czwartek, 8 września 2016

Śmierć znowu zabiera nową ofiarę. Przepowiednia!


8 września 2016 r.
W Dzień Zaduszny, Nina postanowiła sama jechać na cmentarz i żeby wcześniej uwolnić się od obowiązków w lazarecie, siedziała tam od rana, karmiąc ciężej chorych i pomagając Mirze zmieniać opatrunki. Tymczasem przed pałac zajechał duży drabiniasty wóz zarzucony wiązkami słomy, a na nich siedziało, lub leżało kilku mężczyzn, owiniętych płóciennymi bandażami. 
S. Witkiewicz. Ranny powstaniec.
Walenty, wyjrzawszy oknem z pokoju kredensowego, wyszedł z domu i przez chwile rozmawiał z gamoniowatym woźnicą. Potem zatroskany powrócił do pałacu.
 - A gdzie jaśnie pani hrabina? - spytał przechodzącą korytarzem Jagę.
- Pewnie jest w lazarecie lub w stajni. Co się stało?
- Mamy nowy kłopot. Oj, biedna ta nasza kochana pani. - westchnął i nie mówiąc nic więcej, narzucił na siebie kożuszek i poszedł do lamusa.
Nina w białym, sztywno wykrochmalonym fartuchu, opatrywała właśnie rannego w nogę powstańca. Usłyszawszy skrzypnięcie drzwi, obejrzała się za siebie. Walenty podszedł do niej i zagadnął szeptem:
- Przed pałacem stoi wóz z rannymi. Czy jaśnie pani hrabina spodziewała się tych ludzi? Proszę o rozkazy.
- O niczym nie wiem.- odpowiedziała zdumiona i zaniepokojona.
Przez moment myślała, że to jeszcze jacyś ranni spod Jeziorka, ukrywający się w którymś z pobliskich dworów. Ale zaraz zaczęła się zastanawiać, kto im polecił lazaret w Makowie i pozwolił, żeby jechali w jasny dzień, narażając siebie na spotkanie z patrolem, a ją na najazd wojska. Przerwała opatrunek, umyła ręce i wyszła z Walentym z lamusa, strzepując po drodze strzępki szarpi z sukni.
- Ktoś chyba oszalał. Przecież ci ludzie narażają nasz lazaret na dekonspirację. I tak już za dużo osób o nim wie.- mówiła, przyśpieszając kroku i idąc tak prędko, że kamerdyner pozostał w tyle. Podeszła do wozu i nieufnie przyjrzała się przybyszom.- Skąd jesteście i co to za ludzie?-zagadnęła młodego woźnicę.
Chłopak zdjął baranią czapę i ukłonił się jej do kolan.
- Pani dziedziczka kozała przywieźć tu tych Polaków. Godała, co ni mo casu chodzić kole nich. - tłumaczył się nieśmiało.
- Jaka dziedziczka? - zawołała Nina, coraz bardziej zdenerwowana. - Kto kazał ci tutaj przyjechać?
- Przecie jo nie winowaty. Pani dziedziczka Biecka mi przykazała. Te Polaki leżały w paninym śpitolu. - wyjaśnił woźnica, patrząc na nią pokornie.
Przez moment Nina miała wrażenie, że postradała zmysły i zaraz padnie trupem. Zmieniła się na twarzy i aż posiniała z nagłej pasji. Zaraz jednak uznała, że głupkowaty chłopak nie zawinił. Kazali mu przywieźć tych biedaków, to przywiózł i koniec. Zawiniła tylko Dorota. Nina była pewna, że po powrocie chłopaka, pani Biecka weźmie go na spytki, chcąc się dowiedzieć, jaka była reakcja Niny na tę niespodziankę."O, nie zrobię ci tej przyjemności, ty wstrętna, podła dziewko!" Przymknęła powieki i przywołała się do porządku, jednym dosadnym słowem.
- Powiedzcie pani dziedziczce, że osobiście z nią porozmawiam. Jakby kozacy dopadli was na drodze, powędrowałbyś na gałąź razem z tymi biedakami. Pamiętaj, żeby trzymać język za zębami, bo niebezpiecznie o tym gadać z kimkolwiek!
- Ady pary z gęby nie puszczę, proszę łaski jaśnie wielmożnej pani. - zapewnił ją uroczyście uszczęśliwiony, że nareszcie pozbył się groźnego ładunku.
Z domu wybiegli służący i przy pomocy woźnicy, poznosili rannych z wozu układając ich pod ścianą pałacu, jak postrzelane zające. Nina posłała rannym złe spojrzenie i pomyślała, że oto ma nowy kłopot. Biedacy leżeli cicho, czekając z pokorą na jej decyzję. Czy zechce ich przyjąć, czy też każe odwieźć gdzieś indziej? Ich obecność w tym domu, mogła sprowadzić na właścicielkę nieszczęście. Nie każdy był na tyle odważny, żeby wziąć pod swój dach buntownika, ryzykując zesłanie. Nina rzuciła na nich okiem po raz drugi i nagle ogarnęło ją okropne rozżalenie i gorące współczucie dla tych biednych bohaterów. Poczuła, że nie potrafi powstrzymać łez nad ich niedolą.
- Niektórzy ludzie to za grosz sumienia nie mają! - posłyszała za sobą gniewny głos Walentego. Staruszek aż dygotał z oburzenia. - Jak można tak poniewierać polskimi żołnierzami? Przecież dali z siebie wszystko!
