czwartek, 13 października 2016

KIM BYŁ TAJEMNICZY RANNY POWSTANIEC Z PORAJÓW?



    Widocznie złośliwy los zdrzemnął się na chwilę, bo ten dzień okazał się dla nich szczęśliwy. Powróciwszy do domu, w saloniku panny Eugenii zastały czekającą na nich Zosię.
- Trusieńka! - wielkim głosem wrzasnęła Nina i rozkładając ramiona, rzuciła się z głośnym płaczem w objęcia przyjaciółki. - Kochana moja, najmilsza.... A ja myślałam, że już wszyscy o mnie zapomnieli! - mocno objęte, całowały się po mokrych od łez policzkach.

    Z objęć Niny, powędrowała Zosia w ramiona Jagi. Zaprowadziły kochanego gościa do mieszkania i posadziły w pokoju na kanapce. Nina zaraz zakrzątnęła się, nastawiając samowar, ale zajrzawszy do szafki stwierdziła, że chleba było za mało, więc szepnęła Jadze, żeby coś kupiła w pobliskim sklepiku. Było jej ogromne przykro, że nie ma czym przyjąć tak bardzo kochanego i oczekiwanego gościa.
- Ninko, błagam, nigdzie pani Jagi nie wysyłaj, bo nie potrzeba. W saniach jest szynka, kiełbasy, ciasto, pieczona gęś, ćwiartka świni, jaja, masło, śmietana, jarzyny. Przywiozłam ci trzy worki ziemniaków, owoce i olej. Od Kumosi, macie panie kilka butelek nalewki wiśniowej, oraz twoje ulubione ciasteczka czekoladowe. Kochanie, zaraz wróci stangret, bo posłałam go do miasta i przyniesie kosze do domu. Aha, przywiozłam wam wiejskiego chleba. Gdzie macie spiżarnię?
     Nina wzruszyła ramionami.
- Też coś! Luksusów ci się zachciewa? Po co nam spiżarnia, i tak nie mamy co do niej włożyć.
- O mój Boże.- zmartwiła się Zosia, przenosząc wzrok z przyjaciółki na Jagę. - A pani Jaga ma jakąś pomoc?
- Oczywiście, że ma. - roześmiała się Nina. - Mnie i Mirę. Zaręczam ci, że bardzo się nie napracujemy, bo nie ma przy czym. Żyjemy tu po spartańsku.
- Widzę.- Zosia rozejrzała się, po więcej niż skromnym pokoju - Boże, że też ci nędznicy nie pozwolili wam przyjechać do Brzezińca. To zgroza, żebyście egzystowały w takich warunkach. Nino, nie wolno ci niszczyć rąk, bo jesteś pianistką. Wszystko robicie same, a u mnie we dworze tyle dziewcząt gzi się z nudów! Zaraz bym wam jedną przysłała do pomocy.
- Aha, zamieszkałaby chyba w szafie lub na strychu, bo tu, jak widzisz, miejsca nie ma nawet dla kota. - Nina ponownie ją uściskała. - Trusieńko, masz złote serduszko, ale do czasu musimy zadowolić się tym, co mamy. Stałam się minimalistką i wolę ten apartament, od celi więziennej.- Nina starała się nadać głosowi pogodny ton, co jej się raczej nie udawało.- Lepiej opowiedz, co u was słychać nowego? Jak się miewają moi staruszkowie? Och, jakże ja za wami wszystkimi tęsknię! ...
- Od staruszków masz tysiące błogosławieństw i pocałunków.
- A Walenty nadal cierpi na serce? - dopytywała się Nina, przysiadając przy niej na kanapce i ujmując ją za rękę.
- Walenty? - Zosia opuściła powieki, wpatrując się w kamienną posadzkę. - O, stanowczo czuje się lepiej i nic mu już nie dolega. Kumosia koniecznie chciała ze mną jechać, ale dziś mroźno i bałam się, że może się przeziębić. Zresztą nie dostałaby przepustki. Biedna, aż popłakała się z żalu, że nie zobaczy swojego kwiatuszka. To taka kochana starowinka, wszyscy za nią przepadamy. A jaka użyteczna... Stefan często cierpiał na anginę, ale ona go wykurowała.
     Oczy Niny zaszkliły się ze wzruszenia.
- Nie wyobrażasz sobie, kochanie, jak mi was wszystkich brakuje. Tak tęsknię za górami, za wolnym powietrzem i koniem. Ale mniejsza z tym. Powiedz, dlaczego nikt z was tak długo się nie odzywał? Co się dzieje z Setkowiczem? Dlaczego Binia nie pisze?
