niedziela, 11 września 2016

Krótkie chwile szczęścia.


11 września 2016 r.
Nina narzuciła na siebie futro i okręciwszy głowę szalem, wyszła z domu. Miała tak promienne oczy, pełne cichej radości, że ranni chłopcy nie mogli się jej napatrzeć. Setkowicz nie wiedział, dlaczego jest dziś taka radosna. Ze zdziwieniem przysłuchiwał się, jak rozmawia z rannymi, śmieje się i żartuje. Widać było, że rozsadza ją energia.
- Widzę,że ma pani dobry humor. - mruknął. - Potrzebna mi będzie bryczka, bo w Lipieńcu ludzie chorują na ciężką influenzę. Były już przypadki zgonów. Muszę tam jechać jeszcze dziś.
- Ja również wybieram się dziś do Lipieńca i zabiorę pana. Pojedziemy karetą. Pan Marcinkiewicz odeśle potem pana krytą bryczką.
Słowa doktora przypomniały jej, że rządcy z Lipieńca udało się bardzo korzystnie sprzedać większą część zboża i ziemniaków jakiejś spółce, handlującej artykułami rolnymi. Zupełnie o tym zapomniała, ale przypomniawszy sobie, postanowiła zaraz jechać do Lipieńca i osobiście rozmówić się z panem Marcinkiewiczem w nadziei, że spółka zakupi również buraki cukrowe, które tego roku obficie obrodziły. Setkowicz miał taką minę, jakby propozycja wspólnej podróży wcale go nie zachwyciła, lecz Nina nie zamierzała dzisiaj przejmować się jego humorami. Kazała zaprzęgać do karety, ciepło się ubrała i lawirowała tak sprytnie, że Jadze nie udało się dopaść jej na osobności i zwymyślać za zabranie doktora.
Ostry mróz zamienił jesienne błoto w twardą jak skała grudę, pokrytą cienką warstwą śniegu. Kareta pomimo elastycznych resorów trzęsła, podskakując lub wpadając w wymyte deszczami dziury. Droga była uciążliwa mimo, że stangret starał się omijać nierówności gruntu. Nina otulona w puszyste futro, w futrzanym toczku na głowie, siedząc na miękkich poduszkach, wyglądała przez okno. Setkowicz wtulił się w kąt i w swoim szarym, wytartym płaszczu, na tle barwnego safianu i atłasu obicia, wyglądał szczególnie nędznie i ubogo.
Nie odzywali się do siebie, każde zatopione we własnych myślach. Nina marzyła o spotkaniu z mężem i dopiero po jakimś czasie zorientowała się, że to ich milczenie jest nienaturalne. Rzuciła okiem na Setkowicza i z przykrością uświadomiła sobie, że musi mu być zimno. Zrobiło się jej przykro i wstyd, że wcześniej o tym nie pomyślała. Zastanawiała się, od czego zacząć rozmowę i szukała w myślach tematu wiedząc, że doktor jej tego nie ułatwi. Wreszcie chrząknęła zakłopotana i wskazując na mijaną właśnie Pliszkową Górkę, powiedziała:
- Widzi pan tę nową kolonię? Dzięki hojności mego męża, bezrolni biedacy znaleźli dach nad głową i kawał własnej ziemi.
Podniósł na nią zmęczony wzrok i mruknął coś pod nosem. Wyobraziła sobie, że wcale się nie odezwie i zrobiło się jej nieprzyjemnie. Ale on widocznie zastanawiał się tylko, bo po jakimś czasie zauważył:
- Maków to jedna z tych nielicznych wsi, gdzie chłopi nie skarżą się na dziedzica, ale wyrażają się o nim z szacunkiem. O pani również. Jednak zawsze pozostanie pani jaśnie hrabiną, mającą majordomusa1 i liczną służbę.
- Walenty to nie służący, lecz najlepszy przyjaciel. Człowiek dobry i mądry, zawsze słucham jego rad.
- Okazuje się, że trafiłem do wyjątkowego domu, gdzie państwo szanują swoją służbę, a biedakom darowują ziemię.
Podziękowała mu uśmiechem, bo jego pochwała bardzo jej pochlebiła. Nie dosłyszała w tych słowach drwiny. Ale kiedy znowu przemówił, uśmiech wolno przygasał na jej ustach.
- Tyle, że to nie była żadna łaska, ze strony jaśnie pana hrabiego. Przez całe wieki wasza rodzina korzystała z ciężkiej pracy poddanych. Chłopi harowali jak zwierzęta, popędzani batami karbowych i ekonomów, żeby jaśnie państwa stać było na te pałace, na salony, wykwintne jedzenie i zagraniczne wojaże. Traktowani jak bydło, nieludzko wyzyskiwani, żyli i umierali dla was, a całe pokolenia panów tuczyły się na ich krwawym trudzie. O, jakie pani hrabina ma białe rączki i futro sobolowe! To także efekt ciężkiej pracy waszych poddanych. Nie daliście tej ziemi z miłości dla ludu, tylko ze strachu. Boicie się, że uświadomiony klasowo chłop, zbuntuje się przeciwko wam i sam sięgnie po swoją własność!
Nina zatrzęsła się z wściekłości.
- Nikt nie kazał memu mężowi oddawać darmo ziemi, wznosić domów i kształcić chłopskich dzieci, aby wyrosły na panów. W Makowie gospodarze sprzyjają powstaniu, a wie pan dlaczego? Bo mój mąż potrafił zaszczepić im ducha patriotycznego. W dobrach mego męża pańszczyzna już dawno została zniesiona, a za pracę płacimy. I nie robimy tego ze strachu, lecz ze zrozumienia ludzkich potrzeb i chęci polepszenia bytu mieszkańców wsi. - zakończyła swoją przemowę zbyt patetycznie i nieszczerze, a Setkowicz z właściwą sobie przenikliwością natychmiast to odgadł.
- Ach, jakże pani to ślicznie powiedziała! - szydził. - Zupełnie jak z książki. Przyzna pani jednak, że to, co zrobiliście, to kropla w oceanie krzywd i wyzysku, dziejącego się po wsiach. W miastach kapitaliści eksploatują wygłodzonych robotników, a buntującym się biedakom Kościół grozi wiekuistym potępieniem. Tymczasem ci ludzie mają piekło tu, na ziemi. Opowiadano mi, jakimi katami byli dla swoich poddanych, pani wuj i ciotka...