- Ta wariatka Biecka nam ich przysłała. I ona uważa się za chrześcijankę! - warknęła Nina ze złością i podeszła do rannych, oczekujących w napięciu na jej słowa. - Proszę panów o chwilę cierpliwości. - powiedziała uprzejmie. - Zaraz przeniesiemy was do ciepłego pomieszczenia i zatroszczymy się o wasze rany. Zapewne panowie głodni?
- Nikt nam śniadania nie zaproponował. Dziękujemy pani. - wychrypiał jeden z rannych, leżący najbliżej. - Rozumiemy, że sprawiliśmy pani kłopot i narażamy panią na surową karę.
Pomyślała, że to nie kłopot tylko śmiertelne zagrożenie, ale nie okazała tego i posłała rannemu uroczy uśmiech.
- O, jeden ranny, czy dziesięciu, to bez różnicy. Zaraz panów przeniesiemy.
Wynędzniałe twarze powstańców rozjaśniły się i odetchnęli z ulgą, wdzięczni, że już nie muszą się błąkać i nareszcie ktoś się nimi zaopiekuje.
- A co byście powiedzieli, gdyby was spotkał patrol kozacki? - spytała Nina woźnicę.
- Miałem rzec, że to ranni buntownicy z Zameczku. - odpowiedział z miną przygłupa.
- Nie waż się o tym wspominać, bo Polacy powieszą ciebie na suchej gałęzi! - syknęła, drżąc z ogarniającej ją od nowa pasji. - Jedź już!
Nawet po Dorocie nie spodziewała się takiej podłości.
A. Grottger. Schronisko.
 Z oficyny przybiegł Maciek i przyprowadził z sobą kilku stajennych. Na skleconych naprędce noszach, przeniesiono ciężej rannych, inni pokuśtykali sami, wspierając się na ramionach służby. Nina pierwsza znalazła się w lamusie i otworzywszy gwałtownie drzwi, niemal zderzyła się z Mirą. Minęła ją bez słowa i dopiero w odległym kącie, za parawanem, padła na krzesło, bo nogi odmówiły jej posłuszeństwa.
- Świnia! - wybuchnęła, waląc pięścią w stół. - Okrutna, bezlitosna suka! Wyrodek! Podła małpa!
- Kochanie, co się stało? - panna Lutówna zajrzała za parawan, zaintrygowana tym wybuchem złości. - Kto jest świnią i suką?
- Och, przecież ty nic nie wiesz! - dysząc z bezsilnej wściekłości, Nina opowiedziała o wydarzeniu, nie szczędząc Dorocie dosadnych epitetów.
- Kazała rannych przywieźć do Makowa w biały dzień, jakby to były główki kapusty, czy worki z ziemniakami. To już nie złośliwość, ale niemal zbrodnia! Pouczyła furmana, żeby na wypadek trafienia na patrol oznajmił, że to ranni powstańcy z Zameczku! Oszalała! Najchętniej zakatrupiłabym tego babskiego imbecyla nocnym naczyniem, z zawartością! Mira, nie śmiej się! Boże, nie tylko naraziła tych nieszczęsnych biedaków, ale wystawiła nasz lazaret na niebezpieczeństwo. Niechże ten przygłup, woźnica, nie utrzyma języka w gębie, albo niech ktoś doniesie na rogatkę, że widział wóz z rannymi jadący do Makowa, to koniec z nami, rozumiesz? Każdej chwili możemy się spodziewać najazdu dragonów lub kozaków. - załamała ręce, aż trzasnęły stawy i wydała z siebie głuchy jęk. - Nie, ja tego płazem nie puszczę! Ona musi być surowo ukarana.
Mira przestała się uśmiechać, poszarzała na twarzy i coś uwięzło jej w gardle.
- Jezu, za taki czyn policja narodowa karze śmiercią. - wykrztusiła.
- Tak, naraziła mój lazaret na dekonspirację, a rannych powstańców na szubienicę. My, może w drodze łaski, przejechalibyśmy się na Sybir. Och, Mireczko, przysięgam, że z największą rozkoszą wpakowałabym tej wściekłej suce kulę w mózgownicę. Założę się, że to ten jej ukochany cham, podsunął Dorocie tę myśl! Przeklęty bydlak.
Jej tyradzie od pewnego czasu przysłuchiwała się Jaga, która weszła za nią do lazaretu.
- Tyle razy uczyłam ciebie, że prawdziwa dama nie wyraża się wulgarnie i nie okazuje uczuć. - wtrąciła się, upominając wychowankę z niesmakiem.
W oczach Nina ponownie zapalił się błysk wściekłości.
- Nianiu, na miłość boską, zapomnij raz na zawsze o dobrze wychowanych damach! - powiedziała niebezpiecznie wysokim głosem. - Czy ty nie rozumiesz, co nam zagraża? To zupełnie tak, jakby ktoś wskazał Moskalom palcem Maków. Być może z winy tej przeklętej suki, będę miała okazję wyrażać się jak dama, do jakiegoś kacapa, harując na Uralu, przykuta do taczki.
Jaga spokojnie wysłuchała jej gorzkich słów i pogłaskała ją po policzku.
- Przepraszam cię, moje dziecko. Masz rację, ale ja nie rozumiem już tych okrutnych czasów. - powiedziała ze smutkiem i pochyliła się nad kotłem, w którym gotowały się w ługu brudne bandaże i pokrwawiona bielizna.
- Nie. - odezwała się Nina już opanowanym tonem. - To ja ciebie przepraszam, ale czasami trudno mi się opanować.
