czwartek, 1 września 2016

Dziś był koniec naszego świata.



                                                                                           Bolesławiec 1 września 2016 r.

    
         Stojąc przy drzwiach mieszkania, Mama zastanawiała się, co ma jeszcze z sobą wziąć.
Jezu, przecież wojny nie będzie. Z całą pewnością nie będzie! Hitler się nie odważy, a niemieckie czołgi są z tektury! Enuncjacje radiowe ministrów i prasa zapewniają, że jesteśmy silni, zwarci i gotowi odeprzeć każdą agresję. A jeżeli nawet Niemcy zaatakują, to nasze bombowce zrównają Berlin z ziemią, a wojna potrwa tylko trzy, cztery dni.
 Poznań Cytadela 
Więc co jeszcze zabrać? Mama rozglądnęła się po mieszkaniu, które goście słusznie nazywali „bombonierką”. Śliczne swarzędzkie meble i huculskie kilimy wiszące na ścianach oraz miękkie dywany, malowniczo zdobią niewielkie mieszkanie. A różowe jedwabne zasłony i koronkowe firany dodają temu wnętrzu ciepła i wytworności. Malutki, biało-błękitny pokój, zasypany zabawkami, jest gotowy na przyjęcie dziecka. Ale dziecko przebywało w nim tylko dwa dni.
O Boże, co jeszcze wziąć? W rezultacie, Mama zabrała rodzinne zdjęcia, dwie suknie balowe i moje pieluchy!!! Wszystko to zapakowała do niewielkiego nesesera i wzięła od Ojca klucz, zamykając drzwi mieszkania. Nie wiedziała, że nigdy więcej już tam nie wróci.
Że to koniec naszego świata.
Pociąg Gdynia-Przemyśl, był wprost oblężony przez pasażerów. Ludzie uciekali z Poznania przypuszczając, że w razie wojny miasto będzie narażone na ataki niemieckiego lotnictwa. Nie wiedzieli, że był to ostatni pociąg łączący Polskę z Gdynią. Tylko dzięki rozkazowi wyjazdu Ojca, rodzice otrzymali siedzące miejsca w przedziale I klasy. Mama była bardzo chora po ciężkim porodzie i musiano ją wnieść na rękach do wagonu.
W czasie podróży już widać było pierwsze oznaki wojny. Zbombardowany dworzec kolejowy w Tarnowie, gdzieś indziej wysadzone w powietrze niektóre budynki administracji państwowej – robota V-tej Kolumny. Drogi zawalone uciekinierami z miast i wsi, pełne furmanek i ludzi obładowanych tobołkami. Przez te zatłoczone drogi, wolno posuwają się oddziały wojska.
Uciekinierzy na drogach.
  Rodzina Ojca przyjęła niespodziewanych gości ze zdumieniem i niedowierzaniem. Babcia i dziadek przyjechali z rodzinnego majątku na Wołyniu, by zabezpieczyć nasz dom wybudowany na kilka lat przed wojną. Dwie siostry Ojca, są już zmobilizowane i wyjeżdżają ze swymi urzędami w kierunku Lwowa. Ciocia Marynia jest szczęśliwa, bo jej narzeczony, oficer WP także jedzie w tym samym kierunku. Ciocia nie wie, że w Przemyślu zostanie zabity odłamkiem bomby.
Ojciec uprzedza dziadka, że wojna wisi w powietrzu. Babcia przerażona wybiega z domu i informuje sąsiadkę, że będzie wojna! Ojciec upomina ją gniewnie, że o tym mówić nie wolno, więc biedna babcia ponownie wybiega z domu i woła do sąsiadki, że wojny wcale nie będzie, ale o tym nie wolno mówić!
Ojciec musi jechać do swojej jednostki i żegna się z rodziną. Babcia płacze i kreśli synowi na czole znak krzyża, dziadek po męsku ściska mu rękę, choć jest bardzo wzruszony. Mama wkłada Ojcu na szyję złoty medalik z pierwszej Komunii. Nie może zapłakać. Ojciec całuje mnie i prosi, żeby Mama wychowała mnie na dobrą Polkę, gdyby on z wojny nie wrócił.
I to wszystko.
Pociągi na wschód są tak zatłoczone, że Ojciec znajduje miejsce na dachu wagonu. Noc jest bardzo ciepła i niebo usiane gwiazdami. Kiedy pociąg zatrzymuje się na trasie, słychać cykanie świerszczy. Ojciec nie wie, że o świcie okręt wojenny "Schleswig-Holstein" odda pierwsze salwy armatnie na Westerplatte. Nie wie, że na lotniskach niemieckie samoloty już gotują się do lotu i o 4-tej rano zostanie zbombardowany Wieluń. Ta noc 31 sierpnia na 1 września jest taka cicha i spokojna.
W jednostce pełna gotowość, ale nikt naprawdę nie wierzy w wybuch wojny. Wyżsi oficerowie sztabowi przechadzają się po dziedzińcu koszar, rozmawiając i paląc papierosy. Ojciec nie pali, ale także wyszedł na dziedziniec, bo słońce wspaniale świeci, a niebo jest jaskrawo błękitne i bez jednej chmurki. Śliczny letni dzień, taki nieco senny i leniwy. Z daleka słuchać narastający pomruk. Na tle bezchmurnego nieba widać płynącą wysoko dużą eskadrę wielkich samolotów. Jakiś major stojący obok mego Ojca, przypatruje się im z satysfakcją.
- Mamy wspaniałe lotnictwo. - oznajmia głośno.
Ojciec miał przeszkolenie lotnicze i przygląda się nadlatującym samolotom podejrzliwie.
- To nie są polskie samoloty. My takich nie mamy. - stwierdza półgłosem.
Major jest oburzony.
- Proszę nie siać defetyzmu! - ostro zwraca Ojcu uwagę.
Jakby w odpowiedzi na jego słowa, z kadłubów samolotów odrywają się jakieś podłużne kształty i lecą w dół. Potężna eksplozja wstrząsa budynkami, wybucha pożar. Odłamki świszczą w powietrzu. 

Stojący w pobliżu Ojca żołnierz zostaje trafiony i stalowy odłamek ścina mu głowę, która toczy się po bruku dziedzińca. Buchający krwią kadłub pada na ziemię. Z błękitnego nieba zeszła śmierć. Jest 1 września 1939 roku.
                                                    KONIEC NASZEGO ŚWIATA.