piątek, 2 września 2016

Dziwna wizyta. Już jesień.


2 września 2016 r.
Rano Nina wstała z łóżka smutna, żałując, że się w ogóle obudziła. W samo południe wpadł do pałacu stajenny z wielkim krzykiem, że jadą Moskale! Walenty wyjrzał przed okno w pokoju kredensowym i zobaczył mały oddziałek dragonów, otaczający bryczkę, z dwoma siedzącymi w niej mężczyznami. Staruszek bez tchu wpadł do buduaru, sapiąc ze zmęczenia. Nina zajęta była przy sekretarzyku kontrolowaniem w księgach ostatnich rozchodów i dochodów. Tych ostatnich niestety, było o wiele mniej. Sprawdzając kolumny cyfr, przygryzała usta i wzdychała zmartwiona.
Patrol dragonów carskich.
 - Moskale jadą, proszę jaśnie pani hrabiny! - wydyszał od progu kamerdyner.
Podniosła głowę i z roztargnieniem, pogrążona jeszcze w masie liczb, rzuciła przez ramię: - Proszę im powiedzieć, że nie przyjmuję! - naraz groźna nowina uderzyła w nią jak grom:- Co? Moskale? Jezus Maria! - wrzasnęła porywając się z krzesła. - Może to kozacy? Boże, jeszcze nie zdążyliśmy ukryć zbiorów! O, już dawno nie mieliśmy większych zmartwień. Gdzie oni są?
- Są już na dziedzińcu, ale to nie kozacy, tylko dragoni. Eskortują bryczkę z jakimiś panami.
- Ilu ich jest? - pytała gorączkowo, chowając księgi do sekretarzyka i zamykając szufladki na klucz. Na szczęście najbardziej kompromitujące dokumenty schowane były w skarbcu.
- A będzie ze dwudziestu i tych dwóch panów. Oj, szkoda, że naszych chłopców nie ma w leśnym obozie! - powiedział żałośnie, a Nina po raz kolejny musiała podziwiać jego opanowanie i nienawiść do zaborców.
Pośpiesznie wygładziła spódnicę i wsunęła głębiej wypadający z warkoczy szylkretowy grzebień. Rozległo się głośne pukanie i wystraszony Paweł otworzył drzwi nieproszonym gościom.
- To jest właśnie jaśnie oświecona pani hrabina! - oznajmił i odetchnął z ulgą, ujrzawszy ją stojącą na środku pokoju.
Do buduaru weszli dwaj mężczyźni w pelerynach narzuconych na służbowe mundury urzędnicze. Towarzyszył im kornet, dowodzący oddziałkiem. Arogancja z jaką rozglądali się po buduarze, utwierdziła ją w przekonaniu, że czują się tutaj zupełnie bezpieczni.
- Tak my i zjechali do Makowa. - odezwał się starszy mężczyzna, kiwnąwszy jej głową w imitacji ukłonu. - A wy, comtessa Klonowieckaja, a? - miał suchą kostyczną1 twarz i mówił szybko po rosyjsku, nie umiejąc, czy nie chcąc używać języka polskiego.
Nina bardzo słabo znała rosyjski, więc odezwała się po francusku :
- Co panów sprowadza do Makowa? Przepraszam, że pytam tak obcesowo lecz ostatnio kręci się tu tyle podejrzanych figur, iż chcę wiedzieć z kim mam do czynienia.
Starszy urzędnik zmarszczył nastrzępione brwi, a kiedy przemówił, jego głos ciął niczym brzytwa:
- Dlaczego nie mówi pani do nas po rosyjsku? Czy nie rozumie pani języka swego władcy?
Bez drgnienia wytrzymała jego kłujące spojrzenie i po chwili odparła równie ostrym i twardym tonem:
- Mówię po francusku, gdyż jest to język ludzi kulturalnych. Jeżeli to panom nie odpowiada, będę się wysławiała po polsku. Znajdujemy się w Królestwie Polskim, którego monarchą jest najjaśniejszy pan Aleksander II, król Polski i cesarz Rosji! To ja powinnam zażądać, aby panowie zwracali się do mnie w języku mego władcy!
Rosjanin prychnął przez nos i wzruszył ramionami, dając do zrozumienia, że jej uwaga była niestosowna.
- Nazywam się Oleg Piotrowicz Smiełow i jestem starszym radcą gubernialnego urzędu podatkowego. A to mój zastępca, Igor Matwiejewicz Kałuszyn oraz pan kornet Wasyl Teodorowicz Paprotkin. Z rozkazu nowego namiestnika Jego Dostojności, generała hrabiego Berga, sprawdzamy, czy z majątków ziemskich zostały wniesione opłaty do Urzędu Skarbowego. Poproszę o przedstawienie ksiąg i dokumentów.
- Niepotrzebnie się panowie fatygowali, bo wszelkie podatki zostały opłacone w terminie. Na wasze wezwanie stawiłby się w guberni mój administrator.
- My wolimy wszystko sprawdzić na miejscu. Prosimy o księgi i kwity. - odpowiedział oschle urzędnik.
- Rozumiem. Walenty, proszę wezwać tu pana Bochniaka!- poleciła  kamerdynerowi, stojącemu przy drzwiach nieruchomo jak posąg.