We trzy zabrały się do przygotowania posiłku dla nowych pacjentów, a potem opatrzyły im rany, bo Dorota o tym nie pomyślała. Uporawszy się z obowiązkami, Nina wróciła do pałacu. Idąc przez dziedziniec, rzuciła okiem na wieżyczkę kaplicy żeby sprawdzić, czy ktoś tam czuwa. Owszem, był strażnik, bo dostrzegła za filarkiem jego skuloną postać. Strażnicy zmieniali się co cztery godziny, bez przerwy obserwując okolicę. Od bystrości ich wzroku zależało życie rannych powstańców i mieszkańców pałacu. Weszła do sieni i zrzuciwszy z ramion pelerynę, skierowała się do zimowego ogrodu. Przez pewien czas stała, wdychając powietrze pełne zapachu kwiatów i ciesząc się zielenią ogromnych roślin. Ze schowka wyjęła nożyce ogrodowe i ścięła nimi kwiaty do dwóch bukietów. Z kwiatami w ramionach weszła do pokoju kredensowego.
- Kumosiu.- odezwała się do starej klucznicy.- Trzeba zapakować do jakiegoś pudła te kwiaty, ciasto, szynkę oraz butelkę francuskiego czerwonego wina.
- Jaśnie pani hrabina wyjeżdża? - zatroskała się Kumosia. - Przecież to niebezpiecznie. Lepiej kogoś posłać.
- Nie, sama pojadę. Wstąpię tylko na cmentarz, a potem odwiedzę księdza proboszcza, bo niedomaga.
Zanim się przebrała, usiadła do sekretarzyka i napisała list do panny Lasewiczówny, zawiadamiając ją, o wariackim postępku Doroty Bieckiej i pytając, czy w zaistniałej sytuacji lazaret należy zlikwidować i przenieść w inne miejsce? Dzień był wyjątkowo chłodny, więc ubrała się ciepło i poszła do stajni, polecając stajennemu założyć kłusaka do lekkiego dwukołowego powoziku. Potem zawołała Maćka i dała mu list do panny Kazimiery.
- Sam widziałeś, co się wydarzyło. Weź dobrego konia i zawieź list do Porajów. Jeszcze dzisiaj muszę mieć odpowiedź. Śpiesz się!
- Zaraz się zbiorę. - mruknął, ściągając jasne brwi. - Cholera, nie baba. Boga w sercu nie ma.
Nina poczęstowała Mignon jabłkiem i wyszła ze stajni, gdzie już czekał na nią lakierowany powozik i zaprzężony do niego gniady kłusak. Odebrała lejce z rąk stajennego, wspięła się lekko na wysoki stopień i trzasnęła batem nad grzbietem konia. Natychmiast ruszył przed siebie wyciągniętym kłusem. Dzień z rana pogodny poszarzał, a spoza Łysicy napływały ciemne obłoki, wlokąc się nad grzbietami gór. Zmagając się z lodowatym przenikliwy wiatrem, zatopiona w absolutnej ciszy, jechała w stronę Sarnik. Z północy nadleciał wicher i zdmuchnął aż pod niebo leżące na poboczu drogi liście, a potem poniósł je ku ciemnym borom. Naciągnęła na głowę ciepły kaptur i pomyślała, że w nocy może spaść pierwszy tego roku śnieg. Zatrzymawszy konia przed plebanią, zeskoczyła z powoziku i udała się prosto na cmentarz.
Tym razem było tam zupełnie cicho i ciemno i mogła spokojnie pomodlić się przed kryptą Borutyńskich. Za każdego zmarłego odmówiła osobny pacierz, bijąc się w piersi i przepraszając w duchu ciotkę i wuja za niechęć, jaką do nich czuła. Jasia błagała o przebaczenie, że niechcący doprowadziła go niemal do obłędu, wygadawszy się o poronieniu Emilki. Wsparła czoło o zimne żelazne drzwi myśląc z rozpaczą, że zmarli, będąc tak blisko niej, są zarazem oddaleni o całą wieczność, w którą tak nagle wstąpili
 Z trudnością zapaliła znicze i świece, gasnące przy silnym wietrze. Przypomniała sobie, że w tym miejscu klęczała ciocia Salomea, żegnając się z Jasiem. Powiedziała wtedy:"Do widzenia synku!" przekonana, że wkrótce spotka się z nim na drugim świecie. Ale czy życie pozagrobowe naprawdę istnieje? Nina natychmiast skarciła się surowo za tę bezbożną myśl. Włożyła do kamiennego wazonu bukiet purpurowych róż i podniosła się z klęczek. Miała przygasłe oczy i postarzałą twarz. Idąc pochyliła się, jakby pod ciężarem niewidzialnego brzemienia.
Na plebanii przywitała ją zapłakana organiścina.
- Oj, dobrze,że jaśnie oświecona pani przyjechała. Już miałam posyłać do Makowa chłopaka. Dobrodziej się nam rozchorował i bardzo z nim źle. - chlipała żałośnie.
- Co mu jest ? - spytała Nina z niepokojem.- Dlaczego nikt mnie nie powiadomił?
- Nie pozwolił. Ledwie może dychać. Ot, nieszczęście.
- Proszę rozpakować paczkę. Zobaczę jak ksiądz dobrodziej się czuje.- rozkazała Nina i weszła na palcach do pokoju.
Proboszcz leżał w łóżku, rozpalony i wpółprzytomny. Ale poznał ją, bo na jego spalonych gorączką wargach ukazał się słaby uśmiech i wyciągnął do niej rękę. Nina przycisnęła do niej usta.