- Panie Setkowicz!- Nina wyprostowała się i zmieniona na twarzy patrzyła na niego groźnie. - Wujostwo zginęli, dając schronienie uciekającemu powstańcowi! Niech pan nie waży się mówić o nich źle!
- Zwracam pani uwagę, że ja nie chciałem się odzywać, ale pani sama mnie do rozmowy sprowokowała.- odpowiedział równie ostrym tonem.- Czy wie pani, dlaczego przegramy tę walkę, jak i wszystkie poprzednie? Bo szlachta dla własnych, egoistycznych celów, zniweczyła wielki dziejowy plan ogólnonarodowego zrywu! Za ten błąd przyjdzie jej wkrótce zapłacić najwyższą cenę.
Tok jego rozumowania wzbudził jej irytację. W każdym powstaniu walczyła właśnie szlachta, inteligencja, a nawet arystokracja. Niemal wszyscy wyżsi oficerowie i generałowie pochodzili ze szlachty. Nawet ten narwaniec Mierosławski i terrorysta Ignacy Chmieleński.
- Jak pan śmie obarczać szlachtę waszymi grzechami? - zawołała z oburzeniem. - To wy, Czerwoni, organizowaliście manifestacje, wyprowadzając ludzi na ulicę, prosto pod lufy armat! Oszukaliście naród, który wam zaufał. Co daliście społeczeństwu, w zamian za tę straszną daninę krwi ? W "Manifeście" styczniowym, przysięgaliście dać nam zwycięstwo i ta przysięga nadal was obowiązuje, choć w zwycięstwo nikt już w tym kraju nie wierzy.
Grottger. Kucie kos.
 Doktor wysłuchał jej spokojnie, absolutnie nie przekonany.
- Kiedy na początku powstania chłopi masowo zgłaszali się do partii, odprawiano ich do domów. - zauważył zjadliwie.
- Bo nie było broni, o którą się nie postaraliście! Załóżmy, że pozbędziecie się szlachty, co dalej?
- Wykształcimy własną inteligencję! - oświadczył z zapałem, tracąc poprzednią rezerwę.
Nina roześmiała się serdecznie.
- Doktorze, inteligentem nie można tak sobie zostać, trzeba się nim urodzić, po co najmniej trzech, czterech pokoleniach ludzi wykształconych, mających korzenie szlacheckie. To my jesteśmy tym pniem, z którego wyrasta tradycja i kultura narodu. Mniejsza z tym, czy ten pień jest zdrowy, czy spróchniały, ale bez wątpienia stanowimy elitę narodu, bo to my tworzyliśmy historię tego kraju.
- Umieliście tylko zdradzać i frymarczyć ojczyzną! - odpalił.
- O, nie tylko! - powiedziała z dumą. - Umiemy bez skargi umierać za przegraną z góry sprawę. Starodawnym obyczajem idziemy do walki, pozostawiając bez żalu swoje bogactwa i jeśli trzeba oddać życie za ojczyznę, umieramy godnie. Tak jak umarł Jaś, jak umierał Czachowski, Padlewski i wielu innych.
- Nie sztuka ginąć. - zauważył surowo. - Ale mniejsza z tym, nie zamierzam kłócić się z panią. Już niedługo wasza klasa odejdzie w niepamięć. Lud odbierze swoją ziemię i zażąda od was rachunku krwi za doznane krzywdy. Kto wie, może już i pani tego doczeka! - dokończył, patrząc jej prosto w oczy z jasnym uśmiechem tryumfu. - Siedzi pani samotnie i boryka się z losem, a gdzie szanowny pan hrabia? Pewnie beztrosko bawi gdzieś za granicą, co?
Nina podskoczyła, jakby ukąsiła ją żmija. Nigdy z Setkowiczem nie rozmawiała o Aleksie. Teraz jego niesprawiedliwe słowa tak ją zdenerwowały i rozżaliły, że nawet nie spostrzegła, kiedy z oczu zaczęły jej kapać wielkie łzy, wsiąkając w drogocenne futro. Setkowicz zrozumiał, że posunął się za daleko i w duchu przeklinał swój niewyparzony język.
- To co pan powiedział było niegodziwe i okrutne. - wyszeptała, gryząc usta.
Zrobiło mu się miałko na sercu, bo nie mógł znieść widoku płaczącej kobiety. Na jej długich rzęsach dostrzegł perlące się krople łez i nagle przyszło mu na myśl, że mógłby te łzy scałować. Poczerwieniał tak gwałtownie, jakby popełnił łajdactwo.
- Przepraszam. - powiedział skruszony. - Nie potrafię rozmawiać z damami.
- Jest pan nieznośny. - ciągnęła łzawo. - Ale ja dzisiaj nie umiem się na pana gniewać.
- Spotkało panią coś miłego? - odważył się spytać miękkim głosem.
- Tak. Spotkało mnie wielkie szczęście. Proszę, niech mi pan opowie coś o sobie.
- Po co? - wzruszył ramionami. - To nie jest temat nadający się dla uszu młodej damy.
- Mimo wszystko, bardzo pana proszę. - nalegała.
- Obawiam się, że poczuje się pani zgorszona.- rzekł chłodno.- Urodziłem się na warszawskim Powiślu, w dzielnicy nędzy. Mieszkaliśmy w ośmioro w małej, zagrzybionej izbie. Ojciec pił, więc wyrzucono go z pracy. Siedział w domu i bił matkę, przepijając pieniądze, jakie zarobiła chodząc na posługi. Ale ludzie nie dawali jej pracy na dłużej, bo ojciec robił jej dzieci i nieustannie była w ciąży.
Nina spuściła oczy, bo w w jej sferze unikano tak mało subtelnych określeń. Ale wiedziała, że lekarze nie lubią przenośni i nazywają rzeczy po imieniu.