     Zosia zarzucona gradem pytań, prędko zamrugała powiekami. Odwróciwszy głowę udała, że patrzy w okno.
- No, gdzież ten stangret? - niecierpliwie przytupywała stopą w posadzkę.- Ależ pisaliśmy listy, widocznie ginęły na poczcie. A doktor? Znasz go przecież, zawsze oryginał. W szpitalu kieleckim nie mieli chirurga i zatrzymali go na pewien czas.
- W takim razie uważam, że powinien nas o tym zawiadomić.- oświadczyła Nina z urazą, czując w głębi serca żal do doktora, że po prostu zawiódł jej oczekiwania.-Wszystkie niepokoiłyśmy się o niego.
     Do pokoju weszła Jaga, niosąc dymiący samowar. Rozstawiła na stole gliniane kubki i talerzyki.
- Właśnie mówię, - zwróciła się do niej Zosia - że z naszego doktora oryginał, ale złote serce. O, taki sam zegar widziałam w Zameczku!
- Bo to ten sam. - w kilku słowach Nina opowiedziała, w jaki sposób zegar ponownie trafił do jej rąk.
- I ten żołnierz pobiegł za tobą? - zdziwiła się Zosia.
- Tak. Nie potrafię nienawidzić człowieka tylko za to, że nosi na sobie mundur wrogiej armii.
- Słusznie, bo to już byłby szowinizm.- przytaknęła Zosia.- Chyba pamiętasz, że jakiś Rosjanin ocalił Tadziowi życie. Codziennie modlę się za niego.
     Na policzki Niny wypłynął mocny rumieniec.
- Jak to dobrze, że dostałaś paszport. - szybko zaczęła mówić o czymś innym.
- Bo nasz naczelnik wojenny to także porządny człowiek. Ale za poprzedniego nie było nam lekko. Tadek dostał zakaz oddalania się z domu, nałożyli na nas drugą kontrybucję i musiałam sprzedać Ciążyny.
- Sprzedałaś ziemię rodzinną? - wykrzyknęła Nina z przerażeniem, wyobraziwszy sobie, co musiała przeżywać Zosia, tak bardzo przywiązana do ojcowizny.
- Ratowałam Tadka. Groziło mu zesłanie za udział w powstaniu. Cudem wykręcił się od więzienia, udając ciężko chorego. Nie mogliśmy na krok ruszyć się z domu bez szpicla, a nasze listy nie docierały do adresatów.
- No tak, teraz wszystko rozumiem. - Nina ucałowała jej chłodny policzek. - To dlatego nie miałam od was wiadomości, bo całą korespondencję konfiskowano. Zapewne w ten sam sposób ginęły listy od Setkowicza i Bini.
- Właśnie. Na szczęście, nowy naczelnik zniósł ten zakaz i zezwolił na swobodne poruszanie się po całej guberni. Jest namiętnym myśliwym, stale jeździ z Tadkiem na polowania i bardzo go lubi. Ale ja mam do niego pretensje, bo za bardzo mi męża rozpija.
    Zosia machnęła ręką i zauważywszy, że Jaga wyszła, aby pożyczyć u panny Eugenii więcej naczyń, natychmiast spoważniała i zajrzała Ninie w oczy.    -Kochana, bądź ze mną zupełnie szczera. Powiedz mi, jak traktowano ciebie w więzieniu? Tadek wrócił z Radomia ponury, z językiem zawiązanym na supeł. Nic mi nie powiedział.
     Wpatrując się w jej dobre niebieskie oczy, Nina była świadoma, że Zosi może powiedzieć absolutnie wszystko. Otwarła przed nią serce i wyznała jej takie szczegóły okrutnego śledztwa, o których nawet niani nigdy nie wspomniała. Zacinając się i jąkając ze zdenerwowania, mówiła jak przesłuchujący ją zboczeniec, tłukł ją po głowie i bił po twarzy, a potem wpychał jej siłą rękę miedzy uda, próbując w ten "subtelny" sposób ją podniecić. Zosia słuchała jej śmiertelnie blada, nie przerywając ani słowem. Jej zacięta mina i płonące gniewem oczy świadczyły, jak bardzo jest przejęta tą opowieścią. Nina nie wstydziła się przyznać jej, że wegetują na skraju nędzy. Znała Zosię od dziecka, razem przeżywały ciężkie chwile w powstaniu i rozumiały się nawet bez słów.
- Najmilsza, niech cię Bóg błogosławi za tyle męstwa!- powiedziała Zosia z powagą, ściskając ją. - Nawet silny mężczyzna załamałby się pod takimi ciosami, jakie ty odważnie znosiłaś. Jesteś bohaterką! Jakże dumny byłby z ciebie pan Aleksander.