- Czas już na mnie, moje drogie dziecko. - wyszeptał, krztusząc się kaszlem. - Pan wzywa mnie do siebie. - poprawił się na poduszkach i odchrząknął. Przy każdym jego oddechu z płuc wydobywał się złowrogi świst. Tłumiąc ogarniające ją przerażenie, Nina usiadła przy łóżku i ujęła jego gorącą, wilgotną rękę, która tyle razy podawała jej Komunię świętą i gładziła po głowie. Z całej siły utuliła ją w dłoniach.
- Niechże ksiądz dobrodziej mnie nie straszy. - powiedziała z wymuszoną wesołością. - To tylko silne przeziębienie, a przed księdzem jeszcze długie życie. Razem doczekamy lepszych czasów. Czy był lekarz? Co powiedział?
Gospodyni, która weszła za nią, wnosząc ciasto i wino, uznała, że należy skomentować pytania pani hrabiny.
- A bo to dobrodziej pozwolił prosić konsyliarza1? - pisnęła, wycierając nos w fartuch. - Małośmy sobie ozorów nie ugadali, a dobrodziej "nie i nie". Powiada, że Pan Bóg zsyła chorobę i śmierć i nie należy się sprzeciwiać woli bożej!
Gospodyni popatrzyła na Ninę i wystraszyła się ostrą zmarszczką pomiędzy jej ciemnymi brwiami. 
"Głowę dam, że to wikary stoi za tym. - pomyślała Nina. - Jemu nie zależy na wyzdrowieniu proboszcza, bo chce zostać sam na plebanii. Ale nic z tego, bo ja tego darmozjada nie zamierzam utrzymywać! Biedny, kochany ksiądz proboszcz zachorował przez niego, bo w święto ten chytry lis nie odprawił nabożeństwa"
- Gdzie ksiądz wikary? - zwróciła się do gospodyni.
- Pojechał do chorego.
"Aha, jestem w domu! - mruknęła Nina przez zęby, i z pomocą organiściny podniosła chorego i podtrzymała, dopóki nie minął rozdzierający płuca atak kaszlu. - Matko święta, on ma zapalenie płuc!" - pomyślała z przerażeniem.
- A skąd ta pewność, że Pan Bóg życzy sobie śmierci księdza? - odezwała się, zdobywając się na pogodny ton.- Tak księdzu z nami niedobrze? To nawet grzech nie wykorzystać wszelkich możliwości ratunku.
- Stary już jestem i swoje lata przeżyłem. Nie martw się mną, kochane dziecko. Ja z radością idę do mego Pana i moje oczy już nie zobaczą tej strasznej burzy dziejowej, która na nas idzie. Zmiecie ona tysiące ludzkich istnień, jednym odbierze życie, innych wywieje na ziemię skutą mrozem, a jeszcze innych pozbawi honoru i godności. - zachrypiał i z trudnością zaczerpnął powietrza w chore płuca.- Zaborca nie uszanuje żadnej świętości. Czy wiesz, że w Wilnie, po straceniu na szubienicy księży Iszory i Ziemiackiego, generał Murawiew rozkazał wylać na ich groby czterdzieści wozów nieczystości, zatapiając je w kale, ponieważ ludzie przychodzili tam się modlić.
- Błagam księdza dobrodzieja, proszę się nie męczyć. - powiedziała widząc, że on z coraz większym trudem oddycha.
- Dobrze, dziecko. Zabiorę z sobą na drugi świat pamięć o twoich dobrych uczynkach. Zawsze miałaś czułe serce. Dziękuję ci, że prosiłaś Czengierego o moje uwolnienie z aresztu. Niech cię Matka Najświętsza chroni od nieszczęścia i da ci siłę do przetrwania najgorszego. - umilkł, nie mogąc złapać tchu i dławiąc się flegmą.
Nina troskliwie uniosła mu głowę i podała zaparzone zioła. Wypił je chciwie. Puls miał bardzo szybki i nierówny, błyszczące gorączką oczy i ceglaste rumieńce na wychudzonych policzkach.
- Pan hrabia nie pisał? - spytał niespodzianie.
- Nie. Tak strasznie się boję o niego. - wyszeptała, ściskając chorego za rękę.
- Ja pamiętam o nim i modlę się za niego. Niedługo się z nim zobaczymy!
Przez jakiś czas chory leżał z przymkniętymi powiekami, a piersi unosił mu płytki oddech. Naraz otworzył oczy i utkwił w niej przejmujący wzrok.
- Posłuchaj, dziecko! - zawołał naraz zdumiewająco silnym głosem. - Przyjdzie na ciebie godzina próby. Będziesz musiała wybierać, czy pozostać wierna ideałom, czy się im sprzeniewierzyć. Jeżeli nie okażesz siły ducha i ulegniesz pokusie, umrzesz, chociaż żyć będziesz nadal. Wtedy wspomnij o mnie i módl się.... Módl się!
Nina poczuła strach mrożący krew w żyłach.
- O czym ksiądz mówi? - spytała nieswoim głosem. - Jaka próba?
- To będzie ciężka próba. - spojrzał na nią przytomniej i zaczął się uśmiechać. - Wracaj, dziecino, do domu. Widzisz, mój świat umiera, więc i ja chcę umrzeć wraz z nim. Zginęły dawne obyczaje, stracił cenę honor. Jeszcze walczymy o świat, którego już nie ma. - na twarzy księdza odmalował się smutek. - Ja zachowałem wiarę, daną mi przez rodziców. Umrę z nią tak, jak dla niej żyłem - po bożemu. Z Bogiem, dziecko.
Nina zrozumiała, że to początek maligny. Siedziała jeszcze jakiś czas przy chorym, ale on już nie otwierał oczu i przestał się odzywać. Pochyliła się i ucałowała go w czoło i w rękę.
