niedziela, 18 września 2016

Pogrom!


18 wrzesień 2016 r.
Sień pałacu pełna była Dońców. Włóczyli się po całym domu, opukując ściany, zaglądając do pieców i kominków, najwyraźniej czegoś szukali. Wszystkich domowników zapędzili do kąta w sieni, skąd mogli tylko śledzić poczynania najezdników. Nie wiadomo, czy ich wzrok obudził u lejtnanta podejrzenie, czy też chciał ludziom napędzić strachu, dosyć że przechadzał się po sieni dzwoniąc ostrogami, przystając i przypatrując się komuś.

Kozak doński.
"Co ten szatan zamierza? - Nina zadawała sobie to pytanie coraz częściej i z coraz większym strachem. - Boże, on cały czas chodzi wzdłuż tej zamurowanej ściany. Czyżby ktoś się zdradził, że to droga do lazaretu? Nie, to absurd. Ale nie podoba mi się jego zachowanie. Jezu Chryste, jak ja się boję tego człowieka! Jeżeli, co nie daj Boże, odkryje lazaret, to ja wolę tego nie doczekać. Cioteczko Teciu, pomóż mi! Syneczku, módl się za twoją nieszczęśliwą matkę, mój słodki aniołku. Święta Maryjo, ratuj! O, niechże on przestanie chodzić koło tej ściany, bo zacznę głośno krzyczeć!"
Zacisnęła mocno szczęki, żeby pohamować dzwonienie zębami i stała na pozór zupełnie spokojna, ze spuszczoną na piersi głową, wpatrując się w biało-czarną szachownicę marmurowej posadzki. Lejtnant zatrzymał się raptownie, a potem skoczył jak tygrys, końcem nahajki dotykając piersi Walentego.
- Gadaj, stary! - wrzasnął, nastając na niego brutalnie.- Gadaj, gdzie ukrywacie rannych buntowników? Przechowujecie i leczycie ich w tym domu. Mów zaraz, gdzie oni są?
Nina zlodowaciała. Więc jednak stało się najgorsze, czego podświadomie się obawiała. Cały czas chodziło mu o lazaret! Stary kamerdyner przybrał minę, jaką miewają ludzie w sędziwym wieku i głusi, którzy jednak bardzo pragną zrozumieć, czego się od nich chce. Przyłożył dłoń do ucha i uśmiechając się łagodni, wyciągnął szyję ku oficerowi.
- Hę? Powtórzcie, wasza wielmożność, bom niedosłyszał. - rzekł rozwlekle.
- Nie słyszysz? A jak każę ci wrzepić sto pałek na goły tyłek, to słuch ci się poprawi, co? - warknął lejtnant.
Nina porwała się i zasłoniła sobą staruszka.
- Niech go pan nie krzywdzi. To stary, chory człowiek. Nawet tacy okrutni ludzie jak pan, miewają ojców. Przez pamięć na ojca pana, proszę go nie krzywdzić. Błagam.... - choćby ją miano zabić, nie poprosiłaby o litość dla siebie, ale uczyniła to dla Walentego.
- Więc jednak prosisz mnie o coś? - oficer rzucił jej drwiące spojrzenie i odepchnął ją. - Gadaj stary psie, gdzie ukryliście lazaret?
Walenty zamamlał, zrobił ustami trąbkę, jakby na coś dmuchał i dalej uśmiechał się rozbrajająco.
- Jacy buntownicy? Przecie to pałac jaśnie oświeconego pana hrabiego Klonowieckiego. E, wasza wielmożność żartuje sobie ze starego sługi. - poskarżył się płaczliwie. - A kto by taką hołotę wpuszczał do domu?
- Kto wie, może żartuję. - odparł oficer z przerażającym skrzywieniem ust. Przez krótką chwilę zastanawiał się, mrużąc oczy. Potem zaśmiał się i rozkazał Dońcom: - Wyrzućcie stąd wszystkich mężczyzn!
Kozacy rzucili się na służących, rozglądających się rozpaczliwie za jakąś bronią i błyskawicznie wypchnęli ich do kredensowego pokoju, zamykając za nimi drzwi na klucz. Lejtnant rozejrzał się i jego oczy padły na stojącą na przodzie Ulisię.
- Ty także nie wiesz nic o rannych buntownikach? - zagadnął, podnosząc jej głowę końcem nahajki. Twardym chwytem ścisnął jej ramię i jednym szarpnięciem wyciągnął ją na środek sieni. - No, jak mi powiesz, gdzie twoja pani ukryła tych bandytów, to ja nie pozwolę, żeby moi mołojcy zabawili się z tobą. Więc jak? Gadaj!
Dońcy przysłuchujący się dowódcy, zaczęli szczerzyć zęby i nieznacznie przysuwali się do kobiet, wybierając wzrokiem co młodsze i ładniejsze. Biedna 
Ulisia rozglądała się oszalałym ze strachu spojrzeniem zagonionej łani, daremnie szukając drogi ucieczki i ratunku. Zaciskała drżące usta, próbując uwolnić się z uścisku żelaznej ręki oficera. Stojąc samotnie na środku wielkiej sieni, wyglądała tak bezbronnie, drobna i niewielka, jak dziewczynka.
- Panie, zostawcie mnie. Przecie ja nic nie wiem. - wyszeptała, wznosząc ku niemu oczy pełne łez.
- Gadaj, dziewko! - ryknął z furią, potrząsając nią, szarpiąc i policzkując, aż głowa dziewczyny chwiała się na obie strony.
- Jezusie! Litości, panie....- płakała, chwytając się za bolący kark.
Lejtnant wpadł w taką pasję, aż jego wargi pokryły się pianą. Wyglądał jak głowa Meduzy1, z nienaturalnie rozszerzonymi oczami i posiniałymi policzkami Pochwyciwszy w garść długie warkocze dziewczyny, owinął je sobie dokoła pięści i zaczął ją bezlitośnie bić po twarzy i po głowie. Krzyczała i płakała, wijąc się z bólu. Z nosa i z ust popłynęła struga krwi, plamiąc biały fartuszek, ale milczała jak zaklęta, doprowadzając tym oficera do białej gorączki.
Nina rzuciła się w jego stronę, zamierzając wydrzeć mu ofiarę z rąk.
- Nie bij jej, ty zwyrodniały potworze! - krzyknęła, szarpiąc się z nim. - Ona o niczym nie wie. Tutaj nie ma żadnego lazaretu. Nie ukrywamy buntowników, więc czego od nas chcecie? O, nie daruję ci tego, kanalio, zaraz jutro pojadę do Kielc i poskarżę się generałowi Czengieremu. Powiem mu, jakich ma oficerów oprawców!
