czwartek, 27 października 2016

JAK SIĘ NABIERA ŻANDARMA. ODJAZD.


27 października 2016 r.
W najbliższy poniedziałek do siedziby żandarmerii przyszła Jaga. Poprosiwszy o widzenie z oficerem, powiadomiła go, iż pani Klonowiecka bardzo poważnie zachorowała i sama przyjść nie może. Mówiąc to, starała się ze wszystkich sił wyglądać zmieszana i niepewna. Żandarm przypatrywał się jej niemile zaskoczony.
- Co, chora? - jego wzrok utkwiony w Jadze, wyrażał jawną nieufność. - E, pewnie jakieś kobiece grymasy, a wy zaraz robicie z tego dramat! - mruknął, nie ukrywając złego humoru.
 - Oj, dałby Bóg, żeby to były grymasy.- niania przetarła zaczerwienione oczy rękawem salopy.- O, przyniosłam panu oficerowi zaświadczenie lekarskie. Pani leży bez zmysłów w gorączce i nie może się poruszać.
Położyła na biurku świadectwo podpisane przez lekarza z radomskiego szpitala. Oficer przeczytał je uważnie, z mozołem sylabizując łacińskie terminy. Nic nie zrozumiał i to go jeszcze bardziej rozzłościło.
- Nie widzę nazwy choroby. - stwierdził z obrażoną miną.
- Bo pan doktor nie był pewien i dlatego kazał zwołać ko...kon...No, taką naradę z jeszcze jednym lekarzem.
- Konsylium? - oficer złośliwie zmrużył oczy i oznajmił zjadliwym tonem: -Wam, Polaczkom, wierzyć nie można. Oszukujecie i każdy szczery, prostoduszny Rosjanin, może być przez was wywiedziony w pole. - nagle przyjrzał się Jadze i uśmiechnął przebiegle - A co ty, babuszka, powiesz, jakbym ja posłał z tobą naszego człowieka, co? Wtedy mogłoby się okazać, że twoja pani zdrowa jak rybka!
    Nazwana "babuszką" Jaga, poczerwieniała z oburzenia, lecz nie okazując urazy, dygnęła grzecznie.
- A niech jedzie. Nie chcemy nikogo oszukiwać, moja pani zachorowała i już! - poprawiła czepek na głowie, wpatrując się w oficera niewinnym wzrokiem.
    Przez chwilę namyślał się, a potem zdecydowanym ruchem sięgnął po wiszący na wieszaku płaszcz.
- Daleko mieszkacie? - zagadnął, zapinając pas z szablą i kaburą z rewolwerem.
    W oczach starej kobiety zapaliła się iskierka tryumfu i natychmiast zgasła, przysłonięta powiekami.
- Niby to pan oficer nie wie? - zapytała drwiąco. - Niedaleko, na Piotrówce. Przecież koło domu zawsze kręcą się jacyś...
    Oficer udał, że nie słyszy i włożył czapkę. Zadzwonił, a kiedy do pokoju wszedł podoficer, wydał mu półgłosem jakieś polecenie. Podwładny wyszedł, ale prędko powrócił meldując, że sanie zajechały.
- Nie boicie się? - oficer skinął na Jagę, każąc jej gestem iść za sobą. - Zaraz sprawdzimy, jak to jest z tą chorobą waszej pani.
    Tę jego sarkastyczną uwagę, Jaga skwitowała wzruszeniem ramion i skierowała się ku drzwiom. Żandarm wciągając skórzane rękawice, śledził spod oka jej zachowanie i był nieco rozczarowany, nie zauważywszy oznak niepokoju. Tak naprawdę, biedna niania modliła się gorąco, żeby tylko on się nie rozmyślił.
    Wyszli z budynku na zasypany śniegiem placyk. Na nagich gałęziach pobliskich drzew, siedziały stada zmarzniętych wron i kawek, głośno kracząc. Dzień od rana był posępny i mroźny, z nieba pokrytego ołowianymi chmurami zaczęły wolno spływać płatki śniegu. Głośne krakanie ptactwa uczyniło na Jadze przykre wrażenie. Ogarnięta lękiem, nieznacznie się przeżegnała. Przed budynkiem stały niewielkie sanki, zaprzężone w jednego konia. Na koźle siedział żandarm otulony w kożuch i łapczywie zaciągał się resztką cuchnącego papierosa. Na widok oficera, pospiesznie wyrzucił niedopałek i zeskoczył z sań, pomagając mu wsiąść i okrywając jego kolana brudnawym kocem.

