piątek, 23 września 2016

WIGILIA 1863 ROKU.


22 września 2016 r.
               Więc o śmiertelne prosim was koszule.
               O garść ołowiu i stali.
                I o krzyż, bracia! O serdeczne słowo
                Na naszą drogę grobową.
 Noc jasna była od śniegu i lśnienia gwiazd, ale sponad szczytów gór już wolno płynęły pojedyncze chmury, łącząc się i stopniowo przysłaniając niebo. Dźwięk janczarów niósł się daleko, zlewając się z dzwoneczkami innych sań. Z Makowa do Świętej Katarzyny, było prawie dziesięć wiorst, lecz Nina lubiła tam bywać, bo ksiądz był sympatyczny i znajomy proboszcza, a po mszy zawsze była przyjmowana przez matkę przełożoną i częstowana pyszną "przewrotną1" kawą i kremowymi napoleonkami. Pędzili w śnieżnej kurzawie, tylko drzewa uciekały w tył po bokach drogi. W mijanych wsiach, pomimo późnej godziny, w oknach chat paliły się światła, a gospodarze zaprzęgali konie do sanek, wybierając się do kościoła. Nina przytulona do boku przyjaciółki, widziała przed sobą wyprostowane plecy Stacha, odzianego w ogromny kożuch. Wprawdzie był już koniuszym, ale dowiedziawszy się, że pani jedzie do klasztoru, postanowił sam powozić końmi, kiedy zabrakło Maćka. Siedział nieruchomo, trzymając w wyciągniętych rękach naprężone lejce.

- Nie zimno, jaśnie paniom? - odezwał się, przez podniesiony kołnierz kożucha. - Tęgi mróz. Może dać drugie futro na nóżki?
- Dziękuję, ciepło nam. - Nina przysłoniła mufką usta. - Czy chłopcy dokarmiają ptaki i nasze sarny? Trzeba im pomagać, bo padną z zimna i głodu. Stach był wczoraj w leśnym obozie? Jakże im się wiedzie?
- Niezgorzej, Bóg zapłać za dobre słowo. Porządnie ogacili szałasy, ziemią podsypali i nawet tam ciepło, bo dzień i noc ogniska palą. - Stach odwrócił się nieco ku paniom, nie spuszczając oczu z drogi, baczny na każdy ruch koni i hamując lejcami ich nadmierny zapał do galopu. - Dziękowali też jaśnie pani za opiekę. Będą mieli wesołe święta, bo pan rządca przysłał im wódkę, a od jaśnie dziedzica z Brzezińca, dostali wędliny, pierogi i beczułkę barszczu, a od jaśnie panny z Porajów, ryby i ciasto. Nie głodują, nie.... Ale po wsiach, wielu pomarło tego roku, zwłaszcza starych i dzieci. Oj, takiej zimy to najstarsi nie pamiętają. Koło Świętej Katarzyny spotkałem jakiegoś starowinę. Szedł piechotą do krewniaków na wilię. Sam, w ciemną noc!
- Zabraliście go na sanie? - zaniepokoiła się nagle Nina. - Widział, co wieziecie?
- A niech Pan Bóg broni! Nie mógł widzieć, bo sanie były dobrze okryte sianem. Inom spytał dokąd idzie. Powiadał, że dobrzy ludzie podwieźli go od Wąchocka. Wielu teraz błąka się bez dachu nad głową. Jeszczem go ostrzegł, że w osiedlu moskiewska placówka stoi, bo lazł prosto na nią. Taki ci był zmarznięty, aż żal było patrzeć. A przeklinał Moskali, bo mu chałupę spalili. Gadał, że przystałby do naszych, ino nie wie, gdzie ich szukać.
Zdenerwowana Nina aż podskoczyła.
- Rany boskie! Nie wygadaliście się z czymś niepotrzebnie?
- Oho, możem ja stary, ale przeciem nie głupi! - zaśmiał się i zamilkł, bo dojeżdżali do Świętej Katarzyny.
Nad osadą, ze wszystkich stron wtuloną w Puszczę Jodłową, wznosił się ciemny i majestatyczny masyw Łysicy. Ponad szczytami drzew, ukazała się przysadzista wieża klasztorna, zwieńczona obłym hełmem. Sam klasztor był bardzo warowny i otaczały go stare mury obronne, wsparte na potężnych przyporach. Niegdyś mógł służyć jako schronienie, w czasie najazdów Litwinów i Krzyżaków. Sanie zatrzymały się przed renesansowym portalem i obie damy wysiadły, przeszły arkadowy dziedziniec i weszły do pełnego już ludzi kościoła. Przed wielkim ołtarzem zasiadała szlachta, a za stallami, w ławkach i pod chórem, kłębił się tłum chłopstwa w baranich kożuchach i barwnych chustach na głowach kobiet. Pomiędzy znajomymi, Nina dostrzegła słodką twarzyczkę Zosi, zaledwie widoczną spod kuniego kapturka. Obok siedzieli Wąsoccy, pragnąc ten szczególny wieczór spędzić w pobliżu Stasi. Przyjechała panna Kazimiera z Porajów, a nawet Dorota Biecka ze swoim wąsatym amantem.
Umieściwszy Mirę przy Siekielskich, Nina wdrapała się na chór i usiadła przy organach. Organista znał ją dobrze, bo często grała w czasie nabożeństw. Zakrzątnął się, zapalając kilka świeczek nad klawiaturą, sam stanął przy miechach. Odwróciła się i spojrzała w dół na zbity tłum, stojący ciasno, głowa przy głowie, od chóru aż do ołtarza. Z górskich wiosek zjechało chłopstwo, wierząc w cudowną moc patronki kościoła, której figurka stała na głównym ołtarzu. Podobno wyrzeźbiono ją w cedrowym drewnie i przywieziono aż z Cypru, czy nawet z Algieru. W rękach świętej Katarzyny migotało złote koło i miecz, symbole jej męczeńskiej śmierci.
W kościele było przeraźliwie zimno, pomimo to wszyscy mężczyźni stali z obnażonymi głowami. Rozległ się dzwonek i z zakrystii wyszedł ksiądz, ubrany w ornat narzucony na futro. Nina położyła dłonie na klawiszach i potężny głos organów, zagłuszył szmer ludzkich głosów. Kiedy ucichła muzyka, rozległ się szelest kobiecej sukni i w promieniu światła pojawiła się uśmiechnięta twarz Jadwigi. Pocałowała Ninę w policzek i stanęła obok niej, spoglądając w stronę ołtarza i czekając, aż ksiądz da jej znak, że może zacząć śpiewać.
- Nie wiesz, Nino, o której oni przyjadą? - odezwała się szeptem.
- Spodziewam się męża dopiero nad ranem. Cieszysz się, Jadziu?
- O tak! Nie mogę doczekać się Artura. Ostatnio rzadko pisał do mnie, dopiero teraz się odezwał, zapewniając mnie, że w bitwie nic mu się nie stało. No, powiedz sama, czy to nie wstyd, żebym nie mogła zaprosić na święta narzeczonego do domu i przedstawić go rodzicom?
- Istotnie, to bardzo przykre. Ale jak wiesz, pan Artur jest zawsze mile widziany w Makowie. Kazałam mu już przygotować pokój i spotkacie się, jak jutro rano przyjedziesz. - Nina urwała, bo ksiądz przy ołtarzu zaśpiewał mocnym głosem:
- Sicut in serat in principio, et nunc, et semper, et in seacula seaculorum. Amen. - modlitwom księdza wtórowały łagodnym pomrukiem organy. Po Ewangelii i kazaniu, ksiądz zaintonował:
                                              W żłobie leży, któż pobieży
                                              Kolędować Małemu.