- Milcz! - wrzasnął. - Skąd wiesz, czy dożyjesz jutra? Won! - odepchnął ją z taką siłą, że poleciała jak wystrzelona z armaty i z rozpędu uderzyła głową o ścianę.
Zobaczyła wszystkie gwiazdy i na krótką chwilę straciła przytomność, leżąc bez ruchu jak szmaciana lalka, z rozrzuconymi rękami i nogami. W ostatniej chwili usłyszała przeraźliwy krzyk Jagi. Niania upadła przy niej na kolana i uniosła jej głowę, nadsłuchując oddechu. Z drugiej strony przykucnęła Mira, obmacując głowę Niny i badając, czy kość czaszki nie jest pęknięta. Obie kobiety odetchnęły, kiedy Nina otworzyła oczy i oprzytomniała. Przy ich pomocy podniosła się z wielkim trudem i stanęła prosto, chociaż zaczęło ją mdlić i ćmiło się jej w oczach. Zapewne miała lekki wstrząs mózgu. Wyprostowała się i starła krew płynącą z rozciętej wargi.
- Biełajew. - odezwał się lejtnant cichym głosem, groźniejszym od najdzikszego wrzasku. - Weźcie sobie te baby. Czekaj, ty ścierwo! - pogroził Ulisi pięścią. - Jak dobierze się do ciebie z dziesięciu moich zuchów, to powiesz nam wszystko. Nawet to, czego nie wiesz!
W sieni rozległy się przeraźliwe gwizdy. Kozacy rzucili się na kobiety, chwytając je i ciągnąc ku sobie przemocą. W całym domu słychać było straszne krzyki śmiertelnie przerażonych kobiet, z których Dońcy zdzierali suknie, oporne bijąc i kopiąc. Ściany drżały od okropnych wrzasków dziewcząt ciągniętych za włosy, głośnych śmiechów kozaków, brzęku rozbijanego szkła i trzasku łamanych mebli. Lejtnant skradającym się krokiem podszedł do Niny i położył rękę na jej ramieniu.
- Teraz kolej na ciebie, ty mała buntowniczko. - powiedział niskim, ochrypłym głosem, wpatrując się w nią lubieżnym wzrokiem.
Silnym ruchem szarpnął stanik jej sukni, rozdzierając go do pasa. Nina obejrzała się z rozpaczą, słysząc za sobą głuchy jęk niani, walącej się ciężko na posadzkę. Jaga otrzymała mocny cios w tył głowy w chwili, gdy biegła jej na pomoc. Upadła i nie poruszyła się więcej. "Zabili ją!" - pomyślała Nina ze zgrozą, ale nie miała już czasu na rozpacz, bo lejtnant rzucił się na nią jak dzikie zwierzę. Nienawiść i palące pożądanie odbierały mu prawie przytomność. Nie prosiła go o litość, bo wiedziała, że on jej nie okaże. Kątem oka dostrzegła Mirę, tarzającą się po posadzce i wijącą w ramionach rosłego kozaka. Westchnąwszy do Boga, Nina nie prosiła Go o życie, lecz o szybką śmierć. Nie chciała żyć i doświadczyć tego, co ten potwór chciał z nią zrobić. 
 Walczyła jak szalona, pragnąc wyrwać się w ramion mężczyzny, bo zdawała sobie sprawę, że gdy osłabnie, on powali ją na posadzkę i zgwałci, a potem odda ją swoim Dońcom na uciechę. To, co ją czekało, było gorsze, niż najokropniejsze wyobrażenia. W uniesieniu przysięgła sobie, że zrobi wszystko, żeby to zwierzę jej nie posiadło. Postanowiła doprowadzić go do takiej wściekłości, żeby sam ją zastrzelił lub udusił i broniła się z zaciekłością, nie pozwalając się przewrócić. Chciał zerwać z niej stanik i obnażyć piersi. Dyszał, sapał, ślinił się, a jego oczy przysłonięte mgłą pożądania, przejmowały ją grozą, kiedy mocował się z nią, nie szczędząc jej uderzeń.
- Nie obronisz się przede mną, ty suko! - warczał wściekle, wykręcając jej ramiona do tyłu, żeby nie mogła go drapać. - Mów, gdzie jest lazaret? Dowiem się tego od ciebie, choćbym miał cię obedrzeć ze skóry! - nie mógł zrozumieć, jakim cudem ta delikatna, zda się eteryczna kobieta, broni się z siłą, jakiej nigdy by się u niej nie spodziewał.
- Szukaj wiatru w polu! Pluję na ciebie, ty bydlaku i na twego potwornego pana! Ty sługusie niemieckiego bękarta, nie mającego w sobie ani kropli cesarskiej krwi2! Brzydzę się tobą, słyszysz? Mnie możesz zabić, ale nas nigdy nie pokonacie. Skoczymy wam do gardła, jak tylko w Rosji zacznie się coś dziać!... - syczała, ogarnięta równą mu nienawiścią i furią.
Roześmiał się i ugryzł ją w szyję, aż jęknęła z bólu, odchylając głowę do tyłu, by uniknąć jego dzikich pocałunków.
- Myślisz, że nie wiem, co ci chodzi po głowie? O nie, nie zabiję cię, jeszcze nie. Jesteś za ładna, żeby teraz umierać. Muszę najpierw pokosztować, jak smakujesz.
Biła się z nim i drapała, wyrwawszy ramiona z jego uścisku. Rozpaczliwie utrzymywała równowagę, gdy podstawiał jej nogę, starając się ją przewrócić. Unikała potknięcia się, gryząc go do krwi, kiedy przemocą całował jej usta. Lecz ból tylko go podniecał, czyniąc bardziej brutalnym. Złapał pełną garść jej rozpuszczonych włosów i zaczął z całej siły szarpać. Wyciągnęła rękę, pragnąć dosięgnąć jego twarzy i wydrapać mu oczy, ale on przewidział ten ruch i boleśnie wykręcił jej ramię do tyłu. Nareszcie udało mu się zerwać z niej stanik, porwał na strzępy halki i koszulę, charcząc z obłąkańczego pożądania. Zaczął całować ją po nagich piersiach, gryząc je i warcząc jak dziki pies. Ściskał twarde półkule tak mocno, że krzyknęła z przejmującego bólu. Lizał ją, przemocą wdzierając się językiem do jej zaciśniętych ust. Czuła na ciele jego ślinę i miała mdłości z obrzydzenia i potwornego strachu.