- Tak myślisz?- na ustach Niny pojawił się blady, smutny uśmiech. Przyjemnie jej było usłyszeć, że mąż byłby z niej zadowolony. - Starałam się znieść godnie najcięższe ciosy, lecz z jednym nie mogę się pogodzić. Widzisz, gdyby mój dom został zburzony, wróciłabym tam i podniosłabym go z ruin, choćbym sama musiała nosić każdą cegłę. Po Alku, to Maków był największą miłością mego życia. Ale mój dom stoi! Odebrano mi go siłą i oddano jakiemuś carskiemu sługusowi i nawet z daleka nie wolno mi spojrzeć na niego.
     Przymknęła powieki i przywołała w pamięci piękny letni dzień. Na klombach rozkwitały krzaki róż i rosarium wyglądało jak mały ziemski raj. Wyniesione z zimowego ogrodu drzewka pomarańczowe kwitły i pokoje pełne były delikatnej, zmysłowej woni. Takim właśnie, najdokładniej zapamiętała swój dom: w krasie ogrodów w pełnym rozkwicie i kojącym szumie fontann. 
    Odetchnęła i otworzywszy oczy, przywołała się do porządku.
- Wyobraź sobie, trusiu, że niedawno widziałam tu Starewicza! Jechał wytwornym powozem z tą swoją prostacką żoną i bachorem. Jego powóz ciągnęło cztery makowskie araby. O mały włos mnie nie przejechali! A kiedy stałam na skraju chodnika, w nędznych łachach, on mnie poznał i miał czelność okazać mi litość. Czy zdajesz sobie sprawę, co wtedy czułam? - uniosła obie ręce i chwyciła się za głowę.- Byłam już bita, chciano mnie zgwałcić, ubliżano mi najohydniejszymi wyzwiskami, jednak nie było to dla mnie aż tak upokarzające, jak jego współczujące spojrzenie. Och, tylko za to jedno spojrzenie wpakowałabym mu z rozkoszą kulę w sam środek mózgownicy! - zgrzytnęła z wściekłości zębami.
- Wielka szkoda, że naszej policji narodowej, nie udało się wysłać tego nędznika na drugi świat.- odezwała się Zosia, a na jej delikatnej, łagodnej twarzyczce odmalował się wyraz lodowatego chłodu i nienawiści.
     Nina nie miała wątpliwości, że gdyby okoliczności sprzyjały, Zosia również bez namysłu nacisnęłaby cyngiel pistoletu. I za to ją kochała.
- Dobrze, że pani wojewodzina tego nie dożyła.- podjęła Zosia po chwili. - Passons, wróćmy do rzeczywistości. Kochanie, my pamiętamy, że jesteśmy twoimi dłużnikami i spłacimy cię do końca. Ale czekaj! Dlaczego nie odpisałaś Bini, że dostałaś pieniądze?
     Nina zrobiła wielkie oczy.
- Kiedy ja żadnych pieniędzy nie otrzymałam. Binia nie odpowiadała na moje listy i bardzo się tym martwiłam. Mówiłam, ze moja korespondencja ginie.
     Zosia ściągnęła brwi z zatroskaną miną.
- Muszę jej o tym napisać. Lepiej niech kieruje listy na nasz adres. A teraz mów, moja najmilsza, czego wam najbardziej potrzeba.
- Ależ trusiu, nie mogę przyjmować od was pomocy wiedząc, że nie zdołam się wam odwdzięczyć.
- Nino, przypomnij sobie, że to dzięki tobie zachowaliśmy dom i majątek! Błagam, nie kieruj się dumą, zupełnie w tej sytuacji niestosowną. Jesteś naszą siostrą, a w rodzinie należy sobie wzajemnie pomagać.
     Zaczęły się sprzeczać, obejmując się i całując, obie bliskie płaczu. Ktoś wszedł do kuchni i zapukał w przymknięte drzwi do pokoju. Obie jednocześnie się odwróciły, a Nina po raz drugi tego dnia wydała okrzyk radości, na widok tak dobrze znanej postaci młodego mężczyzny.
- Maciek! Mój Maciuś!
     Chłopak rzucił się jej do nóg, obsypując pocałunkami jej ręce i suknię. Buczał przy tym jak bąk ze wzruszenia. Nina nie mogła się dosyć nacieszyć, widząc swego dawnego wiernego towarzysza wojennych przygód, któremu zawdzięczała życie. Kiedy odjeżdżała z Makowa, nie pozwolono jej się z nim pożegnać. Zapamiętała go ciężko rannego, a teraz ujrzała dorodnego mężczyznę w pełni sił. Z radości rzuciła się mu na szyję i ucałowała jak drogiego brata. Maciek przypomniał jej ukochaną klaczkę, wiele wspólnie przeżytych dni i dalekich konnych wypraw.