Ogromny chór głosów podchwycił kolędę tak potężnie, że aż zadrżały stare mury świątyni. Pasterka była bardzo długa i Nina zaczęła się niecierpliwić, mając cichą nadzieję, że po powrocie do domu powitają ją ramiona męża. Dopadła ją ogromna, aż bolesna tęsknota za jego bliskością, dotykiem rąk, niskim ciepłym głosem, pieszczotą ust. Po jego odjeździe bez pożegnania, długim milczeniu i obawie, że on nigdy nie wybaczy jej rozpaczliwego kłamstwa, dziś nareszcie będą mogli nacieszyć się sobą i szczerze porozmawiać. A wzajemne przeprosiny z pewnością będą rozkoszne i gorące. Oczekiwała na tę chwilę z utęsknieniem. Przed wyjazdem z domu, poleciła solidnie ogrzać pokój Tomka i postawić tam świeże kwiaty. Dała służbie do zrozumienia, że od tej chwili, chłopiec ma być traktowany z szacunkiem należnym paniczowi! Wiedziała, że Aleks będzie jej za to bardzo wdzięczny.
Przymknęła powieki, przywołując w pamięci obraz męża. Wyobraziła go sobie tak plastycznie i realnie, jakby stał tuż obok niej. Przez jedno mgnienie oka wydało się jej, że naprawdę widzi jego wysoką postać, w szarej powstańczej kurcie i uległa złudzeniu, iż czuje na ustach jego mocny pocałunek. Zobaczyła wyraźnie jego twarz, bursztynowe oczy, patrzące na nią z miłością i uśmiech na wargach. Jasne włosy wymykały się mu spod konfederatki.
Westchnęła i odruchowo wyciągnęła do niego obie ręce, wymawiając szeptem jego imię. Ale obraz stawał się z każdą chwilą coraz bardziej mglisty od łez, spływających z oczu, a potem rozwiał się i zniknął, bo przecież istniał tylko w jej wyobraźni. Zatopiona w marzeniach, nie zwróciła uwagi, że ksiądz skończył modlitwę i obejrzał się zdumiony, nie słysząc organów. Podskoczyła nerwowo, gdy poczuła na ramieniu rękę Jadwigi.
- Co tobie, Nino? - spytała, poruszona dziwnym wyrazem twarzy przyjaciółki. - Wyglądasz blado!
Nina potrząsnęła głową i zamrugała powiekami, jakby budziła się z uroczego snu. Opanowała się i już do końca Pasterki nie pozwoliła sobie na roztargnienie. Pod koniec nabożeństwa, ksiądz spojrzał w stronę chóru i skinął głową. Nina zagrała przygrywkę, a Jadwiga zaczerpnąwszy pełną piersią powietrza, wysokim, ślicznym głosem zaśpiewała:
Bóg się rodzi moc truchleje, Pan niebiosów obnażony.
Organy akompaniowały śpiewaczce w majestatycznym tempie poloneza. Ta przepiękna kolęda, pełna patriotycznego patosu, z cudownymi natchnionymi słowami poety Franciszka Karpińskiego i muzyką, będącą podobno polonezem koronacyjnym króla Stefana Batorego, lub Władysława IV, stała się wkrótce najpopularniejszą kolędą polską. A kiedy Jadwiga z uniesieniem zaśpiewała: - Podnieś rękę Boże Dziecię, błogosław ojczyznę miłą,
to na tej Pasterce, odprawianej w kończącym się wkrótce roku zapału, krwi i łez, nadziei i straconych złudzeń, rozległ się w kościele taki płacz, taki krzyk o zmiłowanie, że nawet ksiądz przy ołtarzu zapłakał i rzuciwszy się na kolana, modlił się żarliwym szeptem.
Po nabożeństwie, obie panie zeszły z chóru witając się ze znajomymi i przyjmując świąteczne życzenia. Rozglądając się po kościele, Nina dostrzegła w wielkim oknie-loży, zakwefione twarze zakonnic. Pomiędzy nimi z pewnością była Stasia, obecnie nazywana siostrą Anną. Siekielscy długo nie wypuszczali Niny z objęć, a Zosia rozpłakała się ze wzruszenia.
- Siostrzyczko najmilsza! - szeptała, pokrywając jej twarz, a nawet ręce pocałunkami.- Niech ci Pan Jezus wynagrodzi twoje szczodre, wielkie serce. Proszę Boga, żeby te święta przyniosły ci wiele radości. Po prostu brak mi słów, aby podziękować ci za twój wspaniały dar.
Nina oddała jej uścisk.
- Pomódl się za panią wojewodzinę, trusiu. Ja też mam nadzieję, że te święta będą wspaniałe. Jutro oczekuję was na obiedzie. Będzie Jadzia, pan Artur, a Alek opowie nam o bitwie bodzechowskiej. Zostało jeszcze trochę szampana! - figlarnie zmrużyła oko.
- Kochanie, niczego nie obiecuję, bo Stefan choruje na gardło i obawiam się o niego.
- Zosiu, koniecznie przywieź małego, doktor Setkowicz go zbada. Będziesz spokojniejsza.
- Wesołych świąt, ślicznotko! - Tadeusz z szelmowską miną cmoknął ją w usta. - A bądź dla męża taka słodka, jak ty to potrafisz! - szepnął jej do ucha. - Z pewnością przyjedziemy, bo chcę się widzieć z panem pułkownikiem.
W drzwiach zakrystii ukazała się panna Lasewiczówna, żegnając się z księdzem i matką przełożoną.
- Życzę państwu zdrowych i spokojnych świąt. - powiedziała, składając im ukłon. - Ale w święta radzę pozostać w domu, bo właśnie ksiądz dobrodziej wspominał, że wieczorem przeszła tu duża kolumna wojska. Mieli nawet armatę i poszli w kierunku Dalewic. Widocznie Moskale knują coś niedobrego. Dobranoc państwu.
- Proszę chwilę zaczekać, pojedziemy razem! - zawołał za nią Tadeusz. Wyszedł razem z Niną i panną Lutówną i pomógł damom wsiąść do sań, okrywając je futrami.
- Do zobaczenia jutro w Makowie . - pomachał na pożegnanie ręką.
Stach trzasnął batem nad grzbietami koni. Ruszyli i przemknęli przez osadę, zanurzając się w ciemny bór. Sanie lekko ślizgały się po śniegu, a wypoczęte i nakarmione araby, pędziły dzwoniąc janczarami.
- Nareszcie! - westchnęła Nina, przytulając się do boku przyjaciółki. - A teraz Stachu, prędko do domu. Ależ mróz!.. - podciągnęła wyżej futro, okrywając się nim niemal z głową.
- Widziałaś, ile w kościele było kobiet w żałobie? - Mira wystawiła nos z okrycia. - Na szczęście nie było policji, bo posypałyby się grzywny.
- Ale z pewnością byli szpicle, mój słodki pyszczku, i doniosą komu trzeba. Boże, niedługo karnawał, jakbym ja się chciała trochę zabawić, potańczyć i pośmiać, ale nie wypada. Wolno się tylko smucić, jak w tym śmiesznym wierszyku:
                                               Orły lecą, gwiazdy świecą.
                                               Kraj w niewoli - ty daleko.
                                               A dokoła łzy!
Prychnęła ze złością, wtulając twarz w futra.
- A czy to prawda, proszę łaski jaśnie pani, co mówiła pani dziedziczka z Porajów, że Moskale gdzieś szli? - zapytał Stach.
- Podobno ku Dalewicom. A dlaczego Stach pyta?
- Bo jak karmiłem konie, to chłopi powiadali, że słyszeli strzelaninę, może i ku Dalewicom.
- Przecież dziś wigilia, pewnie to chłopcy strzelali z kapiszonów. - rzekła Nina. - Z Dalewic nie słyszelibyśmy strzałów.
- Ha, może to i chłopaki. - mruknął, wcale nie przekonany.