W końcu zaczęła słabnąć. Wykręcone do tyłu ramiona mdlały, z pogryzionych ust i piersi sączyła się krew. Starał się wepchnąć kolano między jej mocno zaciśnięte uda i szarpał zębami jej włosy. Oboje dyszeli głośno, zataczając się i zmagając z sobą z pierwotną nienawiścią. Nina ciągle jeszcze stała na nogach i broniła się bez słowa skargi. Była to walka bezpardonowa, na śmierć.
Stalowa obręcz jej krynoliny przeszkadzała mu w uniesieniu spódnicy. Szarpał ją, obrzucając Ninę najplugawszymi żołdackimi wyzwiskami. Lecz obręcz wszyta w obręb spódnicy, ciągle wymykała się z jego rąk i opadała na dół. Wściekły, puścił na moment jej ręce i szarpnął z całej siły. Delikatny materiał nie wytrzymał i rozdarł się na całej długości. Wtedy sięgnął ręką pomiędzy jej stulone uda. Pod wpływem tego dotknięcia, zaczęła przeraźliwie krzyczeć, wrzeszczeć, jak reszta gwałconych kobiet, broniąc się ostatkiem sił. Odpychała od siebie jego natarczywe ręce czując, że za chwilę upadnie, a wtedy....
Wyobraziła sobie twarz męża i z nową siłą poderwała się do rozpaczliwej obrony. Jej dłonie szukały na lejtnancie jakiejś broni, którą mogłaby go zabić, ale palce tylko bezsilnie szarpały na nim płaszcz." Alku, ratuj mnie!" - wołała w duszy, jakby mąż mógł ją usłyszeć i przyjść jej z pomocą. Ale jego nigdy nie było, gdy tego najbardziej potrzebowała. Jeżeli przeżyje gwałt, już nie będzie miała odwagi spojrzeć mu w oczy i pozostanie jej tylko śmierć.
Jej oprawca na chwilę przerwał walkę i gwałtownie chwytając powietrze, wpatrywał się w nią, nie mogąc zrozumieć, jakim cudem ta wątła kobieta jeszcze trzyma się na nogach i walczy ? W sieni rozgrywały się straszne sceny. Porozbierane kobiety zanosiły się przeraźliwym krzykiem, skomleniem, wyciem. Niektórym udało się wyrwać napastnikom i Dońcy uganiali się za nimi, smagając je batami po nagich ciałach. Lejtnantowi znudziła się szarpanina z Niną i postanowił ją zakończyć. Z całej siły kopnął ją w goleń ciężkim butem, raniąc ją ostrogą. Wrzasnęła z bólu i zachwiała się, zginając wpół.
- Wasyl, Grigorij, przytrzymajcie mi tę sukę! - rozkazał.
Dwaj kozacy chwycili ją i w mgnieniu oka powalili na lodowatą posadzkę. Oficer spokojnie zdjął z siebie płaszcz i zaczął rozpinać spodnie.
- Ty chamie, nie jesteś oficerem tylko brudną świnią! Morderca! A twój car to bydlę! - kiedy pochylił się nad nią, plunęła mu w twarz.
- Krzycz sobie, mnie to wcale nie przeszkadza. - oświadczył zimno i boleśnie ścisnął jej pierś. Nad sobą widziała brodate, czerwone z podniecenia twarze Dońców, wpatrujących się w nią pożądliwie. Czekali, aż dowódca załatwi swoją potrzebę i mieli nadzieję, że potem odda ją w ich ręce.
- Jeżeli mnie zhańbisz, mój mąż dosięgnie ciebie, choćbyś się nawet schował pod łóżko twego parszywego cara! - rzuciła mu w twarz, lecz jej groźba nie zrobiła na nim wrażenia.
- Podobno twój mąż nie żyje, a ja się duchów nie boję. - wzruszył ramionami i mając wolne ręce, zaczął zdzierać z niej bieliznę. Świat zawirował jej w oczach.
- Zabij mnie! - wyszeptała spuchniętymi wargami, odwracając głowę, aby uniknąć jego wilgotnych ust.
- Oczywiście, że ciebie zabiję, ty wstrętna kłamczucho, ale nie teraz. Wiesz, jesteś naprawdę piękna.- powiedział, zatapiając zęby w jej ciele. - Powiedz mi, gdzie ukryliście lazaret, to może cię puszczę. - kusił wiedząc, że obietnicy nie dotrzyma.
- Tu nie ma żadnego lazaretu, ty kanalio! - jęknęła.
Ciężko położył się na niej, przygniatając do zimnej jak lód posadzki. Wygięła się jak kot, próbując zrzucić go z siebie, ale uderzył ją w głowę i ponownie przygniótł do posadzki. Zaczęła się modlić tak żarliwie, jak jeszcze nigdy w życiu, wzywając zmarłą hrabinę i błagając ją, żeby straciła przytomność i umarła.
Oksiński. Kawaleria powstańcza.
Wszystkie wypadki rozgrywały się z tak błyskawiczną szybkością, że tylko jej się wydawało, iż całe wieki minęły od chwili wkroczenia Dońców do pałacu. Poprzez straszne wrzaski gwałconych kobiet, śmiechy kozaków i hałas przewracanych mebli, do uszu Dońców dotarły jakieś trzaski, jakby ktoś uderzał o siebie dwoma kawałkami drewna. Lejtnant natychmiast znieruchomiał i zaczął pilnie nadsłuchiwać. Jeszcze trzymał ją mocno w ramionach, lecz jego twarz już wyrażała napięcie.
Do drzwi wejściowych ktoś zaczął się mocno dobijać. Na rozkaz oficera, jeden z kozaków przekręcił w zamku klucz i otworzył. Do sieni wpadł wachmistrz i zameldował:
- Wasze błagorodie, od strony wsi słychać strzały!
Lejtnant poderwał się, podciągając spodnie, przygładzając włosy i oblizując z krwi pogryzione usta. Doniec podał mu płaszcz, pas z szablą i kaburę z rewolwerem.
- Zostawiliście na wsi naszych ludzi?
- Tak toczno, wasze błagorodie. Jest tam Jemelko, Chwedko i Ameliańczuk.
Kozacy z wyraźnym żalem rozstawali się ze swoimi ofiarami, poprawiając na sobie odzież i szukając pogubionych czapek, a potem podtrzymując ręką szablę, kolejno wypadali z domu i dosiadali koni. Lejtnant zmierzył Ninę ponurym wzrokiem.
- Słuchaj, ty przeklęta polska suko. - odezwał się półgłosem. - Na razie ci się upiekło. Ale ja tu wrócę, rozumiesz? Idź do sypialni i połóż się naga na łóżku. Pamiętaj, uciekniesz, to twój dom i całą wieś puszczę z dymem, a wisielcami ustroję wszystkie drzewa w parku. Tylko od ciebie zależy, czy ludzi pozostawię przy życiu. Jeżeli okażesz się w łóżku dobra dla mnie, ty i oni przeżyjecie. Do zobaczenia!
