wtorek, 20 września 2016

Radosne wiadomości.


20 września 2016 r.
Następny dzień przyniósł mieszkańcom pałacu w Makowie niespodzianki, niekoniecznie przyjemne. Ale sam poranek zaczął się dobrze. Na progu lazaretu powitała Ninę uśmiechnięta twarz Setkowicza. Miał takie wesołe i pogodne oczy, że wydawał się prawie przystojny.
- Może od pana usłyszę coś pomyślnego, bo złe nowiny już mi się uszami wylewają. - odezwała się, zdejmując z haczyka nakrochmalony fartuch.
Pociągnęła nosem i skrzywiła się z niesmakiem, bo w lazarecie było duszno i śmierdziało. Zabite deskami okna nie przepuszczały świeżego powietrza, ani światła. Salę wietrzono tylko raz dziennie, otwierając drzwi do alkowy i wszystkie okna w bibliotece. Niestety, dwunastu rannych mężczyzn leżących w sali, pomimo codziennego mycia i zmiany opatrunków oraz pościeli, nie pachniało fiołkami.
Ilekroć Nina szła do szpitalika, zawsze zatrzymywała się w bibliotece i głęboko oddychała. Dopiero potem wchodziła do lazaretu. Tylko na Setkowiczu ten odór nie robił żadnego wrażenia. Mogło się wydawać, że wcale go nie czuje. Spał przy swoich pacjentach, jadł z nimi posiłki, żyjąc wyłącznie życiem lazaretu. Wychodził z niego jedynie wtedy, gdy wzywano go do chorego na wsi. Ale tego dnia miał wyraźnie dobry humor, bo skinął Ninie głową i rzekł wesoło:
- Nieboszczyk ożył! Maciek odzyskał przytomność i zaraz zaczął dopominać się o jedzenie. Zuch chłopak, będzie zdrów!
Rozpromieniła się, a serce jej zalała fala wdzięczności. Ta wiadomość ucieszyła ją bardziej, niż nowiny o sukcesach armii Bosaka, w której walczył jej mąż.
- To tylko pana zasługa, doktorze. Dał mu pan życie, jak matka dziecku. O, warto takie wydarzenie oblać. Każę przynieść wina. - pochyliła się nad rannym chłopcem, pocałowała go w policzek i położyła mu rękę na czole, pieszczotliwie gładząc jego jasną czuprynę.
- Ależ on wcale nie ma gorączki, doktorze! - zawołała z radością. - No Maciuś, teraz prędko wyzdrowiejesz. Jak się powstanie zakończy, oddam ci w dzierżawę Zameczek. Niedługo wiosna, razem dosiądziemy koni i pojedziemy na Wykus, albo do źródełka świętego Franciszka. Jak zechcesz się ożenić, sama cię wyswatam. Pan wójt ma ładną piętnastoletnią córkę!...
Spodziewała się, że chłopaka ucieszy obietnicą dzierżawy dużego folwarku, ale on podniósł z wysiłkiem głowę i wysyczał przez zęby:
- Nie do żeniaczki mi tera! Muszę Mochom pokazać, że moje będzie na wierzchu i już! Choćby mnie jaśnie paniulka sznurami do łóżka kazała wiązać, to się urwę i pójdę do Bosaka. Trza na świecie sprawiedliwość robić!
Jego słowa i ochota do wojaczki wyprowadziły ją z równowagi..
- Co? Na wojnę się wybierasz? Przecież dopiero otworzyłeś oczy. - zawołała poirytowana. - Na szczęście jeszcze dużo wody upłynie, zanim podniesiesz się z łóżka. Pan doktor Setkowicz uratował ci po prostu życie, wyciągnął cię za uszy z grobu, więc tego nie zmarnuj, tylko rób co ci każą, a o wojaczce na razie zapomnij, dobrze? Co za nieznośne chłopaczysko, masz siano w głowie!
Słuchając ich rozmowy, Setkowicz bawił się setnie, ale dla pewności zbadał Maćkowi tętno i zadowolony skinął głową. Serce biło mocno i miarowo. Nina przyniosła ulubieńcowi, miskę mlecznej zupy z kluskami i przysiadłszy na skraju posłania, sama go karmiła, bo był jeszcze ogromnie słaby i nie miał siły nawet ręki podnieść. Ale jadł z apetytem, co widocznie bardzo cieszyło doktora, widzącego w tym oznakę powracającego zdrowia. Nina patrzyła z radością, jak chłopak chciwie wysuwa usta, gdy podawała mu łyżkę zupy i dziękowała Bogu, że zesłał im do Makowa Setkowicza, który dosłownie wydarł Maćka z paszczy śmierci.
Nie zdążyła zabrać się do zmiany opatrunku, kiedy do lazaretu wleciał Paweł, śmiertelnie blady, z wytrzeszczonymi ze strachu oczami.
- Kozunie idą! - wrzasnął od progu.
Nina porwała się z kanapki, w popłochu upuszczając na posadzkę miednicę z ciepłą wodą i bandaże.
- Jezu, ilu ich jest? Są blisko?
- Ino co byli przy głównej bramie. Świtała targował się z nimi i nie chciał otworzyć, a za ten czas stary Zięba przyleciał i powiada, że trzy wozy i ośmiu kozaków. - wystękał zmęczony lokaj.
- A skąd wiesz, że to kozacy? - spytał Setkowicz, nie tracąc zimnej krwi.
- Przecie my ich znamy. Mają piki i papachy na głowach, proszę wielmożnego pana doktora.
Chłopak był tak przerażony, że Setkowicz nie miał serca, aby zganić go za tego wielmożnego pana. Nina zrobiła się zielona na twarzy, ale nie okazała trwogi, jaka ją ogarnęła, przywodząc na myśl straszliwe wspomnienia najazdu Dońców.
- Każę na bramie wywiesić tabliczkę, z terminami przyjęć nieproszonych gości. - oświadczyła z szubienicznym humorem. - Doktorze, proszę zamknąć za mną drzwi do lazaretu. Rozejrzę się w sytuacji.
- Co to, to nie! - krzyknął, zdzierając z siebie biały fartuch. - Pani będzie się rozglądała, a potem ja będę zmuszony zbierać te resztki, jakie z pani zostaną i zszywać je dratwą. Nic z tego, idziemy razem! - narzucił na ramiona kożuch i stanął w drzwiach.
- Nie zgadzam się! - skoczyła na niego z nagłą pasją. - Jeżeli nawet ja zginę, to dziury w niebie nie będzie. Ale życie tych rannych chłopców zależy wyłącznie od pana. Panu nie wolno się narażać.
Zmierzył ją ponurym wzrokiem.
- Niech się pani nie piekli, bo nie ma na to czasu. Mam dokumenty, że jestem pani prywatnym lekarzem i nikt mi nic nie zrobi. Ostatecznie pani hrabina ma prawo zafundować sobie własnego doktorka, nieprawdaż?
Przez chwile patrzyli sobie w oczy ze złością, bo żadne nie zamierzało ustąpić. Wreszcie Setkowicz wzruszył ramionami i zauważył:
- Proszę nie stać w drzwiach, bo na chorych ciągnie zimno. Ten cymbał Paweł zapomniał zasunąć szafę biblioteczną.
Rzeczywiście, wejście do sekretnego alkierzyka było na oścież otwarte. Nina chwyciła się za serce.
- Czy Paweł oszalał? Co Paweł wyrabia?
