niedziela, 4 września 2016

Nadchodzi Hauke-Bosak. Bitwa pod Jeziorkiem.


4 września 2016 r.
Nina spacerowała po parku, przysiadając czasem na kamiennej ławce i rzucała Grotowi patyk, każąc mu aportować. Z drzewa zeskoczyła Noisette i usadowiła się jej na ramieniu. Wiewiórka była tłuściutka, bo codziennie składała wizytę w pałacu, zbierając zapasy orzechów i ukrywając je w różnych miejscach. Napływające chmury zajęły większą część nieba. Zachód rozjarzył się purpurą, a czerwony blask przenikał wilgotne powietrze, zapalając błyski ognia w nieruchomej tafli stawu. Ptactwo wodne dawno już odleciało i dokoła panowała martwa cisza wieczoru. Poprzedniego dnia widziała odlatujące skowronki i szpaki. W pobliżu, na gałęzi wierzby płaczącej zobaczyła gila, muskającego dziobem czerwony brzuszek. Zatrzepotał skrzydełkami i odleciał... Nadchodziła zima!
Od wody ciągnął chłód, więc zawróciła i skierowała się w stronę pałacu. Pomiędzy drzewami zajaśniały kremowe ściany domu. Wysokie okna lśniły jak ogromne rubiny, bo w szybach odbijały się promienie zachodzącego słońca. W jej buduarze, łagodny blask lamp, rywalizował zwycięsko z gasnącym światłem dnia. Stanęła i patrzyła na swój dom, urzeczona jak zwykle jego klasycznym pięknem. O, jakże go kochała! W jego obronie potrafiłaby nawet zabijać, a gdyby dano jej do wyboru odejście z domu lub śmierć, bez wahania wybrałaby śmierć.
Jak co wieczór zajrzała do stajni, pożegnać się z Mignon. Klaczka na powitanie wyciągnęła ku niej głowę. Nina weszła do boksu i podała jej kostkę cukru, gładząc sprężystą, gładką szyję. Klacz dotknęła jej policzka mięciutkimi wargami i polizała ją czule. Oczywiście, dostała za to dodatkowo aż dwie duże marchewki, które błyskawicznie zjadła. U góry zaskrzypiały drewniane schody i do boksu wszedł Maciek. Ostatnio Nina rzadko go widywała, bo przebywał w Zameczku, lub w Lipieńcu, ucząc się zarządzania gospodarstwem w dużym majątku ziemskim. Pan Bochniak i pan Marcinkiewicz, krok po kroku, wprowadzali go w obowiązki, które miał pełnić w przyszłości. Często także jeździł do leśnego obozu i do Porajów. Nina podejrzewała, że z jego pomocą panna Lasewiczówna zbierała informacje o ruchach wojsk rosyjskich, bo odważny i bystry chłopak wszędzie umiał się wkręcić. Maciek spostrzegł panią siedzącą na żłobie i pocałował ją w rękę.
Maciek.
 - Co nowego, Maciuś? - spytała przeczuwając, że usłyszy coś ciekawego.
- Dobre nowiny. - powiedział, przysiadając koło niej na wiązce słomy. - Pan pułkownik Czachowski wrócił i już grzmoci Moskali!
- A skąd o tym wiesz?
- W Porajach mówili, że pan pułkownik przetrzepał skórę burkom koło Rybnicy. Widziano go jak szedł przez Kunów.
- Po co pojechałeś do Porajów? - spytała jakby od niechcenia, bawiąc się grzywą Mignon i splatając ją w warkoczyki. Udawała, że na niego nie patrzy, ale spostrzegła, że poczerwieniał i chrząknął, starannie unikając jej wzroku.
- Bo pani dziedziczka z Porajów prosiła mnie, żebym jej konia obejrzał, bo coś marnieje. - wymamrotał z nieszczęśliwą miną.
- Aha.- na jej ustach pojawił się cień uśmiechu.- Tylko uważaj, żeby ten koń nie poczęstował cię kulą albo bagnetem.
Chłopak zaczerwienił się jeszcze mocniej i ze skruszona miną znowu pocałował ją w rękę.
- E, co ja będę łgał w oczy mojej najśliczniejszej pani. Byłem w Kunowie z posyłką od panny Lasewiczówny, dla księdza Dąbrowskiego. W nocy przyjechał pan pułkownik ze swoim oddziałem. Młodo wygląda, bo brodę zgolił. Pytał skąd jestem i jak się dowiedział, że z Makowa, strasznie się ucieszył. Kazał się jaśnie pani kłaniać i ręce jej ucałować. Dalej jeździ na naszym bułanku. Pytał też o pana naczelnika. Przenocowali w Kunowie, a rano ksiądz Dąbrowski pobłogosławił pana pułkownika i mszę świętą za nich odprawił. Zaraz potem pojechali w lasy.
- A do Makowa pan pułkownik nie zajrzy?
- Nie, bo wybierał się do Wierzchowisk, córkę odwiedzić. Panowie żołnierze opowiadali, że w nasze strony idzie pan pułkownik Chmieleński. Oj, będzie się działo! Zwali się kupa naszych i Moskale nareszcie dostaną w zadek!
- A pan kapitan Soszkiewicz jeszcze nie wrócił?
- Nie, obóz pusty, bo gdziesik ich poniosło. Cała nasza jazda wyszła z kapitanem.

płk. Zygmunt Chmieleński.
Nina doceniła wagę usłyszanych wiadomości. Coś zaczynało się dziać i przygaszony ogień powstania być może, lada chwila, zapłonie z nową mocą. Oby tylko ten ogień nie okazał się słomiany, lub nie przemienił się pożogę i nie pochłonął jej domu. Na tę myśl szybko przeżegnała się, odpędzając zły urok.
Nowiny przyniesiony przez Maćka, były echem zaplanowanej wielkiej akcji militarnej, która się jednak nie powiodła. W październiku, na teren Królestwa miały wkroczyć oddziały generała Waligórskiego, generała "Kruka" Haydenreicha, pułkownika Czachowskiego, oraz nowo obranego przez Rząd Narodowy, naczelnika wojennego województwa sandomierskiego i krakowskiego, generała Hauke-Bosaka.  Powstańcy mieli za zadanie rozpocząć wielką akcję przeciwko nieprzyjacielowi, jednocześnie wzniecając pospolite ruszenie. Działania te miały na celu zademonstrowanie państwom zachodnim, że nawet bez ich interwencji Polacy potrafią przeciwstawić się Rosji. Niestety, z powodu błędów i wzajemnych zawiści niektórych generałów, wielkie zamierzenie legło w gruzach. Jednak część oddziałów powstańczych przeszła granicę i wkroczyła na ziemie Królestwa Polskiego rozpoczynając walkę.
W październiku nastąpiły doniosłe zmiany. Na czele Rządu Narodowego stanął Romuald Traugutt, były pułkownik saperów armii carskiej, wybitnie uzdolniony w przedmiotach ścisłych i ulubieniec rosyjskich zwierzchników. 
gen. R. Traugutt w Paryżu.
