piątek, 30 września 2016

Pierwsze godziny na wygnaniu.


 30 września 2016 r.
Otworzyła oczy, udręczona jakimś majakiem sennym i przez długi czas nie mogła się zorientować, gdzie się znajduje. Zamiast różowego jedwabnego baldachimu, widziała nad sobą czarne belki powały. Leżała na twardym i wąskim posłaniu, w długiej jak kiszka izbie, brudnej, cuchnącej stęchlizną i wódką. Maleńkie, zamarznięte okienko, nie przepuszczało prawie światła dziennego i w izbie było ciemnawo.
Wczorajsza droga do Bodzentyna była bardzo przykra. Wlekli się w mroźnym, ostrym jak nóż powietrzu i zanim dotarli do miasta, wszyscy byli przemarznięci. Mira i Kumosia szlochały, Jaga modliła się półgłosem,Walenty boleśnie stękał, a woźnica pomstował na szkapę. Nina milczała, wspominając ze ściśniętym sercem swój wspaniały zaprzęg arabów. Całą drogę przesiedziała jakby w osłupieniu, a kiedy nareszcie zdołali się rozlokować w obskurnej karczmie, była już wpółprzytomna ze zmęczenia i przygnębienia. W nocy prawie nie spała, otępiałym wzrokiem patrząc w okienko i wsłuchując się we wrzaski hulających w karczmie pijaków. Dopiero nad ranem zdrzemnęła się na krótko, a samo przebudzenie i powrót i rzeczywistości były dla niej koszmarnym przeżyciem.
Miała dopiero osiemnaście lat. Ubóstwiany mąż, w krótkim czasie uczynił ją żoną, matką i wdową, ginąc w straszliwych okolicznościach. Jakże szybko minęły dni ich krótkiego małżeństwa. Z ubogiej sieroty, nieoczekiwanie stała się wielką damą i panią ogromnego majątku. Równie prędko utraciła wszystko, spadając na samo dno nieszczęścia. W ciągu jednego dnia, a nawet godziny, przeobraziła się w zrozpaczoną, ubogą, bezdomną kobietę, zatroskaną o los swój i najbliższych osób. W tych zaledwie kilku dniach, spadły na nią najcięższe ciosy, jakie mogą dotknąć człowieka. Zamordowano jej męża, wygnano z ukochanego domu, odebrano tytuł i majątki i uczyniono z niej nędzarkę, pozbawioną jakichkolwiek praw. Była tylko żoną zabitego buntownika, współwinną jego zbrodni, pogardzaną i prześladowaną przez władze.
Aleks nie żył, utraciła Maków i powinna umrzeć.
 O, gdyby doktor Setkowicz się nie pośpieszył, nie musiałaby teraz przeżywać koszmaru i patrzeć, jak obcy najeźdźcy panoszą się w jej domu. Nie chciała żyć! Egzystencja w tych warunkach, bez Aleksa i Makowa, była dla niej niemożliwa do wyobrażenia. Poza tym, nie wiedziała, co ma z sobą począć, bo jej energia i wola życia zanikły. Leżała na brudnym wyrku, zmuszając się do regularnych oddechów, choć chciała jęczeć i krzyczeć z bólu, gniewu i przerażenia. Nie była przygotowana do stawienia czoła tak dramatycznym okolicznościom. A powinna była przecież przewidzieć, że udział męża w powstaniu, równał się konfiskacie majątku.
Niekiedy dawniej zastanawiała się, dlaczego pomimo działań wojennych, wojsko omijało Maków i sam pałac. Sądziła, że nad jej domem czuwała Opatrzność. Jakże się myliła! W rzeczywistości, to same władze carskie chroniły Maków, upatrzywszy sobie jej dom na przyszłą rezydencję jakiegoś carskiego dostojnika!
Z wielkiego majątku nie pozostało jej nic - dosłownie nic! W tej obskurnej budzie nie mogła przebywać, a nie miała pojęcia, dokąd ma iść i za co się utrzymać. 
Stara karczma.
 Sfera do której należała, przez urodzenie i małżeństwo, zagrożona przez zaborcę, ukryła się za szczelnie zamkniętymi drzwiami dworów i pałaców, przed światem gwałtu i tyranii. Wprawdzie Aleks posiadał bogatą i wpływową dalszą rodzinę, lecz Nina nie miała okazji jej poznać. Małżeństwo z Paulą poróżniło Aleksa z krewnymi, a kiedy ożenił się po raz drugi, nie zdążył zawieźć żony na Litwę i na Wołyń, gdzie jego krewni posiadali wielkie majątki ziemskie. Potem wybuchło powstanie i więzi rodzinne, skonsolidowane1 od nowa po śmierci starej księżnej, ponownie się zerwały. Zresztą rodzina Aleksa, z racji swego uprzywilejowanego pochodzenia bardzo konserwatywna, z pewnością nie podzielała jego przekonań i jakakolwiek działalność powstańcza była im obca i godna potępienia. Ninie nawet nie przyszło na myśl, by zwrócić się do tych ludzi o pomoc. Czuła w głowie zamęt, nie mając pojęcia, co ma robić, gdzie mieszkać i skąd wziąć pieniądze na życie. Te kilka rubli, jakie miała w sakiewce, mogły starczyć zaledwie na kilka dni, a co potem? Myśląc o tym, nie potrafiła wylać nawet kilku łez, bo w duszy miała tylko zapiekłą nienawiść i gniew. Usiadła na posłaniu, rozglądając się dokoła ze wstrętem.
- Nianiu!
   Małe drzwiczki przeraźliwie zaskrzypiały i do izby zaglądnęła Jaga, przybierając od progu pogodną minę.
- Bogu dzięki, że zasnęłaś, mój skarbie. Zaraz przyniosę ci śniadanie.
- A ty jadłaś? - stękając, Nina odrzuciła atłasową kołdrę przywiezioną z Makowa. - Ja nie jestem głodna. A gdzie są wszyscy?
- Siedzimy w dużej izbie, bo tam jest nieco cieplej. A jak ty się czujesz, dziecinko? - spytała Jaga, patrząc na nią z troską.
- Dobrze.- rzuciła krótko Nina i zaczęła się ubierać, szczękając zębami, bo w izbie temperatura niewiele różniła się od tej za oknem.
- O mój Boże, nawet nie możesz się umyć, bo woda zamarzła w miednicy. - lamentowała niania, miłośniczka higieny, podając jej bieliznę i żałobną suknię z czarnego aksamitu. - Kotku, może włożysz jaśniejszą toaletę, bo za czarną mogą kazać ci zapłacić sto rubli kary! - poradziła.
- Na razie w Bodzentynie nie ma carskiej policji, a zresztą zapłaciłabym tylko piętnaście rubli, bo już nie jestem damą i nie jeżdżę karetą.
    Jaga przysiadła na skraju posłania i bezwiednie załamała ręce.
- Boże, co my teraz zrobimy? Nie możemy zostać w tej budzie i trzeba się rozejrzeć za jakimś mieszkaniem. Nasz poczciwy Walenty, poważnie się rozchorował ze zmartwienia i narzeka na serce. Gdzie taka tułaczka dla starego człowieka? Kumosia płacze i tęskni za domem. Te moskiewskie łotry obrabowały ich z dorobku całego życia. Mira płacze za swoją kotką. Och, same utrapienia. Co ty, moja męczennico, zrobisz z tymi biedakami?
