poniedziałek, 5 września 2016

Powstańczy lazaret w Makowie. Dostojny gość.


5 września 2016 r.
Upewniwszy się, że w pobliżu nie ma kozaków, Nina przebrana po męsku, wybrała się z Maćkiem do Siewek, żeby pomówić z Jadwigą w sprawie zatrudnienia w Makowie chirurga. Całą drogę pędzili cwałem i po godzinie forsownej jazdy, dostrzegli z dala alejkę kasztanowców, prowadzącą do dworu.
Dom w Siewkach był skromniejszy od dworów w Brzezińcu, czy w Sarnikach, ale pod baldachimem starych drzew wyglądał uroczo. Usłyszawszy tętent koni, na drewniany ganek wytoczyła się sama pani Wąsocka i zobaczywszy Ninę, załamała ręce.
- Boże, ty mój kochaneńki! Toż ja głowę dam, że jakieś nieszczęście w Makowie się wydarzywszy! - zawołała tak gromko, że stadko białych gołębi siedzących na daszku gołębnika, poderwało się w panice i uleciało w powietrze.
Okrzyk żony wywabił z domu pana Wąsockiego, mającego namydloną twarz i brzytwę w dłoni oraz Jadwigę. Wybiegła z domu w fartuszku pobielonym mąką, oderwawszy się od lepienia kołdunów. Nina nie zsiadając z konia, podjechała pod ganek obrośnięty dzikim winem i powiedziała zniżonym tonem:
- Rano pod Jeziorkiem była bitwa. Jest wielu rannych. Jadziu, muszę mieć chirurga! Otwieram w Makowie lazaret i brakuje mi lekarstw. Potrzeba arniki, eteru, laudanum i morfiny.
Jadwiga bez słowa zdjęła z siebie fartuszek i skinęła na chłopaka, każąc mu przygotować bryczkę do drogi.
- Zrobię wszystko, co będę mogła. - obiecała. - Zaraz pojadę do Bodzentyna i poproszę tamtejszego lekarza, żeby opatrzył rannych. Po drodze wskoczę do Świętej Katarzyny, bo niedawno matka przełożona przebąkiwała, że ma tu przybyć lekarz z Warszawy, ale zakonnice nie bardzo chcą go przyjąć.
- Dlaczego? - zdziwiła się Nina. - Przecież teraz każdy lekarz jest na wagę złota. Jakiej jest specjalności?
- To chirurg. Ale widzisz, on podobno jest ateistą i to bardzo czerwonym. 
Jadwiga skrzywiła się pociesznie.
- Niechże będzie i niebieski, co mnie to obchodzi. Jeżeli to chirurg, zatrudnię go w Makowie z pocałowaniem ręki!
Jadwiga poszła się przebrać, a państwo Wąsoccy zasypali Ninę gradem pytań. Siewki leżały na uboczu i wiadomość o bitwie jeszcze tu nie dotarła.
- Głodują? - użalił się pan Wąsocki, kiedy skończyła opisywać niedostatek oddziału. - Głodny żołnierz źle się bije, bo myśli o pustym brzuchu. Ja chętnie dam im żywność, tylko dokąd mam ją wysłać?
- Najlepiej będzie przywieść ją do Makowa, bo spodziewam się, że ktoś z nich mnie odwiedzi.
Nie rozmawiali długo, bo Nina śpieszyła się do domu. Znudzona staniem Mignon, położyła uszy po sobie i grzebała kopytem ziemię, gniewnie parskając. Maciek zeskoczył z wierzchowca i zauważywszy, że klacz jest zgrzana, dał jej trochę wody. Drogę powrotną odbywali w wolniejszym tempie, gdyż konie były już zmęczone szalonym galopem. Nina jechała zamyślona, zastanawiając się, czy generał przyjmie jej zaproszenie. Ogromnie pragnęła zobaczyć się z mężem, bo bardzo się za nim stęskniła. We wsi dzieciaki uganiały się po piaszczystej drodze,"strzelając"do siebie z patyków i wrzeszcząc wniebogłosy :
- Uciekajta, bo kozunie idą!
Ich żarty każdej chwili mogły okazać się straszną prawdą. Przy wójtowym płocie zebrali się najpoważniejsi gospodarze i rozprawiali o czymś z powagą. Na widok jadącej konno dziedziczki, przerwali dyskusję i pokłonili się jej, wypychając spomiędzy siebie wójta, który pobiegł za nią, aż powiewały za nim poły kapoty.
- Jaśnie wielmożna pani! - wołał sapiąc, bo będąc w starszym wieku, prędko się męczył.
- O, widzę, że macie do mnie sprawę. - Nina ściągnęła cugle i klacz przystanęła. - Co to, sejmik u was przy płocie?
- E, nie. My se ino tak gwarzymy.... - rzekł z zakłopotaną miną. - Jaśnie pani dziedziczko, jakoż to będzie z nami?
- Z czym? - spytała krótko, obawiając się nowych kłopotów.
Wójt zerknął na nią z obawą, podrapał się w głowę i westchnął:
- Boimy się, że Moskale mogą nam wieś spalić, jak się dowiedzą, że pomagamy Polakom. Dałem wozy i chłopaków do pomocy, żeby postrzelanych żołnierzy przywieźli, ale jak ich złapią kozaki i dowiedzą się, że to ludzie z Makowa? Broń nas od tego Chryste Panie, ale wieś puszczą z dymem!
Nina siłą powstrzymywała niecierpliwiącą się Mignon, której zapachniała ciepła stajnia i pełny żłób. Wymierzyła klaczy klapsa i pomyślała, że doskonale rozumie obawy wójta, bo sama panicznie się bała, że kozacy mogą za karę spalić pałac. Ale nie mogła dopuścić żeby chłopi makowscy odmówili współpracy z dworem. Wówczas mogli naprawdę stać się niebezpieczni i tylko wspólna "zbrodnia przeciw prawu", jaką była w oczach carskich władz pomoc dla powstania, czyniła jak dotąd, gospodarzy jej wiernymi sprzymierzeńcami. Zmarszczyła brwi i zmierzyła wójta ostrym, zimnym spojrzeniem:

- Jeżeli wieś spalą, to ją odbudujemy! Nie pamiętacie już, jak wyglądała po huraganie? A teraz spójrzcie, jaka jest piękna i bogata. Mnie to zawdzięczacie i to ja ryzykuję najwięcej! Mówicie, że pomagacie Polakom. Cóż to, nagle staliście się Niemcem, a może Moskalem?