 W momencie wybuchu powstania, Traugutt był już oficerem w stanie spoczynku. Będąc wdowcem, zamieszkał z dwiema małymi córkami w majątku ziemskim na Polesiu. Od początku przejawiał niechęć do wszelkich nieprzemyślanych kroków i zrywów. Po wybuchu powstania, przyjaciele namawiali go, aby przyjął dowództwo nad dużym oddziałem powstańczym, ale Traugutt poślubiwszy niedawno pannę Antoninę Kościuszko, krewną Naczelnika Tadeusza Kościuszki, która obdarzyła go synkiem, nie życzył sobie uczestniczyć w awanturze, nie rokującej nadziei na powodzenie. Jednak w maju uległ namowom władz powstańczych, które zwróciły uwagę na wybitnego i wykształconego oficera. Nie potrafił się oprzeć naleganiom rodziny i uroczych sąsiadek, odwiedzających jego dwór w Ostrowcu; pań Elizy Orzeszkowej i Skirmunttowej, gorących zwolenniczek walki zbrojnej.
W końcu przyjął dowództwo nad dużym oddziałem i zaprowadził w nim żelazną dyscyplinę. 17 maja starł się z Rosjanami w lasach horeckich i odniósł zwycięstwo. W trudnych warunkach polowych, Traugutt nabawił się ciężkiej choroby, lecz oddziału nie porzucił. Z pola walki odwołała go depesza, wzywająca do Warszawy. Jego wiedza wojskowa, energia i pracowitość, zjednały mu uznanie w Wydziale Wojny Rządu Narodowego. Bystrym sądem i umiejętnością błyskawicznej oceny sytuacji, przewyższał wszystkich pracujących tam członków Rządu. Awansowany do stopnia generała i komisarza pełnomocnego za granicą, w połowie sierpnia 
Traugutt wyjechał do Paryża. 
Eliza Orzeszkowa.
Spotkał tam człowieka, który zrobił na nim duże wrażenie. Był nim hrabia Józef Hauke. Traugutt bardzo polubił młodego pułkownika, nie zrażając się tym, że Hauke bardzo źle mówił po polsku. Ich poglądy na sposób prowadzenia powstania, niczym się nie różniły, ponieważ obaj byli zwolennikami utworzenia armii z prawdziwego zdarzenia, oraz likwidacji działających na własną rękę partii.
Kiedy jesienią upadł słaby i nieudolny rząd Karola Majewskiego, Traugutt powrócił do Warszawy. W ślad za nim nadszedł list od pułkownika Hauke. "Jedyne wyjście widzę w Twojej dyktaturze. - pisał hrabia. - Musisz wziąć na siebie to brzemię." 17 października Traugutt przybył na posiedzenie Rządu i skrytykowawszy jego ślamazarne działania, oświadczył krótko i zwięźle, że od tej chwili dotychczasowi członkowie Rządu, przestają być władzami powstania. Postanowił osobiście kierować całością działań wojennych, nie chcąc z nikim dzielić straszliwej odpowiedzialności. Nie kierowała nim żądza władzy, ani ambicja, lecz jedynie troska o dalsze losy powstania. Najważniejszą sprawą była reforma wojska. Wiadomości o zamierzonej przez Polaków ofensywie przenikały do Rosjan, budząc ich niepokój. Z rozkazu generała Uszakowa, ku Górom Świętokrzyskim ruszył z Kielc generał Czengiery, mając za zadanie zdusić w zarodku tamtejszą partyzantkę i odszukać tropionego od dawna pułkownika Chmieleńskiego. Pokonany pod Oksą w powiecie jędrzejowskim, pułkownik schronił się w Górach Świętokrzyskich, a jego zbyt ostentacyjna ucieczka, była prawdopodobnie tylko manewrem taktycznym, mającym na celu odwrócenie uwagi Rosjan od granicy, i umożliwienie awansowanemu do stopnia generała Hauke- Bosakowi, na bezpieczne przedostanie się przez Wisłę do Królestwa Kongresowego.
gen. J. hr. Hauke-Bosak.
Był to już dziesiąty miesiąc krwawej i wyniszczającej wojny partyzanckiej. Góry idealnie nadawały się na poligon szkoleniowy, dla przyszłej armii polskiej i na siedzibę dowództwa. Ogromne bory, niedostępne uroczyska, gdzie Rosjanie nie ważyli się zapuszczać, przez długi czas były kryjówką oddziałów polskich. Partie Chmieleńskiego i Czachowskiego, oraz oddział majora Kality- Rębajły, miały tworzyć trzon przyszłej armii. W ostatnich dniach października generał Hauke-Bosak, przeszedł granicę i eskortowany przez niewielki oddział kawalerii, ruszył na Pińczów, ścierając się po drodze z patrolami kozaków. Hauke podążał ku Słupi, zamierzając połączyć się z Chmieleńskim. Nie natrafiwszy na niego, dotarł do klasztoru na Świętym Krzyżu.
Ta noc była szczególnie niespokojna i burzliwa, zaś klasztor po rozpaczliwej obronie partii Langiewicza i najeździe wojsk rosyjskich, znajdował się w opłakanym stanie, zrujnowany i opuszczony. W pobliskich wioskach stacjonowały placówki nieprzyjacielskie, terroryzując miejscową ludność. Zaledwie powstańcy zdążyli odsapnąć, kiedy wywiadowcy donieśli generałowi, że w stronę klasztoru zbliża się od Słupi potężna kolumna wojska, pod dowództwem samego Czengierego. Głodni i zmęczeni żołnierze, dosiedli równie głodnych i zmęczonych wierzchowców i opuścili klasztor, żeby nie pozwolić zaskoczyć się przez przeważające siły wroga.

Oddział ruszył śpiesznie w kierunku Bodzentyna i wczesnym rankiem stanął we wsi Jeziorko1.
                                   ----------------------------------------------------
Być może, był to skutek obfitej kolacji, zjedzonej na krótko przed snem, bo całą noc męczyły Ninę przykre majaki. Obudziła się przed świtem i chodziła po sypialni masując żołądek i przysłuchując się nawałnicy, jaka rozpętała się pod wieczór. Dął tak silny wiatr, że szum drzew przeszedł w huk i wycie wichury. Wydawało się jej, że cały dom trzęsie się w posadach pod uderzeniami nawałnicy. Poprzedniego dnia byli na obiedzie goście: Siekielscy i Wąsoccy z Jadwigą. Pan Wąsocki wybrawszy się do Kielc w interesach, zauważył w tamtejszym garnizonie nadzwyczajne poruszenie. Z pomniejszych miasteczek ściągano na gwałt posiłki, rozsyłając na wszystkie strony kozackie patrole i zbierano informacje o ruchach polskich oddziałów.
W drodze powrotnej, starszy pan natknął się na wielką kolumnę wojska, a nawet zobaczył samego Czengierego jadącego powozem. Pomiędzy szeregami piechoty, turkotały armaty ciągnięte przez konie.
- Całe to tałatajstwo maszerowało w takt bębna w stronę gór. - pan Wąsocki ponuro zakończył relację.
- Tak, coś musi być na rzeczy. - dorzuciła Mira. - Mówiły mi w szkole dzieciaki, że pasąc bydło na łąkach, widziały z daleka patrole kozackie. Jeden nawet podjechał do nich, a kozak spytał, czy nie słyszały o polskich buntownikach? Dzieci oświadczyły, że tutaj takich nie ma i kozacy odjechali, nie czyniąc im krzywdy.
- Teraz Moskale starają się zaskarbić sobie przychylność chłopów. - oznajmiła Jadwiga. - Całą nagromadzoną furię wyładowują na mieszkańcach dworów i mieszczanach. Swoja drogą, jestem bardzo ciekawa, za kim oni się tak uganiają?
