego policzki pokrywał dawno nie golony zarost. Wąskie usta były mocno zaciśnięte twardym, zgorzkniałym grymasem, przykrym u tak młodego człowieka. Wszedł i bezceremonialnie rozejrzał się po gabinecie. Skrzywił się pogardliwie, dając w ten sposób do zrozumienia, że panujący w pokoju przepych wcale mu nie imponuje.
- Czy to pani nazywa się Klonowiecka? - odezwał się pierwszy ostrym tonem.
- Tak, to ja nazywam się Nina Klonowiecka. - odpowiedziała ironicznie i pomyślała, że to raczej nie jest kurier rządowy. W większości, byli to ludzie dobrze wychowani. - A kim pan jest?
Nieznajomy nie przejął się sprawionym niekorzystnym wrażeniem. Pogrzebał w kieszeni obszarpanego płaszcza, wyciągnął pomięty, cuchnący tanim tytoniem skrawek papieru i wręczył go Ninie.
- Nazywam się Ignacy Setkowicz. - oświadczył oschle. - Mówiono mi, że potrzeba tu chirurga.
Ujęła w dwa palce przetłuszczony kawałek papieru i zobaczyła, że widnieje na nim okrągła pieczęć Rządu Narodowego. Dokument zaświadczał, że Ignacy Setkowicz jest zaprzysiężonym lekarzem i został skierowany do lazaretu w Makowie. Czytającą to Ninę przeszedł dreszcz. "Ładna historia. To już nawet w Warszawie wiedzą, że w moim domu jest lazaret. Tylko patrzeć, a wiadomość dojdzie do wiadomości Rosjan!"
- Kto poinformował władze, że mamy tu szpital powstańczy? - zagadnęła, patrząc na niego nieufnie.
Setkowicz zmierzył ją przenikliwym spojrzeniem, od czubka głowy aż po skraj krynoliny, ale odpowiedział grzeczniejszym tonem :
- Dobrze, że pani pyta, bo w tych czasach nigdy dosyć ostrożności. Warszawę powiadomił tutejszy klasztor sióstr bernardynek, że w lazarecie koniecznie potrzebny jest chirurg. - zamilkł, a po krótkiej przerwie dorzucił ze złośliwym uśmiechem: - Świątobliwe panienki nie chciały mnie zatrudnić i postanowiły podrzucić mnie, jak zgniłe jajo, łaskawej pani hrabinie. - zaśmiał się drwiąco, patrząc na nią z nieprzyjemną zuchwałością: - Nie wyglądam na salonowca, prawda? Do tego pałacu też raczej nie pasuję. Przyjechałem tutaj, ale widzę, że i pani chętnie zrezygnuje z moich usług.
"Aha, to pewnie Stasia załatwiła mi tego oryginała!" - domyśliła się Nina. Wstała, podeszła do Setkowicza i uprzejmie podała mu rękę.
- Myli się pan, bo ja naprawdę rozpaczliwie potrzebuję chirurga. Proszę, niech pan spocznie. - wskazała mu wygodny fotel, obity delikatną skórą i pozłacany. - Dotąd musieliśmy zadowalać się usługami miejscowego lekarza, lecz on nie jest chirurgiem. Mimo to, zmuszony był przeprowadzić kilka zabiegów. Proszę zdjąć płaszcz, bo ciepło w pokoju. Zaraz będzie kolacja i napije się pan gorącej herbaty. Przykro podróżować przy takiej pogodzie.
- Najpierw chcę obejrzeć chorych. - odparł zimno, nie rewanżując się jej uśmiechem. Przy powitaniu zaledwie dotknął jej palców. Ninie zrobiło się nieprzyjemnie.
- Jak pan sobie życzy. - zgodziła się potulnie, robiąc w duchu uwagę, że przybysz mógłby być nieco bardziej sympatyczny. Mimo niemiłego zachowania, młody lekarz ją zaintrygował. Zamiast polecić Pawłowi, żeby wskazał lekarzowi drogę do lazaretu, postanowiła sama go tam zaprowadzić."Ostatecznie, to nie jego wina, że jest źle wychowany. - usprawiedliwiała go przed sobą. - Przyjechał, aby leczyć rannych i to jest najważniejsze. Zobaczę, jaki z niego lekarz ."
- Oficjalnie jestem pani osobistym lekarzem i tak proszę mnie wszystkim przedstawiać. - pouczył ją wstając. - Chodźmy już.
- Może zechce pan przedtem powierzyć swoje rzeczy służącemu. - zaproponowała. - Zaniesie je do pańskiego pokoju.
- Mam przy sobie grzebień, szczoteczkę do zębów, ręcznik i walizkę z narzędziami. Mieszkać chcę przy moich pacjentach, nie tutaj! - podniósł lekarską walizeczkę i skierował się do drzwi.
Nie komentując tego, Nina zeszła z nim do sieni, narzuciła na siebie futro i okręciła głowę szalem. Weszli w ciemność, huczącą porywistym wichrem, który sypał im w oczy ostrymi grudkami śniegu. Jeszcze na ganku, Nina zapaliła małą ślepą latarenkę i ruszyli przed siebie aleją. Setkowicz nie znając drogi, potykał się o korzenie i klął pod nosem.
- Psiakrew, zęby sobie powybijam! - wrzasnął, uderzywszy głową w pień drzewa, jakie wyrosło przed nim w ciemności.
- Proszę wziąć ode mnie latarkę i świecić sobie pod nogi. Już niedaleko. - pocieszyła go zagryzając usta, żeby się nie roześmiać. - O, widzi pan ten budynek przed nami? To jest lamus i tam znajduje się lazaret.
- To znaczy, że ranni powstańcy są we właściwym miejscu!- oświadczył zjadliwym tonem. - Dopóki walczyli, wieńczyliście ich kwiatami, a kiedy dosięgła ich kula lub szabla wroga i oczekują od was pomocy, do lamusa z nimi! I tak mieli szczęście, że jaśnie pani hrabina nie położyła ich w oborze, lub nie wyrzuciła za drzwi!
- Jest pan niesprawiedliwy i wygłasza swe opinie o sprawach, o których pan nie ma wyobrażenia. - powiedziała wzburzona, zmagając się z silnymi porywami wiatru i szukając w ciemności jego oczu. - Przybył pan z Warszawy, nie ma pan pojęcia o warunkach, w jakich tu żyjemy i ośmiela się pan wydawać sądy, równie krzywdzące, jak i pochopne. Ranni leżą w lamusie, ponieważ jest nikła nadzieja, że w razie najazdu Moskali, uda się ich ukryć w stodole, w słomie i sianie, kiedy uwaga Moskali skierowana będzie na pałac. No, teraz rozumie pan, dlaczego kazałam umieścić rannych w lamusie, a nie w najokazalszym salonie?