Staruszek uchylił drzwi i ściszonym głosem wydał rozkaz Pawłowi, sam nie ruszając się z miejsca. Z jego twarzy o kamiennym wyrazie, nic nie można było odczytać, lecz Nina czuła się w jego obecności pewniej wiedząc, że on czuwa nad nią i doskonale zna rosyjski, przebywając długi czas w Petersburgu.
Pan Bochniak.
 Pana Bochniaka wielce zdziwiła dziwna wizytą, a nawet bardzo go zaniepokoiła. Radcy gubernialni nie trudzili się sprawdzaniem opłat skarbowych. Jeżeli dziedzic nie uiścił w terminie nałożonego podatku, do dworu zjeżdżali kozacy i rządzili w nim, doprowadzając majątek do ruiny. W urzędach gubernialnych pracowali także i Polacy i dla sprawdzenia kwitów, przysłaliby co najwyżej jakiegoś gryzipiórka. Coś się w tym wszystkim nie zgadzało i pan Bochniak wchodząc do buduaru, zamienił z Niną zatrwożone spojrzenia.
Rządca poprosił urzędników do kancelarii, ale radca Smiełow, wysyłał z nim swego zastępcę. Sam wybrał się na przechadzkę, zabierając z sobą przyprowadzonego przez rządcę pisarza prowentowego. Rosjanin zwiedził czworaki, obejrzał stajnie i obory, zaglądnął do sadu i ogrodu warzywnego i przeszedł się po alei parkowej, cały czas wypytując pisarza o dochody majątku i o jego właścicieli. Pisarz jąkał się tłumacząc, że niewiele wie, gdyż pracuje w Makowie zaledwie kilka miesięcy. Naturalnie kłamał, ale ciekawość radcy wzbudziła jego nieufność. Smiełow przystanął nad stawem, dopytując się o połowy ryb i koniecznie chciał się dowiedzieć, czy zimą urządzane są w tych stronach dobre polowania? Rozmawiając z pisarzem posługiwał się zupełnie znośną polszczyzną. Obejrzawszy ze wszystkich stron pałac, z nieprzeniknioną miną udał się do kancelarii pana Bochniaka.
Tymczasem na dziedzińcu dragoni rządzili się jak szare gęsi, domagając się pożywienia i paszy dla koni. Do buduaru wpadł Paweł, prezentując podbite oko i skarżąc się na brutalne zachowanie żołnierzy. Nina natychmiast kazała pani ochmistrzyni wydać dragonom chleba ze słoniną i wódkę. Po pewnym czasie wrócił radca Smiełow i przyznał, iż otrzymali mylne informacje, bo podatki opłacone są w całości. Nina zamierzała pożegnać go i wyjść, ale zatrzymał ją głos radcy :
- A gdzie obecnie przebywa pan hrabia?
- Dlaczego to pana interesuje? - odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- O, nas wszystko interesuje. Czy może nam pani podać aktualny adres pana hrabiego?
Zmusiła się żeby patrzeć bez drżenia w jego zimne oczy.
- Nie mam o mężu żadnych wiadomości od czasu, kiedy z początkiem stycznia wyjechał za granicę.
- Więc pani nie wie, gdzie mąż się znajduje?
- Nie.
- Mam nadzieję, że niedługo odezwie się do pani. - radca złożył jej sztywny ukłon.- Powinien już dawno zgłosić się do naszej ambasady o przedłużenie paszportu.
- Obawiam się, że mój mąż już nie żyje. - usłyszała swój głos brzmiący zupełnie obco.
- Nie sądzę. - Smiełow uśmiechnął się cierpko i skinąwszy jej głową wyszedł.
Stała jak wrośnięta w posadzkę i patrzyła za nim. Przez uchylone okno dochodziły z dziedzińca szorstkie głosy dragonów i rżenie ich koni. Przeszła do frontowego pokoju i uchyliła firankę. Żołnierze rozsiedli się na gazonie, przed kolumnadą pałacu. Jedni palili cuchnącą machorkę, spluwając na ziemię, inni karmili konie z ręki, a kiedy wyniesiono im chleb ze słoniną i wódkę, zabrali się do jedzenia. Kroili grube pajdy chleba, przekładali je słoniną i chciwie pojadali, popijając wódką. Wyglądali poczciwie, wcale nie groźnie, lecz Nina nie miała najmniejszej wątpliwości, ze usłyszawszy rozkaz, ci sami poczciwi żołnierze zamienią się w bezlitosnych oprawców. Nie była to ich wina, bo lata bezmyślnego, pruskiego drylu, kije i strach, zmieniały spokojnego rosyjskiego chłopa, czy mieszczanina, w posłuszne narzędzie mordu. Myślenie w rosyjskim wojsku było przestępstwem. 
Oddział dragonów carskich.
Słynne powiedzenie króla Prus Fryderyka II Wielkiego:"Nie rezonować!"w Rosji zastąpiono rozkazem:"Ruki po szwam!" Żołnierzy metodycznie odzwyczajano od myślenia, wpajając im fanatyczny kult cara i szowinistyczne hasła.
Urzędnicy odjechali po kilku godzinach,sprawdziwszy skrupulatnie księgi i kwity.  Kazali sobie nawet pokazać stare pergaminy z królewskimi nadaniami i sprawdzili, czy drzewo genealogiczne hrabiów Klonowieckich, zostało potwierdzone przez Urząd Heraldyczny w Petersburgu. Po upadku Powstania Listopadowego, władze carskie znalazły sobie nowy rodzaj eliminacji szlachty polskiej. Nie każdego było stać na kosztowne i pracochłonne poszukiwania swego rodowodu. W ten prosty sposób, rząd carski wiele rodzin szlacheckich pozbawił przywilejów, odbierając im herby. Całe zaścianki szlacheckie pozbawiano indygenatu i uczyniono z nich chłopów.