 - O Jezu, o słodki Jezu, prędzej bym się śmierci spodziewał, niż tego, że pan polegnie, a moja najśliczniejsza pani tułać się będzie po cudzych kątach. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie, kiedy tylu porządnych ludzi ziemię gryzie.
- Słusznie. Zdejmij kożuch i siadaj. Zaraz będzie herbata.- powiedziała Nina, patrząc na niego z dumą. - Znakomicie wyglądasz. Jak twoja rana, nie dolega ci?
- O, jużem dawno o niej zapomniał. Czasami kłuje mnie w boku, ale nasz pan doktor mówił, że potem i to minie. Niech mu ta Pan Jezus błogosławi, święte ma ręce.
    Usiadł nieśmiało i rozejrzał się po pokoju, tak różniącym się od przepysznych salonów pałacu.
- A w Makowie czasem bywasz? - zagadnęła Nina, nie patrząc na niego.
- Przecie niemal co dnia tamtędy jeżdżę. Czasami skoczę przez mur do parku i do stajen zajrzę. Nie ma już naszych konisków. Są inne, owszem ładne, ale to nie nasze araby. Zachodzę i do pana Bochniaka i razem wspominamy dobre, stare czasy. Poczciwe panisko i Moskalom tylko z musu służy, bo ma rodzinę i dzieci kształci, a to kosztuje. O, nawet wczoraj go widziałem, to mi powiedział:"Zobaczysz, jeszcze dożyję dnia, kiedy wróci pani hrabina z panienką."
     Z ust Niny wyrwał się ni to śmiech, ni to szloch. Zasłoniła na moment twarz dłońmi i westchnęła.
- A do kaplicy czasami zaglądasz? Nie zburzyli jej?- dopytywała się coraz ciszej, przygryzając usta.
- Wczoraj tam byłem, pomodlić się za duszę pana. Drzwi zabite deskami, bo nikt tam nie chodzi. Ludzie gadają, że tam straszy...- uśmiechnął się drapieżnie.- Pewnie ich ta przelana niewinnie krew straszy! Kaplicy nie zburzą, bo pan Bochniak jej broni i powiada, że to stara budowla, jeszcze z dawnych czasów i różne legendy ludzie opowiadają o niej.
     Zosia bystrym okiem dostrzegła zmienioną twarz Niny i jej drżące usta.
- Maciek, innym razem opowiesz to pani. - próbowała skierować rozmowę na inny temat, ale Nina zaprotestowała:
- Zosieńko, błagam, niech mówi! Przecież tylko w ten sposób mogę się czegoś dowiedzieć o moim domu. Nowego właściciela widziałeś?
- Pewnie żem go widział. Moskiewskie ścierwo! - warknął z pasją. - Babę sobie sprowadził i dzieciaki. Po ludzku nie gada, nikogo spokojnie nie wysłucha, tylko mordę drze. Gruby, czerwony na gębie i nadęty. Sołdaty drzewa w parku wycinają, bo chce mieć z okna ładniejszy widok. Naszą sarenkę kazał zastrzelić, bo gadał, że wściekła. Sam psubrat wściekły! Cały dzień lata po Makowie z nahajem i ludzi nim bije, bo mu ręki szkoda. Laboga, jakbym gospodarstwa i dziewuchy nie miał i do wesela się nie sposobił, to bym mu te szczeniaki w stawie potopił i już! Jak ślepe kocięta! Niechby poginęły, jak nasze chłopaki potopione w bagnie.- zasyczał z zawziętą chłopską nienawiścią.
     Nina przyglądała się mu z posępną dumą. Jakiż to wspaniały chłopak! Był przecież podoficerem Wojska Polskiego w powstaniu. Chlubił się odznaczeniami, które wręczył mu sam generał Hauke - Bosak. Upadek powstania nie zdołał go złamać i nie ugasił ognia płonącego w jego rogatej, buntowniczej duszy.
- Wyrosłeś na bardzo wartościowego człowieka, Maciuś. - powiedziała, ujmując w mocny uścisk jego dużą, twardą rękę. - Marzyłam, że w przyszłości ty zastąpisz pana Bochniaka i będziesz zarządzał całym majątkiem. Tyle dobrego dla mnie zrobiłeś, a ja nie mogę ci się odwdzięczyć, bo wszystko straciłam. Ale mimo to, jestem z ciebie ogromnie dumna.