Trzepnął ją końcami palców po twarzy i narzuciwszy na głowę baszłyk, szybko wyszedł i lekko wskoczył na podanego mu wierzchowca. Wbił ostrogi w boki konia i jak wicher pomknął aleją ku wsi, a cały szwadron pogalopował za nim.
Nina poruszyła się i z trudem poczołgała do leżącej bez ruchu Jagi, przykładając ucho do jej piersi. Westchnęła ze szczęścia, usłyszawszy słabe kołatanie serca. Niania żyła, lecz była nieprzytomna i miała na głowie potężnego guza. Z kąta wypełzła na czworakach rozczochrana Mira, posiniaczona, w porwanej bieliźnie, ale nietknięta.
Zaraz też do sieni wpadli wyrzuceni przez kozaków mężczyźni, uzbrojeni w naprędce pochwycone noże kuchenne i tasaki. Zobaczywszy poranione kobiety, głośno przysięgali, że raczej zginą, niż dopuszczą, by kozacy dokończyli swego dzieła. Przybiegła z kuchni zapłakana Kumosia i zajęła się gorliwie Jagą. Nina naciągnęła na siebie strzępy odzieży, w sypialni ubrała futro, z gabinetu wzięła lornetkę i przemagając ból i osłabienie, wdrapała się na strych. Z balkoniku mogła przez szkła lornetki ogarnąć wzrokiem cały horyzont. Spostrzegła, jak z alei parkowej wypadł oddział Dońców i pędził ku wsi. Konie wyciągnięte w galopie, mknęły ku widocznym z daleka, maleńkim sylwetkom kilku jeźdźców, wolno wycofujących się za opłotki.
- Nasi! Wielki Boże, to nasi! - usłyszała za sobą radosny pisk Miry. Dziewczyna w jakimś naprędce narzuconym przyodziewku, przybiegła za nią na strych. Przyniosła szal i okręciła nim głowę Niny.
Teraz już obie z najwyższym podnieceniem, obserwowały rozgrywający się przed ich oczami dramat. Nastawiwszy lornetkę na ostrość, Nina śledziła wzrokiem pędzący cwałem szwadron kozaków. W skok przebyli wieś i znaleźli się na ośnieżonym polu, starając się dogonić wycofujących się wolno powstańców. Ale oni ciągle utrzymywali jednakowy dystans, kierując się w stronę małego zagajnika, znajdującego się na wzgórzu, za wiejskim stawem. Od czasu do czasu ostrzeliwali się, jakby od niechcenia.
- Jezu, dlaczego oni tak wolno jadą? - denerwowała się Nina, aż podskakując z emocji. - Spójrz, kochana, kozaków jest o wiele więcej niż naszych i z pewnością ich rozgromią. Boże, co to za oddział, bo z tej odległości nie mogę rozpoznać.  
 -Matko Boska, Dońcy zbliżają się do nich!..- krzyknęła przeraźliwie. - Nasi nie mają szans. Jeżeli ich nie pokonają, będziemy zgubieni. Ach, czy to możliwe?      
 - Mira, patrz, patrz! - w szalonym podnieceniu wychyliła się aż za poręcz balkonu.
Kozacy dońscy.
Mira wyrwała jej z rąk lornetkę i przycisnęła ją do oczu. Powstańcy wcale się nie spiesząc, jakby z ociąganiem, wjechali pomiędzy drzewa zagajnika. Kozacy momentalnie rozsypali się w tyralierę, okrążając lasek i gotując się do ataku. Szabla lejtnanta wzniosła się w górę i opadła, wskazując cel. Obie kobiety wstrzymały oddech, zamierając w napięciu. Tam w oddali, decydowały się także ich losy. Jeżeli powstańcy zostaną rozbici, Dońcy powrócą do pałacu, a wówczas poleje się krew. Nina przysięgła sobie, że nikt jej żywej nie dostanie. 
Poczeka na oficera – o, tej przyjemności sobie nie odmówi, a kiedy lejtnant podejdzie do łóżka, zastrzeli go z pistoletu ojca i sama popełni samobójstwo. Innego wyjścia nie ma. Strzeli bydlakowi w brzuch, żeby wiedział, że umiera!
W mroźnym powietrzu rozległ się czysty, wysoki głos trąbki. dającej sygnał do szarży. Kozacy ruszyli cwałem, gwiżdżąc i wymachując pikami. Niespodziewanie z lasku gruchnęła salwa karabinowa. Szwadron Dońców skłębił się, kilku spadło z koni, reszta zaczęła się w popłochu cofać, poskramiając miotające się wierzchowce. Strzelali gęsto lecz niecelnie, nie widząc przed sobą przeciwnika. Naraz siwy koń lejtnanta wspiął się na tylne nogi, a potem runął, przygniatając sobą jeźdźca.
- Dostał! Mira, on dostał! O, Pan Bóg jest sprawiedliwy, pokarał tego bydlaka! - 
Nina wrzeszczała wniebogłosy, nieprzytomna z dzikiej radości. Szarpała przyjaciółkę za ramię i krzyczała: - Mira, widzisz, zabity!
Ale lejtnant bynajmniej nie był martwy. Nina stwierdziła to z rozczarowaniem, przyjrzawszy się mu przez szkła lornetki. Oficer wyczołgał się spod zabitego konia i stanąwszy na nogi, zręcznie schwytał spłoszonego wierzchowca, z którego spadł trafiony kulą kozak. W powietrzu ponownie rozległy się srebrne dźwięki trąbki, wzywające do odwrotu. Ale z lasku huknęła następna salwa, jeszcze celniejsza od pierwszej. Paru kozaków znowu spadło z koni i w tym momencie ogólnego zamieszania, spoza drzew wyłonił się oddział kawalerii polskiej i pognał za uciekającymi w panice Dońcami. 
Teraz ścigający sami byli ścigani. Zmęczone wierzchowce kozaków, zaczęły zwalniać i potykać się na śniegu. Czasami któryś z Dońców odwracał się i wymierzywszy, strzelał do goniących go Polaków. Powstańcy siedzący na dobrych koniach, dopędziwszy zbiegów, raz po raz wznosili się na siodle do cięcia szablą. W jasnym zimowym słońcu, błyskały ostrza szabel, spadając na karki i plecy uciekających Dońców. Niektórzy kozacy próbowali pojedynkować się z Polakami, lecz zaraz porwani paniką biegli dalej, nie skrzyżowawszy nawet szabli z nieprzyjacielem.
