czwartek, 15 września 2016

Walki zbliżają się do Makowa.Tajemnica alkowy kasztelana.


15 września 2016 r.
Setkowicz nie pokazywał się w pałacu, zaś Nina chodziła do lazaretu tylko wtedy, gdy doktor wyjeżdżał do Zameczku lub do Lipieńca. Zaprzestała również wieczornych koncertów, zbyt przygnębiona, aby szukać pocieszenia w muzyce. Zresztą w salonie było okropnie zimno, bo oszczędzano opał i tam nie palono. Wkrótce wszystkie sprawy osobiste zeszły na dalszy plan: do Makowa zbliżały się walki.
Generał Hauke -Bosak, nie zamierzał trwać w defensywie.Wywiad powstańczy, znakomicie  kierowany przez księdza Kotkowskiego, działał             znakomicie i          do obozu    prędko dotarła wiadomość, że Rosjanie zdecydowali się wycofać część wojska z Opatowa, pozostawiając w miasteczku tylko niewielką załogę. W sztabie generała momentalnie przystąpiono do opracowania planu zdobycia miasta.
           
         25 listopada, o piątej rano, nastąpił atak kawalerii polskiej  . Miasto jeszcze spało, kiedy powstańcy wpadli jak burza i pędząc pustymi ulicami, zajmowali je bez oporu. Przerażeni i całkowicie zaskoczeni Rosjanie, bronili się niemrawo, widząc coraz to nowe hufce jazdy polskiej wjeżdżające do Opatowa. Łupem powstańców padła kasa z 35 tysiącami rubli, broń, amunicja i jeńcy, z którymi nie wiedziano co zrobić i w końcu puszczono ich wolno. Sukces Bosaka był niewątpliwy. Nowina o zdobyciu miasta prawie bez ofiar, lotem strzały przebiegła ziemię świętokrzyską i rozeszła się po całym kraju. Nawet gazety zagraniczne dały o tym wydarzeniu obszerne wzmianki.
 Polacy przyjęli wiadomość entuzjastycznie, Rosjanie z wściekłością i trudno było im się dziwić. Po tym sukcesie militarnym Bosak uznał, że najwyższy czas, by przejść do ofensywy. 29 listopada, pod miejscowością Ociesęki doszło do krwawej bitwy. Obie walczące strony stawały w niej z jednakową odwagą i zaciętością. Początkowo los sprzyjał Polakom, lecz pod koniec zwycięskiej batalii doniesiono generałowi, że Rosjanom śpieszą znaczne posiłki. Nie kończąc bitwy, Bosak wycofał się przezornie.
W Makowie, oddalonym od pola walki o przeszło dwadzieścia sześć wiorst, nic nie wiedziano o toczącym się tam boju. Tego dnia Setkowicz wyjechał z rana do Zameczku, opatrzyć leżących tam rannych i korzystając z jego nieobecności, do lazaretu weszła Nina. Pomogła zmienić rannym opatrunki, a potem usiadła z książką, by jak co dzień, poczytać nudzącym się chłopcom. Zwykle brała książkę o tematyce patriotycznej, ale tego dnia w bibliotece wpadła jej w ręce ulubiona niegdyś powieść," hrabia Monte Christo" pana Dumasa ojca. Zrezygnowała z nudnego i dydaktycznego powieścidła i zabrała z sobą książkę, bardzo ciekawa reakcji słuchaczy.
Siedząc pośrodku lazaretu, zaczęła głośno i wyraźnie czytać. Większość powstańców nie znała wcale powieści i początkowo byli niezbyt nią zainteresowani, lecz w miarę rozwijania się akcji, zaczęli słuchać uważnie, podnosząc się na posłaniach. Nawet ciężko ranni przestali stękać i zwracając ku lektorce wynędzniałe twarze, bacznie nadstawiali ucha. Przeczytawszy pierwszy rozdział, Nina celowo przerwała i powiodła oczami po twarzach słuchaczy.
- Życzycie sobie panowie żebym czytała dalej, czy mam zmienić książkę? - spytała uprzejmie.
- Nie! Prosimy, niech pani czyta! - usłyszała w odpowiedzi jednogłośny okrzyk.
Czytała więc dalej, stwierdzając w duchu, że przy innych lekturach, w lamusie rozlegało się głośne pochrapywanie. Teraz, kiedy na moment zawieszała głos, zewsząd rozlegało się błagalne wołanie:
- Niech pani czyta! Ciekawe, co to za kobieta,ta Mercedes? Założę się, że ten  Fernando i Danglars zrobią mu świństwo . Obaj są zazdrośni, jeden o babę, drugi o statek
Czytała więc dalej, sama delektując się dowcipną, przygodową lekturą.
Niespodziewanie otworzyły się drzwi i do lazaretu wszedł Setkowicz. Miał uśmiechniętą twarz i radość w oczach.
- Słuchajcie! - wykrzyknął od progu. - Nasi kawalerzyści zdobyli Opatów! Wpadły im w ręce duże pieniądze, broń i amunicja!
- Hurra! - wykrzyknął młody chłopiec, któremu kula armatnia urwała nogę do kolana. - Panie doktorze, ja byłem w kawalerii. Kto dowodził?
- Dowodził osobiście sam Bosak. - Setkowicz szczegółowo opisał wzięcie miasta.
Wiadomość o tak znaczącym sukcesie Bosaka, dotarła do doktora przez żołnierzy na rogatce, z którymi był bardzo zaprzyjaźniony. Znakomicie mówił po rosyjsku i często leczył ich z pijackiej niestrawności. Ranni śmiali się i klęli na przemian, wściekli na swoje kalectwo, wyrażając się o generale z największym szacunkiem i uznaniem.
Autentyczne zdjęcie rannych powstańców z lekarzem
- To nasz generał! - puszyli się ranni spod Jeziorka. - My razem z nim przyszliśmy z Galicji. On zrobi prędko z Moskalami porządek. Niech żyje generał Bosak!
- Ja też mam nadzieję, że nowy dyktator ukróci matactwa różnych kanalii.- wtrącił Setkowicz. - Wara kunktatorom od naszego powstania. Właśnie takimi atakami możemy je wygrać.
Ponieważ podnieceni ranni nie interesowali się już dalszą lekturą, Nina odłożyła książkę, przysłuchując się ich entuzjastycznym okrzykom i uwagom o bitwie opatowskiej. Dziwiła się, jak niewiele potrzeba tym biednym chłopcom, żeby na nowo rozbudzić w nich zapał dla przegranej sprawy. Nagle przyszło jej na myśl, że jeden ze szwadronów prowadził z pewnością jej mąż i ogarnął ją strach o jego życie.
- Czy wielu naszych poległo? - zwróciła się do Setkowicza z wyszukanym chłodem. Widziała go po raz pierwszy od dnia kłótni z Aleksem.
- Nie, mieli tylko jednego zabitego. Zginął porucznik Tyszkiewicz, a drugi oficer został ranny.
- Tyszkiewicz? Może z hrabiów Tyszkiewiczów? - spytała.
- A skądże ja mogę wiedzieć? - prychnął Setkowicz. - Zresztą, czy śmierć hrabiego różni się od śmierci prostego żołnierza?
- Nie. - ucięła, nie zachęcając go do dyskusji.