- Wojsko rosyjskie często tu zagląda? - zapytał, nie racząc jej przeprosić za swój nietakt i nie obrażając się na jej ciętą ripostę.
 - Jak im wypadnie. Teraz kolumny wojskowe i kozacy, ciągną głównymi traktami w poszukiwaniu naszych oddziałów. Ale w lutym był tutaj generał Czengiery z cała armią, bywali i inni. Moskale rabują przy tym, co im wpadnie pod rękę i palą. Niedawno spłonął mój folwark, drugi został doszczętnie obrabowany, a dworek ekonoma spalony. Pobili mi ludzi i skrzywdzili dziewczęta. We wrześniu, zamordowali moich krewnych i spalili dom, w którym się wychowałam. Poprzednio rannymi powstańcami i chorymi wieśniakami, zajmował się mój kuzyn, również lekarz chirurg, ale we wrześniu poległ. Teraz sami musimy się o nich troszczyć, bo tylko raz w tygodniu przyjeżdża lekarz z miasteczka.
- Pani kuzyn był chirurgiem? A gdzie studiował? - zainteresował się nagle Setkowicz.
- W Kijowie, potem w Warszawie, a kończył w Pradze. Był wspaniałym lekarzem, z powołania i nazywał się Jan Borutyński.
- Janek? - Setkowicz zatrzymał się tak gwałtownie, że Nina wpadła na niego. - Mieszkał przy Placu Zamkowym?
- O Boże, to pan go znał? - zawołała wzruszona.
- Owszem. Razem studiowaliśmy, tylko że ja ukończyłem studia trzy lata wcześniej. To pani jest kuzynką Jaśka? Bywałem u nich w domu, jego matka często nas dokarmiała, choć i u nich się nie przelewało. Słyszałem coś o śmierci Janka. Ten chłopak miał bajeczną rękę do cięcia. Lubiłem go, mimo że często wychodził z niego szlachcic.
- Panie! - syknęła ostrzegawczo, gotowa spoliczkować go za jedno niepochlebne słowo o ukochanym braciszku.
- Tylko nie panie! - obruszył się, gwałtownie przystając. - Po pierwsze, teraz wszyscy jesteśmy obywatelami, bo Rząd zniósł klasy i dał wszystkim równe prawa. A po wtóre, ja mam prawo mieć o ludziach własne zdanie. Należy to uszanować.
- Ale nie musi pan tej opinii głośno wypowiadać, bo ja jej nie chcę słuchać i mam do tego prawo. Ja również mam własne zdanie i należy to uszanować! - zrewanżowała się mu pięknym za nadobne. - A o zmarłych mówi się dobrze, albo wcale. Jaś zasłużył sobie na to, by jego pamięć czczono, po jego męczeńskiej i bohaterskiej śmierci.
- Kobieto, pani wcale nie rozumie zasad demokracji! - prychnął gniewnie. - A tak na marginesie, żeby potem nie było nieporozumień. Jestem socjalistą, nie wierzę w Boga, nie chodzę do kościoła i nie znoszę klechów, arystokratów i innych darmozjadów. Pochodzę z hołoty i nie należy zapraszać mnie do pałacu, bo nie miałem kindersztuby i nie potrafię odpowiednio się zachować. Jasne?
- Dlaczego pan mi to mówi ? - zdziwiła się Nina.- Pańskie pochodzenie nie ma dla mnie znaczenia.
- Jak to nie ma znaczenia? Co pani plecie? - wrzasnął z pasją, nie ruszając się z miejsca. - Moje poglądy, z którymi nigdy się nie kryję, wydają się podejrzane i grzeszne burżujom i wielkim panom. Jak dotąd, nigdzie nie mogłem zagrzać miejsca, bo z każdej posady wylewano mnie na zbity pysk. Zgłosiłem się na ochotnika słysząc, że na tym terenie toczą się ciężkie walki, ale pobożne siostrzyczki mnie nie chciały, bo śmierdzę im siarką piekielną. Cichcem podrzuciły mnie jaśnie pani hrabinie! - jego chichot zabrzmiał w ciemnościach niesamowicie, ale jakoś wcale Niny nie przeraził.
- Niechże pan nie będzie śmieszny, doktorze. - powiedziała dziwnie spokojnie. - Od początku wiedziałam, że należy pan do Czerwonych. Pana poglądy polityczne i religijne nic mnie nie obchodzą. To pana prywatna sprawa. W moim domu będzie pan traktowany z szacunkiem, na jaki pan sobie zasłuży jako lekarz.
- No, no! Jak na jaśnie panią hrabinę, ma pani, widzę, dosyć liberalne poglądy. - mruknął z nieukrywaną ironią. - Ale z czasem pani sfera zdąży panią przekabacić.
- Mnie nie tak łatwo przekabacić, panie doktorze! Proszę uprzejmie, nie częstować mnie co pięć sekund tą panią hrabiną! Nie mówi pan tego z szacunkiem, tylko przez złośliwość i przekorę.
- Czuje się pani urażona? Bardzo nad tym ubolewam, ale taki już mam chamski, podły charakter. Powiem szczerze: nienawidzę arystokracji i szlachty. Przez waszą prywatę i egoizm klasowy upadła Polska. Nawet teraz łasicie się do zaborców i liżecie im buty. Czuję do was wszystkich taki wstręt, że tylko wzgląd na rannych żołnierzy w tym lazarecie, potrzebujących pomocy, sprowadził mnie w to miejsce.
Jego arogancja i brutalność zabolały ją jak policzek.
- W tym celu został pan tu zaproszony. - oświadczyła wyniośle. - Jeżeli panu się u nas nie spodoba, rozstaniemy się. Uważa się pan za demokratę, ale ośmiela się pan osądzać innych, nie dając im szansy obrony. Zapewniam pana, że pańskie wypowiedzi budzą we mnie niesmak, ponieważ niczego nie dowodzą. Są to tylko pospolite, utarte komunały. Osobiście znałam wielu wspaniałych ludzi, mających lewicowe przekonania, lecz nigdy nie słyszałam od nich słów tak pełnych jadu i nienawiści. Przeciwnie, byli to ludzie światli i tolerancyjni.
Podniósł latarkę wysoko i wsparty o drzewo oświetlił jej twarz.
- A kogóż to, taka wielka dama, jak pani, mogła znać? Socjaliści nie bywają w pałacach.