Lejtnant miał pecha, bo trafił na słabego konia i wyraźnie pozostawał w tyle za innymi. Przez szkła lornetki, Nina widziała jak ćwiczy konia batem, zmuszając go do galopu. Wierzchowiec przebiegł jeszcze kilkanaście kroków, zachwiał się i bezsilnie zarył nozdrzami w śniegu. Oficer wyrzucił nogi ze strzemion i pobiegł przed siebie, zasłaniając głowę ramionami. Za nim pocwałowali trzej powstańcy. W jednym z nich, bardzo wysokim i siedzącym na wielkim koniu, Nina poznała Barycza.
- Zabij go, Waciu! - krzyknęła wpółprzytomna z podniecenia i straszliwej nienawiści. - Och, dobij to wściekłe zwierzę. On nie jest godny, żeby żyć!
Wrzeszczała i machała rękami, jakby walczący mogli ją usłyszeć. Barycz dopędził uciekającego lejtnanta, a ten przystanąwszy, przygarbił się i wzniósł ramiona w górę, gestem poddania. Nawet nie próbował sięgnąć do rewolweru i pełen przerażenia, zwrócony twarzą do nadjeżdżającego Polaka, patrząc mu błagalnie w oczy, przyjął straszliwy cios szablą.
Rysy Niny rozjaśniły się ponurym uśmiechem tryumfu. Oglądnęła się na Mirę, ale zaraz ponownie skierowała lornetkę w stronę walczących. Z niedowierzaniem spostrzegła, że lejtnant wprawdzie upadł na kolana, ale żył jeszcze, bo próbował unieść się na rękach. Barycz obejrzał się za siebie i zawrócił. Podjechał kłusem, wyjął rewolwer i strzelił mu prosto między oczy. Wysoka postać w niebieskim płaszczu rozciągnęła się na śniegu i znieruchomiała.
- Nareszcie! - mruknęła do siebie Nina i aż zgrzytnęła zębami. Tak okropnie nienawidziła tego człowieka, że mogłaby go szarpać zębami i rozerwać gołymi rękami.
Mira chwyciła ją w objęcia i całując się w uniesieniu, śmiały się i szlochały, skacząc jak dzieci z szalonej radości. Ich uciecha bliska była histerii, kiedy z okrutną radością przyglądały się strasznemu pogromowi Dońców.
Tym razem powstańcy nie brali jeńców. Komu cios szablą lub kula nie skróciły życia, tego deptały rozpędzone konie. Jeden z Dońców zeskoczył z konia i na znak pokory, klęknął na śniegu, błagając o litość. Wzniesiona szabla powstańca błysnęła w powietrzu i z ogromną siłą spadła na kark kozaka. Jego głowa w wielkiej czapie potoczyła się po ziemi, a bezgłowy kadłub bluzgając gorącą krwią, runął w zaspę. Z tak dużej odległości jego krew wydawała się czarna.
Nina opuściła lornetkę i przełknęła ślinę, kilka razy głęboko oddychając.
- Już po wszystkim. - odezwała się zmienionym, chrapliwym głosem.- Chodźmy stąd, kochanie. - uniosła rękę i nakreśliła w stronę powstańców znak krzyża, błogosławiąc ich i dziękując za wybawienie. 
W sieni, domownicy z przerażeniem oczekiwali na nowiny. Mężczyźni byle jak uzbrojeni, gotowi byli bronić do upadłego kobiet, ukrywszy je przedtem w kaplicy grobowej. Nawet Walenty dźwigał siekierę, a jego twarz wyrażała taką determinacje i wściekłość, że Nina była pewna, iż staruszek zdolny był tę siekierę unieść i w razie potrzeby zabić. Spojrzała z rozrzewnieniem w jego poczciwe, wypłowiałe oczy. Uniesiona nieopisaną radością stanęła na środku sieni i rozłożyła szeroko ramiona, jakby chciała wszystkich przycisnął do serca.
- Najmilsi! - zawołała, śmiejąc się i płacząc. - Błogosławmy Boga. Nie ma już Dońców! Nasi chłopcy posiekali ich na sztuki, a tego diabła lejtnanta, zabił pan porucznik Barycz. Żywa dusza nie wyszła z bitwy. Wszyscy leżą tam, za wsią. O Boże, jestem z was taka dumna!..... - objęła Walentego za szyję i ucałowała.
- Moja najśliczniejsza pani, Pan Jezus łaskawy, niech Mu będą dzięki! - szeptał i płakał, patrząc na jej poranione ciało.
Ludzie skamienieli z wrażenia, a potem ogarnął ich szał radości. W sieni rozległy się krzyki, łkanie i śmiechy, jakby powstanie zakończyło się zwycięstwem, a Polska odzyskała wolność. Wszyscy ściskali się i całowali, kobiety głośno modliły się, dziękując Bogu za ratunek i błogosławiąc powstańców. Potem wszyscy rzucili się do Niny, całując jej ręce i skraj podartej sukni, podejmując ją za kolana. Oddawała im pocałunki, wdzięczna, że nie zawiedli w momencie najcięższej próby. Walenty był ogromnie wzruszony. Drżał cały i nie ośmielając się oddać pocałunku, pochylił się Ninie do rąk.
- Bóg zmiłował się nad nami i moją ukochaną panią uchronił od hańby, a nas wszystkich od śmierci. - powiedział, z trudem powstrzymując łzy.
Wyrwawszy się z ramion domowników, Nina pozostawiła im Mirę, którą zasypali pytaniami, a sama pobiegła do lazaretu. Ranni z najwyższym niepokojem oczekiwali na rozwój wypadków. Zamknięci w odległym skrzydle domu, nie słyszeli krzyków i hałasu dobiegającego z sieni. Setkowicz stał przy posłaniu nieprzytomnego Maćka i ściskając w garści rewolwer, mierzył w drzwi sekretnej alkowy. Niespodziewanie te drzwi otwarły się z trzaskiem i do sali wpadła Nina.
Doktor spojrzał na nią i bezwiednie rozchylił usta, otwierając szeroko oczy. Wpatrywał się w nią oniemiały z przerażenia. Spod strzępów podartej sukni, widać było jej pokryte sińcami ciało. Na szyi, ramionach i piersiach, dostrzegł ślady zębów, długie włosy powydzierane całymi pasmami, zwisały dokoła jej czarnej z pobicia twarzy. Krew płynąca z rozbitego nosa i pogryzionych ust, zastygła rozmazana na policzkach. Spódnica była rozdarta na całej długości, stanik trzymał się tylko na poszarpanych rękawach.