- A niechże mnie Pan Bóg broni! - wójt przeżegnał się zamaszyście, bo więcej niż najazdu kozaków bał się gniewu dziedziczki. - Przecie i ja mam syna w powstaniu. Ale jak tu wpadną kozacy, to mnie pierwszego powieszą na belce w stodole.
- Oj, panie wójcie, starszy z was człowiek, a chytrości nie macie za grosik!- prychnęła pogardliwie. - Nie wiadomo czy kozacy nas odwiedzą. A jeśli nawet, to zawsze możecie powiedzieć, że buntownicy przyłożyli wam pistolet do głowy i siłą zabrali wozy i ludzi. Za to wam śmierć nie grozi. A jakby pytali, dokąd buntownicy poszli, powiedzcie, że do puszczy, bo oni tam nie wejdą. Zmyślajcie, co wam ślina na język przyniesie. I nie żałujcie pomocy dla tych biedaków, bo nie wiadomo, czy kiedyś wasz syn, nie będzie w jakiejś innej wsi wyglądał ratunku od ludzi. O tym pomyślcie!
Wspomnienie o synu rozrzewniło starego gospodarza.
- Że też mi to nie przyszło do głowy! Jaśnie pani dziedziczka mądrze radzi. Właśnie tak powiem Moskalom, jakby ich tu diabeł przyniósł. Ino tak sobie gwarzyliśmy, bez złej myśli. Ale nawet pies broni swojej budy. - tłumaczył się wójt, całując kraj jej rajtroka1. - My pamiętamy, że jaśnie pani wspomogła nas, jak najlepsza matka. Przecie my także Polaki, a mój Szymek sam poszedł do powstania, nikt go nie ciągnął. My zawdy będziemy wierne dziedzicom.
- Miło mi to słyszeć. Zostańcie z Bogiem. - cmoknęła na Mignon i na odchodnym dorzuciła złośliwie: - Znacie przypowieść o miłosiernym Samarytaninie? Wynieście tym biednym rannym trochę mleka, czy wody. Będziecie mieć zasługę przed Bogiem.
Maciek nie wtrącał się do rozmowy, słuchając jej z zaciętymi ustami. Ale gdy ruszyli, odezwał się drwiąco :
- Pana wójta strach obleciał. Aż się prosi, żeby mu zadek pasem złoić!
- Maciek, tylko bez awantur. Pan wójt jest nam potrzebny. Zresztą, ja także się boję!
 - Oho! Albo to prawda? Jaśnie paniuleczka samego diabła się nie przestraszy! - mruknął, spinając konia do galopu.
 Po kilku godzinach wytężonej pracy, pałac był gotowy na przyjęcie gości. Nina słaniała się ze zmęczenia, bo od wczesnego rana była na nogach. W lamusie było ciepło, bowiem w dwóch dużych piecykach-kozach palił się ogień, a przez potężne mury nie przenikało zimno. Wszystkie kobiety pracowały pilnie jak mrówki, przygotowując posiłki i napychając sienniki w lamusie świeżą słomą i przykrywając je czystym płótnem. Z Sarnik wrócił posłany tam chłopak stajenny i powiadomił panią, że proboszcz źle się czuje, ale usłyszawszy iż do Makowa przybędą ranni, zwlókł się z łóżka i kazał zaprzęgać do bryczki.
- A dlaczego wikary go nie zastąpił? - spytała rozgniewana Nina.
- Pono pojechał do chorego.... - odpowiedział stajenny i zachichotał.
Maciek obecny przy tej rozmowie, skomentował ją po swojemu :
- Akurat do chorego! Pewnie w jakimś dworze rżnie w karty, albo z dziewuchą się pokłada. Znają go, jak złe ziele!
Nina oblała się rumieńcem, bo zachowanie nowego wikarego pozostawiało wiele do życzenia. Wyszła naprzeciw proboszczowi i pomogła mu zejść z bryczki. Zauważywszy jego trzęsącą się starczo głowę i błyszczące z gorączki oczy, zakipiała gniewem.
- Wikary nie nadaje się na pomocnika księdza proboszcza i nie wypełnia swoich obowiązków! Ksiądz jest chory, powinien odpoczywać i leczyć się. - wybuchnęła.
- Nie, nie, dobrze się stało, moje dziecko. - proboszcz stękając, powlókł się za nią do buduaru i usiadł przy kominku. - Radzę ci, nie wspominaj mu lepiej o rannych powstańcach. To może jest porządny człowiek, ale od czasu zdrady Żabca, już nie ufam ludziom. Pan Jezus pewnie mnie za to ukarze i słusznie, ale ty wikaremu nic nie mów, nawet przy spowiedzi.
- Nigdy się nie spowiadam takim duchownym, jak wikary. - westchnęła i pomyślała z troską, że gdy zabraknie proboszcza, wikary nie potrafi godnie go zastąpić. Za bardzo lubił pieniądze, a ubodzy chłopi świętokrzyscy, nie bardzo mieli czym płacić i wyglądali raczej pomocy od swego pasterza.