- Powiem panu. W moim domu bywali pan Dąbrowski, pan Ignacy Chmieleński, pan Szwarce, pan Daniłowski, Leonek Frankowski i inni członkowie KCN, o których pan może tylko słyszał. Mój ojciec, darmozjad arystokrata, uczestnik powstania wielkopolskiego, urządził sobie salon w celi twierdzy magdeburskiej, gdzie zmarł na suchoty. Nie ma nawet grobu. A mój mąż, również darmozjad arystokrata, był serdecznym przyjacielem pułkownika Zygmunta Sierakowskiego! W tym pałacu gościli pan generał Langiewicz, świętej pamięci pan pułkownik Czachowski i pan generał Hauke-Bosak! Nie zaimponował mi pan swoimi lewicowymi poglądami, bo to nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia. A teraz chodźmy, bo za chwilę zamienimy się w dwa śnieżne bałwany.
Opuścił latarnię i ruszył we wskazanym kierunku.
- Rozumiem.- mruknął. - Nie musi pani się tak chwalić tymi znajomościami, bo i tak pani nie rozumie, co reprezentowali.
- Niech pan tyle nie gada, tylko uważa pod nogi! - ostrzegła, ale było już za późno. Setkowicz potknął się o korzeń i o mało nie wylądował jak długi na ziemi. Nina chwyciła go za ramię i uratowała od upadku.
- Cholera!- zaklął. - Jak na hrabinę, ma pani krzepę! - zauważył z nutką uznania. - Daleko jeszcze? Chciałem pani tylko dać do zrozumienia, że nie zamierzam przesiadywać w salonie i bawić konwersacją, otępiałe z lenistwa i obżarstwa burżujki!
Nina była tak zaskoczona jego słowami, że zapomniała się obrazić i zwyczajnie skląć go un peu1, jak zwykła rozgniewana kobieta. Nareszcie doszli do lamusa. Setkowicz oświetlił schody, ale nie podał jej ręki, choć było ślisko.
W lazarecie było prawie ciemno, tylko na stole w kącie paliła się jedna świeca. Od drzwi buchnął na nich odór krwi, ropy, moczu i ludzkich wyziewów. Nie nadszedł jeszcze czas kolacji i wieczornych opatrunków. W kącie siedziała tylko jedna stara kobieta, używana po prostych posług przy rannych i szeptem odmawiała różaniec. Setkowicz zdjął z siebie liche palto podszyte wiatrem, powiesił je na gwoździu, razem z pomiętym kapeluszem i rozejrzał się z dezaprobatą.
- Dlaczego tu tak ciemno, do diabła? - zawołał ze złością, stuknąwszy głową o belkę.
"Jeżeli w ten sposób będzie się zachowywał przy chłopcach, to natychmiast się rozstaniemy!" - pomyślała, zaciskając usta.
- Widzę, że pan dalej niczego nie rozumie - Nina potrząsnęła gniewnie głową. - Nie możemy jasno oświetlać lazaretu, bo w razie najazdu Moskali, taki oświetlony budynek zaraz zwróciłby ich uwagę. Mamy powstanie, panie Setkowicz. Jeżeli potrzebuje pan więcej światła, zapalę lampę naftową.
- Tylko na chwilę, bo muszę obejrzeć pacjentów. - powiedział łagodniej. - Poproszę o ciepłą wodę. Czy jest tu spirytus? Należy wszystko dokładnie odkażać, bo w przeciwnym razie wybuchnie jakaś epidemia.
Ranni powstańcy styczniowi z lekarzem.
 W milczeniu zapaliła lampę, nalała do miednicy gorącej wody, gotującej się dzień i noc na piecyku - kozie. Potem podała mu czysty ręcznik i butelkę spirytusu. Setkowicz umył dokładnie dłonie i oblał je spirytusem. Nina wzięła ze stołu zapaloną lampę i zaczęli obchód. Ranni leżeli na drewnianych pryczach i na siennikach wypchanych słomą. Ale wszystkie posłania zaścielone były czystą pościelą, każdy miał pod głową puchową poduszkę, a okryty był pierzyną lub grubym pledem. Stojący na środku lamusa piecyk, rozpalony był do czerwoności, a nad nim wisiał kocioł z gorącą, wiecznie potrzebną wodą. Po kątach lamusa snuły się mroczne cienie, a powietrze ciężkie było pomimo otwartego pod sufitem okienka. Setkowicz zatrzymywał się przy każdym rannym, pochylał nad nim swoją chudą, wysoką figurę i wypytywał, jak się pacjent czuje i co mu dolega, a potem uważnie oglądał rany. Jego złośliwe, nieprzyjemne zachowanie zmieniło się diametralnie. Teraz był skupiony, a jego szeroko otwarte czarne oczy, pełne były współczucia i troski. Dotyk jego dłoni miał w sobie kobiecą miękkość i delikatność. Nina spostrzegła, że doktor posiadał niepospolicie piękne ręce, o długich smukłych i mocnych palcach. Prawdziwe dłonie artysty.
- Niech pani tu poświeci. Proszę o szarpie. Niech pani potrzyma mu ramię.- rzucał jej polecenia rozkazującym tonem, a jej nawet na myśl nie przyszło, żeby nie wykonać rozkazu.
Od smrodu ropiejących ran, krwi i jęków, robiło się jej niedobrze, ale bez protestu odwijała bandaże, podnosiła rannych, a nieprzytomnym unosiła powieki, żeby lekarz mógł sprawdzić źrenicę. Lżej ranni próbowali obsłużyć się sami, skrępowani obecnością młodej damy. Setkowicz nie rozumiał ich zawstydzenia i nie pozwalał na to. Podnosił okrycia i obmacywał ich wychudłe, obnażone ciała, nie zwracając uwagi na bliską zemdlenia Ninę. Badanie trwało tak długo, że pomyślała, iż nie wytrzyma do końca i padnie na podłogę. Nareszcie doszli do ostatniego posłania i doktor obejrzawszy pacjenta, zadowolony skinął głową.
- No, może już pani zgasić lampę, wystarczy mi świeczka. Proszę mi przysłać coś do zjedzenia i butelkę spirytusu.
Nina mimo woli otwarła buzię ze zdumienia. Zauważył jej minę i pierwszy raz uśmiechnął się kącikiem ust.
- Nie zamierzam po kryjomu upijać się pani spirytusem. Potrzebuję go do dezynfekcji narzędzi i ran, bo w tej butelce niewiele pozostało. - wyjaśnił.