- Siadajcie na kozioł! - rozkazał oficer i podnosząc kołnierz płaszcza kazał ruszać. Pacnięty batem koń, pobiegł ulicą pobrzękując w takt kłusa uprzężą.
    Oficer milczał, lecz woźnica nie był tak małomówny. Na wpół po polsku, wpół po rosyjsku wypytywał Jagę, dokąd jadą i po co?
- To wasza barynia zabolała?- indagował natrętnie.- To płocho. Ptaszka ona. Cud nie żeńszczyna, prosto kniahini. Ale zawsze to żeńka buntowszczyka. Ja o niej słyszał.
- A co takiego słyszeliście o mojej pani? - Jaga odwróciła głowę, mierząc go podejrzliwym spojrzeniem.
    Żandarm zerknął na nią i nagle zamilkł.
- E, nic takiego. - rzekł zupełnie czystą polszczyzną. - Człowiek gada, co mu ślina na język przyniesie i tyle. - więcej się nie odezwał.
Radom  Piotrówka.
   Zajechali na Piotrówkę i stanęli przed domem. Oficer wysiadł pierwszy, rozglądając się uważnie dokoła. Jaga pierwsza weszła do sieni, prowadząc go za sobą. W mieszkaniu drzwi z kuchni do sieni były szeroko otwarte, a w powietrzu unosiły się obłoki pary. Na kuchennym piecu stał baniak pełen gotującej się wody. Mira blada z niewyspania, z zaciętymi ustami, wyciągała z niego parujące ręczniki i wrzucała je do blaszanej miednicy. Na środku kuchni dwaj lekarze kłócili się z sobą po łacinie, skacząc sobie do oczu, jak dwa zacietrzewione koguty. Opamiętali się dopiero, widząc wchodzącego oficera. Na progu pokoju stanęła panna Eugenia, zasłaniając sobą wejście i mierząc żandarma ostrym spojrzeniem.
- Pan w jakiej sprawie? - zagadnęła bezceremonialnie.
- Chcę się widzieć z panią Klonowiecką. - oświadczył salutując niedbale.
- Wykluczone! - sprzeciwiła się, wchodząc do kuchni i starannie zamykając za sobą drzwi pokoju.
- Przepraszam. - jeden z lekarzy, nerwowo szarpnął tasiemkę, na której wisiały druciane okulary. - Nie otrzymał pan mego zaświadczenia o chorobie młodej damy?
- Owszem, ale tam nie było rozpoznania. - oficer ściągnął rękawice i zaczął uderzać się nimi po płaszczu. - Pani Klonowiecka nie stawiła się dziś u nas, do czego jest zobowiązana. Grozi jej areszt.
    Lekarz zrobił się purpurowy z oburzenia.
- Panie! - wykrzyknął ze złością. - Jestem doktor Ulasiewicz, lekarz z miejskiego szpitala. Jak dotąd moje świadectwa zawsze były przez władze respektowane. Wobec tego, co ma znaczyć pańska nieoczekiwana wizyta w tym domu?
    Oficer zaśmiał się z satysfakcją.
- Aha! Zaskoczyłem was? Dobrze pan powiedział, że "nieoczekiwana".- zawołał, celując palcem w lekarza. - Widać panowie nie oczekiwali, że zjawię się tu osobiście, prawda? Przyłapałem was! Nie jestem naiwny i wcale nie wierzę w wasze zaświadczenia. Proszę nie robić mi trudności i pozwolić mi wejść do pokoju. A może nie zastałem "chorej" w domu? - zapytał ironicznie, mrużąc jedno oko.
    Setkowicz, stojący w milczeniu przy oknie, poruszył się ze zniecierpliwieniem.
- My nie robimy panu trudności. Rozpoznania na świadectwie nie było, gdyż objawy chorobowe były niejednoznaczne. Dopiero teraz zgodziliśmy się z kolegą na rodzaj dolegliwości. Pani Klonowiecka jest bardzo poważnie chora i nie powinna być niepokojona. Jednakże, kiedy pan się uparł, proszę wejść do pokoju. Ale uprzedzam, na własną odpowiedzialność! Panno Eugenio, proszę łaskawie wprowadzić pana oficera do pokoju, ale nich pan zachowa ciszę.