Ale ona uniesiona entuzjazmem, nie czuła na razie bólu ran i wykręconych ramion. Była bardzo dumna z siebie i bohaterskiej postawy domowników. Pomimo bicia i znęcania się nad nimi, nikt nie zdradził gdzie znajduje się lazaret. Obejrzawszy ją od stóp do głów, Setkowicz posiniał, a w jego czarnych oczach błysnęło obłędne przerażenie.
- Czy stało się pani.... coś złego? - wyszeptał struchlałym głosem, nie śmiejąc wprost zapytać o to, czego się obawiał.
Nina spojrzała po sobie i dopiero teraz zorientowała się, w jakim znajduje się stanie. Spod rozdartego stanika widać było podarty gorset i piersi, a przez rozdartą spódnicę i podarte halki widoczne były pantalony. Wyglądała jak nieboskie stworzenie i odruchowo zasłoniła się wstydliwie ramionami, lecz szczęśliwy uśmiech nie schodził jej z ust.
- Nie, nic mi nie jest, chociaż oficer Dońców bardzo się o to starał. Ale w ostatniej dosłownie chwili, przybyli nasi chłopcy z lasu i przetrzepali Dońców tak skutecznie, że żywa dusza nie pozostała ze szwadronu. Dońców ktoś poinformował, że w pałacu znajduje się lazaret. Nasi domownicy spisali się wspaniale. Bici przez kozaków, nie zdradzili gdzie lazaret jest ukryty. Zawdzięczacie im życie. Och doktorze, tak bardzo się cieszę!
Wypowiedziawszy te słowa, Nina wsparła głowę o ścianę i zaniosła się spazmatycznym płaczem.
Dla dwóch dziewcząt z czeladnej pomoc przyszła za późno. Obie zostały brutalnie zgwałcone i poranione nożami, na szczęście niegroźnie. Znajdowały się w szoku i Setkowicz zaaplikował im laudanum. Nina była tak pobita, że musiała cały dzień przeleżeć w łóżku, bo bolała ją nieznośnie rozbita głowa. Doktor podejrzewał nawet lekki wstrząs mózgu. Bolały powykręcane ramiona, a szok  spowodowany próbą gwałtu, objawił się silną gorączką na tle nerwowym. Po chwili radosnej euforii z pogromu Dońców, osłabła tak bardzo, że trzeba ją było przenieść do sypialni na rękach. Jaga miała więcej szczęścia, bo po najeździe kozaków pozostał jej tylko duży guz. Doktor zbadawszy ją dokładnie stwierdził, że wkrótce wydobrzeje.
Od chwili najazdu Dońców na pałac, Setkowicz drżał o bezpieczeństwo Niny. Ujrzawszy ją tak nieludzko sponiewieraną, o mało nie oszalał z wściekłości i poprzysiągł sobie, nigdy więcej nie pozostawiać jej samej, bez względu na to, co mogło go spotkać. Walki zbliżały się do Makowa i można się było spodziewać, że coraz częściej do pałacu zaczną zaglądać żołnierze obu walczących stron, podobnie jak to się działo na początku powstania, a próby gwałtu mogły się powtórzyć.
Doktor stanowczo zabronił Ninie ruszać się gdziekolwiek z domu, kazał jej nosić broń i nie odstępował jej na krok, kiedy w pałacu pojawiali się Rosjanie. Zdecydowany był raczej sam ją zastrzelić, niż pozwolić, żeby jakaś ludzka bestia znęcała się nad nią i dopiero zgwałciwszy, zabiła. Nina posłusznie wykonywała jego polecenia, nie zważając na szorstkość, z jaką się do niej czasami odnosił. Rozumiała, że była to tylko maska, pod którą skrywał naturę czułą i niemal romantyczną.
Na swoje nieszczęście, Setkowicz był w niej głęboko zakochany, pierwszą pokorną i beznadziejną miłością, która niczego nie żąda, sama zaś gotowa jest do największych poświęceń. Takim uczuciem kochają ludzie samotni i pokrzywdzeni przez los, którym ktoś okazał odrobinę serca. Młodziutka dama była dla niego bardzo dobra, a jej wdzięk i niezwykła piękność prędko podbiły jego surowe, zamknięte serce. Gdyby mógł dla niej zginąć, uczyniłby to bez wahania. Wiedział, że może tylko o niej marzyć, bo Nina namiętnie kochała męża, traktując Setkowicza jak dobrego przyjaciela. Czasami zastawał ją w lazarecie głęboko zamyśloną, wpatrującą się przed siebie, z oczami pełnymi łez. Cierpiał nad tym, poczuwając się sam do winy i żałując, że stał się powodem jej kłótni z mężem.
Następnego dnia po pogromie Dońców, Nina wezwała do pałacu wójta i pana Bochniaka na naradę, w której uczestniczył również doktor. Stary gospodarz był bardzo zatroskany, bo ludzie ze wsi bali się posądzenia o sprzyjanie powstańcom, co w rezultacie mogło być wyrokiem zagłady dla całej wioski.
- Nie trzeba się zawczasu martwić, panie wójcie. - pocieszała go Nina. - Powiedzcie nam lepiej, co się działo z sołdatami z rogatki, w czasie walki naszych z Dońcami?
Wójt z zatroskaną miną pociągnął sumiastego wąsa.
- Karczmarz dostał przykaz od panów z lasu, aby ich spoić. Spali jak susły w izbie, kiedy nasi rżnęli burków.
- Bardzo dobrze. - pochwalił pan Bochniak. - Mamy na nich bata!
- Słusznie. - przytaknął Setkowicz. - Jakby dowództwo dowiedziało się, że w tym czasie spali pijani, czekałby ich sąd wojenny i rozstrzelanie.
Doktor studiujący wiele lat w Rosji, znał dobrze ich mentalność i to on obmyślił sposób oczyszczenia wsi z podejrzeń. Wraz z wójtem, udał się do dowódcy sołdatów na rogatce i pogadał z nim w cztery oczy. Podoficer przerażony wizją sądu wojennego, obiecał pomoc. Postanowiono, że wójt zabierze na wozy ciała dwóch poległych powstańców, zabitych Dońców, zwłoki oficera i pojedzie do Sarnik ze skargą na buntowników. Towarzyszyć mu będzie podoficer, który zaświadczy, że wieś jest wroga polskim buntownikom, a chłopi makowscy uratowali życie żołnierzom strzegącym rogatki, dając im we własnych chatach schronienie przed buntownikami.
- A nie zapomnijcie, panie wójcie, zabrać z sobą beczułki z wódką i drugiej z samogonem. - doradził pan Bochniak. - Dostaniecie je ode mnie w prezencie, dla panów oficerów i sołdatów.
