czwartek, 29 września 2016

GNIEW CARA!


29 września 2016 r.
Uzbrojeni sołdaci rozbiegli się po domu i zabudowaniach gospodarczych, zaglądając do każdego kątka. Do sypialni wpadło trzech brodatych kozaków, otwierając w garderobie szafy i komody, opukując kolbami ściany w poszukiwaniu tajnych schowków.
- Jak śmiecie tu wchodzić? - oburzyła się Jaga, zasłaniając sobą Ninę i nieufnie obserwując ich poczynania.- To sypialnia samej jaśnie oświeconej pani hrabiny! Wynoście się stąd natychmiast!
Lecz kozacy nie zwracali na nią uwagi, dokładnie wszystko przeszukując Otwarli również drzwi na taras, żeby sprawdzić, czy nie ma na śniegu jakichś śladów. Za kozakami wkroczył do sypialni oficer żandarmerii. Był niski, miał rzadkie mysie włosy i zapuchnięte małe oczka. Stanąwszy na środku sypialni w szerokim rozkroku, rozejrzał się, wodząc zawistnym wzrokiem po wykwintnych mebelkach, freskach i złoceniach. Na wielkim łożu, pod baldachimem z różowego jedwabiu, spoczywała młoda, prześliczna dama, wpatrująca się w niego z zaledwie powściąganą pogardą i gniewem. To spostrzeżenie wyprowadziło go z równowagi. Rozkraczył się jeszcze szerzej i tupnął nogą.
- Wstać! - rozkazał po polsku. -Natychmiast!
- Jestem obłożnie chora.- powiedziała Nina spokojnie.- Chcę wiedzieć, dlaczego wtargnęliście do mego domu? Jakim prawem?
- Prawem silniejszego! - odpalił. - Radzę pani wstać, bo inaczej moi ludzie wyrzucą panią z łóżka.
Nina pod lizeską miała na sobie gorset i halki, a na nogach pończochy. Nie mogła mu się tak pokazać, bo oficer domyśliłby się, że tylko udaje obłożnie chorą. Zanim zdążyła zastanowić się, co ma zrobić, Jaga pośpiesznie podała jej peniuar i pantofelki, zasłaniając ją przy tym tak zręcznie, że żandarm nie zauważył nic podejrzanego. Na jego skinienie, kozak zaczął wyrzucać z łóżka pościel, materace, zaglądając w fałdy firanek, a nawet na wierzch baldachimu. Stwierdziwszy, że w posłaniu niczego nie ukryto, wziął Jagę za ramię,  choć głośno protestowała, opierając się,  i wszyscy prócz oficera, w milczeniu opuścili pokój.
Żandarm usadowił się w fotelu przed kominkiem i wyciągnąwszy ręce, ogrzewał je nad płomieniem. Oczy miał spuszczone, lecz jego uwadze nie umknął najdrobniejszy szczegół, najmniejsza zmiana na twarzy Niny. Zamierzał przestraszyć ją i zmiękczyć, przed właściwym przesłuchaniem. Udawał, że nie docierają do niego zadawane przez nią pytania, zajęty siąkaniem nosa i wycieranie go chusteczką. Przygładził włosy, przeczesał palcami bokobrody i dopiero wtedy odezwał się bezbarwnym, suchym głosem urzędniczego gryzipiórka:
- Gdzie jest mąż pani?
- Nie wiem. Wyjechał na kurację za granicę.
- Aha! Jestem pewien, że kuracja była skuteczna i już nic mu nie dolega. Ha, ha, ha... Na koszt rządu, zafundowaliśmy jemu i jego ludziom kurację zdrowotną. Więcej chorować nie będą, bo zabici nie chorują. - oświadczył z nutką tryumfu, podnosząc na nią oczy. Po raz pierwszy dostrzegła, że były blade, przekrwione i bez wyrazu. Różowawy nos zdradzał skłonność do alkoholu. 
- Widzę, że nie zrobiło to na pani wrażenia. To nie była niespodzianka, prawda? Pani już wie o śmierci swego męża. Gdzie ukryła pani jego trupa?
Bez drgnienia wytrzymała jego spojrzenie.
- Powiedziałam panu, że od stycznia męża nie widziałam.- odpowiedziała obojętnie, bawiąc się wstążką peniuaru. - Oficjalnie nikt nie powiadomił mnie o jego zgonie, więc nie muszę panu wierzyć. Poza tym, to jest mój dom i mam prawo...
Żandarm rąbnął pięścią w poręcz fotela.
- Milczeć! - wrzasnął z taką wściekłością, że podskoczyła nerwowo i zbladła. - Nie ma pani żadnych praw, bo prawo ja tu stanowię, jasne? Ma pani odpowiadać na moje pytania, bez żadnych komentarzy! - sapnął z gniewu, ale po chwili uspokoił się i ponowił przesłuchanie tak opanowanym tonem, że Nina spojrzała na niego zdziwiona.- Zwracam pani uwagę, że świadome wprowadzanie w błąd przedstawiciela władzy, czyli mnie, to przestępstwo. Zostanie pani za to ukarana.
- Za co? Zadaje mi pan pytania, których nie rozumiem. Poza tym, nie wiem z kim rozmawiam, bo nie był pan łaskaw się przedstawić. - zauważyła, siadając na skraju łoża ogołoconego z pościeli i materaców, wyrzuconych na posadzkę.
Od początku zdawała sobie sprawę, jakie postawi jej pytania i postanowiła udawać, że o niczym nie wie. Cisza panująca w sypialni, gdzie jeszcze przed chwilą odnajdywała poczucie bezpieczeństwa, teraz wydała się jej zwodnicza i złowróżbna. W odpowiedzi na jej uwagę, oficer roześmiał się ironicznie.
- Oh, pardon madame! To rzeczywiście fatalne foux pas1... Jestem Ilia Andrejewicz Szyszkow, major żandarmerii wojskowej, do usług. Teraz, kiedy wymogi towarzyskie mamy za sobą sądzę, że stanie się pani bardziej rozmowna. Pytam raz jeszcze, gdzie pochowała pani zwłoki męża? Pani wie, że tacy buntownicy jak on, nie mają prawa do godnego pochówku. Ostrzegam, moja cierpliwość szybko się wyczerpie, a wtedy nie może już pani liczyć na pobłażliwość. Wiem, że Polki z reguły kłamią, ale zapewniam, że pani nie trafiła na głupca i proszę nie liczyć, iż uwierzę w pani wykręty. Tylko prawda, szczera prawda i przyznanie się do winy, może złagodzić surowość prawa. A zatem, pytam raz jeszcze: gdzie pochowała pani zabitego buntownika?
- Twierdzi pan, że mój mąż poległ. Nie zamierzam kwestionować pana wypowiedzi. Załóżmy, że to prawda. Ale co wam po trupach?
- Powiem pani. Napoleon I, którego Polacy tak bardzo czczą powiedział, że trup wroga ładnie pachnie! - żandarm założył nogę na nogę i patrzył na nią drwiąco : - Z tym twierdzeniem akurat się zgadzam. Według prawa, buntownicy mają być zakopywani, jak padlina!
Nina skrzywiła się, bo doleciał do niej zapach ordynarnej brylantyny, jaką żandarm wysmarował sobie włosy.