- Tak, szanowna pani hrabino. - Setkowicz skrzywił się ironicznie. - Ubodzy ludzie mnożą się jak króliki i dzięki tej płodności jest ich coraz więcej, pomimo ogromnej śmiertelności. Troje mego rodzeństwa umarło na dyfteryt, jedno dziecko utopiło się w Wiśle, a pewnego dnia, ku naszej wielkiej radości, ojciec zapił się na śmierć. Potem jedna i druga siostra poszły na ulicę i słuch o nich zaginął. Pewnie już nie żyją, zżarte syfilisem, lub gruźlicą. W izbie zrobiło się przestronniej. Ja dostałem korepetycje i mogłem sprawić sobie mundurek i książki. Ambicją mojej matki było, żebym wyszedł na pana. Głodowaliśmy przez wiele lat, zanim ukończyłem studia i powróciłem do kraju. Niestety, sprawiłem biednej mamie zawód, bo panem nie zostałem.
Warszawa w XIX wieku, Targowisko.
O swoim życiu mówił zupełnie beznamiętnie, jakby streszczał przeczytaną książkę. Patrzyła na niego, przejęta do głębi serca tą opowieścią. Nie mieściło się jej w głowie, że w pokoju może mieszkać więcej niż jedna osoba. Przeżywany przez nią niegdyś niedostatek, bardzo różnił się od przeraźliwej, plugawej nędzy tych nieszczęsnych biedaków, wśród których wyrósł Setkowicz. Zawsze miała własny pokój i tak naprawdę nigdy nie głodowała, nawet w najgorszym, gnieźnieńskim okresie. Ale bardzo wrażliwa z natury, już nie dziwiła się radykalnym poglądom doktora. Właśnie pośród najbiedniejszej warstwy społeczeństwa, socjalizm miał najwięcej zwolenników.
- A pana mamusia jeszcze żyje? - spytała nieśmiało.
- O, jak ją pani ładnie nazwała. - na jego ustach pojawił się cień uśmiechu. - Owszem, żyje. Mieszka w tej samej zagrzybionej izbie i chodzi na posługi, piorąc ludziom bieliznę i stare chodniki. Ciągle jeszcze ma złudzenia, że kiedyś będę bogaty. - potrząsnął głową. - Nigdy tego nie doczeka.
- Dlaczego? Jest pan znakomitym lekarzem. Wielu ludzi pana profesji dorobiło się majątku.
- Ja nie leczę burżujów! - oświadczył szorstko. - Miejskiej hołoty nie ma kto leczyć i tysiące mrą bez żadnego ratunku. Na wsi, biedak może ukraść jabłko, nakopać sobie cudzych ziemniaków, uzbierać grzybów w lesie. W miastach jedni mają pożywienia pod dostatkiem, inni przymierają głodem. Piękne wystawy sklepowe kuszą luksusowymi artykułami, ale policja bacznie pilnuje, żeby nędzarz czegoś nie ukradł. Biedak nie ma wstępu do dzielnic bogaczy, strzeżonych przez dozorców i stójkowych. Ale my, socjaliści, walczymy o to, by wypracowane przez społeczeństwo dobra były sprawiedliwie dzielone.
- Jest pan pewny, że to będzie prawdziwa sprawiedliwość?
- Tak. To również jest wojna, a na każdej wojnie bywają ofiary. Abstrahując od tematu: do czego służą te kamienne słupy stojące przed wejściem do pałacu?
- Och, to już zabytek. Dawniej jeźdźcy przywiązywali do nich wierzchowce. Dla dobrze urodzonych, pierścień do którego przywiązywało się cugle, był ze srebra, a dla zwykłych ludzi z żelaza.
- No proszę! - prychnął. - Nawet dla koni obowiązywały różnice klasowe. Idiotyzm! - otulił się płaszczem i umilkł.
Więcej do siebie nie mówili, bo kareta zaczęła mocno podskakiwać i należało uważać, by nie przeciąć sobie języka. Nina wtuliwszy twarz w puszysty kołnierz futra, katem oka obserwowała zamyślonego doktora. Na chudych,wklęsłych policzkach miał gorączkowe wypieki. Był nieogolony i cień czarnego zarostu pokrywał mu szczęki. Cienkie sinawe powieki przykrywały oczy płonące niegasnącym ogniem.
Naraz zrobiło się jej strasznie żal Setkowicza. Z pewnością nie był złym człowiekiem. Miał swoją ideę, dla której się bez reszty poświęcał. Można było łatwo przewidzieć, że wycieńczony niedostatkiem, zarazi się gdzieś tyfusem lub suchotami i prędko umrze. Był kolegą Jasia i przez pamięć o jego męczeńskiej śmierci i rodzącą się sympatię, postanowiła cierpliwie znosić zmienne nastroje młodego doktora i w razie potrzeby pośpieszyć mu z pomocą.
W milczeniu dojechali do Lipieńca. Było bardzo zimno, wiał północny wiatr, a w lodowatym powietrzu wirowały duże płatki śniegu. Setkowicz wysiadł z karety i nie kiwnąwszy jej nawet głową, poszedł drogą wiodącą do wsi, stawiając wielkie kroki i bezskutecznie otulając się cienkim płaszczem przed podmuchami wiatru. Nina patrzyła za nim, postanawiając choćby siłą, zmusić go do przyjęcia ciepłych butów, kożucha, czapki futrzanej i rękawic oraz zimowej bielizny, bo podejrzewała, że to, co nosi na sobie, jest w strzępach. Próbowała go już namówić, ale on uniesiony dumą, bronił się z całą stanowczością
Weszła do dworu i aż do zmroku siedziała w gabinecie z panem Marcinkiewiczem, przeglądając księgi rachunkowe i akta korzystnej sprzedaży.
- To był złoty interes, panie Marcinkiewicz. - pochwaliła. - Nareszcie pozbędziemy się nadmiaru zapasów i wzbogacimy pustawą kasę.
- To prawda. Dotąd spichlerze były pełne, ale kasa pusta, bo pieniądze nie wpływają z banku. Ale.. - rządca zamilkł, jakby obawiał się dokończyć zdanie.
- Więc jest jakieś "ale"?
- Jest i moim zdaniem pani hrabina powinna o tym wiedzieć. - pan Marcinkiewicz schował księgi do biurka i pozamykał szuflady i szafy z aktami. - Powiadają, że ta spółka skupuje płody rolne dla kwatermistrzów z rosyjskich garnizonów.
Nina nawet nie mrugnęła powieką. Spodziewane korzyści były tak znaczne, że nie miała zamiaru z nich rezygnować
- Nie wiemy, czy to prawda.
- Słusznie. - przyznał skwapliwie.