- Pani się nie cieszy? - spojrzał na nią, nie zdając sobie sprawy, że w oddziale Bosaka jest jej mąż, bo Aleks nie wspominał mu w jakim oddziale walczy.
- Cieszyłabym się, gdyby nasi zdobyli Warszawę, Cytadelę i Modlin. Nie rozumiem, dlaczego dowódcy decydują się na zdobywanie miast, których nie potrafią utrzymać i muszą oddać je Rosjanom, narażając ludność cywilną na represje. To przecież nie ma sensu.
- Owszem, ma sens. Chodzi nam przede wszystkim o podtrzymanie morale społeczeństwa. - wyjaśnił doktor.- Czy pani zdaje sobie sprawę, jaka radość wybuchła w Opatowie, kiedy mieszkańcy ujrzeli polskich kawalerzystów?
- A czy pan wyobraża sobie rozpacz tych nieszczęsnych ludzi, gdy do Opatowa ponownie wkroczyli Rosjanie i rozpoczęli karanie mieszkańców? - odparowała podniesionym tonem. Natychmiast pożałowała wymówionych słów, bo Setkowicz spojrzał na nią tak jadowicie aż drgnęła.
- Nie sądziłem, że pani będzie rozpatrywać nasze zwycięstwo w tych kategoriach. Zastanawia mnie to tym bardziej, że w powstaniu bierze udział mąż pani.
Nina stłumiła rozsadzający ją atak wściekłości i przybrała obojętny wyraz twarzy.
- Szkoda, że mój mąż zmuszony jest podtrzymywać morale społeczeństwa. Niestety, dożyliśmy czasów, że podtrzymujemy ostatkiem sił to, co już dawno upadło w narodzie. Wiarę w zwycięstwo! - nie spiesząc się, wyszła z lazaretu.
 Zima tak się rozsrożyła, że niektóre drogi stały się wprost nieprzejezdne. Czasami osiedla ludzkie poznać można było jedynie, po wątłych dymach unoszących się z kominów chat. Mróz był nieubłagany, a temperatura ciągle wskazywała w dzień przy blasku słońca, minus 20 stopni C. Nocą spadała do minus 30 stopni. Marli ludzie i tysiącami padało ptactwo. Dzikie zwierzęta podchodziły do wsi, szukając pożywienia. Na przekór strasznej pogodzie, z miast i miasteczek guberni radomskiej i z Kielc, wyruszyły wojska rosyjskie i prowadzone przez chłopskich przewodników, przetrząsały teren w poszukiwaniu kryjówek powstańców.
 Ulubionym i wygodnym sposobem represji, stało się nakładanie przez władze carskie kontrybucji, zmuszając w ten sposób chłopów do donosicielstwa. Każde osiedle przez które przeszedł oddział powstańczy, obowiązane było zapłacić wysoką grzywnę. Kary pieniężne płaciły również osoby aresztowane, nawet wówczas gdy nie zdołano udowodnić im żadnej winy. Nakładano kontrybucję na dwory i wsi, na miasta i osiedla, najczęściej zupełnie bezpodstawnie. Karano dziedzica nie płacącego podatku władzom, każąc na wszelki wypadek również właściciela majątku, regularnie opłacającego podatki. Ogromne kontrybucje rujnowały wyniszczony powstaniem kraj, doprowadzając uboższych ziemian do nędzy.
Ogólnie złorzeczono Rządowi Narodowemu, że sprowadził lekkomyślnie na kraj straszliwe nieszczęście. Przeklinano władze carskie, że nie odróżniają winnych od niewinnych, karząc bez litości ludność nieszczęśliwego Królestwa Polskiego. Ludzie przestali sobie ufać, bo każdy mógł być konfidentem, a niebacznie wymówione słówko mogło stać się podstawą do oskarżenia, a co za tym idzie, do surowej kary. Każda wieś miała swoją milicję, a bez przepustki i tak zwanego paszportu, nie wolno było poruszać się w terenie ani podróżować. Schwytanych powstańców bez sądu wieszano na najbliższym drzewie lub rozstrzeliwano.
Powstańcy zbliżając się do jakiejś wsi lub osiedla, mogli spodziewać się, że tam już oczekują na nich zaczajeni nieprzyjaciele. Zagrożeni wysokimi karami chłopi, gotowi byli sami wezwać wojsko, byle uniknąć grzywny lub batożenia. Trapieni głodem, dręczeni przez mróz i choroby, powstańcy żyli w ciężkich warunkach obozowych, lecz ciągle jeszcze stanowili poważną siłę z którą Rosjanie musieli się liczyć.
Bywało, że na maszerującą traktem kolumnę, padały strzały niewidzialnych strzelców. Oddawszy kilka salw, powstańcy rozpływali się w ciemnościach. Czasami przed idącą kolumną, jak spod ziemi, pojawiało się kilku jeźdźców na dobrych, mocnych koniach. Nosili szare kożuszki przecięte na ukos białym pasem z nabojami. Na głowach mieli konfederatki zsunięte zuchowato na bakier. Stojąc na środku drogi, spokojnie przypatrywali się nadchodzącemu wojsku. Kozacy, rozwścieczeni taką bezczelnością, ruszali ku nim galopem, wrzeszcząc, gwiżdżąc i wywijając arkanami. Powstańcy witali ich przybycie celną salwą, po czym nie spiesząc się wcale, zawracali i chronili się w głębi ciemnego boru. Rosjanie pewni swojej przewagi, puszczali się za nimi w pogoń, zagłębiając w ogromny i zdradliwy bór.

Pośród dzikich zakamarków puszczy, rzeczułek skutych lodem i skał, rozgrywał się krótki dramat. Ogromne pnie sosen, lub jodeł, waliły się w poprzek leśnej drogi, uniemożliwiając odwrót. Ranione konie kwiczały boleśnie, gdy spoza pni i skał padały celne salwy, trafiając nieomylnie w cel. W szalonej ucieczce wozy taborowe waliły się na dno przepaści, roztrzaskując się na drobne kawałki. Ranni Rosjanie na próżno wzywali pomocy. Po bitwie na pobojowisku pojawiali się powstańcy. Zbierali porzuconą broń i amunicję, resztki z rozbitych taborów i jak duchy znikali w niedostępnych leśnych kryjówkach.
Mogli być wszędzie. Powstańcze kule raziły z okien mieszczańskich kamieniczek, chłopskich zagród, wiejskiego cmentarzyka lub dachu dworu. Świetny wywiad powstańczy, kierowany przez „szarą eminencję" generała Bosaka, księdza Kotkowskiego1, proboszcza z Ćmielowa, donosił powstańcom o każdym ruchu nieprzyjaciela. Niezmiernie trudno było zdemaskować polskich wywiadowców. Podróżująca w wytwornej karecie zamyślona dama, tuląca w objęciach pieska, gapiowaty chłopina pędzący bydło na jarmark, kwestujący zakonnik, czy zażywny proboszcz wiejski, a nawet dzieciaki bawiące się w berka lub chowanego, bacznie obserwowali kierunek pochodu wojska, liczyli armaty i niezwłocznie przekazywali informacje do obozu powstańczego. Żydowski karczmarz podsłuchiwał rozmowy pijanych oficerów, a mali chłopcy wciskali się wszędzie, penetrując tereny zajęte przez Rosjan. W poczuciu bezsiły, władze carskie mściły się okrutnie na pochwyconych jeńcach i ludności cywilnej.