- Oczywiście. Pan stanowczo nie życzy sobie zamieszkać w pałacu? Może pozwoli pan choć na kolację? - odważyła się ponowić zaproszenie, bo jego poprzednia szorstkość nie zdołała jej zrazić. Uznała, że jest w nim coś sympatycznego, a nieprzyjemne zachowanie to tylko poza, jaką przybierał. Widocznie wiele razy został w życiu skrzywdzony. Jego delikatność i troska o pacjentów, przypominały jej Jasia i przez pamięć o ukochanym braciszku, postanowiła traktować Setkowicza uprzejmie.
- Uprzedzałem panią, że będę spał przy moich pacjentach i jadał to samo, co oni. - rzucił ostro, ale spojrzawszy na nią dodał łagodniej : - Tak dzielnie mi pani asystowała, że może kiedyś dam się namówić na kieliszek wina, ale jeszcze nie dziś. Muszę koniecznie zrobić kilka zabiegów.
- Pomóc panu?
- To zbyteczne. Ale spisała się pani nieźle. Zupełnie, jakby pani była zwyczajną kobietą, a nie wypieszczoną burżujką, jaśnie wielmożną hrabiną!
- Zapewniam pana, że jestem zwyczajną kobietą. Jeśli przestanie mnie pan raczyć tą hrabiną, w zamian, wybaczę panu impertynencje, jakich się dziś od pana nasłuchałam. Cieszę się, że nabrał pan lepszego wyobrażenia o pogardzanej arystokracji.
Setkowicz skrzywił się z lekceważeniem.
- Nabrałem trochę lepszego mniemania o pani. Mego zdania o arystokracji nigdy nie zmienię. A teraz żegnam! - usiadł na krześle przy stole i natychmiast zapomniał o jej obecności, pisząc jakieś uwagi w notesie.
"On jest naprawdę źle wychowany!" - stwierdziła i posławszy mu wyniosłe spojrzenie, którego nawet nie zauważył, ubrała futro i z godnością wymaszerowała z lamusa.
- Nawet nie wyobrażasz sobie, Miruniu, jakiego dostaliśmy oryginała!- zwierzała się przy kolacji przyjaciółce. - Prawdziwy radykał! - i opowiedziała o ordynarnym zachowaniu doktora.
- Nic dziwnego, kochanie. - panna Mira nie wydawała się zaszokowana, bo sama często spotykała entuzjastów idei socjalistycznej. - Wydział medyczny w Kijowie i Akademia Medyczna w Warszawie, były kuźniami skrajnej lewicy. W stolicy wielu takich oryginałów, ale w większości to porządni ludzie i dobrzy Polacy. Mnóstwo ich gnije w carskich więzieniach, albo umierają z nędzy na suchoty. Mam wrażenie, że będziemy miały z tego Setkowicza pożytek.
- Też tak uważam. Widać po nim, że kocha swój zawód i troszczy się o chorych.
Mira spojrzała na nią z ciekawością.
- Nic nie mówisz, jak on wygląda. Przystojny? - przechyliła na ramię głowę i przyglądała się przyjaciółce jednym okiem.
- Nie. Jest raczej brzydki i zaniedbany, ale jego ręce! Takie dłonie można zobaczyć jedynie na posągach Wita Stwosza. Ma długie i gęste czarne rzęsy, ale patrzy jak zbój, spode łba. Wiesz, obserwowałam go, kiedy opatrywał rannych, jak delikatnie ich badał, troszcząc się, aby nie sprawiać im bólu. Wtedy przypomniał mi naszego Jasia. - westchnęła, wracając pamięcią do niedawnego, niesamowitego snu.- Okazało się, że Setkowicz i Jaś byli kolegami. Cieszę się, że jest tutaj, ale mógłby się milej zachowywać i być bardziej towarzyski.
Dopilnowała, żeby do lazaretu zaniesiono wygodne łóżko i porządną pościel puchową, stolik i fotel oraz parawan. Kazała posłać mu dobrą kolacje i butelkę tokaju. Kładąc się wieczorem do łóżka lękała się, że ponownie nawiedzą ją koszmary. Lecz zmówiwszy pacierz za spokój duszy proboszcza i Jasia, zasnęła nadspodziewanie szybko i obudziła się w lepszym nastroju.
Usiadła na łóżku i energicznie odrzuciła kołdrę, bo z garderoby dochodziły ciche szmery. Domyśliła się, że to Ulisia wyjmuje z szaf nie noszone rzeczy i przesypuje je bagnem-zielem, żeby się w nich mole nie zalęgły.
- Ulisiu, odsłoń kotary i otwórz okno! - zawołała. - Aha, do śniadania trzeba dać jedno nakrycie więcej, bo może nowy pan doktor zechce zjeść z nami.
Pokojówka wyszła z garderoby, dygnęła i rozsunęła kotary, szeroko otwierając okna, bo Nina lubiła dużo świeżego powietrza. Do pokoju wpadł jasny promień słońca, kryształowe sople żyrandola rozbłysły naraz tęczowymi barwami.
- Kiedy proszę łaski jaśnie pani, pan doktor raniutko zjadł już śniadanie w lazarecie i poszedł na wieś.
- Na wieś? - Nina wyszła z łóżka i podeszła do umywalni. Ulisia nalała z dzbanka do porcelanowej miednicy gorącą wodę. Umyła się dokładnie, nie zważając na płynący od okna chłód.
- A skąd ty wiesz, dokąd doktor poszedł?
Ulisia.
- Bo wypytywał ludzi, kto wsiowych leczy. Paweł powiedział mu, że najpierw był tu felczer, potem jaśnie panicz Borutyński, Panie świeć nad jego duszą, a teraz ino jaśnie panie dają lekarstwa, jak kto chory. Pan doktor pomruczał coś pod nosem i poszedł na wieś.
"Co u licha? - pomyślała zirytowana Nina. - Dlaczego on pcha się tam, gdzie go nie proszą ?" W lazarecie trafiła na poranną toaletę rannych. Starano się zachować jaką taką higienę i przestrzegano codziennego mycia chorych, zmieniania bielizny oraz pościeli. Jaga machnęła ku niej ręcznikiem.
- Zmykaj stąd! - zawołała zadyszana. - Jak skończymy mycie, to ciebie zawołam.
Nina wzruszyła ramionami z politowaniem. Nie było dnia, żeby nie musiała opatrywać mniej lub bardziej rozebranych mężczyzn. Ale niania była nieubłagana i nie było sensu się z nią spierać. Pomyślała, że poranny spacer dobrze jej zrobi i poszła wielką aleją lipową w stronę bramy wjazdowej. Wczorajszy śnieg już stopniał, lecz powietrze było zimne, bo słońce już prawie nie grzało, a jego promienie były blade i anemiczne. Najchętniej poszłaby na wieś, aby sprawdzić, co tam robi Setkowicz, ale powstrzymała się uznawszy, że doktor mógłby ją posądzić, że się nim interesuje.