Wiele sań rozjeżdżało się spod kościoła z strzelaniem z batów, pohukiwaniem, a co młodsi gospodarze urządzali sobie wyścigi. Nie było wiatru i ciszę nocną zakłócały tylko parskania koni, dźwięk dzwonków, głosy ludzkie i skrzyp płóz sań po skrzepłym śniegu. Ale pod wpływem wielkiego mrozu, umilkły i te odgłosy, tylko gdzieś w mijanych wsiach, zawodząco wyły psy podrażnione ruchem na wiejskiej drodze. Stach cmoknął na konie i araby przyspieszyły biegu. Sanie sunęły gładko, a Stach mijał na skróty wielki bór, łączący pasmo gór Klonowskich z Łysogórami. Po jakimś czasie, wypadli na otwartą przestrzeń pozostawiając las za sobą.
- Kiedy ta zima się skończy? - westchnęła Nina. - Tak sobie dzisiaj w nocy myślałam, że w tym miejscu, gdzie pochowaliśmy tych biednych zmarłych powstańców, urządzę wiosną ogród kwiatowy. Na razie nie możemy im postawić krzyża, więc niech mają choć te kwiaty. Każę sobie przysłać cebulki i posadzimy setki tulipanów, żonkili i narcyzów. Taki kwietny dywan.- przymknęła powieki i zaczęła wyobrażać sobie, że zima już minęła i słońce świeci zupełnie po wiosennemu.
Stach zerknął do tyłu, stwierdzając z satysfakcją, że inne sanie pozostały daleko, nie mogąc dotrzymać kroku makowskim arabom. Tylko jedne sanki podążały za nimi uparcie, próbując ich dogonić.
- O, widzi mi się, że ścierwo weźmie batem!- oburzył się Stach, gotów siłą bronić pierwszeństwa.
- Komu to Stach tak się odgraża? - zaśmiała się Nina, znając jego dumę z najlepszych koni.
- Bo jakaś fujara ciągnie się za nami! Może myśli gamoń, że dotrzyma kroku naszym konikom? Hale, prędzej mu szkapy padną! Jak będę chciał, to pozwolę mu podjechać, ale nie prędko.
Nina także się obejrzała i dostrzegła w oddali duże sanie podążające za nimi.
- To nie są chłopskie sanie. Miruniu, zobacz, czy to nie ktoś znajomy.
Panna Lutówna, posiadająca wzrok dalekowidza, dłuższą chwilę wpatrywała się w sanie i zauważyła z pewnym zdziwieniem:
- Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że to sanie państwa Siekielskich.
- Co? Stachu, proszę się natychmiast zatrzymać! - rozkazała Nina, podnosząc się w saniach.
Teraz już zupełnie wyraźnie widzieli stangreta, wyprostowanego w sankach i smagającego nielitościwie konie batem. Kiedy zamilkły janczary, słychać było tętent pędzących w skok koni, a po chwili spieniony, chrapiący ze zmęczenia zaprzęg, otarł się o makowskie araby i stanął dysząc i głośno parskając. W stojącym w saniach człowieku, Nina poznała Tadeusza.
- Co ty wyprawiasz, Tadziu, nie żal ci koni? Wyścigi po nocy urządzasz? - wykrzyknęła zdumiona.
- Niech Stach prędko zdejmie janczary! - rozkazał, nie odpowiadając na jej pytanie .- Boże, myślałem, że was nie dogonię. Tchu, o tchu!
Stach zeskoczył z kozła i pośpiesznie odpiął z uprzęży dzwonki.
- A teraz bądźcie cicho i słuchajcie. - powiedział Tadeusz.
Początkowo nic nie słyszeli, bo dokoła panowała martwa cisza, tylko konie parskały, przestępując z nogi na nogę. Przez dłuższy czas nic nie mąciło spokoju zimowej nocy. Ale po jakimś czasie, do ich uszu dobiegły dalekie trzaski, krótsze i dłuższe. Kobiety spojrzały po sobie, a Tadeusz zagryzł wargi.
- Salwy!.... - mruknął pod nosem.
Wtem rozległo się głuche stęknięcie, jakby głos rozbudzonego ze snu lwa. Zmarznięta ziemia zadrżała im pod stopami.
- Jezusie Maryjo, biją z armat! - wyszeptał Stach i wymienił z Tadeuszem trwożne spojrzenia.
- Tak, to strzały armatnie. - powiedział Tadeusz, nie kryjąc zdenerwowania. - Pamiętacie, co mówiła panna Katarzyna? Gdzieś w pobliżu toczy się bitwa, na pewno nie w Dalewicach. Jak tylko upewniłem się, że strzelają, przesadziłem Zosię do sań panny Kazimiery, a sam pognałem za wami. Nie wiem, gdzie toczy się walka, ale lepiej żebyście o niej wiedziały.
- Pan sądzi... - zaczęła Mira i zamilkła, przerażona tym, co chciała powiedzieć.
- Ja nic nie sądzę! - szorstko oświadczył Tadeusz. - Widocznie Moskale natknęli się gdzieś na oddział powstańczy. Trzeba sprawdzić, czy w Makowie już o tym wiedzą.
Stojąca w saniach Nina ciężko opadła na siedzenie, obiema rękami chwytając się za głowę. Twarz miała szarą jak popiół i wyszczerzone zęby, jakby się śmiała. Ale w tym grymasie było coś tak strasznego, że Tadeusza przeszedł dreszcz.
- Kochanie. - odezwał się czule, siadając przy niej i mocno obejmując ją ramieniem. - Przecież wcale nie wiemy, czy to biją się nasi chłopcy. Na litość boską, uspokój się i nie wyobrażaj sobie najgorszego. Moskale pewnie spotkali przypadkowo jakichś powstańców i wywiązała się walka. Nino, oni nie pójdą na Łysą Polanę, bo potopią się w bagnach. Pan pułkownik pewnie już jest w domu i się niecierpliwi.
Nie czekając na jej rozkaz, Stach wskoczył na kozioł i wrzasnął na konie strasznym głosem, bijąc je batem. Araby poderwały się i poleciały przez pola, niemal unosząc sanie w powietrzu. Sanki Siekielskiego pozostały daleko za nimi, choć stangret wyciskał z koni resztkę sił.
Tadeusz, trzymając skuloną, zwiniętą w kłębek Ninę, czuł jak przez jej ciało przebiegają nerwowe dreszcze. Tuliła się do niego, wciskała się mu niemal pod pachę, bezwiednie szukając u niego pociechy. Świtała zaledwie zdążył otworzyć bramę wjazdową i sanie przeleciały przez nią, jak iskra po drucie, zatrzymując się przed pałacem. Nina odepchnąwszy Tadeusza i Mirę, pierwsza wyskoczyła z sań i wpadła do sieni, głośno wzywając służbę.
- Pan przyjechał? - zawołała jednym tchem, kiedy do sieni zajrzała Jaga i Walenty.
Czekając na ich odpowiedź, miała wrażenie, że serce stanęło jej w piersi, a potem zaczęło się tak tłuc, że w całym ciele czuła jego uderzenia. Była niemal pewna, że zaraz w drzwiach pojawi się wysoka postać męża. Tylko w jego ramionach mogłaby ukoić ten potworny lęk, jaki ją owładnął, odbierając niemal przytomność.
- Nie, ale oczekujemy pana z Wieczerzą. - odpowiedział kamerdyner, przypatrując się jej z narastającym niepokojem. - Czy coś się stało, proszę jaśnie pani?
Nina zbladła śmiertelnie, strzeliła oczami w prawo i w lewo, jak goniony zając i zaczęła się trząść. Jaga nie zdając sobie sprawy z grozy sytuacji, podeszła do niej i zsunęła jej kaptur z głowy. Kapał z niego topniejący szron, zamieniając się w wodę. Nina wyrwała się z jej rąk i zwróciła do wchodzącego za Mirą Tadeusza:
- Tadek! - krzyknęła przeraźliwie, przenosząc oszalałe spojrzenie z jednej twarzy, na drugą. - Alek nie wrócił, bo walczy z Moskalami w leśnym obozie na Łysej Polanie!
Siekielski był do głębi duszy przejęty jej rozpaczą, ale zdążył się opanować wiedząc, że teraz nie może pozwolić sobie na wzruszenie.
