poniedziałek, 19 września 2016

Do Makowa zagląda bieda. Dramat Tadeusza.


 19 września 2016 r.
W Makowie wysłuchano nowin o ukaraniu chłopów z Sarnik z satysfakcją. Nikt nie żałował powieszonych, bo zasłużyli sobie na śmierć. Ninę szczególnie ucieszyła wiadomość, że między powieszonymi był parobek, który wskazał niegdyś kozakom kryjówkę Jasia! W tym czasie miała wiele innych zmartwień. Aleks nie dawał znaku życia i tylko od Tadeusza wiedziała, gdzie mąż aktualnie przebywa. Znając jego zacięty charakter, przestała się łudzić, że kiedykolwiek jeszcze odezwie się do niej. Nie miała do niego pretensji, całą winę przypisując sobie. Ogromna tęsknota i lęk o jego życie sprawiły, że była niemal chora ze zmartwienia. Nie mogła sypiać i nocami krążyła po wiejących lodem salach pałacu.
Czasami wchodziła do saloniku kasztelana i stawała przed portretem Pauli, wpatrując się w jej twarz i oczekując, kiedy ogarnie ją uczucia strachu. Ale widok Pauli już nie robił na niej żadnego wrażenia. Ta kobieta była przeszłością, a teraźniejszość okazała się tak okropna, że obawa przed upiorem wydała się Ninie śmieszna i dziecinna. Jaga obserwując jej wychudłą, smutną twarz, nie potrafiła powstrzymać się od gniewnej uwagi:
- Pan to doprawdy nie ma serca!
Nina spiorunowała ją wzrokiem.
- Nianiu, nawet tobie nie wolno krytykować mego męża! - wykrzyknęła wzburzona. - Ja w zupełności zasłużyłam na to, co mnie spotyka. Nianiu, ja ciebie bardzo kocham, ale nie powinnaś tak o nim mówić, to mnie boli! Czy nie widzisz, jak bardzo cierpię?
Jaga rozpłakała się i wybiegła z pokoju. Ochłonąwszy z gniewu, Nina przeprosiła ją, lecz od tej pory niania już nigdy nie ośmieliła się wyrażać swego niezadowolenia z zachowania pana. Na wypadek aresztowania lub ucieczki, Nina spakowała najważniejsze dokumenty i fotografie rodzinne. Postanowiła ukryć je w specjalnym woreczku, który będzie można przyczepić pod krynoliną. Przy okazji, obejrzała dawne dagerotypy i fotografie, przedstawiające rodzinę męża, oraz jego samego, w bogatym stroju pazia cesarskiego dworu. Pięknie wyglądał w strojnym mundurze huzarskim, na balach i uroczystościach pułkowych. Z niechęcią spoglądała na fotografie paryskie, bo wtedy u jego boku stała Paula, olśniewająco piękna i wytworna.
Wpatrując się w podobiznę męża, Nina zastanawiała się, co zrobi jeżeli on wcale się do niej nie odezwie? Na myśl o tym, miała ochotę położyć się do łóżka i zapłakać na śmierć. Widocznie jej nie potrzebował. Była śmieszna i naiwna mając nadzieję, że Aleks zatęskni za nią, bo było mu z nią dobrze w łóżku. Wzdychała zazdrośnie wyobrażając sobie, że po wielu dworach, gdzie powstańcy może zatrzymywali się na nocleg, znajdowały się atrakcyjne, samotne kobiety, gotowe otworzyć mu ramiona i przeżyć z nim przygodę. Jego męska uroda zawsze działała na kobiety, zmuszając je do marzeń, o jakich szanująca się dama nawet wiedzieć nie powinna. Aleks był wspaniałym, zmysłowym kochankiem, a wspomnienia o jego pieszczotach doprowadzały ją do białej gorączki.
Postanowiła, że poczeka do nowego roku. Jeśli mąż nie odezwie się do niej, wyjedzie z Makowa. Tadeusz załatwi jej przewodnika, który doprowadzi ją do Galicji, a stamtąd już droga otwarta na zachód. Pojedzie do Księstwa Poznańskiego, do Bini i zamieszka w zapisanym jej przez ciotkę majątku. Zobaczy nareszcie córeczkę i w ramionach siostry wypłacze cały dręczący ją ból. Tak zrobi!
Maciek przeżył kilka kolejnych dni po operacji, lecz nadal był nieprzytomny, znajdując się na cienkiej granicy życia i śmierci. Ten rok dla wszystkich okazał się nieszczęśliwy. Po dłuższej przerwie, która bardzo Ninę niepokoiła, nadszedł długi list ze Świerszczyn. Binia, będąca w piątym miesiącu ciąży, pewnego dnia usłyszała dobiegający z dziecinnego pokoju, krzyk starszego synka. Przerażona, myśląc, że wydarzyło się mu coś złego, zerwała się z krzesła i prędko tam pobiegła. Ale pośliznęła się na wyfroterowanej podłodze i z rozpędu upadła. Przybyły lekarz nie zdołał uratować ciąży, a przebyta operacja pozbawiła ją widoków na ponowne macierzyństwo. Dziecko okazało się dziewczynką, tak bardzo upragnioną przez Edwarda. Binia nie mogła sobie wybaczyć, że początkowo wcale tego dziecka nie pragnęła i chętnie by się go pozbyła. Po poronieniu ciężko chorowała i podniosła się z łóżka zupełnie załamana.
"Wydaje mi się, moja najdroższa Siostrzyczko, że ciąży na nas jakieś przekleństwo i obie nigdy nie zaznamy prawdziwego szczęścia" - napisała na końcu listu. Czytając te słowa, Nina poczuła dreszcz zabobonnej trwogi. Ona także nie chciała dziecka, buntowała się i życzyła sobie poronienia. Za karę Pan Bóg odebrał jej synka i uczynił bezpłodną, a teraz oto traci męża, którego okłamała twierdząc, że jest w ciąży. Postanowiła zwierzyć się Bini ze swoich zmartwień. Doznane nieszczęścia jeszcze bardziej zbliżyły je do siebie i ogromnie za sobą tęskniły. Pomiędzy Makowem i Świerszczynami nieustannie krążyły listy, przesyłane obywatelską pocztą. Polegała ona na całkowitym wyeliminowaniu carskiego i pruskiego urzędu pocztowego.                           List, z pominięciem poczty państwowej, przekazywany był z dworu do dworu i przekraczał nielegalnie granicę. Uniknąwszy cenzury, trafiał wprost do rąk adresata.