- Przepraszam, że sprostuję pomyłkę. Te słowa wypowiedział król Francji Karol IX, nad trupem admirała de Coligny. " Le corps d'un ennemi mort sent toujours bon."
Zesztywniał i spiorunował ją wzrokiem.
- Zachowuje się pani bezczelnie!- syknął.- Więc nic więcej nie ma mi pani do powiedzenia?
A.Grottger. Obrona dworu.
Patrzyła na niego w wyniosłym milczeniu.
- Nie chce pani mówić? Cóż, sama sobie pani szkodzi. - westchnął z ubolewaniem, strzepując z rękawa munduru niewidoczny pyłek. -
- Jeżeli twierdzi pan tak stanowczo, że mój mąż został zabity, to wy musicie wiedzieć, gdzie jest jego ciało. Nie ukryłam zwłok. Ale coś panu powiem, gdybym naprawdę mogła pogrzebać ciało męża, to nawet na torturach nie zdradziłabym wam, gdzie zostało ukryte. Ale ja nic na ten temat nie wiem i podejrzewam, że pan stara się coś mi insynuować.
- Myśli pani, że dam się wystrychnąć na dudka? Ten dom już od dawna jest pod naszą obserwacją i wiemy, że tu znajduje się lazaret. Proszę mi wskazać, gdzie jest ukryty. Ranni mogą liczyć, że zostaną umieszczeni w więziennym szpitalu, leczeni i sprawiedliwie osądzeni. A więc?
"Wszystko o nas wiedzą. - myślała, wpatrując się w niego niewinnym spojrzeniem. - Jakie to szczęście, że Setkowiczowi udało się przenieść lazaret. Mogą go szukać do sądnego dnia. A mój ukochany jest już bezpieczny i wolny, poza zasięgiem władzy cara. Mnie pewnie ześlą, a może powieszą, ale to już nie ma większego znaczenia." Zrobiła jednak zdumioną minę i przybrała wyraz twarzy osoby, podejrzewanej niewinnie o złe zamiary.
- Bardzo przepraszam, ja nie wiedziałam, że udzielanie pomocy rannym jest przestępstwem. Religia uczy nas miłosierdzia.
Żandarmowi zaiskrzyły się oczy, pochylił się w jej stronę i spytał ściszonym głosem :
- Więc gdzie ukryliście lazaret?
- Wcale go nie ukrywaliśmy, jest w oficynie!
- Co? - oficer był tak zaskoczony, że wytrzeszczył oczy. - Więc pani przyznaje, że w oficynie ukrywacie rannych?
- Oczywiście! Przygarnęłam ich, bo byli poranieni w potyczce i kazałam leczyć. To zabronione? Bardzo mi przykro, może powinnam była ich odprawić, ale był mróz....
Posłał jej szczególnie zjadliwe spojrzenie spod nastrzępionych brwi.
- Pani hrabina stroi sobie ze mnie żarty. - mruknął. - Dobrze, zaraz każę to sprawdzić!
Wstał z fotela, ale nie zdążył wezwać podwładnego, bo zapukano i kozak z rozmachem wepchnął do sypialni Setkowicza. Doktor przeleciał przez cały pokój i rozpłaszczył się na przeciwległej ścianie. Szyszkow uniósł brwi :
- A to co za ptaszek? - spytał Ninę, wskazując doktora palcem.
Oderwawszy się od ściany, Setkowicz najpierw poszukał wzrokiem Niny i uspokoił się widząc, że nie dzieje się jej na razie krzywda.
 - To nie żaden ptaszek, tylko mój prywatny lekarz i proszę traktować go z szacunkiem, bo leczy chłopów na wsi i waszych żołnierzy!
- Prywatny lekarz? Po co młodej, zdrowej kobiecie lekarz? On pewnie pracuje w tym tajnym lazarecie?
- Tajnym? - serdecznie zdziwił się Setkowicz. - Oczywiście, że pracowałem w szpitalu, ale zwyczajnym, w Warszawie. Może pan sprawdzić. Tu jednak, zaproponowano mi korzystniejsze warunki, bo pani hrabina jest słabego zdrowia i niedawno miała poważny wypadek, spadając z konia. Pan hrabia Klonowiecki, zaangażował mnie tu jesienią. Proszę, oto moje dokumenty.
Papiery były autentyczne, wystawione przez urzędnika policji w Warszawie, będącego na usługach Rządu Narodowego. Nawet przepustka była aktualna, o to postarał się już Tadeusz. Żandarm dokładnie obejrzał dokumenty, lecz jego mina mówiła wyraźnie, że nie uwierzył w ani jedno słowo Niny i jej "prywatnego" lekarza. Energicznie szarpnął taśmę dzwonka.
- Sprawdzimy. - mruknął. - Wezwijcie lejtnanta. - rozkazał kozakowi.
- Zgromadźcie całą służbę w sieni. - rozkazał oficerowi. - Postawcie przy nich wartownika, żeby się nie porozumiewali. Zaraz zacznę przesłuchanie, ale przedtem poślijcie kogoś do oficyny, bo podobno tam jest lazaret, każcie przesłuchać rannych. - lejtnant zasalutował i się oddalił. Żandarm zwrócił się do Setkowicza: - Słyszał pan o bitwie na Łysej Polanie? - zagadnął go podstępnie.
- Naturalnie. Ludzie opowiadali, że gdzieś w okolicy była jakaś potyczka, ale ja nie znam tych stron, bo jestem warszawiakiem.
- A wie pan, że zabito tam prowodyra tej szajki buntowników, kryjących się w puszczy? Okazało się, że był nim pan hrabia Klonowiecki, we własnej osobie! Dziedzic Makowa i były carski oficer! - mówiąc to, Szyszkow zdawał się nie patrzeć na doktora, zajęty podziwianiem sielankowych pejzaży na ścianach.
Doktor wydawał się zdumiony i zarazem rozbawiony.
- Pan major wybaczy. - oświadczył swobodnie. - O ile mi wiadomo, mój chlebodawca przebywa za granicą. Przenigdy nie zgodziłbym się pracować dla osoby nielojalnej wobec władz. Jestem lekarzem i polityka mnie nie interesuje. A rzekoma śmierć pana hrabiego wydaje mi się jakąś niedorzeczną plotką. Jednak bardzo mnie to niepokoi, ze względu na moją pacjentkę potrzebującą spokoju.   -   Setkowicz patrzył w oczy żandarma z wyrazem śmiertelnego chłodu i absolutnego opanowania.
- Widzisz go! - prychnął żandarm. - Znalazł się lojalista! - zabębnił palcami po kolanie. - Wy dobrze wiecie, że to nie plotki. Ja zaś nie mam wątpliwości, że nie powiedzieliście mi jeszcze ani jednego słowa prawdy. Ale jest w tej waszej Polsce przysłowie, że ten się śmieje najlepiej, kto się śmieje ostatni. No zobaczymy, dosyć żartów!
Szyszkow obrał sobie buduar na biuro. Brodaty sołdat kolejno wzywał domowników na przesłuchanie. Wprawdzie dawno już ustalono, co można zeznać na wypadek rewizji, a czego mówić nie należy, lecz Nina obawiała się, że kogoś mogą zawieść nerwy, a wtedy...
XIX- wieczna szkatułka na klejnoty lub listy.