- Posłuchaj mnie, kochanie. - powiedział łagodnym tonem. - Idź do siebie i odpocznij. Ja zabiorę doktora Setkowicza i pojedziemy na Łysą Polanę zobaczyć, co tam się dzieje. Może wcale nie jest tak tragicznie, jak sądzisz. Pewnie to jakiś inny oddział wpadł na Moskali. Pułkownik nie dałby się zaskoczyć. Walenty, proszę obudzić doktora. Paweł, leć do stajni i powiedz Stachowi, żeby przygotował świeże konie do drogi.
Kamerdyner oniemiały z przerażenia, posłusznie podreptał do lazaretu i powrócił, prowadząc z sobą rozebranego i rozpaczliwie ziewającego Setkowicza. Doktor przecierał czerwone z niewyspania oczy, otulając się starym szlafrokiem.
- Dopiero przed chwila zasnąłem... - zaczął oskarżycielskim tonem. - Czy doprawdy w tym domu nawet się wyspać....
- Niech się pan ubiera! - przerwał mu bezceremonialnie Tadeusz. - Prawdopodobnie Moskale zaatakowali nasz leśny obóz. W tej stronie toczy się bitwa, bo słychać salwy karabinowe i strzały armatnie.
- Cholera! - Setkowicz zmienił się na twarzy i momentalnie oprzytomniał. Posłał szybkie spojrzenie w stronę stojącej nieruchomo Niny i truchtem pobiegł do lazaretu.
Jaga zrozumiawszy nareszcie co się dzieje, ogromnie przejęta i wstrząśnięta dramatem Niny, próbowała ją rozebrać z futra i przemawiała do niej najczulej, chcąc wyrwać ją ze stanu niepokojącej apatii, w jaką nagle popadła. Gładziła ją po twarzy i pocałunkami próbowała zwrócić na siebie uwagę.
Mira pomagała jej w tym, przemawiając pieszczotliwie, ale Nina stała na środku sieni jak posąg, nie reagując na nic i patrząc przed siebie martwym wzrokiem. Mufka wysunęła się z jej rąk i upadła na posadzkę. Nie słyszała słów niani, nie czuła pocałunków i łez Miry, ani głosu Tadeusza, który ją pocieszał. Zdawało się jej, że musi zaraz podjąć jakieś działanie, coś zrobić, ale nie mogła sobie przypomnieć co. Opanowana kompletną niemocą, straciła świadomość tego, co się dokoła niej działo.
- Moje kociątko słodkie. - płakała głośno niania, tuląc ją do siebie. - Nie martw się, Pan Jezus ulituje się nad tobą i pan szczęśliwie wróci do domu. Przecież dziś Boże Narodzenie, dzień radości. Bóg nie dopuści w takie wielkie święto do nieszczęścia. A może pan nie doszedł jeszcze do obozu? Przecież tam wielkie lasy i można się ukryć. Nie stój tak dziecinko, chodź do pokoju, musisz się ogrzać i odpocząć.
- Ona powinna zaraz się położyć. - stwierdził Tadeusz. - Nino, weź się w garść. Jak tylko się czegoś dowiemy, zaraz damy ci znać. Ja dobrze znam naczelnika, on nie wszedłby niespodziewanie na Moskali. - bezwiednie zaczął tytułować Aleksa tak, jak w pierwszych dniach powstania.
Nie odpowiedziała, patrząc przed siebie nieruchomym wzrokiem.
Przyszedł Setkowicz, ubrany w kożuch, trzymając w ręce walizeczkę z narzędziami. Z kieszeni wystawała mu rękojeść rewolweru. Spojrzał na Ninę i zmarszczył brwi.
- Co pani tu jeszcze robi? - spytał podniesionym głosem. - Natychmiast marsz do łóżka! Niech jej pani Jaga da podwójną dawkę bromu. Niedługo wrócimy, a pani za ten czas odpocznie. Idziemy! - rzekł do Tadeusza.
Nina wolno podniosła głowę i spojrzała na niego wpółprzytomnym wzrokiem.
- Jadę z wami. - szepnęła.
- Wykluczone! - stanowczo sprzeciwił się Tadeusz. - Jeden Bóg wie, co tam się dzieje. Idź się połóż i nie zabieraj nam czasu.
- Musicie mnie ze sobą zabrać! - powtórzyła, a w jej martwych oczach nagle zapłonął ogień. - Tadek, ja proszę.
- Nie. - wtrącił się Setkowicz. - Nie może pani jechać z nami. Proszę się nie upierać, bo tam ranni mogą oczekiwać pomocy! - ofuknął ją surowo, wciskając na głowę futrzaną czapę i naciągając rękawice. - Zgubi nas pani, przez swój upór!
- To zgubię!- krzyknęła wysokim, histerycznym i załamującym się głosem. - Niech się pan nie wtrąca, to nie pana sprawa. Nienawidzę pana!
- Nina, na miłość boską, zostań w domu. - błagała ją niania z płaczem. - Panowie zaraz wrócą z naszym panem. Nie, ja ciebie nie puszczę!
- Zrozum, dziewczyno, jesteś chora, będziesz nam przeszkadzać. - tłumaczył Tadeusz, coraz bardziej zniecierpliwiony i zdenerwowany.
Wyminęła go, kierując się ku drzwiom. Wzbierało w niej jakieś dziwne uczucie, chciało się jej krzyczeć, płakać i głośno śmiać się, ale była zbyt oszołomiona, by zrozumieć, że to objawy szoku i nerwy roztrzęsione zbyt wielkim wstrząsem.
- Nie chcecie mnie zabrać? Dobrze. - jej głos był cichy i matowy. - Osiodłam Mignon i będę na Łysej Polanie wcześniej od was. Właściwie to wcale was już nie potrzebuję. - roześmiała się, a potem znowu chwyciła się za głowę, bo miała wrażenie, że jej mózg się gotuje.
- A niech jedzie. - Tadeusz machnął z rezygnacją ręką. - Ale pamiętaj, sama tego chciałaś! Jeśli zaczniesz płakać, lub zemdlejesz, wysadzimy cię w pierwszej napotkanej wsi, rozumiesz?
W Ninę nagle wstąpiła energia. Pobiegła do lazaretu i zabrała stamtąd torbę pełną opatrunków, a do sań kazała włożyć kilka butelek wina i wódki. Dla bezbronnego Tadeusza pożyczyła od rannego powstańca rewolwer i naboje. Sama włożyła w kieszeń futra nabity pistolet ojca. Głośne rozmowy obudziły śpiących już domowników. Kobiety mające bliskich w oddziale hrabiego, dowiedziawszy się o bitwie, zaczęły głośno lamentować. Wiadomość o bitwie na Łysej Polanie, w jednej chwili obiegła cały folwark i dotarła do wsi. W oknach zapalały się światła, bo wielu postanowiło jechać do Świętej Katarzyny, aby w potrzebie służyć bliskim pomocą i przewieźć rannych w bezpieczne miejsce. Do Niny przypadła Ulisia, z rozpuszczonymi włosami i zgrozą w oczach.
- Nasi biją się z Moskalami? Jezusie, tam jest mój Antek i brat! - jęknęła, czepiając się rąk pani.
- Właśnie tam jadę. - Nina uwolniła się od niej delikatnie. - Nie zatrzymuj mnie i pomóż pannie Mirze przygotować lazaret na przyjęcie rannych. Mira, niech chłopcy zniosą ze strychu nowe łóżka.
Sień pałacowa przybrana świątecznie gałązkami choinki, teraz rozbrzmiewała głośnym płaczem i modlitwami. Rozdrażniony Tadeusz nie mógł już tego znieść.
- Cicho! - wrzasnął z wściekłością. - Jeszcze się nic nie stało, więc nie ma powodu do lamentów.
