sobota, 10 września 2016

Jaga ostrzega Ninę, przed flirtem z Setkowiczem.


10 września 2016 r.
W Górach Świętokrzyskich Rosjanie mieli niełatwe życie. Dokoła ciągnęły się bezkresne zda się puszcze, pełne tajemniczych ostępów, dokąd powstańcy chronili się przed pościgiem. Od czasu do czasu, na maszerujące lasem rosyjskie oddziały, nagle sypały się strzały niewidzialnych strzelców. Powstańcy zaatakowawszy, błyskawicznie znikali, jakby zapadli się pod ziemię. Jakiś czas siedzieli cicho, aby niespodziewanie pojawić się w zupełnie innej miejscowości.
Góry Świętokrzyskie.
Rosjanie posiadali miażdżącą przewagę w ludziach i broni, a żołnierz rosyjski był z natury niezwykle odważny i bił się wspaniale. Ale w tym wypadku odnosili wrażenie, że toczą walkę z cieniem. Czasy wojen napoleońskich i walki podjazdowej, tak skutecznej w czasach marszałka Kutuzowa minęły dawno. Nie pojmowali taktyki wojny partyzanckiej i minęło wiele czasu, zanim nauczyli się polską partyzantkę zwalczać. Na razie zaskoczeni, jeśli nie byli w większości i nie posiadali armat, z reguły przegrywal haniebnie każdą potyczkę. 
W Makowie życie toczyło się tak szybko, iż czasami wydawało się Ninie, że od dnia rozstania z mężem i śmierci proboszcza upłynęły miesiące. Tymczasem nie minęła połowa listopada, a zima nadchodziła wielkimi krokami. Powiał porywisty północny wiatr i zrobiło się bardzo zimno, potem wiatr zmienił się na wschodni i góry pokrył puszysty biały śnieg. W dzień niebo miało barwę bladego błękitu, a świat lśnił jaskrawą bielą. Nocami jasno świeciły gwiazdy i sierp księżyca. Potem chwycił ostry mróz. Stanęły zamarznięte rzeki i strumienie, nawet bagna zamarzły i zniknęły pod zwałami śniegu. Powietrze kryształowo czyste, zionęło lodowatym chłodem, a drzewa pokryły się srebrnym szronem.
Świętokrzyskie. Święta Katarzyna.
Pewnego dnia, z rana, przybyła do pałacu Zosia. Nina jeszcze spała i obudzona przez pokojówkę, porwała się przerażona i przyjęła przyjaciółkę w samej nocnej koszuli. Ale Zosia przywiozła na szczęście dobre nowiny. Opowiedziała, jak do leśnego obozu dotarła informacja, iż do Wilkowa zbliża się transport, eskortowany przez niewielki oddział kozaków. Porucznik Barycz przygotował zasadzkę, napadł na transport i poturbowawszy eskortę, przepadł z wozami w puszczy Okazało się, że wieziono dla żołnierzy ciepłą odzież zimową. Buty, kożuszki i czapki-uszanki. Nina ucieszyła się z nowiny, bo przynajmniej jeden kłopot spadł jej z głowy.
- Czy Tadek miał jakieś wiadomości od mego męża?
- Nie, kochanie. Wspominał tylko, że partie zostały podzielone i nawet kapitan Soszkiewicz ma już innego dowódcę.
- Ciekawe dlaczego.- uspokojona Nina wzięła z fotela biały, ciepły peniuar i owinęła się nim szczelnie, bo rano pokój był wyziębiony. - Przejdźmy do buduaru, bo tam już ciepło. Alek pisał, że przyjedzie do domu, ale widocznie nie mógł. Tymczasem ranni opowiadają straszne rzeczy. Podobno ci powstańcy, którzy teraz dostali się do niewoli, poddawani są torturom, bo Moskale koniecznie chcą się dowiedzieć, gdzie ukrywa się generał Bosak. Okropnie się boję o Alka....
Na jasnej twarzyczce Zosi, odmalował się wyraz serdecznego współczucia.
- Moje ty biedactwo, doskonale cię rozumiem, ale cóż ja mogę? Ubierz się, kochanie, a ja tymczasem zajrzę do lazaretu, bo przywiozłam naszym chłopcom trochę słodkich konfitur i koszule zimowe.- pocałowała Ninę i wyszła.
- Jaką suknię jaśnie pani hrabina każe podać? - zagadnęła Ulisia, dla której toaleta pani była ważnym ceremoniałem, odprawianym z całą powagą.
- Wszystko jedno. Może być ta granatowa. - odpowiedziała Nina obojętnie, zajęta myślami o mężu. 
Piękne suknie przestały ją cieszyć od czasu, kiedy mężczyźni nie mogli już ich podziwiać. W kaszmirowej sukience, ozdobionej tylko okrągłym kołnierzykiem z brukselskiej koronki, wyglądała bardzo młodo, niemal jak pensjonarka. Wysmukła, z owalną twarzą i smutnymi oczami, z głową owiniętą ciężkimi warkoczami, wydawała się jeszcze młodsza, niż była w rzeczywistości. Szeroka krynolina dodatkowo wyszczuplała jej wiotką talię."Jestem chudsza niż w czasach panieńskich. - myślała, patrząc z niesmakiem na swoje odbicie w lustrze. - Ostatnio bardzo zbrzydłam. Nic dziwnego, że Alek się do mnie nie spieszy."
- Co nowego, myszko? - zagadnęła żartobliwie pokojówkę, która podała jej szeroki czerwony, skórzany pas z ozdobną klamrą.
- Przyjechali gospodarze z Borka i czekają na jaśnie panią hrabinę. Z czworaków przyszła Gilowa prosić o lekarstwo, bo jej chłopak się pochorował.
- Dlaczego nie poprosi pana doktora, żeby zbadał dziecko? No dobrze, zaraz do nich wyjdę.
Teraz, kiedy nie było właściwie żadnej władzy, każdy szedł do dziedziczki po radę, czy pomoc w kłopocie. Nina była sprawiedliwa, hojna, a wydany przez nią wyrok uważano za ostateczny. Nie było w całym majątku, a nawet w sąsiednich wioskach osoby, która choć raz nie miałaby do niej interesu. Załatwiając dziesiątki mniej lub więcej skomplikowanych spraw, powoli zapominała, że jeszcze przed rokiem, była o tej porze głupiutką, rozpieszczoną przez męża i całe otoczenie mężatką, użalającą się nad sobą z powodu niechcianej ciąży, wiecznie niezadowoloną i z byle powodu zalewającą się łzami. Z biegiem czasu, przyjmowała bez skargi spadające na nią obowiązki, odruchowo pochylając tylko głowę, jak pod ciężarem jarzma. 