Na początku powstania, rozpasanie żołdactwa przeraziło nawet wielkiego księcia Konstantego. Ale była to niewinna igraszka w porównaniu do bestialskich czynów, jakich dopuszczali się żołnierze rosyjscy na rozkaz namiestnika Berga. Zdarzało się, że niektórzy oficerowie rosyjscy, próbowali zapobiec gwałtom, lecz wówczas furia sołdatów zwracała się przeciwko nim i dochodziło nawet do samosądów. W sercach obu walczących stron, rozpalała się coraz straszniejsza nienawiść, zawziętość i chęć zemsty.
 W nękanym represjami kraju, ziemia świętokrzyska była obszarem, gdzie okrągła pieczęć Rządu Narodowego znaczyła więcej, niż wszystkie rosyjskie glejty, paszporty i setki rubli nagrody. Posiadacz takiej pieczęci otrzymywał od nieznanych sobie ludzi najlepsze konie, spore kwoty pieniędzy, najlepszych przewodników i korzystał z opieki wielu pozornie obcych ludzi. Istnienie owej podziemnej, lecz legalnej Rzeczypospolitej, pierwszego od trzydziestu lat rządu polskiego, było faktem doniosłym i wykraczało daleko poza okres samego powstania.

Kawaleria powstańcza.
Dyktator Traugutt zlikwidował nieokreślone pojęcie"partii" wprowadzając, jak w regularnej armii, podział na dywizje, pułki, bataliony. Wojsko dowodzone przez generała Bosaka, miało się stać Korpusem Drugim. W pierwszych dniach grudnia 1863 roku, generał dysponował mniej więcej czterema tysiącami piechoty i pięciu setkami jazdy. Od początku powstania nie było na ziemiach polskich tak zorganizowanej armii. Dla powstańców nie było alternatywy: odrzuciwszy propozycję amnestii, musieli bić się do końca lub zginąć. Walczyli więc z determinacją, atakowali i uciekali, zdumiewając nieprzyjaciela niesłuchaną szybkością, z jaką potrafili się przemieszczać. Była to swoista zabawa w "kotka i w myszkę", lub lepiej w "chowanego", z tym tylko, że "zaklepani", nie odchodzili na bok, lecz padali na ziemię martwi. Czasami powstańcy przez dłuższy czas nie pokazywali się w jakimś miejscu. A kiedy uspokojeni Rosjanie poczuli się zbyt pewnie, nocą jak spod ziemi wypadały zbrojne oddziały i z okrzykiem: "Niech żyje Polska!" siały popłoch i śmierć. Dwa słowiańskie narody, tak bliskie sobie pochodzeniem etnicznym, językiem i obyczajami, z winy panującego, mordowały się wzajemnie, święcie przekonane o swoich racjach.
Pewnego dnia przywieziono do Makowa dwóch ciężko rannych. Młodego powstańca i młodziutkiego rosyjskiego kadeta. Obaj byli w takim stanie, że doktor Setkowicz bezsilnie rozłożył ręce. Nina widziała, jak obaj umierali, wpół przytomni, dręczeni straszną gorączką. W całym lamusie rozlegały się ich gorączkowe jęki. Kiedy jeden wołał:- Mamusiu!, drugi jęczał:- Matuszka! Potem: "Jezu!" i "Hospody Boże!" Po kilku godzinach męki obaj zmarli i pochowano ich w jednym grobie, w najdalszym krańcu parku. Nina zebrała pozostałe po nich papiery i kazała kurierowi odesłać je rodzinom, tej w kraju i w Rosji.
Grottger. Pojednanie.
 Gospodarze w Makowie, mający synów i braci walczących w powstaniu, byli Rosjanom wrodzy. Za to chłopi w Sarnikach, zupełnie im się zaprzedali. Nie ponaglani, z własnej woli, utworzyli we wsi milicję, śledząc każdego, kto się tam pojawił. Nie wahali się nawet dokonywać samosądów na ludziach podejrzanych o sprzyjanie powstaniu. W sarnickich chatach stacjonował duży oddział dragonów, patrolując teren. To niebezpieczne sąsiedztwo spędzało INinie sen z powiek. Bliskość nieprzyjaciela, stwarzała dla lazaretu realne zagrożenie. Na skutki zażyłości chłopów z sołdatami, nie trzeba było długo czekać.
Pewnego dnia wójt przyniósł Ninie bolesną wiadomość. Stary Gulak, ongiś żołnierz napoleoński i powstaniec z 1831 roku, który walczył razem z ojcem i bratem wuja Ksawerego, ranny w bitwie pod Ostrołęką, został wydany przez sąsiada i powieszony, a jego dom spalono. Słuchając o jego męczeńskiej śmierci, wszystkie kobiety płakały. Przed egzekucją przepędzono starego żołnierza przez szereg sołdatów z pałkami w dłoniach. Po biciu, okrutnie zmasakrowane ciało starca, powieszono w stodole na belce. Przy jego egzekucji obecni byli sołtys z Sarnik i kilku gospodarzy, którzy pomagali jeszcze bić konającego staruszka i przywłaszczyli sobie jego dobytek.
Nina uznała, że chłopi z Sarnik stali się dla Makowa śmiertelnie niebezpieczni, bowiem znając mieszkańców sąsiednich wsi i dworów, mogli bezkarnie na nich donosić, mając oparcie w kwaterujących we wsi dragonach. Przebąkiwano, że wkrótce przybędą tam również kozacy. Na plebanii, gdzie jeszcze tak niedawno stary proboszcz codziennie modlił się za ojczyznę, teraz nowy wikary gościł rosyjskich oficerów i wydawał na ich część przyjęcia z muzyką, ściągając na rozpustę wiejskie dziewczęta. Zgorszonym parafianom oświadczył cynicznie, że postępuję zgodnie z apelem papieża, surowo potępiającego bunt Polaków przeciwko prawowitemu władcy!
Nina przestała bywać w kościele sarnickim na nabożeństwach. Obawiała się tam pokazywać, aby nie kusić losu. Nie odwiedzała nawet krypty Borutyńskich i grobu proboszcza, którego zwłoki spoczęły w nowym marmurowym grobowcu. Nadkładając drogi, jechała na mszę do Tarczka, do Świętej Katarzyny, lub do Świętomarza, gdzie był piękny kościół z XIV wieku. Ludzie zaczęli omijać Sarniki, brzydząc się przyjmować Komunię z rąk rozpustnika i zdrajcy.
 Niemal codziennie witały Ninę złe wiadomości. Strapiony pan Marcinkiewicz doniósł jej, że w sandomierskich majątkach pani wojewodziny, kwateruje wojsko rosyjskie. Stary rządca był przekonany, iż jest to sprawka Starewicza. Nina i tak już dawno postawiła krzyżyk na spadku po wojewodzinie, więc nie przejęła się za bardzo tą wiadomością. Mogła sobie tylko pogratulować, że jesienią zdążyła zabrać stamtąd zbiory i bydło. Część z tego rozdzieliła pomiędzy makowskich gospodarzy i osiedleńców z Pliszkowej Górki, ale lwią część zatrzymała dla siebie. Drżała na myśl, że każdej chwili Maków może być zajęty przez wojsko. Wtedy rannych czekała śmierć na powrozie, a ją i resztę domowników Sybir. Wobec groźby denuncjacji, należało jak najśpieszniej przenieść szpitalik w jakieś inne, możliwie bezpieczne miejsce. Pewnego dnia, wezwała do siebie z rana pana Bochniaka i Setkowicza. Rządca stękając, umieścił pękatą figurę w fotelu, patrząc pytająco na młodą dziedziczkę. Kiedy wszedł Setkowicz, lekko skinęła mu głową i poprosiła, by usiadł.