Do pokoju wszedł młody oficer i ponownie zaczął przeszukiwać jej rzeczy. Naraz Nina z przerażeniem spostrzegła, że na nocnym stoliku stoi szkatułka z listami męża. Po fakcie czyniła sobie wyrzuty, że nie ukryła ich w tajnym schowku w sekretarzyku, ale tak bardzo pragnęła mieć je przy sobie, że nie potrafiła rozstać się z nimi ani na moment. Kozak przegapił szkatułkę, zapewne myśląc, że zawiera drobiazgi kobiece, ale oficer z pewnością ją sprawdzi. Z drżeniem serca oczekiwała, kiedy oficer zainteresuje się szkatułką. Rzeczywiście, podszedł i otworzył wieczko zaglądając do środka. Nina w myślach błagała go, żeby nie odbierał jej tej ostatniej pociechy. Oficer musiał widzieć plik listów przewiązanych czarną wstążeczką, ale udał, że to go nie interesuje i prędko zamknął szkatułkę.
- Nic podejrzanego tu nie ma. - rzekł głośno i wyszedł.
Nina odetchnęła i posłała za nim wdzięczne spojrzenie, lecz wiedziała, że listy musi ukryć, żeby nie dostały się w ręce żandarma, bo wówczas ostatnia pamiątka po mężu przepadnie, a jej los będzie opłakany. W sypialni nie była sama. Oprócz Setkowicza, znajdował się w niej wartownik, przezornie pozostawiony przez Szyszkowa. Nina posłała doktorowi rozpaczliwe spojrzenie, a on korzystając z przywileju lekarza, podszedł do niej i ujął ją za rękę badając puls.
- Jak się pani hrabina czuje ? - zagadnął, wzrokiem pytając, o co chodzi.
- Jest mi słabo, doktorze. - powiedziała drżącym głosem. - Ta napaść bardzo mnie przeraziła.
Pochylił się nad nią, a ona oczami wskazała mu szkatułkę. Zrozumiał i zagryzł wargi.
- Ma pani duszności? Dokucza pani serce? - krzątał się przy niej, podając wodę i nacierając skronie.
- Tak, potrzebuję mojej niani. - jęknęła.
- Dobrze, zaraz.
Sam włożył do łóżka wyrzucone materace i starannie je pościelił, polecając jej, aby się położyła. Potem zapukał do drzwi buduaru. Rozkazujący głos pozwolił mu wejść. Szyszkow przesłuchiwał właśnie trzęsącego się ze strachu Pawła i zniecierpliwiony odwrócił głowę, mierząc doktora groźnym spojrzeniem.
- Czego pan chce? - warknął. - Przecież nie pozwoliłem panu wychodzić z pokoju.
Doktor stał przy nim w pokornej postawie i patrzył na niego błagalnie.
- Panie majorze. - rzekł po rosyjsku, z nieskazitelnym akcentem. - Moja pacjentka zasłabła. Cierpi na serce i prosi o przysłanie do niej niani.
- E, udaje! - uciął szorstko oficer. - Po co dorosłej kobiecie niańka?
- Ona wychowała panią hrabinę. - wyjaśnił Setkowicz. - Zaręczam panu słowem honoru, że pani Klonowiecka jest naprawdę chora. Jeśli jest z wami lekarz wojskowy, niech ją zbada. Z pewnością potwierdzi moją opinię.
Szyszkow namyślał się, następnie wstał i zajrzał do sypialni. Zerknął na trupio bladą Ninę leżącą z zamkniętymi oczami i powrócił do buduaru. Zasiadł przy rokokowym sekretarzyku, będącym niegdyś prezentem hrabiego dla żony.
- No, niech tam. Zawołaj pan tę jej nianię. - uśmiechnął się złośliwie i dodał z fałszywym współczuciem: - Wdowie należą się jakieś względy, ostatecznie niedawno zabiliśmy jej męża.
Setkowicz zacisnął pięści i poczuł morderczą chętkę, zatopienia najostrzejszego skalpela w jego sercu. Jaga siedziała w sieni, skulona z zimna, oczekując na wezwanie do buduaru. Umierała z niepokoju o Ninę. Ujrzawszy ją, leżącą w łóżku nieruchomo, jak martwą, rozpłakała się i zaczęła ją cucić, zwilżając twarz wilgotnym ręcznikiem.
Nina na moment otworzyła oczy i zaledwie poruszając ustami, szepnęła:
- Listy !!!
Jaga rozpromieniła się, lecz natychmiast ponownie przybrała zrozpaczoną minę udając, że nie może Niny docucić.
- Panie doktorze! - zawołała. - Proszę mi podać sole trzeźwiące. Są w tej szkatułce.
Setkowicz wziął szkatułkę i podał ją niani. Sięgnąwszy do niej szybkim jak myśl ruchem, Jaga pochwyciła listy i schowała je do przepastnej kieszeni sukni.
     Zemdlona Nina uśmiechnęła się leciutko. 
Szczegółowa rewizja trwała kilka godzin.        
Lecz prócz kilku     nieistotnych drobiazgów, nie znaleziono nic ważnego. Szyszkow był tym faktem bardzo zawiedziony. Najwidoczniej nie chodziło tylko o znalezienie kompromitujących dowodów winy, ale o coś znacznie ważniejszego. Wraz z żandarmem, przybyło dwóch zasuszonych carskich urzędników, którzy wezwali pana Bochniaka i zażądali od niego ksiąg majątkowych. Zaczęli je pedantycznie sprawdzać, porównując z przywiezionymi notatkami. Rządca nagle doznał olśnienia zrozumiawszy, po co jesienią przybyli do Makowa urzędnicy z guberni. Każdy mebel, krowa czy koń, były odnotowane i teraz sprawdzano, czy czegoś nie ubyło. W sieni utyskiwali nad rozbitym kulą lustrem, a zniszczony fortepian Pleyela, wywołał u nich prawdziwą panikę. Przywołali majora i pokazali mu potrzaskany instrument, a oficer aż poczerwieniał z gniewu. Dowiedziawszy się, że tego czynu dopuścił się lejtnant Dońców, Szyszkow nie posiadał się z wściekłości.
- Nie pamiętacie z jakiego pułku był ten sukinsyn?
- On nie żyje, bo panowie z lasu go zabili. - poinformował go z jawną satysfakcją Bronek, młodszy lokaj.
- No, choć raz czegoś nie sknocili! - mruknął Szyszkow. - Sam bym go kazał rozstrzelać. Taki fortepian, to przecież wielki majątek! Żeby się tylko mnie się o to nie czepiali! - był taki zły, że z jego ust popłynął istny potok soczystych rosyjskich przekleństw.
Sapiąc i pomstując poszedł do sypialni.
- Lepiej się pani czuje? - zagadnął Ninę.
- Nieco lepiej.
- Więc proszę wstać, ubrać się i przyjść do sali jadalnej. Gratuluję pani znakomicie wytresowanej służby, ale to pani w niczym nie pomoże.
- Jestem aresztowana? - uniosła się, wlepiając w niego ogromne, smutne oczy.
- Ależ panie majorze, pani hrabina jest chora i każdy wysiłek może ją zabić.- oświadczył Setkowicz zastępując mu drogę.
- Niech pan milczy, nikt pana o zdanie nie pyta. Pójdzie pan ze mną. - rozkazał Szyszkow, mierząc go ponurym wzrokiem. Wykręcił się na pięcie i wyszedł, a doktora wyprowadził wartownik.