    Żandarm zawahał się, jakby naraz stracił ochotę do odwiedzin. Ale gdy starsza pani usunęła się z drogi i zmiażdżywszy go pogardliwym spojrzeniem otworzyła drzwi, oficer wolno wszedł do środka. W pokoju panował półmrok, bo okna były szczelnie przysłonięte i tylko na stoliczku przy łóżku paliła się świeczka przykryta zielonym abażurkiem. W całym mieszkaniu, a szczególnie w pokoju czuć było ostry zapach karbolu, octu i tlących się trociczek, od których to zapachów powietrze było ciężkie i duszne. Na łóżku spoczywała chora. Miała przymknięte powieki i rozrzucone po poduszce włosy. Oddychała z trudem, a ręce leżące na kołdrze poruszały się niespokojnie, szarpiąc poszwę.     Zaczerwieniona twarz pokryta była plamami, widocznymi nawet w półmroku.   Oficer rzuciwszy na nią okiem, zaczął się pospiesznie wycofywać, tłumiąc ręką brzęk szabli. Był najwyraźniej speszony i zawstydzony zaistniałą sytuacją. Zgromiony oskarżycielskim wzrokiem panny Eugenii, spuścił głowę i cicho przymknął drzwi. Leżąca przy łóżku swej pani Chérie, odprowadziła go groźnym warczeniem, ukazując drobne białe kły.
    Oficer z ukłonem przepuścił mijającą go Mirę, niosącą miednicę pełną parujących ręczników. Przeszła obok niego, odgarniając pasmo włosów przylepionych do wilgotnego czoła i nie zwracając na niego uwagi, weszła do pokoju, szorstkim ruchem zamykając za sobą drzwi.
- Przepraszam. - bąknął.- Byłem przekonany...
- Że chytre Polaczki okłamują pana! - wpadła mu w słowo Jaga, ujmując się pod boki i przybierając wojowniczą postawę.- Nie ma dla was nic świętego! To skandal, żeby obcy mężczyzna wchodził do pokoju chorej damy! No, na co pan czeka? Weźcie ją, zawleczcie na przesłuchanie, zakujcie w kajdany! Bóg jeden wie, ile jej jeszcze pozostało czasu do życia. Oooo!- niania rozpłakała się, zasłaniając twarz dłońmi.
    Żandarm dyplomatycznym milczeniem pominął jej zarzuty.
- Chciałbym jednak wiedzieć, na co pani Klonowiecka cierpi. - zwrócił się do Setkowicza.
    Czarne, wąskie oczy doktora, naraz rozbłysły groźnym blaskiem. Przypatrywał się oficerowi z drwiącym uśmieszkiem, nie wróżącym nic dobrego.
- A co? Strach pana obleciał? Przecież ostrzegałem, żeby nie wchodzić do pokoju. Uczynił to pan na własną odpowiedzialność. - stwierdził niegrzecznie.
- Nie rozumiem.- żandarm mimo woli pobladł i cofnął się o krok do tyłu.
    Jego wyraźny niepokój zdawał się cieszyć doktora.
- Zaraz pan zrozumie. W chwili, gdy zdecydował się pan złożyć nam wizytę, właśnie doszliśmy z kolegą do zgodnej decyzji przy ustalaniu diagnozy.
- I co panowie stwierdzili ? - oficer nie odrywał wzroku od ust doktora.
- To ospa! - oznajmił Setkowicz takim tonem, jakby to stwierdzenie sprawiło mu osobistą satysfakcję. - Prawda, panie kolego? Ospa!
    Doktor Ulasiewicz z powagą skinął głową.
- Jaka ospa? - zawołał oficer z niedowierzaniem. - Wietrzna?
- Czarna ospa! - oznajmił Setkowicz spokojnie i chłodno.
- To niemożliwe, pan kłamie! - - wykrztusił żandarm słabym głosem, opierając się o ścianę.
- Ha, skoro mi pan nie wierzy, to zapraszam do przedłużenia wizyty. - Setkowicz uprzejmie wskazał mu krzesło.- Mam nadzieję, że ma pan odporny organizm. Ale uprzedzam, że będę zmuszony powiadomić pana naczelnika żandarmerii, że stykał się pan z osobą chorą na ospę. Nie będzie tym zachwycony. Cóż, posiedzi pan sobie parę tygodni na kwarantannie. A jeśli nadal nam nie dowierzacie, możecie tu jeszcze przyjść i sprawdzić, czy chora żyje. Ale osobiście bym wam odradzał, bo to byłoby nierozsądne.