Idąc długą aleją, uświadomiła sobie ze smutkiem, że dopiero wczoraj był pogrzeb proboszcza i doszła do wniosku, iż śmierć stała się w jej życiu tak pospolitym zjawiskiem, że po prostu spowszedniała, znieczulając wrażliwość. Poległych i zmarłych opłakiwano krótko, kryjąc ból głęboko w sercu. Przeszła prędko biały od szronu trawnik i duży rabat na którym kwitły jeszcze złote i śnieżne kule chryzantem. Westchnęła ciężko i podniosła głowę, słysząc turkot kół i na końcu alei zobaczyła dużą bryczkę, zaprzężoną w dwa mocne konie.
"Ciekawe, kto to przyjechał" - zastanawiała się, bo tego dnia nie spodziewała się gości. Z pewnym zdziwieniem, w siedzącej w bryczce kobiecie, rozpoznała pannę Lasewiczównę. Stangret powstrzymał konie, panna Kazimiera zeszła z bryczki i przywitała się z nią.
- Przyjechałam, jak tylko mogłam najwcześniej. - rzekła, poprawiając na głowie przekrzywiony kapelusz. - Ma pani pomoc w szpitalu?
- Nie narzekam. Wczoraj przyjechał z Warszawy pan doktor Setkowicz. Mając na miejscu chirurga, nie będziemy już bezradni w ciężkich przypadkach. Ale brakuje nam ziół, szczególnie tych na sen i na powstrzymanie krwawienia. Nie przysłano nam dotąd ani laudanum, ani morfiny, nawet opium zabrakło.
- Przywiozłam pani cały worek ziół. Mam trochę opium i laudanum, ale morfina jest bardzo trudna do zdobycia, nawet w Warszawie o nią już niełatwo. - nieładna i beznamiętna twarz panny Kazimiery rozjaśniła się uśmiechem.- Czy wolno mi będzie zajrzeć do rannych? Mam dla nich trochę słodyczy, owoce i bieliznę.
- Naturalnie. Z pewnością się ucieszą. - Nina dygnęła i pomyślała, że panna Kazimiera równie dobrze mogłaby zabrać rannych powstańców do Porajów, nie narażając Makowa na niebezpieczeństwo. Majątek Lasewiczów leżał zupełnie na uboczu, nawet kozacy się tam nie zapuszczali. Zaraz jednak przypomniała sobie, że w Porajach jest poczta powstańcza.
- W tej chwili odbywa się w lazarecie poranna toaleta i niania wypędziła mnie stamtąd. Więc może trochę się przejdziemy? - zaproponowała Nina.
- O, najchętniej. Ten park jest prześliczny, nawet teraz jesienią. Tamta alejka jest urocza, chodźmy nią!
Nie czekając na zgodę Niny, panna Kazimiera pierwsza skręciła w boczną alejkę, bo Nina wcale nie zamierzała iść w tę stronę. Alejka prowadziła do włoskiego ogrodu, gdzie dawniej stała różana altana. Nina zawsze omijała starannie to miejsce w czasie spacerów. Ale nie wypadało sprzeczać się z gościem, więc przemogła się i poszła. Panna Kazimiera rozglądała się ciekawie, podziwiając posągi powleczone już zielonkawą pleśnią, sztuczne groty i kaskady oraz fontanny we włoskim ogrodzie.
- Rodzice wspominali, że niegdyś odbywały się tutaj wspaniałe przyjęcia.- panna Kazimiera zwolniła kroku i przystanęła przy wielkim głazie narzutowym. - Były letnie bale maskowe przy latarniach, nad stawem. W grotach grały orkiestry, a goście przybywali na bale z całej guberni, nawet z Galicji.
- Ja także marzyłam o urządzeniu balu maskowego, ale wybuchło powstanie. - Nina ożywiła się na moment, lecz zaraz zmieniła temat i z oburzeniem opowiedziała o podłym zachowaniu wikarego.
Jednak panna Kazimiera wiedziała już o pośpiesznym, niemal obelżywym pogrzebie proboszcza i także nie szczędziła wikaremu słów potępienia.
- Wikary jest niepewnym człowiekiem i nie należy spodziewać się po nim niczego dobrego. - oświadczyła. - Trzeba przestrzec ludzi, żeby nie spowiadali się u niego, lecz jeździli do kościoła w Tarczku, Świętomarzu, lub do klasztoru sióstr bernardynek.
- Zrobię to. - zgodziła się Nina. - Czy ma pani może jakieś wiadomości o panu generale Bosaku?
Ale panna Kazimiera nie odpowiedziała. Była śmiertelnie blada, usta jej posiniały i zaczęła się rozglądać jakby z przerażeniem. Spojrzawszy na nią, Nina przelękła się, że kobieta zaraz zemdleje.
- Mój Boże, pani źle się czuje? - zawołała, podtrzymując ją pod ramię. - Proszę spocząć na ławce. Zaraz zawołam służących i przeniesiemy panią do pałacu. Lekarz panią zbada.
Panna Kazimiera odetchnęła kilka razy głęboko i siłą woli opanowała słabość. Podniosła się z ławki zapewniając, że czuje się o wiele lepiej. Ciągle jednak była trupio blada i miała w oczach wyraz grozy. Ruszyły naprzód i po chwili znalazły się na polanie, otoczonej niebotycznymi modrzewiami i posępnymi cyprysami. W miejscu, gdzie dawniej stała śliczna różana altanka, teraz wznosił się prosty dębowy krzyż. Pusto tu było i bardzo cicho. Nawet wiewiórki nie goniły się po drzewach, tylko na nagich gałęziach siedziały ospałe wrony, nie reagując na pojawienie się ludzi.
- Jak się pani czuje ? Może pójdziemy już do domu? - odezwała się Nina.
- Nie. To była tylko chwilowa niedyspozycja. Jakie to dziwne miejsce. - zauważyła szeptem panna Kazimiera. - Dlaczego stoi tu krzyż?
- Stoi na miejscu altany, w której zginęli Paula i Żabiec. - odpowiedziała Nina zmienionym głosem. Nie wspomniała, że w tym samym miejscu próbowano zgładzić hrabinę Teklę. To była tajemnica rodzinna i o takich sprawach nie rozmawiało się z obcymi ludźmi. Panna Kazimiera ciągle rozglądała się po polanie, potrząsając z niedowierzaniem głową. Na dnie jej szeroko rozwartych oczu czaił się lęk.