 Rzuciwszy okiem na zegar stwierdziła, że jest godzina ósma, a przed nią wiele obowiązków. Dwaj gospodarze z Borka byli zainteresowani kupnem kilku owiec i cielaka. Oczekującej w sieni Gilowej obiecała, że przyśle do chorego dziecka doktora i poszła na folwark, zaglądając do każdego kąta, wysłuchując oborowych, ekonoma i Maćka. Po drodze wstąpiła do stajni obejrzeć konie oraz do obory, dowiedzieć się o krowę mającą kolkę. Powróciła do domu bocznym wejściem i zrzuciwszy z nóg drewniaki, jakie nakładała idąc na folwark, poszła umyć ręce. W buduarku czekał na nią Walenty.
- Jaśnie pani hrabina nie jadła jeszcze śniadania, a co dzień mizerniejsza! - zatroszczył się o nią poczciwie. - Co powiedziałby pan hrabia, jakby się dowiedział, że nasze słoneczko marnieje?
- Dziękuję Walentemu, ale nie jestem głodna. - zamierzała go wyminąć, lecz wzruszyło ją spojrzenie jego starczych oczu. - No dobrze. Zjem trochę później z panią Siekielską, jak wrócimy z lazaretu. A co tam pan Szymon dziś przygotował? - spytała odruchowo.
 - O, pyszności! - kamerdyner cmoknął ustami. - Jest pasztet z gęsich wątróbek, świeżutko wędzony węgorz, a szyneczka jeszcze pachnie jałowcem. Pani Kumosia upiekła maślane bułeczki z rodzynkami! - kusił ją, chytrze mrugając powiekami. - A pani Jaga zrobiła smaczną bułczankę1. Może być na gorąco, z chrzanem.
Poczuła ssanie w żołądku i przełknęła ślinę.
- Och, rozpieszczacie mnie. Niedługo zacznę przypominać beczułkę na dwóch nogach. Na wszelki wypadek, proszę położyć jedno nakrycie więcej.
- Słucham jaśnie panią.- złożył ukłon i prędko wyszedł, żeby nie dostrzegła jego zwycięskiego uśmiechu. Niemal codziennie staczał z nią boje o jedzenie i przeważnie wygrywał, podsuwając jej podstępnie pod nos jakąś ulubioną potrawę. Czuwał nad nią, jak troskliwy ojciec przekonany, że odpowiada za młodziutką panią przed samym hrabią.
W pogodny, jasny dzień w lazarecie było wesoło, bo przez okienka w dachu wpadały do wnętrza promienie porannego słońca. Na piecu stał kocioł kawy z mlekiem, a na tacach leżały stosy kromek chleba ze smalcem i wędliną. Jaga w szerokim białym fartuchu, nalewała z pomocą Zosi, gorącą kawę do fajansowych kubków. Nina przyłączyła się do pracy, choć ta monotonna czynność okropnie ją nudziła. Ranek był idealny na konny spacer, a stojąca w stajni Mignon może się roztyć i stracić formę. Tymczasem zamiast spaceru i przyjemności jazdy konnej, musi tu sterczeć, nalewając tę obrzydliwą kawę, do równie wstrętnych kubków. Koszmar!
Szpital polowy. w XIX wieku.
Wyrzekłaby się tych obowiązków z największą chęcią, ale robiła to dla męża, żeby nie musiał wstydzić się za nią. Próbowała polubić zajęcie pielęgniarki i zmuszała się do spełniania obowiązków, ale na próżno. Nienawidziła smrodu, jęków i widoku cierpienia. Uważała jednak, że jako żona naczelnika oddziału powstańczego, obowiązana jest znosić z godnością przykry obowiązek. Zapomniawszy na moment o wykonywanej czynności, przymknęła powieki i przeniosła się w świat marzeń. 
Oto zbliżał się czas karnawału. Czas zabaw, balów oraz nowych przepięknych toalet, prezentowanych oczom zdumionych gości. W ubiegłym roku na Sylwestra, miała paryską toaletę ze srebrnej koronki i obsypana była brylantami. Bawiono się wtedy do rana i dopiero po gorącym barszczyku i przekąskach, biały mazur zakończył bal. Tamtej nocy odkryła w biurku męża paszport, a rankiem przyjechał Jaś i oznajmił, że żeni się z Emilką 23 stycznia!    Słodki Jezu, wtedy wszyscy jeszcze żyli....
Potrząsnęła głową odpędzając od siebie cienie zmarłych. W Sylwestra minie trzecia rocznica poznania Aleksa. Mogli być teraz w Paryżu. Bujna wyobraźnia przeniosła ją natychmiast do loży w operze paryskiej. Siedziała w sukni z błękitnej jedwabnej gazy, przetykanej srebrzystą nicią i haftowanej perłami. Co prawda, falbany powoli wychodzą już z mody, więc krynolina miałaby tylko bogate aplikacje z koronek, wstążek i haftów.

Obecnie suknie balowe posiadały długie treny, a ona mając pantofelki na wysokich obcasach, wyglądałaby doprawdy olśniewająco. Alek byłby ubrany we frak, szyty u londyńskiego krawca, białą plisowaną jedwabną koszulę i .....
- Nina, co ty wyprawiasz? - dobiegł ją z oddali gniewny okrzyk Jagi. - Uważaj, przecież lejesz kawę do buta tego pana! Och, nie bądź taka roztargniona!
Z wytwornej loży opery paryskiej, Nina momentalnie znalazła się w lazarecie i ze zdumieniem odkryła, że zamyślona, rzeczywiście, zamiast do kubka, smętnie lała kawę na podłogę, gdzie stały buty któregoś z rannych.
- Przepraszam, zaraz to wytrę. - bąknęła zawstydzona i sięgnęła po ścierkę do podłogi. Ale Jaga wydarła jej szmatę i sama wytarła rozlaną kawę.
- Słyszane to rzeczy, żeby pani hrabina podłogi wycierała! - gderała pod nosem. - Wcale nie masz poszanowania dla swojej godności. Daj mi tę tacę, sama rozniosę kawę, bo ty jeszcze oblejesz wrzątkiem tych biedaków!
Zosia będąca milczącym świadkiem tej sceny, dusiła się ze śmiechu i odwróciwszy się plecami do Jagi, zasłoniła dłonią usta. Potem trąciła nieznacznie Ninę i spytała szeptem :
- O czym myślałaś?
- Ach, kochanie, marzyłam, że siedzę w loży opery paryskiej i mam na sobie prześliczną suknię z błękitnej gazy, haftowaną perłami. Do tego komplet z szafirów.
- To musiało piękne wyglądać. - westchnęła rozmarzona Zosia. - A wiesz, ja czasami tak sobie marzę, że tańczę walca na sali balowej. Tadek tak wspaniale prowadził...