                                            ---------------------------------------
Bojowe sukcesy Bosaka, doprowadzały władze carskie do białej gorączki. Naczelnik wojenny guberni radomskiej generał Uszakow i stacjonujący w Kielcach generał Czengiery, postanowili użyć wszelkich środków w celu ostatecznego zniszczenia "miateżnych szajek". Większość powstańczej piechoty, znajdowała się na zimowych leżach, w nieprzebytych puszczach świętokrzyskich. Największe niebezpieczeństwo zawisło nad powstańczą kawalerią, przy której znajdował się sam Bosak. Generał nieustannie zmieniał miejsce pobytu, podróżując powozem ze swoim szefem sztabu pułkownikiem Zygmuntem Chmieleńskim, znakomitym partyzantem, dorównującym sławą Heydenreichowi i Czachowskiemu. Namiestnik hrabia Berg, wyraził stanowcze życzenie, aby niewielka armia Bosaka została rozgromiona, a on sam zabity lub wzięty do niewoli. Z generałem Bergiem żartów nie było, bo straszliwy staruch, z niemiecką dokładnością, pilnował wykonania swych rozkazów i karał za najmniejszą niesubordynację. 
We wszystkich garnizonach ogłoszono alarm i zaraz ruszyła wielka ofensywa, zdążająca ze wszystkich miast i miasteczek guberni radomskiej i kieleckiej, do jednego celu: a był nią Bosak i jego kawaleria. Przez kilka mroźnych grudniowych dni, pięć tysięcy żołnierzy rosyjskich uganiało się po polach i lasach, polując na pięciuset jeźdźców polskich i zamierzając wziąć ich w kleszcze. Ziemia świętokrzyska zalana była wojskiem i taborami ciągnącymi za armią. W pogodne gwiaździste noce, aż zakrzepłe od strasznego mrozu, w bezchmurne niebo znowu wzbijały się purpurowe łuny pożarów. Na ten złowieszczy widok, ludzie drżeli z niepokoju.
- Jezus Maryja, Moskale idą! Boże, kozacy palą wsie i miasta! - rozlegały się zewsząd okrzyki trwogi.
Płonęły małe białe dworki, wtulone w gąszcz sadów, paliły się zabytkowe miasteczka, pamiętające czasy pierwszych Piastów i najazdy Tatarów. Ginęły w ogniu ludne wsie, a wypędzeni z własnych domów ludzie, głodni, bici i zziębnięci, przeklinali zarówno zaborców jak i Rząd Narodowy, oskarżając go, nie bez racji, o sprowadzenie na kraj strasznego nieszczęścia.
Nina wzdychała, wysłuchując dramatycznych relacji sąsiadów i Tadeusza.
- Łaska boska, że te hordy omijają na razie Maków.- powiedziała to jednak chyba w złą godzinę.
Jeszcze tej samej nocy dotarła do Makowa część kolumny Alienicza. Tych żołnierzy kobiety na szczęście nie interesowały. Byli skostniali z zimna, głodni i bardzo źli. Dowodzący oddziałem kapitan, w drucianych okularach, kaszlący jak gruźlik, wyglądał raczej na urzędniczego gryzipiórka, niż oficera niezwyciężonej armii. Kazał podać sobie obfitą kolację, najadł się do syta, napił wódki i położywszy się w buduarze, na wybitej atłasem kanapce, natychmiast zasnął.
W tym samym czasie, jego podkomendni, dobrali się do obór i chlewików, serowni i kaszarni, kradnąc ze spichlerzy, co im tylko wpadło pod rękę i ładując zdobycz na również ukradzione wozy. Nie pomogły protesty pana Bochniaka, ani krzyki Niny, usiłującej obudzić śpiącego oficera z pijackiego snu. Nie otwierając oczu, opędzał się, jak przed natrętną muchą i spał dalej, z szeroko otwartymi ustami, z których wydobywało się głośne chrapanie.
Przez dwa dni żołnierze okupowali pałac, wypadając jak banda Hunów na sąsiednie dwory. Powracali wieczorem obładowani, z kieszeniami wypchanymi kradzionymi kosztownościami. Nina o mało nie zwymiotowała, zauważywszy w ręku sołdata, złoty kolczyk z kawałkiem kobiecego ucha. Sołdaci spali na perskich dywanach, przykrywając się brokatowymi narzutami, aksamitnymi kotarami i zawszonymi kożuchami. Palili w kominkach drewnem ze zrąbanych w parku rzadkich drzew. Na skargi Niny, kapitan reagował wzruszeniem ramionami i wypijał kolejną butelkę wódki, mamrocząc coś o bezczelnych Polkach.
Nareszcie odeszli, pozostawiając po sobie puste obory, chlewy, stodoły i zrozpaczonych mieszkańców. Odtąd prawie codziennie do Makowa przybywały jakieś nowe oddziały, piechoty lub dragonów, domagając się od dziedziczki żywności i paszy dla koni. Tłumaczenie, że pałac był kilkakrotnie okradany, a jego mieszkańcy sami nie mają co do garnka włożyć, nie trafiało im do przekonania. W poszukiwaniu żywności, żołnierze myszkowali po całym domu, zaglądając do pokojów i piwnic i pojawiając się tam, gdzie się ich nie spodziewano. Ciągła obecność wojska w pałacu, stała się dla lazaretu nieustannym zagrożeniem. Obawiano się, że sołdaci włóczący się po domu, mogą zwrócić uwagę na okna zabite deskami i odkryć szpital. Wszyscy żyli w strachu przewidując, że lada dzień wydarzy się katastrofa. W samym pałacu na razie, nic nie zostało poważnie uszkodzone. Raz tylko jakiś żartowniś, strzelił w sieni do zawieszonych tam łbów dzików i trafił w wielkie lustro, rozbijając go na drobne kawałki. Po odejściu wojska pozostawały pobrudzone dywany z Aubusson, zawszone kilimy i kilka krzeseł połamanych na podpałkę.