Wozy wiozące rannych, szczelnie przykryte słomą i sianem, nadjechały dopiero o zmierzchu, omijając po drodze placówki wroga. Za wozami ciągnęły się krwawe ślady i psy biegły za nimi, węsząc i wyjąc niespokojnie. Na szczęście lekarz zdążył przybyć na czas z miasteczka i część lamusa została przekształcona na salę operacyjną. Stary budynek trząsł się od nieludzkich wrzasków i jęków, wijących się z bólu operowanych. Lżej rannych, lekarz polecił troskliwości kobiet. Za atłasowym parawanikiem haftowanym w rajskie ptaki i przyniesionym z saloniku, stał długi drewniany stół wyszorowany do białości. Przywiązywano do niego rannych sznurami do wieszania bielizny. Leżeli bez ruchu, wpatrując się okrągłymi ze strachu oczami w pochylonego nad nimi lekarza, śledząc każdy jego ruch oszalałym z przerażenia wzrokiem. Jedynym środkiem znieczulającym była wódka, wlewana im przemocą do gardła. Oczekującym na zabieg, litościwa Kumosia dawała mocne zioła nasenne, żeby skrócić im mękę oczekiwania na operację.

Nina zatykała uszy, aby nie słyszeć okropnych ryków mężczyzn rżniętych na żywo. Lekarzowi asystowała Mira, zielona na twarzy i chwiejąca się na nogach. Wydawać się mogło, że zaraz zemdleje i upadnie, ale ona stała wyprostowana, tamując krew, opatrując okropne rany, lub podając lekarzowi narzędzia. Nina otępiała ze zmęczenia i głodu, niezliczoną ilość razy pochylała się nad rannymi, zmieniała im bandaże prędko nasiąkające krwią, i z bezsilną rozpaczą obserwowała mękę konających. Starania lekarza i wysiłki pracujących przy rannych kobiet, wydawały się jej śmieszne, wobec ogromu cierpienia i bólu.
Jeszcze tego samego wieczora dwóch powstańców zmarło. Jeden miał dopiero piętnaście lat. Pocisk z armaty urwał mu nogę powyżej kolana, a krwotoku nie dało się zahamować. Gdy Nina pochyliła się nad chłopcem, podając mu do picia kojące zioła, pochwycił ją kurczowo za rękę i patrząc na nią szeroko rozwartymi oczami, upewniał się chrapliwym, przerywanym przez śmiertelną czkawkę głosem:
- Ja nie umrę, prawda, proszę pani? Nie mogę umrzeć. Mamusia by się bardzo zmartwiła, bo ona tam sama została we dworze, jak uciekłem z domu. - dyszał ciężko, usiłując się podnieść z posłania. - Ona ma już tylko mnie....
- Oczywiście, że nie umrzesz, syneczku. - pocieszała go Nina, gładząc jego wilgotne od potu włosy. - Od takiej rany się nie umiera. To tylko draśnięcie. - uśmiechała się, patrząc mu prosto w oczy. - Leż spokojnie i wypij te zioła nasenne, a kiedy się obudzisz, już wszystko będzie dobrze.
Uspokojony wpatrywał się w nią z nadzieją.
- Będę mógł się mamie pochwalić, że byłem ranny? Bo ona mnie uczyła, żebym kochał ojczyznę i był waleczny, jak mój dziadek, który poległ pod Wagram2. Chciałbym być taki jak on! Ale będzie wolna Polska, prawda, proszę pani?
- Będzie, bohaterze. Jesteś od dziadka dzielniejszy. Twoja matka będzie z ciebie bardzo dumna.
Na jego ustach pojawił się cień szczęśliwego uśmiechu. Nina kojącym szeptem zapewniała go, że prędko wyzdrowieje i powróci do matki. W godzinę potem chłopiec skonał, rzucając się w męczarniach i ze łzami w oczach wzywając matki.
- Mamo, mamusiu!... - to były jego ostatnie słowa. Nina zamknęła mu powieki i złożyła na jego czole lekki pocałunek. Proboszcz stojąc przy jego posłaniu, długo się modlił polecając jego młodą duszę Bogu.
Drugi ranny miał głowę zmiażdżoną kolbą karabinową i także wkrótce umarł, nie odzyskawszy przytomności. Zmarłych wywieziono wózkiem ogrodniczym do włoskiego ogrodu i zakopano pod krzyżem, przykrywając świeżą mogiłę wyciętą poprzednio darnią. Nie dowiedziano się nigdy, kim byli obaj zmarli. Nie mieli przy sobie żadnych dokumentów, a koledzy pochodzący z różnych stron Galicji, nie znali się jeszcze bliżej. Nina przejęta głębokim żalem myślała, że gdzieś jakaś samotna matka, do końca życia oczekiwać będzie na powrót syna.
Rannych powstańców było dwunastu, wszyscy zostali opatrzeni i nakarmieni. Dwie stare kobiety pozostały w lazarecie, aby czuwać nad nimi w nocy. Nina podpierając słaniającą się pannę Lutównę, powlokła się do pałacu. Stanąwszy na środku swojej uroczej sypialni, nie mogła wprost uwierzyć, że istnieją takie miejsca, gdzie nie słychać krzyków i jęków, w którym nie cuchnie ropa, krew, mocz i kał.
Dodaj napis
Ściany wybite jedwabiem, stwarzały nastrój pełen delikatnej zmysłowości. Izolowały ją od okrutnego świata. W wysmukłych wazonach stały bukiety jesiennych kwiatów, a śliczny złocony rokokowy zegar, srebrnym głosikiem wydzwaniał kuranty. Z leżącej na ziemi poduszki podniósł się Grot i podszedł do niej, skomląc i tuląc się do jej kolan. Była bardzo głodna, lecz gdy Jaga przyniosła jej kolację, na sam widok jedzenia Nina zwymiotowała. Wypiła tylko chciwie gorącą herbatę z odrobiną czerwonego wina. Przy pomocy Jagi, rozebrała się i starannie umyła, zmywając z ciała ohydną woń lazaretu. Niania nie odzywała się do niej przeczuwając, że Nina pragnie ciszy i ucałowawszy ją na dobranoc, poszła do siebie.
Nina położyła się, lecz wstrząsające przeżycia nie pozwoliły jej zapaść w zdrowy sen. Jakiś czas przewracała się z boku na bok, lecz czując, że nie wytrzyma nerwowo leżąc w łóżku, narzuciła na nocną koszulę ciepły szlafrok, długą pelerynę podbitą futrem i zbiegła po stopniach tarasu do parku.