- Nie, przestań trusiu, bo obie zaraz się popłaczemy. Nie uważasz, że okazujemy
stanowczo za mało entuzjazmu dla "Sprawy"? To doprawdy godne potępienia! -
 Nina ściągnęła brwi i obrzuciła przyjaciółkę surowym spojrzeniem.
Spojrzały na siebie i nagle zachichotały, jak dwie niedowarzone pensjonarki. Zaraz jednak odeszła im ochota do śmiechu, bo jeden z rannych dostał konwulsji i trzeba go było cucić i nacierać. Doktor Setkowicz był na wsi i miał dopiero wrócić za godzinę. Musiały radzić sobie same. Nina nie mogła zrozumieć, jak ten chudy, niedożywiony mężczyzna, wytrzymuje codzienną harówkę, nigdy nie okazując zmęczenia. Można go było obudzić w środku nocy, wstawał bez protestu, ubierał się i zabierał do roboty.
Po śniadaniu, kobiety zmieniały opatrunki i wykonywały zabiegi zlecone przez lekarza. Nina pozbierała brudne bandaże i bieliznę, wrzucając wszystko do kotła wrzącej wody z ługiem. Niania i Zosia usiadły przy stole i zajęły się zwijaniem wypranych bandaży i cerowaniem bielizny. Pokojówki i kobiety z czworaków, pełniły dyżury popołudniu, wieczorem i w nocy. Panie rozmawiały z sobą szeptem, bo najedzeni ranni drzemali.
Wtem otworzyły się drzwi i wraz z kłębem mroźnego powietrza, wszedł do lazaretu Setkowicz, w swoim lichym płaszczu i starym kapeluszu. Był przemarznięty do szpiku kości, miał czerwone uszy, ale bardzo wesołą minę.
- Na powietrzu wieje lodem, a pan doktor, jak widzę, we wiosennym humorze.- zauważyła Zosia z uśmiechem. Nie wiadomo dlaczego, doktor był dla niej o wiele uprzejmiejszy niż dla Niny. Teraz także zwrócił ku niej wąskie, czarne oczy i zawołał z radością :
- Czy panie wiedzą, że nasi chłopcy z leśnego obozu, dali Moskalom w kość, zdobywając mnóstwo ciepłych rzeczy?
Ranni obudzili się i poruszeni tą wiadomością, zaraz zaczęli sobie przypominać przeżyte bitwy, wychwalając lub ganiąc swoich dowódców. Śmiali się i klęli, zupełnie zapominając o obecności dam.
- No panowie, najwyższy czas dać Moskalom porządnie w dupę, bo są już za bardzo pewni siebie, po śmierci naszego starego Czachowskiego! - wykrzyknął młody powstaniec ranny w rękę.
- Jasne. Niedługo Bosak weźmie się serio za nich, a wtedy może ruszy się Francja. A jak nie, to sami potrafimy wykończyć cara i wyrzucimy do diabła Moskali z kraju! - emocjonował się inny ranny.
Setkowicz uśmiechał się, zacierając nad czerwoną płytą piecyka skostniałe dłonie.
- Ale zimnisko, br! Myślałem, że mi nos odpadnie. - zaszczękał zębami i z wdzięcznością przyjął z rąk Zosi kubek gorącej kawy. Pił chciwie, a na jego szczupłe policzki wypłynął mocny rumieniec.
Nina przypatrywała się mu ukradkiem starając się, by tego nie dostrzegł. Nie znosił współczucia i każdą uwagę na swój temat, kwitował w sposób niegrzeczny, nawet ordynarny. Duma nie pozwoliła mu znosić okazywanej litości.
- Czy byli zabici? - odezwała się nieśmiało, lecz on potrząsnął głową.
- Nikt na szczęście nie zginął, a porucznik Barycz zdołał bez strat skryć się w  puszczy.
- Wiesz, Nino? - Zosia spojrzała na nią porozumiewawczo. - Uważam, że byłoby miło uczcić ten sukces toastem. Co ty na to?
- Oczywiście, kochanie. - podchwyciła natychmiast Nina. - Doktorze, proszę wskazać tych panów, którzy mogą napić się wina. Paweł zaraz przyniesie kilka butelek. Zosiu, idziemy na śniadanie. - zwróciła się do Setkowicza i dygnęła. - Mam nadzieję, że pan doktor nie odmówi i razem z nami wzniesie toast, na część naszych dzielnych chłopców z lasu.
 Nie odpowiedział, stojąc dalej przy piecu i rozcierając ręce. Ale kiedy zaczęły się zbierać, po namyśle i on narzucił na siebie płaszcz i poszedł za nimi. W jadalni Walenty dostrzegł przez okno idącego z damami doktora, i dołożył jeszcze jedno nakrycie. Ze szkółki przybiegła zarumieniona roześmiana Mira, także powiadomiona o sukcesie powstańców. Chłopcy z wiejskiej milicji, popijając z żołnierzami z rogatki, wyciągali od nich ważne wiadomości, a wójt przekazywał je pannie Lutównie, lub dziedziczce.
- To państwo już wiecie? - zawołała Mira, wchodząc do jadalni i narzucając na ramiona szal, który poprzednio miała na głowie.
- Wiemy, wiemy! - ucięła niecierpliwie Nina. - Siadajmy do stołu, bo za chwilę padnę z głodu. Doktorze, proszę podać mi ramię!
Setkowicz poczerwieniał, zawahał się i dopiero po chwili, niechętnie wyciągnął do niej rękę. Wsparła się na niej z nieopisanym wdziękiem, posyłając mu spod rzęs figlarne spojrzenie. Spuścił oczy i szedł z nisko opuszczoną głową, jak na ścięcie. Walenty z serwetą przewieszona na ręku, stanął z godnością za jej krzesłem. W uchylonych drzwiach pokazała się Kumosia.
- A, jest już jaśnie pani. Zaraz przyniosę kawusię. - zakręciła się jak fryga, furkocząc falbaniastymi halkami i wstążkami czepeczka.
Nina wskazała Setkowiczowi miejsce przy sobie, a kamerdyner podsunął mu półmisek z pasztetem, oraz srebrny koszyczek ze świeżym, chrupiącym pieczywem. Do jadalni wróciła Kumosia, a za nią pokojówką wniosła na tacy dzbanek kawy, garnuszki z zapiekaną śmietanką i śliczny serwis maleńkich filiżaneczek z saskiej porcelany. Po całej sali rozszedł się niezrównany zapach świeżo parzonej mokki.