- O Jezu, przecie wiem jaka straszna krzywda moją jaśnie paniuleczkę spotkała. Ale przecie mam od mojej pani gospodarstwo Burzawów, a to kawał ziemi. Tego mi nie odebrali, bo u rejenta zapisane.
     Zaczęła go wypytywać, ciekawa, jak ułożył sobie życie i z kim zamierza się ożenić. Zwierzał się jej ze swoich planów na przyszłość, dopytując się o szkoły rolnicze, w których mógłby się dokształcić. Nina słuchała go, pełna uznania dla jego wyższych aspiracji wierząc, że nie zmarnuje zdolności i stanie się mądrym, światłym polskim gospodarzem. Pochwaliła jego zapał i poradziła mu, do kogo powinien się zwrócić, a potem raz jeszcze ucałowała go bardzo wzruszona.
- Jestem z ciebie taka dumna, Maciuś. - powtórzyła. - Godnie nosiłeś powstańczą odznakę i zasłużyłeś sobie na szczęśliwe życie.
     Zosia obawiała się dla niej silnych wzruszeń.
- Na razie dosyć wspomnień. A ty, Maciek, nie gorączkuj się, bo pani zaraz wszystkim się przejmuje i nie daj Boże, może źle się poczuć. - dała mu nieznaczny znak i Maciek domyśliwszy się, że damy chcą zostać same, wstał i powiedział do Niny:
- Trzeba poznosić kosze z sań. Gdzie mam je zanieść?
     Nina zakłopotała się, lecz z pomocą pospieszyła jej panna Eugenia, udostępniając im własną piwnicę.
- Trusiu, dlaczego go wyprawiłaś?- spytała Nina z żalem, zamierzając dłużej porozmawiać ze swoim ulubieńcem.
- Powroty do przeszłości bywają bolesne, a ty ciężko chorowałaś i każdą wzmiankę o Makowie bardzo przeżywasz.
  Zosia poprawiła się na twardej kanapce i posłała jej słodki uśmiech.
- Maciek to wspaniały chłopak, lecz ostatnio zrobił się taki pyskaty, że nawet Tadkowi potrafi się postawić. Ale Tadek za nim przepada i na wszystko mu pozwala. Wkrótce pożenimy go z córką waszego wójta. Dziewczyna jak rzepa i posażna! Nino, na miłość boską, nie płacz ... Chciałam go zostawić w domu, ale tak mnie prosił, że nie miałam serca odmówić. No, moja najmilsza....
- Przepraszam, ale on mi tak przypomniał Maków. To ja chciałam wyprawić mu kiedyś wesele. - Nina otarła oczy i opanowała emocje. - Cieszę się, że przygarnęliście go do siebie. Nie wątpię, że Maciek swoje dzieci wychowa na dobrych Polaków. Wpoi im wartości, jakie i my wyznawaliśmy. To już nie będzie ciemny, zacofany chłop, ale światły polski gospodarz.
     Rozmowa się urwała, bo właśnie Jaga wniosła całą tacę kanapek z wędliną i ciasto. Nina zerwała się i zaczęła rozstawiać na stole pożyczone od sąsiadki filiżanki i spodeczki. Samowar już dymił i można było podawać herbatę.
- A co porabia Tadeusz? - Nina przez ramię spojrzała na Zosię.
- Pojechał z naczelnikiem wojennym na polowanie. To dobry człowiek, klnie, wrzeszczy, głośno się odgraża, ale nikomu nie wyrządził krzywdy, a wielu pomógł. Często przesiadują z Tadkiem u pana Orlewicza w Gliszczyskach.
- To pan Stanisław wrócił?- zainteresowała się Jaga, zawsze łaskawa dla młodego leśnika.
- Nie i nikt nie wie, co się z nim stało. Ale stary pan Orlewicz ma nadzieję, że syn żyje i kiedyś wróci.
     Nina w milczeniu słuchała tej rozmowy, czując przenikający ją dotkliwy ból. Świat w którym żyła niszczał, kończył się nieodwołalnie. Przepadali ludzie, ginęły majątki. Zosia zmęczona rozmową i długą podróżą, chciwie piła gorącą herbatę.
- Czy wiesz, Nino, co się stało z Tomkiem Kochanem? - zagadnęła, odkładając na talerzyk ugryzioną kanapkę z szynką.
- Oczywiście, że wiem. Poległ na Łysej Polanie. Wprawdzie nie odnalazłam jego ciała, lecz bez wątpienia, jego zwłoki zostały wrzucone do bagna, razem z innymi. Bardzo mnie to boli, bo Alek go kochał i pragnął go usynowić. Razem polegli.