Noc jak na koniec października, była ciepła. Po mglistym dniu rozpogodziło się, zaś niebo pełne było jasnych gwiazd. Nad dachem pałacu srebrzył się sierp księżyca. Wędrowała szpalerem bezlistnych drzew, oddychając pełną piersią czystym nocnym powietrzem. Z ziemi unosił się gorzki zapach więdnących traw i butwiejących liści. Wsłuchiwała się w ciszę, przerywaną tylko chichotem puszczyka, mieszkającego na strychu domu. Powoli powracał jej spokój, odprężyła się i wyprostowała pochylone barki. O, jakże kochała tę swoją ziemię, każde drzewo, każdy liść, każdy kamień. Zdawało się jej, że gdyby przyłożyła ucho do ziemi, usłyszałaby cichutkie bicie jej serca. Bo tu, w tych górach, biło teraz serce umęczonej, krwawiącej Polski.
 Z tej ziemi wyszła pierwsza polska książka:" Kazania Świętokrzyskie". Tutaj nauczał mądry ksiądz Stanisław Staszic. Przepiękne pejzaże malował syn tej ziemi, znany już malarz rodem z Bodzentyna Józef Szermentowski, którego obraz zakupiony niegdyś w Warszawie, wisiał w malinowym salonie. Gdyby kazano jej żyć z dala od tych ukochanych stron, chyba by umarła, jak ginie drzewo odcięte od swoich korzeni. Rozmyślając szła wolno wzdłuż muru, dzielącego park od wiejskiej drogi.
Naraz przystanęła i zaczęła bacznie nadsłuchiwać, usłyszawszy dźwięk podkowy uderzającej o kamień. Po drugiej stronie wysokiego muru jechał jeździec. Poczuła przebiegający ją dreszcz strachu. Gdyby, co nie daj Boże, pech przyniósł do Makowa kozaków, byliby wszyscy zgubieni. Na palcach przebiegła kilka kroków i przystanęła w pobliżu bocznej furty. Ze zdumieniem usłyszała zgrzyt klucza obracającego się w zamku i jedna połowa ciężkich wrót uchyliła się, przepuszczając mężczyznę ciągnącego za sobą zmęczonego konia. Szybko cofnęła się za najbliższe drzewo i z zapartym tchem obserwowała przybysza. Przystanął i nadsłuchiwał, potem uspokojony panująca ciszą, wolno ruszył naprzód. Coś niezmiernie znajomego było w jego ruchach i zarysie postaci. „Wielki Boże! - pomyślała, patrząc na niego pełna nadziei i zarazem niewiary. - Coś mi się chyba przewidziało, to przecież nie jest...”
- Alek? - wyszeptała ochrypłym z przejęcia głosem, a kiedy nocny gość zatrzymał się jak wryty, krzyknęła z wybuchem szalonej radości: 
 - Alek!... - i rzuciła się mu w ramiona.
- Nina, moja najdroższa!
Zasłoniła mu usta dłonią. Wtulił w nią wargi i odechciało mu się mówić. Przygarnął ją do siebie, dziwiąc się, że jest taka lekka jak piórko. Jeszcze nie mogła uwierzyć, że znowu obejmują ją ramiona męża, a jego usta rozchylają jej wargi mocnymi, gorącymi pocałunkami.
- Promyczku, co ty robisz w parku, o tej porze? - spytał, unosząc ją w ramionach jak małe dziecko.
Ujęła jego głowę w obie dłonie, obsypując mu twarz pocałunkami.
 - Nareszcie jesteś w domu! Kochany, pewnie ściągnąłeś mnie tutaj myślami, bo nie mogłam zasnąć. Boże, w tych ciemnościach nawet nie widzę jak wyglądasz. Chodź prędko do domu!
Pociągnęła go za sobą, ale szli dosyć długo, bo co jakiś czas przystawali, żeby się pocałować i trudno im było oderwać się od siebie. Przez taras weszli do sypialni i dopiero wtedy Nina zapaliła lampę oraz kilka świec w kandelabrze, przypatrując się mężowi. Był bardzo zmęczony i brudny, ale nie znać na nim było śladów ciężkiej choroby i niedawno przeżytej bitwy. Opalony i wysmukły, nawet w skromnym powstańczym mundurze, prezentował się wytwornie. Zdjął z głowy konfederatkę i rzucił ją na fotel, przygładzając jasne włosy. Nina poczuła w sercu cierń zazdrości. Był piękny, a paryżanki nie grzeszyły przesadną cnotą. Aleks także patrzył na nią i żona wydała mu się jakaś inna. Znajdował, że jest może jeszcze piękniejsza, lecz w jej ogromnych oczach malował się dziwny, twardy wyraz. Spoglądała na niego wzrokiem dojrzałej kobiety, która w życiu wiele doświadczyła.
- Nie mogę uwierzyć, że jesteś przy mnie. - wyszeptała, mając ochotę śmiać się i płakać ze szczęścia.
- Promyczku, nie powinnaś była zapraszać nas do Makowa. - przyciągnął ją do siebie i pocałował w usta. - Nasza obecność niesie z sobą zapowiedź nieszczęścia. Widzisz, nawet Jaś przyniósł zgubę Maryni i Ksaweremu.
- To prawda, lecz jednocześnie sprawił, że o ciotce i wuju mogę mówić z dumą i czcić ich pamięć.
- Rozumiem. Widzisz, zamierzałem zaprowadzić generała i resztę oddziału do leśnego obozu. Ale są tak pomęczeni, że nie doszliby tam nawet do jutra. Zresztą w tamtych stronach stoją wojska Czengierego. Czy ranni dojechali bezpiecznie?
- Tak. Umieściłam ich w lamusie, są już po operacjach i zabiegach, opatrzeni i nakarmieni.
- Dziękuję. Zaprosiłaś nas, więc przyjechałem pierwszy żeby cię uprzedzić, że tej nocy będziesz miała ważnego gościa. - pochylił głowę i znowu chciwie ucałował jej usta. - Patrzę i nie poznaję mego słodkiego promyczka. Pożegnałem śliczną panienkę z dołeczkami w buzi, a witam przepiękną kobietę.