    Nina słuchała tych skarg ze zmarszczonymi brwiami. Miała przy sobie zaledwie sto złotych, czyli około siedemnastu rubli! Przy braku podstawowych przedmiotów, sprzętów, a przede wszystkim mieszkania, było to jedno wielkie nic! Z klejnotów pozostał jej tylko pierścień zaręczynowy, obrączka ślubna, rubinowy krzyż i ostatni prezent męża na pierwszą rocznicę ślubu; brosza w kształcie motyla, - symbol ulotności wszystkiego, co ziemskie.
Bodzentyn.  Zamek biskupi.
   Za te nędzne siedemnaście rubli, musi utrzymać siebie i domowników, zdobyć dach nad głową i jakąś podstawę bytu. Wspomnienie biedy przeżytej w dzieciństwie, budziło w niej lęk. Gdyby była sama, nie wahałaby się ani chwili, uciekając w nicość. Nie śmierci się obawiała, ale ponurej, codziennej troski o chleb. Zawsze miała szeroki gest i wstręt do ciułania grosza. Ale nie była sama i nie wolno jej było myśleć o śmierci, bo pozostawiłaby nianię, Mirę i dwoje bezradnych staruszków bez środków do życia. Wszystkie nieszczęścia zwaliły się na nią tak nieoczekiwanie, że nie miała pojęcia, co może jeszcze ją spotkać. Była przekonana, że w najbliższej przyszłości władze carskie o niej nie zapomną.
- Dziecko, czy ty mnie słuchasz? - Jaga ujęła ją za rękę, zaniepokojona wyrazem jej twarzy. - Kochanie moje, co ci dolega?
- Życie, nianiu, i brak pieniędzy. - zwięźle wyjaśniła Nina.
- Ach Boże, nie wiem, jak mam ci to powiedzieć. - westchnęła Jaga. - W tym pospiechu, zamieszaniu, zupełnie wczoraj straciłam głowę. O, stara, głupia baba!... Wyobraź sobie, że zupełnie zapomniałam wziąć moje tysiąc rubli w złocie. Co ja mówię, więcej niż tysiąc, bo przecież ty ciągle mi coś dokładałaś. Tyle pieniędzy.... Pomyśl, jak bardzo by się nam przydały, bo ja teraz jestem dla ciebie tylko ciężarem.
- Nawet nie waż się tak myśleć! - Nina objęła ją mocno. - Ty ciężarem? Przecież tylko ty trzymasz mnie przy życiu. A kto pracował do upadłego po śmierci matki, żebym ja miała dach nad głową? Kto odejmował sobie od ust, abym miała chleb i ciepłą zupę? To przeze mnie nie wyszłaś za mąż i poświęciłaś mi całe swoje życie. O nianiu, nigdy tak nie mów. Jesteś dla mnie jak najlepsza matka i bez ciebie nie mogłabym istnieć. A na pieniądzach połóż krzyżyk, bo wiem, że nasze rzeczy były kontrolowane i nie pozwolono by ci wywieźć złota z Makowa. Och, jakże ja nienawidzę tych podłych oprawców!
- Dziecko, nie zatruwaj sobie duszy nienawiścią. Nie warto.
    Nina spojrzała na nią z mimowolnym podziwem.
- Jak to możliwe, że po tylu przejściach, potrafiłaś jeszcze zachować pogodę ducha?
- Bo ja zawsze żyłam nadzieją. Kiedy człowiek traci nadzieję, dosięga go zło! Nigdy nie trać nadziei i staraj się żyć nią do końca swoich dni. Człowiek bez nadziei jest żywym trupem.
    Nina z rezygnacją wzruszyła ramionami.
- Jaką ja mogę jeszcze mieć nadzieję? Na co?
- Nie wiem, moje dziecko. Przed tobą życie i kto wie, co ci los jeszcze może przynieść. Może kiedyś odzyskasz Maków?
Na blade policzki Niny, wystąpiły słabe rumieńce, jej oczy zabłysły.
- Przecież to niemożliwe....
- Zdarzały się rzeczy bardziej niewiarygodne. Ale ty musisz coś zjeść, kotku.
- Nie jestem głodna. Chodźmy do dużej izby.
Duża izba w karczmie, była obrzydliwą i brudną spelunką. Na początku powstania, generał Langiewicz miał nieszczęście nocować w tej karczmie, z czego stary Mosiek był niezmiernie dumny. W swoim mniemaniu, odpowiednio uhonorował panią hrabinę, oddając jej tę samą norę, w której Langiewicz przemęczył się do rana.
- Och, Nineczko! - zawołała Mira i podbiegła do niej, chwytając ją w objęcia. Była sina z chłodu, a na jej policzkach widać było ślady łez. Na widok przyjaciółki nie potrafiła powstrzymać się od płaczu.
- Uspokój się, mój słodki pyszczku. Teraz już tylko wy pozostaliście mi na tym świecie. 
   Nina uwolniła się z jej objęć i podeszła do leżącego na drewnianej ławie Walentego. Kumosia dała mu pod głowę swoją poduszkę i przykryła pledem. W izbie było chłodno, a od nieszczelnych drzwi i okien wiało mrozem. Staruszek miał gorączkowe wypieki, drżał, a jego puls był niepokojąco prędki i nierówny. Nina pochyliła się nad nim i położyła mu dłoń na czole wilgotnym od potu. Ta delikatna pieszczota wywołała na jego usta słaby uśmiech.
- Walenty koniecznie potrzebuje lekarza i ciepłego pomieszczenia. - powiedziała, z trudem udając dawną energię.- Miruniu, masz jakieś znajomości w tutejszym szpitalu? Postaraj się, żeby tu przyszedł lekarz. Nianiu, trzeba koniecznie położyć Walentego na moim łóżku. Tylko dajcie na spód kołdry, żeby miał miękko. I niech karczmarz mocno napali w piecu. Och, jak mi brakuje naszego kochanego doktora!
- Zaparzę choremu naparstnicy, kwiatuszku. - odezwała się Kumosia, patrząc na nią z uwielbieniem i nadzieją. - Z miodem!
- O właśnie! Miruniu, pójdziesz ze mną do miasta?
- Oczywiście.
   
Dla Miry, tragedia jaka dotknęła Ninę, była osobistym dramatem. Przez rok pobytu w Makowie, całym sercem przywiązała się do przyjaciółki i uwielbiała Maków. Zupełnie samotna, kochała Ninę jak siostrę, a pałac uważała za swój dom. Kiedy poprzedniego dnia, Szyszkow nie pozwolił jej widzieć się z Niną, poniżyła się błagając go, aby choć na chwilę umożliwił jej widzenie się z przyjaciółką. A kiedy żandarm odmówił i zamknął ją w pokoju na klucz, tak się tym przejęła, że zemdlała i oprzytomniała dopiero w saniach.
- Musimy się rozejrzeć za jakimś mieszkaniem. - Nina zacisnęła powieki i aż skuliła się, wyobrażając sobie, co ją czeka.