- Lekarz zadecyduje, czy będę mogła zabrać księdza do Makowa. - powiedziała półgłosem, nie wiedząc, czy on ją słyszy.
Zajrzała do kuchni, gdzie przy piecu siedziała płacząca gospodyni.
- Ksiądz wikary jeszcze nie wrócił?
- Nie. Pewnie gdzieś pojechał.
- Czy to Zuckermann tak ciężko zachorował? - zapytała Nina drwiąco. Doniesiono jej, że wikary przyjaźni się z tym podejrzanym osobnikiem. Często przesiadywał u niego, grając w karty i flirtując z panią domu. Bywali tam również i Rosjanie.
 - Nagle stał się katolikiem?Trzeba natychmiast posłać do miasteczka po lekarza. - zdecydowała stanowczo.
- Kiedy dobrodziej nie pozwolił.
Nina gniewnie tupnęła nogą.
- A kto się pyta chorego, czy chce lekarza? Macie tu pieniądze i niech chłopak zaraz jedzie do miasteczka. Pamiętajcie, gdyby, co nie daj Boże, ksiądz proboszcz zakończył życie, to wikary wygoni was stąd, rozumiecie? Prędko po lekarza!
Weszła do kancelarii i napisała do doktora krótki bilecik, prosząc go o informację o stanie zdrowia pacjenta. Dopilnowała osobiście żeby chłopak stajenny pojechał do miasteczka.
- A moimi ciastami i szynką proszę wikarego nie częstować! To tylko dla księdza proboszcza. - oświadczyła gospodyni. - O Boże, zapomniałam o kwiatach!
Na palcach wróciła do sypialni i postawiła przy łóżku wazon z bukietem róż. Pokój napełnił się cudownym zapachem kwiatów. Proboszcz nie otworzył oczu, ale twarz mu złagodniała, a na ustach pojawił się cień uśmiechu. Pochyliła się i raz jeszcze ucałowała go w czoło.
- Ksiądz był dla mnie dobry, jak najlepszy ojciec. Matce Najświętszej polecam księdza dobrodzieja. Jeżeli lekarz pozwoli, zaraz zabiorę księdza do Makowa.
Wyszła z pokoju, oglądając się jeszcze na niego. Powracała do Makowa z ciężkim sercem. Miała przeczucie, nie, pewność, że ksiądz już z tej choroby nie wyjdzie. On już nie chciał żyć. Nie mogła wprost znieść myśli, że w tym straszliwym dla niej roku, opuści ją na zawsze jeszcze jeden bliski i drogi człowiek, znany jej od dziecinnych lat.
Bardzo się ucieszyła, zastawszy doktora w lazarecie. Przyjechał z miasteczka, aby opatrzyć najciężej rannych i nic nie wiedział o chorobie proboszcza. Zmartwił się, bo ksiądz był ogólnie lubiany i szanowany. Skończywszy opatrywać powstańców, zebrał się i pojechał do Sarnik obiecując, że da znać, czy można chorego przewieźć. Pod wieczór wrócił z Porajów Maciek i oddał jej bilecik od panny Kazimiery. Obiecywała upomnieć bardzo surowo Dorotę, ale nie zgadzała się na zamknięcie lub przeniesienie lazaretu, niezbędnego w zaistniałej sytuacji.
Wieczorem, siedząc w buduarze przy kominku, Nina czekała na wiadomość z Sarnik, wpatrując się w ponurym milczeniu w ogień. 
Lekarz dotrzymał słowa i na kartce wyrwanej z notesu napisał, że stan chorego jest beznadziejny i każdej chwili należy liczyć się z jego zgonem. Spodziewała się tego, lecz mimo to, wiadomość była dla niej okrutnym ciosem. Nie płakała, tylko siedząc skulona w fotelu, nie odzywała się do nikogo i spędziła długie nocne godziny, wpatrując się w płomienie. Dopiero po północy poszła spać i wtedy nawiedził ją przerażający sen.
Znajdowała się w jakimś obcym mieście. Był wieczór wigilijny, a ona wędrowała pustymi ulicami, zaglądając do okien mieszkań. Przez szyby pokryte szronem, widziała zielone choinki ustrojone w szklane cacka i palące się świeczki. Szła bez celu, bezludnymi ulicami zasypanymi śniegiem, przeraźliwie samotna i nie mająca się gdzie podziać. Widziała w oknach domów ludzi zasiadających do wigilijnej wieczerzy. Dzielili się opłatkiem, składając sobie życzenia. Tylko ona jedna, wędrowała w tę czarną zimową noc, opuszczona jak bezpański pies. Chciała zawołać w nadziei, że ktoś ją usłyszy, zaprosi do ciepłego domu i posadzi przy stole. Ale nie mogła wydobyć głosu przez ściśnięte gardło. Z ciemnego zimowego nieba, wolno padał śnieg i zasypywał jej ślady.
Niespodziewanie zjawił się przy niej Jaś. Był ogromnie smutny i opowiadał jej o czymś, tylko jego głos dobiegał z tak niezmierzonej dali, że nie słyszała nawet echa jego słów. Wyciągnął do niej rękę, trzymając w palcach biały opłatek. Przełamał go na dwie części i podał jej jedną, dzieląc się z nią. Wzięła połowę opłatka i naraz ze zgrozą spostrzegła, że z opłatka pociekła krew. Patrzyła, jak po jej palcach spływają purpurowe krople i wsiąkają w biały śnieg....