Nina posmutniała.
- Moja młodość skończyła się w momencie, gdy zobaczyłam trupy wujostwa i zwęglone ciało Jasia. Takie potworne, czarne, z wystrzelonym rewolwerem w dłoni.
- Nie myśl teraz o tym, słonko. Musimy nasz żal zamknąć w sercu bardzo głęboko, bo inaczej nie będziemy umieli żyć z tym ciężarem. Pierwsza rzecz: czy Starewicz nadal ciebie nachodzi? Nie wyobrażasz sobie, jak mi było przykro. Obawiałem się, że on może ci zrobić krzywdę, ale Orlewicz doniósł mi przez kuriera, że tym bydlakiem zajęła się już policja narodowa. Czytając twój list, wprost nie mogłem uwierzyć w śmierć Jasia. Taki wspaniały, wartościowy człowiek, cały oddany sprawie niesienia ludziom pomocy. I Marynia... Naturalnie, żałuję także Ksawerego, choć mniej go lubiłem, ale ona.... Wiem, ty znałaś ją jako surową i złośliwą kobietę. A ja zapamiętałem ją inną, i dla mnie na zawsze pozostanie w pamięci śliczną, roześmianą panienką, bawiąca się ze mną w parku, za dworem ciotki marszałkowej. - potrząsnął głową, jakby chciał odpędzić jakąś straszną wizję i westchnął. - A nie masz wiadomości od pani Salomei i pani Emilii?
- Nie. O skazanych na zesłanie, władze carskie nie udzielają wiadomości. Są w drodze do Archangielska i mam przeczucie, że nigdy tam nie dojadą. - jej oczy napełniły się łzami.
Aleks delikatnie starł je ustami i osuszył jej policzki.
- Nie płacz, mój biedny promyczku. Życie jest krótkie i należy cieszyć się z każdej przeżytej razem minuty. No, pocałuj mnie.... za mało, jeszcze raz!
Schylił wysoką, smukłą postać i całował ją, poddając się ulegle jej pieszczotom.
- Chyba naprawdę już jesteś dojrzałą kobietą. - szepnął jej do ucha, a Nina zarumieniała się mocno i ukryła twarz na jego piersi.
- Wyobrażam sobie, że w Paryżu panie piękniejsze są od Polek.
- O, zazdrosna? Zaręczam ci słowem honoru, że nawet w Paryżu nie znalazłbym tak pięknej jak ty. Gdybyś ukazała się w paryskich salonach, musiałbym stoczyć dziesiątki pojedynków z rywalami, aż w końcu któryś by mnie ukatrupił.
- Wcale ci nie wierzę. - mruczała, jak rozpieszczona kotka.
Walenty śpiący na jedno ucho i oko, jak zając, zobaczył pod domem konia pasącego się na trawniku i usłyszawszy w sypialni pani męski głos, zaniepokojony zapukał do drzwi.
- Proszę wejść. - odezwała się Nina, wysuwając się z ramion męża.
Staruszek zajrzał do sypialni.
- Ośmieliłem się zapukać, bo mi się wydawało, że...O Jezu, przecież to jaśnie pan hrabia! Nasz pan przyjechał! - wydał okrzyk radości, rzucając się Aleksowi do rąk.
Witając starego kamerdynera, Aleks zauważył jego pochyloną już postać, siwe włosy i drżenie rąk. Ponad jego głową, zamienił z Nina zatroskane spojrzenia. Osoba Walentego nierozerwalnie kojarzyła się mu w pamięci z latami dzieciństwa i wspomnieniem matki. To matka i stary sługa, oraz Grabiszyna, walczyli nieustępliwie o jego duszę, wpajając mu miłość do pogardzanej, tragicznej ojczyzny i języka polskiego.               Nieszczęścia, jakie dotknęły rodzinę Klonowieckich w ostatnim roku, zmieniły uporządkowany, tradycyjny świat Walentego i staruszek nie potrafił się z tym pogodzić.
W jednej chwili cały dom ożył, a domownicy witali pana radosnymi okrzykami, dopytując się o krewnych. W wielkiej jadalni zapłonęły kryształowe żyrandole i krzątała się służba w galowej liberii, nakrywając do stołu. Pokojówki przygotowały pokoje dla generała oraz jego oficerów. Aleks rozsiadł się wygodnie w buduarze, odpowiadając na nieśmiałe pytania kobiet, pragnących dowiedzieć się czegoś o swoich bliskich. Niejedna zaniosła się płaczem, usłyszawszy, że syn, mąż czy brat nie żyje. Inne z radością oczekiwały nadejścia oddziału. Nina także stanowczo odepchnęła od siebie myśl, że będzie cieszyć się obecnością męża zaledwie kilka godzin.
- Część waszego oddziału trzeba będzie umieścić na wsi. W stodole się nie zmieszczą. - powiedziała, głośno myśląc.
Aleks podniósł oczy i spojrzał na nią zdumiony.
- Słonko, przecież nas jest tylko pięćdziesięciu! Przenocują w stodole na słomie.
Nina osłupiała i przez jakiś czas nie mogła wydobyć z siebie głosu.
- Tylko tylu z was pozostało? Boże, a Wacio Barycz i pan kapitan Soszkiewicz przeżyli?
- Tak, moi chłopcy w większości żyją. Pan generał wysłał ich w stronę Kunowa, aby oczyścili drogę z patroli. Jutro o świcie wyruszamy dalej.
- Teraz wolę o tym nie myśleć. - westchnęła i żeby się czymś zająć, poszła do garderoby wybrać odpowiednią toaletę.
Zdecydowała się na suknię z czarnego aksamitu, prostą i wytworną. Duży dekolt zakrywał nieco szeroki kołnierz z delikatnej, białej jak śnieg koronki. Przeczesała włosy i przeglądnęła się w lustrze. Uznała, że pomimo wielkiego zmęczenia wygląda ładnie. W tym czasie Aleks wziął kąpiel i także się przebrał w oczyszczony i odprasowany starannie mundur. Na jej widok zrobił wielkie oczy.