- Zresztą jakby, nie daj Boże, wojsko najechało Lipieniec, to zabiorą wszystko i nic nie zapłacą. A tak, mamy z tego jakąś korzyść. Nie, absolutnie nie należy rezygnować z tak obiecującego kontaktu. Akceptuję wszystkie transakcje i z góry daję panu moje błogosławieństwo. Mam jeszcze na zbyciu kilka ładnych opasów i buraki cukrowe, a także wapno i cegły.
- Popytam, może kupią.
- Postanowiłam wiosną otworzyć w Bodzentynie, a nawet w Kielcach, sklepy z naszymi wyrobami. Zamiast sprzedawać je faktorom za pół ceny, zarobimy trochę grosza w handlu, sprzedając je taniej.
Pan Marcinkiewicz spojrzał na nią niebotycznie zdumiony.
- Ależ pani hrabino, Żydzi nie dopuszczą konkurencji i zbankrutujemy!
- Kochany panie Marcinkiewicz, to nie ja będę właścicielką sklepów, tylko Żyd, mój karczmarz! On będzie firmował sklepy, a ja podzielę się z nim zyskiem!- oświadczyła z szelmowskim uśmieszkiem. - Swojego nie zagryzą.
- Jezu Chryste!- rządca przeżegnał się pobożnie.- Dobrze, że nieboszczka pani wojewodzina tego nie słyszy.
- Myli się pan. Ciotunia by mnie pochwaliła. Miała głowę do interesów, jak żydowski bankier.
Nina wstała i przeciągnęła ścierpnięta ramiona. Przed odjazdem kazała sobie otworzyć zamknięte na klucz pokoje zmarłej wojewodziny. Szła przez wielkie salony, a przed nią stary kamerdyner ze świecznikiem w rękach. Ogarnęła ją duszna atmosfera dawno nie wietrzonych pokoi. Na drogocennych meblach leżała warstwa kurzu, a na ścianach pełno było pajęczyn. Mimo woli, Ninie przypomniał się straszny sen, jaki miała w tę noc, kiedy dowiedziała się, że mąż jest ciężko ranny. Zadrżała, bo w blasku świec dwór przypominał siedzibę upiorów.
W sypialni wojewodziny, wielkie łoże obdarte z pościeli i kotar, sprawiało przykry widok. Przez moment wydało się Ninie, że widzi leżącą na nim umierająca staruszkę i słyszy jej cichnący głos. Stłumiła wzbierający w gardle szloch i prędko zamknęła za sobą drzwi sypialni, przechodząc do wielkiego salonu. Tam również było pełno kurzu i pajęczyn. Z wielkiego portretu spojrzały na nią figlarnie, śmiejące się, ogniste oczy młodej rozkosznej kobietki. Gazowa suknia á la empire ukazywała jej odsłonięte ramiona i piersi. W drgającym blasku świec, po kątach sali tańczyły wiotkie cienie. Z ciężkim westchnieniem skierowała się do wyjścia. Ubierając futro przy pomocy kamerdynera, powiedziała do pana Marcinkiewicza:
- Proszę dopilnować, żeby służba raz w tygodniu dokładnie sprzątała pokoje. Dom należy wywietrzyć, a łoże pani zasłać kapą i zawiesić kotary. Jak moja córka dorośnie, Lipieniec stanie się jej własnością. Aha, proszę dziś zadbać o naszego pana doktora. Niech zje gorącą kolację, a na drogę, trzeba mu dać kożuch i pled, żeby nie zamarzł. Odwieźcie go do Makowa karetą wojewodziny.
Rządca dał jej na drogę eskortę z czterech młodych parobków, uzbrojonych w siekiery i cepy. Kiedy światła Lipieńca zniknęły za wzgórzami, Nina odetchnęła. Mijając makowską rogatkę, skinieniem dłoni pozdrowiła salutującego żołnierza. Było już zupełnie ciemno, lecz pałac jarzył się od świateł i pełen był ruchu, jak przed wielkim świętem. Wszędzie było czysto, a meble pracowicie wypastowano i wypolerowano, aż lśniły w rozproszonym świetle lamp. Na kominkach i w piecach płonął ogień, stały wazony świeżych kwiatów, a z kuchni rozchodziły się apetyczne zapachy pieczonych mięs i świeżego ciasta. Walenty właśnie skończył przegląd pokoi, sprawdzając białą rękawiczką, czy gdzieś nie pozostał ślad kurzu.
- Ach, jak w domu przyjemnie! - westchnęła Nina. - Dziękuję Walentemu. Pan Szymon pewnie także nie próżnuje. - pociągnęła nosem i poczuła głód, bo nie jadła obiadu.
Chodzący za kamerdynerem Paweł, zamierzał pomóc jej zdjąć okrycie, ale Walenty odsunął młodego lokaja i sam z odpowiednio uroczystą miną odebrał od niej futro, szal, toczek, mufkę i rękawiczki. Odwrócił się i oddał rzeczy Pawłowi ze słowami:
- Odnieś okrycie jaśnie pani hrabiny do garderoby. Niech pokojówka schowa je do szafy.
Nina zagryzła usta i prędko odwróciła się do lustra udając, że poprawia włosy. Stary kamerdyner bronił jak lew swoich praw, nie dopuszczając młodszej służby do pełnienia obowiązków przy państwie. Pozbywszy się lokaja, powiedział z uśmiechem:
- Pokoje jaśnie pana i młodego panicza przygotowane. Kiedy możemy spodziewać się przyjazdu jaśnie pana hrabiego?
- Pisał, że przyjedzie dzisiaj. Ale nie ma znaczenia kiedy, i tak będę czekała na niego choćby do rana.
- Wszyscy będziemy czekali. Słodki Jezu, pan przyjedzie zmarnowany, głodny i zmarznięty. Co za czasy! - zmarkotniał, ale potem przypomniał sobie o czymś, bo rzekł już innym tonem: - Jaśnie pani raczy wybaczyć staremu. Zapomniałem powiedzieć, że w buduarku czeka panna Wąsocka.
Nina przywitała gościa bardzo serdecznie. Jadwiga była ożywiona, uśmiechnięta i miała na sobie nową, bardzo twarzową suknię w czerwono - niebieską szkocką kratę, z modną podwójną spódnicą. Czarne warkocze upięte w diadem, podkreślały brzoskwiniową cerę brunetki.