- Mam nadzieję, że panowie zdajecie sobie sprawę, jak niesłychanie niebezpieczne jest dla nas sąsiedztwo Sarnik. - odezwała się stanowczym tonem.- Tam wszyscy chłopi są na usługach Moskali i wiedzą o nas o wiele za dużo. Każdej chwili możemy spodziewać się najazdu i rewizji. Lazaret jest zagrożony, Zameczek również.
- Święta prawda. - potwierdził pan Bochniak. - Łaska boska, że do tej pory jakoś omijały nas główne kolumny, ale trudno przewidzieć, co będzie dalej.
Nina pomyślała, że rzeczywiście Maków jak dotąd uniknął najazdów, jakby chroniła go czyjaś przemożna opieka. Jednakże nie wolno im było liczyć na cud i sądzić, że taka sytuacja utrzyma się do końca powstania. Nie wierzyła, że to sama Opatrzność opiekuje się Makowem, bo dokoła płonęły kościoły, księża byli mordowani i niszczały wspaniałe zabytkowe budowle. Poczuła zimny dreszcz wyobrażając sobie, że to może carskie władze chroniły pałac dla swoich celów. Nie! Prędko odrzuciła tę okropną myśl i zaczęła się głośno zastanawiać, gdzie należałoby przenieść lazaret. Wspólnie rozważali każdą propozycję i przyjrzawszy się jej bliżej, zgodnie ją odrzucali. Na koniec, pan Bochniak doszedł do wniosku, że najlepszym schronieniem dla lazaretu byłby sam pałac. Nina już dawno rozmyślała nad taka ewentualnością i nawet skłonna była wyrazić na to zgodę, ponieważ lepszego miejsca nie było.
- Mam obowiązek ostrzec panią, że w razie odkrycia w tym domu lazaretu, pałac będzie zniszczony, a my zostaniemy zamordowani. - oznajmił Setkowicz, sztucznie obojętnym głosem.
Nina pobladła i nerwowo zatarła dłonie.
- Zdaję sobie z tego sprawę! Zresztą gdziekolwiek ten lazaret odkryją, czeka nas zguba. Ale innego wyjścia nie ma. Ranni nie mogą pozostać w lamusie.
- Słusznie, ale gdzie pani hrabina zamierza ich umieścić?- zagadnął pan Bochniak. Podobnie jak Nina, był zakochany w pałacu i pragnął go chronić.
- Niestety, nie wiem gdzie. - westchnęła. - Trzeba będzie zająć kilka sal w północnym skrzydle. Ale co zrobić, gdyby nagle wpadło wojsko z rewizją? Aha, panie Setkowicz, musimy sprowadzić tych rannych z Zameczku, bo jeżdżąc tam codziennie, może pan zwrócić uwagę jakiegoś szpicla.
- Zgoda, ale z tym musimy poczekać, aż mrozy nieco zelżeją, bo przy tak niskiej temperaturze nie podejmuję się ich przewozić. Nie zgadzam się również na umieszczenie lazaretu w parterowych salach. Moskale odkryją go w mgnieniu oka.
- To gdzie mam ich podziać? Na strychu? - zirytowała się Nina.
- To byłoby nawet niezłe rozwiązanie, ale teraz tam zimno i za wysoko. - stwierdził doktor z cieniem uśmiechu. - W lochach byliby bezpieczni, ale tam znowu brak powietrza.
- To może w oficynie? - podsunął rządca.
- Nie. Oficyna jest na widoku. - sprzeciwiła się Nina. - Chyba będziemy zmuszeni zbudować jakąś skrytkę w starej części domu.
Przy bocznym stoliczku krzątał się Walenty, nalewając do kieliszków wino. Nie wypadało mu się odzywać, kiedy go nie pytano, lecz na wszelki wypadek kilka razy głośno chrząknął. Nina odwróciła głowę i spojrzała na niego pytająco.
- Może ja mógłbym pomóc, proszę jaśnie pani hrabiny. - szepnął.
- Prosimy, niech Walenty coś nam poradzi.- zachęciła go uśmiechem wiedząc, że staruszek, jak nikt, zna pałac i jego sekrety.
- Dom, proszę jaśnie pani, składa się z dwóch części: starej i nowszej. - oznajmił. - Kiedy na fundamentach starego zamku stawiano pałac, a potem go przebudowywano, jaśnie pan kasztelan, Panie świeć nad jego duszą, polecił budowniczemu zachować w starej części domu kilka sekretnych pokoi.
- Coś podobnego! - wykrzyknęła Nina, zdumiona i podekscytowana tą wiadomością. - A dlaczego ja nic o tym nie wiem?
- Bo tam już nie ma żadnego sekretu. Do tych pokoi wchodzi się z korytarza łączącego obie połowy domu. - wyjaśnił kamerdyner. - Ale tajne przejście jeszcze tam jest.
Nina aż zaróżowiła się z podniecenia. Uwielbiała historie o tajemnych skrytkach, opisywanych w powieściach. Zresztą niemal każdy stary dom, miał swoje sekrety pilnie strzeżone przez domowników.
- Ależ to rewelacja! A gdzie jest to tajne przejście?- dopytywała się, zdecydowana natychmiast działać.
- Nie wiem. Nigdy tam nie wchodziłem.
Twarz Niny wydłużyła się pod wpływem doznanego zawodu.
- O, jaka szkoda. Więc dalej nic nie wiemy.
- Ale w naszej bibliotece jest taka książka, w której sam jaśnie pan kasztelan opisał tę skrytkę. - dorzucił Walenty flegmatycznie.
- Doprawdy? - ożywiła się Nina. - A jaka to książka?
- Ta, w której są opisane wszystkie cenne rzeczy znajdujące się w domu.
- Katalog! - ucieszona, klasnęła w ręce.
Zerwała się z szumem szerokich spódnic i narzuciła na ramiona ciepły szal.
- Poczekajcie tu na mnie panowie, zaraz wracam.
 Popędziła do biblioteki i otworzywszy dębową szafę, wydobyła z niej dużą księgę, oprawioną w pozłacaną skórę. Tyle razy miała ją w rękach, ale jakoś nigdy nie zwróciła uwagi na odręczne adnotacje dotyczące budowy domu. Mówiąc nawiasem, kasztelan skrobał jak kura pazurem, i trudno było odczytać te hieroglify. Boże, pamiętała o najdrobniejszym sprzęcie znajdującym się w katalogu, a przegapiła tak ważną informację. Zabrała z sobą książkę i wróciła do buduaru, zacierając zziębnięte ręce. 