Ubrały futra, czapki, rękawice i wyszły. Stanęły na progu karczmy, oślepione jaskrawymi promieniami zimowego słońca, odbitego od śniegu. Miasteczko pokryte białym, iskrzącym się puchem, wyglądało bardzo malowniczo, bo pod śniegiem zniknęły ślady pożarów, jakie strawiły miasto na początku powstania. Nina często bywała w Bodzentynie. W dzieciństwie przyjeżdżała tu z ciotką Marią i Binią na zakupy, a potem już, jako jaśnie panienka i pani hrabina, przybywała do miasteczka w karecie, powozem, lub konno na Mignon, w towarzystwie Maćka. Znano ją w mieście, jako wielką damę i kupcy żydowscy wybiegali przed sklepy, wynosząc interesujące ją towary, aby nie musiała się fatygować wysiadając z powozu. Rozmyślała o tym, brnąc w głębokim śniegu i wysoko unosząc ciężką krynolinę, aby się nie zamoczyła. Wąskie uliczki pięły się stromo ku górze Zamkowej, a małe zabytkowe kamieniczki, stały ciasno obok siebie. Niektóre z nich, miały piękne renesansowe portale. Nieliczni przechodnie, pokuleni z zimna i ubogo ubrani, śpieszyli do domów. Jedynie dzieciaki miały uciechę, staczając bitwy na śnieżki i zjeżdżając na sankach z górki.
- Pójdziesz ze mną do szpitala? - odezwała się Mira, zasłaniając usta futrzaną mufką.- Popytamy, może ktoś wynajmie nam mieszkanie.
- Nie, Mireczko. Zajdę do kościoła i zamówię mszę żałobną za... - Nina gwałtownie urwała, chwyciła głęboki oddech i nie dokończyła zdania. - Spotkamy się w karczmie. - dokończyła niezręcznie i szybko odeszła.
Dawny Bodzentyn.
    Na plebanii nie było już tak lubianego przez wszystkich księdza wikarego Omińskiego, bo musiał się ukrywać. Przyjął ją jakiś inny, nieznany duchowny i bardzo chłodno, z widocznym strachem i niechęcią, zgodził się odprawić modlitwy za"zmarłego" hrabiego                     Klonowieckiego.
- Ja proszę księdza o mszę żałobną. - wyjaśniła.
    Ale do Bodzentyna dotarły już nowiny o konfiskacie Makowa i ksiądz pomyślał, że młoda pani, zapewne niewiele pieniędzy może ofiarować, za odprawienie nabożeństwa.
- Za mszę żałobną z egzekwiami, trzeba dać na ofiarę pięć rubli! Może wystarczy sama modlitwa? - zwrócił uwagę na jej kredowo białą, wynędzniałą twarz, oczy pełne cierpienia i uznał, że wypada dodać jej otuchy.
- Nie należy poddawać się rozpaczy, bo nic nie dzieje się bez woli Bożej. Pan Bóg nigdy nie zsyła na nas strapienia ponad nasze siły. Trzeba sobie powiedzieć: "Pan dał, Pan wziął, niech Jego imię będzie pochwalone"!
    Nina osłupiała, słysząc te bezduszne, oklepane słowa, jakie nigdy nie przeszłyby przez usta księdza proboszcza. Serce zaczęło jej bić jak oszalałe, żołądek podszedł do gardła, a w mózgu poczuła jakby płomienie. Cała rozpacz, żal, gniew i nienawiść, jakie w sobie tłumiła, wylały się potokiem słów wypowiedzianych z uniesieniem :
- Każe mi ksiądz wierzyć, że Pan Bóg z niezrozumiałych dla mnie powodów, odebrał mi najdroższego człowieka, wypędził mnie z własnego domu, pozbawił majątku i tytułu i skazał na nędzę, bo tak Mu się podobało? A ja mam modlić się do Niego i dziękować za łaskę? Jeżeli Bóg ma coś wspólnego, z tą potworną masakrą na Łysej Polanie, to ja nie zamierzam oddawać Mu czci! Równie dobrze mogłabym dziękować carowi! Przecież ksiądz nie naucza miłości do Boga, lecz sprawia, że można Go znienawidzić! Pocieszam się tylko myślą, że On nie istnieje, bo za nic nie potrafiłabym pokochać kogoś, kto dopuszcza do takiej okropnej zbrodni, do zagłady wspaniałych młodych ludzi, których jedyną winą była miłość ojczyzny i pragnienie wolności. Przecież taki Bóg byłby moralnym potworem, czy ksiądz tego nie rozumie? Słowa pociechy, jakiej mi ksiądz udzielił, graniczą z bluźnierstwem!
- Szatan przemawia przez panią! - zawołał ksiądz, czerwieniąc się z oburzenia.
- Szatan? A cóż on by robił między ludźmi? Nie uwierzę nigdy, że Pan Bóg stworzył człowieka na wzór i podobieństwo swoje, bo wtedy okazałoby się, że jest równie niegodziwy i okrutny, jak twór w który tchnął życie. Jak ksiądz śmie odmawiać mi mszy za zamordowanego męża? Ksiądz nie jest Polakiem, lecz sługusem Watykanu, który nakazuje wam potępiać powstanie, podobnie jak to uczynił papież Grzegorz XVI, który w swojej bulli, uznał Powstanie Listopadowe za bunt i napominał Polaków, by pokornie poddali się władzy cara. Obecny papież czyni to samo! Jesteście hipokrytami i za pieniądze sprzedajecie Ciało i Krew Chrystusa. Nie mam pięciu rubli i niech się już ksiądz nie trudzi, nie życzę sobie więcej żadnych modlitw ani mszy!
    Ksiądz skamieniał ze zgrozy i nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Ale Nina nie zamierzała z nim więcej dyskutować, wyszła i trzasnęła drzwiami. Ochłonąwszy z miotającej nią wściekłości, zmusiła się, by wejść do kościoła. Stanęła przed głównym ołtarzem i bezmyślnie wpatrywała się w ogromny obraz przedstawiający Ukrzyżowanie. Na twarzy Chrystusa dojrzała tyle cichego bólu i niewypowiedzianej słowami męki, że mimo woli pomyślała ze wzruszeniem:" Od prawie dwóch tysięcy lat, ludzie wykorzystują Twoją męczeńską śmierć, dla osiągnięcia władzy i pieniędzy. Nie trzeba było poświęcać się dla ludzi i zbawiać ich. Nie są tego warci." 
Bodzentyn. Ołtarz główny w kościele.
   Na obrazie, Jezus nisko zwiesił głowę na piersi i szeroko rozpostarł skrwawione dłonie, jakby pragnął przygarnąć do siebie całą grzeszną ludzkość, którą odkupił swoim cierpieniem i straszliwą śmiercią. Ale ten widok nie przyniósł jej pociechy. Przyszedł jej na myśl własny ślub, gdy klęczeli z mężem obok siebie, dotykając się ramionami i powtarzali za księdzem słowa małżeńskiej przysięgi. Przypomnienie tej cudownej chwili, ponownie obudziło w niej gorycz, bunt i negację wszystkiego, w co dawniej wierzyła. Cokolwiek mówiła jej Jaga o usłyszanym głosie, było to jedynie złudzenie. Aleks nie żył i jego ramiona już nigdy nie obejmą jej mocnym uściskiem, już nigdy nie poczuje na ustach jego pocałunku. Ukochane bursztynowe oczy zamknęły się na zawsze, owej straszliwej nocy, gdy moskiewska kula przeszyła jego serce. Może w ostatniej chwili ziemskiej egzystencji, bardzo pragnął dla niej żyć? Tego już nigdy się nie dowie.
    Czuła w piersi ogromny ciężar, jakby przywalił ją głaz. Jej serce tłukło się nierówno i ściskało boleśnie. Jednak nie potrafiła uronić ani jednej łzy. O, gdyby tak mogła runąć na kamienną posadzkę startą tysiącami nóg wielu pokoleń, i w prochu bić głową o kamienne płyty, wydalając z siebie wraz z przeraźliwym krzykiem, cały ból i rozpacz!...  Z głuchym jękiem zasłoniła mufką twarz.