Nina z rozpaczą patrzyła na rozkradany majątek i zmartwiona uciekała do stajni, do ukochanej Mignon, ukrytej za drewnianym przepierzeniem. Siadała na żłobie, żaląc się klaczy i dokarmiając ją marchewkami sprytnie zwędzonymi z kuchennego zapasu. Raz Setkowicz zaniepokojony jej zniknięciem, wyśledził ją w stajni.

- Co pani tu sama robi? - zdenerwował się, zobaczywszy ją w boksie, gdy szczotkowała konia. - Prosi się pani o nową przygodę?
- Ja nie jestem tu sama. Na górze są stajenni i koniuszy Stach. - odburknęła, schylając się, by sięgnąć szczotką pod brzuch klaczy. - A przychodzę tutaj, żeby odwiedzić moją konisię i trochę odpocząć. Nie mogę już patrzeć spokojnie, jak na moich oczach rozkradają mi dom i rujnują wieś! Skąd wezmę na wiosnę ziarno, żeby obsiać pola? Gdzie znajdę jarzyny na rozsadę? W maju, straszny huragan zniszczył cały Maków, trzeba było zaczynać niemal od początku. Ale wtedy miałam jeszcze pół kamienicy w Warszawie, sprzedałam ją i pokryłam straty. Folwarki były całe i dawały jakiś zysk. Pracowała cegielnia i tartaki. W spadku po pani wojewodzinie, dostałam Lipieniec i inne majątki w sandomierskim. Teraz już nie mam nic do sprzedania, folwarki popalone, cegielnia nieczynna, tartaki zniszczone. Został mi tylko Maków, który niemal codziennie jest rozkradany.
- A gdzie stała pani kamienica ? - zainteresował się doktor.
- W pobliżu Królewskiej, naprzeciwko Ogrodu Saskiego. Taka duża piękna, trzypiętrowa kamienica, z balkonami wspartymi na kariatydach.
- Aha, już wiem. - Setkowicz był rodowitym warszawiakiem i miasto znał doskonale. - Wyobrażam sobie, jak się pani obłowiła!
- Bo ja wiem? - potrząsnęła powątpiewająco głową. - Żydzi dawali mi za nią dziesięć tysięcy rubli, ale trafił się uczciwy kupiec rosyjski i dał mi aż dwadzieścia pięć tysięcy rubli. O wiele więcej, niż się spodziewałam. Mogłam postawić na nogi zrujnowaną wieś i odnowić pałac.
- Za połowę domu? - Setkowicz uniósł czarne brwi, patrząc na nią zdumiony.
- Za ośmiopokojowy apartament, umeblowany przepięknymi meblami z wyprawy cioci Tekli, oraz połowę kamienicy. Och, bardzo żałowałam tego mieszkania, bo było imponujące, ale nie miałam wyboru, bo trzeba było ratować Maków.
Doktor wysłuchał tego z osobliwą miną, a kiedy skończyła mówić, wybuchnął śmiechem.
- Dziewczyno! - chichotał, pochylając swoją chudą figurę i trzymając się za brzuch. - Jest pani naiwna, jak nowo narodzona owieczka pomiędzy wilkami! Przecież ten kacap panią okpił! Posłuchaj, dziecko. Skromny domek, bez żadnych wygód w Warszawie, kosztuje ponad pięćdziesiąt tysięcy rubli. A więc za połowę takiej luksusowej kamienicy z umeblowanym mieszkaniem, powinna pani dostać minimum siedemdziesiąt, a nawet dziewięćdziesiąt tysięcy rubli, jasne?
Nina patrzyła na niego skonsternowana.
- Pan chyba żartuje!
- Ależ mówię całkiem poważnie. Oddała pani dom za pół darmo i darowała szczęśliwemu nabywcy, kilkadziesiąt tysięcy czystego zysku! Piękny kawał grosza. Ma pani wyjątkowy talent do prowadzenia transakcji handlowych! - szydził z niej bezlitośnie, nie przestając się śmiać.
- O Boże, nie! - jęknęła, wpatrując się w niego otępiałym wzrokiem. Szczotka wypadła jej z ręki, czego nawet nie zauważyła. - Tak pan mówi?... Boże, a ja byłam taka z siebie dumna. Dopiero teraz rozumiem minę pana Bochniaka, kiedy powiedziałam mu, za ile sprzedałam dom. Mąż także wydał mi się podejrzanie markotny ale pomyślałam, że taka masa pieniędzy zrobiła na nim odpowiednie wrażenie. No cóż, pewnie ma mnie pan za beznadziejną idiotkę.
- Wyobrażam sobie, co myśleli! - rechotał doktor, opierając się o żłób. - Mieli naprawdę dobre serca, że nie przetrzepali pani skóry. Dziewczyno, takie interesy zleca się adwokatom!
Nina miała tak żałosną minę, że serce mu zmiękło.
- Trudno, dzieciom nie powinno się pozwalać załatwiać interesów. Z wiekiem nauczy się pani ostrożności i nieufności. Za wiele obowiązków spadło na pani barki i miota się pani, jak przerażony ptak. A właściwie, ile ma pani lat?
- Osiemnaście. - powiedziała pokornie.
- To jest pani jeszcze strasznie smarkata. Ale ostrzegam, nie dożyje pani późnej starości, włażąc pod brzuch tego konia. On panią kopnie.
- Mignon? Przenigdy! Ona jest dla mnie łagodna, jak baranek. - Nina momentalnie stanęła w obronie ulubienicy.
- Właśnie to widzę, jak łypie na mnie okiem i szczerzy zęby. Tylko czyha, żeby mnie ugryźć. Okropne stworzenie. - Setkowicz cofnął się na bezpieczna odległość i stamtąd przypatrywał się klaczy, wyciągającej ku niemu ciekawie głowę.

- Wcale nie, ona tylko chce pana poznać! - zawołała Nina. Poklepała Mignon po szyi i pocałowała ją w białą gwiazdkę na czole. - Konie nie widzą wprost, należy do nich podchodzić z boku, nigdy z tyłu, bo mogą się spłoszyć. Niech mi pan poda dłoń.
- Po co? - żachnął się, chowając obie ręce za siebie..
- Bo koń musi poczuć zapach człowieka, żeby się zorientować, czy z jego strony nie grozi mu niebezpieczeństwo. No, proszę mi podać rękę.