Walenty ogromnym wysiłkiem przemagając słabość, przyniósł kilka pledów i dał je doktorowi dla ewentualnych rannych. Tylko on jeden zachował spokój, choć wyglądał jakby go z krzyża zdjęto. Stach zdążył zmienić konie, zakładając do sań dwa ogniste wałachy i dwa młode ogiery. Konie nakarmione chlebem maczanym w wódce, niespokojnie rzucały się w uprzęży, parskając głośno. Stach zaledwie mógł utrzymać je w miejscu. Tadeusz wziął Ninę za rękę i zszedł z nią po schodach, do czekających przed domem sań. Jaga, Mira i reszta domowników, stojąc na ganku, żegnała odjeżdżających krzyżem i modlitwami za tych, co giną. Jaga bała się nawet myśleć o tym, co w tym czasie przeżywa Nina i tylko szeptem prosiła Boga, aby nie stało się to, co najgorsze.
 Wyjechali z parku boczną furtą i omijając łukiem wieś, pomknęli ku Łysicy. 
Cienie obnażonych drzew kładły się w poprzek drogi, lecz za moment wyjechali na otwartą przestrzeń i nagle roztoczyła się przed nimi ogromna dal, zasypana śniegiem, obrzeżona czarnymi pasmami lasów, cicha i martwa, pod niebem wolno zakrywanym czarnymi chmurami. Od strony gór, zrywały się chwilami lekkie podmuchy wiatru i unosiły w górę srebrzysty pył, zasypując ślady sań.   Konie prędko przebyły przestrzeń dziesięciu wiorst, dzielących ich od Łysogór. Nie dojeżdżając do Świętej Katarzyny, wpadli w gęsty jodłowy bór i krętą drogą wspinali się coraz wyżej i wyżej. Nikt się nie odzywał, tylko Stach czasem pokrzykiwał na konie, podniecając je do szybszego biegu. W pobliżu Mokrego Boru, zagłębili się w pierwotną puszczę. Gałęzie ogromnych jodeł zasłoniły niebo, lecz mimo to, było dosyć jasno od śniegu i jakiejś dziwnej, tajemniczej poświaty, unoszącej się nad drzewami. Stach pociągnął nosem i mruknął:
- Coś się pali.
Nina skuliła się i znowu zaczęła dygotać. Jakoż powietrze leśne, dotąd krystalicznie czyste, powoli zaczęło się mglić i już wyraźnie czuć było woń spalenizny. Wjechali na małą polankę, skąd widoczne było niebo i wtedy spostrzegli, że unoszący się biały opar mrozu, znacznie się zaróżowił. Stach instynktem górala, pewnie prowadził konie, wybierając leśne ścieżynki i sanie powoli pięły się do góry, omijając głazy, wapienne skałki i zdradliwe doły.
- Tam pewnie już po bitwie, bo nie słychać strzałów. - zauważył szeptem Tadeusz.
Zmęczone konie z coraz większym trudem wspinały się po stromej drodze, wiodącej w górę. Okolica stawała się dzika, a górska droga cięższa do przebycia. Byli już wysoko, nad nimi wznosił się szczyt Łysicy. Z każdą chwilą mróz stawał się ostrzejszy, pokrywając sierść koni i odzież ludzi szorstkim, białym szronem.
- Konie ustają. - odezwał się Stach. - Biegły tyle wiorst bez odpoczynku i ledwie dychają. Trzeba się zatrzymać i nakarmić je, żeby nam nie padły.
- Tu wysiądziemy. - powiedział Tadeusz, wyskakując z sań. - Jesteśmy blisko obozu i dojdziemy tam piechotą. Nino, pozostań w saniach.
- Idę z wami! - oznajmiła to takim tonem, że więcej nie nalegał.
Stach pochylił się mu do nóg.
- Jaśnie dziedzicu, pozwólcie iść z wami. - prosił niemal z płaczem.
Tadeusz żachnął się gniewnie.
- Niech Stach zrozumie, że od was i od szybkości koni, może zależeć życie pana naczelnika. Nakarmcie dobrze konie i pilnujcie, żeby głośno nie parskały, bo Moskale są w pobliżu. Daj Boże, żeby nasi chłopcy spuścili im lanie, bo jakoś cicho się zrobiło. Barycz miał ze stu chłopców, a pan naczelnik też przyprowadził z sobą co najmniej setkę rekrutów. To już znaczna siła.
Ruszyli leśnym bezdrożem, brnąc po kolana w śniegu. Szli bokiem drogi, żeby czasem nie wpaść na Moskali powracających z bitwy. Tylko tą drogą można było od biedy, dojechać wozami na pewną wysokość. Raz musieli przejść przez drogę i z przerażeniem spostrzegli głębokie koleiny wyciśnięte przez toczącą się armatę, a obok mnóstwo śladów stóp. Niepokalaną biel śniegu plamiły czarne krople zastygłej krwi. Widocznie wojsko zakończywszy bitwę w leśnym obozie, zeszło już na dół.
Na widok krwawych kałuży, Nina jęknęła, zachwiała się i omal nie zemdlała. Setkowicz chwycił garść śniegu i przetarł jej twarz. Oprzytomniała i pożałowała poniewczasie, że nie przebrała się po męsku. Długa krynolina tonęła w zaspach, stając się coraz to cięższa, a stalowa obręcz spódnicy zaczepiała o gałęzie krzewów i małe świerczki. Nogawki pantalonów oblepione były śniegiem, który w zatknięciu z ciałem topniał, a woda ściekała do futrzanych bucików. Ale ona nie zwracała na to uwagi, cała pochłonięta przerażającymi myślami.
W oczach towarzyszących jej mężczyzn, szukała rozpaczliwie cienia nadziei i każdą kroplą krwi, każdą cząstką mózgu, buntowała się przeciwko temu, co mogło spotkać Aleksa. Wydawało się jej to niepojętym i niezasłużonym okrucieństwem losu, że może dostał się do niewoli teraz, zanim ona zdążyła mu okazać, jak bezgranicznie go kocha. Zanim wynagrodziła mu te złe, niegodziwe słowa wypowiedziane w gniewie. Cichy głos szeptał jej w duszy, że Rosjanie zaatakowali leśny obóz, zanim on doszedł na Łysą Polanę. Przecież mogło tak być! Ostrzeżony strzałami rozlegającymi się daleko w górach, pewnie się wycofał, ratując życie sobie i swoim żołnierzom. A może pojechał wprost do domu, a rekrutów prowadził któryś z oficerów? Wszystko wyjaśni się na Łysej Polanie, dlatego przyśpieszyła kroku, pragnąc jak najszybciej tam się znaleźć. Szła jak w transie, grzęznąc w głębokim śniegu i obiema rękami unosząc w górę wilgotną suknię. Czuła się otępiała z przerażenia, a myśli jej płynęły wolno pod czaszką, pękającą z uporczywego bólu głowy.
Czasami zdawało się jej, że wszystko, co teraz przeżywa, jest tylko koszmarnym snem, z którego wkrótce się obudzi. Możliwe, że kiedy ona mozolnie wspina się pod górę, Aleks czeka już na nią w domu! Bogu dzięki, z pewnością tutaj go nie znajdzie i musi wrócić do Makowa. "Przecież wcale nie miałam złych przeczuć, ani snów, więc Alkowi nie przydarzyło się nieszczęście. - myślała, schylając się i przechodząc pod rozłożystymi gałęziami jodły. - Powiem Tadkowi, że wracam do domu". Tak rozmyślając szła dalej, nie zatrzymując się ani na moment. Potykała się o wystające korzenie, raniła boleśnie twarz i ręce o ostre kolce krzewów, ale z jej ust nie wyrwało się nawet słowo skargi, czy jęk. Bezkrwiste wargi poruszały się, jakby odmawiała pacierz, lecz ona wcale się nie modliła, bo żadnej modlitwy nie pamiętała. Dzwoniło jej w uszach i co jakiś czas chwytały ją mdłości. Czasami ziemia chwiała się pod jej stopami, przechylając się raz w prawo, raz w lewo. W pewnej chwili zatrzymała się i zawołała cichym, strasznym głosem:
- Jasiu! Jasiu! - Tadeusz zatrząsł się ze zgrozy, bo przyszło mu na myśl, że ona wzywa na pomoc ukochanego braciszka.