    Modlący się w ławkach ludzie, patrzyli ze zdziwieniem, na jej rysy ściągnięte wyrazem ogromnej męki. Powszechną uwagę zwracała ciężka, żałobna suknia noszona pomimo zakazu władz carskich. Poczuła się tak słabo, że resztką sił podeszła do nagrobka podkanclerzego koronnego biskupa Franciszka Krasińskiego, i mocno wsparła się o niego dłonią. Czerwony marmur przyjemnie chłodził jej rozpalone palce. Zebrała resztę sił i skierowała się do wyjścia. Ludzie rozstępowali się przed nią, mężczyźni obnażali głowy, kobiety dygały. Za sobą słyszała szmer współczujących szeptów: " Żona naczelnika z Łysej Polany!"         Wszyscy już znali szczegóły tragedii wigilijnej nocy. Kilku chłopców z Bodzentyna i dawnej partii braci Dawidowiczów, służyło w oddziale Aleksa i poległo w bitwie. Wielu mieszczan zostało aresztowanych za udział w powstaniu. Ale teraz nie chciała o tym myśleć. Nie chciała myśleć o niczym więcej. Pragnęła śmierci! Nagle zabrakło jej sił i wsparła się ramieniem o ścianę świątyni. Pusty żołądek kurczył się boleśnie, nękał ją jakiś dziwny ból głowy, a wzrok zasnuwała mgła.
- Czy mogę być w czymś pomocny pani hrabinie? - usłyszała czyjś głos. Młody mężczyzna stojący obok, z szacunkiem zdjął z głowy czapkę.
- Dziękuję panu, nic mi nie jest. - bąknęła zawstydzona i wolnym krokiem wróciła do karczmy, czując wstręt do świata i ludzi.
Ogarnął ją jakby paraliż woli. Przyszłość rysowała się przed nią w czarnych barwach. Miała nieprzezwyciężoną niechęć do podejmowania jakichkolwiek decyzji. Bała się życia i jego groźnych niespodzianek, jakie z sobą niosło. Marzyła, by ukryć się w jakimś kącie, zasnąć i nie zbudzić się więcej. "Nie wiem, jak ja potrafię żyć bez Alka i mego Makowa", Świat wydawał się jej ohydny, a każda decyzja wymagała wysiłku, na jaki ona nie mogła się zdobyć. Gdyby w tym momencie miała przy sobie truciznę, lub pistolet ojca, targnęłaby się na życie po raz drugi. Ale nawet pamiątkowa broń pozostała w pałacu, ukryta w sekretarzyku.
Ze spuszczoną głową wlokła się ponuro ulicami i przemagając niechęć do spotkania z ludźmi, weszła do zadymionej izby karczmy, śmierdzącej czosnkiem, tanią machorką, starym kitem i wódką. Izba pełna była gości, bo akurat w mieście odbywał się jarmark. Chłopi w ogromnych kożuchach, baby owinięte chustami aż po czubek nosa i stateczni mieszczanie, siedzieli przy długich dębowych stołach, popijając arak, wódkę lub gorący krupnik. Na środku, za wielkim szynkwasem, z powagą urzędował pejsaty Mosiek. Kilka wiejskich kobiet targowało się zajadle z karczmarką, o przyniesione na sprzedaż kury i wydzierało sobie wzajemnie z rąk gdaczące trwożnie ptaki. Podskubywały je i dmuchały w pióra, żeby udowodnić Żydówce, że drób jest młody i tłusty. Wrzeszczały przy tym tak głośno, iż mijająca je Nina, mimo woli zasłoniła uszy, życząc sobie nagłej śmierci.
Teraz rozumiała, jak się czuje człowiek pozbawiony własnego kąta. Jeszcze wczoraj o tej porze, znajdowała się w pałacu i dopiero wstała z miękkiej, pachnącej pościeli, pełnej koronek i atłasów. Dzisiaj tuła się jak bezdomny pies, równie jak on przerażona i bezradna. Przesuwała się bokiem ku drewnianym schodkom, lecz bystre oko karczmarza wyłowiło ją z tłumu. Mosiek wyszedł zza szynkwasu i podszedł do niej, kłaniając się nisko.
- W izbie ktoś czeka na jaśnie panią. - oznajmił z imitacją uśmiechu.- W tej dużej. - wskazał ręką.
- Dobrze. - ucięła, nie mając ochoty wdawać się w rozmowę. Spostrzegła, że już zwrócono na nią uwagę i przypatrywano się jej z zaciekawieniem. Minęła karczmarza i weszła do izby.
- Nina! No, nareszcie! - wykrzyknął Tadeusz, podnosząc się z twardej ławki. - Czekam i czekam. Gdzie się podziewałaś?
- Tadziu!
Nie widziała go od owej straszliwej nocy, kiedy razem szukali ciała męża. To jego ramię podtrzymywało ją, gdy stała przy trumnie. Na widok znajomej od dzieciństwa twarzy przyjaciela, tak drogiej i kochanej, stanęła jak wryta, a potem rzuciła się ku niemu i szlochała tak niepohamowanie, jakby duszę chciała z siebie wypłakać. Ukrywszy głowę na jego piersi, płakała i dygotała z okropnego żalu. Tadeusz zbladł, objął ją ramieniem i wtulił twarz w jej włosy, nie chcąc, żeby widziała, jak z jego oczu płyną grube łzy. Sam bardzo wzruszony, starał się pocieszyć ją i uspokoić.
- No, kotku, już dobrze. Pan naczelnik nie życzyłby sobie, żebyś tak rozpaczała. Zawsze był z ciebie taki dumny. Nie płacz, jeszcze i na naszej ulicy będzie święto. Zobaczysz.
Sięgnęła po sole trzeźwiące i opanowała się na tyle, że przestała płakać, choć trzęsła się cała i spazmatycznie wzdychała. Tadeusz widząc jej bladą jak opłatek twarz, podkrążone oczy i drżące ręce, nie mógł powstrzymać wybuchu wściekłości:
- Wiem wszystko. Setkowicz mi powiedział. Te przeklęte dranie skonfiskowali ci Maków i pozbawili praw. Wyobrażam sobie, co czujesz. Gdzie ty chodziłaś w takim mrozie? - spytał, pomagając jej zdjąć futro. Posadził ją na jedynym w izbie krześle, a sam przykucnął przy jej kolanach.
- Wybrałam się do kościoła, bo chciałam zamówić mszę. Po raz ostatni w życiu. Okazało się, że nie stać mnie na taki luksus. A przy okazji, wygarnęłam temu idiocie w sutannie, co myślę o jego religijnej pociesze. Udzielił mi pociechy duchowej z subtelnością młota parowego! Kiedy go słuchałam, miałam wrażenie, że drzewo zwaliło się na mnie! - westchnęła, splatając dłonie gestem bezradnego dziecka. - Przepraszam cię, Tadziu, za to mokre powitanie, ale czuję się trochę zagubiona, bo w krótkim czasie spadło na mnie zbyt dużo ciosów. Nie wiem, co mam zrobić z sobą i tymi biedakami, którzy są ze mną.
Tadeusz obrzucił ją spojrzeniem pełnym wyrzutu.