Po odjeździe Rosjan, do buduaru przyszedł pan Bochniak.
- Diabli wiedzą, w jakim celu te łotry tu zjechały. - rzekł z zatroskaną miną. - O Makowie mieli zdumiewająco dokładne informacje. Ten chudy wygadał się, że w Radomiu sprawdzili hipotekę majątku, bo byli ciekawi, czy nie ma na niej długu. Wypytywali o pana hrabiego i interesowali się, czy w pobliżu nie grasują jakieś bandy buntowników. Radca zapytał mnie wprost, czy pani hrabina sprzyja powstaniu!
- Boże święty. - szepnęła Nina, czując w sercu lodowaty chłód. - Podejrzewam, że te podatki to był tylko pretekst. Po co przyjechali? Czy zamierzają skonfiskować mi majątek?
Pan Bochniak był zdenerwowany do tego stopnia, że w uniesieniu cisnął czapkę na posadzkę i krzyknął: - - Niech mnie diabli porwą, jeśli nie mam racji, że oni chcieli się czegoś dowiedzieć na miejscu, i daję głowę, że tego się dowiedzieli. A my dalej jesteśmy ciemni, jak tabaka w rogu!
15 października, władze carskie wydały stanowczy zakaz noszenia żałoby narodowej. Ostateczny termin zdjęcia żałoby wyznaczono na 9 listopada, lecz policja nie przestrzegała tej daty. Nakładano kary pieniężne, czasami bito kobiety w czerni kijami i nawet na ulicy zdzierano z nich suknie. Kary były bardzo wysokie. I tak; kobieta idąca w żałobie ulicą, musiała zapłacić dziesięć rubli kary, jadąca dorożką lub powozem, płaciła już piętnaście rubli, a dama podróżująca własną karetą, karana była grzywną w wysokości stu rubli! Tę wiadomość przywiozła z Porajów Mira, dodając, że Rząd Narodowy nie chcąc narażać Polek na szykany, polecił wszystkim kobietom zdjąć żałobę.
- O, Rząd dobrze wie, że gdyby nam rozkazał, ponownie ubrałybyśmy kiry, nie bacząc na represje! - skomentowała Mira tę nowinę z ogniem w oczach.
- No właśnie! - przyznała Nina, bynajmniej nie zachwycona tą uwagą. - Cóż robić, Mireczko, trzeba będzie przywrócić do łask nasze jasne suknie. A nie mogli wydać tego zarządzenia w lecie, kiedy smażyłyśmy się w kirach? Obawiam się, że nasze suknie już dawno wyszły z mody.
Zakaz noszenia żałoby pociągał za sobą nowe wydatki. Na szczęście, Nina przypomniała sobie o stojących w alkierzu kufrach, pełnych starej odzieży i udała się tam w towarzystwie Miry i Jagi. Uklękły na podłodze, zaglądając ciekawie do pierwszego kufra.
- Ninko, spójrz na tę pelerynkę. Jest wyjątkowo piękna! - panna Lutówna podała jej śliczną, niebieską pelerynkę z koronki Chantilly, ozdobioną haftem i błękitnymi dżetami.
- Rzeczywiście bardzo ładna. Zapewne należała do matki mego męża, bo ona także lubiła kolor niebieski. O, popatrz, ta zielona suknia jest zupełnie á la mode. Ma dużą plisę i łatwo ją można przedłużyć. Jak to dobrze, że mamy maszynę do szycia. Poszyjemy sobie toalety á la "prowincja". A tę perłowo-szarą sukienkę, przerobimy dla ciebie, pyszczku. Prawda nianiu, że jest bardzo twarzowa?
Wyciągały z kufrów zapomniane stroje, a dziewczęta w szwalni zasiadły do szycia, przerabiając jasne toalety dla obu pań. Niespodzianie wyjaśniła się również tajemnica źródła dokładnych informacji Starewicza. Sprawczynią nieszczęścia okazała się dziewczyna kuchenna z Zameczku. Najpierw dała się naiwnie pociągnąć za język staremu Żabcowi, i w największym sekrecie wygadała się, że we dworku leży ranny jaśnie pan dziedzic. Po jakimś czasie, odwiedzając krewniaków w Lipieńcu, za kilka rubli poinformowała Starewicza o wszystkim, co wiedziała o Borutyńskich Nina rozkazała natychmiast wyrzucić ją ze służby, a jej rodzinę wydalić z Lipieńca.
Maciek, co jakiś czas odwiedzający Łysą Polanę przyniósł wiadomość, że powrócił tam oddział, ale mocno poturbowany. Niejeden powstaniec poległ, mimo to, kapitan Soszkiewicz miał na swoim koncie kilka wygranych potyczek. Stary doświadczony oficer, nie rzucał się z motyką na słońce, lecz wybierał niewielkie konwoje pocztowe, patrole kozackie i małe oddziały nieprzyjacielskie, które zapędziły się do lasu. Informowany przez swoich wywiadowców, ustaliwszy dokładnie pozycję przeciwnika, uderzał błyskawicznie o najmniej spodziewanej porze i odnosił zwycięstwo. W wędrownym życiu i w walce, żołnierze niszczyli odzież i zdzierali podeszwy butów. We dworach Siekielskich i Wąsockich, kobiety znowu pochyliły się nad stołami, krojąc, fastrygując i szyjąc mundury oraz płaszcze zimowe. W miasteczku, zaprzysiężeni szewcy opłacani przez Ninę, Tadeusza i pana Wąsockiego, sporządzali ciężkie, tak zwane "palone" buty.