    Oficer wciągnął w płuca wilgotne, duszne powietrze i nagle zabrakło mu tchu. Posiniał i obrzucił Setkowicza nienawistnym spojrzeniem. W tym momencie przypominał bombę, mającą za chwilę eksplodować. Najchętniej aresztowałby tego bezczelnego Polaczka, ale wiedział, że doktor cieszy się łaskami szefa. Naczelnik był chorowity i jak diabeł święconej wody, obawiał się wszelkich chorób zakaźnych. Z pewnością wyśle go do jakiejś dziury na długą kwarantannę. Na samą myśl, że jak dureń wszedł do pokoju osoby cierpiącej na tę straszliwą chorobę, przeszedł go dreszcz zgrozy. Naraz obowiązki służbowe przestały go obchodzić, pragnął tylko jak najszybciej wydostać się z tego przeklętego mieszkania. Ciarki przebiegły mu po plecach kiedy pomyślał, że być może, sam także jest już zarażony.
- Hospody!- ryknął, dotykając klamki przez połę płaszcza i wypadł z kuchni z takim pośpiechem, jakby go wściekły pies gonił.- Czorty, niech was szlag trafi!- mamrotał nieprzytomnie.- Święta Przeczysta, pomiłuj!
    Setkowicz podszedł do okna i nieznacznie uchylił gęstą firankę, wyglądając ostrożnie. Żandarm jak huragan wypadł z bramy, wskoczył do sań i wyciął pięścią w plecy zaskoczonego woźnicę.
- Won, sobaka! - wrzasnął wściekle. Koń mocno podcięty batem, ruszył z miejsca ostrym kłusem i sanki zniknęły za rogiem ulicy.
- Pojechał? - rozległ się za plecami doktora roześmiany głos Niny.
- Uciekł, jakby go furie goniły! - Setkowicz odwrócił się i patrzył na nią z uśmiechem. Był zarumieniony z podniecenia, a jego czarne oczy lśniły radością.- Będzie miał mnóstwo nieprzyjemności, bo ja na serio oskarżę go przed naczelnikiem. Może pani wyjechać spokojnie. Żadna żywa dusza tutaj się więcej nie pokaże. Co najwyżej, przyjdą za jakiś czas spytać stróża, czy pani jeszcze żyje.
- Nie wiem, jak Nina, ale ja trzęsłam się ze strachu.- wyznała Mira, obejmując się ramionami, jakby było jej zimno.
- A ja całą drogę odmawiałam różaniec. - dorzuciła Jaga.
- A mnie się chciało śmiać!- oznajmiła Nina beztrosko.- Najbardziej wtedy, gdy panna Eugenia z taką straszną miną wpuściła go do pokoju. Myślałam, że nie wytrzymam i parsknę głośnym śmiechem.
- Wszyscy znakomicie odegraliśmy nasze role.- stwierdził Setkowicz, zacierając ręce.- Moglibyśmy dawać przedstawienia za pieniądze. Podobno ostatnio w teatrach robi furorę jakaś pani Modrzejewska, ale założę się, że pani Nina pobiłaby ją na głowę. Sam byłem gotów uwierzyć w pani chorobę.
    Pod Mirą trzęsły się jeszcze kolana, więc odstawiła niepotrzebną już miskę z mokrymi ręcznikami i opadła na krzesło.
- Dzielna dziewczynka. - Nina ucałowała ją w policzek. - Ale najcięższe zadanie miała moja najmilsza niania, i jak zwykle spisała się cudownie. Udało ci się zwabić tu tego typa, a reszta poszła już jak po maśle.- pochwyciła Jagę w ramiona i okręciła się z nią po kuchni.- Moja jedyna, najdroższa mateczko, nigdy mnie nie zawiodłaś.
- Ale zawiodę, jeżeli w tej chwili mnie nie puścisz! - zagroziła Jaga z udawaną surowością. - Stara jestem i nie mam ochoty na tańce.
    Nina raz jeszcze ją cmoknęła i spojrzała do lusterka.
- Och, muszę natychmiast zetrzeć te plamy z buraków, bo jeszcze kogoś nimi zarażę!
    Wszyscy zaczęli się śmiać, lecz odrobinę niepewnie, bo jakby tak żandarm powrócił....