- My się już nie liczymy? - powiedział, ujmując ją za rękę. - Nino, przecież ja i moja rodzina, zawdzięczamy ci dach nad głową i ocalenie majątku. Gdyby nie twoja wielkoduszna pomoc, tułałbym się teraz z żoną i dzieckiem po cudzych kątach. Oddałaś nam swoje ostatnie pieniądze i tego ci nigdy nie zapomnimy. Ani chwili dłużej nie zostawię was tutaj! Odtąd uważaj Brzeziniec za swój dom. Z radością podzielimy się z tobą wszystkim, co mamy. I błagam, nie traktuj tego jak łaski, czy uprzejmości. Ty podałaś mi rękę, kiedy już zwątpiłem w jakąkolwiek pomoc i ludzką dobroć. Jesteśmy jedną powstańczą rodziną, a ty, Nino, jesteś żoną mego drogiego dowódcy. Znamy się od dzieciństwa i zawsze byliśmy przyjaciółmi, prawda? Wiedz o tym, że naczelnik pozostanie w naszej pamięci, jako wzór Polaka, patrioty i bohatera. - chrząknął, bo głos zaczął go zawodzić, więc dopiero po krótkiej przerwie kontynuował: - Nasz mały ciągle gorączkuje i Zosia musi przy nim siedzieć, bo płacze i wyrywa się za nią. Nie mogła ze mną przyjechać, ale błaga cię na wszystkie świętości, żebyś się zgodziła zamieszkać z nami. Przecież kochacie się, jak siostry. Powiedziała, że na klęczkach będzie cię o to prosiła. No, pakujcie się i zaraz jedziemy. Moskale dostali pieniądze i na razie do Brzezińca nie zaglądają. Lazaret jest bezpieczny. Kotku, odmowy nie przyjmuję, jasne?
   Nina słuchała go ze łzami w oczach. Nawet nie przyszło jej do głowy, że przecież Siekielscy mają wobec niej ogromny dług wdzięczności. Nie oczekiwała rewanżu za przysługę oddaną przyjacielowi. Ale Tadeusz był człowiekiem honoru, wierzył w ludzką prawość i sam poczuwał się do wdzięczności. Poza tym, był do niej bardzo przywiązany i nie wyobrażał sobie, że mógłby ją pozostawić bez pomocy.
- Pośpieszcie się! - ponaglał. - Sanie czekają przed karczmą.
Nina pochyliła się, ujęła jego głowę w obie dłonie i ucałowała gładkie, chłodne policzki.
- Jesteś moim najlepszym przyjacielem. - powiedziała, patrząc na niego z czułością. - Nigdy w życiu nie zawiodłam się na tobie i na Zosi. Uważam was za swoją rodzinę, bo innej, prócz Bini, nie mam. Ale właśnie dlatego, nie wolno mi lekkomyślnie przyjąć twego zaproszenia.
    Tadeusza zatkało i tylko patrzył na nią z narastającą złością. Już zamierzał na nią huknąć, lecz ona położyła mu palec na ustach.
- Tadziu, moja decyzja jest ostateczna i nieodwołalna. - oświadczyła stanowczo.- Nie zrobię tego, o co prosisz, bo was kocham i nie mogę was narażać. Jestem śledzona i wiem, że Moskale mają co do mnie swoje plany. Obecnie zajęci są ważniejszymi sprawami, niż moja mizerna osoba, ale z pewnością o mnie nie zapomną. Wczepili się we mnie chwytem buldoga i nie popuszczą. Gdybym przyjęła twoje zaproszenie, to lazaret znajdujący się w twoim domu byłby zagrożony. Pamiętaj, jesteś odpowiedzialny za bezpieczeństwo tych rannych chłopców. Poza tym, ty nadal walczysz w powstaniu, choć już nie szablą. - pieszczotliwie pogładziła jego pusty rękaw.
    Wstała i podejrzewając, że Jaga podsłuchuje pod drzwiami, przeszła na język francuski.
- Ale, mój przyjacielu, możesz mi oddać ogromną przysługę. Proszę cię o dach nad głową dla Walentego i Kumosi. Przygarnij także Stacha i Maćka, kiedy wyzdrowieje. Będziesz w nich miał najwierniejszych przyjaciół. Tych dwoje biednych staruszków, potrzebuje spokoju i ciepła domowego. Są zupełnie zagubieni, a Walenty poważnie zachorował po... no wiesz! Stach, to oddany, absolutnie zaufany człowiek i znakomity znawca koni. Jest jeszcze w kryjówce leśnej kilka arabów, weź je sobie na pamiątkę po mnie i po Alku. Jeżeli możesz, to przyjmij jeszcze Ulisię, moją byłą pokojówkę. Straciła na Łysej Polanie brata i narzeczonego. Zosia będzie miała w niej oddaną duszę. To mądra i odważna dziewczyna. Ci ludzie są mi bardzo drodzy. Kochany, przygarnijcie moich staruszków i okażcie im odrobinę serca. Z pewnością nie będą wam ciężarem, bo mają złote ręce. Ja nie wiem, co ze mną będzie i gdzie się podzieję. Nie mam prawa narażać starych ludzi na niepewny los i tułaczkę. Gdyby udało mi się zapewnić sobie niezależny byt, zabiorę ich do siebie. Tak mi ciężko rozstawać się z nimi, ale robię to dla ich dobra.
    Wysłuchał jej w milczeniu rozumiejąc, że Nina z chłodną rozwagą ocenia swoją sytuację i że ma rację.
- Weźmiesz ich? - spytała, zaglądając mu w oczy.
- Dla ciebie zrobię wszystko! - zapewnił ją gorąco. - W Brzezińcu niczego im nie zabraknie, ani pożywienia, ani serca. Ale ty - co z tobą? Powinnaś stąd uciekać. Postaram się ułatwić ci przedostanie się do Galicji.
- O tym pomówimy innym razem. Nie odjadę, dopóki nie dowiem się, co się stanie z moim Makowem. - jej delikatna twarz nagle przybrała zimny wyraz. Tadeusz dostrzegł zarówno smutek wielkich oczu, jak i twardą, upartą linię jej ust. - To mój dom, ofiarowany mi przez mego męża. Nigdy z niego nie zrezygnuję! Całe życie walczyć będę o odzyskanie Makowa. Tam przecież spoczywa Alek! Niechże choć po śmierci nasze szczątki legną obok siebie. Nie wiem, czy potrafię tego dokonać, ale zrobię wszystko, żeby mój dom odzyskać. Choćbym miała duszę oddać diabłu, gdyby on istniał i zgodził się na taki kiepski interes.
Tadeusz nie próbował z nią dyskutować, bo znając ją od dziecka wiedział, że ma 
żelazną wolę i upór. Ale bał się o nią i nie miał serca powiedzieć jej, że Maków jest dla niej stracony. Jako osoba pozbawiona praw, narażona była na szykany i zniewagi carskich sługusów, którzy mogą potraktować ją jak oporną chłopkę, z największą surowością.
- Nie zamierzam cię przekonywać, bo wiem, że nie ustąpisz. - jego głos zadrżał. - Pamiętaj jednak, że mój dom zawsze jest twoim domem. A teraz mów, jak mogę ci pomóc?
- Tadziu, nie mamy się gdzie podziać. - rzekła bez namysłu. - Musimy mieć jakiś dach nad głową, sprzęty... Nie posiadam absolutnie nic!
- Poczekaj tu na mnie. Postaram się coś załatwić. - narzucił na siebie futro, wcisnął na głowę czapkę i wyszedł.
W uchylonych drzwiach pojawiła się Jaga. W jej oczach Nina wyczytała żal i jakby pretensję.