Obudził ją własny krzyk. Usiadła na łóżku przyciskając rękami trzepoczące się serce, pełna nieopisanego przerażenia. W panice rozglądnęła się po sypialni stwierdzając z ulgą, że znajduje się we własnym domu, a nie na ulicy obcego miasta. Długo nie mogła się uspokoić i ciągle widziała przed sobą smutną twarz Jasia i jego niebieskie oczy, wpatrzone w nią z wyrazem cierpienia i ogromnego współczucia. Na jego wspomnienie nie mogła powstrzymać gorzkich łez tęsknoty
"Boże, co znaczy ten sen?" - zadawała sobie pytanie, nie umiejąc na nie odpowiedzieć. Spojrzała na zegar i stwierdziła, że dochodzi piąta rano. Wstała z łóżka i rozgrzebała w kominku tlący się pod popiołem żar. Rzuciła nań kilka szczapek drewna i kucnąwszy, obserwowała rodzący się płomień.
Jaś! Po raz pierwszy przyśnił się jej od dnia swojej śmierci. Pragnęła przypomnieć sobie co mówił, ale niczego nie pamiętała. Przyśnił się jej, chociaż przed zaśnięciem nie myślała o nim. Co pragnął jej przekazać, a może przed czymś ostrzec? Zawsze rozumieli się bez słów, ale tym razem nie miała pojęcia, co znaczył ten krwawy opłatek. Lecz wspominając sen, czuła niewytłumaczalny strach, obłędne wprost przerażenie. Uklękła i zaczęła się modlić za spokój jego duszy, obiecując zamówić mszę żałobną w kościele klasztornym w Świętej Katarzynie. Nie wzywając pokojówki, ubrała się sama i usiadła, czekając nie wiadomo na co.
O świcie przyjechał parobek z Sarnik z wiadomością, że ksiądz proboszcz zmarł nad ranem, nie odzyskawszy przytomności. Uznała, że ten okropny sen był zapowiedzią śmierci księdza, lecz ciągle widziała przed sobą opłatek ociekający krwią i serce jej zamierało z trwogi.
                                     -------------------------------------------
Wkrótce po Święcie Zmarłych, powstanie poniosło dotkliwą stratę. Dnia 6 listopada poległ śmiercią bohatera pułkownik Dionizy Czachowski. Rozbity latem, rozpuścił swój oddział i przeszedł granicę, rozpoczynając natychmiast organizować w Galicji dużą partię, z którą powrócił jesienią do kraju, wszczynając ponownie walkę. Ale przeczucie mówiło mu, że zbliża się kres jego pracowitego życia, oddanego rodzinie i ojczyźnie. W dniu Wszystkich Świętych, przybył do Józefowa i tam wraz z całym swoim oddziałem przystąpił w kościele bernardynów do spowiedzi i Komunii, gotując się na śmierć. Rosjanie od początku powstania pilnie polowali na starego wodza, lecz pomimo ich wysiłków, Czachowski był nieuchwytny, z lisią chytrością wymykając się z zastawionych pułapek. Tym razem na jego spotkanie wyszła z Radomia potężna kolumna wojska, pod dowództwem pułkownika Protopopowa, w celu ostatecznego zlikwidowania oddziału Czachowskiego.
Jednakże pułkownik znowu był nieuchwytny i wodził nieprzyjaciela za nos po całej guberni, mając ogromne doświadczenie w walce partyzanckiej. Lecz szczęśliwy los nagle się odmienił i na jego trop wpadł porucznik dragonów Assiejew, idąc uparcie jego śladem, aż do wsi Krępy Górne, gdzie pułkownik ze swym oddziałem zatrzymał się na plebanii. 
Dionizy Czachowski z córkami.
 Po kolacji, Czachowski wraz z synem Adolfem, wybrali się do pobliskich Wierzchowisk, majątku zięcia Leszczyńskiego, by odwiedzić córkę Julię. Na czas swej nieobecności komendę powierzył rotmistrzowi Janowi Prendowskiemu. Rano 6 listopada, oddział został zaatakowany przez dragonów pod dowództwem porucznika Assiejewa. Powstańcy, wycofujący się w kierunku Iłży zostali rozbici. Czachowski chciał połączyć się ze swym oddziałem, lecz zastał jedynie kilkunastu jeźdźców, bo reszta uciekała w stronę Wierzchowisk. W pewnej chwili pułkownik pozostał niemal sam, jedynie z kilkoma konnymi żołnierzami. Jak wicher przemknął koło dworu, skąd jego córka śledziła śmiertelną walkę ojca. Dragoni dopadli pułkownika w pobliżu Jawora Soleckiego. Zaatakowany z dwóch stron, miał odciętą drogę ucieczki. Zeskoczył z konia i wsparty o pień polnej gruszy, rozpoczął swój ostatni bój. Bronił się, siekąc szablą i strzelając z rewolweru do nacierających zewsząd dragonów. Ranny w bok upadł, a wtedy Moskale rzucili się na niego i rozsiekali bez litości.
Obrzydliwym, barbarzyńskim obyczajem, zbezczeszczono jego zwłoki. Pokrwawionego trupa poległego pułkownika, obwożono drabiniastym wozem po wsiach i miasteczkach, a potem nawet po ulicach Radomia. Sołdaci eskortujący wóz, głośno szydzili z poległego:
- Oto wasz Czachowski! Oto król Polski!
Ludzie patrzyli na zwłoki pocięte ciosami szabel, podziurawione kulami i razami pik, a odchodząc żegnali się i zaciskali pięści. Uszakow tak dalece posunął swoją surowość, że nie zezwolił nawet na przyzwoity pogrzeb, należny każdemu człowiekowi. Po długich staraniach rodziny, zgodził się nareszcie na pochowanie ciała pułkownika we wsi Bukównie. Pogrzeb odbył się nocą z 9 na 10 listopada, w ścisłej tajemnicy i w asyście kozaków. Na grobie nie pozwolono nawet postawić krzyża. Taki był koniec jednego z najwaleczniejszych i najofiarniejszych dowódców powstania.