- Wykluczone! - wrzasnął. - Jestem chirurgiem i muszę posiadać wszystkie palce, a ta bestyjka ma taką minę, jakby zamierzała odgryźć mi je po kolei. Pani także ryzykuje, bo konie powinien czyścić stajenny.
- Oj, panie doktorze. - westchnęła z komiczną rozpaczą. - Jeżeli chce się nawiązać bliższą znajomość ze zwierzętami, to nie wolno okazywać strachu i należy osobiście troszczyć się o nie. Moja Mignon nie zrobi mi krzywdy. Kocha mnie i jeszcze nigdy nie odmówiła mi skoku. No, niechże pan podejdzie bliżej i zapozna się z nią.
- Wierzę pani na słowo, ale raczej wolę ją oglądać z daleka. Wracajmy do domu, nie zostawię tu pani samej, żeby pani beczała klaczy w grzywę. Zresztą Moskale włóczą się po okolicy i jest niebezpiecznie.
- Za chwilę, bo muszę Mignon wyczesać grzywę i ogon.
- Nie! Pójdzie pani ze mną. - warknął gniewnie. - Czy doprawdy zawsze musi być pani uparta jak oślica?
Spuściła nisko głowę i dopiero po jakimś czasie powiedziała:
- Mój mąż czasami tak mówił.
- Widocznie musiała mu pani mocno zaleźć za skórę! - prychnął i nagle zrozumiawszy jak bardzo ją zranił, rzekł już łagodnie: - No, już dobrze, chodźmy zajrzeć do Maćka.
- Jak patrzę na to, co się dzieje z moim majątkiem, to mówiąc obrazowym stylem naszych rannych chłopców, mam ochotę zalać się w trupa! - westchnęła Nina z rezygnacją.
- A fe! Jak pani nie wstyd? Pani hrabina zalana w trupa?
- Niech pan mnie nie drażni tą panią hrabiną. Byłam tylko biedną dziewczyną, żyjącą na łasce krewnych, bez grosza posagu. To prawdziwy cud, że znalazłam się tu, gdzie dziś jestem.
- Nie miała pani posagu? Proszę nie gadać głupstw. Niech pani spojrzy do lustra.... Nie potrzebowała pani żadnego posagu! - powiedział i odwróciwszy się na pięcie, wyszedł ze stajni.
Grottger.Pożoga.
 Niekiedy wydawało się Ninie, że armie z całego cesarstwa zwaliły się na nieszczęsną ziemię świętokrzyską, tratując ją kopytami niezliczonych koni i butami sołdatów. Teraz nigdzie już nie było bezpiecznie. Bez przerwy roiło się dokoła od maszerujących kolumn, a oddziały piechoty pod dowództwem Alienicza i Szulmana, nachodziły wsie i dwory, grabiąc wszystko i siejąc postrach. Ich ofiarą padły także Siewki państwa Wąsockich. Przez trzy dni kilkuset żołnierzy rozlokowanych we dworze i w budynkach gospodarczych, pożarło wszystkie zapasy przygotowane na święta Bożego Narodzenia, zużyło paszę i wyniosło się, pozostawiając po sobie dworskie budynki w opłakanym stanie. Jednakże sam dwór i wieś ocalały, i to było dla Wąsockich smutną pociechą.
 Wojska rosyjskie poczynały sobie jak w zdobytym kraju, nakładając na majątki ziemskie ogromne kontrybucje i podatki. Kogo nie stać było na pokrycie należności, ten musiał wynosić się z rodzinnego domu bez prawa powrotu. Najważniejszą sprawą spędzającą sen z oczu Niny, był brak żywności Po przejściu wojsk, do Makowa zaczął zaglądać głód. W długie zimowe noce, leżąc samotnie pod jedwabnym baldachimem, zastanawiała się z rozpaczą, czym nakarmi domowników i rannych, kiedy w schowkach zabraknie ziemniaków i kaszy? Pozostało jeszcze trochę peklowanego mięsa, słoniny i oleju oraz większość jarzyn, wszystko ukryte w głębi lochów. Ale kończyła się mąka, rychło mogło zabraknąć zboża. Dworski młyn stał skuty lodem.
Co tylko dało się schować, ukrywano w przepastnych piwnicach pałacu, w obawie przed grabieżcami. Najgorzej przedstawiała się sprawa z mlekiem i jego przetworami, bo w oborze pozostały tylko trzy krowy! Myśląc o tym, Nina zaciskała pięści uniesiona wściekłością. Trzy krowy, z liczącego niegdyś sto osiemdziesiąt sztuk stada mlecznych krów, z makowskiej obory i pięciuset sztuk, z folwarków w Borku i Zameczku, nie licząc Lipieńca! Tymczasem Rząd Narodowy polecał, aby w każdym dworze znajdowała się pewna rezerwa żywności, paszy dla koni i taboru, na potrzeby powstańców. Czytając tę ulotkę, dostarczoną przez Tadeusza, Nina miała ochotę stuknąć się palcem w czoło. Zastanawiała się, czy Rząd w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje w kraju ogarniętym walką? Nie potrafiła czynić cudów i rozmnożyć tej resztki żywności, jaka jej pozostała. Szalała z wściekłości przypominając sobie, jak znakomicie jesienią zaopatrzone były w żywność folwarki, wieś i pałac. Teraz nie zostało z tego prawie nic. Wyjątkowo ostre mrozy, skuły rzeki i stawy tak grubym lodem, że skruszyć go mógł jedynie dynamit. Obawiała się, że w stawach dworskim i wiejskim, ryby się poduszą, więc na jej polecenie, parobcy świdrami wiercili otwory w skorupie lodowej, zapewniając rybom dostęp powietrza. Czasami udało się zrobić większy otwór i nałowić trochę ryb, ale otwory te prędko zamarzały.