- Dlaczego nie przyjęłaś propozycji pana Siekielskiego? - odezwała się podniesionym tonem.
Jadze trudno było pogodzić się z utratą niezależności. W pałacu była pierwszą osobą po pani i wszyscy okazywali jej szacunek. Dom Niny był jej domem. Posiadała własne pieniądze, a świadomość, że przestała być ubogą rezydentką, była dla niej powodem do satysfakcji. Pozycja Niny i złote imperiały, gwarantowały jej spokojną i dostatnią starość, bez trosk materialnych. Teraz ponownie utraciła wszystko i znowu stała się nędzarką, zależną od czyjejś łaski. Pod koniec życia, znalazła się w punkcie wyjścia. Siekielskich znała i lubiła, wiedziała, że w Brzezińcu byłoby im dobrze. Nie miała ochoty tułać się po obcych kątach i żyć w niedostatku.
Grottger. Głód.
   
Nina doskonale rozumiała jej obawy i rozgoryczenie.
- Najmilsza moja, jest mi tak przykro. - w jej oczach malował się ból i rozterka. - Byłam pewna, że potrafię zapewnić ci spokojną i godną starość. Ale nieszczęście sprawiło, że ponownie stałyśmy się bezdomnymi biedakami. To moja wina, bo powinnam była pozwolić ci jechać z Binią do Świerszczyn. Ale przecież ty możesz zamieszkać u Siekielskich. Zosia będzie dla ciebie jak rodzona córka. Nie mam prawa zatrzymywać cię przy sobie i zmuszać, abyś dzieliła ze mną mój tułaczy los.
- Co? Chcesz mnie się pozbyć? - Jaga spiorunowała ją wzrokiem. - Dopóki żyję, nigdy cię nie opuszczę! Ja nie o siebie się martwię, ale o ciebie, moje drogie dziecko.
- Nie mogę przyjąć propozycji Tadzia. - Nina posadziła nianię na krześle i stanęła obok niej. - Widzisz, ja jestem jak człowiek zarażony morowym powietrzem, sprowadzam na innych nieszczęście. Gdziekolwiek się ruszę, tam pójdą za mną szpicle żandarmerii i doniosą na ludzi, którzy mnie przygarną. Rozumiesz? Nie mam prawa nikogo narażać. Kiedy powstanie upadnie, władze carskie przypomną sobie o mnie. Nie zostałam aresztowana w Makowie, bo może oni chcą, żebym doprowadziła ich do lazaretu i towarzyszy broni mego męża.
- Więc uciekajmy!
- A za co, nianiu? Wyprawa do Galicji wymaga dużych pieniędzy. Nie stać nas na przewodników. Potrzebne byłyby lewe dokumenty, a to wszystko kosztuje.
- Sprzedaj resztę klejnotów i uciekajmy! - upierała się Jaga.
- Komu je sprzedam? Jeżeli tylko zacznę się rozglądać za kupcem, żandarmeria domyśli się, że zamierzam uciekać i wtedy mnie aresztują. Zresztą muszę wiedzieć, co będzie z Makowem. Wyjedziemy z pewnością, ale jeszcze nie teraz.
   Nina zamilkła, a jej oczy przybrały tak dziwny, niepokojący wyraz, że Jaga nie odważyła się więcej nalegać. 
Tadeusz powrócił bardzo z siebie zadowolony, bo udało się mu załatwić im mieszkanie. Pod Zamkiem znajdował się duży, wydzierżawiony folwark, do którego należał niewielki domek ukryty w gęstwinie drzew i zwany "psiarnią biskupa". Możliwe, że niegdyś mieszkali w nim psiarczyki, opiekujący się sforą dostojnika. Obecnie domek zajmował pisarz prowentowy. Na prośbę Tadeusza, dzierżawca folwarku kazał pisarzowi przeprowadzić się do oficyn, a domek oddać wdowie po hrabim Klonowieckim. Meble należały do wyposażenia domu, więc i ten kłopot spadał Ninie z głowy.
- Dziękuję ci, Tadziu. A ile mamy zapłacić za czynsz? - spytała z obawą, przeliczając w myślach swój skromny fundusik.
- A co cię to obchodzi? - zrobił obrażoną minę. - Masz mieszkanie? Więc sprowadzajcie się i kwita!
- Ale...
- Cicho! Rozmawiałem z panem Bochniakiem. To bardzo porządny człowiek i całkiem tobie oddany. Nie zostawi was bez zaopatrzenia, a ja jutro podrzucę wam coś na nowe gospodarstwo.
- Wiesz, jesteś najsłodszym chłopcem pod słońcem! - zawołała Nina, ucieszona tą pierwszą pomyślną wiadomością i serdecznie go ucałowała.
Tadeusz zarumienił się i zmienił temat rozmowy.
- Te cholerne dranie nic ci nie zostawiły z majątku? Wszystko uległo konfiskacie?
- Absolutnie wszystko. Byłam ogromnie naiwna wierząc, że Maków cudem nie został zrabowany i spalony. Tymczasem okazało się, że ci nędznicy od dawna mieli mój dom na oku i chronili pałac przed dewastacją. Pamiętali nawet o jakichś placach w Warszawie, o których ja akurat nie miałam bladego pojęcia.
- A Lipieniec?
- Majątek wojewodziny jest już w całości własnością Starewicza, jako nagroda za lojalność! Jak widzisz, nie mam już niczego i jestem ubogą chłopką pozbawioną praw.
- Rany boskie! - Tadeusz z przejęciem szarpnął jasny wąs. - Panna z rodu Nałęczów i hrabina Klonowiecka chłopką! Niesłychane!
- Niestety. Latem mogę wynajmować się do kopania ziemniaków. - mężnie przełknęła duszące ją łzy. - I tak miałam szczęście w nieszczęściu, bo byłam pewna, że z miejsca mnie aresztują i ześlą.
- Biedactwo, moje kochane biedactwo. - szeptał, przygarniając ją do siebie. - Twoje śliczne rączki nie są stworzone do fizycznej pracy. Jesteś pianistką.
- Byłam, Tadziu. Teraz mogę już tylko pograć sobie palcami po stole.
   Pożegnanie z Walentym i Kumosią, o mało nie spowodowało u niej nowego załamania nerwowego.
- Najmilsi, ja nie wiem jaka przyszłość mnie czeka. - tłumaczyła, płacząc i ściskając ich kolejno. - Zapewne zostanę aresztowana, może zesłana na wiele lat. Rozstanie z wami, to najtrudniejsza decyzja, jaką podjęłam i ogromnie mi ciężko na sercu, jakbym po raz drugi traciła rodziców. Kumosiu, proszę nie płakać, bo ja nie mogę na to patrzeć. Ale na stare lata musicie mieć wygodę, Walenty potrzebuje opieki lekarza. W Brzezińcu jest doktor Setkowicz. Przysięgam, że gdyby udało mi się odzyskać część pieniędzy i kupić dobra gdzieś w Galicji, zabiorę was do siebie.
Lecz ku jej zdumieniu, staruszkowie nie zamierzali nigdzie emigrować.
- Gdzie nam starym podróże, paniuleczko nasza najsłodsza.- westchnął żałośnie Walenty. - Niedługo czeka nas najdłuższa podróż - do grobu. Tu się urodziliśmy i w tej ziemi chcemy złożyć nasze kości. Dosyć się nażyłem. Mój ukochany pan w grobie, dom we wrażych łapach, to i na mnie czas. Ot, chciałbym jeszcze pobłogosławić małą jaśnie panienkę, ale Bóg nie dał. Panna Kumosia także tutejsza i nie zechce tułać się po świecie.