- Stało się. - szepnęła Nina. - Ześlą mnie, a może nawet powieszą.
Naraz ogarnął ją przeraźliwy strach przed małą celą więzienną, w której oczekiwać będzie na wyrok. A potem podróż w bydlęcym wagonie, lub egzekucja. Przypomniała się jej Cytadela i oszalałe z przerażenia oczy biednej Emilki. Rozłączą ją z nianią!... Nie widziała, czego boi się bardziej: powroza, rozstania z Jagą, wieloletniej katorgi na Uralu, czy zesłania na Syberię. 
To że była kobietą, nie miało znaczenia. W okresie powstania wiele kobiet stracono za "przestępstwa polityczne". Sądy doraźne pracowały bezlitośnie, a ona była żoną naczelnika oddziału powstańczego, przemycała do Królestwa broń i zastrzeliła rosyjskiego żołnierza! Władze carskie potrafią udowodnić, że cały czas utrzymywała leśny obóz. Wprawdzie jak dotąd, Rosjanie nie znali wszystkich jej "grzechów", ale policja i żandarmeria miały swoje sposoby i potrafiły dotrzeć do sedna sprawy.
W uniesieniu, zarzuciła ramiona na szyję niani, tuląc się do niej rozpaczliwie.
- Boję się! Och, jakże strasznie się boję! - rzuciła jej do ucha.
Jaga była zdruzgotana. Oddałaby chętnie własne życie, żeby uratować Ninę, ale była bezsilna.
- Ja także się boję o ciebie, córeczko. Ale nigdy ciebie nie opuszczę i zawsze będę z tobą. - pocieszała ją, pieszczotliwie gładząc jej włosy. Truchlała w głębi duszy, uświadomiwszy sobie, że jej poświęcenie nie zda się na nic, bo z pewnością je rozdzielą. Ta myśl wydała się jej gorsza od śmierci. Wszedł kozak i wezwał Ninę do majora.
Szyszkow siedział w wielkiej sali jadalnej i jadł obiad w towarzystwie oficerów. W piecach i wielkim kominku płonął jasny ogień, a na porcelanowych półmiskach leżały pieczone gęsi i indyki, widocznie pokradzione gdzieś indziej, bo w Makowie dawno już nie widziano takich przysmaków. Na widok apetycznie przyrumienionych płatów białego mięsa, Nina przełknęła ślinę. Była głodna i bardzo się tego wstydziła. Nikt nie poprosił jej żeby usiadła, więc stała wyprostowana, wsparłszy się dłonią o róg gdańskiego kredensu. Oficerowie przerwali posiłek i przypatrywali się jej z ciekawością. Wszyscy byli młodzi i widocznie niedawno w wojsku.
Zapewne major i urzędnicy, przyłączyli się do jakiejś większej ekspedycji wojskowej, bo niewątpliwie był to doborowy oddział gwardyjski. W jego skład wchodzili strzelcy fińscy, znani z okrucieństwa, z jakim zabijali polskich jeńców. Prócz Finów, był oddziałek Kozaków-Czerkiesów, rekrutujący się z elity młodzieży rosyjskiej. Pod wpływem szalejącej propagandy w prasie rosyjskiej, synowie szlachty i arystokracji, masowo zgłaszali się do wojska, aby walczyć ze zbuntowanymi Lachami. 
Prasa rosyjska, pod wpływem szowinisty i polakożercy Michaiła Katkowa, dziennikarza i właściciela poczytnej gazety, kształtująca opinię społeczeństwa rosyjskiego, szeroko rozwodziła się nad rzekomymi bestialskimi zbrodniami, popełnianymi przez polskie "szajki miateżne." Polscy bandyci nie tylko napadali nocami na uśpione osady, zabijając niewinnych śpiących mieszkańców, ale - co za potworność! - rozpruwali brzuchy ciężarnym kobietom!
Ta podła, kłamliwa propaganda zrobiła swoje, i wielu młodych mężczyzn z najlepszych domów rosyjskich, przybyło do Polski, aby gromić "tchórzliwych rabusiów"i stanąć w obronie napastowanych polskich kobiet! Na początku powstania, wielka księżna Aleksandra, wraz ze swoimi damami dworu, żegnała wyruszających do boju bohaterów, wieńcząc ich kwiatami i zalewając się łzami z dumy i wzruszenia. Jednakże wiele miesięcy ciężkiej partyzanckiej walki, skrystalizowało poglądy niektórych młodych oficerów. Zaczęli inaczej oceniać powstanie i jego żołnierzy. Tchórzliwi bandyci, okazali się odważnymi do szaleństwa partyzantami, umiejącymi świetnie posługiwać się bronią i stającymi do nierównej walki z bezprzykładną odwagą i poświęceniem.
"Krzywdzona " ludność polska, uparcie nazywała bandytów powstańcami i modliła się o ich zwycięstwo, spoglądając na "wyzwolicieli" z nienawiścią. Nikt z tych młodych oficerów nie dawał już wiary, w sensacyjne artykuły prasowe, opisujące coraz to wymyślniejsze zbrodnie buntowników. Za to coraz głośniej mówiło się w pewnych sferach rosyjskich, o przystępującej do powstania polskiej socjecie, a nawet zagranicznych arystokratach. Wiedziano, że do walki przystąpili książęta Czartoryscy, Lubomirscy, książęta Czetwertyńscy, Sapiehowie, nie licząc hrabiów i baronów oraz szlachty, a więc ludzi wywodzących się z rodów, przy których Romanowowie byli po prostu parweniuszami.
Rodakowski. Portret ks. Leona Sapiehy
 "Czerwony książę" Leon Sapieha, psuł krew Austriakom, a w Wielkopolsce hrabia Działyński, zastawił cały swój majątek za milion talarów, oddał pieniądze władzom powstańczym i sam brał udział w walce, do końca nie tracąc nadziei w zwycięstwo. Za jego przykładem poszli inni arystokraci wielkopolscy. Przede wszystkim jednak, szeptem opowiadano sobie, że dowódcą armii powstańczej w Górach Świętokrzyskich, jest spokrewniony z carem, pułkownik gwardii cesarskiej hrabia Józef Hauke. Obecność jego w tym buncie, budziła zdumienie i niewiarę w propagandę głoszoną przez rosyjską prasę.

Przybywając do Makowa, oficerowie ujrzeli na własne oczy magnacką siedzibę poległego buntownika z tytułem hrabiego, niegdyś oficera czerwonych huzarów gwardii. Trudno było wyobrazić sobie, że właściciel takiego pałacu, napadał na bezbronne osiedla i rozpruwał kobietom brzuchy! Opowiadano sobie po cichu, że hrabia był wychowankiem Korpusu Paziów i walczył w oddziale generała Hauke. Młodzi oficerowie z największą niecierpliwością oczekiwali na pojawienie się hrabiny, spodziewając się ujrzeć starszą damę zalaną łzami i załamaną śmiercią męża. Nagle lokaj w galowej liberii, uroczyście otworzył obie polowy drzwi i gromko oznajmił:
- Jaśnie oświecona pani hrabina!