- No, no! - powiedział, mierząc ja przeciągłym wzrokiem. - Widzę, że zamierzasz uwieść generała.
- To ciebie pragnę oczarować. A co będzie dalej, Alku? Kolejna bitwa przegrana, a Moskale idą waszym śladem. - usiadła przy nim i ujęła go za rękę.
- Sądzę, - rzekł po namyśle - że pomimo początkowych niepowodzeń, Bosak będzie dobrym dowódcą. To zdolny i doświadczony oficer, bardzo dzielnie bił się na Kaukazie. Nie z jego winy znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. To inni dowódcy nie stawili się na miejsce zgrupowania.
- Zamierzacie dalej walczyć? - zadała to pytanie, nie mając wątpliwości, jaką otrzyma odpowiedź.
- Oczywiście. Teraz powstanie z bezładnej ruchawki, przekształci się w regularne działania wojenne.
- Nie pojmuję waszej naiwnej wiary, że cokolwiek da się jeszcze zmienić. - powiedziała ostro. - Miałam nadzieję, że w Paryżu układacie plany rozsądnej kapitulacji. - nie panując nad zdenerwowaniem tupnęła nogą, jakby chciała wdeptać w dywan wszystkich zwolenników dalszej walki.
- Powstanie trwa, dopóki istnieją szanse na pomoc mocarstw zachodnich. - Aleks poruszył się nerwowo i cofnął rękę z jej uścisku.
- Alek, nie rozśmieszaj mnie! - zawołała niegrzecznie. - Wierzysz w cuda? Już widzę, jak "siostrzana Francja"przysyła nam armaty... w pudełkach po pralinkach! Nikt jeszcze nie zwyciężył Rosji bezpodstawnymi nadziejami i pustą gadaniną.
Aleks odczekał chwilę, aby nie dać poznać po sobie, jak bardzo zabolało go jej szyderstwo.
- Ja nie twierdzę, że Rosję pokonamy, lecz że nie możemy żądać, aby Rząd prosił cara o łaskę. - mówił cichym, zmęczonym głosem, ale Niny to bynajmniej nie rozczuliło.
- Jeżeli nie wierzycie, że pokonamy Rosję, to po co walczycie? Rząd pozostawi kraj w ruinie, a sam wyniesie się za granicę. - prychnęła i wzruszyła ramionami.
- Nie, dyktator nigdy nie ucieknie z kraju i nie zniży się do prośby o łaskę! - zawołał już z gniewem.
- Jaki znowu dyktator? Od kiedy rządzi? - Nina spojrzała na męża z osłupieniem, nie wiedząc, czy ma się śmiać czy płakać.
- Od siedemnastego października. Tak się składa, że znam go osobiście. To żelazny człowiek i nie ugnie się nigdy.
- Znowu któryś z generałów, pożal się Boże? - dopytywała się, zapominając o konieczności zachowania tajemnicy wojskowej.
gen. Romuald Traugutt.
 Kiedy Aleks potrząsnął tylko głową, westchnęła i siedziała obok niego z ponurą miną, bawiąc się fantazyjną klamrą spinającą stanik sukni. Nagle przestała się cieszyć z przyjazdu męża. Do nieobecności Aleksa przyzwyczaiła się, jak do uporczywego bólu zęba dręczącego tak długo, aż stał się niemal niewyczuwalny. Ale jego obecność niosła z sobą zapowiedź niepokoju i ponownego rozstania. Nie umiała godzić się z jego odejściem, rozdzierającym w jej sercu zabliźniające się rany. Nie miała czasu żeby roztkliwiać się nad sobą, bo przybył generał Hauke.
Witała dostojnego gościa, stojąc przy boku męża na progu pałacu.
Nasłuchawszy się opowiadań o jego świetnej karierze, spodziewała się ujrzeć wypieszczonego bawidamka. Tymczasem zobaczyła przed sobą mężczyznę średniego wzrostu, o pociągłej, zmęczonej twarzy. Niegolony od dawna zarost i podkrążone oczy bardzo go postarzały. Kiedy zdjął konfederatkę, składając jej ukłon i całując w rękę, odsłonił wysokie czoło i ciemne, niezbyt gęste włosy.
Julia Hauke księżna Battenberg.
Hrabia Józef Hauke miał wówczas dwadzieścia dziewięć lat i był zupełnie młodym mężczyzną.

Przez siostrę stryjeczną, księżnę Julię von Battenberg, ( Montbatten) spokrewniony z samym carem, był ulubieńcem fortuny. Ale pobyt w Paryżu i zetknięcie się z patriotyczną emigracją, rozmowy z rodakami, zmieniły jego dotychczasowe poglądy, otwierając mu oczy na niepodległościowe dążenia Polaków. Pomimo sprzeciwu niemal całkowicie zruszczonej rodziny, podał się do dymisji i wyjechał do Galicji razem z poślubioną niedawno małżonką, spotykając się na każdym kroku z nieufnością i niechęcią rodaków. Dopiero przyjaźń z Romualdem Trauguttem, który natychmiast poznał się na utalentowanym oficerze spowodowała, że Hauke zdecydował się przystąpić do powstania.
- Pan generał hrabia Józef Hauke – Bosak. Moja małżonka Nina z Nałęczowskich Klonowiecka. - swobodnie przedstawił ich Aleks.
Nina złożyła generałowi dworski rewerans.
- Zaszczyt to dla nas, panie generale, witać pod dachem naszego domu tak znakomitego gościa. - oznajmiła, patrząc mu z uśmiechem w oczy. Uczyniła to z nieporównanym wdziękiem, na jaki potrafiła się zdobyć, kiedy tego chciała. Jakby nie było, przyjmowała dziś naczelnego wodza sił zbrojnych walczącej Polski.
gen.hr. Józef Hauke-Bosak
Generał ponownie z galanterią ucałował jej maleńką rączkę i równie grzecznie powitał pannę Lutównę, zaprezentowaną mu przez Ninę. Powitawszy uprzejmie towarzyszących generałowi oficerów, Nina podała mu ramię i wprowadziła do jasno oświetlonej jadalni, sadzając na honorowym miejscu. Hauke przypatrywał się jej wzrokiem pełnym podziwu, odpowiadając na pytania dam po francusku.