   Ninie przypomniał się aforyzm, że nie przesadza się starych drzew. Walenty i Kumosia nie potrafiliby żyć z dala od gór i puszczy, ukochanej ziemi Świętokrzyskiej. Jedyną pociechą dla niej było to, że oboje chętnie zgodzili się zamieszkać w Brzezińcu.
- Jaśnie pan dziedzic Siekielski, godny człowiek, powstaniec i przyjaciel pana hrabiego. Młoda pani dziedziczka, dobra jak anioł. Będzie z nami Stach z rodziną, Maciek z matką, więc człowiek przynajmniej umrze pomiędzy swoimi.
    Nina z trudem powstrzymała wybuch rozpaczy. Całym sercem przywiązała się do tych dwojga starych ludzi. Byli dla niej wspomnieniem Makowa i rozstanie z nimi, było dla niej osobistym dramatem. Stary kamerdyner również był niezwykle wzruszony. Jego zamglone oczy wypełniły się łzami.
- Nigdy nie doznałem od mojej najśliczniejszej pani żadnej przykrości, tylko samą dobroć. Będziemy się z panną Kumosią modlić za naszą panią i dobrodziejkę i prosić Boga o opiekę i błogosławieństwo.
    Nina objęła go za szyję i mocno ucałowała.
- Dziękuję wam obojgu za miłość i życzliwość, jaką mi okazywaliście od pierwszej chwili. Nigdy nie sprawiliście mi zawodu. Byliście mi pociechą w chwilach zmartwienia i dzięki wam, mogłam przetrwać i nie załamać się zupełnie.
Kumosia żałośnie pociągała nosem.
- Może kiedyś da Bóg, że jaśnie pani hrabina powróci do nas. A jakby przyszło rozstać się na zawsze, to wiedz, nasz śliczny kwiatuszku, że ludzie w Makowie błogosławią swoją panią i dumni są z ciebie. Zostawiłaś po sobie najlepszą pamięć. A nie zapomnij, dziecinko, wieczorem zaparzać sobie melisy....
    Na koniec wszyscy popłakali się jak bobry, a Nina długo stała przed karczmą, odprowadzając tęsknym wzrokiem odjeżdżające sanie. Oni byli wolni, mogli odjechać, ona niestety nie. Ale nie miała czasu na długie rozpamiętywanie, bo zaraz po przyjściu Miry, urządzono przeprowadzkę.
    Domek był zaniedbany, brudny i wymagał gruntownego sprzątania. Początki były bardzo trudne. Nie posiadały naczyń, ani sztućców, nawet szklanki czy garnuszka, bo nie pozwolono im nic z domu zabrać. Jaga usiadła w kuchni na kulawym stołku i załamała ręce. Ale zanim zdążyły popaść w czarną rozpacz, przyjechał Setkowicz. Miał posiniałe z zimna policzki, czerwony nos, ale przywitał się z paniami niemal wylewnie. Ninę pocałował w rękę i przyjrzał się jej badawczo.
- Nie mogłem wyrwać się wcześniej, bo miałem "anioła stróża".- powiedział, zacierając skostniałe ręce.- Na szczęście "anioł" kocha wodę ognistą, więc pan Bochniak uraczył go butelczyną gorzałki i "anioł" chrapie, a ja mogłem urwać się do Bodzentyna. Cóż, jakże się panie czują? - zapytał, rozglądając się po pustym, zaśmieconym pokoiku.
- Świetnie. Jak to na nowym mieszkaniu. - Nina starała się zachować pogodną minę.
- Aha! - doktor potarł knykciami zarośnięte policzki. - Niezła chałupka, tylko musicie ją wywietrzyć, bo cuchnie bimbrem i tytoniem.
- Sprowadziłyśmy się tu przed godziną i musimy wysprzątać tę stajnię Augiasza2, ale nie mamy nawet w czym zagrzać wody. - poskarżyła się Mira, rozglądając się dokoła żałosnym wzrokiem.- Nie możemy poczęstować pana herbatą, ani same napić się czegoś, bo brakuje nam wiadra na wodę, czajnika, szklanek, talerzy, po prostu wszystkiego.
- Cierpliwości. Zaraz powinien nadjechać pan Bochniak. Widziałem, jak ładował na sanie całe gospodarstwo. A gdzie nasi staruszkowie?
   Nina westchnęła i spochmurniała.
- Uprosiłam Tadzia, żeby zabrał ich do Brzezińca. Tam będzie im dobrze...- spuściła głowę i zagryzła usta.
- Mądrze pani zrobiła. Walenty jest poważnie chory, bo ma bronchit i groźną wadę serca.
Nina zasłoniła dłonią usta i nie czekając aż doktor skończy mówić, wypadła do drugiego pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Jaga zamierzała pobiec za nią, lecz Setkowicz ją powstrzymał.
- Pozwólcie jej wypłakać się na osobności. - powiedział ściszonym głosem. - Ona musi się wyładować, bo inaczej rozpacz ją zabije.
- Jezu, z takiego bogactwa, do takiej nędzy! - zaszlochała Jaga.
- Może to i lepiej, że nie zdołała zasklepić się w rozpaczy, bo myśl o tragicznej śmierci męża, byłaby dla niej zabójcza. Mogłaby tego nie przeżyć. - rzekł jakby do siebie.
Tymczasem Nina opanowała się i wyszła, bo koniecznie chciała się dowiedzieć, co się dzieje w Makowie. Setkowicz przysiadł na parapecie okiennym i zaczął opowiadać. Okazało się, że wojsko już wyszło z Makowa, nie czyniąc żadnych szkód. Na odjezdnym, urzędnicy zaplombowali drzwi do wszystkich pokoi, uniemożliwiając wyniesienie stamtąd czegokolwiek. Mierzono ilość korców zboża i ziemniaków, oraz obiecano wysoką nagrodę temu, kto wskaże miejsce, gdzie ukryto kosztowności. W obecności rządcy zabezpieczono kasę, polecając mu zaopiekować się resztą stada arabów, kilku krów i nielicznych świń. Sam pałac został zamknięty na cztery spusty.
    Po odjeździe Niny, Szyszkow czepił się Maćka, jak rzep psiego ogona, oskarżając go, iż jest rannym buntownikiem. Ale ludzie z czworaków wyjaśnili, że ranny chłopak to zwykły parobek, przypadkowo trafiony w czasie potyczki ludzi z lasu z Dońcami. Żandarm na szczęście uwierzył i zostawił Maćka w spokoju. Z dawnych pracowników pozostał tylko pan Bochniak, stróż palący w piecu w ogrodzie zimowym i w szklarni, oraz kilkoro ludzi na folwarku, doglądających obory i stajni. Resztę pracowników brutalnie wyrzucono. Nina słuchała jego opowiadania uważnie, złożywszy na kolanach ręce i wbijając sobie aż do bólu paznokcie w ciało.
- A moja konisia? - odważyła się spytać.
    Setkowicz parsknął śmiechem.