- Dziękuję, obsłużymy się sami. - powiedziała Nina, nie chcąc krępować Setkowicza obecnością służby i całym ceremoniałem. - Nie wie pan, doktorze, gdzie teraz przebywa pan generał Bosak? - zagadnęła i zauważywszy, że on nie wziął pieczywa, dodała:- Pan pozwoli, że posmaruję panu bułeczkę masłem. Mamy znakomite masło, prawdziwie wiejskie, takiego w mieście się nie dostanie.
- Słyszałem, że w Jeleniowie, ale to nic pewnego, bo jego oddział nieustannie się przemieszcza. - rzucił okiem na bogato zastawiony stół i zmarszczył czarne brwi. - Ja tu nie przyszedłem się objadać frykasami, kiedy po wsiach chłopi karmią się korą z drzew! Chętnie wzniosę toast za naszych chłopców, ale na tym koniec. Czas na mnie!
Zosia spuściła powieki i ściągnęła buzię w ciup. Mira zadławiła się kęsem bułki, tylko Nina nie przejęła się jego słowami, zachowując niezmąconą pogodę. Wyciągnęła rękę i delikatnie poklepała go po wierzchu dłoni.
- Niechże pan nas nie rozśmiesza, doktorze.- powiedziała rozbawiona.- Nawet tacy rewolucjoniści jak obywatele Robespierre, czy Saint Just2 lubili sobie dobrze podjeść, nie wspominając już o Dantonie. Zaraz napijemy się rarytasu, oryginalnego Chianti! Dziad mego męża, przywiózł to wino ze słonecznej Italii. Pan jest na czczo, doktorze, a po alkoholu mógłby pan dostać zawrotu głowy. Nie mogę pozwolić, żeby pacjenci zobaczyli pana ululanego. Ja się troszczę o pański autorytet, a pan mi wymyśla i patrzy na mnie, jak na coś paskudnego! - Nina westchnęła i wzniosła oczy ku niebu. - A tak na marginesie: w moich wsiach nikt nie ogryza kory, bo to niezdrowo na żołądek. Gospodarze wolą chleb ze słoniną. Proszę więc nie wybrzydzać, bo pan kuchmistrz wpadnie w rozpacz. Polecam panu pasztet z wątróbek, palce lizać!
Nie spodziewała się wiele, znając mrukliwość i upór Setkowicza, ale tym razem jej nie odburknął, choć początkowo jadł z przymusem..Lecz nieustannie zagadywany przez trzy damy, przestał zważać na to, co robi i nie spostrzegł, że Nina coraz to nakłada mu na talerz porcję pasztetu, plaster apetycznej szynki, kawałek węgorza, dzwonko tłustego fioletowego śledzia ociekającego nicejską oliwą, lub inny specjał. Korzystając z jego roztargnienia, dolewała mu nieznacznie wina, wznosząc coraz to nowe toasty. Zajęty rozmową z Zosią i z Mirą, zmiatał z talerza wszystko, co mu nałożyła.
W końcu zajadając pyszną maślaną bułeczkę, oprzytomniał i zażenowany okazaną słabością, podniósł się i zaczął się niezgrabnie żegnać, szurając krzesłem po posadzce i nie bardzo wiedząc, co ma zrobić z rękami. Panie taktowanie udawały, że nie widzą popełnianych przez niego gaf, z trudem powstrzymując się od śmiechu z jego zdesperowanej miny. Nie wiedząc, jak się elegancko wynieść, kiwnął im głową i wyszedł, lub raczej uciekł z jadalni. Przechodząc obok malinowego salonu, zajrzał tam i zobaczywszy fortepian przystanął.
- O, tu jest instrument! - zauważył. - Czy ktoś gra?
- Owszem, ja i panna Mira. Lubi pan muzykę? Jakiego kompozytora? - Nina wyjrzała za nim z jadalni.
- Obojętnie. Po prostu lubię muzykę. - odparł powściągliwie.
- To się dobrze składa, bo codziennie wieczorem urządzamy z Mirunią mały koncert. Wiem, że gardzi pan towarzystwem zdegenerowanych arystokratek, lecz mimo wszystko zapraszam pana do domu. Przyjmie pan moje zaproszenie, to dobrze, a nie, także się nie pogniewam. Trwa powstanie i wszelkie konwenanse są już anachronizmem, prawda?
- Mhm! - odburknął. - Za tłusto pani jada, to niezdrowo. - zauważył z ironią i narzuciwszy na siebie płaszcz, wcisnął na głowę kapelusz i poszedł.
Kiedy Nina powróciła do jadalni, powitał ją wybuch śmiechu przyjaciółek.
- Oryginał. - stwierdziła Zosia.
 - Ależ nie, on naprawdę jest bardzo miły, tylko nieśmiały. - Mira natychmiast wystąpiła w obronie doktora, rumieniąc się pod kpiącym wzrokiem Niny.
- Szczególnie jak klnie i rzuca naczyniami. - przypomniała jej ze śmiechem.
Mira zmieszała się jeszcze bardziej i wymyśliwszy na poczekaniu jakiś pretekst, pobiegła do siebie.
- Pan doktor jest dla ciebie tak nieuprzejmy, że aż wygląda to bardzo podejrzanie. - zauważyła Zosia, posyłając Ninie rozbawione spojrzenie. - Jakby pragnął ukryć wcale inne uczucie.
- Kochanie, coś ci się przewidziało. - Nina wzruszyła ramionami.
- Oj, chyba nie. - Zosia potrząsnęła głową i pogroziła jej palcem.
Tego dnia Nina nie powróciła już do lazaretu, odprowadzając konno Zosię aż do Brzezińca.
Noce były już bardzo mroźne, ziemia pokryła się grubą powłoką śniegu i stwardniała na kamień. Ale w południe słońce jeszcze grzało i z konarów drzew ześlizgiwał się szron, spływając na ziemię kroplami wody. Wracająca ze spaceru Nina, pełną piersią oddychała czystym, górskim powietrzem. Mignon parskając, mknęła przed siebie wyciągniętym kłusem. Biegnący przy jej boku Grot, wyprzedzał ją czasami i odwracając się, szczekał ponaglająco. Ninie przypomniało się, że w ubiegłym roku nie mogła jeździć konno, bo była w ciąży i rozpaczała, obawiając się porodu. Grot uszczęśliwiony spacerem, raz po raz nurkował w śnieżnej zaspie, wystawiając jej kuropatwy lub bażanty i czuł się bardzo zawiedziony, że pani nie zwraca uwagi na jego wysiłki. Ale ona myślami była przy mężu, tęskniąc za nim i marząc, żeby przyjechał choćby na krótko.