Pochylili się nad katalogiem, starając się rozszyfrować bazgroły kasztelana. Jego notatka rzeczywiście wspominała o sekretnym przejściu wiodącym do starej części pałacu. Wejście do niego prowadziło z biblioteki. Wiek XVIII lubował się w budowaniu ukrytych komnat, tajemnych korytarzy i sal podziemnych, skrywających niekiedy bardzo ponure tajemnice. Był to przecież wiek markiza de Sade, oraz powstających, jak grzyby po deszczu, lóż masońskich. Zapewne i w Makowie istniała jakaś tajemnica, którą kasztelan pragnął ukryć. Według jego notatki, w głowie lwa wyrzeźbionego przy podstawie jednej z szaf bibliotecznych, znajdowała się sprężyna odsłaniająca tajne przejście.
 Poszli więc do biblioteki i zaczęli się zastanawiać, którą szafę kasztelan miał na myśli. Szaf było wiele i każda z nich miała przy podstawie głowę lwa. Dotykali więc kolejno każdej rzeźby, denerwując się, kiedy nic się nie działo. Być może mechanizm już zardzewiał i nigdy nie wejdą do sekretnego przejścia. Setkowicz był cierpliwy i nisko pochylony, nie zniechęcając się, przekręcił głowę lwa przy środkowej szafie. Naraz coś zgrzytnęło, cała szafa obróciła się dokoła swej osi, odsłaniając mroczny korytarzyk. Nina wydała okrzyk tryumfu, a Walenty pośpiesznie zapalił w świeczniku cztery świece i weszli.
Znaleźli się w niewielkiej, wytwornej alkowie bez okien, ze ścianami wybitymi jedwabiem, o barwie kości słoniowej, przetykanym złotymi nitkami. W przymocowanych do ścian pozłacanych kandelabrach, tkwiły jeszcze całe świece, pożółkłe już ze starości.. Kiedy Walenty je zapalił, poczęły wydzielać delikatny, zmysłowy zapach piżma. Obicia ścian zrudziały ze starości, podobnie jak i pozłacane listwy, podtrzymujące je pod sufitem. W alkowie stała tylko mała kozetka obita kwiecistym jedwabiem, okrągły stolik i rokokowe krzesło.
Nina była zdania, że jest to miejsce dla pokojówki, czuwającej nad snem swej pani. Szczególną uwagę zwracał portret młodej, pulchnej kobiety, uczesanej w długie loki pokryte białym pudrem. Z bezwstydną chełpliwością ukazywała duże białe piersi, ze sterczącymi sutkami. Pomimo wykwintnego negliżu, jaki miała na sobie, z pewnością nie była damą.

Prócz portretu, na ścianach wisiały rzędem ryciny o bardzo nieprzyzwoitej treści, w jakich kochał się wiek osiemnasty. Walenty rzuciwszy na nie okiem, splunął nieznacznie, Setkowicz wyraził opinię, że obrazy przedstawiają wyrafinowaną pornografię. Nina walcząc z ciekawością, odwróciła głowę i poczerwieniała. Alkowa kończyła się małymi drzwiczkami, prowadzącymi do obszernej kobiecej sypialni, urządzonej z przepychem minionego wieku. Ten pokój Nina znała, bo zwiedzając pałac wchodziła do niego z korytarza. Z sypialni do tajemnej alkowy prowadziły drzwi, tak świetnie zamaskowane w obiciu, że nigdy by się nie domyśliła, co kryją. Za sypialnią znajdowało się jeszcze kilka pokoi położonych w amfiladzie.
- Ja czegoś nie rozumiem.- odezwała się, rozglądając dokoła. - Dlaczego kasztelan zrobił tajne przejście, kiedy do pokoju można wejść z korytarza?
- Bo wtedy korytarz zamurowany był u wylotu do sieni. - wyjaśnił kamerdyner. - Do tych sal można było wejść tylko przez alkowę.
- Rozumiem! - mruknęła. Ta tajemnicza alkowa i kobieca sypialnia bardzo ją zaintrygowały. - Czy Walenty wie, kto tu mieszkał?
Kamerdyner zerknął na pana Bochniaka i doktora, jakby chciał dać jej do zrozumienia, że przy obcych ludziach nie wypada wyjawiać rodzinnych sekretów.
- Nie wiem.- powiedział stanowczo. - Podobno taka jedna, nic dobrego....- zamilkł i nie udało się od niego nic więcej wyciągnąć.
Ale Nina już się domyśliła, kim była tajemnicza mieszkanka tego wykwintnego gniazdka. Przez alkowę i bibliotekę, te pokoje łączyły się z prywatnymi apartamentami kasztelana. Starszy pan, po śmierci młodziutkiej żony zmarłej w drugim połogu, nigdy się już nie ożenił, uchodząc za zbolałego wdowca. Mimo, że liczył ponad pół wieku, wiele matek gotowych było oddać mu córkę za żonę. Ale kasztelan był cynicznym, rozpustnym mężczyzną i lubił wolność. Żona urodziła mu dwóch synów i nie musiał się już troszczyć o potomstwo. Zdecydowanie oparł się wszelkim planom matrymonialnym, pozostając do końca życia wdowcem.
Jego tajemnica wyszła na jaw, po przeszło stu latach. Nie wiadomo, kim była jego kochanka. Czy przeżyła swego utytułowanego amanta? A może kasztelan raczył znudzić się nią i postanowił pozbyć się kompromitującej go osoby? Czy było tych kobiet więcej? Nina pomyślała z żalem, że tego się już nigdy nie dowie. Ale w tej sytuacji, to nie było takie ważne.
- Dziękuję, kochanemu Walentemu. - zwróciła się do staruszka z wdzięcznością.- Walenty jest prawdziwą podporą Makowa.
- Zaraz. - wtrącił Setkowicz. - Jeżeli dobrze zrozumiałem, wystarczy zamurować wejście z sieni do korytarza, a wtedy można będzie wejść do tych sal tylko przez alkowę?
- Właśnie tak. - potwierdził kamerdyner.
- Ale okna! - zawołał pan Bochniak. - Co zrobimy z oknami?
- No, okien nie zamurujemy. Ale można zabić je od środka deskami i zasłonić kotarami, żeby światło nie zdradzało, że ktoś tu przebywa. Okna wychodzą na ogród, więc zerwiemy trochę bluszczu z muru i zamaskujemy nim okna. - zdecydowała Nina.
Z właściwą sobie energią zabrała się do roboty. Jeszcze tego samego dnia, pałacowy murarz starannie zamurował łuk wiodący z sieni do korytarza. Na świeżo otynkowanej ścianie, zawieszono wielki gobelin, trochę portretów i starej broni. Pokoje kochanki kasztelana uprzątnięto ze zbędnych mebli, wstawiając tam łóżka i drewniane prycze. Na szczęście sale nie posiadały kominków, lecz solidne porcelanowe piece. Zabite deskami okna, dodatkowo zasłonięto grubymi kotarami, a pokoje dobrze ogrzano. Należało zaczekać, aż temperatura nieco się podniesie i wówczas przenieść lazaret do pałacu.
W pierwszych dniach grudnia, generał Bosak postanowił przeprowadzić inspekcję województwa krakowskiego, aby ponownie rozniecić tam przygasającą już walkę zbrojną i tchnąć ducha w wątpiących. Pozostawiwszy piechotę w bezpiecznych borach cisowskich, wybrał się w drogę z samą tylko kawalerią. Manewr ten miał jeszcze na celu, wyprowadzenie wojska Czengierego z terenu Gór Świętokrzyskich, chroniąc w tej sposób powstańczą piechotę.