- Więc to tutaj ten nędznik wikary popełnił zbrodnię? - panna Lasewiczówna spojrzała na Ninę, szarpiąc nerwowo rękawiczki.
- Tak. - mruknęła Nina. Marzyła, żeby jak najprędzej znaleźć się z dala od tego fatalnego miejsca, nawiedzającego ją w snach.
Ale panna Kazimiera nie zamierzała stamtąd odejść. Zbliżyła się do krzyża i uklękła na gołej ziemi. Pochyliwszy nisko głowę, zaczęła się modlić, głośno wzdychając. Nina uznała, że wypada jej również uklęknąć mimo, że wcale nie miała na to ochoty. Przez jakiś czas odmawiały pacierze za umarłych, wznosząc oczy ku blademu błękitowi nieba. Czując lodowaty chłód ciągnący od ziemi, Nina pierwsza podniosła się z klęczek i otrzepała spódnicę z resztek pożółkłej trawy. Zniecierpliwiona, posłała pannie Kazimierze naglące spojrzenie."Cóż to, ona przyjechała tutaj godzinki odmawiać? - pomyślała ze złością. - Właściwie po co myśmy tu przyszły?"
- Przeziębi się pani. - powiedziała głośno widząc, że kobieta nadal trwa w modlitewnym skupieniu.
Na dźwięk jej głosu, panna Kazimiera drgnęła i szybko się podniosła.
- Bardzo przepraszam. - powiedziała zmieszana. - Przypomniał mi się mój Władek. W tym miejscu, sprawca jego śmierci poniósł zasłużoną karę, a wraz z nim ta niegodziwa kobieta. Modliłam się za nich, lecz sądzę, że w zupełności zasłużyli na swój koniec!
Odwróciła się i Nina po raz drugi zdziwiła się, zobaczywszy wyraz jej twarzy, na której malowały się nienawiść i gniew. Panna Kazimiera, wysoka i chuda, w starej czarnej sukni, której nie zdjęła, pomimo zakazu władz od dnia śmierci brata, wydała się Ninie jakaś niesamowita. Odruchowo cofnęła się o krok do tyłu. W milczeniu poszły w stronę pałacu, obie zakłopotane, nie patrząc na siebie.
W lazarecie panna Kazimiera rozdała rannym prezenty i porozmawiała z nimi przez chwilę. Z obowiązku pani domu, Nina zaprosiła ją na śniadanie, ale ona odmówiła, tłumacząc się obowiązkami. Posiedziała krótko z Mirą, obiecując przysłać więcej lekarstw i odzieży dla rekonwalescentów i nareszcie, ku cichej radości Niny, pożegnała się i odjechała. Obserwując przez okno odjeżdżającą bryczkę, Nina raz jeszcze doszła do wniosku, że nie lubi panny Kazimiery i nie chce jej widzieć w swoim domu. Za to w przywiezionym przez nią worku, znalazło się wiele cennych ziół, z których Kumosia, znająca się jak nikt na ich właściwościach leczniczych, natychmiast zabrała się do sporządzania naparów i nalewek na spirytusie.
Tego dnia Nina nie poszła już do lazaretu i nie widziała się z Setkowiczem. Nazajutrz odwiedziła lazaret w porze, kiedy doktor wizytował swoich pacjentów na wsi. Stało się to jego codziennym zwyczajem, a chłopi dowiedziawszy się, że w pałacu jest znowu lekarz udzielający bezpłatnej porady, przyjeżdżali do niego nawet z odległych miejscowości. Lękając się jakiejś zakaźnej choroby, Nina poleciła wysprzątać dawny wiejski szpitalik, zupełnie zaniedbany od czasu, gdy felczer odszedł do powstania i od dnia śmierci Jasia. Setkowicz przyjmował tam pacjentów, a asystowała mu Mira, oczarowana jego wiedzą medyczną.
Pewnej nocy przyjechał kurier rządowy, przywożąc lekarstwa i pieniądze przeznaczone na żołd dla rannych powstańców i dla lekarza. Szeregowy powstaniec pobierał dziesięć groszy dziennie. Kapitan otrzymywał dziennie dwa złote, a generał dziesięć złotych! Nina kręciła ze zdumieniem głową utrzymując, że za te pieniądze nawet wróbel się nie wyżywi.
Tymczasem traktami i polnymi drogami przemieszczały się kolumny wojska. Szły z Radomia, Kielc, Sandomierza i Ostrowca Świętokrzyskiego. Przeczesywały lasy, pozostawiając po wsiach placówki kozaków lub dragonów. Pewnego dnia, Nina powracając z Borku, napotkała duży oddział wojskowy maszerujący przez Maków. Nie zdążyła wjechać w bramę wjazdową, więc wstrzymała przed nią konia, patrząc z wysokości siodła, na mijające ją w takt bębnów szeregi. Maszerowała piechota w szarych szynelach i okrągłych czapkach bez daszka, kłusowała strojna kawaleria i sotnia kozaków, jak zwykle rozbieganych, uwijających się dokoła kolumny na swoich drobnych kudłatych konikach, bardzo zwrotnych i szybkich. 
Przechodzący żołnierze również przypatrywali się Ninie, nie mogąc oderwać wzroku od urzekająco pięknej damy, siedzącej swobodnie na wspaniałej arabskiej klaczce. Nina nie opuściła na twarz woalki i czując na sobie ich wzrok, odpowiadała nieulękłym spojrzeniem świetlistych oczu. Poprawiwszy na siodle fałdy czarnej aksamitnej amazonki, obserwowała płynącą, jak rozlana rzeka, falę mundurów i połyskujących stalowych bagnetów osadzonych na lufach karabinów. Tętniły kopyta setek koni, z głuchym dudnieniem toczyły się baterie armat, ciągnięte przez po przemarzniętej grudzie. Wyobraziwszy sobie, że te uzbrojone po zęby hordy, mogą wtargnąć do jej domu i zniszczyć go, truchlała z trwogi. Przeciwko tej potędze, z którą liczył się cały świat, stały nieliczne oddziały powstańcze, słabo uzbrojone, pozbawione artylerii, często nawet amunicji. Wśród nich znajdował się jej mąż. 