Tadeusz wysoko uniósł brwi, a kąciki jego ust drgnęły, jakby powstrzymywał uśmiech. Lecz Nina przejęta obawą, by przechodzące wojska nie pozbawiły Makowa żywności, nawet nie zwróciła na to uwagi, bo zastanowiły ją słowa Miry.
- Powiedziałaś, że pastuchy nadal pasą bydło na wygonach? Przecież trawa już zwiędła.
- Przy Świślinie trawa jest jeszcze zielona i soczysta.
- Doprawdy? - Nina spojrzała na przyjaciółkę z nagle obudzoną czujnością. - W takim razie dlaczego moje krowy karmione są już suszoną paszą? Przypomnij mi o tym, żebym upomniała oborowego. - Nina ściągnęła brwi z niezadowoleniem. - Ach Boże, wszystkiego sama muszę dopilnować!
- Co za czasy! - zaśmiał się Tadeusz. - Pani hrabina Klonowiecka, zamiast brylować w paryskich salonach i myśleć o toaletach, tudzież o balach, zamartwia się sposobami karmienia bydła!
- Dawno zapomniałam, że można myśleć o balach. Wkrótce zapomnę, że kiedykolwiek na nich bywałam. - westchnęła, a on natychmiast spoważniał i spojrzał na nią ze współczuciem.
Nie mogąc zasnąć, przypomniała sobie słowa pana Wąsockiego, a nawet tajemniczy uśmiech Tadeusza. Wiadomości o ruchach wojsk były niepokojące. Każdej chwili Moskale mogli najechać Maków i zrabować plony z takim trudem wypracowane. Zastanawiała się, czy Aleks zajęty swoimi sekretnymi sprawami, przebywa jeszcze w Krakowie? A może jest już w drodze do domu? Żeby tylko nie natknął się na Moskali!
Wichura nasiliła się, a wycie wiatru przeszło w jednostajny wysoki gwizd. Z kominka wylatywały iskry i dym. W parku drzewa szumiały tak głośno, jakby to morze kłębiło się za oknami. Od dnia fatalnego huraganu, każda wichura budziła jej strach. Usiadła na łóżku i zaczęła się modlić, prosząc Boga o uciszenie żywiołu. Żałowała nieszczęsnych powstańców, którzy taką noc spędzają pod gołym niebem, drżąc z zimna i obawiając się zajść do wsi i prosić o schronienie pod dachem. Rano wstała smutna i apatyczna. Wsunąwszy stopy w pantofelki ocieplane futerkiem, podeszła do okna sypialni i rozsunąwszy kotary wyjrzała na zewnątrz. Dzień wstał mglisty, pochmurny, ale wiatr ucichł i tylko chłód ciągnął od drzwi na taras. Podniosła oczy i spojrzała w górę. Jesienne niebo pokrywały szare chmury, a zza ich krawędzi sączyło się przytłumione szare światło. Od strony stawu ciągnęła się mgła, coraz bardziej zacierając kontury drzew i przedmiotów. Z ozdobnych roślin stojących w porcelanowych donicach na tarasie kapały duże krople wody. Na kamiennych stopniach leżały przyniesione wichurą pożółkłe liście i połamane gałęzie.
Zadzwoniła i do sypialni weszła Ulisia i dwie młodsze pokojówki, które zajęły się zapalaniem ognia w kominku. Wybrawszy popiół, zręcznie ułożyły stos drewienek na podpałkę. W ciemnej czeluści kominka zamigotał płomyk i zaraz buchnął ogień, trzeszcząc i strzelając iskrami.
Ulisia z wprawą i prędko przygotowała kąpiel w łazience, a potem pomogła pani wytrzeć się, podając ogrzane ręczniki. Nina usiadła przy toaletce i słuchając szczebiotu dziewcząt, wpatrywała się w lustro. Ulisia wzięła srebrną szczotkę i zaczęła rozczesywać jej rozpuszczone włosy. Zwykle o tej porze przychodziła Jaga, powiedzieć: "dzień dobry", ale tego dnia spóźniała się i Nina miała niejasne przeczucie, że jest to zapowiedzią niepożądanych nowin. Zapaliwszy ogień pod piecem, pokojówki dygnęły i cicho wyszły.
- Co nowego, Ulisiu ? - odezwała się milcząca dotąd Nina.
- Zaraz powiem, tylko najpierw przyniosę jaśnie pani hrabinie gorącą czekoladę. - powiedziała Ulisia i dokończywszy splatać warkocze Niny, przygotowała jej świeżą bieliznę i wyjęła z garderoby suknię. Nina już zamierzała spytać, dlaczego nie przyszła Jaga, ale nim otworzyła usta, do sypialni weszła niania. Jeden rzut oka na jej twarz wystarczył, by stwierdzić, że jest zaniepokojona.
- Był tu Olszak. - oznajmiła od progu. - W Borku Moskale znowu złożyli wizytę.
- Dlaczego mnie nie obudzono? - odezwała się Nina z pretensją. - Ulisiu, proszę go tu zawołać!
- Olszaka już nie ma, bo z panem rządcą pojechali do Borku. - wyjaśniła Jaga, podchodząc bliżej. - Kotku, na złą nowinę zawsze jest czas. Olszak przyjechał o świcie do pana Bochniaka i opowiadał, że w nocy wpadli kozacy, zabrali dwie świnie, owcę, kilka kaczek i gęsi. Szydzili, że dawno pieczeni nie jedli, a upieczeni buntownicy już im nie smakują. Ulisiu, podaj gorset, sama zasznuruję panią. Przynieś czekoladę.
- A to łotry! - prychnęła Nina biorąc głęboki oddech, żeby Jaga mogła ją mocniej zasznurować. - Pewnie mieli ochotę na nasze piękne merynosy....
- Olszak tłumaczył im, że pani dziedziczka płaci podatki, ale oni tylko go wyśmiali i ostrzegli, żeby nie narzekał, bo to dopiero początek. Mówili, że car rozgniewał się na Polaczków i teraz nareszcie wojsko zrobi koniec miatieży! Podbili Olczakowi oko, wyłoili skórę kilku parobkom i obiecali, że niedługo wrócą w większym gronie.
- Tylko świnie i kaczki zabrali? A do spichlerzy nie zaglądali? - dopytywała się Nina stłumionym głosem, bo Jaga właśnie narzuciła jej na głowę zieloną wełnianą suknię, obszytą dołem spódnicy metrami brązowej tasiemki, a przy dekolcie brązowym futerkiem. Nina niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę, czekając aż niania zapnie jej na plecach haftki stanika.
 Już ubrana, zajrzała do notatnika sprawdzając, co ma tego dnia do załatwienia. Postanowiła najpierw iść do obory i powiedzieć oborowemu, żeby pędzono bydło na pastwisko i nie marnowano paszy. Pomyślała, że nadchodzi zima i chłopcy powinni zrobić karmniki dla ptaków.
- Coś mi mówi, że skończył się nasz spokój. - powiedziała, a na jej delikatnej twarzy malowało się przygnębienie.
Pośpiesznie wypiła przyniesioną czekoladę i gotowa do wyjścia, skierowała się ku drzwiom.
- Nino, dokąd się wybierasz? - zawołała za nią Jaga. - A śniadanie?
- Nie jestem głodna, nianiu. - nie słuchając gniewnego gderania Jagi, wyszła z sypialni.