Plan Setkowicza okazał się znakomity. Pokora wójta, podarunki i świadectwo podoficera, tak się spodobały dowódcy dragonów kwaterujących w Sarnikach, że nie tylko nie kazał przetrzepać wójtowi skóry, ale poczęstował go kieliszkiem wódki, obdarzył srebrnym rublem i pochwalił za lojalna postawę. Pytał, czy chłopi nie rozpoznali w napastnikach kogoś znajomego, lecz wójt uspokojony o całość swojej skóry i bezpieczeństwo wsi, przysięgał na wszystkie świętości, że byli to chyba zupełnie obcy ludzie, bo nie znali okolicy i dopytywali się o drogę na Opatów. Zabitych Dońców pochowano w Sarnikach, razem z poległymi powstańcami. Nikt nie odważył się do nich przyznać, choćby w poległym rozpoznał rodzonego syna. Niedawni wrogowie spoczęli więc koło siebie, pogodzeni już na wieki.
Jednakże następne wiadomości, jakie dotarły do pałacu, nie były już optymistyczne. Z Lipieńca przyjechał pan Marcinkiewicz, donosząc dziedziczce, że dragoni z Sarnik doszczętnie obrabowali dwór, niszcząc meble, a z perskich dywanów robiąc sobie legowiska i zapalając na nich ogień. Zboże przeznaczone na siewy wiosenne zabrali, razem ze stadem bydła.
Raport rządcy Nina przyjęła spokojnie. Nigdy nie łudziła się, że zdoła utrzymać spadek po wojewodzinie. Żałowała tylko, że nie kazała przewieźć do Makowa cennych mebli i reszty zbiorów rolnych, lecz nauczona doświadczeniem z pierwszych dni powstania, nie chciała gromadzić wszystkich zapasów w jednym miejscu. 
Następna nowina była tragiczna i uderzyła w nią jak grom. Ci sami dragoni wpadli do Zameczku, z zimną krwią zabili dwóch chłopów, którzy ośmielili się stawać w obronie swego dobytku i napastowanych kobiet. Za takie zuchwalstwo cały folwark poszedł z dymem! Zginęła przy tym stara Grabiszyna, nie zdoławszy wydostać się z płonącego dworku. Mieszkańcy pałacu z rozpaczą i wściekłością, patrzyli na krwawą łunę unoszącą się nad lasami z płonącego Zameczku. Nina gorzko płakała nad tragiczna śmiercią karmicielki męża, wyobrażając sobie, jak ta strata zaboli Aleksa. Nie mogła sobie darować, że nawet siłą nie zmusiła starej kobiety do opuszczenia folwarku.
Płonący dwór.
Do pałacu przyjechał Tadeusz i dopiero on wyjaśnił zagadkę nagłego pojawienia się powstańców z Łysej Polany, dosłownie w ostatniej chwili, niby Deus ex machina3. Okazało się, że porucznik Barycz przez swoich wywiadowców, obserwował bacznie Sarniki. Wiedział o przybyciu do wsi pół szwadronu Dońców i postanowił ich zniszczyć. W dniu najazdu kozaków na Maków, do leśnego obozu przybiegł zwiadowca z wiadomością, że o świcie chłopi znaleźli trupa zasypanego śniegiem, w nocy słychać było strzelaninę, a Dońcy kogoś gonili.
Zwiadowca mówił, że od wczesnego rana kozacy gotują się do wymarszu i odgrażają się, że znajdą lazaret, gdzie leczą się polscy buntownicy, choćby mieli po drodze spalić wszystkie dwory! To chłopi sarniccy podsunęli lejtnantowi myśl, żeby rozpoczął poszukiwania od Makowa, gdyż tamtejsza dziedziczka sprzyja buntownikom. Barycz nie tracił czasu i natychmiast dał sygnał do wymarszu. Jechali tropem Dońców do samego Makowa. W milicji wioskowej służyli zaprzysiężeni chłopcy. Z ich pomocą udało się zlikwidować straż pozostawioną przez oficera. Potem powstańcy urządzili głośną kanonadę, aby wywabić kozaków z pałacu. Reszta była już zupełnie prosta. Mały lasek idealnie nadawał się do urządzenia w nim zasadzki, w którą Dońcy bezmyślnie weszli.
- To nie koniec kłopotów, dopóki w Sarnikach kwaterują dragoni. - westchnęła Nina.
- Oto są skutki wielowiekowej ciemnoty i wyzysku. - wtrącił Setkowicz, obecny przy tej rozmowie.
- Niechże pan nie opowiada bredni! - zaperzyła się Nina. - Proszę sobie przypomnieć, że ci sami chłopi, bez litości wydali na śmierć starego Gulaka i pomogli go zabijać! A przecież także i Gulakowi wuj Ksawery dawał się we znaki, każąc mu odrabiać pańszczyznę i odbierając nadaną przez starego pana Borutyńskiego ziemię. Nie wszyscy Borutyńscy byli złymi dziedzicami. Poprzedniego pana, ojca wuja Ksawerego, nazywano dobrodziejem chłopów. Nie, tamtejsi ludzie są naprawdę źli i należy się im surowa kara.

Nina miała rację, bo względy okazywane przez dragonów sarnickim gospodarzom, tak ich rozzuchwaliły i zdemoralizowały, że stali się postrachem sąsiadów. Dziedzic i dziedziczka nie żyli, ich spadkobierczyni była daleko, a proboszcz - jedyny człowiek mający na nich dodatni wpływ, niedawno umarł, nie pozostawiając po sobie godnego następcy. 
 Nowy wikary gościł na plebanii dragońskich oficerów i hulał z nimi po całych nocach, grając w karty, pijąc i zabawiając się z wiejskimi dziewczętami. Stanowczo należało położyć temu kres, bo chłopi pewni opieki wojska, stali się naprawdę niebezpieczni.Barycz także był o tym przekonany, nie mogąc im darować, że nasłali Dońców na pałac w Makowie, co o mały włos nie zakończyło się tragedią. 
W pierwszych dniach grudnia przybył na Łysą Polanę kurier od Bosaka z rozkazem, aby przygotować leśny obóz na przyjęcie większej liczby żołnierzy, którzy przybędą tam na zimowe leże. W tej sytuacji sprawa poskromienia sarnickich chłopów stała się wręcz paląca.