- Szczególne podziękowania należą się panu doktorowi Ulasiewiczowi. - Setkowicz uścisnął koledze rękę. - Nie tylko dał mi się namówić do odegrania komedii, ale tak się przejął swą rolą, że o mało w zapale nie przyłożył pięścią temu idiocie.
- Bo ośmielił się kwestionować moje zaświadczenie! - oznajmił obrażony lekarz, a potem sam się roześmiał.
Nina serdecznie podziękowała obu panom. Podniecona ogólną wesołością Chérie, zaczęła szczekać, obskakując wszystkich po kolei.
- Uspokójcie tę biedną psinkę, bo biedaczka jest kompletnie roztrzęsiona.- powiedziała panna Eugenia z szerokim uśmiechem i czule podrapała szalejącą suczkę za uszami.
- Moja Chérie miała ochotę skrócić zębami spodnie żandarmowi.- zaśmiała się Nina, broniąc się przed charciczką, która skoczyła przednimi łapami na jej kolana i próbowała lizać ją po twarzy, wyrażając w ten sposób swoją miłość.
    Z emocji, Nina niemal całą noc nie spała, obmyślając plany na przyszłość. Jaga także nie mogła zmrużyć oka, modląc się i popłakując. Tylko Mira zmęczona wrażeniami dnia, zasnęła zaraz głębokim snem.
- Córeńko, a może ty tam nie pojedziesz? - szepnęła Jaga, pochylając się nad Niną. - To taka niebezpieczna podróż, a potem ta Warszawa.... Bez przepustki, bez dokumentów, Chryste Panie, jakże ty sobie tam poradzisz ? O, ja nie zaznam ani chwili spokoju, dopóki nie wrócisz.
- Mam nadzieję, że uda mi się wszystko załatwić pomyślnie. - Nina próbowała dodać jej odwagi, przecierając piekące z niewyspania oczy. - Musimy nareszcie wyrwać się z tego piekła. Chcę zobaczyć moje dziecko!
- Ja także bardzo za nią tęsknię. Zabierzemy Żiżi do Francji, prawda? - ożywiła się Jaga.
- Naturalnie. Chcę też tam widzieć Binię z chłopcami. Nareszcie nasza rodzina będzie w komplecie.
- Modlę się o to do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy.- westchnęła Jaga i mocno przytuliła Ninę do siebie.
    Myślała z rozpaczą, że jutro o tej porze, jej dziecko będzie już daleko od niej i zdane tylko na siebie.
    Panna Wąsocka przyjechała z samego rana.
   Nina była już gotowa do podróży, a Jaga układając jej rzeczy w torbie podróżnej, ukradkiem roniła łzy, drżąc z obawy o swoją ukochaną dziewczynkę. Bała się, że w razie nieszczęścia, nie będzie jej przy Ninie. Nieustannie podchodziła do torby i dopakowywała jeszcze jakiś przysmak, wyobrażając sobie, że biedne dziecko będzie głodne. Niestrudzenie dreptała z kuchni do pokoju, odpowiadając na pytania Jadwigi i nieznacznie ocierała wilgotne oczy. Przechodząc koło kanapki, na której siedziała Nina, czule gładziła ją po głowie. Przypominała kurę, która wysiedziawszy łabędzia, nie może pogodzić się z jego odlotem. Ale i Ninie nie było lekko rozstawać się z nianią. Jaga była dla niej najbliższą i najukochańszą osobą na świecie, bez której nie wyobrażała sobie życia. Widząc jej twarz, zmartwioną i mokrą od łez, wstała i wtuliła się w ciepłe, mocne ramiona.
- Postaram się wrócić, jak tylko będę mogła najszybciej. A ty, moja mateczko, nie martw się o mnie, bo będę bardzo ostrożna. I błagam, nie płacz! Miruniu, powierzam ci moją mateczkę. Nie pozwól jej zamartwiać się o mnie. Przecież będę pod opieką pana mecenasa Porzyckiego, albo panny Gousselin.
- Uważaj na siebie dziecinko.- Jaga już nie mogła wstrzymać łez. - W tej Warszawie taki ruch, nie wpadnij pod jakiś wóz, albo pod konie. A pieniądze wzięłaś? Kup tam sobie coś ładnego. O mój Jezu, jak ja się o ciebie boję! - szlochała.