Energicznie wypchnęła wystraszonego chłopaka z lazaretu i starannie zasunęła tajne przejście. W całym domu momentalnie zamarło życie. Wszyscy jakby przyczaili się, tylko z pokoju do pokoju szedł cichy szept:
- Kozacy! Boże ratuj!
Setkowicz po drodze sprawdził, czy rewolwer jest nabity i odwiódł bezpiecznik, przygotowując broń do strzału. Nina wpadła do sypialni i z tajnej szufladki komody wyjęła pistolet ojca, wsuwając go do kieszeni futra. Razem z Setkowiczem wyszła na ganek w chwili, gdy pod kolumnadę wjeżdżały wozy przykryte końskimi derkami, wyjętymi spod siodeł. Eskorta była niewielka. Tylko kilku Dońców kłusowało przy wozach, rozglądając się ciekawie i patrząc z podziwem na wysmukłe granitowe kolumny i dwa majestatyczne lwy, leżące na cokołach przy drzwiach wejściowych. 
Przyzwyczajeni do białych dworów szlacheckich, kozacy nie spodziewali się zastać w tych stronach magnackiej rezydencji. Było ich niewielu, więc zachowywali się skromnie, bez ostentacyjnej wojowniczości, jaka zwykle ich cechowała. Podjechawszy pod ganek, zeskoczyli z wierzchowców i weszli na schody. Na widok stojącej na ganku młodej damy w sobolowym futrze i licznej służby, wychylającej głowy z sieni, spokornieli do reszty. Podoficer podtrzymując dłonią szablę, aby nie dzwoniła, ruszył po schodach, przykładając dłoń do wysokiej papachy. Nina przypatrywała się mu z nienawiścią, pomieszaną ze strachem. Był to typ prawdziwego junaka stepowego. Smoliste brwi ostrym łukiem rozpinały się nad lekko skośnymi oczami, a długi czarny wąs, przycięty nad pełnymi ustami, odsłaniał w uśmiechu drapieżnie białe zęby. Wysoki i mocno zbudowany, poruszał się z naturalnym wdziękiem. Kozak podszedł do niej i ponownie zasalutował, wyprostowany jak na paradzie.
- Darujcie śmiałość, wasza dostojność. - odezwał się zupełnie dobrą polszczyzną. - My tu przywieźli naszych druhów pobitych przez Lachów pod Radkowicami.
- To była jakaś bitwa? - zdziwiła się Nina, bo porucznik Barycz działał w innych stronach, obawiając się dekonspiracji.
- Nie. Żadnej bitwy nie było. My jechali spokojnie drogą, bo - wasza dostojność wybaczy - wieźliśmy na wozach gacie i koszule naszym sołdatom. Aż tu z lasu wyskoczyły Lachy! Ludzi mi postrzelali, gacie ukradli i jakby się w ziemię zapadli. Nieczysta sprawa. Gdzie ich szukać? Rozpytałem ludzi, dokąd można zawieźć rannych, a oni powiedzieli mi, że w pałacu jest dobry wracz1. Tak my i przyjechali i pięknie prosimy, weźcie naszych druhów pod dach. Toć to ludzie, nie zwierzęta. Żal żeby pozdychali na tym mrozie. Przecie to chrzczeni chrześcijanie.
Skłonił się Ninie do kolan i zauważywszy, że ona patrzy na niego z zaciśniętymi surowo ustami, zaczął prosić jeszcze goręcej :
- Tam leży mój brat. Ledwie mu na dwudziesty rok idzie. Przecie nie zostawię go, żeby bez pomocy skostniał na mrozie. My nie winni tej wojny. Każą, to bijemy, bo naczalstwo jest od myślenia, nie my. Jak rozkażą Lachów kochać, to będziemy ich całować. My prości ludzie. Pomyłujte pany. Co ja z rannymi zrobię? Muszę do sotni wracać, a tymczasem oni pomrą. Szkoda ludzi. - pochylił się do jej nóg, podejmując ją pod kolana pokornie jak chłop i czekał, patrząc błagalnie w oczy.
   Wszystko w niej krzyczało:"Precz, precz, wynoście się z mego domu!" i patrzyła na kozaka z kamiennym wyrazem twarzy, widząc w tym momencie nie jego, lecz rozpasane gęby Dońców, trzymających ją na rozkaz lejtnanta i wzdrygnęła się ze zgrozą. Nie czekając na jej zgodę, Setkowicz zbiegł ze schodów i zajrzał do pierwszego wozu. Obejrzał rannego z zatroskaną twarzą, widocznie zastanawiał się, co mu wypada zrobić. Ale kiedy z wozu dobiegło bolesne stękanie, przestał się wahać. Rannych było czterech kozaków, a jeden, najmłodszy, leżał w malignie, rzucając się niespokojnie.
- Nie podobna tych ludzi pozostawić bez opieki. - rzekł do Niny. - Rozpaczliwie potrzebują pomocy medycznej.
- A dlaczego nie zawieźliście ich do Bodzentyna?Tam jest szpital. - Nina badawczo spojrzała na kozaka.
- W takim mrozie? Przywiózłbym skostniałe trupy. - odrzekł i popatrzył z nadzieją na Setkowicza. - To jak będzie, wielmożny panie? Pozwolicie ich tu zostawić?
Setkowicz skinął głową.
- No, macie szczęście. - mruknęła Nina. - Ten pan jest znakomitym lekarzem i wasi ludzie są pod dobrą opieką. A wy skąd jesteście i gdzie nauczyliście się mówić po polsku?
Kozak odetchnął i rozpogodził się.
- Ja z Wasiłówki na Podolu. Tam same Lachy mieszkają i ja służył we dworze za strzelca. Pan dobry był i ja żadnej krzywdy od niego nie miał. Szczerze wspominam. Jak Święta Przeczysta pozwoli wojnę przeżyć, kiedyś nazad tam wrócę i będę panu wiernie służył. A waszej dostojności, z serca dziękuję, za poratowanie brata i druhów. To jeszcze malczyki i długie życie przed nimi, nie śmierć.
Słuchała go w milczeniu, obserwując ich sine z mrozu twarze i zmarznięte konie. Potem jakby wbrew sobie, powiedziała:
- Odprowadźcie konie do stajni, niech się ogrzeją. A wy, idźcie do kuchni, zjecie coś ciepłego. Paweł, zaprowadź ich.
- Rad się starać i służyć! - ryknął radośnie kozak, prężąc się i salutując.
Z powagą skinęła głową.
- Niedawno byli tu Dońcy i gdyby nie łaska boska, dziś nie byłoby tego domu, ani nas. - powiedziała z goryczą. - Mimo krzywd, jakie nas spotkały, przyjmujemy waszych rannych. Wspomnijcie o tym, gdy kiedyś każą wam zniszczyć jakiś polski dom.
Kozak zmieszał się i poczerwieniał ze wstydu. Nie odezwał się i w milczeniu pomaszerował za nadąsanym lokajem.
- Pięknie nas pan urządził,doktorze. - mruknęła z przekąsem. - Nawet pan nie czekał na moją zgodę. No i co my z nimi zrobimy? - zagadnęła go gniewnie, kiedy ranni zostali wzniesieni do domu.

- Koniecznie trzeba ich umieścić w cieple. Rano było dwadzieścia stopni mrozu, a przy takiej temperaturze, rany niedobrze się goją. Niech im przygotują posłania w tym pokoju z czerwonymi kolumnami. Tam jest duży kominek, będzie im ciepło i daleko od biblioteki.
- Co? W malinowym salonie? - głos Niny był zimny jak sopel lodu. - Czy zdaje pan sobie sprawę, jak cenny jest tam dywan ? Jedwabny z Aubusson! Każdy mebel to dzieło sztuki.