Dochodziła już czwarta rano i mróz był straszny. Musieli zasłaniać sobie twarze kołnierzami futer żeby swobodnie oddychać. Z gęstej puszczy wyszli na wolniejszą przestrzeń, a stamtąd na wąską ścieżynę, prowadzącą do leśnego obozu. Bystre oczy Setkowicza dostrzegły w głębokich zaspach kilka trupów, ale manewrował tak zręcznie, żeby Nina ich nie widziała. Podtrzymał ją, bo pośliznęła się i zachwiała na nogach, a Tadeusz, będąc kaleką, sam z trudnością utrzymywał równowagę.
- Daleko jeszcze? - Setkowicz zatrzymał się na moment i obejrzał się na idącego z tyłu Tadeusza.
- Nie. Obóz znajduje się za moczarami. - odpowiedział szeptem Siekielski, podejrzliwie rozglądając się po okolicy.
- Tu są bagna? - doktor zatrzymał się ponownie w pół kroku. - Potoniemy!
- Moczary zamarzły i dlatego Moskale mogli zajść obóz z tej strony. - wyjaśnił Tadeusz i minąwszy go, poszedł naprzód z ponurą miną.
- Jak oni znaleźli drogę? Przecież to istna dżungla! - zastanawiał się szeptem doktor, rozglądając się po otaczającej ich pierwotnej puszczy.
Tadeusz odwrócił ku niemu twarz wykrzywioną złym grymasem.
- Otóż to! Oni drogi nie znali, ale trafił się taki, co ich tu przyprowadził. Chciałbym wiedzieć, kto?
Jakiś czas szli jeszcze pod górę, a drogę zastępowały im skały i nisko rosnące krzewy. Ślizgali się po zamarzniętych strumyczkach, czasami tak trudno było im utrzymać się na nogach, że musieli czołgać się na kolanach. Na szczęście, wyniosłe jodły przepuszczały więcej światła, różowa poświata pozwalała dostrzec na śniegu każdy szczegół. Nareszcie wydostali się na twardy grunt, a gdy minęli skalną ścianę, idący przodem Tadeusz zatrzymał się i dał znak żeby stanęli.
- Co to? - odezwała się głośno Nina i nagle oprzytomniała, gdy ośnieżona gałąź uderzyła ją boleśnie po oczach. Setkowicz błyskawicznie zatkał jej usta.
- Cicho! - szepnął Tadeusz. - Idźcie moim śladem, to już obóz.
Pomiędzy gęstymi drzewami błysnęły, unoszące się w górę, płomienie kilku dużych ognisk. Zapach dymu i spalenizny stał się ostrzejszy i wiercił w nozdrzach. Minęli małą olszynkę i ujrzeli przed sobą leśny obóz.
- Jezu! - stęknęła Nina i osunęła się na kolana, a Setkowicz znowu zasłonił jej usta w obawie, że zacznie głośno krzyczeć.
Przed nimi była Łysa Polana, tak dobrze znana Tadeuszowi i Ninie. Teraz patrzyli w niemym osłupieniu na to, co pozostało z powstańczego obozu. Drewniane szałasy dopalały się jeszcze, topiąc szron na gałęziach drzew. Pokrywa śnieżna znikła zupełnie, zryta do gołej ziemi, na której poniewierały się w strasznym nieładzie szczątki wozów taborowych, odłamki broni, połamane sprzęty, z których broniący się zbudowali prymitywną barykadę. Pnie ściętych drzew, rozrzucone były wybuchami pocisków armatnich. Jak okiem sięgnąć, leżały ciała poległych powstańców. Między nimi nie było zabitych Rosjan, widocznie zabrano je z pola bitwy. Ciała Polaków obdarto z odzieży i leżeli nadzy, tylko w płóciennych kalesonach, tradycyjnie pozostawianych poległym przez Moskali. Leżeli umazani krwią, ziemią, czarni od prochu, skuleni lub z szeroko rozrzuconymi ramionami. Przy tak niskiej temperaturze nikt z rannych nie mógł przeżyć, ale nie to było najstraszniejsze. Nieprzyjaciel nie tylko zabijał, lecz także bestialsko okaleczał ciała poległych i z przerażającym okrucieństwem znęcał się nad jeńcami.
Gałęzie drzew ubrane były w ciała wisielców, powieszonych tak nisko, że końcami palców dotykali ziemi, przez co męka konania była potwornie długa. Dodatkowo, zwłoki były obrzydliwie okaleczone nożami i bagnetami. Rannych wrzucano do płonących szałasów i ciała ich napełniały powietrze smrodem zwęglonego mięsa. Niektórzy jeńcy mieli głowy zmiażdżone ciosami kolb karabinowych, inni pocięci byli szablami, z powybijanymi zębami i wydłubanymi ostrzem bagnetu oczami. Setkowicz naliczył, że niektórzy z poległych mieli po sześć śmiertelnych ran.
Nina wodziła po pobojowisku oszalałym wzrokiem, potrząsając głową, jakby się bardzo czemuś dziwiła. "Nie! - mówiła sobie. - To nie może być prawda, to tylko okropny sen. Chryste, pozwól mi obudzić się z niego."
Setkowicz pochylił się do ucha Tadeusza.
- Co robimy?
Ten rozejrzał się i również cicho odpowiedział :
- Nie ruszajcie się, zaraz wracam.
Doktor skinął głową i odciągnął Ninę za skałę, żeby nie patrzyła na ten przerażający obraz śmierci i zniszczenia. Tadeusz cicho jak kot, przekradał się skrajem polany, porośniętej gęstym świerkowym laskiem. Najpierw szedł skulony, przygięty aż do ziemi, potem kiedy zrobiło się zupełnie jasno, od płonących gęsto zgliszcz i wielkich ognisk, położył się na ziemi i zaczął pełzać ostrożnie, starając się nie wychylać z cienia. Krył się za drzewami i małymi krzakami, teraz pogniecionymi i połamanymi. Czołganie przychodziło mu z wielką trudnością, gdyż miał tylko jedną rękę i czołgając, na niej się wspierał. Pot kroplisty spływał mu z czoła i zanim zdążył go otrzeć, już zamarzał, zamieniając się w lodową skorupę. Sporo czasu zajęło mu przedostanie się na drugą stronę obozu, skąd dochodziły głosy.
Przy wielkim ognisku siedziało ze trzydziestu sołdatów i kilku kozaków. Popijali wódkę i wino, pojadając kiełbasę wyjętą w wiklinowego kosza. "Żrą nasze świąteczne wędliny! - stwierdził Tadeusz z najwyższym oburzeniem. - Ludzie od ust sobie odejmowali, żeby wspomóc naszych chłopców. Kto mógł przypuścić, że składamy się na ucztę dla morderców!"
Zgrzytnął zębami i straszny gniew zjeżył mu włosy na głowie. Z największą rozkoszą wpakowałby kilka kul w siedzących spokojnie sołdatów. Zwężonymi z wściekłości oczami, śledził ruchy rosłego kozaka. Ten podniósł się i wyjął z kosza dużą szynkę. Odkroił z niej solidny plaster i zaczął się posilać, popijając wędlinę wódką. Tadeusz poczuł w ustach ślinę."Przecież to moja szynka! Ażebyś się nią udławił, sakramencki kacapie!" - pomyślał z nienawiścią.
Ale zaraz zapomniał o głodzie i jął uważnie przyglądać się sołdatom, zastanawiając się, w jakim celu pozostali na polu bitwy? Wokoło nie było żywej duszy, więc nie mieli czego pilnować. Uniósł się na łokciu i rozejrzał. Naraz jego oczy padły na ogromny stos drewna ułożony na lodzie zamarzniętego bagna. Drewno paliło się z trzaskiem, wznosząc ku niebu słup szkarłatnego blasku i białego dymu.