Ścierając się z dragonami i kozakami pod Strojnowem, powstańcy ciągnęli na Chmielnik, Pińczów, Jędrzejów, w kierunku Szczekocin. Szli ziemiami przesiąkniętymi krwią jej mieszkańców, pełnymi pamiątek po dawnej, świetnej przeszłości. Niby orszak mar powstałych z mogił, ukazywali się niespodzianie przerażonym i zdumionym wieśniakom. Na widok świetnego hufca jazdy, z biało-amarantowymi proporczykami na lancach, wyłaniającego się ze śnieżnej zadymki, chłopi żegnali się znakiem krzyża przekonani, że to jakieś gorączkowe widziadło. Ale wielki urok osobisty generała sprawiał, że gospodarze dotąd niechętni powstaniu, stawali się jego wiernymi sprzymierzeńcami, udzielając żołnierzom schronienia, żywiąc ich i ostrzegając przed nadciągającym nieprzyjacielem.
Do obozu Bosaka ciągnęli mieszczanie i chłopi, z garnkami i zawiniątkami, aby wedle możności obdarzyć czymś to Polskie Wojsko, widziane po raz pierwszy, od z górą trzydziestu lat. Ruchliwość Bosaka osiągnęła swój cel, bo Czengiery z całą swą armią opuścił świętokrzyskie i postępował za powstańczą kawalerią, pozostawiając piechotę w spokoju. W Szprowie Rosjanie zgromadzili znaczne siły i Bosak ruszył ku miastu z całą kawalerią, zamierzając zaskoczyć wroga. Pułkownik Własow, przekonany o własnej sile, nie zamierzał dzielić się zwycięstwem nad buntownikami i nie czekając na posiłki, natarł na powstańców atakiem dragonów, wspierając swą jazdę ogniem piechoty. Wtedy kawaleria polska ruszyła do szarży pod dowództwem pułkownika Jana Markowskiego, byłego majora armii carskiej, przyszłego męczennika i bohatera. Rozpędziwszy konie, powstańcy prawdziwie szaleńczym atakiem roznieśli na szablach dragonów i zagrozili rosyjskiej piechocie. Atak polskiej kawalerii, przypominał szarżę pod Salichą na Wołyniu, dowodzoną przez generała Różyckiego2. Do całkowitego zwycięstwa zabrakło, jak zwykle, czasu, bo zwiadowcy ostrzegli generała, że od strony Żarnowca nadciągają nieprzyjacielowi posiłki.
 W szeregach polskich zagrały trąbki, wzywając do odwrotu. Cała kawaleria cofnęła się w stronę Słupi, a podążający za nią chyłkiem kozacy, naraz dostali się w dwa ognie i byli zmuszeni do ucieczki, tracąc wielu zabitych. Pułkownik Własow wzmocniony nowymi siłami, rozpoczął pościg, zamierzając zniszczyć polską jazdę. Ale generał Bosak nie przyjmował bitwy, lecz wycofywał się ku borom cisowskim, zamierzając chytrze zwabić przeciwnika w pułapkę. Dowódcy rosyjscy, zdezorientowani i niemile zaskoczeni skutecznością działań kawalerii polskiej, postanowili za wszelką cenę zniszczyć ją i nareszcie dopaść Bosaka, za którego głowę, sam car naznaczył wysoką nagrodę.
Traktami, drogami i bezdrożami, ponownie pomaszerowały kolumny wojska, wspomagane przez sotnie kozackie i baterie armat, zwalczając po drodze mniejsze oddziałki partyzanckie. Szły w śnieżnej zadymce, trzaskającym mrozie i na terenie Gór Świętokrzyskich znowu rozgorzały walki, zapłonęły wsie i dwory. Wszędzie rozgrywały się większe lub mniejsze potyczki. Major Rębajło atakiem na bagnety odparł nieprzyjaciela ze wsi Turów, i szedł śpiesznie na Mierzwin, witany po drodze entuzjastycznie przez patriotyczną ludność. W miastach powstańcy zrzucali znienawidzone dwugłowe orły carskie, umieszczając polskie godła narodowe. Pełną radości i nadziei atmosferę, zniweczyła nagła wiadomość, że pułkownik Chmieleński, szef sztabu Bosaka, zarządza natychmiastową koncentrację wszystkich polskich oddziałów.
Zanosiło się na decydującą bitwę.
                                         -------------------------------------------
W Makowie witano nowiny o sukcesach militarnych Bosaka z zapałem, nawet ciężko ranni pełni byli entuzjazmu. Nina codziennie jeździła palcem po mapie śledząc drogę, jaką przebywał mąż i błagając Boga, przy wieczornej modlitwie, aby raczył go osłaniać przed kulami i ciosami szabel. Tadeusz na bieżąco informował ją, co się dzieje w terenie. Na razie jej największą troską był oddział dragonów kwaterujących w Sarnikach. Obawiała się, że każdej chwili mogą złożyć w Makowie niezapowiedzianą wizytę. Wobec takiego zagrożenia, nie można było zwlekać z przenosinami lazaretu. Pewnego dnia wszystko było przygotowane do przeprowadzki. Z całego domu zniesiono pierzyny, kołdry, koce, futra, kożuchy, nawet dywany i kilimy, mające służyć do okrycia rannych. Przenosiny trwały dosyć długo, bo nie wszyscy mogli się poruszać o własnych siłach, a dźwiganie noszy przy silnym mrozie było prawdziwą męczarnią.
 Kiedy ostatni ranny znalazł się w nowym lazarecie, wszyscy odetchnęli, nawet Setkowicz poweselał.

Ale następnego dnia rano, przyjechał z Zameczku chłopak na podjezdku, wysłany przez Grabiszynę. Stara kobieta donosiła, że o świcie wpadli na folwark dragoni. Na szczęście nie weszli do dworku, zadowalając się zabraniem prosiaka i kilku kur, ale Grabiszyna była przekonana, że coś podejrzewali i z pewnością powrócą w większym gronie. Dragonów było tylko trzech i rozglądali się bacznie po całym folwarku, wypytując służbę o polskich bandytów. Od dokładniejszej penetracji dworku, powstrzymały ich złowrogie spojrzenia gospodarzy. Wobec zaistniałego zagrożenia, nie można było dłużej czekać z przewiezieniem do Makowa, leżących w dworku powstańców.
Setkowicz dowiedziawszy się o wizycie dragonów, zdecydował się przetransportować ich jeszcze tego wieczora. Maciek postanowił, że pojedzie z doktorem. Nina zgodziła się zadowolona, że Setkowicz będzie miał przy sobie znakomitego stangreta, dobrego strzelca i bystrego pomocnika, umiejącego radzić sobie w trudnej sytuacji. Stach był już za stary na takie wyprawy. Ostatnio Maciek niezmordowanie krążył pomiędzy Makowem, Brzezińcem, Porajami i leśnym obozem, rozwożąc żywność, broń i rozkazy. Poprzedniego dnia, zawiózł do leśnego obozu siano, słoninę i kaszę. Korzystając z okazji, Nina dała mu bilecik do Barycza, prosząc go o spotkanie. Porucznik wyznaczył miejsce schadzki w niewielkim lasku, w pobliżu Grabkowa.