Setkowicz posłał jej kose spojrzenie.
- Jeżeli dywan i meble są dla pani cenniejsze od życia ludzkiego, to przyznam, że się na pani przykro zawiodłem. - wycedził równie zimnym tonem. - Nareszcie wylazła z pani cholerna arystokratka! Niech diabli wezmą dywan i meble, ci ludzie potrzebują ciepła, bo tu chodzi o ich życie!
- Niech diabli porwą do piekła pańskich kozaków! - wrzasnęła rozwścieczona. - Muszę ocalić najcenniejsze przedmioty w tym domu. Niedługo nie będzie tu na czym siedzieć, ani z czego jeść.
- Siedzieć może pani na pupie, a jeść palcami. Arabowie czynią tak od wieków, a to bardzo mądrzy i kulturalni ludzie. - uniósł brwi i posłał jej prowokujący uśmieszek.
- Tak? To proszę swoich pupilków położyć do mego łóżka, żeby się wygrzali.- prychnęła ze złością.- Co za ordynarny typ! Zachowuje się pan tak wstrętnie, że żadna panna pana nie zechce.
- Gwiżdżę na to! - oświadczył, wzruszając pogardliwie ramionami. - Ja tu nie przyjechałem w konkury, tylko leczyć chorych. Paweł, Felek, Bronek, wnieście tych ludzi tymczasem do kredensu, a potem napalcie w malinowym salonie. Aha, może uda się znaleźć jakieś wolne łóżko dla tego nieprzytomnego chłopaka. - polecił, sam pomagając służącym dźwigać rannych kozaków.
- O, nie, nie! - zawołała Jaga, nadbiegając z buduaru. - Tak ich położyć nie można, bo zawszawią całą pościel. Najpierw trzeba ich umyć, rzeczy osobiste wygotować w ługu, a odzież dokładnie wyprasować. Przydałoby się trochę czystej bielizny...
- Wystarczy posłać do lasu. Nasi chłopcy właśnie zmieniają swoje brudne gacie, na te, ukradzione kozakom! Może się z nimi podzielą. - Setkowicz zachichotał jak puszczyk.
- Phi, pan doktor to też!...- obrażona Jaga, z pomocą starszych kobiet z czeladnej, zaczęła zdzierać z kozaków pokrwawioną bieliznę i mundury, które po chwili znalazły się w kotle.
Ogrzani i nakarmieni gorącą kaszą Dońcy odjechali, kłaniając się w pas i dziękując za gościnę. Nina śledziła ich odjazd zza firanki i upewniwszy, że są już daleko, przywołała z salonu Setkowicza.
- Obawiam się, że przez pana litościwe serce, nasi chłopcy mogą zapłacić życiem. - oświadczyła bez ogródek. - Niech pan nie zapomina, że przyjął pan pod ten dach śmiertelnych wrogów.
Doktor poczerwieniał z gniewu.
- Co z pani za kobieta? - wykrzyknął, grożąc jej palcem przed nosem.- Miałem ich pozostawić na mrozie, żeby szybciej pozdychali? To także są ludzie, jaśnie oświecona pani hrabino! Ciemni, nieuświadomieni, ogłupieni przez carat chłopi, wyzyskiwani przez kresowych dziedziców. Tak zaleźliście im, jaśnie państwo, za skórę, że nienawidzą Polaków gorzej zarazy!
- Robi mi się niedobrze, jak pan zaczyna pleść swoje demagogiczne komunały! - zawołała, blednąc z oburzenia. - Niech mi pan tu nie robi wykładów o walce klasowej. To jest powstanie i nie czas na ckliwe sentymenty! Wymaga pan ode mnie współczucia? Ja mam się nad nimi litować? Oni wyrządzili mi tak okropną krzywdę, jakiej się nie zapomina do zgonu. To nie pan był w ich łapach, to nie panu groziła męka i hańba gorsza od samej śmierci. Pan sobie nawet nie wyobraża, co oni ze mną robili, bo ja o tym nigdy nikomu nie powiem. O Jezu, nie mogę nawet o tym spokojnie myśleć. A moje dziewczęta zhańbione przez tych bydlaków, też mają się litować nad pana pupilami? Kiedy ci kozacy poczują się lepiej, zaczną włóczyć się po domu i w końcu wyśledzą lazaret, bo tego ukryć się nie da. A wówczas trzeba ich będzie zabić! Więc niech mi pan nie zawraca głowy subtelnościami natury moralno-klasowej, bo rychło może pan gorzko pożałować swojego miłosierdzia.
Jej szczupła, blada twarz, płonęła z gniewu. Doktor przypomniawszy sobie, jak wyglądała po napadzie, zaraz złagodniał.
- Pani Nino, ja jestem lekarzem... - zaczął pojednawczo, ale ona natychmiast mu przerwała.
- Nie, pan jest upartym, nieodpowiedzialnym głupcem! Zresztą, co ja będę z panem dyskutować! - odwróciła się tak gwałtownie, aż krynolina zakołysała się, odsłaniając jej nogi do kolan, a potem ruszyła w stronę drzwi z wyniośle podniesiona głową.- Sentymentalny rzeźnik!...
Patrzył za nią, z rodzącym się na ustach uśmiechem, a kiedy wychodziła, nie wytrzymał i zawołał za nią:
- Nie wypada, żeby taka wielka dama tak brzydko przeklinała.
Odwróciła się i posłała mu pogardliwe spojrzenie.
- Niech no pan uskromni swój obrzydliwy ozór! Jak na człowieka z wyższym wykształceniem, jest pan arogancki i źle wychowany! - wychodząc, tak trzasnęła drzwiami, że z sufitu posypał się pył.
Setkowicz roześmiał się serdecznie.
W południe przyjechał z Brzezińca wóz z sianem, a pod nim bańki z mlekiem, masło, śmietana, sery oraz pół świni, wszystko zamrożone na kamień. Woźnica doręczył Ninie list od Zosi, zalany strugami łez, pełen błogosławieństw i podziękowań za ratunek. Trusia wybierała się do Makowa, ale dopiero za kilka dni, bo Stefan zachorował na zapalenie gardła i trzymał się jej kurczowo, nie puszczając od siebie na krok.
Przy opatrunku okazało się, że nie wszyscy kozacy byli poważnie ranni. Tylko najmłodszy z nich był nieprzytomny, bo kula przeszyła mu szczyt prawego płuca. Pozostali Dońcy mogli się nawet poruszać o własnych siłach i Setkowicz pomyślał, że Nina jednak miała sporo racji, obawiając się ich. Dońcy, nie silili się na okazanie wdzięczności za pomoc. Nawet obecność lekarza nie zdołała zapobiec odruchom nienawiści. 
Z Setkowiczem rozmawiali wyłącznie po rosyjsku i do nikogo więcej nie raczyli się odezwać, przyjmując opiekę i pożywienie, jako należną sobie powinność. Spode łba obserwowali wspaniałą salę, gdzie ich położono, a ich ukradkowe spojrzenia nie wróżyły nic dobrego.
- Wpuściliśmy wilki do owczarni. - poskarżyła się Nina pannie Lutównie, w czasie obiadu. - Zgodziłam się ich przyjąć, bo doktor tego sobie życzył. Jestem pewna, że wkrótce któryś z Dońców przyjedzie do Makowa, aby sprawdzić, jak się rannym kamratom powodzi.