Pewnej pochmurnej jesiennej nocy, mieszkańców pałacu obudziło pukanie. Był to braciszek Benon, przemoknięty do nitki i drżący z zimna. Przybył wozem, na którym leżały skrzynie z karabinami. Pan Piotrowski zdołał je przeszmuglować przez granicę, a braciszek musiał towarzyszyć woźnicy, nie znającemu drogi. Obóz na Łysej Polanie znowu był pusty, bo kapitan Soszkiewicz zaopatrzywszy się w żywność i odzież, powędrował w sobie tylko znanym kierunku. Powiadomiony o tym braciszek, zdecydował się ukryć broń w Makowie, aż do czasu powrotu kapitana do leśnego obozu.
Nina pośpiesznie narzuciwszy na siebie peniuar, powitała braciszka z radością. Obudzona Mira, przybiegła ze swego pokoju i uściskała zakonnika. Walenty poradził, aby broń złożyć na starym miejscu w kaplicy. Poszli tam, brnąc w błocie i w nieprzeniknionych ciemnościach nocy. Ponure wnętrze podziemnej krypty, zrobiło na Mirze przygnębiające wrażenie. Nigdy jeszcze nie była w tym miejscu i rozglądała się dokoła ze strachem. Widok trumien omal nie podciął jej kolan. Na środku krypty, na drewnianym stojaku, stała dębowa trumna wojewodziny. Nina wolała nie patrzeć w tamtą stronę w obawie, że stara dama może się jej przyśnić. Poszli na koniec podziemia. Walenty włożył palec w oczodół czaszki, naciskając ukrytą tam sprężynę. Tafla posadzki odsunęła się, ukazując mroczną kryjówkę.
- Ależ to świetna skrytka! - zawołał zachwycony zakonnik, zaglądając do wnętrza lochu.
- O Matko Boska! Zupełnie jak w jakimś romansie grozy! - Mira zadzwoniła zębami z zimna i ze strachu. - Brrr, nieprzyjemnie tutaj. Powietrze takie ciężkie....
- Na szczęście skrzynie są całe i można do nich złożyć karabiny. O, jest nawet smołowane płótno! - ucieszył się braciszek.
Na schodach rozległy się głosy i do krypty zeszli kolejno; pan Bochniak, Maciek, Stach i Paweł. Mężczyźni zabrali się do wyładowania broni i przenosili ją do podziemia. Była to ciężka praca i pomimo chłodu, wszyscy byli spoceni. Nina z zadowoleniem oglądała nowoczesne sztucery belgijskie z dołączonymi bagnetami, oraz kilka karabinków dla kawalerii. Broń była nowa i Nina uznała, że pan Piotrowski spisał się znakomicie. Obie panie i Walenty owijali karabiny w nasmołowane płótno i składali ją do wyciągniętych z lochu skrzyń, bo płótna w których przyjechały, były wilgotne od deszczu. Pracująca z zapałem Mira, naraz wrzasnęła cienko, zadzierając w górę spódnicę.
- Szczur!
- Cicho, nie krzycz! - upomniała ją Nina. - Opuść spódnicę, bo majtki ci widać! - szepnęła jej do ucha, a głośno dodała: - Walenty, trzeba tu kilka kotów wpuścić, albo jakąś trutkę założyć, żeby szczury nie biegały po trumnach.
- Dokąd wybrał się pan kapitan Soszkiewicz? - spytała Nina, ocierając brudną ręką spocone czoło i zostawiając na nim ciemne smugi brudu.
- Podobno kurier przywiózł kapitanowi nowe rozkazy i poszli gdzieś ku granicy. Jak tylko wrócą, zgłoszą się po broń.
 - No, robota skończona! - wysapał Walenty, gdy ostatnią skrzynię opuszczono do lochu. Zasunął płytę posadzki i zatarł zziębnięte dłonie.- Możemy wracać. Bogu dzięki, że nasi ludzie pewni, bo za taką imprezę czekałby jaśnie panią Sybir albo i coś gorszego.
Wyszli z krypty, starannie zamykając za sobą żelazną kratę i masywne drzwi wejściowe. Mira odetchnęła świeżym powietrzem i otrząsnęła się z obrzydzeniem.
- Ależ to okropne miejsce. Chyba umarłabym ze strachu, siedząc tam dłużej.
Braciszek zjadł kolacje, przebrał się, przespał w pokoju gościnnym i o świcie odjechał.
Październik przyniósł kilka słonecznych dni i kiedy Mira nie miała zajęcia w szkole, panie spacerowały po parku, zbierając do wazonów ostatnie jesienne kwiaty. Odleciały już łabędzie i dzikie kaczki, przybyły za to wrony czy też kruki, obsiadając korony drzew. Wyglądały niepokojąco i przypatrującą się im Ninę, przejął dreszcz.