- Pani hrabino, proszę o wybaczenie, że w polskim domu wysławiam się w obcym języku. Ale wychowałem się na obczyźnie i moje próby posługiwania się polskim językiem są tak nieudolne, że pozostawiłbym po sobie bardzo niekorzystne wrażenie.
- To nieistotne, jakim językiem pan generał mówi, ważne jest tylko to, że myśli pan po polsku i ma serce Polaka.
Oficerowie przyjęli jej słowa oklaskami, zaś generał z wdzięcznością ponownie ucałował jej dłoń. Biedak miał kompleks na tym tle. Aleksowi obserwującemu zachowanie żony, przyszło na myśl, że nawet kiedy Nina będzie miała sto lat i uśmiechnie się, każdy mężczyzna niezależnie od wieku, zakocha się w niej na amen.
Pan Szymon stanął na wysokości zadania i kolacja była popisem jego sztuki kulinarnej. Toasty wznoszono szampanem Dom Perignon. Oficerom spragnionym odrobiny luksusu, zrobiło się bardzo wesoło, jakby pierwsza bitwa nie była przegrana, a za nimi, jak złowrogi cień, nie szły kolumny wroga. Po kolacji wszyscy przeszli do salonu, gdzie już płonął ogień w kominku i było ciepło. Bosak kazał wezwać Maćka i Tomka, trzymającego się skromnie na uboczu.
Odbyła się wzruszająca uroczystość, odznaczenia obu chłopców za okazaną odwagę i pomoc członkowi Rządu Narodowego. W imieniu dyktatora, generał awansował Maćka do stopnia sierżanta, a Tomka do stopnia kaprala, za uratowanie życia swemu dowódcy. Obaj chłopcy stali wyprostowani, zarumienieni i ogromnie wzruszeni, wpatrując się w generała wzrokiem pełnym zapału.
Nina ucałowała obu bohaterów wieczoru, opowiadając gościom o przeżytych chwilach grozy, gdy uciekali przed kozakami, a Maciek dźwigał ją na plecach, bo sama już iść nie mogła. Chwaliła odwagę i przytomność umysłu Tomka, ryzykującego życie, byle tylko odciągnąć od nich pogoń. Generał wiedząc od Aleksa o jej muzycznych talentach, poprosił o koncert przed udaniem się na spoczynek. Usiadła do fortepianu i popisując się wspaniałą techniką, brawurowo zagrała chopinowską etiudę c-mol z opusu 25. Salon przez chwilę rozbrzmiewał burzliwymi pasażami, a jej grę nagrodziły huczne oklaski.
- Prosimy panie o pieśń ! - zawołał generał.
Nina spojrzała na zakatarzoną i wniebowziętą Mirę.
- Dasz radę zaśpiewać?
- Postaram się nie kichać. - zapewniła Mira i odchrząknęła. Po przygrywce obie damy zgodnie zaśpiewały jedna z tych pieśni zrodzonych w walce.
                            Wśród chłodu i głodu, w obronie narodu.
                            My zawsze do bitwy gotowi!
                            Choć dłoń nam skostniała, lecz serce w nas pała,
                            I grozim rozpaczą wrogowi!
                            Świat głuchy na jęki nie podał nam ręki,
                            Już w pomoc nie wierzym niczyją.
                            Lecz z słowem modlitwy idziemy do bitwy
                            Wołając: - Jezusie Maryjo!
Powstańcy siedzieli z opuszczonymi głowami, głęboko poruszeni jakże aktualnymi słowami pieśni, tak trafnie obrazującymi dramatyczną rzeczywistość. Generał wstał i podziękowawszy damom, zaczął przechadzać się po sali, przypatrując się obrazom i rodzinnym portretom.
- Francja jest nam raczej przychylna. - odezwał się, grzejąc dłonie przy kominku. - Czy wiecie panie, jak za granicą nazywają naszą żałobę narodową? "Łzy Polski". W Paryżu bardzo modny stał się kolor czarny i polskie stroje.
- Wzruszające! - bąknęła Nina i umilkła, czując na sobie ostrzegawczy wzrok męża.
Dama w żałobie narodowej
- Jednakże sam cesarz Napoleon III, ma pewne uprzedzenie do wszelkich rewolucji, od czasu zamachu bombowego Orsiniego. - ciągnął generał. - Gdyby nasze powstanie odniosło kilka spektakularnych zwycięstw, to kto wie? Może Napoleon nie byłby od tego, by upokorzyć Rosję, rewanżując się za klęskę stryja pod Moskwą. Od nas więc zależy, jaka będzie nasza przyszłość. Planuję zajęcie punktów obronnych w krakowskim i sandomierskim, żeby w oparciu o nie, wywołać pospolite ruszenie. Bo tylko ogólnonarodowe powstanie może zapewnić nam niepodległość. W wytrwałości nasza siła. Gdy zgnieciemy wroga, nasza ojczyzna będzie wolna.
Nina miała taką minę, jakby chciała powiedzieć: "Ja to między bajki włożę!" Dziwny wydał się jej taki zapał u człowieka, który przed kilkoma godzinami przegrał pierwszą swoją bitwę i stracił większość żołnierzy. Śledziła jego wolne kroki i spostrzegła, że sam wsłuchuje się z satysfakcją we własne słowa, jakby to siebie chciał przekonać. Takie zachowanie było dla niej kompletnie niezrozumiałe, tym bardziej, że oficerowie zdawali się zgadzać z jego planami na przyszłość.
Wolała nie zabierać w tej kwestii głosu, bo podejrzewała, że Bosak tym sztucznym optymizmem pragnie sobie dodać otuchy. Spojrzała na męża: wtulony w kąt kanapy, w milczeniu palił papierosa. Jego twarz miała nieodgadniony wyraz. Zawsze przybierał taką maskę, gdy chciał ukryć swoje myśli. Westchnęła, kiedy przypomniała sobie, że za parę godzin znowu go utraci, lecz była taka zmęczona i zniechęcona, że przynajmniej na razie nie zamierzała zamartwiać się tą myślą.