Grottger. Juz tylko nędza
Cały ciężar utrzymania leśnego obozu spadał teraz na Brzeziniec i Poraje. Oba te majątki uniknęły najazdu wojska, przynajmniej na razie. Kolumny moskiewskie, jak plaga szarańczy, pustoszyły ziemię świętokrzyską, a czego nie zdołały zabrać, niszczyły. Oddziałom powstańczym zaczął doskwierać niedostatek. Prócz strasznego mrozu zagrażał im głód, bo wsie same wygłodzone, nie mogły ich już zaopatrywać w żywność. W lazarecie mleko otrzymywali tylko najciężej chorzy i karmiące matki ze wsi. Pan Szymon wydzielał masło dosłownie na deka, podobnie jak biały i żółty ser. Na stole pojawiała się codziennie zupa ziemniaczana i skąpo omaszczona kasza jęczmienna lub gryczana. Te skromne dania podawane były na pięknej porcelanie, a Walenty napełniając talerze ziemniaczanką, czerpał ją z porcelanowej wazy srebrną chochlą. Czynił to z tak uroczystą miną, jakby podawał zupę ze żółwia morskiego lub z krabów z mórz południowych. Zasiadając do obiadu, Nina nie mogła zwykle powstrzymać się od głośnego westchnienia :
- O, znowu te "ślepe ryby!".- nie wiadomo dlaczego, ziemniaczana nosiła tak dziwną nazwę, ale Nina uroczyście przyrzekała sobie, że gdy nareszcie powstanie się zakończy, ta potrawa nigdy więcej nie pojawi się na jej stole!
Pewnego wieczora przyszła z lazaretu bardzo zmęczona. W nocy przywieziono dwóch ciężko rannych powstańców i razem z Mirą musiała asystować przy operacji. W sypialni zdjęła z siebie suknię przesiąkniętą odorem szpitala i wykąpawszy się, ubrała czystą suknię przygotowaną przez Ulisię. Przykucnęła przy kominku, dorzuciła do ognia dwa grube polana, ze ściętej przez dragonów jabłonki. Drzewo zajęło się płomieniem, a ona wdychała przez chwilę wonny dym. Ogień podtrzymywany był dzień i noc, a mimo to, w pokoju dawał się odczuć chłód. Widocznie na powietrzu temperatura jeszcze spadła. Wzdrygnęła się, pomyślawszy o mężu i wszystkich nieszczęsnych powstańcach, zmuszonych gnieździć się na byle jakich noclegach. Usłyszała delikatnie pukanie i zanim zdążyła się odezwać, do pokoju wszedł Siekielski. Klasnęła w dłonie i porwawszy się, podbiegła do niego.
- Bój się Boga, Tadziu, chyba nie masz litości nad sobą! - zawołała ujmując jego rękę i całując go w siny z zimna policzek. - Wyglądasz jak święty Mikołaj, cały oszroniony.... Taki straszny mróz, a ty wędrujesz po nocy? Dokoła Moskale, dlaczego tak ryzykujesz? A może stało się jakieś nieszczęście ? - spojrzała na niego z obawą.
Tadeusz otrzepał się ze śniegu, zdjął z głowy futrzaną czapkę, ściągnął grube rękawice i uśmiechnął się do niej, ukazując białe zęby.
- Nie, wszystko w porządku, a burków trudno nie zauważyć, bo siedzą w karczmie i śpiewają"czastuszki". Są tak kompletnie zalani, że nie zauważyliby nawet przejścia Wielkiej Armii1, a cóż dopiero mnie. Zosia mnie przysłała, bo już wszyscy sąsiedzi opowiadają sobie okropne rzeczy o napadzie Dońców na pałac. Byłbym zaraz przyjechał, ale w tym czasie byłem w Ostrowcu.
- Chodźmy do buduaru, bo tam cieplej.
Nina sama przysunęła mu fotel do kominka, zadzwoniła i kazała służącemu przynieść grzanego wina i gorącej zupy. Drżący z zimna Tadeusz usiadł i wyciągnął rękę, by ogrzać ją w cieple kominka. Zabolało ją serce, kiedy patrzyła na pusty rękaw jego surduta przypięty agrafką. Zaraz jednak odwróciła wzrok, aby on tego nie spostrzegł, bo nie znosił litości.
- Przeżyliśmy naprawdę ciężkie chwile i byłam pewna, że to już koniec i nie unikniemy śmierci. Ale dosłownie w ostatniej chwili, przybył Wacek i nas uratował. Nie chcę nawet myślą wracać do tego koszmaru....
Tadeusz przypatrzył się jej i wyciągnąwszy rękę, dotknął palcem nie zagojonej jeszcze, krwawej szramy na jej czole.
- Chryste. - delikatnie pogładził ją po policzku. - Och, moje ty, biedne kochanie....
- Mogło być gorzej, Tadziu. - westchnęła. - Dla mnie skończyło się to na kilku siniakach i potwornym strachu. Ale niektóre moje dziewczęta nie miały tyle szczęścia i... no wiesz!
Opanowanie jakie wszystkim okazywała, nagle ją opuściło.
- Ja....właściwie to była ostatnia chwila, dosłownie! Już zabrakło mi sił, żeby się bronić przed tą bestią. Znęcał się nad ludźmi i nade mną, cały czas pytając o lazaret. Boże, nie daj mi dożyć ponownie takiego koszmaru. - roześmiała się nerwowo, a potem bezwładnie osunęła się na fotel, skuliła w małą kulkę i nawet nie zauważyła, kiedy jej śmiech przerodził się w szloch.
- Ciii, kochanie, już dobrze. - Tadeusz przyklęknął obok fotelu, objął ją jedną ręką i przytulił do siebie. - Wyobrażam sobie, co przeżyłaś. Ludzie opowiadają o tym takie okropności, że Zosia o mało nie zemdlała. Chciała przyjechać, ale boi się zostawić Stefana samego, a zabrać go z sobą nie może, ze względu na mróz. Jesteś bardzo dzielna, najodważniejsza kobieta, jaką w życiu spotkałem.
Pocałował ją i wstał, spacerując po pokoju, by opanować przepełniającą go wściekłość.
- Żałuję, że mnie tutaj nie było. Cholera jasna, powinienem tu być! - wykrzyknął, uderzając się dłonią po udzie.
- Bogu dzięki, że ciebie tu nie było, bo już byś nie żył. To nie byli ludzie, Tadziu, lecz potwory z piekła rodem! A ten lejtnant...Wiesz, nawet w sennym koszmarze taki się nie przyśni. On był upiorny! Nigdy tak bardzo się nie bałam, jak wtedy jego.