- Popatrz, Mireczko, znowu te czarne ptaszyska.- odezwała się, pokazując ręką stado.
- Widocznie są w naturze potrzebne, skoro zostały stworzone. - Mira obserwowała ptaki bez lęku.- A do mnie dziś rano pukał w szybę gołąbek! Może dostaniemy jakąś wiadomość?
Gołąb okazał się rzeczywiście zwiastunem dobrej nowiny, bo po południu przyjechała Jadwiga Wąsocka i wręczyła Ninie list od męża, pozostawiony przez kuriera w Porajach, skąd wracała. Nina drżącymi rękami rozerwała elegancką kopertę i zaczęła czytać:
"Ukochany mój Promyczku, wróciłem! Mam nadzieję, że niedługo się zobaczymy." Te słowa zaparły Ninie dech w piersiach i ogarnął ją istny szał radości. Ze względu na obecność gościa, nie doczytała listu do końca, obiecując sobie powrócić do niego, kiedy tylko zostanie sama. Jadwiga przyjechała z konkretną propozycją, prosząc o udostępnienie dworku w Zameczku, na lazaret wojskowy. Dorota Biecka dała pannie Lasewiczównie wyraźnie do zrozumienia, że nie życzy sobie przyjmować nowych rannych powstańców. Składki opłacała jak z łaski i dopiero upomniana surowo przez proboszcza. Przestała przejmować się łajdaczącym się w Galicji Kaziem i wystąpiła do adwokata, prosząc o wszczęcie sprawy rozwodowej. Jej służba coraz głośniej plotkowała o zażyłości pani dziedziczki z pisarzem prowentowym. Awansowany na rządcę, już trząsł całym majątkiem.
- Coś mi się wydaje, że nasza Dorotka pakuje się w nową awanturę! - zauważyła ironicznie Jadwiga. - Jadąc do Makowa, minęłam jej powóz. Siedziała w kącie, a obok niej rozwalony na poduszkach pan pisarz! Obawiam się, że okaże się nie lepszy od Kazia.
- Wiesz, Jadziu, - westchnęła ze smutkiem Nina. - od jakiegoś czasu świat i ludzie wydają mi się inni, o wiele gorsi.
- Bo są gorsi! - wtrąciła się Mira, pracowicie wyszywając orzełka na konfederatce.
- Pomyślcie tylko. - ciągnęła Nina. - Czy możecie sobie wyobrazić, żeby przed powstaniem kobieta, jakby nie było, z uczciwego, szlacheckiego domu, kompromitowała się ze swoim pisarzem? Pani wojewodzina i ciotka Maria w grobie się przewracają. Owszem, zdarzało się i dawniej, że panie miewały chętkę na przystojnego służącego, a syn więcej przypominał lokaja, niż małżonka pani dziedziczki. Ale nikt nie śmiał o tym głośno mówić, a takich kobiet nie szanowano i nie przyjmowano w towarzystwie.
Panna Wąsocka
- A pamiętasz, co opowiadano o mnie? - Jadwiga zarumieniła się mocno. - Byłam potępiona, tymczasem Dorota nie tylko afiszuje się z kochankiem, ale zaczęła się jawnie różować i kupiła sobie u fryzjera sztuczny warkocz!
- Oszalała! - Nina parsknęła śmiechem. - Urody jej od tego, niestety nie przybędzie. Widziałam, że w niedzielę miała na mszy fatalną fryzurę i podmalowane oczy. Mniejsza o nią. Jadziu, czy ja muszę oddać Zameczek na lazaret? Wiesz, że mój dom może być obserwowany.
Na twarzy Jadwigi odmalował się smutek.
- O, gdybyście tylko widziały, co się dzieje w szpitalach i lazaretach! W Klimontowie i Bodzentynie już nie ma miejsc. Niemal codziennie przywożą nam rannych, których kładzie się gdziekolwiek, bo brakuje wolnych łóżek. Z powodu braku lekarstw, chorzy i ranni wolniej wracają do zdrowia i dłużej leżą, zajmując miejsca innym. Część rannych i chorych, udaje się nam przewieźć do szpitali w Galicji, niektórych lokujemy po dworach i domach prywatnych w miastach, ale to ciągle za mało. Potrzebujemy łóżek, bo przecież nadchodzi zima i nie można będzie tych biedaków kłaść na gołej posadzce. Młodzi mężczyźni, bez rąk, bez nóg, sparaliżowani po postrzale kręgosłupa, ślepi lub głusi, pozostaną kalekami do końca życia. Dobrze, jeżeli taki chory ma zamożną rodzinę, która się nim zaopiekuje. Ale większość z tych chłopców, to ubodzy rzemieślnicy, studenci, służba dworska i wieśniacy. Oni nie mają do czego wracać i nie wiadomo, co się z nimi stanie.
- Nie martw się. - powiedziała Nina przez zaciśnięte zęby. - Zaopiekują się nimi Rosjanie i użyźnią ich ciałami ziemię Sybiru! To będzie wiekopomne dzieło Rządu Narodowego i powstania!
Jadwiga westchnęła i spuściła oczy.
- Mogę powiadomić pannę Lasewiczównę, że wyrażasz zgodę? - ponowiła pytanie.