W sieni spostrzegła kilkoro służby. Stali przy otwartych drzwiach, wsłuchując się w coś z napięciem. Ze zdziwieniem Nina dostrzegła między nimi wójta. Na widok dziedziczki zdjął wytarty kapelusz i skłonił się nisko.
- Dzień dobry, panie wójcie. - pozdrowiła go z uśmiechem, bo stary gospodarz był jej szczerze oddany i zawsze mogła liczyć na jego pomoc.
Wójt przywitał się z nią, ukradkiem rozglądając się po sieni, gdyż ciągle jeszcze zdumiewała go swoim ogromem i przepychem, przywodząc na myśl kościół. Trzymając w ręce kapelusz, przygładził dłonią rzadkie włosy i rzekł :
- Pewnie jaśnie pani dziedziczka nie wie, że wojsko moskiewskie ciągnie ku Bodzentynowi. Może trza by gadzinę pochować przed nimi do boru, żeby nas znowu nie okradli, psiawiary?
- Dziękuję panie wójcie za ostrzeżenie. Ja już zostałam okradziona, bo w nocy kozacy napadli na Borek.
- A żeby ich choroba pokręciła! Laboga! - przeraził się wójt. - Tego nie wiedziałem. Zaraz przykażę, żeby chłopaki popędziły gadzinę do boru. Wyprawię z nimi co młodsze baby i dziewuchy. Te pogany Boga się nie boją i niczego nie uszanują. Niechże jaśnie pani pojedzie do leśniczówki, bo tam te psiawiary nie trafią.
- Nie zostawię ludzi i domu na łasce Opatrzności. Ale wy, panie wójcie, powiedzcie gospodarzom, żeby ukryli całą żywność. Kopcowaliście już ziemniaki i jarzyny?
- A juści. Zara zaczniemy kopać doły i kryć, co się jeszcze da. Matce Najświętszej polecam jaśnie panią dziedziczkę, naszą dobrodziejkę.
Wójt skłonił się jej aż do nóg i co sił pomaszerował do wsi, aby ostrzec ludzi i pochować zapasy żywności. W sieni służba trwożnie dzieliła się uwagami, bo wójt nie należał do ludzi, którzy z igły robią widły. Nina narzuciła na siebie kożuszek i wyszła na ganek w momencie, gdy na dziedziniec wpadł na spienionym koniu Maciek. Zeskoczywszy z umęczonego wierzchowca, podbiegł do niej zadyszany i z ogniem w oczach.
- Jaśnie pani! - krzyknął na całe gardło. - Niedaleko bitwa się toczy! Strzały słychać aż we wsi.
Jego donośny głos dotarł do uszu służby. Wszyscy spojrzeli na siebie i jednocześnie rzucili się na ganek. Kolumnada, jak muszla, skupiała każdy dźwięk.
- Bitwa? - Nina zbladła i szczelniej otuliła się kożuszkiem, bo ogarnął ją lodowaty chłód.
Mgła była jeszcze bardzo gęsta, lecz już zrywał się poranny wiatr i jął zdmuchiwać białe opary ku lasom. Od strony Bodzentyna, dochodziły do uszu nadsłuchujących ludzi, słabe suche trzaski strzałów karabinowych, raz rzadsze, innym razem salwy. Naraz ziemia lekko zadrżała pod ich stopami i rozległ się basowy pomruk . To przemówiły armaty włączając się do bitwy.
Nina splotła palce z taką siłą, że aż trzasnęły stawy i wymieniła z Maćkiem przerażone spojrzenia. Powstańcy artylerii nie posiadali. Nikt nie wiedział, kto się bije i gdzie. Na tym terenie nie było większych zgrupowań powstańczych, a kapitan Soszkiewicz jeszcze nie wrócił. Zresztą on działał przeważnie nocą i nie dałby się zaskoczyć na otwartym polu.
- Co o tym myślisz, Maciuś? - odezwała się Nina, zwracając się do chłopaka, ciągle jeszcze dyszącego po szaleńczej jeździe. - Może Moskale atakują Bodzentyn?
Na ganek wyszła Mira, którą obudziły podniesione głosy. Była bardzo przeziębiona i Kumosia kazała jej leżeć w łóżku, ale nie wytrzymała i narzuciwszy na ramiona ciepły płaszcz, stanęła obok przyjaciółki.
- To raczej nie Bodzentyn. W styczniu widzieliśmy tylko łunę, ale odgłosy strzałów do nas nie docierały. - powiedziała i kichnęła.
- Wielmożna panna mądrze gada. - skinął głową Maciek. - Widzi mi się, że biją się gdziesik koło Łomna. A słyszymy dobrze, bo wiatr wieje z tamtej strony. Niechaj Pan Jezus ma naszych w opiece, bo burki mają armaty, a my ino strzelby i kosy.
- A gdzie ty byłeś? - Nina badawczo obejrzała jego wysokie buty schlapane błotem i zmęczonego konia.
- W Porajach. Kurier gadał, że jakiś oddział przywędrował tu od granicy i pod Świętym Krzyżem wpadł na kolumnę Czengierego. Może to oni się biją? Albo pan pułkownik Czachowski?
- Nie, przecież sam mówiłeś, że pan pułkownik wybierał się do Wierzchowisk.
- Tak powiadał. Kto wie, czy to nie pan pułkownik Chmieleński nadział się na Moskali.
- Chodź ze mną na strych. Zobaczymy, czy gdzieś dymów nie widać. - powiedziała Nina, siląc się na spokój. - Paweł, powiedz ludziom na folwarku, niech zagonią bydło i trzodę chlewną do leśnej kryjówki. Nie mam zamiaru w zimie głodować! Konie też niech tam pogonią, oprócz mojej Mignon.
Dręczona niepokojem, który nie opuszczał jej od wczoraj, weszła z Maćkiem po schodach na strych, a stamtąd po drabince na balkon, skąd nie tak dawno obserwowała pożar dworu w Sarnikach. Za nią wszedł Maciek i pokaszlująca Mira.
- Mira, natychmiast wracaj do łóżka! - poleciła, chciwie wciągając w płuca chłodne powietrze, zmęczona wspinaczką po drabince.
- Nic mi nie będzie! - odburknęła panna Lutówna, zachrypniętym głosem. - Niczego nie widać w tej mgle.
- E, szkoda było tu wchodzić. - stwierdził zawiedziony Maciek. - Czyste mleko.
- Przeklęta mgła! - wybuchnęła Nina, prawie z płaczem, uderzając pięścią w poręcz balonu. - Akurat teraz musiała wszystko zasłonić. Mira, ja ci mówię, że możesz się nabawić zapalenia płuc. Dosyć mamy zmartwień, nawet bez twojej choroby.
W sieni dalej stali ludzie, nie rozchodząc się i rozmawiając ściszonymi glosami. Maciek pomógł zejść z drabinki Mirze i zwróci się do Niny, z trudem kryjąc podniecenie :
- A ja tam pojadę i dowiem się, kto się bije z Moskalami! - powiedział, gotowy podjąć się niebezpiecznego zadania.
- Ani mi się waż! Nie pozwalam! - sprzeciwiła się Nina, choć właśnie pomyślała żeby osiodłać Mignon i z bliska przyjrzeć się sytuacji.
Maciek nie przejął się jej zakazem. Pokazał wszystkie zęby w szerokim uśmiechu, cmoknął ją w rękaw kożuszka i poprawił na sobie pas, zaciskając go mocniej.