- Ślicznie wyglądasz, Jadziu. - szczerze pochwaliła Nina, kiedy usiadły w buduarku na kanapce. - Co za kreacja! Fiu, fiu, pokaż się bliżej. Wybacz, pewnie na mnie czekałaś, ale dopiero przed chwilą powróciłam z Lipieńca. Zjesz ze mną kolację, bo ja nie jadłam obiadu i głodna jestem jak wilk. Sama tu byłaś? Mira jeszcze siedzi w lazarecie?
- Tak. Razem z Zosią zajmują się rannymi, ale ja wolałam poczytać twoje żurnale.
- Trusia także wybrała się do mnie? Och, to cudownie! Pogawędzimy sobie razem, jak za panieńskich czasów. Tylko Binia daleko, a Stasia w klasztorze. Kochanie, nie zamierzam namawiać cię do zwierzeń, ale wyglądasz jak przeistoczona.
- Nino, on przyjechał! - szepnęła panna Wąsocka i oblała się mocnym rumieńcem.
- Kto przyjechał?
- Pan Artur!
- Przyjechał do Siewek? - zdziwiła się Nina.
- Ależ skąd! Zatrzymał się w karczmie i dał mi znać przez parobka. Do Siewek? Jezu, wyobrażasz sobie, jakby papcio się z nim przywitał? A mama natychmiast chciałaby się dowiedzieć "kto go rodził!" Już to widzę: -"Ze Śliwiaków? A jaki oni mają herb rodowy?" - Jadwiga tak znakomicie naśladowała piskliwy głos matki, że Nina parsknęła śmiechem. Panna Wąsocka ujęła ją za rękę. - Nino, mam do ciebie wielką prośbę. Widzisz, ja i Artur pragniemy być blisko siebie. Czy możesz porozmawiać z panem hrabią, lub z Baryczem, aby przyjęli go do oddziału? Wacek tobie nie odmówi. Powiem ci całą prawdę. Postanowiliśmy z Arturem, że się pobierzemy, kiedy tylko powstanie się zakończy.
Nina przypatrywała się jej uważnie. Jadwiga wyglądała jak odmieniona, jak nie ta sama. Straciła zwykłą mrukliwość i zarumieniona, podekscytowana, nie przypominała dawnej oschłej dziewczyny. Nie unikała wzroku Niny, patrząc jej prosto w oczy. Decyzja o poślubieniu chłopskiego syna, była dowodem jej wielkiej odwagi cywilnej. Nina mocno ją uścisnęła.
- Winszuję, Jadziu. Życzę wam z serca szczęścia. Zawsze możesz na mnie liczyć. A co na to rodzice?
- Jestem pełnoletnia. Sama zadecyduję o swojej przyszłości. Kiedy wplątałam się w ten przeklęty romans ze Starewiczem, a on mnie porzucił, nikt, ani ojciec, ani matka, nawet siostra, nie ujęli się za mną i obarczyli mnie winą za wszystko, co się wydarzyło. Ja niczego przed Arturem nie ukrywałam. Obawiałam się, że gdy dowie się o mnie prawdy, odejdzie i więcej go nie zobaczę, lecz chciałam być względem niego uczciwa. Tymczasem on powiedział, że mnie kocha i poprosił mnie o rękę. Pomyśl tylko, czy mężczyzna z naszej sfery zdobyłby się na taką wspaniałomyślność? Uprzedziłam go, że rodzice zapewne zerwą ze mną i nie dostanę żadnego posagu, ale Artur wyśmiał moje obawy. Powiedział, że to dobrze, bo wszystko zawdzięczać będziemy sobie. On skończy studia i zacznie pracować jako inżynier, a ja jestem młoda, zdrowa i mogę uczyć muzyki lub śpiewu. Pewnie początki będą ciężkie, ale razem damy sobie radę. Kocham go i zrobię wszystko, żeby dać mu szczęście.
Nina ucałowała ją, pełna podziwu dla jej stanowczości i odwagi.
- Jadziu, naprawdę mi zaimponowałaś! Zaproś pana Artura do Makowa, bo w karczmie ktoś może zwrócić na niego uwagę. Ale porucznik Barycz nie przyjmie do oddziału nikogo, bez zgody mego męża, lub Tadeusza. Obiecuję ci, że pomówię z mężem o panu Arturze. Przyjedź z narzeczonym jutro rano.
Jadwiga z wybuchem radości rzuciła się jej na szyję.
- Jesteś dla mnie taka dobra i bezinteresowna. Ty jedna okazałaś mi serce, kiedy inni odsunęli się ode mnie. Wstydzę się, że nie zawsze byłam w stosunku do ciebie uczciwa. Tłumaczyła mnie zazdrość o tego nędznika. Nigdy nie zapomnę, że to ty zapoznałaś mnie z Arturem wtedy, gdy świat zawalił się na moją głowę i byłam w rozpaczy.
Kiedy przyszła Zosia, resztę wieczoru spędziły bardzo przyjemnie, wspominając czasy dzieciństwa. Nina szepnęła trusi na ucho, żeby koniecznie rano przyjechała z Tadeuszem. Kiedy obie panie odjechały, w buduarku pozostała tylko Mira. Dorzuciła drew do kominka i obie usadowione na kanapce, czekały cierpliwie na przyjazd Aleksa. Nina zdmuchnęła świece i pokój pogrążył się w półmroku, rozświetlonym ogniem w kominku. Co jakiś czas zerkała na Grota, drzemiącego u jej stóp przekonana, że pies natychmiast zareaguje, kiedy Aleks znajdzie się w pobliżu domu. Na razie Grot smacznie drzemał, zwinięty w kłębek na dywanie. 
Na kolanach Miry sennie mruczał wielki, puchaty kot angorski, prezent urodzinowy od Niny. Przez jakiś czas panna Lutówna starała się zabawiać ją rozmową, ale zajęta własnymi myślami Nina, prawie jej nie słyszała.
- Kochanie, nie sil się na wesołe opowiastki. Po prostu dziś nic do mnie nie trafia. - powiedziała w końcu zniecierpliwiona.