Stojąc z dumnie podniesioną głową, jakby na straży swego domu, nie okazywała ani cienia lęku. Niektórzy żołnierze uśmiechali się do niej. Nie reagowała, gdy mijający ją oficerowie, odruchowo podnosili dłoń do czapek i salutowali. Jeden z nich, młody i wesoły, podjechał do niej galopem i nie wstrzymując wierzchowca, posłał jej dłonią całusa. Nawet nie drgnęła, tylko wpatrywała się w niego swoimi przeźroczystymi oczami z taką wyniosłością i zimną pogardą, że śmiałkowi uśmiech zamarł na wargach i odjechał jak zmyty, wbijając ostrogi w boki swojego konia. Stojąca spokojnie Mignon, przestąpiła z nogi na nogę, potrząsnęła grzywą i nagle zarżała donośnie. Odpowiedziało jej natychmiast rżenie wielu koni kawaleryjskich. Nina ostro szarpnęła cugle i wymierzyła ulubienicy mocnego klapsa. Wojsko przeszło przez wieś, a Nina odprowadziła klacz do stajni i zamknęła ją w boksie, nie częstując cukrem. Mignon spojrzała na swoją panią i wyciągnęła ku niej głowę w nadziei, że dostanie coś smacznego. Ale spotkał ją zawód, pani była zagniewana i nie zamierzała dokarmiać jej smakołykami.
- Nie chcę cię znać, ty wstrętna flirciaro! - oznajmiła surowo. - Jak śmiałaś bezczelnie rżeć do dragońskich i kozackich koni? Obrzydliwa kokietka, wstydziłam się za ciebie. Nie przytulaj się do mnie! Na wiosnę oddam cię najbrzydszej fornalskiej szkapie. Czas, żebyś się oźrebiła.
Klaczka wysłuchała uprzejmie tej przemowy, strzygąc uszami i próbując polizać panią po policzku.. Ale nie okazała skruchy i Nina, wymierzywszy grzesznicy drugiego klapsa, wyszła ze stajni obrażona. Z pobliskiej piekarni dolatywał apetyczny zapach pieczonego chleba. Teraz trzeba było piec chleby codziennie, żeby nakarmić rannych. Na szczęście, dzięki jej zapobiegliwości żywności było dużo. Starczyło jej dla rannych i na ordynarię2 dla pracowników dworskich. Widziała, jak ludzie wynosili z prowentu3 pełne worki żywności.
Następnego dnia zapędził się do Makowa mały oddziałek dragonów. Nie pchali się do pałacu, zadowalając się postojem we wsi. Poprzestali na zagarnięciu kilku kur, oraz fury z sianem i sprawieniu dzieciakom lania, bo straszyły im konie. Po nich przybłąkał się do Makowa pluton piechoty. Na szczęście strażnik na wieżyczce kaplicy dostrzegł ich w porę i zaalarmował pałac. Lamus natychmiast zamknięto, a rannych przykryto wiązkami słomy i siana. Lecz przybyli żołnierze nie interesowali się lamusem. Zmęczeni długim marszem, głodni i przemarznięci, kazali sobie nagotować kaszy, popili ją wódką i poszli spać do stodoły. Odeszli o świcie, zabierając z sobą na pamiątkę sporego wieprza.
Jednocześnie ze wszystkich stron zaczęły napływać wiadomości o bitwach i potyczkach, gdyż pojawienie się generała Bosaka w Górach Świętokrzyskich, ożywiło znacznie działalność partyzancką. Z ust do ust przekazywano sobie nowinę, jak to pan pułkownik Rudowski, wpadł na czele konnej partii do Szydłowca, i niemal bez jednego strzału zdobył miasto, rozbrajając ogłupiałą załogę. Nie niepokojeni przez nikogo, powstańcy spokojnie odjechali i schronili się w borach. Wysłana pogoń nie zdołała trafić na ich ślad.
Nina zaczęła zamartwiać się o męża, mimo iż wszyscy domownicy pocieszali ją, że jest on przy boku generała i zapewne niedługo da o sobie znać. Nina wypytywała nowo przybyłych rannych, czy nie słyszeli o panu naczelniku"Czarnym", lecz oni nie byli z oddziału Bosaka i nie chcieli rozmawiać o nieznanym powstańcu. Na szczęście nie musiała martwić się długo, bo już następnego dnia po wizycie piechurów, przybył kurier i doręczył jej list od Aleksa. Pisał, że jest zdrowy, nie głoduje i jest w sztabie generała, przenosząc się z nim z miejsca na miejsce. W tym czasie Hauke-Bosak przeprowadzał inspekcję podległych mu oddziałów, unikając starć z większymi kolumnami nieprzyjaciela. Tadeusz Siekielski w krótkim czasie zebrał czterdziestu ochotników, którzy przeszli przeszkolenie w leśnym obozie. 
Powiadomił o tym generała, a Aleks w liście zrobił jej nadzieję, że przybędzie po nich osobiście, a przy okazji wpadnie do domu. W serce Niny wstąpiła otucha. Rozejrzawszy się po buduarze stwierdziła, że kwiaty w wazonach są już przywiędłe i należy je zmienić. Udała się do zimowego ogrodu i poszukawszy nożyc, zaczęła ścinać długie łodygi amarylisu, o wielkich purpurowych kwiatach. Cudownie było znaleźć się w tej oazie zieleni i rozkwitu, w samym środku ponurej jesieni. Do ogrodu zajrzał Walenty i zobaczywszy panią wszedł, krocząc bezszelestnie w filcowych pantoflach.
- Zanim pan przyjedzie, trzeba dokładnie wysprzątać dom! - odezwała się, zbierając kwiaty w bukiety. - Będziemy codziennie palić w pokoju pana, żeby było tam ciepło.
Na twarzy kamerdynera wyraz zwykłej godności walczył o lepsze z radością.
- Słucham jaśnie panią hrabinę. Jeszcze dziś dziewczęta wezmą się za robotę. Ale ja przyszedłem spytać jaśnie panią o radę. Jak mam urządzić pokój panicza?
Nina wpatrywała się w niego, nic nie rozumiejąc.
- O czym Walenty mówi? Jakiego panicza? - odłożyła na stolik kwiaty i nożyce. - Ktoś ma do nas przyjechać?
- No przecież przyjedzie jaśnie pan hrabia z paniczem Tomaszem. - wyjaśnił staruszek. - Przed odjazdem, jaśnie pan hrabia polecił mi przygotować błękitny salonik na pokój dla panicza. Mówił, że trzeba tam wstawić biureczko, półki na książki i inne rzeczy. Ale ja nie mogę sam decydować, jakie meble tam się nadają i z którego wziąć je pokoju.
Nina wsparła się o poręcz krzesła i gwałtownie zaczerpnęła powietrza. Miała wrażenie, że nagle Maków nawiedziło trzęsienie ziemi. Zaczerwieniła się mocno i przez jakiś czas nie miała odwagi przemówić.