Pewnego dnia, pojawił się w Sarnikach jakiś młody pastuch i powiadomił dowódcę dragonów, że udało mu się podsłuchać w karczmie dwóch polskich bandytów. Rozmawiali o mającym nastąpić spotkaniu majora Rębajły z jakimś wyższym oficerem! Spotkanie miało mieć miejsce w pustej, zrujnowanej karczmie przydrożnej w pobliżu Huciska, pod Bukową Górą. Dragona jakby kto warem oblał. Domyślił się, że tym wyższym oficerem może być sam Bosak! Jeżeli uda mu się pochwycić słynnego powstańca, to jego udziałem stanie się sława i awans. Powróci do Petersburga, lub do samej Moskwy w glorii bohatera, będąc mile widzianym na rautach i balach. Sam car obsypie go orderami, a drzwi do najelegantszych salonów będą przed nim szeroko otwarte. Nareszcie opuści tę brudną chatę w nędznej polskiej wsi.
Bukowa Góra
Młodego informatora hojnie wynagrodził i natychmiast rozkazał ściągnąć posterunki z sąsiednich wiosek, pozostawiając w Sarnikach niewielu żołnierzy, w większości chorych. Sam na czele dużego oddziału, pocwałował z pośpiechem w kierunku Huciska. Górzysta, porośnięta odwiecznymi borami okolica, była słabo zaludniona, a opuszczona karczma stała na zupełnym odludziu, przy rzadko, w czasie powstania, uczęszczanej drodze. Oficer postanowił najpierw rozprawić się z majorem Rębajłą, a potem poczekać sobie na generała Bosaka!
Kiedy oddział dragonów zniknął w porannej mgle, z pobliskiego lasu wyjechali powstańcy i niespodziewanie wpadli do Sarnik. Chłopi osłupieli z przerażenia, nie wiedząc co mają robić. Powstańcy uporawszy się w mgnieniu oka, z równie wystraszonym rosyjskim posterunkiem, rozkazali stawić się sołtysowi i straży wiejskiej oraz wikaremu. Trzeba ich było jednak poszukać, bo drżący ze strachu sołtys schował się w stodole, a gospodarze należący do wiejskiej milicji, ukryli się aż na wieży kościelnej, chcąc biciem w dzwony zwołać ludzi z sąsiednich wsi na pomoc. Powstańcy szybko ich tam dosięgli, wyciągając też zakopanego w sianie sołtysa. Wikarego znaleziono w dużej szafie, a jego schronienie wskazała powstańcom rzekoma "krewna", z którą wikary właśnie zamierzał się rozstać, przyjmując na jej miejsce młodszą i ładniejszą dziewczynę ze wsi.
Powstańcy grożąc spaleniem całej wioski, rozkazali wskazać osoby odpowiedzialne za śmierć Gulaka i zniszczenie Zameczku. Wystraszeni chłopi, nie próbowali nawet ukrywać winnych, wskazując donosicieli i pomocników przy egzekucji starego żołnierza. Sołtysa, kilku wiejskich milicjantów oraz donosicieli, zaprowadzono na mały placyk i bez ceremonii powieszono na potężnym dębie, surowo zabraniając zdejmowania zwłok przez najbliższe kilka dni. Na próżno skazańcy błagali o litość, całując swoim sędziom buty i przyrzekając poprawę. Spóźniona skrucha nie uratowała ich od stryczka.
Mniej winni otrzymali po pięćdziesiąt batów na goły tyłek, a lanie sprawili im pozostali przy życiu rosyjscy dragoni. Śmiertelnie przestraszeni pojawieniem się polskich "buntowników", niepewni życia i trzymani na muszkach karabinów, gorliwie wykonywali powierzone im zadanie, siekąc batami niedawnych sprzymierzeńców.
Oddział powstańczy we wsi.
We wsi zapanował sądny dzień. Rodziny powieszonych wrzeszczały wniebogłosy, lamentując i zalewając się łzami. Sołtysowa szalała, usiłując odciąć męża z powroza. Dzieciaki darły się przeraźliwie, obawiając się uzbrojonych i zamaskowanych napastników i widząc swoich ojców batożonych i wyjących z bólu. Rozdrażnione hałasem psy, szczekały i wyły, w oborach ryczało bydło, jednym słowem mogło się zdawać, że na Sarniki nadeszła ostatnia godzina.
Po skończonej egzekucji, wieśniacy usłyszeli, że była to tylko łagodna przestroga przed brataniem się z Moskalami. W przypadku dalszego szkodzenia sąsiadom i nasyłania wojska na dwory, cała wieś pójdzie z dymem, a winni posmakują powroza! To ostrzeżenie mieszkańcy Sarnik przyjęli w głuchym milczeniu, żegnając się nieznacznie. 
Na koniec, szacunek dla sukienki duchownej, nie powstrzymał powstańców od wymierzenia wikaremu dotkliwej kary. Pod dębem obwieszonym wisielcami, lekkomyślny księżulo otrzymał na gołą pupę pięćdziesiąt tęgich batów, po których legł jak nieżywy, obok swoich pobitych owieczek. Wymierzywszy karę, powstańcy odjechali, rozpływając się we mgle, jak zjawy z innego świata.    Wieczorem przywlokło się do wsi kilkunastu poranionych dragonów. Tylko oni wyszli cało z pechowej ekspedycji, bo przydrożna karczma okazała się śmiertelną pułapką. Gdy żołnierze wpadli hurmem do izby, aby pochwycić powstańców, nastąpiła potężna eksplozja. Część budynku wyleciała w powietrze, grzebiąc wielu pod gruzami. Zginął także dowódca i nie dane mu było widzieć, jak reszta jego oddziału pada pod celnymi strzałami ukrytych w lesie powstańców. 

Oddział kawalerii rosyjskiej.
Powróciwszy do Sarnik, dragoni mogli sobie obejrzeć sztywne trupy najwierniejszych sprzymierzeńców, oraz wysłuchać jęków i przekleństw pobitych gospodarzy. Od tego dnia, serdeczność okazywana żołnierzom przez mieszkańców wsi, znacznie ochłodła. Na widok dragonów, chłopi spuszczali głowy i z ponurą miną śpiesznie przechodzili na drugą stronę drogi. Wikary, pozbierawszy się po pobiciu, nie czekał, tylko wyniósł się w niewiadomym kierunku, a piękny, stary kościół zamknięto i drzwi zabito deskami.
 
1 Meduza - w mitologii greckiej jedna z Gorgon ( siostry przedstawiane z wężami zamiast włosów, z kłami dzika, rękami z brązu i złocistymi skrzydłami) Meduza była z nich najstraszniejsza, bo jej wzrok zamieniał ludzi w kamień.
2Aleksander II, był wnukiem Pawła I, który nie był synem cara Piotra III Romanowa. Carowa Katarzyna II urodziła dziecko, którego ojcem był jeden z licznych kochanków.
3Deus ex machina - osobliwe wydarzenie,cud.