Siedziały w milczeniu, tylko wskazówki empirowego zegara wolno przesuwały się po pozłacanej tarczy. Czasem w dyskretnie uchylonych drzwiach, ukazywała się głowa Walentego. Zajrzawszy do buduaru, powracał na swoje miejsce, drzemiąc w głębokim fotelu. W kuchni pan Szymon zamartwiał się, że jego arcydzieło, rolada z kaczki w maderze, stwardnieje i wyschnie na wiórek. Mira zmęczona całodzienną pracą, zasnęła i cicho pochrapywała przez sen. Nina spojrzała na nią z czułością. Biedna Mirunia, cały dzień zajęta była pracą przy rannych, od wczesnego rana asystując doktorowi przy dosyć poważnym zabiegu. Potem opatrywała razem z nim, przywiezionych nocą nowych, rannych powstańców. Pochyliła się i delikatnie dotknęła jej policzka. Mira drgnęła i otworzyła oczy od razu przytomna.
- Pan hrabia przyjechał? - spytała, przecierając piekące powieki.
- Idź spać, mój słodki pyszczku. - rzekła Nina czule. - Aleks może przyjechać nad ranem. Nie ma sensu, żebyś tak długo czekała. Jutro się z nim przywitasz.
- O, to ja zasnęłam? - zawstydziła się Mira. - Przepraszam, ale w nocy bardzo krótko spałam.
- Nie tłumacz się, to ja przepraszam, że cię tu zatrzymałam. Moje myśli starczą mi za towarzystwo. Tylko zabierz Bijou, bo jak się Grot obudzi, znowu zaczną drzeć z sobą koty!
Mira zaśmiała się i przytuliła ulubienicę do piersi. Bijou była śliczną kotką i Mira nie rozstawała się z nią, zabierając ją nawet do lazaretu i do szkółki. Grot zaakceptował kotkę, nawet lubił się z nią bawić w przystępie dobrego humoru. 
Ale gdy w czasie zabawy zaczynał tarmosić ją zębami, Bijou parskała, syczała i wymierzała mu mocne klapsy łapką po pysku. Potem wyniośle sadowiła się na kolanach Miry, lub wskakiwała na szczyt szafy i stamtąd lekceważąco obserwowała ogłupiałego psa. Kiedy Mira wychodziła z pokoju, obudzony Walenty zerwał się na równe nogi.
- Pan przyjechał?
- Jeszcze nie. - westchnęła i poszła schodami na piętro, do swego pokoju.
Wtulona w poduszki, Nina podskakiwała nerwowo, kiedy jakaś przepalona głownia, osuwała się w gorejącą czeluść paleniska z głośnym trzaskiem, sypiąc iskry. Zauważyła, że ogień przygasa i dorzuciła kilka nowych polan, pilnie nadsłuchując."Jeszcze go nie ma. - pomyślała, spojrzawszy na zegar. - Może pan generał zlecił mu inne zajęcie? O Matko Boska, żeby tylko nie przytrafiła mu się po drodze jakaś zła przygoda. Teraz w każdej wiosce rosyjskie posterunki" Pochyliła się i lekko trąciła śpiącego Grota. Seter ziewnął rozdzierająco i okręciwszy się w kółko, ponownie zasnął. Do buduaru zajrzała Jaga w odświętnej sukni i koronkowym czepku.
- Kotuniu, może cię rozsznurować? Cały dzień jesteś w gorsecie.
- Nie. Słyszysz, jak wiatr płacze w kominie? - Nina podniosła się i podeszła do okna, unosząc ciężką kotarę i wyglądając na zewnątrz. Za szybami była głucha, mroźna noc, więc rozczarowana powróciła na kanapkę. Była pewna, że Aleks najpierw odprowadzi konie do stajni, a dopiero potem przejdzie przez park i wejdzie do domu przez taras w sypialni.
- Nianiu, niech mi w kuchni zaparzą mocnej kawy, a potem idźcie wszyscy spać. Takie nocne czuwanie, to nie na lata twoje i Walentego.
- Mój Boże, pan miał z pewnością dobre chęci...
- Owszem, ale dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.
Jaga pokiwała głową i podreptała do kuchni.
- Pan wrócił? - Walenty otworzył jedno oko i spojrzał na nią sennie.
- Nie, niech pan Walenty lepiej pójdzie spać.
Lecz zanim Jaga powróciła z kawą do buduaru, niespodziewanie obudził się Grot. Wstał, przeciągnął się i zaczął węszyć. Potem szczeknął w stronę Niny, pobiegł do sypialni i stanął przy drzwiach na taras. Nina lekko jak ptak przefrunęła przez pokój. "Bogu dzięki, Alek idzie!" - śpiewało jej w duszy.
Nie zważając na mróz, otworzyła szeroko drzwi i wyciągnęła ramiona. Jakaś ciemna postać jednym susem pokonała schodki i pochwyciła ją w objęcia. Wtuliła czoło w szorstkie sukno płaszcza, wdychając jego zapach. Delikatnie odchylił jej głowę, zaglądając w oczy. Poczuła, że kolana uginają się pod nią i całkiem zaschło jej w gardle.
- Promyczku. - powiedział tak cicho, że tylko ona to usłyszała.
Zaczęli się całować tak zachłannie, że zapomnieli o całym świecie nie mając siły, aby oderwać się od siebie.
- Już myślałam, że nie przyjedziesz. - poskarżyła się dysząc, kiedy na moment oderwał usta od jej ust.
- Do ciebie przyszedłbym nawet na kolanach. - zaśmiał się, wyciskając na jej ustach jeszcze jeden mocny pocałunek. - Wejdźmy do pokoju, bo się przeziębisz.
Starannie zamknął drzwi i zasłonił je szczelnie kotarą. Zamierzał znowu wziąć ją w ramiona, ale szalejący z radości Grot, głośnym szczekaniem oznajmił domownikom obecność pana. Zajrzał rozpromieniony Walenty, a potem nadbiegła Jaga z filiżanką kawy i na widok Aleksa zrobiła wielkie oczy.
- A widzisz, kotku? Niepotrzebnie się zamartwiałaś, bo pan hrabia już w domu! - zawołała uszczęśliwiona radością Niny.
- Aha, to tęskniłaś za mną ? Miło mi to słyszeć.
- Niania zawsze przesadza.
Walenty zdjął z pana oszroniony płaszcz, a Nina ze zdumieniem dostrzegła na ramionach męża srebrne sznury, zdobiące powstańczy mundur.