Zamierzała wybrać się tam sama, ale Maciek nawet słyszeć o tym nie chciał. Przypomniał, że sam pan pułkownik wyznaczył go jej opiekunem, więc się od niego nie odczepi. Wybrali się w drogę jeszcze przed południem, bo grudniowy dzień był krótki. Wiatru nie było, ale mróz był ostry i zewsząd ciągnął lodowaty chłód. Sponad porannych mgieł, wynurzyło się słońce, blade i bezpromienne. Przy głębokim oddechu, powietrze aż kłuło w płucach.
Nina ubrała spodnie ze skóry jelonka i puszysty lisi kożuszek, podbity jeszcze w środku barankiem, z futrzanym kapturem. Na nogi wciągnęła wysokie buty wyłożone futrem, a za pas wsunęła nabity rewolwer. Sama osiodłała Mignon, dając jej pod siodło ciepły czaprak i owijając nogi w pęcinach opaskami, aby uchronić klacz przed poranieniem na ostrych krawędziach zlodowaciałego śniegu. Mignon nie miała ochoty wychodzić z ciepłej stajni na mróz i wyraźnie okazywała swoje niezadowolenie, stulając uszy, rżąc i zamierzając bronić się kopnięciem. Kątem oka Nina dostrzegła jej lekko podkurczoną tylną nogę i na wszelki wypadek trzepnęła ulubienicę mocno po kłębie.
- Chcesz kopnąć swoją panią? Nie podoba ci się spacer? No, tylko spróbuj mnie kopnąć! Ja też to potrafię i jak cię kopnę, to w jednej chwili znajdziesz się za drzwiami! - zagroziła.
Maciek, będący świadkiem tej przemowy, aż przysiadł na schodach ze śmiechu.
- No, czego rechoczesz, jak ropucha w stawku? - warknęła ze złością.
- Oj, bo ja bardzo chciałbym widzieć, jak się jaśnie pani z koniem kopie! - chłopak chichotał głośno, nie przejmując się jej groźną miną.
- Phi! Jaki mądrala. Jedziemy! - ponagliła surowo, spojrzała na niego i parsknęła śmiechem. Wyprowadziwszy klacz ze stajni, lekko wskoczyła na siodło. Skarcona Mignon już bez grymasów, gotowa była do drogi.
Maciek osiodłał bułanego ogiera, którego sam ujeździł. Miał na sobie barani kożuch, ściągnięty w talii pasem i poruszał się w nim ociężale, lecz gdy dosiadł konia zaraz nabrał właściwego sobie animuszu. Pod kożuszkiem miał zatknięty za pas rewolwer. Cmoknęli na wierzchowce i pojechali w stronę bocznej furty. Z daleka dostrzegli Setkowicza, idącego na skróty ze wsi. Stanął jak wryty na widok Niny jadącej konno i wpatrywał się w nią z widocznym niepokojem.
 - A gdzie to szanowna pani hrabina wybiera się w taki mróz? - odezwał się pierwszy, ściągając czarne brwi.
- Musimy coś postanowić z sarnickimi wieśniakami. Są coraz bardziej niebezpieczni. Umówiłam się na spotkanie z Waciem. Niech on sam zdecyduje, co zrobić z dragonami, bo lazaret jest już bezpośrednio zagrożony.
- Co to za Wacio? - badał doktor, podchodząc bliżej i nie spuszczając z niej wzroku.
- Porucznik Barycz, mój przyjaciel z lat dziecinnych. Przecież pan go zna z leśnego obozu.
- Aha, już wiem. - mruknął. - Zastanawiam się...
- Co Wacio uczyni? Ja także.
- Nie. Zastanawiam się, ile czasu zajmie mi składanie pani kości. Temu bydlęciu źle z oczu patrzy.
Maciek wyszczerzył wszystkie zęby w szerokim uśmiechu. Nina z trudem utrzymała poważną minę.
- Doktorze, niech pan nie waży się nazywać mojej konisi bydlęciem! Ona jest słodka. To czystej krwi arabka.
- Dla mnie może być Chinka. Ja jestem warszawiak i nie rozróżniam konia od krowy. Ale głowę daję, że za chwilę trzeba będzie zbierać panią na szufelkę. - prorokował ponuro. Jak każdy mieszczuch bał się koni i wolał się do nich nie zbliżać.
W odpowiedzi, Nina roześmiała się serdecznie i poruszyła wodzami, ściskając kolanami boki klaczy. Mignon posłusznie stanęła dęba, wznosząc groźnie przednie nogi nad głową doktora. Lubiła się popisywać, więc już z własnej inicjatywy zarżała i z wdziękiem okręciła się na tylnych nogach, prezentując się w całej okazałości i zamiatając śnieg wspaniałym ogonem.
- No i jak? - Nina z dumą spojrzała na Setkowicza, klepiąc czule szyję ulubienicy.- Musi pan przyznać, że ona jest prześliczna, prawda?
Doktor cofnął się tak gwałtownie, że o mało nie wylądował w zaspie śnieżnej.
- Niech się pani wynosi! - wrzasnął. - Ja nie chcę być świadkiem, kiedy to głupie konisko pogruchocze pani kości.
- Ależ nie, i zaręczam, że już w południe wrócę cała i zdrowa. - zapewniła, rozbawiona jego tragiczną miną. - A swoją drogą, pan również powinien nauczyć się jazdy konnej. Maciuś da panu kilka lekcji, dobierzemy panu spokojnego wierzchowca i wkrótce będzie pan jeździł jak ułan!
- O, co to, to nie! - oświadczył doktor stanowczo. - Wolę już umrzeć własną śmiercią. - machnął ręką, jakby odpędzał natrętną muchę i potykając się na śniegu, brnął w stronę pałacu mrucząc pod nosem coś do siebie.
Maciek obejrzał się za nim z pobłażliwym lekceważeniem.
- Nasz doktór to dusza człowiek i letką ma rękę do noża. Ino byle czym się stracha. - zawyrokował. Wychowany przy koniach, nie potrafił zrozumieć obaw Setkowicza. - O, jaśnie panicz Borutyński, ten to siedział na koniu! Daj mu ta Panie Jezu Chryste, wiekuiste odpoczywanie. - westchnął, wznosząc oczy ku niebu.
Nina posmutniała. Było jej przykro, że ostatnio nie odwiedzała zmarłych. W milczeniu dojechali do furty i wydostawszy się na drogę, pomknęli przed siebie galopem. Mroźne tchnienie owiewało im twarze, a konie prędko pokryły się siwym nalotem szronu, osiadającego na ich ciemnej sierści. Z ust ludzi i pysków koni, buchały kłęby białej pary i rozwiewały się w powietrzu. Trzymając się brzegu Psarki skutej grubym lodem, posuwali się naprzód, omijając z dala osiedla ludzkie. Droga była bardzo uciążliwa i męcząca, bo konie po kolana zapadały w śnieżne zaspy i musieli jednak skręcić na wiejską drogę, przetartą przez chłopskie sanie. Bardzo ryzykowali, pokazując się na otwartej przestrzeni, bez osłony drzew, ale nie było na to rady. Dotarcie na miejsce spotkania zajęło im dalszą godzinę i Nina zaczęła się obawiać, że Barycz nie będzie już na nich czekał i odjedzie.