- Pojadę. Przeciem nie głupi i pod lufy im nie wlezę. Ale popytam ludzi i wrócę. - nie czekając na odpowiedź Niny, pobiegł do stajni po innego konia i po chwili już galopował w stronę pola bitwy.
W całym pałacu i na folwarku praca zamarła. Ludzie albo stali na ganku nadsłuchując, lub gromadzili się w sieni, dzieląc się coraz straszniejszymi domysłami. Jeden Walenty nie ulegając panice, rozmawiał z kucharzem, o konieczności przygotowania większej ilości posiłków, a Pawłowi nakazał poszukać koców dla rannych.
- To Walenty sądzi, że aż do nas przywiozą rannych? - zdziwiła się Nina.
- Nasi z pewnością będą się wycofywać, bo nie poradzą armatom i zechcą ukryć się w puszczy. Będzie wielu rannych, a wszyscy głodni.
Nina zazwyczaj energiczna i zaradna, tego dnia jakby nie była sobą. Bała się, że wojska znowu zaczną najeżdżać Maków, zabierając zgromadzoną na zimę żywność. Nie wiadomo dlaczego, nadchodząca zima budziła w niej strach. Zabezpieczała się jak mogła, ściągając obfite zbiory z Lipieńca i sandomierskich folwarków, nie czekając aż Starewicz położy na nich łapę. Spichlerze dworskie i chłopskie, pełne były zboża, jarzyn i owoców. Sprowadziła konie, bydło, świnie i drób, ale ciągle odczuwała niedosyt i obawę przed głodem. Makowskim gospodarzom i osiedleńcom z Pliszkowej Górki darowała stado roboczych koni, wziętych z folwarku wojewodziny. Wieś pod jej rządami była zamożna jak nigdy przedtem.
Wieś polska w XIX wieku.
Stojąc na ganku skuliła się, bo wstrząsnął nią dreszcz."Pewnie jakaś zagubiona dusza przeszła po moim grobie!" - pomyślała ponuro. Nie mogła spokojnie ustać, więc wzięła Grota i poszła sprawdzić, czy parobcy pognali bydło do lasu. Ale obory i chlewy były już puste. Zatrzymała się przy czworakach i porozmawiała z ludźmi       nadsłuchującymi z niepokojem  odgłosów bitwy.                
 Obecność dziedziczki dodała im otuchy i powoli wracali do przerwanej pracy. Nina jakiś czas chodziła, zaglądając do każdego kąta i z narastającym lękiem oczekiwała powrotu Maćka. Ciągle miała wrażenie, że z mgły wyłaniają się szeregi piechoty, że słuchać tętent dragońskich koni i pohukiwania kozackie. Ale to było tylko złudzenie, bo dokoła panowała martwa cisza. Wracała do domu przygnębiona, obserwując z niepokojem węszącego podejrzliwie psa. W dali strzały umilkły i zapewne bitwa była skończona. Maciek powrócił dopiero po trzech godzinach. Wpadł na podjazd na spienionym koniu, ledwie żywy ze zmęczenia. Nina wybiegła mu naprzeciw i spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.
- Gdzie była bitwa? - spytała, czując w piersiach dziwny ucisk.
- Pod Jeziorkiem! - wykrztusił, ocierając pot z czoła. - Dobrze kurier mówił. Oni przyszli aż z Galicji, a Czengiery szedł za nimi od Świętego Krzyża.
Jeziorko.
 - Więc to nie Chmieleński?
- Nie. Spotkałem jednego rannego z ich oddziału. Powiedział, że jest z nimi jakiś generał. Ojej, tak śmiesznie go nazywają. Jakiś drąg, czy coś takiego? I coś jakby od psa.... Zara, ha, hau....nie pomnę!
- Hauke! - Nina stanęła jak wryta, wpatrując się w niego z osłupieniem. - Generał Hauke... - powtórzyła i mróz przebiegł po niej. - Chryste! - wyszeptała blednąc śmiertelnie, bo nagle zrozumiała, co mąż próbował przekazać jej w liście. Pamiętał, że nie lubiła Julii Hauke, stawianej jej przez Paulę, jako wzór olśniewającej kariery dworskiej.
- Co to jaśnie pani? - Maciek przestraszył się wyrazem jej twarzy. - Możem ja coś głupiego powiedział?
- Pan jest w tym oddziale! - wyszeptała zduszonym głosem.
Odwróciła się, wpadła do domu i jak szalona przebiegła sień, potrącając ludzi. Jaga wołała coś za nią, ale nie zwróciła na to uwagi. Zderzyła się z kamerdynerem idącym jej naprzeciw. Jedno spojrzenie rzucone na jej trupio bladą, wykrzywioną przerażeniem twarz, powiedziało mu wszystko.
- Jezusie Maryjo, nasz pan tam?....
- Walenty, niech mi natychmiast osiodłają klacz i przyprowadzą pod dom! - rozkazała i z takim impetem wpadła do sypialni, że Ulisia sprzątająca pokój wrzasnęła cienko i upuściła szczotkę.
- Prędko, podaj mi amazonkę. - rozkazała Nina, usiłując zdjąć przez głowę suknię, nie rozpinając nawet haftek i guziczków. - Pośpiesz się! - ponagliła pokojówkę.
- Dokąd się wybierasz? - usłyszała za sobą spokojny, opanowany głos Jagi.
- Jezu, ty nic nie wiesz! - zapłakała Nina, nie przestając się rozbierać. - To generał Hauke bije się z Moskalami, a przy nim jest Alek! Muszę do niego... No, gdzie ta amazonka? - tupnęła z gniewem nogą.
- Ulisiu, idź, dziecko, przygotować dla pani gorącej herbaty, ale poczekaj aż zadzwonię. - Jaga zwróciła się do oniemiałej ze zdumienia i strachu dziewczyny.
Pokojówka boczkiem, cicho jak myszka, wysunęła się z sypialni. Jaga starannie zamknęła za nią drzwi, przekręcając klucz w zamku i chowając go do kieszeni.
- Moje najdroższe kociątko, współczuję ci z całego serca, ale nie możesz jechać na pole bitwy. Szukasz śmierci?
Nina przymknęła na moment powieki, wyobrażając sobie walkę. Jak na jawie widziała męża. Siedząc na poranionym koniu młynkował szablą, odpierając rozpaczliwie nacierających zewsząd wrogów. Błyski bagnetów i lśnienie stali szabel, otaczało go coraz ciaśniejszym kręgiem. Naraz zachwiał się i spadł z konia.... Wydała okrzyk i popatrzyła na Jagę zdziczałymi z rozpaczy oczami.
- Nianiu, ja muszę tam jechać, więc poszukaj mi tej amazonki! - krzyknęła. - Nie chcesz? Dobrze, poszukam sama. - wpadła do garderoby i zaczęła przerzucać stosy wiszących w wielkich szafach sukien. - Nie słyszałaś, co mówiłam? Tam walczy mój mąż! Muszę być przy nim.
- Po moim trupie! - oświadczyła niania z zaciętym uporem. - Chcesz się pchać pomiędzy dwa walczące wojska? Rozum straciłaś? Przecież gdyby coś ci się stało, pan hrabia do śmierci by mi tego nie wybaczył. Nie pozwolę ci jechać! Usiądź i uspokój się. Zaraz poślemy tam ludzi i wszystkiego się dowiemy. Zresztą pan sam z pewnością da ci znać o sobie.