Wszyscy zamarli, kiedy do jadalni weszła lekkim krokiem młodziutka, niepospolicie piękna dziewczyna, w czarnej aksamitnej krynolinie przybranej futrem soboli. Przystanęła przy kredensie i patrzyła na nich ślicznymi, jasnymi oczami, z chłodną wzgardą. Wedle wprowadzonego przez namiestnika Berga prawa odpowiedzialności zbiorowej, ta delikatna kobieta winna była zbrodni popełnianych przez męża-bandytę i buntownika. Oficerom, ludziom z najlepszych rodzin, taka myśl wydała się po prostu absurdalna. Zaintrygowani, przypatrywali się jej z ciekawością, oczekując na to, co powie:

- Lekarz pani upiera się, że jest pani chora. No, może to i prawda, ostatecznie przed trzema dniami została pani wdową.
Nie zaprzeczyła, bo żałosne wykręty nie miały już sensu i drażniły tego łotra.
- Przez wzgląd na pani słabość, potraktowano panią łagodniej, niż pani na to zasługuje.- ciągnął żandarm.
- Nie proszę o łaskę! - oświadczyła z godnością.
- Toteż nie jest to łaska, a jedynie prolongata kary, do momentu pani wyzdrowienia. - pouczył ją surowo.- My, Rosjanie, potrafimy być wielkoduszni. Może pani potraktować to złagodzenie kary, jako rodzaj rewanżu, za opiekę okazywaną naszym żołnierzom. O dalszych krokach poinformuję panią za moment, a teraz proszę przeczytać pismo naczelnika wojennego guberni radomskiej, jego dostojności generała Uszakowa.
Mówiąc to, wskazał na leżący na stole plik dokumentów opatrzonych pieczęciami i podpisami. Potem powrócił do przerwanego posiłku, ogryzając z apetytem udko indycze i bez ceremonii, rzucając kości na biały holenderski obrus. 
Nina podeszła do stołu i świadoma, że oczy wszystkich biesiadników skierowane są na nią, drżącą ręką wzięła dokumenty. Niestety, pisane były cyrylicą, więc przewracała kartki coraz więcej zdenerwowana, nie rozumiejąc, czego dotyczą te pisma urzędowe. Na koniec odłożyła je i potrząsnęła głową.
- Nie znam biegle pisowni rosyjskiej.
Szyszkow nie krył oburzenia.
- To skandal! Nie umie pani posługiwać się w piśmie i w mowie językiem swego władcy?
- Ależ umiem. Władam językiem króla polskiego!
 Żandarm skrzywił się jak po occie, a kilku oficerów z trudem powstrzymało wybuch śmiechu.
- Kto w tym domu mówi i czyta dobrze po rosyjsku? - Szyszkow niezadowolony, że przerwano mu posiłek, posłał jej kose spojrzenie.
- Pan doktor Setkowicz, pan Bochniak, mój administrator, oraz panna Mira, moja towarzyszka.
- Wezwać doktora! - rozkazał żandarm.
Strażnik wprowadził Setkowicza, który spojrzawszy na stojącą jak posąg Ninę, zwrócił się do majora:
- Zbadałem rannych i stwierdzam, że są już zdolni do dalszej służby. Tylko ten najmłodszy wymaga jeszcze opieki lekarskiej.
- No, to zuch z pana! - pochwalił Szyszkow. - Mówi pan dobrze po rosyjsku, więc niech pan przeczyta tej kobiecie dokumenty, bo widzę, że nawet nie wie, co trzyma w ręku.
Nina nieznacznie przygryzła wargę, rozpaczliwie starając się nie okazywać przerażenia. Setkowicz chętnie przyjąłby na siebie wszystkie wymierzone w nią ciosy, lecz mógł tylko bezsilnie patrzeć na jej mękę i poniżenie. Rzuciwszy okiem na pierwszą stronę dokumentu, pobladł i przez moment nie był w stanie wydusić z siebie słowa.
- Proszę, niech pan czyta. - odezwała się, bezwiednie zaciskając dłonie.
Opanowawszy się, Setkowicz beznamiętnym głosem jął głośno czytać, jednocześnie tłumacząc treść na język polski. Był to wyrok sądu wojennego, skazującego Aleksandra Iwanowicza Klonowieckiego, byłego rotmistrza czerwonych huzarów gwardii cesarskiej, dziedzica Makowa et cetera2, et cetera, na karę śmierci przez powieszenie, za czynny udział w buncie, przeciwko władzy Najjaśniejszego Aleksandra II, z łaski Bożej cara Samodzierżcę Wszech Rusi, króla Polski, et cetera. Ponadto odbiera się skazanemu prawo do indygenatu szlacheckiego, tytułu hrabiowskiego oraz wszelkich praw obywatelskich na zawsze. Majątki skazanego, w nieruchomościach i ruchomościach, a także pieniądze przechowywane w bankach, listy zastawne i kosztowności, ulegają konfiskacie na rzecz Skarbu Państwa.
W tym miejscu, nastąpiła długa lista nazw wsi, folwarków, młynów, tartaków, różnych zakładów, domów i gruntów, a także dokładne wyszczególnienie przestępstw, popełnionych przez skazanego, przeciwko dobrotliwej i prawowitej władzy cesarskiej. Setkowicz ani razu się nie zająknął, głośno i wyraźnie czytając suche formułki prawne, jakby chciał dać Ninie czas do zebrania zmysłów. Tym samym dobitnym tonem odczytał rozkaz, na mocy którego, żona skazanego Klonowieckiego, Janina Alfredowna z Nałęczowskich Klonowiecka oraz jego potomstwo, tracą na zawsze szlachectwo, tytuł i prawo do ubiegania się o zwrot majątków, zostając zaliczeni do stanu krestiańskiego, czyli chłopskiego. Zabrania się im powrotu do Makowa pod karą trzech lat zesłania do Tobolska.
Mózg Niny jakby przestał pracować, a jej ciało stało się bezwładne i odruchowo chyliło się do upadku. Setkowicz nieznacznie podtrzymał ją ramieniem. Nie, to nie może być prawda! To tylko sen, bardzo zły sen....Wszystkie doznania docierały do jej świadomości w zwolnionym tempie i zostały przetworzone w ciągu nieskończenie długich minut. Spodziewała się aresztowania, nawet zesłania, a w najgorszym przypadku egzekucji, lecz nie zdawała sobie sprawy, że władze carskie mogą jej zabrać wszystko. Nie, tylko nie Maków - nie jej ostatnią wielką miłość!
Setkowicz zamilkł i bał się na nią spojrzeć. Obawiał się, że Nina zaraz upadnie i zemdleje, albo z płaczem zacznie błagać tych oprawców o łaskę. Ale nic takiego się nie stało. Nina wysłuchała straszliwego wyroku bez drgnienia, z kamiennym wyrazem twarzy, nie spuszczając jasnych oczu z twarzy Szyszkowa. Pod wpływem tego spojrzenia, żandarm zaczął się niespokojnie kręcić, dławić i kęs mięsa utkwił mu w przełyku.
- Przecież to nie ja... - mruknął, byle coś powiedzieć. - Ma pani dzieci?
- Nie.
- Tym lepiej, bo buntownicy nie będą się mnożyć. - zaśmiał się ordynarnie. - My, Rosjanie, nie tolerujemy zdrady nawet u własnych dzieci. Pan generał Osten-Sacken wykrywszy, że jego syn, sprzyja polskim bandytom, zarąbał go szablą na śmierć. Oto wzór patriotyzmu! Biada temu, kto wzbudzi gniew cara!