Wieczorem usiadła do fortepianu i zaczęła grać. Tak głęboko zatonęła w muzyce, iż nawet nie zauważyła, że drzwi uchyliły się bezszelestnie i do salonu wsunął się Setkowicz. Położywszy palec na ustach, gestem nakazał Mirze milczenie. Sam zaszył się w najdalszy kąt i siedział przymknąwszy oczy, wsłuchując się z rozkoszą w melancholijne dźwięki "Preludium deszczowego" Chopina. 
 W pewnej chwili, Nina podniosła oczy i dostrzegła jego odbicie w lustrze lecz udała, że nic nie widzi, żeby go nie peszyć. Skończywszy grać, razem z Mirą zaśpiewały jeszcze kilka pieśni Moniuszki i Schuberta. Obejrzawszy się, Nina zamierzała nawiązać z doktorem rozmowę, lecz Setkowicz wstał i mruknąwszy pod nosem: "dobranoc," poszedł sobie. Odtąd przychodził codziennie wieczorem i w milczeniu przysłuchiwał się muzyce. Nina zauważywszy, że doktor namiętnie pali papierosy, jednocześnie żałując każdego grosza, bo niemal wszystkie zarobione pieniądze posyłał matce, kazała stawiać przy jego fotelu stoliczek, a na nim pudełko papierosów, filiżankę mocnej kawy i kieliszek wina. Przyjmował te dary bez słowa podzięki. 
Grając, widziała w najdalszym kącie jego ciemną postać, zagłębioną w miękkim fotelu. Po całodziennej ciężkiej pracy, z błogą miną zaciągał się wonnym dymem dobrego papierosa i słuchał muzyki. nie otwierając oczu. To była jego jedyna przyjemność i cała rozrywka. Nigdy sam nie nawiązywał rozmowy, a zagadnięty, ucinał zdanie w pół słowa i odchodził.
- Z naszego doktora straszny dziwak. Przyznaj sama, Miruniu. - irytowała się Nina. - Co by mu szkodziło trochę z nami porozmawiać? Pogadać byle o czym, kiedy nudzimy się jak dwa mopsy!
- Lepiej zostawmy go w spokoju. - odparła rozsądnie Mira. - Jeżeli jemu jest z tym dobrze, to i nam nie powinno zależeć, żeby się narzucać i psuć mu humor.
Nina skrzywiła się i nie wiadomo dlaczego, poczuła do przyjaciółki pretensje."Co za oryginał. - myślała. - Nie sposób odgadnąć, co w nim siedzi." Następnego dnia wstała wcześnie i poszła z Grotem do parku na spacer. Wiedziała, że na jej powrót czeka już pan Bochniak z raportem o sprzedanych na jarmarku kucach i pszenicy. Ale nie chciało się jej wysłuchiwać narzekań rządcy. Miała ochotę porozmawiać z kimś młodym i wesołym, pośmiać się, może nawet trochę poflirtować. Miała osiemnaście lat i bardzo pragnęła jakiejś odmiany w monotonnym i przykrym życiu codziennym. 
Postanowiła, że po obiedzie wybierze się do Brzezińca. Tadeusz wrócił z kolejnej podróży, a on zawsze lubił z nią żartować i udawał, że ją uwodzi. Wolno skierowała się w stronę głównej alei wiedząc, że o tej porze Setkowicz powraca ze wsi. Nie zamierzała bynajmniej z nim flirtować... No, chyba nie, ale lubiła go, choć był brzydki i często szokował ją wcale nieparlamentarnymi wypowiedziami. Potrafił zainteresować ją swoją osobą. Nie zrażała się jego gburowatością przeczuwając, że jest to tylko pancerz ochronny, kryjący naturę wrażliwą i czułą.
Możliwe zresztą, że odrobinę go idealizowała, bo młody doktor ją zaintrygował. Po kwadransie, dostrzegła jego wysoką, chudą postać, maszerująca wyciągniętym krokiem, w rozpiętym i rozwianym płaszczu. Szedł z opuszczoną na piersi głową, włożywszy obie ręce do kieszeni, zapewne po to, aby je nieco rozgrzać. Usłyszawszy przed sobą szelest jej sukni, podniósł oczy i zatrzymał się raptownie, przybierając odpychający wyraz twarzy.
- Dzień dobry, doktorze.- odezwała się swobodnie. - Wraca pan od swoich wiejskich pacjentów? - pytanie było tak jednoznaczne, że nie mógł na nie nie odpowiedzieć.
- Tak. - mruknął.
- A ja wyszłam z Grotem trochę się przejść. - ciągnęła, nie przejmując się jego odstręczającą postawą.- Przeszło rok temu, ciężko chorowałam i od tej pory miewam czasami duszności. Jaś obawiał się nawet u mnie choroby serca. Czy wie pan, że on spoczywa w Sarnikach? Chce pan może odwiedzić jego grób?
- Nie, po co?
- Nie odwiedza pan zmarłych? W niedzielę pojedziemy na mszę. Może zabierze się pan z nami?
 - Nie bywam w kościele, ani na cmentarzach. - odparł ozięble. - Mówiłem pani, że jestem ateistą i obce mi są wszelkie przejawy kultu zmarłych.
Przystanęła i popatrzyła na niego z namysłem.
- Ja również nie jestem zbyt pobożna. - wyznała szczerze.- Nudzą mnie długie nabożeństwa, miewam wątpliwości, co do niektórych dogmatów religijnych. Ale w coś trzeba wierzyć. Pan w nic nie wierzy?
- Owszem, wierzę w człowieka. - powiedział dobitnie.
- Doprawdy? W takim razie miał pan już okazję rozczarować się do swego ideału. Trudno zachować wiarę w człowieka, widząc dziejące się okropności.
- Nic podobnego. Ja uwierzyłem w niego jeszcze mocniej.
- Jak mam to rozumieć?
- Człowiek jest najdoskonalszym tworem natury. Widziałem ludzi krzyczących:"Niech żyje Polska", w momencie, gdy kat zakładał im pętlę stryczka na szyję. - przerwał i spojrzał na nią. 
Była blada, a oczy jej pociemniały z bólu.
- A ja, panie doktorze, widziałam ciało Jasia czarne, spalone, z wystrzelonym rewolwerem w dłoni, z którego odebrał sobie życie, żeby nie wpaść w łapy kozaków. Patrzyłam na leżące u moich nóg ciała wujostwa, a za moimi plecami płonął dwór, w którym się wychowałam. Widziałam Emilkę, żonę Jasia, w więziennym szpitalu w Cytadeli, kiedy po bestialskim przesłuchaniu straciła noszone dziecko. A potem żegnałam ją, odjeżdżającą na zesłanie w głąb Rosji, aż pod Archangielsk. W jej oczach był obłęd. To wszystko było dziełem ludzi, w których pan tak wierzy.
Skinął głową i westchnął.