- On nie żyje, prawda? - upewnił się, ponownie dotykając palcem jej rany. Dostrzegł ciemne sińce na policzkach, szyi i pod oczami. Zacisnął palce jednej dłoni w pięść.
- Nie, bo Wacek go zabił, niech go za to Bóg błogosławi. A skąd sąsiedzi o tym wiedzą? - zdziwiła się. - No tak, służbie trudno zamknąć usta. To już o tym tak głośno?
- Do tego stopnia głośno, że panie barykadują się po dworach. O, wyobrażam sobie, jak przerazi się pan pułkownik, kiedy Barycz zda mu raport o bitwie. A biedny Maciek żyje? - prędko zaczął z innej beczki zauważywszy, że Nina zmieniła się na twarzy.
- Jest nieprzytomny, nie wiadomo czy przeżyje. Jak widzisz, nie jest mi wesoło, lecz pocieszam się, że teraz wszędzie podobnie. Dam ci bilecik dla Wacia. Jak go zobaczysz, powiedz mu, że my wszyscy modlimy się za niego i jego chłopców. Błogosławimy jego rękę i szablę. Ja z balkoniku, widziałam przez lornetkę całą bitwę, bo tam ważyły się nasze losy.
Umilkła i dopiero po jakimś czasie zapytała cicho.
- Byłeś u Bosaka?
- Nie, bo pojechałem do Ostrowca. Podobno generał ściąga wszystkie oddziały, nawet piechotę z zimowisk. Nie miałaś listu od męża?
- Nie. Widocznie nie ma czasu. - powiedziała szybko.
- A ty nie mogłaś napisać? Taka jesteś zawzięta?
- Nie jestem zawzięta, tylko nie chcę mu się narzucać. Mój Boże, zapewne na święta także nie przyjedzie, chociaż mi obiecał. - potrząsnęła głową, prędko zamrugała powiekami i przygryzła usta, powstrzymując wybuch rozpaczy. Tadeusz miał ponurą minę, ale usiadł przy niej i powiedział bardzo łagodnie:
- Wacek mi mówił, że dostał od Bosaka rozkaz, żeby przygotować obóz na przyjęcie rekrutów na zimowisko.
Nina spojrzała na niego z rodzącą się nadzieją, lecz zaraz przyszło jej na myśl, że żołnierzy może przyprowadzić major Soszkiewicz. Wolała się nad tym dłużej nie zastanawiać i zmieniła temat, opowiadając przyjacielowi o rabunku Makowa.
- Wyobraź sobie Tadziu, że zostały mi trzy krowy! Potrzebuję mleka, masła, śmietany i sera, dla rannych i kobiet z niemowlętami. Tadziu, ja ci za wszystko zapłacę, ale muszę mieć mleko. Czy możesz mi pomóc?
W jednej chwili Tadeusz pobladł, stracił humor i siedział jak osowiały, wzdychając ciężko. Na koniec spojrzał jej prosto w oczy i szepnął:
- Nie mogę ci pomóc, choć bardzo tego chcę.
Pod wpływem nagłego rozczarowania, które przeszyło ją jak dźgnięcie nożem, z najwyższym trudem powstrzymała się od płaczu.
- Ja przecież wiem, kochany, że oboje z panną Kazimierą utrzymujecie obóz, ale widzisz, zdrowi mogą się obywać cienką zupką i kaszą, ale ranni muszą mieć pożywniejsze jedzenie, bo mi poumierają. Proszę cię, bo w Makowie nie zostało już nic, czym mogłabym się podzielić.
Siekielski słuchał jej skarg, z głową opuszczoną na piersi, nerwowo kręcąc guzik przy surducie. Wreszcie urwał go i ze złością rzucił w kąt.
- Advienne ce que pourra2! Nie chciałem cię martwić, ale nie mogę pozwolić, żebyś posądziła mnie o złą wolę. Ja już nikomu nie mogę pomóc, nawet sobie. Wczoraj zjechali do mnie urzędnicy gubernialni, eskortowani przez dragonów. Przypomnieli mi, że nie opłaciłem podatku. Musiałem im oddać ostatnie grosze. Ale to mało: nałożyli na Brzeziniec karę w takiej wysokości, że nie pozostaje mi nic innego, jak wynosić się z rodzinnego domu i z mojej ziemi. Ot i wszystko!
   Na zegarze wybiła godzina ósma, a potem rozległy się srebrzyste dźwięki menueta Boccheriniego wygrywanego przez kurant. Tadeusz siedział pochylony, nie odrywając wzroku od płomieni buzujących w kominku. Palce jednej ręki zanurzył w gęstej czuprynie, a Nina z ogromnym wzruszeniem i troską, dostrzegła w jego jasnych włosach coraz więcej srebrnych nitek. A przecież Tadeusz miał zaledwie dwadzieścia trzy lata! Nie mogła się jednak powstrzymać i zauważyła z nutką złośliwości:
- Takie są konsekwencje stosowania się do poleceń władz powstańczych. Należało podatek zapłacić.
- Nie bądź naiwna! - prychnął gniewnie. Od kontrybucji się nie wykręcisz. Czy nie rozumiesz, że władzom carskim chodzi nie tylko o pieniądze, lecz przede wszystkim o nasze majątki, o ziemię! Cokolwiek zapłacimy, nałożą wyższą karę, aż do zupełnej ruiny. Kochana moja, nasz sielankowy świat już nie istnieje. Skończyła się epoka romantyzmu, idealnych wzlotów, mesjanizmu i szczodrych ofiar na rzecz umęczonej ojczyzny. Teraz zaczynają liczyć się pieniądze i tylko one będą w przyszłości decydować o naszym losie. Nasze majątki zostaną wykupione przez handlarzy, lub rozdane carskim dygnitarzom. Na miejscu białych dworów, gdzie życie płynęło tak spokojnie i miło, staną folwarki kolonistów niemieckich, fabryki z obcym kapitałem lub żydowskie miasteczka. A my powędrujemy do miast, powiększając grupę najuboższej inteligencji. Zaniesiemy tam nasze herby i pamiątki przeszłości, stając się pośmiewiskiem hołoty, nie rozumiejącej naszych tradycji i zwyczajów. Tak Nino, szlachta nie jest już nikomu potrzebna i teraz płacimy za wieki politycznej ślepoty i bezmyślnej lekkomyślności.