Nina ściągnęła brwi. Była niezadowolona i gdyby to tylko okazało się możliwe, odmówiłaby Jadwidze, lecz nie miała wątpliwości, że decyzja o umieszczeniu lazaretu w jej folwarku zapadła wyżej, a pytanie Jadwigi było jedynie grzecznościową formą rozkazu. Organizacja "piątek" działała sprężyście. W razie odmowy do posłuszeństwa zmusiłaby ją wizyta policji narodowej.
- A mam inne wyjście? - uniosła brwi, patrząc z ironią na pannę Wąsocką.
- Obawiam się, że nie!
- Tak myślałam. Ale nie zapominaj, Jadziu, że po aresztowaniu Emilki i śmierci Borutyńskich, mój dom może być inwigilowany. Niedawno miałam dziwnych gości z Radomia, nawet nie wiem czego u mnie szukali.
Przyjęcie rannego powstańca.
 - Kochanie, my nie mamy innego wyjścia. - oświadczyła Jadwiga stanowczo. - Coraz mniej osób zgadza się na przyjęcie pod swój dach rannego powstańca, bo obawiają się konsekwencji. Nieszczęśni żołnierze leżą na korytarzach, w kuchni, nawet w kostnicy! Tak, nie wzdrygajcie się, taka jest okrutna prawda. Są ludzie ofiarni i niegodziwcy i dlatego lękamy się, że niedługo Moskale trafią na nasz ślad.
Nina słuchając tego czuła, że serce jej krwawi. Przypomniała sobie rannego Aleksa. Jego także nikt nie chciał przyjąć. Ci nieszczęśliwi wspaniali chłopcy, oddali ojczyźnie swoją młodość i zdrowie, stając na rozkaz do walki o niepodległość. Ranni, byli już tylko ciężarem dla społeczeństwa.
- Dobrze, zgadzam się. Ale sama rozumiesz, że nie mogę zagwarantować im bezpieczeństwa.
- Ależ Nino, nikt tego od ciebie nie wymaga. Stasia mówiła mi, że nawet w klasztorze przechowywani są ranni.
- Jakże ona się czuje w zakonie? Czy znalazła nareszcie spokój ducha? - zagadnęła Nina ze współczuciem.
- Niełatwo z nią nawiązać kontakt. Nie sądzę, żeby człowiek zdołał uciec od swoich myśli i wspomnień. Wiem, że się męczy i czuje się najlepiej, gdy może opiekować się rannymi.
- W takim razie powinna zostać szarytką, nie wstępować do zakonu zamkniętego. - zauważyła Mira.
- To prawda. - przytaknęła Nina. - Posłuchaj, Jadziu, jeżeli w Zameczku ma powstać lazaret, to musicie panie, wystarać mi się o lekarza chirurga.
- Na razie będzie tam zaglądał lekarz z Bodzentyna. O chirurgu pomówię z panną Lasewiczówną. - obiecała Jadwiga.
Przed odjazdem, Nina wręczyła jej dwieście rubli na potrzeby szpitala i przyrzekła, że każe swemu stolarzowi zrobić kilka łóżek dla miejskiej lecznicy. Po odjeździe panny Wąsockiej, natychmiast powróciła do czytania listu od męża. Aleks w ciepłych, serdecznych słowach wyrażał współczucie i ubolewał nad śmiercią Borutyńskich, obiecując rychłe spotkanie. List między innymi zawierał jeszcze kilka zdań tak dziwnych i zawiłych, że Nina nie mogła się zorientować, o co mu właściwie chodziło. Domyślała się, że jest to rodzaj szyfru i że mąż ma nadzieję, że zostanie zrozumiany. Ale ona nie miała klucza do tego szyfru.

Jeszcze tego samego wieczora wybrała konno się do Zameczku, polecając Grabiszynie usunąć z pokojów meble i pozostawić tylko łóżka oraz drewniane prycze, zrobione naprędce przez stolarza z desek i zasłane słomianymi siennikami. Grabiszyna wtajemniczona w sprawę obiecała, że ranni zostaną otoczeni troskliwą opieką. W razie potrzeby, lazaret można było powiększyć, wstawiając prycze do dawnej dworskiej piekarni. Powracając z Zameczku, Nina myślała z lękiem, że oto wchodzi na bardzo śliską drogę. Pamiętała surowe i twarde ostrzeżenie generała Uszakowa, ale nie zamierzała się cofnąć, zresztą na to było już za późno.
                                        -----------------------------------------------
- Podam ci szal, zrobiło się bardzo chłodno. - odezwała się Jaga i podreptała do garderoby, odkładając na bok kurtkę mundurową, do której pracowicie przyszywała guziki. Powróciła po chwili, niosąc wielki szal z angory i narzuciła go na ramiona Niny.
Ten szal kupił jej Aleks zaraz po ślubie. Był śnieżno biały i mięciutki. Nina pogładziła się nim po policzku i owinęła szczelnie, bo choć za oknami świeciło słońce, od drzwi tarasu ciągnął chłód.
- Nianiu, dopilnuj proszę, żeby jutro dziewczęta zabrały się do opatrywania okien i drzwi na zimę. Już najwyższy czas. - powiedziała Nina, podkulając nogi.
- Coś mi się wydaje, że tego roku zima da nam się we znaki. - zauważyła Jaga, wracając do przerwanej roboty.