- Czy jaśnie pan hrabia nie wspominał o tym? - Walenty patrzył na nią ze zdziwieniem.
- Naturalnie, że mówił, ale ja w tym natłoku zdarzeń, całkiem o tym zapomniałam. -  skłamała zaskoczona Nina. Nie wiedziała, jak się ma zachować i posłała mu nikły uśmiech. - Zaraz się tym zajmiemy, tylko zaniosę kwiaty do pokoju.
Wyszła z ogrodu i równym krokiem udała się do buduaru. Zamknęła szczelnie drzwi i rzuciwszy niedbale kwiaty na sekretarzyk, upadła na rokokową kanapkę, wpatrując się osłupiałym wzrokiem w sufit. Co to wszystko ma znaczyć? Tomek paniczem? Aleks ani jednym słowem nie wtajemniczył jej w swoje plany wobec chłopca. Wiedziała, że mąż pragnie Tomka wykształcić i zadbać o jego byt. Ale dlaczego nie porozumiał się w tej sprawie z nią, załatwiając wszystko w tajemnicy? Nie zamierzała komentować ze służbą poleceń męża, ale czuła się oburzona, że dowiaduje się o wszystkim od kamerdynera. 
Nie kochała swojej córki, lecz o jej interesy gotowa była walczyć z całym światem jak lwica. Nawet, gdyby musiała sprzeciwić się woli Aleksa. "Wszystko przez to, że urodziłam mu martwego synka! - pomyślała z nowym bólem. - Nie pozwolę Alkowi samemu decydować o losach naszej rodziny. Chyba nie jestem egoistką i osoba zaborczą?"
Gdyby miała być wobec siebie zupełnie szczera, powinna przyznać, że w tych określeniach było sporo prawdy. Była zaborcza i będąc od dziecka bezdomną sierotą, nie chciała dzielić się swoim domem - z nikim! Postanowiła, że na ten temat poważnie porozmawia z mężem. Podjęcie decyzji przyniosło jej odrobinę ulgi, a ucisk, jaki czuła w piersiach po rozmowie z Walentym, ustąpił. Wstała z westchnieniem i zatroszczyła się o przyniesione kwiaty. Kiedy kamerdyner zapukał, była już zupełnie spokojna.
- Już wiem!- powiedziała z ożywieniem. - W bawialni kasztelanowej znajduje się ładny zabytkowy sekretarzyk. Ma mnóstwo szufladek, chłopcy zawsze lubią coś do nich chować. Biblioteczkę weźmiemy z tego purpurowego gabineciku w północnym skrzydle.
- Zaraz zawołam Pawła i Florka, niech przeniosą meble. A łóżka nie wstawiać?
- Po co? W saloniku jest wygodna szeroka sofa. - przypomniała Nina i dopilnowała, żeby meble stanęły na wskazanym przez nią miejscu.

Kazała zmienić kotary i firanki na ozdobniejsze, a z biblioteki wybrała kilkanaście książek o tematyce podróżniczej i historycznej, ustawiając je na półkach. Pamiętała, żeby na sekretarzyku postawić atrament i pióra, a do szuflady włożyła papier listowy, ołówki i gumki. Wiedziała, że Tomek lubi czytać i robi potem notatki z przeczytanych lektur. Wstawiono jeszcze szafę na ubrania oraz komodę na bieliznę i pokój był gotowy. Nina musiała przyznać, że mąż wybrał dla chłopca odpowiedni pokój. Był słoneczny, ciepły, a dwa duże okna wychodziły na dziedziniec. Prędko zapomniała o doznanej przykrości, bo uwagę jej zaprzątnęło o wiele ważniejsze wydarzenie.
Oto do wsi przybyło kilkunastu żołnierzy rosyjskich, pod dowództwem podoficera i zamknęło szlabanem wiejską drogę prowadzącą do Sarnik i Bodzentyna. Obecność wojska we wsi, bardzo Ninę zaniepokoiła. Obawiała się, że zaczną obserwować pałac i w końcu wywęszą, że znajduje się w nim lazaret. Mogli także przechwycić przybywających nocą do domu kurierów. W każdej wsi, władze carskie tworzyły tak zwaną milicję, a wójt czy sołtys, byli odpowiedzialni za spokój we wsi. Mieli obowiązek informować żołnierzy o pojawieniu się w okolicy powstańców, lub schwytać ich i doprowadzić na najbliższego posterunku.
Za radą pana Bochniaka, Nina wezwała do pałacu wójta i nowego karczmarza Szymchę, osobiście poleconego jej przez Josela. Był to zupełnie pewny Żyd, mający syna w oddziale pułkownika Chmieleńskiego. Zaczęli się wspólnie naradzać, jak przychylnie usposobić do siebie żołnierzy i sprawić, aby nie interesowali się tym, co się w Makowie dzieje. Wójt ubolewał, że zmuszono go do powołania w wiosce milicji ale, - dodał z uśmiechem - w jej skład weszli zaprzysiężeni chłopcy, będący zwiadowcami porucznika Barycza z leśnego obozu.
 Jeszcze tego samego dnia, Szymcha zaprosił żołnierzy do karczmy i serdecznie ich ugościł, wręczając im w prezencie od jaśnie pani dziedziczki, całą beczułkę wódki. Żołnierze początkowo nieufni, a nawet wrogo usposobieni, pod wpływem smacznego posiłku i alkoholu odtajali. Odtąd, nie bardzo mając co robić, całymi dniami przesiadywali w karczmie, pijąc z parobkami, i obżerali się tłustym jadłem na koszt dziedziczki. Zajęci jedzeniem, piciem i flirtem z wiejskimi pięknościami, dziękowali Bogu, że siedzą w spokojnej wiosce i nie ma nad nimi oficera, który z pewnością wziąłby ich do galopu. 
Rozumieli, że dobry wikt i wódkę zawdzięczają łaskawości pani dziedziczki i byli jej wdzięczni, że żywi ich i poi oraz pozwala spać w cieple, podczas gdy ich koledzy, tłuką się po wertepach w pogoni za przeklętymi buntowszczykami. Na widok młodej damy, wpadali w euforię i ryczeli na jej cześć pozdrowienia, usiłując stać prosto na uginających się w kolanach nogach. Nina odpowiadała uprzejmym skinieniem głowy i mijała ich, życzliwie uśmiechnięta.
 
1 Un peu - trochę.
2Ordynaria – dodatek do płacy służby i pracowników dworskich w naturze.( zboże, ziemniaki,mąka,kasze itd.)
3Prowent – tu: miejsce rozdziału żywności z gospodarstwa dworskiego.