Mira przestała jeść zupę i trzymając łyżkę zawieszoną w powietrzu, popatrzyła na nią z niedowierzaniem.
- Mam rozumieć, że gdyby nie obawa, iż ktoś może zatroszczyć się o ich bezpieczeństwo, byłabyś zdolna pozostawić ich bez pomocy?
W pamięci Niny, ponownie odżył obraz sieni pełnej kozaków, znęcających się nad oszalałymi z przerażenia kobietami. Słyszała krzyk gwałconych dziewcząt i poczuła okropny ból piersi ściskanych bezlitośnie przez lejtnanta. Doznała uczucia straszliwego poniżenia, gdy wpół naga i drżąca leżała na posadzce, oczekując na gwałt. Wzdrygnęła się z obrzydzenia, przypominając sobie jego zimne palce gmerające pomiędzy jej rozchylonymi siłą udami i nacisk jego męskości na brzuchu. Uniosła głowę, jak żmija gotowa do ukąszenia.
- A czy ty, Miruniu, już zapomniałaś, jak podły zbir zdzierał z ciebie pantalony? - spytała jadowicie słodkim głosem. - Bo ja nigdy nie zapomnę, co ten bydlak ze mną wyprawiał.
Mira oblała się krwawym rumieńcem, na wspomnienie"czułych zalotów" Dońca, walącego ją pięścią po głowie.
- Mimo wszystko, to są ranni ludzie. - próbowała przekonać przyjaciółkę.
- Bo nie spojrzałaś im w oczy! - wykrzyknęła zdenerwowana Nina. - Oni są takimi samymi potworami, jak tamci. Nienawidzę ich! To kozacy spalili w stodole Jasia i zamordowali wujostwo. Spalili dwór, w którym się wychowałam. Boże, jak sobie przypomnę zwęglone zwłoki Jasia i oczy Emilki, kiedy zatrzaskiwano drzwi wagonu, to mogłabym ich zabić bez litości!
Odtrąciła talerz i zasłoniła twarz dłońmi. Dopiero po dłuższej chwili, powiedziała już spokojnym, opanowanym tonem:
- Przepraszam. Ot, widzisz, mój słodki pyszczku, jak to wojna budzi w człowieku bestię. Wstydzę się, że miewam podobne myśli, ale lepiej żeby tych ludzi nie było pod moim dachem. Pamiętaj, że wyleczeni wrócą do sotni i będą mordować niewinnych ludzi.
Pan Bochniak powróciwszy z objazdu spalonych folwarków, szczęśliwie zaproponował, że zabierze Dońców do oficyny, gdzie były także pokoje gościnne. Nina zgodziła się na to z radością i natychmiast zarządziła przenosiny.
W pałacu pozostał tylko nieprzytomny młody kozak, bo doktor nie pozwolił go ruszać. Nina rozkazała go ulokować w jednym z pokoi, w starej części domu, gdzie był piec, a nie kominek. Po takiej dawce emocji nie miała już ochoty na kolację. Podzióbała widelcem kopczyk utłuczonych ziemniaków ze skwarkami i wytarła usta serwetką. Walenty prędko przydreptał i zaniepokojony przystanął przy jej krześle.
- Jaśnie pani hrabina prawie nic nie zjadła, dlaczego? - spytał zatroskany.
- Dziękuję, nie jestem głodna. - posłała mu smętny uśmiech.
- Pan kuchmistrz przeprasza, że tak skromnie, ale mało już pozostało nam zapasów, a zima długa. - kamerdyner usprawiedliwiał się, wspominając z rozrzewnieniem czasy, kiedy na kolację podawano pieczonego indyka z migdałowo- rodzynkowym nadzieniem,obłożonego pieczonymi kasztanami, lub pulardę, czy jesiotra z rusztu.
- Proszę panu Szymonowi podziękować i powiedzieć, że nawet ziemniaczki potrafi znakomicie przyrządzić. A te pół wieprzka, od państwa Siekielskich, pozostawimy na święta, prawda? Przy takim mrozie mięso doskonale się utrzyma. Zrobimy trochę kiełbas.
- Na Gody może sam jaśnie pan hrabia przyjedzie do domu. - napomknął Walenty z nadzieją.
- Być może. - westchnęła i wstała od stołu.
- Taka jesteś blada, moje dziecko. - zauważyła Jaga, mijając ją na progu jadalni. - Pewnie niedobrze się czujesz?
- Brakuje mi ruchu na świeżym powietrzu, bo się zasiedziałam. Koniecznie potrzebujemy świeżego mięsa. Umówiłam się z Tadziem Siekielskim i jutro pojedziemy do puszczy. Może uda się coś upolować.
Jaga momentalnie przybrała tragiczną minę.
- Nina, ja się nie zgadzam! To niebezpieczne, możecie natknąć się na Moskali. Przecież dostaliśmy pół świni.
- Co to znaczy pół świni, na tylu ludzi? Zresztą, świnia będzie na święta, zrobicie z niej kiełbasy i kotlety schabowe. Nie bój się o mnie, najmilsza, nie jadę sama i wrócę przed zmrokiem.
- A gajowi? - Jagę nie łatwo było przekonać. - Dlaczego ty musisz jechać?
- Nianiu, gajowi są zajęci przy znakowaniu drzew do wyrębu. Przy takim szalonym zużyciu drewna, nie mają chwili odpoczynku. Poza tym, zostało nam tylko dwóch gajowych i pan leśniczy, bo reszta poszła z Alkiem do powstania. Muszę jechać. Spiżarnia od dawna świeci pustkami, od wielu dni obywamy się bez mięsa, jedząc tylko kaszę, ziemniaki i potrawy z mąki. W ostateczności można sobie wmawiać, że jest Adwent i należy pościć. Ale rannym chłopcom potrzebne jest mięso, bo muszą wrócić do zdrowia. Boże, skąd ja wezmę strzelbę?
Z broni palnej pozostał jej tylko pistolet ojca i rewolwer, który dała Setkowiczowi. Ranni mieli przy sobie przeważnie szable i pistolety. Była to broń krótkiego zasięgu, nieprzydatna na polowaniu. Trudno było liczyć, że jeleń lub sarna ustawią się i poczekają cierpliwie, aż myśliwy podejdzie i je zastrzeli. Dubeltówkę miał tylko pan Bochniak i na jej prośbę zgodził się ją wypożyczyć, upewniwszy się przedtem, że Nina dobrze z niej strzela. Zamierzał wybrać się z nią na polowanie, ale ona nie zgodziła się pozostawić domu bez opieki.
Wieś również głodowała. Zebrane z takim trudem zbiory, rozgrabiło wojsko. Kto nie ukrył żywności, ten cierpiał niedostatek. Nina nie mogła znieść myśli, że jej ludzi dręczy głód. Pozwalała gospodarzom polować w swoich lasach i dawała im drewno. Trwało powstanie i gorsza od niego zima, należało więc sobie wzajemnie pomagać, żeby jakoś przetrwać najgorszy czas. Wójt odwdzięczył się jej dobrą radą. Zaproponował, aby zabrała z sobą dwóch żołnierzy z rogatki, posiadających dobre karabiny. Ich obecność mogła uchronić ją i Tadeusza, na wypadek spotkania z patrolem. Razem z żołnierzami, jechał sam wójt z trzema młodymi parobkami. Chłopi wytrzasnęli skądś przedpotopowe karabinki, mające gwoździe zamiast kurków i ołowiane kule lane w chałupach. Z taką bronią, ich ojcowie chodzili niegdyś, kłusować w hrabiowskich lasach i wbrew pozorom, strzelali z tych karabinków bardzo celnie.