Co roku o tej porze przystępowano do ocieplania domu. Każde okno uszczelniano, wkładając pomiędzy skrzydła okienne grube wałki z waty i resztek materiału. Podobnie uszczelniano drzwi, chroniąc się przed mrozami. Zalepiano nawet dziurki od klucza, aby nigdzie nie wiało. Duży salon i sala balowa zostały zamknięte na głucho aż do wiosny, bo trudno je było ogrzać.
- Ile jeszcze mamy poszyć tych mundurów? - zapytała Jaga, wbijając igłę w materiał.
- Na ile wystarczy sukna. - Nina rzuciła okiem na zwały granatowego materiału, który Mira, z dziewczętami ze szwalni, miała przykroić po powrocie ze szkoły. Obok leżała sztuka amarantowego szewiotu na wypustki, a w dużym pudle połyskiwały złociste guziki z wybitym na nich orzełkiem. Materiał zakupiła Nina, guziki dostały za darmo od pań z organizacji "piątek".
- Z pewnością będzie to najelegantszy oddział w całym powstaniu! - dodała Nina złośliwie. - Nie wiem, po co im te ułańskie mundury i najlepsze konie. Maciek buczał na głos, jak znowu przyjechali wybierać wierzchowce. Jakie to szczęście, że część tabunu wyprawiłam do puszczy! Proponowałam kapitanowi Soszkiewiczowi duże, zimnokrwiste konie z Lipieńca, dobre pod siodło, bo silne i spokojne. Ale on tylko nosem kręcił i wybierał co ładniejsze araby. Wziął nawet dziesięć koni węgierskich, jakie ocalały ze stadniny wuja Ksawerego. Boże kochany, zmarnują te konie! - westchnęła.
Konie arabskie.
 - Przecież słyszałaś, jak pan kapitan mówił, że większość oddziału stanowić ma kawaleria. - zauważyła Jaga, szybko przyszywając kolejny guzik. - Wiadomo, kawalerzyści piechotą nie biegają.
- A ja czułam się tak fatalnie, jakbym oddawała własne dzieci na poniewierkę. Ze stadniny wuja prawie już nic nie pozostało. Jak pomyślę, że biedna Pamina ciągnie gdzieś chłopski wóz z gnojem, a ogiery orzą pola, to chce mi się głośno płakać. Oj, znowu ukłułam się w palec! - syknęła ze złością. - Jak będę na starość wspominała powstanie, to ono będzie mi się zawsze kojarzyło z szyciem mnóstwa męskich kalesonów, koszul i mundurów. Okropność!
Obudzony jej podniesionym głosem Grot, wstał z poduszki, spojrzał na nią pytająco i podszedł do oszklonych drzwi, wyglądając na taras. Obejrzał się na panią i szczeknął zachęcająco. Ale Nina nie miała ochoty na przechadzkę. Jeszcze była zmęczona po wczorajszej jeździe na Łysą Polanę. Zawieźli tam z Tadeuszem, uszytą już część odzieży zimowej i dwa wozy żywności. Cieszyła się, że przyjaciel może już swobodnie jeździć konno. Teraz często wybierali się oboje na długie konne spacery, rozmawiając z sobą o wielu dręczących ich sprawach. Z niechęcią wyjrzała przez okno. Od północy nadciągały zwały ciemnych chmur niosąc deszcz. Drzewa w parku stały jeszcze w urodzie resztek liści, lecz widać już było ich nagie konary.
- Szybko przeminęło to lato, prawda? - odezwała się do Jagi. - Nie lubię października! Wkrótce już zima, a Alka nie widać.
- Przecież pisał. - przypomniała Jaga. - Ciągle narzekasz.
- No pisał, ale niewiele z tego zrozumiałam. - prychnęła Nina gniewnie. - Boże, czy on wyobraża sobie, że ja Oxford ukończyłam? Zadał mi zagadkę nie do rozwiązania. Napisał, że wróci razem z tym panem, którego krewnej bardzo nie lubiłam! Całą noc łamałam sobie głowę i nic nie wymyśliłam.
Jaga rozważała to, co Nina powiedziała, ale nie rozumiała sensu tych kilku słów.
- Może potem przypomnisz sobie, o kogo mu chodziło. - starała się dodać jej otuchy.
- Bardzo wątpię. Zresztą co mnie to obchodzi, z kim on wróci? Mam nadzieję, że teraz posiedzi trochę dłużej w domu. Coraz mniej koło nas dobrych ludzi, nawet pani ochmistrzyni nas pożegnała.
Pani ochmistrzyni.
 - Poczciwości kobieta! - westchnęła z żalem Jaga. - Odjeżdżając, płakała jak na pogrzebie. Mówiła, że nawet w niebie nie będzie jej lepiej niż było w Makowie. Ale cóż, szwagier zmarł i musiała się zaopiekować owdowiałą siostrą i jej dziećmi. Dobra to była kobieta z kościami.
- I znakomita ochmistrzyni. Drugiej takiej już nie znajdę. - dodała Nina. Podniosła głowę i zapatrzyła się na drzewa widoczne za oknem. Ukośne promienie słońca przenikały przez koronkowe firany, zaglądając do pokoju. W kominku płonął ogień, a puszyste kolorowe dywany i barwne kilimy na ścianach pokoju sprawiały, że w buduarze było zacisznie w ten melancholijny jesienny dzień.