- O, tym koniem zabiła pani Szyszkowowi klina! Poszedł do stajni obejrzeć klacz i oberwał od niej kopytem. Pomimo to, rozkazał strzec jej jak skarbu. Gdy wojsko opuszczało Maków, polecił przynieść ciepłe dery, okrył nimi klacz od głowy do ogona, kazał owinąć jej nogi i polecił czterem kozakom odprowadzić pani konisię do Warszawy, do pałacu namiestnikowskiego. Kupa śmiechu! Na pożegnanie, Szyszkow zapowiedział kozakom, że gdyby klaczy stała się krzywda, to on każę wlepić każdemu z nich tysiąc pałek na goły tyłek, a tę resztę, jaka z nich pozostanie, ześle na Ural do kopalni! Może być pani zupełnie spokojna, klaczce nie stanie się krzywda. Z pałacu także niczego nie ukradziono, bo oficerom patrzyli na ręce urzędnicy, a wszyscy razem lękają się odpowiedzialności przed nowym właścicielem, którym może zostać nawet ktoś z carskiej rodziny. Boją się, że nowy dziedzic wydarłby im skradzione przedmioty z gardła, a w najlepszym razie postarałby się dla winnego, o wycieczkę na koszt państwa na białe niedźwiedzie.
    Bezkrwiste wargi Niny wykrzywił zły grymas.
- Doktorze, to ja jestem jedynym prawnym właścicielem Makowa, cała reszta to złodzieje, którzy skradli mój dom! - skarciła go podniesionym głosem.
    Setkowicz tylko pokiwał głową, ale nie skomentował tej wypowiedzi, nie chcąc jej drażnić.
- Mówił pan, że kazano panu Bochniakowi zaopiekować się resztą stada arabów. Mam rozumieć, że wiedzą, gdzie się stado znajduje?- spytała Nina.- Ja te konie podarowałam Tadeuszowi.
- Proszę się uspokoić. Pan Bochniak powie im, że konie zostały ukradzione z lasu przez nieznanych osobników. Niech żandarm udowodni, że to nieprawda!- uniósł znacząco brwi i zwrócił się do Miry. - Mam dla pani propozycję. Czy zechciałaby pani pracować w tutejszym szpitalu? Wprawdzie płacą tyle, ile kot napłakał, ale lepsze parę groszy niż nic, prawda?
- Mam obiecaną pracę prywatnej nauczycielki, ale chętnie wezmę nocne dyżury. - powiedziała, patrząc na niego z wdzięcznością.
- Czy i dla mnie znalazłoby się tam miejsce? - odezwała się Nina.
- Oczywiście. - zapewnił Setkowicz. - Każda para rąk jest mile widziana.
    Mira posłała mu uśmiech domyślając się, że to on wywalczył dla nich tę pracę. Nina nie znosiła szpitalnych obowiązków, lecz musiała kierować się rozsądkiem, a nie emocjami. Znalazły się w opłakanej sytuacji i nie wolno im było gardzić najlichszym nawet zarobkiem. Z wdzięcznością uścisnęła doktorowi rękę wiedząc, że dla niej wykopałby pieniądze nawet spod ziemi, gdyby tylko wiedział, gdzie się one znajdują.
   
Za oknami rozległo się głośne parskanie koni i przed domek zajechały trzy wielkie sanie, załadowane najrozmaitszymi rzeczami. Z sań wysiadł pan Bochniak i wszedł do kuchni. Ujrzawszy Ninę w ponurej, brudnej izbie, omal nie popłakał się z gniewu i żalu. Ale ona powitała go z taką radością, jak każdego, kto przybywał z ukochanego Makowa.
- Natychmiast służyłbym pani hrabinie pomocą, ale ci szmaciarze kazali mi spisywać straty w majątku.- oznajmił, ocierając oszronione wąsy i składając na obu jej rękach pocałunki.- Przywiozłem coś na nowe gospodarstwo. Czy pani hrabina ma dla mnie jakieś rozkazy?
- Nie mam prawa rozkazywać panu, co najwyżej mogę prosić o przysługę. - powiedziała ze smutkiem.
- Dla mnie pani hrabina zawsze będzie dziedziczką Makowa i małżonką świętej pamięci pana hrabiego Klonowieckiego.- chrząknął i przetarł rękawicą podejrzanie wilgotne oczy. - Nie tracę nadziei, że kiedyś doczekam radosnego dnia, kiedy do pałacu wróci jego prawowita pani z panną hrabianką.
    Nina zarumieniła się leciutko uszczęśliwiona, że oprócz niej, jest jeszcze ktoś, kto wierzy w jej powrót do domu.
- Dziękuję, miło mi to słyszeć. - westchnęła i przetarła dłonią czoło, cierpiąc od rana na silne bóle głowy.- Kochany panie Bochniak, w gabinecie męża, za obrazem kasztelana jest sejf. Pozostała tam reszta moich pieniędzy. Muszę je mieć, bo nie mamy z czego żyć. Pojechałabym po nie sama, ale wiem, że jestem obserwowana i zawrócono by mnie z drogi.
    Na okrągłej, poczciwej twarzy rządcy odmalowało się zakłopotanie.
- Ale pałac jest zaplombowany! - przypomniał. - Zerwę plombę i aresztują mnie. Ludzie są już tak zastraszeni, że nikomu nie mogę zaufać. Ciężka sprawa! - rządca wyjął z kieszeni futra kraciastą chustkę i wytarł nią spoconą łysinę. - Przywiozłem pani hrabinie trochę niezbędnych sprzętów i co tam mogłem wziąć z żywności. Kuchcik wykradł z kuchni sztućce i garnki. Proszę powiedzieć mi, co jeszcze jest paniom potrzebne. Niestety, plomb ruszać nie mogę, bardzo żałuję.
- Rozumiem. A czy okna są także zaplombowane? - zagadnęła Nina, nie zamierzając rezygnować z szansy odzyskania reszty pieniędzy.- W środkowym oknie gabinetu jest luźna klamka.
    Pan Bochniak wpatrywał się w nią zdumiony, a jego okrągłe oblicze naraz rozjaśniło się domyślnym uśmiechem.
- O tym nie pomyślałem. Proszę mi dokładnie opisać, jak mogę dostać się do sejfu.
    Nina poprosiła doktora o kartkę papieru z notatnika i ołówek. Narysowała plan i wytłumaczyła, w jaki sposób odsuwa się obraz. Dała mu klucz do sejfu i objaśniła, jak obluzowaną klamkę przy oknie, można podważyć z zewnątrz nożem, bez konieczności rozbijania szyby. Pan Bochniak obiecał, że dostanie się do gabinetu, jak tylko nadarzy się okazja. Panowie wraz z woźnicami zabrali się do wyładowania sań, a potem zaczęli zbierać się do odjazdu. Rządca pamiętał o tym, żeby dostarczyć im drewno na opał i kazał chłopakowi przynieść wodę ze studni. Przed samym odjazdem, Nina odciągnęła pana Bochniaka na bok.
- Proszę, błagam, niech pan nie dopuści, żeby kaplicę zbezczeszczono. Niech on....- głos jej się załamał i dokończyła szeptem - niech spoczywa w pokoju. Dosyć się nacierpiał!
   Rządca wpatrywał się w nią z najgłębszym przywiązaniem i współczuciem.
- Niech mi pani hrabina zaufa. Nigdy na to nie pozwolę. Po moim trupie! - wybuchnął z pasją i nacisnąwszy czapę na głowę, wskoczył do sań i odjechał, wstydząc się wykrzywionej bezsilnym gniewem twarzy i niemęskich łez.
 
1 konsolidacja - utrwalenie, umocnienie.
2Augiasz. mit.gr. - król Elidy; oczyszczenie jego od lat nie porządkowanych stajni było jedną z 12 prac Heraklesa.