- To niespodzianka dla ciebie. - odpowiedział uśmiechem na jej pytające spojrzenie.
Ostrożnie dotknęła sznura palcem.
- Co to oznacza, Alku? - spytała z ciekawością.
- Awansowałem na pułkownika!
- Boże, jechałeś w tym mundurze, ryzykując spotkanie z Moskalami? O mój ukochany! - objęła go mocno za szyję. - Jestem z ciebie taka dumna! Według mnie powinieneś być generałem, marszałkiem... Co tam marszałek, powinni cię obwołać cesarzem! Och, ja gadam, a ty cały jesteś przemarznięty. Podejdź do kominka. Walenty, pan napiłby się gorącej herbaty z cytryną i winem. Zaraz dostaniesz coś pysznego do jedzenia. Pan Szymon już ręce łamał, że potrawy będą wysuszone. - szczebiotała Nina, nie dopuszczając nikogo do głosu.
Zanim Aleks zdążył się obejrzeć, popchnęła go na fotel i chwyciwszy jego nogę, zaczęła mu ściągać wysoki but z ostrogą. Walenty pośpieszył jej z pomocą, zajmując się drugim butem, a potem podał panu miękkie papucie domowe. Aleks rozczulony tak spontanicznie okazywaną mu miłością, patrzył roześmiany na ich radosne twarze. Kradł Ninie pocałunki, albo gładził Walentego po ramieniu, nazywając go"podporą Makowa". Łamiąc etykietę, przybiegły dworskie kobiety i otoczyły pana kręgiem, dopytując się o swoich bliskich.
- Proszę łaski jaśnie pana hrabiego, - wyrwała się Ulisia. - a mój Antoś żyje, zdrowy? - nie mogła się doczekać, kiedy pan zwróci na nią uwagę.
- O brata nie pytasz? - spojrzał na nią przekornie. - Obaj żyją i są zdrowi. A twój Antek został kapralem.
Zachwycona dziewczyna złożyła dłonie jak do modlitwy.
- Jezusie Maryjo! A co to kapral ?
- Kapral? Hm, jakby ci to wytłumaczyć? - Aleks zastanawiał się przez moment z poważną miną. - O, wiem! To już blisko mu do generała. Nawet cesarz Napoleon nazywany był "małym kapralem".
Ulisia z wrażenia klapnęła na krzesło.
- Panno święta! - zachłysnęła się oszołomiona. - Słyszeliście? Panie Walenty, pani Jago, panno Kumosiu, sam jaśnie pan hrabia powiedział, że mojemu Antkowi niedaleko do generała! - nagle zerwała się, zawinęła i ucałowawszy ręce Aleksa, furknęła spódnicami i popędziła w głąb domu, pochwalić się swoim chłopcem.
- Zmizerniałeś. - zauważyła Nina, odkładając na bok jego pas z ciężką kawaleryjską szablą.- Grot, odczep się! - machnęła dłonią na psa, pchającego się z łapami na kolana Aleksa.
Walenty przyniósł jedwabną bonżurkę i badawczo przyjrzał się panu.
- Święta prawda, zmizerniał nam jaśnie pan, ale wojna nie tuczy. Co tam, odkarmimy jaśnie pana w domu. Chwalić Boga, że jaśnie pan hrabia wrócił cały i zdrowy.
- Mam rozumieć, że się wam nie podobam? - Aleks poczuł się urażony. - Byłem przekonany, że wyglądam bardzo korzystnie. Nawet wąsy i brodę zgoliłem, a mam tępą brzytwę! W naszym oddziale wszyscy oficerowie noszą brodę i wąsy i na pierwszy rzut oka przypominają bandę Ali Baby. Mieli do mnie pretensje, że chcę się wyróżnić.
- Niechbyś tylko spróbował przyjechać do domu z brodą! Za nic bym cię nie pocałowała. - Nina nie krępując się obecnością kamerdynera, przyciągnęła do siebie głowę męża i obsypała go pocałunkami. Staruszek położył palec na ustach i na palcach wyszedł z buduaru. Siedzieli przytuleni, patrząc sobie w oczy.
- Zostaniesz w domu dłużej, kochany?
- Jutro wieczorem muszę wracać. - odrzekł, ale widząc wyraz ogromnego zawodu na jej twarzy, starał się ją pocieszyć. - Za to przed świętami przyjadę na dłużej, może nawet na kilka tygodni. Bosak mi to obiecał.
- Tylko na jeden dzień?- szepnęła i radość w jej oczach przygasła. - Ale na święta wrócisz? Słowo?
- Verbum nobile2! - ucałował koniec jej noska. - Wieśniacy zapowiadają srogą zimę i wielkie mrozy. W takich warunkach, nie podobna prowadzić walki i wojsko pewnie wróci do garnizonów. Widzisz, generał Bosak chce mieć przy sobie oddział znakomicie wyszkolonej kawalerii. Tymczasem przychodzący do oddziału ludzie, nie mają pojęcia o walce w partyzantce. Idą prosto od urzędniczych biurek, czy warsztatów rzemieślniczych, stają do walki i masowo giną, albo nie wytrzymują życia w warunkach polowych. Uciekają do domów, lub dają się zabić wrogowi. Na wiosnę dyktator planuje pospolite ruszenie, a Bosak pragnie mieć armię z prawdziwego zdarzenia. Ja jestem oficerem huzarów i zamierzam z cywilów zrobić dobrych kawalerzystów. Część rekrutów przyprowadzę na święta do leśnego obozu i pozostanę z nimi tak długo, dopóki nie staną się dobrymi jeźdźcami. A ty, mój słodki promyczku, masz w generale wiernego adoratora. W ogóle żałuję, że tak lekkomyślnie pokazałem kolegom twoją fotografię, bo teraz mam samych rywali. Walenty!
Kamerdyner momentalnie znalazł się w buduarze, bo czekał za drzwiami na zawołanie pana.
- Nie zamierzam siadać do stołu brudny i chcę się najpierw wykąpać.
- Kąpiel zaraz będzie gotowa. - Walenty zajrzał do łazienki. - Paweł, lej gorącą wodę do wanny. No, gdzie ją lejesz, ofermo? Jak cię trzepnę!....- strofował półgłosem młodego lokaja. - Teraz powieś ręczniki i ogrzej prześcieradła. Jaśnie panie, kąpiel gotowa!