- Bo ludzie bywają rozmaici, wolni lub zniewoleni. Niewola podli, łamie ludzkie dusze. Dopóki fanatyzm religijny lub szowinizm nie rozpali nienawiści, ludzie bywają dobrzy.
- Nawet Rosjanie? - wybuchnęła z oburzeniem.
- Oni również są ludźmi i mają dobrą pamięć. - odpowiedział spokojnie. - W XVII wieku, Polacy przez siedem długich lat, mieszali się do polityki Rosji, raz po raz najeżdżając ten kraj. Osadzili na tronie swoją kukłę, Dymitra Samozwańca, z wysokości Kremla rządząc Rosją ogniem i mieczem. Kiedyś, w jakichś szpargałach, znalazłem stary dokument zawierający gorzką skargę posła rosyjskiego Teodora Szeremietiewa. Była tak wzruszająca, że nauczyłem się jej na pamięć. Brzmiała tak: "Rozwiązły żołnierz wasz, nie zna miary w obelgach i zbytkach. Zabrawszy wszystko, co tylko dom zawierał, złota, srebra, drogich zapasów mękami wymuszał. Patrzali mężowie na gwałty lubych żon, matki na bezwstyd córek nieszczęsnych. Rozpust i wyuzdań waszych zachowujemy pamięć. Jątrzyliście serca nasze najobraźliwszą pogardą, nigdy rodak nasz nie był przez was nazwany inaczej, jak psem moskiewskim, złodziejem, zmiennikiem. Nawet świątyń boskich nie uszanowaliście. W popiół obrócona stolica nasza, skarby nasze długo przez carów zbierane, rozszarpane przez was, państwo całe w ogniu, mieczem okrutnie niszczone.3
Tak się skarżył poseł rosyjski, pani Nino. W dziejach narodów, krzywdy rzadko bywają jednostronne. Nie tylko nasze dzieje przesiąknięte są krwią i łzami niewinnych. Człowieka należy od małego dziecka uczyć szacunku dla bliźniego, poszanowania praw, bo w przeciwnym razie biorą górę cechy egoizmu, pychy i nieczułości. Ale pani, droga hrabino, jest brzydką hipokrytką!
- Nieprawda! Zawsze ceniłam szczerość.
- Więc proszę się zdecydować: wierzy pani w Boga, czy nie?
Spojrzała na niego ze złością. Właściwie nigdy nie była pewna swoich przekonań religijnych i często nachodziły ją wątpliwości, z których musiała się spowiadać. Ponieważ zaś spowiedź każdorazowo budziła w niej sprzeciw, klękała na stopniach konfesjonału zbuntowana i nie potrafiła wzbudzić w sobie skruchy doskonałej.
- Nie lubiłam spowiedzi. - wyznała. - Ale nawet święci miewali wątpliwości.
- Nie ma pani odwagi odrzucić zabobonów? - skrzywił pogardliwie usta. - Spowiedź nie jest ustanowiona przez Jezusa Chrystusa. To wymysł Kościoła tępiącego herezję. Bardzo wygodny wgląd w ludzkie sumienia i serca. Od ośmiuset lat Kościół sprawuje rząd dusz i nigdy dobrowolnie się tego nie wyrzeknie.
- Nie wiedziałam. - powiedziała z wahaniem. - A kto wprowadził obowiązek spowiedzi?
- Nie pamiętam dokładnie. Chyba papież Innocenty III,4 ale z całą pewnością posługiwała się nią inkwizycja aż do XIX wieku. To była straszna broń Kościoła i wiele tysięcy niewinnych ludzi zaprowadziła na stos i na szafot. Wspomniała pani o świętych? Powiem pani, że jako lekarz często analizowałem zachowania tak zwanych świętych i mogę panią zapewnić, że z punktu widzenia medycyny, większość z nich były to osoby chore, z poważnymi zaburzeniami psychicznymi. A niektórzy, to zwykli zboczeńcy, masochiści.
- Co to takiego? - Nina zrobiła wielkie oczy.
 - Jest to zboczenie, polegające na zadawaniu bólu sobie lub innym. Sprawia to masochiście sadystyczną rozkosz, często na tle erotycznym. Stąd tylu świętych biczowało się aż do krwi. Wielu wyniesiono na ołtarze, ponieważ byli krewnymi władców, pochodzili z najwyższych kręgów społeczeństwa. Inni święci są tylko wytworem fantazji albo legendą, nie popartą żadnymi dowodami.
- A relikwie święte? - ośmieliła się zadać to pytanie, sama nie wierząc w ich moc.
Setkowicz spojrzał na nią i potrząsnął głową.
- Modli się pani do kawałka kości, albo do zgniłego mięsa? O, miałem lepsze wyobrażenie o pani inteligencji. Przecież to zakrawa na nekrofilię5 lub nekrolatrię. - machnął wzgardliwie ręką.
Wprawdzie Nina nie wiedziała, co znaczą te obce wyrazy, ale próbowała jeszcze go przekonać.
- Ale przez tysiąc osiemset trzydzieści lat, ludzie wierzą w Boga i religia nie upada, choć nie pan pierwszy ją odrzucił.
- A wierzy pani w Amona Ra, lub w Baala?
- Nie, dlaczego mam w nich wierzyć? - zdziwiła się przypominając sobie, że były to bóstwa starożytnego Egiptu i Fenicji.
- Ale ludzie wierzyli w nich przez kilka tysięcy lat! Religia chrześcijańska jest bardzo młoda, w porównaniu z wierzeniami Egiptu, Babilonii, Asyrii, Chin, czy nawet Izraela. A pani mąż jest wierzący?
- Nie wiem.- powiedziała, choć światopogląd Aleksa nie był dla niej tajemnicą. - Podobno dziad i pradziad męża byli ateistami, wielbicielami Woltera. Ale mnie nauczał nasz ksiądz proboszcz.
Setkowicz uśmiechnął się sceptycznie.
- Niech pan nie waży się z niego śmiać! - zawołała z gniewem. - Wiem o czy pan myśli: klecha, pasibrzuch! Nic z tych rzeczy. To był człowiek! Swoim małym kapitalikiem dzielił się z ubogimi. Kochali go biedni i bogaci. Był światłym demokratą, umiejącym dostrzec błędy Kościoła. Sądzę, że w duszy był równie czerwony jak pan. Był gorącym patriotą i nie wahał się tego demonstrować. To on nauczył mnie kochać naturę i zwierzęta. On widział Boga, jako źródło miłości, a nie mściwego, okrutnego sędziego. Umarł kilka dni temu i już nikt go nam nie zastąpi. - odwróciła głowę, żeby doktor nie widział jej łez. - Jeżeli istnieje drugi świat, to nie wątpię, że on jest blisko Boga.