Nina miała do siebie ciche pretensje, że nie podziela jej obaw i cieszy się na tę podróż. Pomimo całej miłości, jaką darzyła nianię, miała już dosyć tego ponurego monotonnego życia, a raczej nędznej wegetacji. Pragnęła wolności i dobrobytu. Marzyła, żeby odzyskać swój majątek we Francji i ponownie stać się wielką damą, panią hrabiną Klonowiecką. Rozmyślając o tym, odruchowo wyprostowała pochylony kark i uniosła głowę.
Jaga dostrzegła ten ruch i ból nieuchronności rozstania przeszył jej serce.
Świętokrzyski strój ludowy.
   Jadwiga nagliła do pośpiechu, więc zaraz po śniadaniu, Nina przebrała się, wkładając strój wieśniaczki spod Bodzentyna. Ubrała szeroką spódnicę w czarno-bordowe pasy, a na ramiona narzuciła obszerną zapaskę. Na nogi wsunęła wysokie sznurowane trzewiki. Franka, pokojówka Jadwigi, była również smukła i jej ubranie idealnie na Ninę pasowało, jedynie buty były za duże i trzeba je było wypchać papierami.
- Odtąd figurujesz w dokumentach panny Jadwigi jako"pracowita".- odezwała się Mira z powagą. - Masz dobrze służyć swojej pani i zachowywać się przyzwoicie.
    Nina zaczęła się śmiać i dygnęła, mimo woli przeglądając się w lusterku. Z niezadowoleniem zauważyła, że szerokie spódnice mocno ją pogrubiają.
- Weź pod zapaskę moją chustę. - poradziła Jaga.- Płaszcz i suknię schowałam do torby, przebierzesz się w Warszawie.
    Niania podała jej wielką chustę, którą można się było okrywać wraz z głową. Tego dnia Setkowicz miał dyżur w szpitalu, lecz urwał się na godzinę i przybiegł, żeby się pożegnać. Udawał wesołość i głośno żartował bojąc się, żeby ktoś nie odgadł, jak bardzo lęka się o Ninę.
- Jest pani najpiękniejszą wieśniaczką, jaką w życiu widziałem.- zdobył się nawet na komplement. Przy pożegnaniu wręczył jej kartkę z warszawskimi adresami.
- Proszę się tego nauczyć na pamięć, a kartkę zniszczyć. Niech pani wysiądzie w mieście w najruchliwszym miejscu, może przy kolei żelaznej. A gdzie zamierza pani nocować?
- Mam nadzieję, że przyjmie mnie moja dawna przełożona pensji, panna Emilia Gousselin. W ostateczności mogę zawsze zatrzymać się u naszego radcy prawnego, pana mecenasa Porzyckiego. Przez pannę Gousselin zamierzam trafić do naszych dawnych znajomych z "piątek". Pomogą mi porozumieć się z konsulatem brytyjskim.
Setkowicz nie był zachwycony tym, co usłyszał.
- Wolałbym, żeby pani unikała dawnych znajomości. Proszę przenocować u moich krewnych na Powiślu. Policjanci rzadko w to miejsce zaglądają. Tam się pani przebierze i dopiero wtedy uda się pani do znajomych.
- Tak zrobię. Dziękuję, panie Ignasiu.
- Gdyby na nieszczęście adresy okazały się nieaktualne, proszę udać się do mojej matki. Ale to jedynie w ostateczności. Tam nie jest bezpiecznie, bo u niej zbierają się socjaliści, a za nimi węszą szpicle. Niech się pani nie waży osobiście zbliżać do konsulatu. Tajna policja ma interesantów na oku i zostałaby pani aresztowana pod byle pretekstem. Mam nadzieje, że pani wie, na co się naraża? - szepnął jej do ucha. - Nie mam najmniejszej ochoty wyciągać pani z Cytadeli.
Po ciele Niny przebiegły ciarki na wspomnienie straszliwej twierdzy, ale nie okazała strachu.
- Oczywiście, że wiem co robię.
- O Jezu, tak się boję o ciebie! Nina, nie jedź! - zawołała rozpaczliwie Jaga, usłyszawszy jego ostatnie słowa.
- Nianiu, nic mi się nie stanie, obiecuję. A pan, doktorze, dla ratowania przyjaciół, gotów byłby sam podkopać się pod Cytadelę!
- Jeszcze nie upadłem na głowę!- odburknął i odwrócił się do niej plecami.