- Chryste Panie! - zawołała z przerażeniem. - Tadeusz, jeżeli oddasz im Brzeziniec, już nigdy nie pozwolą ci tam wrócić. Polakom nie wolno odkupywać swoich majątków, i tylko Moskale i bogaci Żydzi, przez podstawionego kupca, mają prawo nabywać skonfiskowane majątki. Co zamierzasz zrobić? Gdzie podziejecie się z dzieckiem?
- Nie wiem. - odparł posępnie. - Nigdy nie zdołam zdobyć tylu pieniędzy, by zapłacić kontrybucję. Nikt nie pożyczy mi takiej kwoty, nawet na hipotekę majątku, bo on już nie jest mój.
- Nie, nie, nie! - krzyknęła, zatykając uszy. - Ja tego nie chcę nawet słuchać! Ile masz zapłacić?
Spojrzał na nią z dramatycznym spokojem, za którym taiła się rozpacz i bezsiła.
- Dziesięć tysięcy rubli! Rozumiesz? Równie dobrze mogli zażądać miliona. Żebym miał kraść i zabijać, nigdzie nie znajdę tylu pieniędzy. Kraj przeżywa kryzys, mamy powstanie. W drodze wyjątku, mógłbym dostać od Rządu zapomogę, w wysokości kilkuset rubli, ale nie dziesięć tysięcy! Cóż., - westchnął ciężko, mierzwiąc sobie czuprynę. - Przyjdzie nam wynosić się z dzieckiem w świat, na tułaczkę. Nie mam pojęcia, jak zdołam utrzymać rodzinę. Jestem przecież... - urwał, odetchnął głęboko i wyrzucił z siebie z desperacją: - jestem kaleką! Dlatego odmówiłem ci pomocy, bo już nic w Brzezińcu nie należy do mnie.
- A twoja siostra?
- Zanim zdołam ją powiadomić, a ona zbierze pieniądze, Moskale odbiorą mi Brzezinec. - machnął z rezygnacją ręką.
- Ja na to nie pozwolę! - krzyknęła Nina i tupnęła nogą. - Jaś przekląłby mnie spoza grobu, jakbym dopuściła do zagarnięcia Brzezińca przez Moskali! Mój mąż także potępiłby mnie, za oddanie ziemi carskim sługusom.
- Chcesz mi pomóc? - szepnął miękko, mimo woli podniesiony na duchu. - Kochanie, twój Maków jest zrujnowany, jesteś biedna i nic nie masz, tak jak i ja.
- Poczekaj tu na mnie. - rzuciła krótko i ubrawszy kożuszek, pobiegła na piętro do gabinetu. Odsunęła portret kasztelana i otwarła skarbiec. Wyjęła z niego sakiewkę podarowaną jej przez wojewodzinę i pełną złotych imperiałów. Szybko przeliczyła pieniądze i westchnęła, przypomniawszy sobie przestrogę starej damy. Te pieniądze przeznaczone były na "czarną godzinę
"Chyba miałaś wtedy jasnowidzenie, biedna ciociu. - pomyślała, ważąc ciężkie złoto na dłoni. - Czarna godzina nadeszła. Muszę ratować polską ziemię przed zagrabieniem. Wiem, że taka byłaby twoja wola.
Schowała sakiewkę do kieszeni i zamknąwszy skarbiec, powróciła do buduaru.
- Posłuchaj mnie,Tadziu. - odezwała się stanowczo. - Tu jest dziesięć tysięcy rubli w złocie. Dostałam je od umierającej wojewodziny i mam prawo dysponować tymi pieniędzmi. To był rodzaj depozytu, bo wojewodzina rozkazała mi użyć tych pieniędzy jedynie w momencie najwyższego zagrożenia. Taka chwila nadeszła. Jestem przekonana, że ciocia cieszyłaby się wiedząc, że te ruble uratują polski majątek od konfiskaty. Weź je i zapłać kontrybucję. Mój chrzestny syn Stefan, musi mieć dom rodzinny. - podała mu ciężką sakiewkę.
Oczy Tadeusza zaokrągliły się ze zdumienia. Poczuł, że słabnie i kolana uginają się pod nim. Wyraz jego dużych piwnych oczu, przyprawił Ninę o skurcz serca. Milczał, nie mogąc wydobyć z gardła głosu.
- Tadziu, ja ciebie proszę!
- Nie! - szorstko odsunął jej wyciągniętą rękę. - Ja nie mam prawa przyjąć od ciebie tych pieniędzy, bo wiem, że nie zdołam ci ich zwrócić. Zresztą jestem przekonany, że wkrótce sama ich będziesz potrzebować.
- Nie wolno ci odrzucać mojej pomocy! - oświadczyła z właściwym sobie uporem. - Jesteś ojcem rodziny, więc musisz myśleć o losie, jaki zgotujesz swojej żonie i dziecku. Przekaż synowi nienaruszone dziedzictwo. Jeżeli nie przyjmiesz tych pieniędzy, to śmiertelnie mnie obrazisz. No, bądź przyjacielem, Tadziu. Przypomnij sobie, jak razem z Binią i Jasiem, podkradaliśmy ciotce Marii wino z gąsiora. Ululaliśmy się na amen i wuj Ksawery musiał cię odwieźć do domu, bo nie mogłeś się ruszyć o własnych siłach. - wspomniała z figlarnym uśmiechem. - Zresztą, ja ci pomagam z pobudek egoistycznych. Jak się skończy powstanie, wydam w Makowie wielki bal i wtedy razem zatańczymy popisowego mazura. Nie chcę stracić świetnego tancerza. Tadek, niechże ja ciebie nie proszę. No bierz, do diabła, bo cię spiorę! - wrzasnęła i znowu tupnęła nogą
- O, takiego krzyku nie powstydziłaby się sama pani wojewodzina. - uśmiechnął się krzywo, nieznacznie ocierając powieki. - Dobrze, przyjmuję twój wspaniały dar, ale zaraz napiszę ci rewers. Od tego nie odstąpię! - oznajmił to takim tonem, że już nie protestowała, aby go nie denerwować.
Napisał zobowiązanie i z największą wdzięcznością ucałował jej ręce. Żeby nie wstydził się babskiej słabości, rozpłakałby się głośno i padłby jej do nóg, dziękując za ratunek. Jadąc do Makowa nie liczył przecież na żadną pomoc, bo Maków był zrujnowany, podobnie jak i sąsiednie majątki.