Bitwa
 Ale Nina wcale jej nie słuchała i dalej szukała amazonki, z wściekłością wyrzucając wiszące w szafie suknie i depcząc po nich zabłoconymi butami. Zmęczyła się i głośno oddychała.
- Nianiu, nie próbuj mnie przekonywać, tylko znajdź mi tę przeklętą amazonkę! - wrzasnęła do Jagi stojącej na środku sypialni, z założonymi na piersiach rękami.
-Powiedziałam; nigdzie nie pojedziesz!
- Ach tak? Nie chcesz mi pomóc, zapamiętam to sobie! Boże, po co ja szukam tej przeklętej kiecki, mogę przecież włożyć spodnie.
- Nina, odejdź od tej szafy.
- Jezu, tam może umiera mój mąż, a ja tutaj użeram się z tobą! Precz!
Odepchnęła Jagę tak gwałtownie, że niania aż zatoczyła się pod ścianę. Amazonka się znalazła i Nina prędko ją ubrała, nie dopinając nawet guzików. Na samą myśl, że mąż może leży ranny, tak blisko domu, a ona nie śpieszy mu z pomocą, była bliska szaleństwa. Nie przyszło jej do głowy, że sam pomysł udania się na pole bitwy, jest zupełnie wariacki. Rosjanie nigdy nie odchodzili, dopóki nie dobili rannych powstańców i nie pogrzebali swoich poległych. Te czynności z pewnością zabiorą im czas do zmroku. Czekanie aż wojsko odejdzie, także nie miało sensu, bowiem myszkujący po okolicy kozacy natychmiast by ją wypatrzyli, a wtedy spotkałby ją los stokroć gorszy od śmierci. Lecz ona, opętana wizją umierającego męża, głucha była na słowa rozwagi.
Niania przyglądała się jej w milczeniu, wsparta ramieniem o ścianę. Nina miotała się po pokoju, ładując sześciostrzałowy rewolwer i wyciągając z podręcznej apteczki bandaże. Chodziła po sypialni wielkimi krokami, a tren amazonki plątał się jej pod nogami. Kopnęła go zniecierpliwiona żałując, że nie włożyła spodni. Wcisnęła na głowę kapelusz, krzywo, na jedno ucho i podeszła do drzwi. Ale Jaga była szybsza i wsparła się o nie plecami, rozkładając szeroko ramiona.
- Odejdź, bo się śpieszę! - powiedziała Nina cichym, rozwścieczonym głosem. Chwyciła za klamkę, ale drzwi były zamknięte. - Oddaj mi klucz! - w tym szaleństwie rozpaczy, zapomniała zupełnie o drzwiach na taras.
- Nie oddam.- oznajmiła twardo Jaga, patrząc jej w oczy. - Nigdzie nie pojedziesz. Nie mam zamiaru szukać potem twoich zmasakrowanych zwłok.
- Nianiu, błagam, pozwól mi wyjść! - zawołała Nina, odruchowo podnosząc rękę.
- Możesz mnie uderzyć, a nawet zabić, ale ja ciebie nie puszczę!
Doprowadzona do ostateczności Nina, pochwyciła ją za ręce, próbując odciągnąć Jagę od drzwi. Ale ona okazała się silniejsza i mocowały się dysząc, obie jednakowo zawzięte.
- Na miłość boską! - jęknęła Nina, z całej siły potrząsając Jagą. - Czy ty nie rozumiesz, że Alek może tam gdzieś leży i wygląda mojej pomocy?
- Rannego pana czeka niewola lub śmierć, a ciebie hańba, godziny męki i okropny zgon.- powiedziała Jaga nieustępliwie, odpychając jej ramiona. - Nie puszczę ciebie!
 Nina wpatrywała się w nią z rozpaczą, nie czując nawet, że po policzkach spływają jej łzy. Najpierw kilka kropli, a potem już strumienie łez.
- Och, wypuść mnie nianiu, proszę. Znienawidzę cię, jeżeli Alkowi coś się stanie złego. Nigdy ci tego nie daruję. - mówiła coraz ciszej, wolno osuwając się na kolana. Nawet nie spostrzegła, jak znalazła się w mocnych ramionach Jagi. Teraz płakały już obie, tuląc się do siebie. Z głowy Niny spadł kapelusz i potoczył się po posadzce.
- Mój słodki ptaszku, te szatany pastwiłyby się nad tobą. Nie umarłabyś prędko. - szeptała niania. - Na razie nie możemy panu pomóc, ale jestem pewna, że pan żyje i lada chwila da nam o sobie znać. Dziecinko, nie rozpaczaj, przecież nie jesteś sama, bo masz mnie. - Jaga tuliła ją do siebie, całując i gładząc jej rozpuszczone w szarpaninie włosy. - Nie płacz, córeńko, Pan Jezus czuwa nad panem.
- Przepraszam, nianiu. Nie zasługuję na twoją miłość, przebacz mi.- szlochała Nina, podnosząc ręce Jagi do ust.- Kocham ciebie, moja mateczko....
Obie jednocześnie skoczyły na równe nogi, bo do drzwi ktoś mocno zapukał.
 - Proszę jaśnie pani, jakiś żołnierz do nas jedzie! - usłyszały wysoki, poniesiony głos Ulisi.- Nasz, powstaniec!
Jaga wyjęła klucz z kieszeni i otworzyła drzwi.
- Żołnierz? Gdzie jest? - Nina porwała się z posadzki, prędko wytarła mokre policzki i oczy, splatając rozplecione włosy w warkocz.

- Już dojeżdża do pałacu. - Ulisia także była zdenerwowana, bo martwiła się o swego chłopca i brata.
- On z pewnością ma dla mnie wiadomość. Chodźmy! - Nina narzuciła kożuszek i wyszła z Jagą na ganek. Na taflach podjazdu już dzwoniły podkowy konia nadjeżdżającego powstańca.
- Boże, to przecież nasz ułan! - dał się słyszeć okrzyk Miry, która nie mogąc usiedzieć w swoim pokoju, wybiegła na ganek z domownikami.
Przed kolumnadą zatrzymał się jeździec na poranionym koniu. Miał na sobie granatowy mundur, zabłocony i podarty. Śliczny koń, cały w pianie i krwi, stał na szeroko rozstawionych nogach i drżał, oddychając z trudem.
Stroje jazdy polskiej w Powstaniu Styczniowym.
- To Maków, prawda? - odezwał się ułan, zsiadając ciężko z wierzchowca. - Chciałbym mówić z panią Klonowiecką.
- To ja! - Nina szybkim ruchem wysunęła się do przodu. - Ma pan dla mnie wiadomość? - zawisła wzrokiem na jego ustach, modląc się, żeby nowina jaka przynosi nie okazała się straszna.
Powstaniec zrozumiał jej wymowne spojrzenie, bo uśmiechnął się trochę krzywo, gdyż był cięty w prawy policzek.
- Proszę się nie obawiać. Pan naczelnik wyszedł z bitwy nawet bez zadrapania. - powstaniec był skrajnie wyczerpany, lecz przypatrzywszy się Ninie, zdobył się na pełen galanterii ukłon.
- Zapraszam do domu. Musi pan chwilę odpocząć i pożywić się. Koniem zajmą się stajenni. - powiedziała uprzejmie, mając ochotę śmiać się głośno i zatańczyć ze szczęścia.