Nina wolała nie ujawniać, że urodziła córkę, bo wówczas wyszłoby na jaw, iż dziecko przyszło na świat w Krakowie, gdzie przebywała nielegalnie.
- A co się stanie z Makowem? - spytała tak obojętnie, że Szyszkow popatrzył na nią z mimowolnym respektem.
- Nie wiem. - wzruszył ramionami, nalewając sobie do kieliszka burgunda. - To już sam namiestnik, pan generał hrabia Berg postanowi. Z pewnością większość folwarków zostanie wystawiona na sprzedaż, ale sam Maków to perła: nie zdziwiłbym się, gdyby cesarz w drodze łaski obdarzył nim kogoś bardzo zasłużonego.
- A moja służba?
- Czort z nimi! Niech idą gdzie chcą. Ja człowiek łagodny, nie poślę ich na Sybir, choć zasłużyli, pracując u takiego zdrajcy, jak ich pan! Pałac na razie będzie zamknięty, a stróż zaopiekuje się ogrodem, żeby takie wspaniałe rośliny się nie zmarnowały. - przerwał, by nabrać sobie z salaterki sałatki. Skosztował i mlasnął. - Ma pani znakomitego kucharza. Aha, proszę mi wydać wszystkie klucze od domu.
Jadł ze smakiem, dolewając sobie wina i nie patrzył w jej stronę, pragnąc celowo upokorzyć ją i zranić. Zawiodła jego oczekiwanie, bo nie załamała się i przyjęła wyrok spokojnie i z godnością. To go gniewało, lecz wypity alkohol łagodził rozdrażnienie, więc odsapnął i rzekł pogodnie :
- Proszę się przygotować do drogi. Wolno pani wziąć z sobą tylko rzeczy osobiste. Ma pani godzinę na spakowanie się. Na razie zatrzyma się pani w Bodzentynie, aż do chwili dalszych rozporządzeń. Wprawdzie nie ma tam teraz naszych placówek, ale nie radzę pani próbować ucieczki, bo dzień i noc będzie pani pod okiem naszych obserwatorów. W razie nieposłuszeństwa, zostanie pani natychmiast odesłana do Radomia i osadzona w więzieniu! Co to ja jeszcze chciałem powiedzieć: a, już wiem! W tym domu nie ma żadnych znaczących kosztowności, biżuterii, sreber stołowych i innych przedmiotów, które musiały się tutaj znajdować. Gdzie się to wszystko podziało?
- Srebra i biżuterię mąż zdeponował za granicą. - powiedziała, wbijając sobie paznokcie w ciało, bo obawiała się, że nie wytrzyma tej męki i zacznie głośno krzyczeć, wyć wniebogłosy i walić głową o ścianę. 
  Nie, nie wolno jej okazać słabości, niegodnej małżonki hrabiego Klonowieckiego i pani Makowa. Ci siepacze tylko na to czekają. Spostrzegła, że niektórzy młodsi oficerowie spoglądają na nią z jawnym współczuciem, ale byli i tacy, którzy nie wahali się posyłać jej ironicznych uśmieszków i zuchwałych, taksujących, pożądliwych spojrzeń.
- No, to by było na tyle! - zakończył Szyszkow rubasznie. - Hm, pewnie ma pani do mnie urazę, co?
Zmierzyła go wyniosłym, lodowatym wzrokiem.
- Nie, za co? Jest pan tylko sługą swego pana.
- Co pani przez to rozumie? - zapytał groźnie.
- Dokładnie to, co powiedziałam. Zależy, co p a n przez to rozumie!
Nie obdarzywszy go więcej ani jednym spojrzeniem, wyszła wolnym krokiem z jadalni.
Pałacowa klatka schodowa
 W sieni zabrakło jej sił i usiadła na marmurowych schodach. Schwyciła się obiema rękami za głowę i do krwi zagryzła usta, tłumiąc krzyk wzbierający jej w gardle. Gdyby nie duma, wyłaby przeraźliwie i zawodząco, jak pies nad trupem swego pana. Od całkowitej utraty panowania, uratował ją hałas i zbliżające się głosy żołnierzy.
Poderwała się  i przybrawszy obojętną minę, poszła do gabinetu po klucze.    Nie musiała tego robić sama, lecz koniecznie chciała raz jeszcze zobaczyć ulubiony pokój męża i pożegnać dom. W sejfie, za portretem kasztelana, leżała reszta pieniędzy, ale teraz nie miała do nich dostępu, bo w gabinecie siedzieli urzędnicy i pan Bochniak.
Po raz ostatni szła tym korytarzem, po miękkim dywanie. Zajrzała do sali balowej i mocno objęła ramionami marmurową kolumnę. Tyle razy tańczyła na tej lśniącej posadzce... W wielkim salonie otworzyła wieko Pleyela, i jednym palcem, cichutko, wystukała pierwsze takty chopinowskiego "Larghetta".

Zatrzymała wzrok na pięknych oszklonych gablotach, mieszczących wspaniałe zbiory medalierskie, zbierane gorliwie od XVIII wieku, przez hrabiów Klonowieckich. Pokiwała głową i wyszła, nie oglądając się za siebie. Zajrzała do swego dawnego zielonego pokoju, gdzie była taka szczęśliwa... Na komodzie tykał rokokowy zegar, grający pieśń o miłości Ojczyzny. 

Pałacowa sala balowa
W gabinecie duszno było od dymu z papierosów. Przy biurku siedzieli dwaj carscy urzędnicy, a przed nimi stał pan Bochniak, blady, spocony, ze wzrokiem płonącym gniewem. Śmierć hrabiego była dla niego ciężkim przeżyciem, lecz miał nadzieję, że dalej będzie służył pomocą młodej dziedziczce, którą czcił, podziwiał i kochał jak ojciec córkę. Konfiskata całego majątku, była dla niego jak uderzenie pioruna i całkiem go załamała. Ujrzawszy wchodzącą Ninę, rzucił się ku niej, strącając po drodze z biurka rozłożone tam mapy posiadłości.
- Pani hrabina!
- Przyszło się nam pożegnać, kochany panie Bochniak. - powiedziała, uśmiechając się mężnie, mimo że oczy zachodziły jej łzami. - Muszę opuścić Maków i zamieszkać w Bodzentynie.
- Słyszałem. - westchnął i pochwyciwszy jej dłonie, pokrywał je pocałunkami i moczył łzami. - Nigdy mi się nie śniło, że ja, stary sługa hrabiów, dożyję takiej chwili, kiedy moja ukochana pani, zostanie wyrzucona z własnego domu. Boże miłosierny!...
- Gdziekolwiek losy mnie rzucą, zawsze będę pamiętać o naszej przyjaźni. Proszę uściskać ode mnie małżonkę i dzieci. Mąż bardzo wysoko cenił pana i uważał za swego dobrego przyjaciela i powiernika. - urwała, bo nagle uświadomiła sobie, że mówi już o Aleksie w czasie przeszłym i dokonanym. - Jeśli to możliwe, proszę wypłacić ludziom zasługi za pół roku z góry.- szepnęła.