Władzom carskim bardzo zależało, na pozbyciu się ze wsi niebezpiecznych elementów. W polskich dworach i dworkach, tliło się wiecznie zarzewie buntu. Namiętny sprzeciw wobec samodzierżawia i gorące pragnienie wolności. Ten ogień tlący się od czasu utraty niepodległości, za wszelką cenę należało ugasić, odbierając polskiej szlachcie domy i ziemię. Namiestnik Berg odkrył, że zaległe podatki wynoszą astronomiczną kwotę dziesięciu milionów rubli. Zaczęto więc z całą bezwzględnością, ściągać należności przy pomocy wojska, nakładając nowe kary. Dowiedziawszy się, jaką karę mu wymierzono, Tadeusz wpadł w czarną rozpacz, bo zrozumiał, że przyjdzie mu się wynosić z ukochanego domu rodzinnego w świat. Niespodziewana pomoc Niny, omal nie zwaliła go z nóg. Długo nie mógł się uspokoić, dziękując jej ze łzami w oczach.
- Głowa do góry, Tadziu. - uśmiechnęła się, kiedy już nieco uspokojony usiadł na swoim miejscu. - Dam ci adres spółki handlującej zbożem. Możesz korzystnie sprzedać nadwyżkę.
- Skarbie, Moskale nałożyli areszt na moje zboże, bydło i wszystko, co znajduje się w Brzezińcu. Nie wolno mi nic sprzedać, dopóki nie zapłacę kontrybucji. Boże! - wybuchnął z namiętnym uniesieniem. - Że też musieli mi ustrzelić tę łapę!
Nina odetchnęła, bo w tym okrzyku był cały Tadeusz. Więcej myślał o zemście, niż o groźbie utraty majątku i czekającym go ubóstwie.
- Powiedz mi, Tadziu, szczerze. - odezwała się, ujmując jego rękę i przypatrując się jego mocnym palcom, umiejącym tak pewnie prowadzić smyczek skrzypiec i przebiegać szybko po klawiszach fortepianu, lub poskramiać dzikiego źrebca. - Powiedz mi, czy sprawa dla której walczyłeś, warta była aż takiej ofiary?
- Oczywiście! - odparł zdecydowanym tonem. - Zrobiłbym to jeszcze raz. Och Nino, gdybym mógł wrócić do oddziału i dalej walczyć z wrogiem, twarzą w twarz! - powiedział z żalem.
- Tadziu, przecież my giniemy.
- To nic. Ale z naszej krwi i łez powstaną mściciele i wywalczą wolną Polskę! Podejmą naszą walkę, ale z lepszym skutkiem. - spostrzegł, że Nina skrzywiła się sarkastycznie i dodał z przekonaniem:- Ja głęboko w to wierzę. Janek również w to wierzył, jak i pan pułkownik, bo w przeciwnym razie nie poszedłby walczyć, pozostawiając w domu taki skarb.
- Mój Boże, Tadziu, jesteście nieuleczalnymi romantykami. - stwierdziła ze smutkiem. - Ja widzę to inaczej, ale mimo wszystko jestem z was dumna. Z Jasia, z męża, z ciebie i tych ukochanych, co już odeszli. Wasza wiara jest tak głęboka, że nawet klęska przegranej nie zdoła wam jej odebrać. To szczególny rodzaj bohaterstwa, na jaki mnie nie stać. Może dlatego mój mąż mnie nie kocha? - szepnęła zaledwie dosłyszalnym głosem.
- Nino, co ty pleciesz? Przecież jesteś najodważniejszą z nas. Będąc w siódmym miesiącu odmiennego stanu, wybrałaś się dla nas po broń. A kto ratował pułkownika, kiedy został ranny? Kto poszedł do generała Uszakowa i do Cytadeli, prosić o łaskę dla Emilki? Wolałaś zostać zhańbiona i zabita, niż zdradzić gdzie znajduje się lazaret.
- Skąd ty o tym wiesz? - spojrzała na niego zaskoczona.
- Wiem i już! I nie pleć andronów, że mąż cię nie kocha. On dałby się zabić w twojej obronie. Tfu, na psa urok! A dla Jasia i Emilki mało zrobiłaś? Kto opiekował się naszym majątkiem? O, żywi i umarli wiele ci zawdzięczają. Moja Zosia mówi, że ty masz męską duszę w ciele bogini!
Posłała mu uśmiech pełen rozrzewnienia i czule pogładziła pusty rękaw jego surduta.
- Mój ty, kochany pochlebco.... W głowie mi się zawróci od tych komplementów. Ale oczy pozostały mi babskie, bo ciągle beczę, jak to cielę prowadzone na rzeź.
- To ci tylko dodaje uroku, kochanie. - oświadczył z galanterią i cmoknął ją w usta. - No, mam szczęście, że pan pułkownik tego nie widzi, bo przysłałby mi sekundantów. - mrugnął z dawnym łobuzerskim spojrzeniem.
Odpowiedziała mu swoim zniewalającym uśmiechem, który pozbawiał mężczyzn tchu.
Po odjeździe Tadeusza, usiadła z powrotem w sypialni przy kominku, podwijając pod siebie zmarznięte stopy. Ze stoliczka wzięła książkę z poezjami Adama Mickiewicza i otworzywszy ją na chybił trafił, przeczytała półgłosem:
                                  Biada niewiastom, jeśli kochają szaleńców,
                                  Których oko wybiegać lubi za wioski granice,
                                  Których myśli jak dymy wiecznie nad dach ulatują,
                                  Których sercu nie może szczęście domowe wystarczyć.
- O Jezus Maria! - zawołała głośno. - Jakaż to prawda! - i nie panując nad sobą, cisnęła książkę o ścianę, a sama rozpłakała się bezgłośnie.
                           ---------------------------------------------------------
1Wielka Armia – wielonarodowa armia cesarza Napoleona I, z którą wkroczył w 1812 r. na terytorium Rosji. W skład Wielkiej Armii wchodziły również wojska polskie pod wodzą księcia Józefa Poniatowskiego.
2 Advienne,,,,- Niech się dzieje,co chce !