Pojechali do puszczy pięcioma saniami. Nina ubrana w kożuch, spodnie i futrzane buty, w lisiej czapie na głowie, czuła mimo to przejmujące pazury mrozu wciskające się pod odzież i ścinające twarz. Nie zabrała z sobą Grota w obawie, że pies się przeziębi. Siedziała obok Tadeusza, przykryta futrami i przypatrywała się mijanej okolicy. Bór stał milczący, głuchy, skuty okowami mrozu. Młode drzewka łamały się pod ciężarem spadłego śniegu, a przeraźliwa biel raziła oczy, które zaczęły łzawić. Tadeusz na widok siedzących w saniach żołnierzy, skinął z uznaniem głową i klepnął ją w kolano.
- Masz rozum!- mruknął.
- To nie ja, to wójt. - odburknęła, zakrywając usta kołnierzem kożucha.
Przed leśniczówką wysiedli z sań i napiwszy się nieco wódki na rozgrzewkę, poszli dalej piechotą, prowadzeni przez gajowego, bo poprzedniego dnia, leśniczy wytropił dużego dzika. Nina miała stanowisko obok Tadeusza i wsparłszy się plecami o pień wysokiej jodły, stała nadsłuchując, dolatujących z dala odgłosów szczekania psów płoszących zwierzynę. Nie mogła powstrzymać się, by nie szczękać zębami, częściowo z zimna i trochę z emocji. Po raz pierwszy w życiu brała udział w łowach na grubego zwierza.
 Nie znosiła zabijania, lecz nie miała wyboru, bo ludziom zagrażał głód. Tadeusz, pomimo swego kalectwa, nadal był znakomitym myśliwym i to on pierwszy zastrzelił dużego dzika, który z głośnym fukaniem wypadł na polankę. Wytropiły go psy leśniczego i zapędziły ku stanowiskom myśliwych. Po godzinie oczekiwania, skostniałej z zimna Ninie, wyszedł wprost na strzał młody jeleń. Był tak piękny i majestatyczny, że wpatrywała się w niego z rozpaczą, nie mogąc zdecydować się i pociągnąć za cyngiel dubeltówki. Tadeusz widząc, że taka wspaniała zdobycz może zaraz umknąć, znacząco pogroził jej pięścią. Sam nie mógł strzelać, mając Ninę na linii ognia.
Zacisnęła usta, starając się uspokoić serce, tłukące się niespokojnie w piersi. Wolno uniosła dubeltówkę do ramienia i poszukała okiem "muszki". Nie mogła jednak zdobyć się na strzał. Zwierzę było takie piękne i tak ufnie wyszło na polankę, wypłoszone przez psy... Ale zdawała sobie sprawę, że Tadeusz nie daruje jej tego, jeśli przepuści i zmarnuje wspaniałą okazję, a czasami potrafił zachowywać się nieznośnie. Przypomniały się jej postne obiady i znienawidzone zupki ziemniaczane. Płynnym ruchem skierowała lufę w stronę jelenia, zmierzyła krótko i delikatnie nacisnęła cyngiel. Huknął strzał, zwierzę wspięło się wyskakując w powietrze, następnie runęło martwe na ziemię, farbując śnieg gorącą czerwoną krwią.
- Brawo, w samą komorę! - ucieszył się Tadeusz i przesłał jej dłonią całusa.
Przebywanie przez kilka godzin na mrozie, jednak się opłaciło. Prócz dzika i jelenia, obława napędziła dwa kozły, sarnę, nie licząc kilku zajączków i kuropatw, a na samym końcu drugiego jelenia, upolowanego przez wójta. W leśniczówce myśliwi dostali gorącego barszczu i sprawiedliwie podzielili się zwierzyną. Żołnierze ustrzelili trzy zające oraz kilka kuropatw i rewanżując się za troskliwą opiekę, wręczyli je dziedziczce. Myśliwi wracali do domu, wznosząc tryumfalnie okrzyki. Tadeusz w trosce, by Nina nie zmarzła, co jakiś czas podsuwał jej manierkę z wódką.
- Chyba nie powinnam.... - broniła się słabo, lecz zaraz potem pociągnęła długi łyk.
Tadeusz miał już dobrze w czubie i zaczął głośno śpiewać: "Hej, strzelcy wraz", ale kopnięty w kostkę przez Ninę, zmienił repertuar i zaczął deklamować poezję.
- Pamiętasz, jak Jasiek deklamował "Odę do młodości", albo "Redutę Ordona"?
- Tadek, uspokój się. - trąciła go łokciem pod żebro.
- Nie, posłuchaj! - zawołał i wyrecytował głośno:
                                   Gdy Turków za Bałkanem twoje straszą spiże,
                                   Gdy poselstwo francuskie twoje stopy liże,
                                   Warszawa jedna twojej mocy się urąga!
                                   Podnosi na cię rękę.....2
- Na miłość boską, Tadek, ci żołnierze nie są przecież głusi! Upiłeś się. - pochyliła się nad nim i mocno potargała go za ucho, oglądając się na jadące za nimi sanie z żołnierzami. Na szczęście także popijali i głośno śpiewali frywolne żołnierskie piosenki.
- Nina, jak Jasiek deklamował ten wiersz, to cały gorzał, jakby światło zapalało się w jego duszy i był wówczas taki piękny, taki .... - przerwał, bo głos mu się załamał.
- Przestań! - zasłoniła rękawiczką oczy. - Nie wspominaj o nim, bo zacznę głośno płakać i łzy zamarzną mi na twarzy. Ja o tym nie zapomniałam, kochany przyjacielu. - pochyliła się i pocałowała go w policzek, przytulając się do niego.
Ku ogromnemu zgorszeniu Jagi, powróciła do domu kompletnie pijana.
Następnego dnia nadszedł czas ogólnego obżarstwa. Pan Szymon był w swoim żywiole, smażąc, piekąc, wędząc i peklując mięso. Na obiad był rosół z kuropatw i maślany gulasz z dzika. Nina tak się objadła, że nie mogła zasnąć w nocy i przewracała się z boku na bok, przeklinając swoje łakomstwo. Leżąc w ciepłym łożu, zastanawiała się czy Aleks przyjedzie do domu na święta. Rezygnując z dumy, postanowiła, że napisze do niego i poprosi, aby dotrzymał przyrzeczenia. Zrobi to, choćby mąż miał list zmiąć i nie czytając, wrzucić do ognia.
   Rano miała trochę czasu dla siebie, bo Mira bardzo chętnie zastąpiła ją w lazarecie. Nina zaczęła podejrzewać, że przyjaciółkę zatrzymują w szpitaliku niekoniecznie posługi samarytańskie. Istotnym magnesem przyciągającym ją tam, był doktor Setkowicz. Z całego serca życzyła Mirze szczęścia, nigdy jednak nie próbowała rozmawiać z nią na ten temat zauważywszy, że panna Lutówna nie zdradza chęci do zwierzania się ze swoich uczuć. Zanim zasiadła do pisania listu do męża, Nina przypomniała sobie, że do świąt pozostało niewiele czasu i pora pomyśleć o jakiejś porządnej sukni. Weszła do garderoby i zaczęła przeglądać toalety. Ostatnią suknię kupiła sobie jeszcze w Krakowie, prawie przed rokiem.
Odwróciła się, usłyszawszy znajome człapanie.
- Spójrz, nianiu. Ta brązowa suknia byłaby jeszcze przyzwoita, gdyby ją można czymś przybrać. - powiedziała, wyciągając z szafy toaletę z brązowego aksamitu.