- Wedle rozkazu, pani hrabino. - powiedział, podkreślając dobitnie jej tytuł, którego nie miała już prawa używać.
Jeden z urzędników, podniósł głowę znad dokumentów i posłał mu drwiące spojrzenie, z lekka wzruszając ramionami.
- Niech pani hrabina raczy dziś zatrzymać się u Mośka w Bodzentynie. - pan Bochniak dał jej oczami znak, że to pewny człowiek. - Wprawdzie karczma jest brudna i pełno tam pijaków, ale Żyd to mój znajomy.
- Dziękuję. Do zobaczenia. - szepnęła, ściskając mu rękę.
- Niechże nam pani nie przeszkadza. Jesteśmy zajęci! - ofuknął ją opryskliwie jeden z urzędników.
Posłała mu wyniosłe spojrzenie i otworzyła oszkloną szafkę. Wyjęła z niej dwa pęki kluczy: oryginały i duplikaty. Postanowiła duplikaty wręczyć Szyszkowowi, zatrzymując oryginały. Dopóki będzie miała przy sobie klucze do ukochanego domu, jego mała cząstka pozostanie na zawsze przy niej. Może kiedyś odda je córce, jako najdroższą pamiątkę po ojcu, a zarazem spadek po nim. Rzuciła za siebie ukradkowe spojrzenie. Tak często widziała przy tym biurku jasną głowę Aleksa, pochyloną przy pracy. Kiedy coś pisał, ona siadała z robótką na skórzanej kanapie i przypatrywała się mu, nigdy nie syta jego widoku. Pod wpływem jej wzroku, podnosił głowę, przerywał pracę i uśmiechał się, albo wstawał i brał ją w ramiona.
 Grottger.  W tę noc styczniową...
  W tę noc styczniową, tutaj powiedział jej, że za kilka dni wybuchnie powstanie i to był już koniec ich małżeńskiego szczęścia. Raz jeszcze ogarnęła spojrzeniem cały gabinet, żegnając się z nim na zawsze. Spojrzała na portret kasztelana, posyłając mu żałosny uśmiech. Z opuszczoną nisko głową pośpiesznie wyszła, kryjąc wstydliwie strumień łez spływający po policzkach. Zajrzała jeszcze do kilku salonów i rzuciwszy na nie okiem, prędko zbiegła po schodach do swoich pokoi.
W sypialni, Jaga kończyła pakować rzeczy, zanosząc się od płaczu. Nina odetchnęła widząc, że niania już wszystko wie i nie trzeba jej nic tłumaczyć.
- O Jezu, chyba Bóg nie ma nad tobą litości! - zawołała niania. - Ci nędznicy zabrali ci wszystko: męża, dom, majątek. Drugi raz w moim i twoim życiu, wyjdziemy z naszego domu na tułaczkę.
- Nie płacz, nianiu.
- Nie płaczę nad sobą, tylko nad tobą, moje ukochane dziecko. Ubierz się ciepło, kotku, pomogę ci. Radzę włożyć na siebie dwie suknie. - pomimo rozpaczy Jaga nie traciła przytomności umysłu. - Bierzesz tylko rzeczy osobiste? Głupstwo, przecież musimy wziąć z sobą pościele. Wyciągaj kufry!
- Słusznie, nianiu. - Nina rzuciła się do szaf w garderobie. - Ten bydlak nie będzie mi dyktował, co mam z sobą zabrać! W jeden kufer nasze rzeczy osobiste, suknie i płaszcze, a w drugi pościele i bieliznę. Czekaj, przecież nie mogę im pozostawić portretu Alka! Gdzie są nożyczki? Muszę wyciąć portret z ram!
Pochwyciła nożyce i popędziła do pokoju męża. Weszła na krzesło, sięgając po portret. Był ciężki i z trudem zniosła go i postawiła na posadzce. Promienie zachodzącego słońca, padły wprost na jego piękną, poważną twarz. Miała złudzenie, że oczy męża patrzą na nią ze współczuciem. Uśmiechnęła się do niego z wyrazem nieopisanej miłości, widząc jego twarz przez zasłonę z łez.
 - Ukochany mój, czuwaj nade mną. - szepnęła.
Starannie wycięła obraz ze złotych ram i z głośnym szlochem przywarła ustami do warg męża, tuląc portret do serca. Zadyszana powróciła do sypialni i dokładnie zrolowała płótno, wsuwając je do specjalnej metalowej tuby, aby nie uległ zniszczeniu. Jaga klęczała przy drugim kufrze, pełnym po brzegi i próbowała zamknąć wieko.
- Zobacz tylko, weszło więcej niż przypuszczałam. - powiedziała z tryumfem.
- Jesteś taka dzielna, moja ty, najmilsza. - Nina ucałowała policzek niani, czerwony z wysiłku. - Niepokoję się o Mirę, od rana jej nie widziałam.
- Bo zajmowała się Maćkiem, a potem te łotry zamknęły ją w osobnym pokoju, żebyście się nie porozumiewały.
Nina wyjęła z garderoby futro, a ze stoliczka zabrała leżące tam drobiazgi: torebkę, rękawiczki, chusteczkę obszytą koronkami z hrabiowską koroną. Zauważyła, że z toaletki zniknęły jej kosztowne przybory toaletowe z kutego srebra. Pod czarną krynoliną, miała przypięty woreczek, a w nim akta nadania majątku, fotografie i kilka drobnych klejnocików.
Rozejrzała się, pragnąc utrwalić sobie w pamięci obraz swojej przepięknej sypialni, gdzie tak rzadko doznawała rozkoszy, a tyle przelała łez i przeżyła godzin, dni, miesięcy niepokoju, czekając na powrót męża.
W sieni zebrali się wszyscy domownicy i służba folwarczna, pragnąc pożegnać swoją panią. Podchodziła kolejno do każdego, obejmowała i całowała. To była jej najbliższa rodzina, ludzie wypróbowani w swojej wierności. Szanowała ich i darzyła przyjaźnią, a oni nigdy nie zawiedli pokładanego w nich zaufania, nie zdradzili tajemnic pałacu. Zawsze i w każdej okoliczności, mogła liczyć na ich lojalność i przywiązanie. Kobiety przeżywały ten sam ból, co ona, potraciwszy swoich bliskich na Łysej Polanie. Zachodząc się od płaczu, całowały ją i błogosławiły prosząc, aby do nich wróciła. Westchnęła tylko... 
Żegnając się ze swą ulubienicą, szepnęła jej do ucha:
- Ulisiu, pan rządca wypłaci wam zasługi za pół roku.
- A co będzie z jaśnie panią hrabiną? - dopytywała się zrozpaczona dziewczyna.- Może ja przydam się na coś, mojej najśliczniejszej pani?
- Nie wiem, co ze mną będzie. A ty, natychmiast wracaj do rodziców i weź z mojej sypialni, co ci się spodoba. Powiedz o tym dziewczętom, i ani chwili dłużej nie zostawajcie w pałacu!
Mężczyźni, w ponurym milczeniu podejmowali ją pod nogi i całowali jej ręce. Musieli jak i ona, odejść stąd i szukać sobie gdzieś nowej pracy. W okresie ciężkiej zimy, nie było to łatwe zadanie, bo trwało powstanie i pracy nie było.