- Tak sądzisz? A przypominasz sobie może tego powstańca, który przywlókł się ciężko ranny do Porajów, niosąc szablę pana Aleksandra?
- Naturalnie. Panna Kazimiera podarowała mi ją, ale kiedy mnie aresztowano, ktoś szablę ukradł. Co to ma wspólnego z Tomkiem? Znaleźli może jego zwłoki?
- Nie. To Tomek był tym rannym powstańcem. Panna Kazimiera go nie poznała, a on nie powiedział jej kim jest. Był tak ciężko ranny, że przez długi czas nie mógł nawet mówić. Panna Kazimiera, dopiero po wielu miesiącach dowiedziała się, kim jest ten ranny chłopak. Ale on jest jakiś dziwny. Nawet odzyskawszy przytomność wolał milczeć, jak zaklęty. Tylko Maciek go rozpoznał.
     Nina stanęła jak wryta, a potem syknęła z bólu, bo kropla wrzącej wody kapnęła jej na rękę. To, co usłyszała, nie mogło jej się pomieścić w głowie.
- Nie, to niemożliwe. Przecież Tomek zaraz dałby mi znać o sobie. Z pewnością wiedział, jakie to dla mnie ważne, dowiedzieć się o ostatnich chwilach życia mego męża! Był przecież przy jego śmierci. Nie wierzę, żeby to był Tomek. Może to ktoś podobny do niego. Maciek musiał się pomylić.
- Maciek się nie pomylił i to jest Tomek. - oświadczyła Zosia stanowczo. - Obaj teraz często się spotykają. Tomek otrzymał bagnetem ranę w brzuch i w płuco. Gorączka nie opuszczała go przez wiele tygodni. Panna Kazimiera myślała, że umrze, ale on się wylizał. Kiedy wrócił do zdrowia, jakby zaniemówił. Nie chciał z nikim rozmawiać, tylko zamknął się w sobie, jak ślimak w muszli. Maciek powiedział mu, że jedzie ze mną do Radomia i będzie się z tobą widział. Pytał, czy chce ci coś przekazać? Powiedział, że nie, ale dodał, iż pamięta i nigdy nie zapomni dobroci, jaką mu okazywałaś. Naprawdę, trudno go zrozumieć, bo moim zdaniem, zachowuje się nienormalnie. Czy on ma jakąś rodzinę?
- Jest sierotą. Wychowywał się u jakiejś ciotki, ale nie miał tam lekkiego życia.- Nina usiadła i westchnęła. 
    Czuła się bardzo zawiedziona zachowaniem chłopca. Mógł jej tyle opowiedzieć, bo z pogromu na Łysej Polanie prawie nikt nie ocalał. Tomek był w bitwie do końca, bo odchodząc zabrał szablę poległego dowódcy. Przykro jej było, że chłopak, którego Aleks tak bardzo kochał, okazał się niewdzięczny.
- Masz rację. - powiedziała cicho. - Ja także go nie rozumiem. Pamiętam, że on wprost bałwochwalczo uwielbiał mego męża. Wpatrywał się w niego jak w tęczę, a każde jego słowo było dla Tomka świętością. Od tego dnia, kiedy pod Słupią ocalił Alkowi życie, prawie się nie rozstawali. Był z nim nawet za granicą, a mąż polecił służbie traktować go jak panicza i zamierzał go usynowić i nadać mu tytuł. Więc skąd u niego taka zmiana?
     Jaga zajęta przygotowywaniem obiadu, przyszła z kuchni i spojrzała na nią z poważną miną.
- Nie rozumiesz? Przecież to proste. Ten biedny chłopiec nie potrafi przeboleć śmierci swego opiekuna i dobrodzieja. Obwinia się, że nie zdołał go uratować, a sam przeżył. Dlatego nie chciał spotkać się z tobą i wolał, żebyś go miała za poległego.
- Ależ to szaleństwo! - wykrzyknęła wstrząśnięta Nina. - Cóż on mógł zdziałać przeciwko wojsku i armatom?
- Pani Jaga ma rację. - Zosia zgodziła się ze zdaniem niani. - Temu chłopcu pewnie nikt nigdy nie okazał ani odrobiny uczucia, dopóki pan Aleksander nim się nie zajął. Ale po śmierci opiekuna, cały świat Tomka nagle się zwalił. Tylko w ten sposób można tłumaczyć jego dziwną alienację1. Mówiła mi panna Kazimiera, że on aż dyszy nienawiścią i chęcią zemsty. Gdzieś posłyszał, że za granicą tworzą się polskie oddziały i teraz całymi dniami jeździ palcem po mapie, wyznaczając sobie trasę ucieczki do Francji. Pragnie tam połączyć się z Bosakiem. Panna Kazimiera obawia się, żeby Tomek nie popełnił jakiegoś szaleństwa i nie wpadł w łapy policji, bo wtedy zawiśnie na szubienicy. Razem z Maćkiem uczą się i zmawiają na Moskali. Prosiłam Tadeusza, żeby zabronił im się spotykać z sobą, ale znasz mego męża! Uznał, że to dorośli mężczyźni i mają prawo od czasu do czasu pogadać.