Z dala zaczerniał lasek, a gdy podjechali bliżej, Nina dostrzegła potężną postać Barycza, siedzącego na równie wielkim ogierze. Na powitanie pomachał im ręką i zeskoczywszy z konia, pomógł Ninie zejść z siodła. Była zmęczona i zziębnięta. Barycz uchylił brzeg jej futrzanej rękawicy i złożył na jej dłoni delikatny pocałunek.
- Witaj, kochanie, jak mogę ci pomóc? - spytał uprzejmie, nie spuszczając oczu z jej zarumienionej z zimna twarzy.
Nina zawsze budziła w jego sercu tkliwe uczucia. Kiedyś gotów był oświadczyć się o jej rękę, lecz będąc mężczyzną mało przedsiębiorczym, dodatkowo miał kompleks na tle swego ogromnego wzrostu. Wydawał się sobie brzydki i dopiero walka w partyzantce ujawniła cenne zalety jego charakteru: wielką odwagę i niewątpliwe cechy przywódcze. Nina również przypatrywała się mu z ciekawością, bo w trudnych warunkach życia na wolnym powietrzu, jeszcze zmężniał, a jego szare oczy, dawniej nieśmiało spuszczone, teraz patrzyły z wyrazem stanowczości, nie unikając jej wzroku. Spalona wichrami twarz, wydała się całkiem przystojna, bo bujny zarost łagodził zarys zbyt szerokich szczęk. Nie zwlekając, opowiedziała mu o dramatycznej sytuacji lazaretu, i o męczeńskiej śmierci starego Gulaka, wydanego Moskalom przez sąsiadów.
- Wiem o tym. - rzekł. - Jego syn schronił się u nas i już z nami pozostanie. Sądzę, że gospodarzom sarnickim przydałaby się lekcja wychowania obywatelskiego. Obiecuję ci, że im jej udzielę, ale obecnie nie dysponuję odpowiednią ilością ludzi, żeby rzucać się na dragonów. Pan pułkownik wziął z sobą rekrutów, a dwudziestu ludzi wysłałem, aby niepokoili kolumny moskiewskie i odciągali ich uwagę od naszych oddziałów. Dziś dowiedziałem się, że do Sarnik przybyli Dońcy.3...
Nina otworzyła usta i zrobiła się szara na twarzy z przerażenia.
- Jezu Chryste! Dońcy? I ty to mówisz tak spokojnie?
- Nie mogę z tego powodu zalewać się łzami. - na jego ustach pojawił się cień uśmiechu. - Oczywiście zdaję sobie sprawę, że sytuacja jest poważna i daję ci słowo honoru, że cały czas będę miał Sarniki na oku i w razie czego pośpieszę ci z pomocą.
- O ile zdążysz! Masz jakieś wiadomości o Bosaku?
- Tak. Jest gdzieś w pobliży Huty Szczeceńskiej. Ale jego oddziały ciągle się przemieszczają, bo idą na nich wielkie siły Moskali.
- Myślisz, że znowu zanosi się na bitwę? - spytała, patrząc na niego z niepokojem.
- Tego nie wiem. - oświadczył powściągliwie. - Ale nie martw się, bo Bosak umknie im spod pazurów. Maciek, zgarnij z tej dużej kłody śnieg, bo usiądziemy. Przemarzliście i musicie coś zjeść i napić się wódki na rozgrzewkę.
Z przytroczonej do siodła torby, wyjął kilka kromek chleba przełożonych wędzoną słoniną i butelkę wódki. Podzielił chleb na trzy części i zaczęli jeść, popijając skromny posiłek gorzałką. Nina zachowywała się jak mężczyźni, a kiedy wódka zapiekła ją w przełyku, chrząkała i spluwała niczym stary chłop w karczmie. Barycz wpatrywał się w nią z zachwytem i tęsknotą.
- Pewnie bardzo marzniecie w leśnym obozie, biedaczyska. - powiedziała ze współczuciem.
- Nie jest tak źle. Szałasy mamy dobrze ocieplone, a na polanie dzień i noc płoną ogniska. Dzięki tobie, Tadeuszowi i pannie Kazimierze, nie głodujemy. Jakoś się żyje.
Położyła rączkę na jego dużej, żylastej dłoni i lekko ją pogładziła. Od Setkowicza wiedziała, że zima daje się powstańcom we znaki. Wielu chorowało, lecz bronili się przed pójściem do lazaretu, służąc ofiarnie i bez skargi. To bezgraniczne oddanie sprawie, którą ona uważała za zbrodnię przeciwko narodowi, mimo woli budziło jej szacunek. Zamienili jeszcze z Baryczem kilka słów i zaczęli się żegnać, bo powstaniec wracał do obozu w jasny dzień, narażając się na spotkanie z kozakami.
- Maciek, strzeż pani. - powiedział, klepiąc chłopca po ramieniu. - Nino, w razie czego, niech Maciek dostarczy nam wiadomość od ciebie.
- Przecie ja wiem, panie poruczniku. - Maciek podszedł do koni i zdjął im z głów worki z obrokiem.
- Do widzenia, Waciu. - powiedziała Nina ciepło. - Cieszę się, żeśmy się spotkali. Może znalazłbyś chwilę czasu i wpadł do Makowa?
- Na razie to raczej niewykonalne. - westchnął i posłał Maćkowi wymowne spojrzenie. Chłopak bez słowa wsiadł na konia i ruszył przed siebie, niknąc pomiędzy drzewami.
Nina uświadomiła sobie, że od kilku minut oboje stoją, patrzą sobie w oczy i uśmiechają się do siebie. Barycz pochylił się ku niej i szepnął :
- Pocałuj, nim śmierć pocałuje. Lżej będzie umierać.
- Nie opowiadaj głupstw, Waciu! Jeszcze się taki Moskal nie urodził, który by ciebie pokonał. - zaśmiała się z przymusem, bo jego słowa przejęły ją dreszczem zabobonnej trwogi.
 Uniosła głowę i pozwoliła, żeby jego usta spoczęły na jej wargach. Zbliżył się i objął ją mocno, pogłębiając pocałunek. Nawet nie podejrzewała, że potrafił tak dobrze całować. Owinęła mu szyję ramionami i szczerze, z całego serca oddała mu pocałunek.
- Żegnaj, Nino. - powiedział cicho i podsadził ją na siodło, a potem sam dosiadł swego wierzchowca. Nagłym ruchem mocno klepnął klacz po kłębie. Mignon poderwała się i z miejsca poniosła galopem. Patrzył za nią długo, aż zniknęła w białym oparze mrozu. Dopiero wtedy ruszył przed siebie, dotykając palcami ust i z niedowierzaniem kręcąc głową.
1Kacper Kotkowski (1814-1866) - proboszcz z Ćmielowa, kanonik. Czynny w organizacji Czerwonych. W 1863 r. był komisarzem woj. sandomierskiego. Czynny na emigracji w Paryżu, zmarł w Antwerpii w nędzy i osamotnieniu.
2Szarża pod Salichą 26 maja 1863 r. 260 jeźdźców zaatakowało dwakroć liczniejszy czworobok piechoty rosyjskiej, rozbijając wroga.
3 Dońcy - kozacy mieszkający nad Donem. Słynęli z fanatycznego przywiązania do cara i szczególnej nienawiści do Polaków. W czasie powstania byli postrachem ludności cywilnej z powodu swego nieludzkiego okrucieństwa.