Aleks posłał jej całusa i poszedł do łazienki. Nina sprawdziła w małej jadalni, czy wszystko przygotowane jest do posiłku, poprawiła kwiaty w bukiecie stojącym na stole i usiadła na swoim miejscu. Po dłuższej chwili oczekiwania, nareszcie zjawił się Aleks, świeży, z wilgotnymi włosami i pachnący wodą kolońską. Był już w domowym ubraniu, ale jego mocny krok i energiczne ruchy zdradzały żołnierza. Nawet głos miał niższy i bardziej rozkazujący. Nina nie mogła oderwać od niego oczu i rumieniła się, kiedy na nią patrzył, dostrzegając płomień w bursztynowych źrenicach.
- Przepraszam, że przyjechałem tak późno, ale musiałem być najpierw w leśnym obozie. Wiesz, nawet nie przypuszczałem, że Barycz wyrobi się na tak zdolnego partyzanta. Twardy z niego chłop i znakomicie sobie radzi. Tadek Siekielski także świetnie się spisuje. Przysłał nam kilkudziesięciu doświadczonych żołnierzy z rozbitych partii. Posiadają nawet własną broń!
- Cieszę się, że jesteś z niego zadowolony. A Tomek nie przyjechał z tobą? - spytała Nina, bo zazwyczaj chłopiec, jak wierny cień, trzymał się w pobliżu swego dowódcy.
- Został w obozie, ale rano przyjedzie do Makowa. Wyrasta na wspaniałego mężczyznę, sam generał bardzo go lubi i wróży mu świetną przyszłość. Chciałbym tego doczekać. - westchnął. - Aha, nie powiedziałem ci jeszcze najważniejszej rzeczy. Jako pułkownik, zarabiam ponad dwieście złotych miesięcznie!
Uśmiechnęła się z melancholią. Po ślubie więcej wydawała na rękawiczki, słodycze i pończochy. Nie umiała wyobrazić sobie, jak można się utrzymać za takie pieniądze. Przecież dwieście złotych, to niecałe trzydzieści rubli.
- Alek, nie powinieneś mi tego mówić! - upomniała go z surową miną. - Bo ktoś może mnie posądzić, że wyszłam za ciebie tylko dla pieniędzy. - spojrzeli na siebie i wybuchnęli śmiechem.
- Słonko, sam Bosak otrzymuje trzysta złotych. No, dosyć tego objadania się przed snem. Walenty, proszę mi już nie dokładać. - powiedział, wyrzekając się z żalem drugiej porcji rolady z kaczki i szczupaka smażonego w maśle.
- To może jeszcze tej pasztetu z dzika? Pyszności!.. Przecie jaśnie pan tam głoduje. - zmartwił się staruszek.
- Przed chwilą zjadłem więcej, niż przez tydzień w obozie. Pan Szymon jest geniuszem patelni, a jego rolada mogłaby skusić świętego. Ale na dzisiaj dosyć!
- Wyobrażam sobie, jak bardzo musisz być zmęczony i śpiący. - zauważyła Nina, rzucając mu szybkie spojrzenie. Wyglądał pięknie, lecz pod oczami miał cienie, świadczące o wyczerpaniu niewygodami partyzanckiego życia.
- Przyznaję, że to był męczący dzień. - roztargnionym ruchem przeciągnął palcami przez gęste włosy i przetarł oczy. - Wszędzie moskiewskie posterunki i trzeba się starać, aby nie wpaść im w pazury. Na domiar złego, koń Tomka okulał i wlekliśmy się, jak dziady na odpust. Dlatego zostawiłem Tomka w obozie, bo mój wierzchowiec był tak zmęczony, że nie udźwignąłby nas dwóch.
Nina lekko ściągnęła brwi i powiedziała najspokojniej, jak umiała:
- O Tomku pomówimy innym razem. Teraz musisz odpocząć.
Wstał, podszedł do kredensu i nalał sobie duży kieliszek koniaku.
- Nie przyjechałem do domu na kilka godzin po to, żeby się wysypiać. - wypił koniak, podszedł do niej i uniósł jej głowę, składając na ustach mocny pocałunek.
Gdy znaleźli się sami, za zamkniętymi drzwiami sypialni, Nina stwierdziła z radością, że mąż rzeczywiście nie był aż tak bardzo zmęczony. Kiedy wyciągnął do niej ramiona, podbiegła do niego. Ich usta chciwie przywarły do siebie, a ręce zaczęły rozrywać ubrania. Namiętność wybuchająca jak gejzer, czyniła ich ślepymi i głuchymi na wszystko, co nie było miłością. Nina szarpnęła z pasją zapięcie jego świeżej koszuli.
- Ile tu tych guzików! - jęknęła. - Boże, jak ja za tobą tęskniłam.... Przytul mnie mocno.
- Staram się. - z pośpiechem rozpinał haftki stanika sukni, zsunął ją z jej ramion i próbował rozwiązać zaplątane tasiemki gorsetu. - Słonko, stanowczo za dużo włożyłaś tych rzeczy na siebie! - mruknął przez zaciśnięte zęby.

 Potykając się, dotarli do łóżka. Koszula Niny pofrunęła i opadła na szyfonierkę. Jego palce zagłębiły się w jej włosach, wyciągając długie szpilki i rozplatając warkocze. Fala brunatnych, jedwabistych włosów spłynęła z jej głowy, okrywając ją całą.
- Ukochana! - ponownie przywarł do jej ust, w jednym pocałunku wyrażając całą swoją miłość i pożądanie. Szybko oddychał, gładząc jej nagie ciało. Dotknął opuszkami palców gładkich, nabrzmiałych piersi. Prawie tracąc oddech, wygięła się do tyłu, gdy całował jej szyję i ramiona, brzuch i smukłe uda. Przylgnęła do niego i drżąca, ogarnięta szaleństwem całkiem mu się poddała, gdy powiódł ją w otchłań rozkoszy.
Blask ognia z kominka tańczył po ścianach i suficie. Wiatr zawodził w parkowych alejach i wył w kominach.
                                      -------------------------------------------------
1Majordomus - przełożony nad służbą, zwykle kamerdyner.
2Verbum nobile - słowo szlacheckie.