- Ja nigdy nie twierdziłem, że wszyscy księża to pasibrzuchy. Znałem wielu godnych szacunku. Weźmy choćby księdza Staszica, lub Ściegiennego... No, ale z waszego wikarego nie będziecie mieli pociechy. - prychnął szyderczo. - Na własne oczy widziałem, jak przyparł do płotu dorodną dziewuchę i sięgał jej pod spódnicę!
Nina myślała, że zapadnie się pod ziemię ze wstydu. Żaden dobrze wychowany mężczyzna nie ośmieliłby się w ten sposób wyrazić przy damie. Ale nowy wikary naprawdę zachowywał się skandalicznie. Zaraz po pogrzebie proboszcza, wyrzucił starą służbę, i na gospodynię sprowadził sobie młodą dziewczynę, o bezczelnym spojrzeniu ulicznicy. Rzekoma "krewna" rządziła się na plebanii, zmieniając wszystko, co było niegdyś dziełem proboszcza.
- Ten nędznik nie jest godzien nosić sukienki księdza. - powiedziała przez zęby. - A naszego ukochanego proboszcza zabiła śmierć Borutyńskich. Po tym ciosie już się nie podniósł. Obiecuję panu, że zrobię wszystko, żeby tego łajdaka usunąć z plebanii.
- A co się stało z matką i żoną Janka ? - spytał Setkowicz.
Przysiedli na kamiennej ławce i Nina złożywszy na kolanach dłonie, zaczęła opowiadać o tragicznych losach Jasia, Emilki i cioci Salomei. Kiedy wspomniała o dramatycznej audiencji u Uszakowa, doktor wpatrywał się w nią z niedowierzaniem i podziwem. Mówiła o staraniach, jakie czyniła w Warszawie, prosto i szczerze, jakby głośno myślała. Czasami milkła, gdy zawodził ją głos, widząc oczami duszy twarz Emilki, wykrzywioną obłędnym strachem, lub szalone z rozpaczy błękitne źrenice Jasia. Bolesne wspomnienia na nowo rozdarły świeże rany w jej sercu. Nie potrafiła opanować żalu i rozpłakała się, ukrywszy twarz w dłoniach. Setkowicz nie wiedział jak ją pocieszyć i zupełnie wytrącony z równowagi, klął przez zęby. Potem wyciągnął nieśmiało rękę i niezręcznie poklepał ją po łopatce.
 - No, już dobrze, nie trzeba płakać. Wielu ludzi powróciło z zesłania, nawet z katorgi.
- Ale one nie wrócą, jestem tego pewna. - westchnęła, ocierając oczy. - Ciocia Salomea była kobietą głęboko religijną, więc nie mogła targnąć się na swoje życie, a żyć nie chciała. Wybrała więc inny rodzaj samobójstwa, pojechała po śmierć! Nieszczęśliwa Emilka była jeszcze ogromnie osłabiona po chorobie i z pewnością nie wytrzymała tej straszliwej podróży.
Setkowicz wzruszył się, chociaż nie chciał tego ujawniać.
- Biedny Janek. - powiedział miękkim, zupełnie nie znanym jej głosem. - Wyobrażam sobie, co przeżywał, tracąc żonę i dziecko. Na uczelni obaj się lubiliśmy, szanowałem jego matkę, był znakomitym chirurgiem i dobrym człowiekiem.
Nina skinęła głową i przez parę minut nie umiała powstrzymać płaczu. Po omacku poszukała chusteczki i osuszyła nią wilgotną twarz.
- Przepraszam pana, zupełnie się rozkleiłam.
- Te łzy przynoszą pani zaszczyt. - rzekł z powagą. - Ludzie których pani wspomina, zasługują na pamięć i łzę. No, ale na mnie już czas. Zasiedziałem się, a moi pacjenci czekają. A to wszystko przez pani gadatliwość! Nie trzeba mnie było zatrzymywać.
Zerwał się z ławki i machnąwszy ręką odszedł, zrzędząc na nią półgłosem. Nina powróciła do domu roztrzęsiona i przygnębiona. Usiadła w buduarze przy kominku i wzięła książkę, ale powieść okazała się płytka i tak ckliwa, że prędko ją rzuciła. Teraz była już pewna, że maska którą zwykle przybierał Setkowicz, nareszcie opadła i odsłoniła jego prawdziwą twarz. Z pewnością był dobrym człowiekiem, ale często krzywdzony, zamknął się w sobie, broniąc się nieprzystępnością i złośliwością. Ogarnięta uczuciem chłodu, wtuliła się w oparcie fotela, zamierzając się zdrzemnąć. Ale do pokoju weszła Jaga, której niezawodny instynkt podpowiedział, że jej pupilka cierpi i potrzebuje pociechy. Tym razem jednak nie podeszła bliżej, tylko zatrzymała się na środku pokoju, obserwując Ninę przenikliwym wzrokiem.
- Pan hrabia pisał, że wkrótce przyjedzie do domu, ale jakoś go nie widać. - odezwała się półgłosem. - Nie martwisz się tym?
- Naturalnie, że się martwię. Ale on jest w sztabie generała i obowiązuje go dyscyplina.
Jaga chrząknęła, jakby zbierając siły do dalszej rozmowy.
- Wydaje mi się, że pogodziłaś się z nieobecnością męża i już za nim nie tęsknisz.
- Ależ nianiu, do tego nie można się przyzwyczaić. Rozłąka nigdy nie przestaje boleć.
- Odniosłam inne wrażenie. Wobec tego wyjaśnij mi, jak możesz tęsknić za mężem i jednocześnie kokietować Setkowicza?
Nina początkowo sądziła, że niania żartuje, ale spostrzegła jej surową minę i zacięte wargi. To nie wróżyło nic dobrego. Zdołała jednak bez zmrużenia oka wytrzymać oskarżycielski wzrok Jagi i stłumić w sobie zaledwie odczuwalne poczucie winy.
- To doprawdy śmieszne! - wykrzyknęła z przesadnym oburzeniem.- Udało ci się trafić kulą w płot. Dlaczego miałabym doktora kokietować?
 - Też chciałabym to wiedzieć. - Jaga nie spuszczała z niej wzroku i Nina mimo woli zaczęła się niespokojnie kręcić. Niania jak zwykle miała trochę racji i to odkrycie doprowadziło Ninę do wściekłości.
- Czego ty ode mnie chcesz? - momentalnie przeszła do ataku. - Z nikim się nie widuję, żyję jak zakonnica i nie mam żadnych rozrywek. Na domiar złego, ty posądzasz mnie o wydumane flirty z biednym doktorem. Śmieszne!