- A Wielka Brytania? - odważyła się spytać Mira.
- Anglia zajęta podbojem świata, wydaje się raczej chłodno oceniać nasze szanse. Ostatnio pan minister Russel, zadał w parlamencie posłom pytanie:"Co to jest Polska?"Jesteśmy przez Anglików postrzegani, jako kraj na wpół cywilizowany, zasiedlony przez Żydów, Rusinów i Niemców oraz tę resztę Polaków, która jeszcze się ostała. Panowie lordowie mają poważniejsze zmartwienie, niż powstanie w Polsce. Na skutek bratobójczej wojny w Stanach Zjednoczonych Ameryki, przerwana została dostawa bawełny. Kiedy staje ogromny przemysł, tysiące robotników traci pracę i środki do życia, a do kasy rządowej nie wpływają podatki. Wobec takiego zagrożenia, jakie znaczenie ma krew lejąca się w Polsce? - Bosak z rezygnacją pokiwał głową.
- Podli! - wyrwało się dobrze wychowanej Mirze.
- Panno Miro. - przerwał milczenie Aleks. - W polityce nie ma podłości, jest tylko niezręczność dyplomatyczna.
- Trudno mieć do Anglików pretensje o to, że dbają o interesy narodowe. My tego niestety nie potrafiliśmy i dziś ponosimy tego skutki! - ponownie wyrwała się Nina, dla której ta rozmowa była przelewaniem z pustego w próżne. Była zmęczona i chciała iść spać.
- Ale Polacy gotowi są umierać za cudze interesy. - rzekł w zamyśleniu Hauke, jakby w przeczuciu własnego losu3.
mjr. Kalita-Rębajło
- À propos Anglii.- wtrącił z ironią major Rębajło4. - Wielka Brytania ma najlepszą w świecie flotę wojenną i handlową, znakomitą armię lądową, a za pieniądze płynące strumieniem z kolonii, pobudowała monumentalne rezydencje i gmachy użyteczności publicznej. Posiada przepiękne ogrody i parki, oraz najokropniejszą w świecie kuchnię, z której jest ogromnie dumna!
Oficerowie parsknęli śmiechem, a jeden z nich, z głową obwiązaną bandażem, odezwał się z wahaniem:
- Obawiam się, że i Francja nie jest wobec nas szczera. Podobno na posiedzeniu ministrów, przez siedem godzin kłócono się, na temat ewentualnej pomocy dla powstania, i wszyscy ministrowie wypowiedzieli się przeciwko udzieleniu nam wsparcia.
- W polityce nie ma też dosłowności. - stwierdził Bosak. - Napoleon III lęka się, aby nie posądzono go o sprzyjanie wywrotowcom.
Napoleon III i cesarzowa Eugenia.
- Przecież on sam był wywrotowcem! - Ninę denerwowała przeciągająca się dyskusja.
- Właśnie dlatego! - dowcipnie zauważył generał. - Jego korona jest zbyt świeżej daty.
- Obawiam się, że niedługo utrzyma ją na głowie. - rzekł Aleks. - Armia francuska już nie jest tym, czym niegdyś była.
- Ależ panie hrabio! - oburzył się jeden z oficerów. - Mówi pan o najlepszej armii świata! O armii Napoleona I.
- To była inna armia i inny cesarz. - stwierdził oschle Aleks. - Napoleon III nie posiada geniuszu swego poprzednika, po którym przyjął tylko imię. Marszałkowie Francji, to rozpróżniaczeni sybaryci. Nie wyrośli na polach bitew, jak Lannes, Davout, Ney, czy Berthier - marszałkowie Napoleona I. Tymczasem Prusy zbroją się na gwałt i już dziś stanowią potęgę, z jaką Europa powinna się liczyć. - przerwał, rzucił okiem na zegar i wstał. - Panowie, późno już, czas na spoczynek, bo o świcie wyruszamy.
- Tak. - poparł go Bosak. - Jutro musimy dotrzeć do Wąchocka.
Oficerowie kolejno całowali dłonie pań i mówiąc dobranoc, rozchodzili się do swoich pokoi. Aleks rozejrzał się po salonie.
- A gdzie Tomek?

- Wyszedł razem z Maćkiem. - wyjaśniła Mira.
Aleks zawołał Pawła i kazał mu odszukać Tomka i przyprowadzić go do pałacu. Walenty zaczął gasić świece i przysłonił kominek pięknie rzeźbioną żelazną osłoną.
 - Walenty. - Aleks podszedł do niego i powiedział ściszonym głosem.- Czy błękitny salonik jest zajęty? Ktoś tam dzisiaj śpi?
- Nie proszę jaśnie pana hrabiego.
- W takim razie proszę napalić tam w piecu. To będzie pokój panicza.
Kamerdyner stanął jak wryty i wpatrywał się w niego ze zdumieniem.
- Jakiego panicza?
- Panicza Tomasza. Kiedy ponownie przyjedziemy do domu, proszę zawsze ten pokój przygotować dla niego. Trzeba tam wstawić jakieś małe biureczko i przybić półkę na książki, bo panicz lubi czytać.
 - Oczywiście. - z ręki staruszka wypadły szczypce do gaszenia świec, podniósł je zażenowany hałasem. - Słucham jaśnie pana hrabiego.- wyszeptał, podnosząc na Aleksa oczy pełne uwielbienia i zrozumienia. Aleks ujął jego pomarszczoną, spracowaną rękę i mocno ją uścisnął.

1 Rajtrok - surdut do konnej jazdy.
2 Wagram - miejsce zwycięskiej bitwy Napoleona I nad Austriakami w 1809 roku. Brali w niej udział również Polacy walcząc w armii cesarza Napoleona I.
3 Generał Hauke- Bosak poległ w 1871 r. w bitwie pod Dijon,w czasie wojny Francji z Prusami..
4 Major Rębajło - Karol Kalita,oficer austriacki,mianowany przez Bosaka podpułkownikiem.