Major Szyszkow zatrzymał doktora w Makowie do czasu, aż ktoś przyjedzie po rannego kozaka i zabierze go do szpitala. Żandarm kazał przenieść go do oficyny, bo pałac miał być zamknięty. Nina koniecznie chciała pożegnać się z Maćkiem, lecz nie pozwolono jej na to. Nie zgodzono się również, aby Setkowicz towarzyszył jej do Bodzentyna, mimo iż on prosił o to Szyszkowa. Pożegnał się więc z nią, podnosząc obie jej dłonie do ust. Dotknęła pieszczotliwie palcami jego policzka. Był jej ostatnim, najlepszym przyjacielem. Dwaj żołnierze wynieśli kufry i wepchnęli je na chłopskie sanki, zaprzężone w starą roboczą chabetę.
 Szyszkow w asyście oficerów stał na ganku, oczekując jej odjazdu. Przelotnie spojrzał na kufry, lecz nie powiedział ani słowa.
- Może zechce je pan zrewidować? - odezwała się Nina złośliwie.
- Po co? Przecież domu pani nie ukradła. - oczy ich się spotkały i upokorzony żandarm spuścił powieki udając, że pilnie przypatruje się swoim butom.
- Nie można ukraść swojej własności, panie majorze! - oświadczyła dobitnie. - Czy mogę zajść do kaplicy i pomodlić się przy ołtarzu? - zapytała, błagając go w duszy, żeby wyraził zgodę. Och, tak ogromnie chciała tam pójść, chociaż na chwilę, na moment, przytulić twarz do posadzki, ucałować miejsce jego wiecznego spoczynku! Dotknąć dłonią płyty zakrywającej doczesne szczątki ukochanego!
- Nie ma na to czasu. Niech już pani jedzie. - odparł szorstko.
Z odległej stajni doleciało do jej uszu donośne rżenie konia. "Jeszcze i to! - pomyślała załamana. - Zapomniałam o tobie, najmilsza" Postanowiła swojej wspaniałej klaczy, podarunku męża, zapewnić lepszy los. Przemogła się i podeszła do Szyszkowa.
- Proszę posłuchać uważnie. W stajni pozostała moja klaczka Mignon. To czystej krwi klacz arabska i warta jest tyle złota, ile waży - tysiące rubli! Ten koń jest godny, by dosiadał go sam cesarz, jak słyszałam, znakomity jeździec. Niech nikt na nią nie wsiada, bo klacz się znarowi. Proszę odprowadzić ją do Warszawy. Generał namiestnik z pewnością doceni jej wartość i będzie wiedział komu ją ofiarować.
Westchnęła i po granitowych schodach wolno zeszła na dziedziniec. Przy saniach stali Walenty i Kumosia, trzymając w rękach małe tobołki. Dla tych dwojga starych ludzi, świat się zawalił. Stracili nie tylko ukochanego pana, ale i sens życia. Dom - będący dla nich tym, czym jest muszla dla ślimaka, nagle przestał ich osłaniać. Stali na drżących nogach, wlepiając wyblakłe oczy w okna pałacu i oczekując pokornie, aż Nina zadecyduje o ich losie.
 Te dwie siwe, nisko pochylone głowy, wstrząsnęły nią bardziej, niż własna dramatyczna sytuacja. Podbiegła do nich i objęła oboje opiekuńczo ramionami.
- Kochani moi, nie płaczcie. - szeptała. - Niech ta banda przeklętych zbrodniarzy nie widzi naszej rozpaczy!
W saniach leżała zemdlona Mira. Przez cały ten straszny dzień, nie pozwolono jej zbliżyć się do przyjaciółki i trzymano w zamkniętym pokoju. Dowiedziawszy się, co spotkało Ninę, zemdlała i musiano znieść ją do sań. Nina usiadła przy niej i wzięła jej głowę na kolana, szeptem dodając jej otuchy.
- Ostrzegam, niech pani nie waży się oddalać na krok z Bodzentyna! - zawołał Szyszkow. W narzuconym na ramiona płaszczu, stał na szczycie schodów i palił ukradzione z gabinetu hawańskie cygaro. - No, jazda, jazda! - popędzał, strzepując niedbale popiół.
Siedzący na koźle woźnica, ospale machnął batem i spracowana szkapa ruszyła, ciągnąc z trudem sanki. Z sieni, niby puszysty pocisk, wypadła kotka Bijou i skoczyła do sań, przeraźliwie miaucząc. Mira odzyskawszy przytomność, wzięła ją na ręce i przytuliła.
- Ejże!- krzyknął Szyszkow. - Niech pani zostawi tego zwierzaka. Moja żona zawsze chciała mieć taką kotkę.
Sołdat przemocą odebrał kota Mirze, a rozochoceni winem oficerowie, półgłosem czynili uwagi o urodzie obu kobiet, wybuchając cynicznym śmiechem. Szkapa przyśpieszyła kroku. Nina podniosła się i obejrzała za siebie, po raz ostatni patrząc na swój dom.

Zachodzące słońce, skośnymi promieniami oświetlało kremowe ściany pałacu, rozpalając w wysokich oknach purpurowe ognie. Granitowe kolumny portyku, rzucały błękitnawy cień na śnieg zaścielający gazon, a smoki na fontannie pokryte grubym lodem, wyglądały jak wyrzeźbione w krysztale. Gdy nadejdzie wiosna, z ich paszcz trysną strumienie wody, ale ona już tego nie zobaczy. Wyciągając szyję, spostrzegła pomiędzy drzewami krzyż na wieżyczce kaplicy. Przeprowadzona tam rewizja nic nie dała. Szyszkow nie był głupcem i osobiście dozorował żołnierzy przeszukujących kaplicę, jednak niczego podejrzanego nie znalazł.
- Do widzenia, Aleczku. - powiedziała cichutko.
Za saniami biegły psy, wypuszczone z psiarni. Szczekając i skomląc, odprowadziły ich aż do bramy wjazdowej, szeroko otwartej i nie strzeżonej. Domek portiera był pusty, bo pewnie Świtała schronił się na wsi. Kartusz z herbem rodowym hrabiów Klonowieckich, leżał wdeptany w śnieg. Na szyi orła nie było już złotej gwiazdy, uważanej przez Ninę za szczęśliwy talizman. 
Wielka aleja lipowa zamknęła się za nimi, gdy wyjechali z bramy.
 Przy drodze zebrała się cała wieś: gospodarze, kobiety i dzieci. Kobiety płakały, ocierając oczy zapaskami. Gospodarze stali w milczeniu. Kiedy sanie wyjechały z bramy, wójt pierwszy zerwał z głowy czapę, a za nim wszyscy mężczyźni obnażyli głowy i skłonili się nisko, do samej ziemi.
- Niech Bóg prowadzi jaśnie panią dziedziczkę i pozwoli wrócić do nas! - zawołał wójt.
Nina wstała i stanęła wyprostowana w saniach, przyjmując ze wzruszeniem ten spontaniczny hołd. Raz jeszcze obejrzała się za siebie, ale ponad murem okalającym park, widać było jedynie wierzchołki ogromnych drzew. Woźnica zaciął szkapę i skręcił z wiejskiej drogi na trakt, ciągnący się pomiędzy polami pokrytymi śniegiem aż do Bodzentyna.
                                        ________________________________                                                                                                                         


1Foux pas...- nietakt.
2 et cetera - i tak dalej.