Zaprowadziła gościa do biblioteki i kazała podać poczęstunek. Ułan szedł za nią na sztywnych nogach i bezsilnie opadł na najbliższy fotel, prosząc o wodę.
- Zaraz napije się pan mocnej herbaty, a na razie dam panu wody sodowej. - Nina sama nalała mu do szklanki wody z syfonu. - Czy mój mąż przyjedzie do domu?
- Pan naczelnik jest bardzo zajęty. - ułan chciwie wypił wodę i odetchnął. - Mamy wielu rannych, potrzebujemy wozów i koni. Rannych gdzieś trzeba umieścić, żeby nie dopadli ich Moskale. Pan naczelnik mówił, że najbliżej z Jeziorka jest do Borku. Czy pani pozwoli tam umieścić rannych?
- Wykluczone! W nocy byli tam kozacy, okradli folwark i obiecali, że wkrótce wrócą.
- Proszę pani, nasi ranni koledzy koniecznie potrzebują pomocy. - powiedział z naciskiem ułan.
- Oczywiście, zdaję sobie z tego sprawę, lecz nie mogę pozwolić, aby powstańcy dostali się w łapy kozaków. Nie rozumiem, przecież po drodze jest tyle innych miejscowości, Dębno, Krajno, Łomno, Świętomarz. Maków dzieli od Jeziorka przeszło dziesięć wiorst. Zamierzacie w jasny dzień wieźć rannych taki szmat drogi?
- Część tych miejscowości już zajęły wojska rosyjskie i trzeba je omijać. Chłopom ufać nie można, a pobliskie dwory przyjęły kilku rannych. W tych stronach jest nieco spokojniej, bo Czengiery stoi w pobliżu Bodzentyna. Tylko Maków może zapewnić rannym opiekę i jakie takie bezpieczeństwo.
  - Nie mamy lekarza. - westchnęła Nina z troską. Upewniwszy się, że Aleks nie odniósł w bitwie rany, nabrała energii. - Miruniu, będziesz bardzo potrzebna, bo znasz się na ranach. - powiedziała i zadzwoniła. Do biblioteki zajrzała Jaga.
- Nianiu, Maków musi przyjąć rannych powstańców. Trzeba przygotować im gorący posiłek. Kumosia wyda płótno i szarpie. Konieczne będą zioła przeciwzapalne i na powstrzymanie krwawienia oraz nasenne. Niech kobiety z czworaków porządnie uprzątną lamus, bo tam położymy rannych.
Jaga spokojnie wysłuchała jej poleceń i skinąwszy głową wyszła. Ułan obojętnie przysłuchiwał się rozmowie i ożywił się dopiero wtedy, gdy podano obfity posiłek. Walenty dowiedziawszy się, że pan żyje, krzątał się tak żwawo, jakby mu ubyło z dziesięć lat. Nina pijąc gorącą, aromatyczną herbatę, obserwowała ukradkiem, jak ułan je, a raczej pochłania wszystko, co było na półmiskach. Naraz poczuła skurcz w gardle, bo przypomniał się jej Jaś. Powstaniec był bez wątpienia człowiekiem dobrze wychowanym, bo pożerając kolejne potrawy, rumienił się ze wstydu, posyłając Ninie przepraszające spojrzenia. Poza tym, wstyd wcale nie umniejszał jego apetytu.
- Panie raczą wybaczyć.- bełkotał z pełnymi ustami. - Od dwóch dni prawie nie jedliśmy. Zgubiliśmy się, a po przekroczeniu granicy wszyscy głodujemy.
Obsługujący go Walenty aż poszarzał z wrażenia.
- To jaśnie pan hrabia także głoduje? - odważył się odezwać nie pytany.
- Pan naczelnik? - powstaniec uśmiechnął się rozbawiony. - Sądzę, że również jest głodny. - przyznał, przełykając kęs pieczonej kaczki.
- Czyżby mieszkańcy Królestwa okazali się tak niegościnni ? - zdziwiła się panna Lutówna.
- Ależ nie, ale cały czas gonią nas Moskale i nie mamy czasu na posiłek. O, ten dzisiejszy poczęstunek na długo zachowam w pamięci.
- Wszyscy tu drżeliśmy o wasze życie. - Mira skubnęła bez apetytu maślaną bułeczkę i dyskretnie wysiąkała czerwony i opuchnięty nos. - Czy mogłybyśmy się dowiedzieć czegoś o przebiegu bitwy? - nieznacznie mrugnęła do Niny, jednocześnie podsuwając powstańcowi półmisek z plastrami szynki i koszyczek z pieczywem. Uśmiechnęła się słodko, zamierzając skokietować biedaka i nie pozwalając mu skoncentrować się wyłącznie na pełnym półmisku.
Powstaniec docenił jej starania i przełknąwszy ostatni kęs, wytarł usta serwetką. Rewanżując się za gościnne przyjęcie, zaczął opowiadać, zastanawiając się nad każdym słowem.
- Od początku prześladował nas pech. Po przekroczeniu granicy uczepili się nas kozacy, widocznie powiadomieni o naszym pojawieniu się w Królestwie. Szli za nami krok w krok, uprzykrzając nam życie. Pan generał Bosak...
- Przepraszam, kto taki? - przerwała mu Mira.
- Pan generał Hauke - Bosak. Bosak to pseudonim, pochodzący od nazwy jego herbu. - wyjaśnił ułan i mówił dalej: - Pan generał zdecydował, że pójdziemy na Święty Krzyż i tam poczekamy na przybycie innych oddziałów zgrupowania. Ale w klasztorze zastaliśmy tylko majora Rębajłę i jego oddział piechoty. Jeszcze tej nocy Moskale wypłoszyli nas stamtąd. Byliśmy sami, bo dowódcy innych partii nie stawili się na spotkanie. Maszerowaliśmy w huraganowej wichurze ku Bodzentynowi. Ludzi byli strasznie pomęczeni, a konie padały. Generał zarządził odpoczynek we wsi Jeziorko. Tam właśnie dopadli nas Moskale! - umilkł i jakiś czas zbierał siły.
Drzwi biblioteki uchyliły się cichutko i do pokoju nieśmiało zajrzały kobiety, mające bliskich w partii Aleksa. One również chciały posłuchać relacji ułana, mając nadzieję, że dowiedzą się czegoś o swoich najbliższych. Nina gestem zaprosiła je do środka, bo wiedziała co znaczy niepokój o najdroższą głowę.
- Moskale zaatakowali dużymi siłami. - podjął opowiadanie powstaniec. -
mjr. Karol Kalita"Rębajło"
 Posiadali również dwie armaty. My mieliśmy tylko piechotę Rębajły i oddział kawalerii pod dowództwem majora Szamejta, Węgra z pochodzenia. Pan naczelnik "Czarny", wspierał nas swoją kawalerią. Moskale prowadzili szarżę jazdą, lecz odparliśmy ich z dużymi stratami, broniąc naszej piechoty. Jazda rosyjska przegrupowała się i natarła ponownie. Wtedy poległ pan major Szamejt, niech odpoczywa w pokoju wiecznym. Poginęło wielu z naszych kawalerzystów, inni byli ranni. Zaczęliśmy się cofać. Tymczasem Moskale otrzymali świeże posiłki, a nasza piechota biła się na otwartej przestrzeni pod silnym ostrzałem wroga. I to był niestety początek końca! - ułan zmiął gwałtownym ruchem serwetkę i cisnął ją na stolik. - Czengiery zagrodził drogę naszej piechocie, zdążającej ku zbawczemu lasowi, musieliśmy zawrócić do wsi. Wtedy generał został otoczony przez Moskali i bronił się rozpaczliwie, chcąc wyrwać się z okrążenia. Był przy nim pan naczelnik. Wdziałem jak zabili pod nim konia, lecz on wskoczył na innego, z którego spadł ułan.