     Nina zamyśliła się, przypominając sobie, jak często była zazdrosna o ojcowskie uczucia okazywane chłopcu przez męża. Nieustannie winiła siebie o to, że nie dała Aleksowi męskiego potomka. Potem zrobiło się jej Tomka ogromnie żal. Bitwa i śmierć opiekuna, musiały być dla tego wrażliwego chłopca czymś potwornym, niewyobrażalnie bolesnym, pozostawiając głębokie ślady w jego psychice. Najwidoczniej świadomość, iż udało mu się przeżyć, uważał za hańbę i wstydził się tego. Przypomniała sobie, że mąż miał względem niego wielkie plany. Wiedziała, że zamierzał go usynowić, dając mu nazwisko, tytuł i połowę majątku, a może nawet ustanowić ordynację2. Gdyby nie wybuchło powstanie, biedny chłopski syn, zostałby hrabią i właścicielem wielkiego majątku.
    Z bólem przypomniała sobie, że mąż prosił ją, w razie swojej śmierci, o opiekę nad przybranym synem. Przyrzekła, lecz wówczas była jeszcze dziedziczką Makowa. Teraz jest niemal nędzarką, ale wierna przyrzeczeniu złożonemu poległemu mężowi, postanowiła w miarę możności zająć się losem chłopca. Wstała i zapaliła świeczkę w lichtarzyku, bo w pokoju uczyniło się niemal ciemno.
- Trusiu, nie wiesz, kiedy doktor Setkowicz przyjedzie do Radomia?
     Zosia tak prędko przełknęła łyk gorącej herbaty, że zakrztusiła się i zaczęła kaszleć.
- Mówiłam ci, kochanie, że doktor pracuje w Kielcach. - złapała oddech i odchrząknęła.
- A ma on jakieś ciepłe buty i lepszy płaszcz? - zatroszczyła się Jaga, pamiętająca o wszystkim.
- Naturalnie. Zresztą w szpitalu jest ciepło i ma tam codzienne wyżywienie. - odpowiedziała Zosia i pospiesznie zaczęła opowiadać o Stachu, któremu dokuczał reumatyzm, a tak był uparty, że pomimo bolących kości, pojechał z Tadeuszem i naczelnikiem wojennym na polowanie. Dawni pracownicy z Makowa, garnęli się do Siekielskiego pamiętając, że był on powstańcem i przyjacielem hrabiego.
     Zosia wspomniała jeszcze o Jadwidze, daremnie wyrywającej się do narzeczonego mieszkającego w Galicji. Jednak rodzice ustawicznie odwlekali jej wyjazd uważając, że jeszcze powinna siedzieć w domu, dopóki Artur nie skończy studiów i nie dostanie pracy. Zrobiło się ciemno i Jaga podała obiad, po czym Zosia zaczęła zbierać się do drogi. Na nocleg zatrzymała się w hotelu, gdyż w mieście obowiązywała godzina policyjna. 
    Wrócił Maciek, a za nim wpadła Mira, zakończywszy w tym dniu korepetycje. Na widok Zosi stanęła jak wryta, a potem wydała przeraźliwy pisk i rzuciła się jej na szyję.
- Enfin3! Co za niespodzianka!...
     Korzystając z zamieszania, Nina skinęła na Maćka i oboje weszli do kuchni, zamykając za sobą drzwi.
- Będziesz widział się z Tomkiem? - Nina usadowiła się na wiklinowym koszu na brudną bieliznę, wskazując Maćkowi jedyny stołek.
     W jego jasnych oczach zapaliły się iskierki ciekawości.
- To jaśnie pani już wie o nim? Co mam mu powiedzieć?
     Nina sięgnęła do kieszeni i wyjęła safianowe pudełeczko. Otworzyła je i na czarnym aksamicie zalśnił tysiącem ogni prześliczny motyl.