Tadeusz w jednej chwili wszystko zrozumiał.
W ten bardzo prosty sposób, postanowiono pozbyć się zwłok powstańców, pozbawiając ich wspólnej mogiły w obawie, iż miejscowa ludność i krewni pomordowanych, mogli z niej uczynić miejsce kultu. Topiono gruby lód, żeby pogrzebać trupy, wrzucając je w bezdenną otchłań bagna. Sołdaci byli coraz więcej pijani. Rozmawiali ze sobą, głośno chełpiąc się odniesionym zwycięstwem. Śmiali się i śpiewali sprośne, żołnierskie piosenki. Niektórzy, przejedzeni, wstawali i chwiejąc się na nogach, szli w krzaki, by opróżnić żołądki. Tadeusz o mało nie rozpłakał się głośno widząc, jak pijany sołdat oddaje mocz na zwłoki poległego powstańca. Zorientowawszy się w sytuacji, zaczął się powoli wycofywać, zachowując największą ostrożność, mimo iż sołdaci byli pewni, że na polanie nie ma nikogo prócz nich. Wypita wódka dodawała im animuszu.
Kiedy światło ognisk znikło pomiędzy drzewami, Tadeusz podniósł się i poszedł w stronę skały. Wtem zamajaczył przed nim jakiś cień i lufa rewolweru wbiła mu się w brzuch.
- Kto? - usłyszał cichy, groźny szept.
- W porządku, doktorze. - uspokoił go Tadeusz. - Co z Niną?
- Nic do niej nie dociera, jest w szoku.
- Niech Bóg strzeże jej rozumu, jeżeli znajdziemy ciało naczelnika. Cały nasz oddział tu leży. - westchnął Tadeusz i opowiedział Setkowiczowi, co widział.
- W takim razie musimy się śpieszyć, bo gdy lód stopnieje, ci oprawcy zaczną wrzucać trupy do bagna. Trzeba dokładnie przeszukać pobojowisko. Jeśli pułkownik poległ, zabierzemy jego ciało do Makowa.
- Nie, on nie zginął.- odezwała się Nina niespodziewanie. - Jego tu nie ma.
- Możliwe. Kochanie, zostań tutaj, a my, z doktorem przeszukamy obóz. Tak na wszelki wypadek. - powiedział Tadeusz, tuląc ją do siebie. - Trzeba skorzystać z okazji, że te bydlęta popiły się twoim winem i obżarły moją szynką! - z bezsilną wściekłością tupnął nogą. - Chodźmy, doktorze, niedługo zacznie świtać. Ja będę szukał po tej stronie obozu, a pan niech się zajmie drugą stroną polany.
- Ja idę z doktorem. - oznajmiła Nina.
- W takim razie spotkamy się tu, przy tej skale.- Tadeusz spojrzał na jej siną, bezkrwistą twarz i wolał się nie sprzeciwiać. - Doktorze, niech pan na nią uważa! - rzucił Setkowiczowi do ucha i potrząsając głową, zniknął pomiędzy niskimi drzewkami.
Setkowicz wziął ją za rękę i ruszyli, rozglądając się i przystając przy zwłokach leżących twarzą do ziemi. Nina biernie dawała się prowadzić, aż potknąwszy się o jakieś ciało, wzdrygnęła się i wyrwawszy rękę z dłoni Setkowicza, poszła przodem, schylając się i zaglądając w twarze poległym. Z przerażeniem stwierdzili, że większość zwłok została zbezczeszczona w okropny sposób.
- Boże, dlaczego? - wyszeptała zdjęta zgrozą. -W jakim celu miażdżyli tym ludziom twarze?
Szczęki doktora zwarły się skurczem nienawiści i wściekłości, a jego wąskie czarne oczy lśniły złowrogo.
- Dlaczego? Częściowo dla przyjemności, zabawienia się z martwym buntownikiem, ale głównie po to, żeby nikt nie mógł zabitego rozpoznać. Rozumie pani?
- Nie, nie rozumiem. Przecież dziś wigilia, takie radosne święto. Kto morduje ludzi w Boże Narodzenie? Oni także są chrześcijanami i czczą Chrystusa.
- Oni są prawosławni i dziś nie obchodzą świąt. Zresztą najbardziej krwawe wojny toczyły się z motywacji religijnych. Pani Nino, dalej musimy iść pochyleni. Najlepiej niech pani wróci pod skałę.
Nie odpowiedziała, tylko pochyliła się mocno i uklękła, posuwając się na kolanach. Suknia zesztywniała ścięta lodem, futro kępkami zamarzniętego włosia raniło jej twarz. Trzęsła się z zimna i z nerwów, w myślach nieustannie wzywając męża.
"O mój Boże, tylu znajomych tu leży. - pomyślała, zatrzymując się przy następnych zwłokach. - To pewnie syn pani Paduchowskiej, która ma wieś w pobliżu Sarnik. Ale Alka z pewnością tu nie ma. Zapewne pan generał zatrzymał go przy sobie i przyjedzie do domu dopiero w styczniu. Nie, to za długo! Ale przecież dziś mamy wigilię, więc do końca roku tylko kilka dni. O mój ukochany, takie smutne będziesz miał święta z dala od domu. Cóż, będę czekać cierpliwie. Jezu, jak strasznie zimno!"
Przystanęła ciężko dysząc, lecz zaraz poczołgała się dalej. Poległych było wielu, bardzo wielu i prędko zrozumiała, że nie był to tylko oddział Barycza, lecz również młodzi rekruci przyprowadzeni z obozu Bosaka. Wszyscy polegli na tej fatalnej polanie, której od zawsze tak się lękała. Poczuła, że robi jej się słabo i za chwilę może zemdleć. Obawiając się tego, zdjęła z gałązki małego świerczka odrobinę śniegu i wzięła go do ust. Szybko przełknęła ślinę, bo chwyciły ją mdłości i miała silne zawroty głowy. Czołgała się coraz dalej, zaglądając w twarze zabitym i była przekonana, że męża pośród nich nie znajdzie. Chciała wrócić do domu albo umrzeć, żeby na zawsze zapomnieć o tym, co tutaj widzi." O Matko Boska, jak ja się boję! Czegoś się okropnie boję i muszę stąd odejść, bo mi serce pęknie. Nie mogę już na to patrzeć..." - ominęła zabitego konia i brnęła uparcie dalej, kalecząc delikatnie dłonie o odłamki drewna i połamaną broń. Parę kroków dalej natrafiła na zwłoki Barycza, pocięte razami szabel i podziurawione kulami. Musiał się zaciekle bronić, bo dokoła niego ziemia czarna była od krwi i jakichś szczątków ludzkiego ciała. Pochyliła się nad nim i złożyła na jego lodowatych wargach czuły pocałunek. Próbowała zamknąć mu powieki, ale już zesztywniały, a jego szare oczy wpatrywały się martwym spojrzeniem w niebo.
- Żegnaj Waciu, żegnaj kochany przyjacielu. - szepnęła cichutko.
Na środku polany, pod wielkim dębem płonęło ognisko, a nad nim wisiał powieszony na grubym konarze, chorąży oddziału, młodziutki licealista. Porzucił dostatni dom, kochających rodziców i szkołę. Gasnący płomień przepalił mu bose stopy, ale twarzy nie dosięgnął. Zmarły miał dziwnie przechyloną na ramię głowę i przymknięte powieki, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał i wtedy dopadła go śmierć. W powietrzu czuć było obrzydliwy swąd spalonego mięsa.
"Zupełnie jak u Jasia!" - pomyślała i upadła twarzą na ziemię, gwałtownie wymiotując.
- Niech już pani dalej nie idzie, proszę. - szepnął Setkowicz, podnosząc ją i ocierając jej usta rękawem kożucha.
- Nic mi nie jest. - odpowiedziała spokojnie i popełzła dalej szukając zwłok Tomka. 