- Wielki Boże! - Nina wydała okrzyk zgrozy. Zbielała na twarzy i rozpaczliwym ruchem załamała ręce. - Ale nie został ranny, nic mu się nie stało?
- Parol, pani hrabino, pan naczelnik jest zdrowy i cały. Na domiar złego, nasza piechota cofając się, natrafiła na bagnisty strumień o stromych brzegach. Moskale prażyli do nas salwami i bombardowali z działa. Większość żołnierzy poległa nad tym strumieniem. Od strony lasów bodzentyńskich, maszerowały na nas następne kolumny moskiewskie. Nie było na co czekać, więc rejterowaliśmy z pola bitwy, unosząc rannych kolegów. Żołnierz początkowo dzielnie się bijący, widząc klęskę i śmierć, wpadł w panikę i porzucając broń, uciekał gdzie oczy poniosą. Jedni ginęli, inni dostali się do niewoli.
 - Nic, tylko same klęski. - szepnęła Nina przez zaciśnięte zęby. - Bóg nie ma nad nami litości. - ale natychmiast skwitowała swoją uwagę wzruszeniem ramion. " Trudno mieć pretensje do Pana Boga, że nie pomaga tym, co sami postanowili się zgubić!" - pomyślała trzeźwo. - A co się działo z moim mężem? - zagadnęła głośno.
mjr. Mieczysław Szamejt
- Po śmierci pana majora Szamejta, pan naczelnik osłaniał pana generała z garstką swoich ludzi. Widziałem, jak strzela z rewolweru i tnie szablą. Miał więcej szczęścia, niż nasz szef sztabu podpułkownik Habich, który wpadł w ręce Moskali.
Nina wzdrygnęła się na myśl, że Aleks znajdował się w samym centrum najsroższej bitwy. Nigdy się nie oszczędzał i nie chował w walce za czyimiś plecami.
- Mamy więc kolejne niepowodzenie. - stwierdziła przez zapchany nos Mira. Kichnęła, a z oczu pociekły jej łzy. Udręczona przez nieznośny katar, co chwilę nacierała sobie czoło i skronie ołówkiem mentolowym.
- Mieliśmy nadzieję, że z nowym dowódcą wam się poszczęści. - Nina nie kryła zawodu.
- "Pierwsze kotki za płotki ". - powstaniec usiłował silić się na optymizm. - Walka zaczęła się pechowo, ale może Bóg pozwoli zakończyć ją zwycięstwem.
" Żartowniś!" - Nina w ostatniej chwili ugryzła się w język, nie chcąc zrazić sobie ułana.
- No, na mnie już czas. - powstaniec z trudem wstał, sięgając po odłożoną szablę.
- Jeszcze moment. - powiedziała Nina. - Dokąd mają jechać wozy po rannych?
- Weszliśmy w lasy i zamierzamy przedostać się do Wąchocka lub Starachowic.
- Ale noclegu pan generał jeszcze nie wyznaczył? - pytała, a promyk nadziei zaświecił w jej sercu.
- Musimy poszukać noclegu gdzieś w pobliżu, bo ludzie i konie daleko nie zajadą. - ułan zajęty przypinaniem szabli do pasa, spojrzał na Ninę przez ramię.
- Oczywiście. Brakuje wam żywności?
- Wszystkiego nam brakuje, bo w czasie bitwy straciliśmy nasz mały taborek.
Nina w jednej chwili podjęła decyzję.
- W takim razie zapraszam panów do Makowa. Proszę powiedzieć panu generałowi, że dostarczę wam żywności, paszy i koni.
Ułanowi rozbłysły oczy na sama myśl o odpoczynku w pałacu. Zaraz jednak z powątpiewaniem potrząsnął głową.
- Obawiam się, że pan generał nie skorzysta z zaproszenia. Po bitwie wyglądał na załamanego i do nikogo się nie odzywał. Odniosłem wrażenie, jakby żałował, że śmierć go ominęła. Tylko pan major Rębajło i pan naczelnik zajmują się wszystkim.
 - Rozumiem, lecz proszę mu wyjaśnić, że Maków macie po drodze. - nalegała, zdając sobie sprawę, że przyjmując pod dach powstańców, naraża dom i domowników na zemstę Czengierego. Ale tym razem nie dbała o to, bo najważniejsze było spotkanie z mężem.
- Powtórzę zaproszenie pani hrabiny.
- Proszę zaczekać, każę dać panu świeżego konia, bo tamten musi odpocząć. - poleciwszy gościa opiece panny Lutówny, wyszła z biblioteki.
 W buduarze pospiesznie napisała krótki list do meża i wytworny bilecik do generała, ponawiając zaproszenie. Powróciła do biblioteki i wręczyła listy powstańcowi. Umówili się, że ranni będą oczekiwać na wozy w lasku w pobliżu Łomna. W tej wsi należącej do Woyciechowskich, rodziny pani Jadwigi Prendowskiej, chłopi sprzyjali powstańcom. Ułan zabrał listy i odjechał. Wkrótce wyruszyły też wozy, wysłane słomą i sianem. Na prośbę dziedziczki, wójt posłał z dworskimi ludźmi kilku parobków ze wsi, żeby pomogli przenosić rannych i strzegli ich po drodze. Musieli bardzo uważać, aby nie wpaść na patrol kozacki lub dragonów Czengierego. 
Łomno.
 Pałac senny i cichy, naraz rozjarzył się światłami, roztętnił szybkimi krokami, a długie mroczne korytarze rozbrzmiewały głośnymi rozmowami i śmiechem kobiet, pełnych nadziei na zobaczenia swoich bliskich. Do izby czeladnej znoszono uszyte mundury, białe płótno na bandaże, gotowe szarpie i ciepłą bieliznę. Kuchciki taszczyli do kuchni wiadra wody i wiązki drewna, bo pan Szymon przygotowywał gorący posiłek dla rannych i głodnych powstańców. Nina uprzedziła go, że spodziewa się wizyty generała, więc kuchmistrz postanowił wystąpić z wytwornym obiadem. Na gwałt rżnięto kury, kaczki, indyki i gęsi, piekąc drób w piecu chlebowym. Lamus wyszorowany i wywietrzony, gotowy był na przyjęcie rannych. Nina martwiła się, że w lazarecie brakuje lekarza. Z pewnością będzie kilku ciężko rannych, wymagających zabiegu chirurgicznego. Jednak na razie nic nie mogła na to poradzić. Poza tym, ciągłym zagrożeniem byli Moskale, ścigający niedobitki oddziału Hauke-Bosaka. Przezorny wójt, wysłał kilku chłopców na koniach, każąc im spenetrować okolicę i upewnić się, czy w pobliżu nie ma nieprzyjaciela. Okazało się potem, że celowo zmylony Czengiery, pociągnął z wojskiem w stronę Wąchocka, a mały oddziałek polski jakby się zapadł pod ziemię.
1 Bitwa pod Jeziorkiem odbyła się 29. X. 1863 r.