- Wiesz, nianiu. - przerwała długie milczenie. - Martwię się o Siekielskich. Zosia ma poważne kłopoty z Tadeuszem. Źle się u nich dzieje. - Nina przerwała, usiłując nawlec igłę i starając się trafić nitką w ucho igielne. - Byli takim dobrym małżeństwem, aż im czasami zazdrościłam. Ale Tadek się zmienił, nie potrafi pogodzić się z kalectwem i każda pomoc ze strony Zosi, wywołuje u niego wybuch agresji. Złości się, kiedy ona go podtrzymuje, bo biedak często traci równowagę. Najgorsze jest to, że on pragnie wrócić do partii! - Nina ściszyła głos do szeptu mimo, że w pokoju były same: - Nianiu, oni wcale ze sobą nie żyją!
- Co w tym dziwnego? Pan Siekielski jest jeszcze słaby.
- Nic podobnego. Widziałaś jak przytył? Przecież znowu jeździ konno i zajmuje się gospodarką. Ale uparł się, że wróci do oddziału i koniec. Zosia naturalnie nawet słyszeć o tym nie chce i stąd awantury. Podobno przedwczoraj tak się wściekł, że w pasji porąbał szablą stół, skoczył na konia i popędził przed siebie. Biedna trusia wpadła w rozpacz, bo wyobraziła sobie, że on już do domu nie wróci. Ale wieczorem przyjechał i przepraszał, całując ją po rękach. w Tymczasem wieczorem kazał sobie pościelić w kancelarii, bo jak mówił, nie chce jej przeszkadzać głośnym chrapaniem. Biedna Zosia tak płakała, że serce mnie bolało. Ksiądz proboszcz radził jej, żeby była cierpliwa. Oho, dobrze księdzu radzić! Starszy człowiek nie potrafi zrozumieć potrzeb młodej kobiety. Żal mi także Tadeusza, bo to przecież mój przyjaciel i dobrze go rozumiem. Po Jasiu on mi tylko pozostał. Proboszcz powiedział jeszcze Zosi, żeby była wyrozumiała, bo w przeciwnym razie mąż może ją znienawidzić. Jezu, Alka gdzieś nosi po świecie, Tadek się zbiesił, a ja i trusia żyjemy jak dwie wdowy. Ot i wychodź dziewczyno za mąż!
- Panu Siekielskiemu także z pewnością nie jest lekko. - głos Jagi brzmiał spokojnie, ale w oczach czaiła się troska. - Tak wiele wycierpiał, stracił rękę, został kaleką i wie, że do walki już nie wróci. Jego najlepszy przyjaciel, którego kochał jak brata, zginął okropną śmiercią. Boże, jak tylko sięgnę pamięcią, zawsze widzę ich razem. Jak przyjeżdżali na wakacje, byli nierozłączni. A co ty, kotku, tak się kręcisz?
- Bo mam już dosyć tego szycia! - zawołała Nina i zwinąwszy mundur, włożyła go do dużego kosza. - Chciałam być pianistką, a nie szwaczką! Pójdę się przejść i wyprowadzę Grota, bo biedne psisko zasiedzi się w domu.
- Dobrze, idź, ale weź z sobą parasol, bo będzie padać. - zawołała za nią Jaga.
 Nina udała, że nie słyszy, bo nie chciało się jej nosić parasola. Narzuciła na ramiona burnus podbity futrem i spojrzała odruchowo w lustro. Wyglądała pięknie, miała talię piętnastolatki, jej usta były kuszące i słodkie, a oczy tajemnicze i wabiące. Ale co z tego, kiedy w domu były niemal same kobiety. Nie miała się dla kogo stroić i być piękną. Nie podziwiany przez nikogo, urok pierwszej młodości wkrótce minie. 
Prędko zbiegła po szerokich schodach tarasu do parku. Grot szalał, biegając po trawnikach i obszczekując kawki na drzewach, a ona wolno szła wzdłuż bukszpanowego żywopłotu. Na gazonach kwitły jeszcze ostatnie jesienne róże, puszyły się białe i złote chryzantemy, roztaczając zapach jesieni. Wkrótce Święto Zmarłych, a ona nie zapali znicza na grobie syna. Miała tylko nadzieje, że państwo Piotrowscy opiekują się nim troskliwie. Tęskniła ogromnie za Jasiem i czasami wmawiała sobie, że przebywa gdzieś w podróży i wkrótce powróci.
Myśląc o nim, uległa nagłemu złudzeniu, bo wydawało się jej, że widzi w półmroku alei cień wysokiej męskiej postaci, a rozpalona wyobraźnia nadała jej rysy Jasia. Widziała przed sobą jego młodzieńczą twarz, jasną czuprynę i śmiejące się usta Przewidzenie było tak realne, że wyciągnęła przed siebie obie ręce, wydając radosny okrzyk :
- Misiu! - pobiegła przed siebie kilka kroków i przystanęła, opuszczając bezwładnie ramiona. Ułuda prysła, bo była jedynie wytworem jej wybujałej imaginacji. Dziwacznym światłocieniem rzuconym przez pień młodej brzozy. Kiedy podbiegła bliżej, cień zniknął, bo chmury zakryły słońce. Wsparła głowę o pień brzozy, wybuchając rozdzierającym płaczem. Opanowawszy wybuch rozpaczy, postanowiła nazajutrz zamówić mszę za dusze najbliższych. Miała ponure przeczucie, że Emilka i ciocia Salomea, także nie dojadą żywe na miejsce zesłania.
1Kostyczny - cyniczny, szyderczy, złośliwy.