    Pożegnanie odbyło się szybko i cicho. Pomimo wczesnej pory, na dworze było prawie ciemno i wiał lodowaty wiatr. Drobne płatki śniegu wirowały w powietrzu, utrudniając widoczność. Śnieg, który spadł na początku tygodnia, utworzył na poboczach drogi nieregularne muldy. Franka przebrana w suknię Niny, siedziała w saloniku panny Eugenii, gdzie miała pozostać aż do powrotu swojej pani.
    Stangret i Setkowicz, wnosili do karety osadzonej na płozach, paczki i pledy. Konie zniecierpliwione długim postojem parskały, potrząsając dzwonkami uprzęży. Nina wzięła torbę podróżną i skierowała się do drzwi. Do mieszkania wdarł się powiew zimnego powietrza. Rozejrzała się po pokoju i serce jej ścisnęło się pod wpływem przykrego uczucia niepokoju. Małe mieszkanko, teraz wydało się jej przytulnym i bezpiecznym azylem. Nie była pewna, czy uda się jej powrócić do domu.
- Pani Nino, czas! - ponaglił Setkowicz. - Nad czym pani tak się zastanawia?
- Bo pożegnania są takie smutne. - uniosła się na palcach i ucałowała go w policzek. - Do zobaczenia, panie Ignasiu. Proszę się opiekować moją gromadką.
Poczerwieniał i odwróciwszy się raptownie, uciekł z pokoju. Z czułych ramion niani, Nina powędrowała w objęcia płaczącej Miry i panny Eugenii.
- Moje drogie dziecko, życzę pani z serca powodzenia.- powiedziała stara nauczycielka, wpatrując się w nią ze wzruszeniem.
Panna Wąsocka pożegnawszy się ze wszystkimi, pierwsza wyszła na ulicę. Setkowicz z rzadką u niego galanterią, pomógł jej wsiąść do karety i podał pudełko owoców kandyzowanych w cukrze.
- Franiu, przestań się guzdrać!- zawołała Jadwiga niecierpliwie.- Szybciej!- skarciła ociągającą się Ninę. - Och, tylko patrzeć, jak szpicle zainteresują się nami.- dorzuciła szeptem do ucha doktora.
Nina wchodząc w rolę pokojówki, dygnęła grzecznie i wsiadła do powozu, skromnie przycupnąwszy na przedniej ławeczce. Za nią natychmiast wpakowała się Chérie, bynajmniej nie zamierzając opuścić powozu i z całej siły wtulając się w obfite fałdy spódnicy swej pani. Próbowała wejść pod ławeczkę, piszcząc i skomląc żałośnie. Nina wyciągnęła ją stamtąd, podniosła i pocałowała podłużny pyszczek charciczki, oddając ją w ręce niani.
- No, chodź do mnie! - mruknęła Jaga, przyciskając z całej siły wyrywającą się suczkę. - Nie możesz jechać karetą z panią. Oj, co ja mam strapienia z tym nieznośnym stworzeniem. - narzekała głośno, ale nieszczerze, bo już tak bardzo przywiązała się do suczki, że nie wyobrażała sobie bez niej życia. - Kotuniu, wracaj szczęśliwie!- zawołała, widząc przez zasłonę z łez, pobladłą twarz Niny za szybą okna karety.
- Niechże pani Jaga tak głośno nie krzyczy! - zganił ją Setkowicz. - Ktoś może usłyszeć i donieść do żandarmerii.
- Hetta, wio! - zawołał stangret, wywijając długim batem.
Zadzwoniły dzwonki uprzęży, pod płozami zaskrzypiał śnieg i kareta ruszyła z miejsca. Nina wyglądając przez pokrytą szronem szybę obserwowała, jak kamienica oddala się, pozostaje w tyle i wolno niknie za coraz gęstszą białą kurtyną padającego śniegu. Brzydki, nielubiany przez nią dom, naraz wydał się jej miłym schronieniem przed drapieżnym, okrutnym światem. Pozostawiwszy wszystko, co kochała, odważnie wychodziła na spotkanie swego przeznaczenia. Uparcie spoglądała przez mętną szybę, pragnąc jeszcze przez chwilę dostrzec osoby stojące przed domem.

Ale śnieg padał coraz gęstszy, a kontury przedmiotów i sylwetki ludzi malały i nikły. Nikogo już nie widziała za śnieżnym welonem. Setkowicz nie zważając na mróz, szedł za karetą patrząc, jak wolno niknie pomiędzy rzędami ulicznych drzew, a ślady kół zasypuje padający coraz gęściej śnieg.