- Może koronkowym kołnierzem i mankiecikami? - niania wyraźnie nie przejawiała większego zainteresowania jej strojami. - Nie lepiej uszyć nową? Przecież w komodzie leży ten piękny błękitny materiał z Paryża, podarowany ci przez pana.
- Doprawdy, ty jesteś nieoceniona! - ucieszyła się Nina. - Zupełnie o nim zapomniałam. Mam po cioci Tekli, kawałki gronostajowego futerka i obszyję nim suknię. Będzie piękna!
- Cieszę się, że raczyłaś mnie docenić, ale nie rozumiem, dlaczego nie masz do mnie zaufania? - odezwała się niania gderliwym tonem, mierząc ją urażonym wzrokiem. - Wolę ci nie przypominać, że ostatnio twoje maniery pozostawiają wiele do życzenia. Robisz co chcesz, nie pytając mnie o radę i coraz bardziej spoufalasz się z doktorem. Wczoraj wróciłaś z polowania, powiedzmy bez osłonek, kompletnie pijana! A pan Tadzio, który cię odprowadzał, także ledwie mógł ustać na własnych nogach. Okropność! A teraz znowu, chce się z tobą widzieć jakiś Żyd! - Jaga ujęła się pod boki, wpatrując się w wychowankę oskarżycielskim spojrzeniem.
Nina popatrzyła na nią zdumiona i rozbawiona.
- Kochanie, przysięgam, nie umawiałam się z żadnym Izraelitą! Może to jakiś faktor? Tylko co u nas może kupić?
- To nie jest żaden faktor. On chce tylko rozmawiać z panią hrabiną i z nikim innym.
- O, to już poważna sprawa. - Nina nie przestawała się uśmiechać, ale Jaga była rozżalona.
- Więc nic mi nie powiesz? Znowu masz przede mną tajemnice? Chyba zasłużyłam na twoje zaufanie.
- Uwierz mi, że o niczym nie wiem. Zresztą sama się przekonasz. Chodź, zobaczymy czego ten człowiek sobie życzy. - zadzwoniła i kazała Pawłowi wprowadzić przybysza do buduaru.
S. Wyspiański. Głowa Żyda.
 Po chwili do pokoju wszedł zabiedzony młody Żydek, bacznie pilnowany przez lokaja. Założywszy zgrabiałe ręce na brzuchu, z właściwą swej rasie cierpliwością, rozglądał się po wykwintnym pokoju i drżał z zimna.
- Podobno chcieliście ze mną mówić? - odezwała się Nina uprzejmie, posyłając jednocześnie Pawłowi karcące spojrzenie. Nie powinien był trzymać tego człowieka w lodowato zimnej sieni.
- Ja potrzebuję mówić tylko z jaśnie wielmożną panią hrabiną Klonowiecką na osobności. - wyszeptał Żyd sinymi wargami, nieufnie przypatrując się Jadze i lokajowi.
W czasie powstania każde, nawet najdrobniejsze wydarzenie, mogło nieść z sobą zapowiedź nieszczęścia. Na skinienie Niny, lokaj zapalił lampę naftową, bo dzień był ponury i zanosiło się na zamieć. Jaga potrząsnęła głową i bez słowa wyszła, a za nią Paweł, cicho zamykając drzwi.
- Jesteśmy sami. Słucham, co macie mi do powiedzenia.- Nina usiadła i wskazała osobliwemu gościowi krzesło. Naraz przypomniał się jej ten straszny dzień, kiedy Josel przywiózł z Radomia gryps, pisany przez Emilkę z więzienia. Pobladła i zacisnęła złożone dłonie.
Żyd spojrzał po sobie i nieśmiało, ostrożnie usiadł na skraju wyzłoconego, krytego atłasem krzesła. Jego szary brudny chałat, wydawał się w tym wykwintnym buduarze, przykrym dysonansem. Uprzejme zachowanie młodej damy przyjemnie go zaskoczyło. Rzadko pozwalano mu usiąść w obecności pana, czy pani domu. Sięgnął do zatłuszczonej czapki, obszytej futerkiem tchórza i podważywszy nożykiem daszek, wyjął brudny kawałek papieru.
- To dla jaśnie pani hrabiny. - wychrypiał zakatarzonym głosem i pogładził rudą, capią bródkę.
- Od kogo? - poczuła, że zaschło jej w gardle, a serce w piersi zamarło.
- Nie wim. Dali, to przywiozłem.
Ostrożnie wzięła papier, przysunęła sobie świecznik i spojrzała na adres skreślony wyrobionym, eleganckim pismem. Zamknęła powieki, obiema rękami tuląc list do serca.
- Dzięki Ci, o Chryste!- wyszeptała, całując brudny papier.
Bezgraniczne szczęście i ogromna radość, ogarnęły ją jak płomień. Serce wezbrało tak wielką wdzięcznością do Boga, że czuła przemożną potrzebę, aby paść na kolana i głośno dziękować za łaskę, a potem ucałować brudnego posłańca. On zwracał jej chęć do życia - zwracał jej samo życie! Żyd patrzył zdziwiony na jej przeistoczoną twarz i błyszczące oczy.
Zaczęła czytać list, ocierając dłonią strumień łez spływający po policzkach. Bezgłośnie poruszała ustami, jakby smakując każde słowo.
"Ukochana, jedyna moja miłości. Piszę tych kilka słów, mimo iż nie otrzymałem odpowiedzi na mój pierwszy list. Zapewne żywisz jeszcze do mnie urazę i słusznie, bo zachowałem się brutalnie i nie po dżentelmeńsku. Z całego serca żałuję tych niesprawiedliwych pretensji, jakich Ci nie szczędziłem. Wybacz mi, przyznaję, jestem bardzo zazdrosny o Ciebie. Ale potem przemyślałem każde Twoje słowo i jestem przekonany, że cokolwiek zrobiłaś, prawdziwym tego motywem, była troska o moje bezpieczeństwo i miłość do mnie. Dlatego proszę, wybacz mi tę chwilę uniesienia. Przyrzekam, że nigdy więcej to się nie powtórzy. Myśl o Tobie towarzyszy mi we dnie i w nocy. Kiedy zasypiam, widzę Ciebie przed sobą, jak na jawie, twoje przepiękne oczy, słodkie usta i najpiękniejsze włosy. W marzeniach, całuję Twoje dłonie i stopy. Ogromnie tęsknię do Ciebie i naszego dziecka. Tęsknię do domu. Wiem, że w pobliżu Makowa przemieszczają się kolumny wojska i włóczą się bandy zdemoralizowanych sołdatów. Drżę na samą myśl, że wobec ich przewagi, jesteście bezbronni. Z pokorą przyznaję, że w wielu kwestiach dotyczących polityki, to Ty miałaś rację. Onegdaj, Barycz dostarczył nam raport o najeździe Dońców na Maków. Podejrzewam, że nie powiedział mi całej prawdy, bo strasznie kręcił i się jąkał. Ale Tadeusz zapewnił Tomka, iż Dońcy nie uczynili wam krzywdy."