- To wcale nie jest śmieszne.- Jaga nie zamierzała ustępować.- Raczej bardzo niebezpieczne. Zastanów się lepiej nad tym, co robisz. Dla ciebie to zapewne niewinna zabawa, ale u niego twoje zachowanie może budzić nadzieję i być zachętą do romansu. Nie masz rozrywek? Trwa powstanie, a twój mąż walczy.
- To był jego wybór, nie mój! - zawołała Nina, zrywając się na równe nogi.- Nikt go do tego nie zmuszał. Ja nie miałam takiego wyboru.
Jaga ciężko westchnęła i pokiwała głową.
- Tak to widzisz? Ostrzegam cię, dziecko, że stąpasz po bardzo cienkim lodzie. Kiedy byłaś małą dziewczynką, brałam trzepaczkę i wybijałam ci z głowy niemądre pomysły. Dziś sama ponosisz odpowiedzialność za swoje czyny. Z całego serca pragnę, żebyś była szczęśliwa, ale ty nie słuchasz moich rad i przeważnie źle na tym wychodzisz. - Jaga pociągnęła nosem i mrugnęła powiekami udając, że wyciska łzy.
- Nianiu, przecież nie będziesz płakać z tak błahego powodu? - Nina podbiegła do niej i przygarnęła ją do siebie.
- Nie, zostaw mnie.- Jaga wykręciła się z jej ramion.- Ja widzę, że się zmieniłaś i najwyraźniej uwodzisz tego biednego chłopaka.
- Przecież jeszcze nie upadłam na głowę! - Nina ponownie uniosła się gniewem. - Porównaj Setkowicza z moim mężem! Nie, ty doprawdy dziwaczysz, nianiu.
- Mów sobie co chcesz, ale ten mężczyzna nie jest z żelaza. Znam cię od pieluch i zawsze byłaś zalotna. Mógł się w tobie zakochać.
- Setkowicz i miłość? Przecież jestem dla niego tylko arystokratycznym darmozjadem. On kocha jedynie swoich pacjentów.
- I co z tego? Nie takie historie widziano. Ja ciebie, dziecko, tylko ostrzegam, żeby z tego jakiegoś nieszczęścia nie było. To biedny chłopak. Widać, nie miał do kogo serca przytulić i udaje jeża, ale jak każdy człowiek, czuje potrzebę miłości. A ty jesteś przylepka i potrafisz się przymilać.
- A fe, nianiu. Nie w głowie mi amory. - Nina wysunęła kapryśnie usta i jak kotka otarła się policzkiem o ramię Jagi.
- Mówiłam, że jesteś przylepka. Ale zastanów się, czy nie szkoda tego człowieka dla pustej zabawy?
Zostawszy sama, Nina usiadła przy sekretarzyku i zaczęła rozpamiętywać przestrogi Jagi. Musiała przyznać, że przeczucia niani zwykle były uzasadnione. Nie mogła udawać przed sobą, że nic się nie dzieje. To prawda, że kokietowała doktora, ale tylko trochę! Była już udręczona długą samotnością i grozą ponurego życia. Straszliwe wydarzenia dziejące się na jej oczach, wytrąciły ją z równowagi, a dręczący ją strach sprawił, że bezskutecznie poszukiwała poczucia bezpieczeństwa. Ostentacyjna obojętność okazywana przez Setkowicza, podrażniła jej kobiecą próżność. Patrzył na nią takim wzrokiem, jakby była zrobiona ze szkła. Wcale nie zdawał się dostrzegać jej dołeczków w buzi, prześlicznych oczu i loczków kręcących się na smukłym karku. Nina zawzięła się i powoli zaczęła szukać drogi do jego serca. 
 Po pewnym czasie, spostrzegła z głębokim zadowoleniem przeciągłe spojrzenia, jakie jej posyłał gdy sądził, że ona tego nie widzi. Jego budzące się zainteresowanie jej osobą, bardzo Ninie schlebiało. Lecz nigdy nie przyszło jej do głowy, że ten niewinny flircik mógłby mieć jakieś poważniejsze konsekwencje. Kochała namiętnie męża i tęskniła za nim aż do bólu. Był jedynym mężczyzną do którego chciała należeć duszą i ciałem do końca życia. Rozbolała ją głowa i uznawszy, że dzień jest nudny, postanowiła go skrócić i pójść wcześniej spać. Lecz wskazówki zegara posuwały się w ślimaczym tempie i dzień wlókł się bez końca. Przed samym obiadem zapukał Walenty i oznajmił, że przyjechał jakiś człowiek i kazał zameldować się pani hrabinie. Nina poleciła natychmiast go wprowadzić przekonana, że wydarzyło się coś niedobrego. Stała na środku pokoju blada, a jej oczy pełne były niepokoju. Po chwili do buduaru wszedł starszy mężczyzna w futrzanej kurtce. Zobaczywszy ją, prędko zdjął z głowy czapkę i skłonił się uprzejmie. Nina odruchowo podniosła rękę i chwyciła się za gardło.
- Czy ma pan dla mnie jakąś wiadomość? - wyszeptała drżącym głosem.
- Mam list do pani hrabiny Klonowieckiej.
- To ja! - wyrwała mu z ręki skrawek papieru, byle jak zaklejony i rozdarła go niecierpliwie. Odetchnęła, zobaczywszy pismo męża. "Przyjadę we środę w nocy." Jednym rzutem oka przebiegła tę lakoniczną wiadomość i o mało nie podskoczyła z radości. "Środa? To przecież już dzisiaj!" - pomyślała uszczęśliwiona.
- Najmocniej panu dziękuję. - wyciągnęła do przybysza rękę. - Proszę spocząć, czy widział pan mego męża?
- Niestety nie. Przekazuję tylko list. Proszę panią hrabinę o wybaczenie, ale bardzo się śpieszę i zaraz muszę jechać dalej.
Pożegnała go i unosząc wysoko suknię, popędziła do kredensu.
 - Nianiu,Walenty, Kumosiu! - zawołała, podnosząc do góry rękę z listem. - Mam wspaniałą nowinę. Dziś w nocy pan przyjedzie! - oznajmiła to tak donośnie, że zbiegła się cała służba.
Jaga przeżegnała się uradowana, widząc jej promieniejące oczy.
- Pan Bóg łaskaw dla nas, gołąbeczko. - westchnęła Kumosia. - Ot i przyszła pociecha.

1Bułczanka – wędlina wielkopolska.
2Robespierre, Saint Just, Danton - członkowie Komitetu Ocalenia Publicznego w czasie Wielkiej Rewolucji francuskiej.
3Historyczne.
4Innocenty III (1161-1216) - Doprowadził papiestwo kościelne  do szczytu potęgi politycznej.
5 Nekrofilia - obcowanie płciowe ze zwłokami. Nekrolatria - ubóstwienie zmarłych.