A. Grottger. Śmierć Czachowskiego
 Pozostała po nim legenda i dopiero potomność uczciła jego pamięć.
                                 -------------------------------------------------------
Wiadomość o rozbiciu oddziału Czachowskiego i jego śmierci, zbiegła się ze zgonem proboszcza. Dla Niny był to kolejny bolesny cios, lecz zniosła go z godnością. Nie płakała, ale usiadła przy fortepianie i długo grała Chopina, powracając do sonaty b-mol z marszem żałobnym i pełnych rozdzierającego smutku preludiów, poświęcając tę muzykę obu zmarłym. Proboszcz w swojej ostatniej woli prosił, aby pochowano go bez żadnej ostentacji, bardzo skromnie. Jednak parafianie, kochający swego duszpasterza, postanowili urządzić mu uroczysty pogrzeb. Nina kazała murarzom wykonać grobowiec z chęcińskiego marmuru i zwróciła się do wikarego z prośbą, aby zwłoki zmarłego, do dnia pogrzebu, spoczywały w bocznej kaplicy kościoła na katafalku. Wikary wyraził zgodę, ale na drugi dzień po śmierci proboszcza, nie stosując się do wyrażonej przez Ninę prośby, urządził księdzu cichy i ubogi pogrzeb, nie chcąc dopuścić, by ceremonia żałobna przekształciła się w manifestację patriotyczną.
W tym samym czasie, Nina z Maćkiem wybrali się do Tarczka, aby zamówić czarny aksamit do obicia trumny i zakupić wiele innych pogrzebowych akcesoriów. Karawanu nie zamawiano, ponieważ okoliczni ziemianie i gospodarze, wprost kłócili się z sobą o zaszczyt niesienia trumny księdza. Nina właśnie oglądała czarny aksamit, wyniesiony przez Żyda ze sklepu, gdy spostrzegła parobka z plebanii w Sarnikach. Chłopak na jej widok zrobił wielkie oczy.
- To jaśnie wielmożna pani nie na pogrzebie? - zdziwił się serdecznie.
- Na jakim pogrzebie? - Nina przerwała targowanie się z kupcem i popatrzyła na parobka z roztargnieniem.
- No przecie naszego dobrodzieja! Pewnikiem już go zakopali. - odpowiedział z głupawym uśmiechem.
Nina odwróciła się i zamieniła znaczące spojrzenie z siedzącym na koźle bryczki Maćkiem.
- Słyszysz? - odezwała się cichym z wściekłości głosem.
- Słyszę. To ścierwo wikary wyciął nam sztuczkę! - zgrzytnął zębami. - A to drań!
Nina nie kończąc targów z Żydem, wskoczyła do bryczki. Maciek zaciął konie batem i popędzili jak szaleni do Sarnik. Kiedy bryczka zatrzymała się przed cmentarzem, właśnie zakopywano trumnę. Wikary odprawiał modły prędko i byle jak, bez krzty wzruszenia. Nad grobem stało tylko kilkoro służby i organista, z głośno lamentującą żoną.
Na ten widok Nina kompletnie straciła panowanie i jak rozjuszona furia ruszyła wprost na wikarego. Nie bacząc na powagę ceremonii, urządziła mu głośną awanturę zapowiadając, że nie zamierza łożyć na parafię, w której ksiądz nie liczy się ze zdaniem kolatora!
- Przepraszam panią hrabinę, ale sam proboszcz życzył sobie takiego skromnego pochówku. Ja wypełniłem tylko jego wolę. - odparł, patrząc na nią bezczelnie. - Zresztą zwłoki nie mogły stać dłużej i należało je pochować.
Nina zmierzyła go wściekłym wzrokiem.
- Ksiądz proboszcz był skromnym duchownym i nie chciał nikogo narażać na koszty. Ale parafianie zamierzali godnie uczcić jego pamięć. Wyraziłam się jasno i dobitnie w rozmowie z księdzem, czy tak? Jestem wstrząśnięta faktem, zlekceważenia woli kolatora i parafian i zamierzam odwołać się w tej sprawie do samego biskupa. Maciek, uspokój się! - krzyknęła w ostatniej chwili widząc, że chłopak splunął w dłonie i blady z wściekłości, zabierał się do spuszczenia wikaremu solidnego lania.
Maciek.
Trzęsąc się z niewyładowanej do końca złości, przyklękła koło mogiły i zaczęła się modlić, ale zdołała powiedzieć tylko: "Wieczne odpoczywanie", bo przeszkadzały jej w tym lamenty służby rozumiejącej, że na plebanii miejsca już nie zagrzeją. Nina z właściwym sobie uporem postanowiła, że jak tylko grobowiec zostanie ukończony, każe przenieść trumnę z ciałem proboszcza na nowe miejsce spoczynku. Nie zaszczyciwszy wikarego ani jednym więcej spojrzeniem, wyszła z Maćkiem z cmentarza i wsiadła do bryczki, zdenerwowana i bliska ataku nerwowego.
"Jezu. - myślała dygocąc i przypatrując się ponuremu, jesiennemu krajobrazowi.- Czy ja już nigdy nie doczekam czasów, gdy będę wracała z balu, a nie z pogrzebu?" Rozejrzała się po niebie zamglonym i pochmurnym i westchnęła. W ubiegłym roku o tej porze, odbywała się w pałacu tombola i bal, a ona miała na sobie szmaragdową gazową suknię, we włosach imitację złotych szyszek i kolię ze szmaragdów na szyi. Żyli jeszcze wszyscy ukochani, którzy dziś spoczywają na cmentarzu i w kaplicy grobowej.