  "Boże, błogosław Waciowi i Tadeuszowi!" - Nina uspokoiła się, że Aleks nie dowiedział się prawdy o tym, co naprawdę wydarzyło się w Makowie.      Przysunęła sobie bliżej świecznik i czytała dalej:
"Miałem nadzieję, że mi odpiszesz, ale się tego nie doczekałem. Czy wiesz, że stale noszę przy sobie Twoje dawne listy i w wolnej chwili odczytuję je, wzruszając się jak sztubak? Jedyna moja, obiecałem Ci, że cokolwiek się stanie, przyjadę na święta do domu. Ale może Ty już sobie tego nie życzysz? Nie zamierzam zakłócać Twego spokoju i ponownie stać się powodem Twej irytacji. Kochanie, ja także nie należę sercem do tej szalonej, krwawej rzeczywistości, której nie przewidziałem, prosząc o Twoją rękę. Marzyłem o wspólnym życiu w naszym domu, widząc przed nami wiele spokojnych i słonecznych lat. Czasami przyglądam się moim chłopcom i zastanawiam się, czy oni są świadomi, że walczą za Sprawę, która była przegrana już w momencie oddania pierwszego strzału? Jeżeli Rosjanie zwyciężą, to przyszłość niesie naszej ojczyźnie piekło. Mimo wszystko, próbuję być optymistą i wierzyć, że może kiedyś, los wynagrodzi nam te tragiczne dni. Przecież tak dużo mamy sobie do powiedzenia, wiele możemy wzajemnie sobie ofiarować. Marzę, by doczekać chwili, kiedy nareszcie znajdę się przy Tobie i naszej córeczce, bo wspomnienie o mojej Rodzinie, jest dla mnie najsłodszą pociechę i podtrzymuje mnie w chwilach zwątpienia. Jeżeli los okaże się dla nas łaskawy i nareszcie się połączymy, zostanę hojnie wynagrodzony za wszystkie trudy i rozczarowania, jakich mi życie nie szczędziło. Wierz mi, mój najsłodszy promyczku, że myślami stale jestem przy Tobie. Wyobrażam sobie, co robisz i gorąco pragnę dzielić z Tobą troski i radości. Jesteś zawsze ze mną, najdroższa moja Żono, a cząstka mnie samego, żyje w naszym dziecku. O mnie się nie martw, jestem zdrowy i często przebywam pod ciepłym dachem. Mam co jeść i jakoś tę srogą zimę przetrwam. Nie troszcz się o mnie i nie dokładaj jeszcze ciężaru zmartwienia o moją osobę, na swe słabe barki. Tak marzyłem, że otoczę Ciebie przepychem i dam Ci szczęście. Tymczasem z mojego powodu, samotnie dźwigasz obowiązki ponad siły. Obwiniam się, że zamiast dać radość, unieszczęśliwiłem Ciebie. Jedynie miłość do Ciebie mnie tłumaczy, bo zresztą czuję się bardzo winny. W czasie ostatniej bytności w domu, zachowałem się nieodpowiedzialnie, przepraszam Ciebie. Widzisz, słonko, ja nigdy nie przypuszczałem, że zdolny będę obdarzyć jeszcze kogoś tak wielkim uczuciem. Nawet wcale sobie tego nie życzyłem, bo byłem przekonany, że zależność od drugiej osoby zawsze jest zagrożeniem. Ale bardzo się myliłem i bez Twego wsparcia, chyba nie mógłbym już istnieć. Brakowało mi przy pożegnaniu Twego pocałunku, ale uznałem, iż nie zasłużyłem na Twoją pieszczotę. Liczę godziny oczekując na Twój list, w błogiej nadziei, że wkrótce ucałuję Twoje usta. Żałuję, że nie potrafię wyrazić moich uczuć strofami wiersza, ale jestem tylko skromnym żołnierzem i brak mi poetyckiego talentu. Przyjmij więc moje wyznanie prozą. Byłaś, Jesteś i będziesz światłem moich oczu, słońcem i niebem. Najlepszą nagrodą, jaką dał mi los. Proszę, kochaj mnie tak, jak ja Ciebie kocham. Nino, generał zdecydował, że rekruci muszą dokładnie zapoznać się z musztrą, gdyż są to przeważnie młodzi mieszczanie i wieśniacy z pobliskich miejscowości. Będą zimować w leśnym obozie, a ja mógłbym z nimi przyjechać, jeżeli tego jeszcze sobie życzysz. Jeżeli przebaczyłaś mi tę żałosną i niesmaczną scenę, jaką Ci urządziłem, zachowując się jak głupiec, to napisz kilka słów i oddaj list posłańcowi, to doświadczony kurier. Tomek usłyszał, że piszę do Ciebie i prosi, żebym przekazał Ci od niego ukłony i ucałowanie rączek. To wspaniały chłopak i ogromnie się do niego przywiązałem. On także Ciebie uwielbia i często wypytuje mnie o Ciebie, chociaż trochę się tego wstydzi. Obaj tęsknimy do domu. Kłaniaj się ode mnie doktorowi, porządny z niego człowiek i świetny lekarz. Chyba nie uwierzyłaś, że mógłbym go świadomie skrzywdzić? Chciałbym Ci, moja Ukochana, podarować bukiet najpiękniejszych kwiatów, ale dokoła tylko śnieg i lód. Przyjmij więc w zamian ode mnie, wiersz Twego ulubionego poety pana Romanowskiego. Mówię do Ciebie jego słowami. Uściskaj wszystkich domowników i powiedz im, że ich pozdrawiam. Całuję Twoje śliczne dłonie i słodkie usta, całe Twoje ciało . Mam nadzieję, że niedługo się zobaczymy.           Aleksander."

Zadławiła się łzami i musiała na moment odłożyć list, bo spoza zasłony łez nic już nie widziała. Żyd zachowywał milczenie, wpatrując się apatycznie w okno i udawał, że nie widzi jej twarzy wykrzywionej skurczem płaczu. Będąc kurierem, wiele razy był świadkiem ludzkich tragedii i nic go już nie dziwiło, ani nie wzruszało. Wytarła oczy i ponownie podniosła kartkę, bo na samym dole, drobniutkimi literkami dopisana była zwrotka wiersza.
                                     Ja ciebie kocham wszystkim co jest we mnie
                                     Duch mój jak anioł otacza cię wszędzie.
                                     Tchnienie me każde - każda myśl co we mnie,
                                     Dla ciebie była i będzie.
 Zerwała się z drżącymi ustami i podbiegła do okna, opierając czoło o lodowatą szybę. Znowu padał śnieg, lecz jego płatki były lekkie, drobne i delikatnie spływały z ciemnego nieba. Na tarasie utworzyły się głębokie zaspy. Włożyła list za dekolt i podeszła do posłańca siedzącego sztywno na krześle.
- Wy nie widzieliście mego męża?
- Nie. Ja tylko potrzebuję przewozić listy i rozkazy. - sapnął przez zakatarzony nos.
- Dam wam list. Wracacie do obozu generała Bosaka?
- Nie. Inny goniec zawiezie go do obozu.
Zadzwoniła, a kiedy wszedł lokaj, oświadczyła dobitnie:
- Niech Paweł zaprowadzi tego pana do pokoju kredensowego i poczęstuje go wszystkim, co mamy najlepszego. Podajcie mu grzanego wina, a na drogę przyszykujcie jedzenie. To najmilszy gość, jakiego kiedykolwiek miałam, więc należy traktować go z należytą uprzejmością i szacunkiem. Paweł zrozumiał?   Zaintrygowany chłopak zerknął ciekawie na Żyda i przepuściwszy go przed sobą, wyszedł zdumiony, otwierając szeroko oczy i usta. 