Wiedziała, że chłopiec nigdy nie rozstawał się ze swym dowódcą i razem mieli przyjechać do domu. Jeżeli tutaj go nie znajdzie, to znaczy, że mąż nie brał udziału w bitwie. Teraz była już zupełnie przytomna, a jej świadomość nigdy jeszcze nie znajdowała się w takim stanie natężenia, zwielokrotniona straszliwym napięciem nerwowym. Wydawało się jej, że ma wzrok sokoła, a słuch dzikiego zwierzęcia. Przystanęła przy małym świerku rosnącym w pobliżu ogniska. 
Śnieg i lód topiły się na jego gałązkach i wolno spływały na ziemię. Wielkie krople wody miały barwę rubinów lub krwi. Obeszli z Setkowiczem znaczną część polany, lecz ciała Aleksa nie znaleźli. Nina dotarła nawet do miejsca, gdzie stał jego szałas. Teraz na tym miejscu dymiły resztki zwęglonego drewna. Niegdyś spoczywała w jego wnętrzu w ramionach męża, z głową na jego sercu, czując na ustach mocne pocałunki. Przypadła twarzą do ziemi wilgotnej od stopionego śniegu, i zaniosła się głuchym szlochem bez łez. Silne ramię Setkowicza podniosło ją i postawiło na nogi.
- Tutaj pułkownika nie ma. - tchnął jej do ucha. - Ale czy pani potrafi rozpoznać jego ciało?
- Bez wątpienia, ale Alek nie został zabity. Nie ma tu zwłok Tomka, ani majora Soszkiewicza. Oni zawsze byli przy mężu.
- To może razem dostali się do niewoli? - mruknął, i nie chcąc jej martwić prędko dodał: - Pewnie rzeczywiście pana pułkownika tu nie było.
Spojrzała na niego rozpromieniona.
- Pan myśli tak samo jak ja! - powiedziała radośnie.
Powracając natknęli się na ciało Antka, narzeczonego Ulisi. Dostał kulą prosto w serce i wyglądał, jakby spał. Nieco dalej leżały zwłoki brata Ulisi, okrutnie zmasakrowane. W pobliżu niewielkiej barykady, spoczywał major Soszkiewicz. Nina poznała go po długich siwych włosach, bo twarz miał zmiażdżoną kolbami. Nabrała więc pewności, że to on przyprowadził oddział rekrutów, bo ani Aleksa, ani Tomka, a nawet pana Artura Śliwiaka nigdzie nie dostrzegła.
Pomyślała, że Jadwiga nie będzie musiała opłakiwać narzeczonego. Na myśl, że mąż żyje i nie poległ w tej strasznej bitwie, w jej duszy rozśpiewały się chóry anielskie. Miała ochotę paść na kolana i całować tę ziemię, przesiąkniętą krwią męczenników, dziękując Bogu za ogromną łaskę, że zaoszczędził jej męki, której by nie przeżyła. Serce jej przenikał ból i najgłębsze współczucie dla tych nieszczęsnych kobiet, które na przeklętej polanie utraciły swoich najbliższych. Żałowała, że nie może zabrać stąd ciał przyjaciół, by je godnie pochować.
- Wracajmy.-Setkowicz dał jej znak ręką i ostrożnie wycofali się z kręgu światła, odprowadzani wrzaskami pijanych sołdatów. Nina odwróciła się i spojrzawszy za siebie, zapamiętała ten piekielny obraz do końca życia.
W połowie drogi natknęli się na Tadeusza. Siedział na pniu drzewa zwalonego strzałem armatnim, zasłoniwszy twarz dłonią. Nina podbiegła do niego.
- Tadziu, wiesz, nie ma go! - powiedziała z bladym uśmiechem, dotykając jego ramienia. - O, jakże ja jestem wdzięczna Bogu.....
Podniósł głowę i spojrzał na nią z nieopisanym smutkiem.
- Chodźcie za mną.- odezwał się zmienionym głosem i powiódł ich na skraj polany, ku kępie olch rosnących nad brzegiem moczarów. 
Pod rozłupanym kulami pniem, leżał jeszcze jeden poległy.
Nina bez jęku upadła przy nim na kolana i objęła jego ciało ramionami, tuląc je do piersi, jak matka tuli dziecko do snu. Najwidoczniej stoczył on tu swoją ostatnią, rozpaczliwą walkę, wsparty o pień olchy. W lewej ręce trzymał jeszcze rewolwer wystrzelony do ostatniego naboju, a prawe ramię miał niemal odcięte ciosem szabli. W piersi, brzuchu i szyi, pełno było ran kłutych i wloty od kul, z których jedna trafiła w serce powodując zgon. Z jego prawej dłoni zniknął złoty pierścień herbowy i obrączka ślubna, a serdeczny palec miał prawie odcięty, bo złodziej nie mógł jej ściągnąć. Jasne włosy zlepione krwią ściętą na mrozie, sterczały wokół głowy jak korona cierniowa, częściowo zasłaniając twarz, której piękne rysy na skutek uderzeń zadanych kolbą, były już niemal nie do rozpoznania. Na piersi miał medalion z podobizną Niny i dziecka - widocznie nie był wiele wart dla oprawców. 
 Tadeusz zerwał z szyi wełniany szal i owinął nim głowę poległego dowódcy. Potem obaj mężczyźni podnieśli jego ciało i trzymając je za ręce i nogi, raczej wlekli niż nieśli je do sań. Nina szła przy nich, podtrzymując głowę męża i chroniąc przed obijaniem się o ziemię. Od tej jednej straszliwej chwili, kiedy wzięła w ramiona jego martwe ciało, życie w niej zamarło, jakby i ją przejął lodowaty chłód śmierci bijący od jego zwłok. W grobowej ciszy słychać było tylko zadyszane oddechy obu mężczyzn, dźwigających z wysiłkiem zwłoki. Przystanęli na chwilę, żeby odpocząć. Nina uniosła w górę głowę i wpatrzyła się w czarną otchłań nieba zakrytą chmurami.
"Tam nic nie ma, prócz płonących planet i próżni kosmosu, Alek opowiadał mi kiedyś.." - zachłysnęła się i chwyciła za serce. 
Nie wiadomo jak znalazła się w dużej zaspie, a ostre krawędzie zlodowaciałego śniegu poraniły jej twarz. Nie czuła, że po czole spływa jej krew i wsiąka w białe futro kaptura. Setkowicz podniósł ją i otrzepał ze śniegu, wycierając krew dłonią.
- Może pani iść dalej ? - spytał ze wzruszeniem.
Nie odpowiedziała, ponieważ nawet nie wiedziała, o co ją spytał i nic ją to nie obchodziło. Gdy schylili się po swój ciężar i ruszyli dalej brnąc w głębokim śniegu, ślizgając się i padając, poszła za nimi. "O, teraz już mogę być spokojna o ciebie. - myślała. - Nigdy mnie nie opuścisz i pozostaniesz ze mną na zawsze. Żaden wróg już ciebie nie dosięgnie, uciekłeś im w wieczność. Moje modlitwy i moja miłość nie uchroniły cię od śmierci. Niegdyś spotkaliśmy się spragnieni miłości, lecz powstanie sprawiło, że zaczęliśmy się od siebie oddalać. Teraz wróciłeś już do mnie na zawsze. O ukochany, tak mi zimno, jakbym zamiast serca miała w piersi kawał lodu."
 Dopiero przed samym świtem doszli do sań.
Stach pomógł im złożyć ciało pana na spodzie sań, przykrywając je futrami. Milczał, tylko ramiona trzęsły się mu od tłumionego płaczu. Kiedy wszyscy wsiedli do sań, gwizdnął przeraźliwie, po zbójnicku, na konie. Przemarznięte zwierzęta poderwały się tak gwałtownie, aż dyszel zatrzeszczał. Sanie zamiotły płozami śnieg i pomknęły przez ciemny bór i zastygłe w śmiertelnej ciszy pola.    Za nimi unosił się tuman śnieżnej kurzawy.
1 "Przewrotna" kawa - pół na pół z mlekiem.