- A niechże sobie jaśnie paniuleczka nie bierze tego do serca. - Maciek ściągnął lejce i obejrzał się na nią z miną pełną współczucia. - Wikary zaklął nas w capa, ale i tak nasze będzie na wierzchu! Pochowamy dobrodzieja po bożemu. Trza będzie jeździć do innego kościoła, bo wikary słodki jak miód, ale morda u niego wredna. Było mi pozwolić, skuć mu ten psi pysk i tyle. Sukinsyn! - zawyrokował gniewnie.
- Pewnego dnia zrewanżujemy się mu. Obiecuję! - rzekła z zawziętością, poprzysięgając wikaremu zemstę.- Doprawdy, Sarniki mają pecha do wikarych. Drugi Żabiec nam się trafił. Brrr! - wstrząsnęła się, podnosząc kołnierz futra. - Zimno, tylko patrzeć jak śnieg spadnie. Maciuś, dopilnuj, żeby stajenny zaprowadził Mignon do kowala. Trzeba ją podkuć na ostro, żeby mogła biegać po oblodzonej drodze.
Przyjechała do domu rozgoryczona, nie mając nawet ochoty żeby wyładować się w płaczu, bo uznała, że łzy na zmartwienie nic jej nie pomogą. Rozbierając się z czarnej sukni, mimo woli spojrzała do lustra i twarz, jaką w nim zobaczyła, wydała się jej obca. Blada, napięta i o wiele lat starsza . "I kto by pomyślał, że ja mam dopiero osiemnaście lat!" - westchnęła.
Przez resztę dnia była ponura i nikt nie mógł się doczekać od niej dobrego słowa. Zawsze uprzejma i dobra dla służby, teraz pokrzykiwała na pokojówki, pokłóciła się z nianią i z miną chmury gradowej nosiła się po lazarecie, w gniewnym milczeniu zmieniając rannym opatrunki i podając im zioła. Nienawidziła tej pracy, absolutnie nie nadając się na samarytankę. Kiedy biedni ranni syczeli przy zmianie opatrunków, czuła do nich taką złość, że aż ją korciło żeby wziąć młotek i walić ich po głowach i w ten radykalny sposób uciszyć ich stękania. Wstydziła się tych niedobrych myśli, ale ciężko jej było przełamać się i zmusić do pracy. Wolałaby w stajni wyrzucać gnój! 
Lżej ranni domyślali się, że dama jest w złym humorze i wodzili za nią wzrokiem, kiedy chodziła pomiędzy pryczami, roznosząc w miskach rosół z kury. Była taka rozdrażniona, że miała ochotę rzucać w nich tymi miskami i wściekle szarpnęła krynolinę, zaczepioną o ciasno obok siebie ustawione posłania. Młodziutki jasnowłosy powstaniec, przypatrywał się jej jakiś czas z powagą, następnie machając do taktu łyżką, zanucił zawodzącym głosem :
                              Jeszcze Polska nie umarła, póki kura w garnku.
                              Jak się kura ugotuje, zjemy po kawałku.
                              Temu kupkę, temu kupkę, Moskalowi damy w dupkę2 !
Mężczyźni ryknęli śmiechem. Nina posłała chłopcu spojrzenie lodowate i pełne potępienia.
- Widzę, że pan już lepiej się czuje. Może byłby czas opuścić lazaret? - odezwała się zgryźliwym tonem.
- Gdzie lepiej? Właśnie coś mnie w dołku sparło, pewnie po tym rosole, proszę łaskawej pani hrabiny. - odpowiedział, patrząc na nią niewinnie.
Zmierzyła go złym okiem, ale nie potrafiła dłużej utrzymać powagi. Parsknąwszy śmiechem wytargała chłopca za czuprynę i wybiegła, aby do reszty nie stracić autorytetu. Pod wieczór przyjechała Zosia i przywiozła lekarstwa, dostarczone przez zakonnice z klasztoru w Świętej Katarzynie. Ucałowała Ninę i przytuliła się do niej, pomrukując z zadowolenia.
- A ty, czemu się tak do mnie łasisz, jak ten kot?
- Wyobraź sobie, złotko, że Tadek dostał awans na kapitana i już zabrał się do pracy, Jest uszczęśliwiony, a ja wprost nie wiem, jak mam ci dziękować za to, co dla nas zrobiłaś.
- To nie ja, tylko Alek. - Nina przyjrzała się jej i stwierdziła, że Zosia wygląda ślicznie. Miała zaróżowione policzki i roześmiane oczy. - Coś mi się wydaje, że Tadeusz był dla ciebie bardzo miły.
- Ojej, to widać? - spłoszona Zosia zarumieniła się jeszcze mocniej.
- Oczywiście. Masz to wypisane na czole, bo już dawno nie wyglądałaś tak promiennie.
Zosia posiedziała godzinkę    wspominając proboszcza.                       Poplotkowały o Dorocie Bieckiej, a kiedy przyjaciółka odjechała, Nina przeszła do gabinetu i usiadła przy masywnym biurku, odczytując z uwagą raporty ekonomów i pana Bochniaka. Za oknem zaczął padać śnieg i wiał ostry, przejmujący wiatr z północy, niosąc śnieżne krupy. Oziębiło się, a temperatura spadła do zera.
1Dawna nazwa lekarza.
2Autentyczna, żartobliwa piosenka powstańcza.