 Nina raz jeszcze przeczytała list i uświadomiła sobie, że jakiś fatalnym zbiegiem okoliczności, jej list do męża i list Aleksa do niej zaginęły. W czasie powstania korespondencja często ginęła. Może kurier poległ, albo dostał się do niewoli, a oczekiwane listy trafiły w ręce chłopów, służąc im za podpałkę do pieca. Wyrzucała sobie, że nie posłuchała rady Tadeusza i nie napisała ponownie. Aleks nie musiałby czekać i zastanawiać się, czy żona raczy go przyjąć!
Usiadła przy sekretarzyku i wyciągnąwszy papier listowy, zaczęła pisać list. Pisała jak szalona, zapełniając kartkę po kartce i wyjaśniając wszystkie niedomówienia. Wyznała, że próbowała go okłamać łudząc się, że jest w ciąży, zupełnie nieświadoma faktu, że już nie może mieć dzieci. Dopiero po jego wyjeździe dowiedziała się o tym od niani i ta wiadomość była dla niej prawdziwym szokiem. Ale czyniła to wszystko pragnąc, żeby odszedł z powstania i nie narażał życia.
"Zawiodłam Twoje nadzieje i bardzo nad tym boleję. Nie urodzę Ci, Najdroższy, upragnionego syna, o czym marzyłam i modliłam się żarliwie, prosząc Boga, żeby moje kłamstwo stało się prawdą. Nie zdawałam sobie sprawy, że jestem już kaleką. Pewnie mnie już nie zechcesz? Kochasz Tomka, więc w sytuacji kiedy ja nie mogę dać ci syna, wyrażam zgodę abyś go adoptował, przyjął do herbu i dał mu nazwisko i tytuł. Jestem przekonana, że godnie będzie je nosił. Nie wiem, czy jeszcze chcesz mieć za żonę kobietę taką podłą, jak ja. Jeśli jednak tak, to wracaj Ukochany do domu, bo umieram z tęsknoty za Twoim pocałunkiem i uściskiem."
Nie szczędząc najczulszych słów, błagała, aby natychmiast dał jej znać, że list otrzymał. Zakleiła kopertę i już miała zanieść ją kurierowi, gdy do buduaru wtargnęła Jaga, jak zwykle bez pukania.
- Nie uważasz za stosowne powiedzieć mi, o co się dzieje? Po co ten Żyd przyjechał?
Nina podniosła oczy i tak na nią spojrzała, że niania momentalnie zrozumiała wszystko. Przeżegnała się i ciężko opadła na krzesło.
- O chwała Ci, Matko Miłosierdzia! Pan wraca do domu! - wyszeptała, a na jej twarzy odmalowała się radość i ulga.
W ciepłym kredensie, posłaniec ogrzany i nakarmiony, rozgadał się wspominając, że po drodze napotkał kolumny wojska, ciągnące w niespotykanej dotąd sile.
- Ny, co ja się napatrzył armatów, dragonów i kozuniów. - wzdychał, kręcąc w palcach długie pejsy. - A to wszystko wali na tych bidaków, co uni w lasach siedzą.
- Uważacie, że będzie bitwa? - spytała Nina z obawą.
- A skąd biedny Żydek Icek, ma to wiedzieć? To jaśnie panowie oficery wiedzą. A ruskie potrzebowały jechać na Gromadzice i Rzuchów.
- Dlaczego na Rzuchów?- z    doświadczeniaNina wiedziała, że Żydzi mają zawsze najświeższe informacje.    
- Bo tam Polaki stoją. Sam jaśnie oświecony Bosak. Stary Szloma, co ma tam karczmę, widział go na własne oczy! Niech się jaśnie pani dziedziczka nie boja. Polaki mają dobre kunie i ruskim uciekną. Uś, jakie uny mają kunie! - cmoknął z zachwytem. - To wielgi piniądz taki kuń. Żydki takich ni mają.
- Jak się powstanie skończy, przyjedźcie do Makowa. Dostaniecie ode mnie takiego konia. - obiecała Nina i chociaż w kasie były co dzień większe pustki, obdarzyła kuriera złotym imperiałem, co go tak wzruszyło, że przysięgał, iż każdy list doręczy w try miga.
W jednej chwili Nina przeistoczyła się cała, odzyskując młodzieńczą energię, wdzięk i skłonność do śmiechu. Znowu miała osiemnaście lat i czekała niecierpliwie na powrót ukochanego. Siadała do pianina i grała Chopina lub śpiewała pieści powstańcze. Wolała nie myśleć, że tego dnia zrobiła największą ofiarę swego życia. Wyraziła zgodę, aby mąż adoptował chłopskiego syna, dając mu herb, tytuł i nazwisko, a w przyszłości majątek. Ale pragnęła okazać dobrą wolę i pozwolić mężowi, żeby przygarnął swego ulubieńca, stworzył mu dom i rodzinę. 
Wszyscy domownicy byli uradowani, bo kiedy Nina miała dobry humor, jej nastrój promieniował na otoczenie jak ciepło kominka w mroźny wieczór. W całym domu zarządzono nadzwyczajne porządki, a kamerdyner z powagą pouczał służbę, że ich godne zachowanie powinno podkreślać znaczenie i dostojność rodu hrabiów Klonowieckich.
O zmierzchu zbierano się zwykle w lazarecie. Dziewczęta z robótkami, bo Nina nie bez racji uważała, że ładne buzie pokojówek i ich zalotne oczka, prędzej uzdrowią chłopców, niż mikstury Kumosi i skalpel doktora. Te przedświąteczne dni, pełne były śpiewu, muzyki i wesołości. Tylko Setkowicz chodził nadąsany, nie mogąc darować Ninie, że wzięła udział w polowaniu.
- Miałem panią za delikatną kobietę, prawdziwą damę. - zrzędził, patrząc na nią z niesmakiem. - Ale się pomyliłem. Jak pani mogła strzelać do tych biednych stworzeń? Jest pani bez sumienia.
- A co, miałam czekać, aż same zdechną? - odcięła się złośliwie. - Potrzebowaliśmy świeżego mięsa.
- Doprawdy. wcale pani nie rozumiem. Wygląda pani niewinnie jak aniołek, a jeździ na piekielnej kobyle, strzela do biednych zwierząt i zabija je. Jest pani krwiożerczą istotą.
Nina wymieniła z Mirą porozumiewawcze spojrzenia i skrzywiła się z goryczą.
- Jeszcze nie tak dawno, oblewałam łzami każdą, zastrzeloną przez męża kaczkę. Miałam oswojoną wiewiórkę i wydrę, nigdy nie brałam udziały w polowaniach. To powstanie nauczyło mnie okrucieństwa. Pewnie przestanie się pan do mnie odzywać, kiedy powiem, że nie tylko zwierzęta mam na sumieniu, ale i ludzi!
Westchnęła i poszła zmienić opatrunek Maćkowi i podać mu coś do picia. Mira natychmiast stanęła w obronie przyjaciółki i opowiedziała Setkowiczowi, o wyprawie po broń i potyczce z patrolem kozackim nad Wisłą. Doktor wysłuchał jej w milczeniu, a kiedy Nina powróciła, podszedł do niej wyraźnie skruszony.
- Chyba plotłem głupstwa. Przepraszam.
- Nie gniewam się na pana. Dziś nie potrafiłabym gniewać się na nikogo, a cóż dopiero na pana doktora. Spotkało mnie wielkie szczęście. Mąż zawiadomił mnie, że wraca na święta do domu i prosił, żebym pana pozdrowiła.
Setkowicz zbladł, ale prędko się przemógł i mocno uścisnął jej rękę.
- Cieszę się pani szczęściem. - powiedział cicho.
 
1 Wracz - lekarz.
2Adam Mickiewicz. „Reduta Ordona”