- Ten klejnot jest bardzo cenny. Był ostatnim prezentem mego męża w pierwszą rocznicę naszego ślubu. Rano pójdziesz na rynek, tam jest sklep jubilera, który skupuje drogie kamienie i złoto. Pani dziedziczka Siekielska pomoże ci sprzedać tę broszkę. Uzyskane pieniądze oddasz Tomkowi i powiesz mu ode mnie, że musi uciekać do Francji. Tam są polskie szkoły i zanim wstąpi do wojska, powinien się kształcić, bo taka była wola pana pułkownika, pamiętaj! Dam ci list do księcia Władysława Czartoryskiego. Mieszka w Paryżu w pałacu Lambert i jest opiekunem polskiej młodzieży we Francji. To dobry, życzliwy młodzieży człowiek. Tu masz spisane na kartce nazwiska osób, do których Tomek może się zwrócić w Krakowie i w Paryżu. Panna Kazimiera ułatwi mu ucieczkę, bo za pieniądze będzie mógł wynająć przewodnika. Powiedz Tomkowi ode mnie, że jest wspaniałym mężczyzną i jego przybrany ojciec byłby z niego dumny. Ja wiem, że on walczył do końca u boku pułkownika, ale nie był w stanie go uratować. Nikt nie mógł! Powiedz mu, że podziwiam go i kocham, bo pamiętam jak bardzo był przywiązany do pułkownika. Powiedz mu, że pan pułkownik zamierzał go usynowić i dać mu swoje nazwisko, bo uważał go za syna. Zapamiętasz, co mówię?
- Zapamiętam.
- Doskonale. Powiedz Tomkowi, że jeśli uda się mi przedostać do Francji, odnajdę go. Wtedy będzie miał dom rodzinny i kochającą rodzinę. W imieniu jego przybranego ojca, nakazuję mu natychmiast uciekać z kraju, ale musi bardzo uważać, bo Moskale mogą go aresztować na granicy. Powtórzysz?
- A jakże.- odszepnął Maciek czerwony z emocji. - Wszystko powtórzę i pieniądze mu oddam. Jezu, ale się chłopak ucieszy! Toż on o mało na śmierć się nie zagryzł ze strapienia i bał się jaśnie pani w oczy spojrzeć.
- Tomek widział śmierć pana?
- Nie widział, bo wcześniej sołdat dziabnął go bagnetem w brzuch i w piersi. Omdlał, a jak otworzył oczy było już po bitwie i pan nie żył. Więc wziął jego szablę i poszedł, żeby oddać ją jaśnie pani. Ale zasłabł i doszedł tylko do Porajów. Dalej już nie wie, co się z nim działo. Chryste, jak ten chłopak rozpaczał.... Ale teraz już mu będzie lżej na duszy. A moja pani, to jak ten prawdziwy anioł z nieba! - Maciek pochwycił obie jej ręce i ucałował je z uniesieniem.
Zamyśliła się i naraz błyskawica gniewu przemknęła jej po twarzy.
- Powiem ci coś w zaufaniu. Tylko nie mów pani Siekielskiej, że wiesz o tym. Chcesz dowiedzieć się, kto naprowadził Moskali na Łysą Polanę?
- Słodki Jezu, a pewnie, że byśmy chcieli. - Maciek niemal wstrzymał oddech, wpatrując się w nią z napięciem.
     Opowiedziała mu o spotkaniu z Żabcem na sali przesłuchań. Wspominając te makabryczne chwile, zaczęła drżeć jak w ataku febry. Zachowanie Maćka także w jednej chwili uległo zmianie. Poprzednia radość zniknęła, ustępując wybuchowi strasznej nienawiści.
- To za to ścierwo wikarego, tylu dobrych ludzi poszło do ziemi?- wysyczał z taką pasją, że aż piana wystąpiła mu na wargi.- I nie ma pomsty na tego starego gada? Piorun w niego nie strzelił? Jak nie ma na tym świecie sprawiedliwości, trza ją samemu robić!
     Chłopak wpadł w taką wściekłość, że Nina zlękła się o niego i czyniła sobie wyrzuty, że wygadała się o Żabcu. Maciek był raptus, a teraz aż płonął żądzą zemsty.
- Maciek, tylko nie zróbcie czegoś głupiego! - ostrzegła, zaniepokojona wyrazem jego oczu. - Moskale mogliby się mścić.
- A juści!- zadrwił.- Będziemy czekać, aż sukinsyn zdechnie ze starości i diabli go na widłach do piekła zaniosą?
- Mówię ci, nie szalej! - zawołała. Była zdenerwowana i zniecierpliwiona. - Sprzedaj broszkę i niech Tomek ucieka. A przy sposobności przypomnij mu, że pułkownik życzył sobie żeby się kształcił na oficera. A dobrym dowódcą może być jedynie ten, kto ma wyższe wykształcenie wojskowe. Ucałuj go ode mnie.
     Maciek sapnął, lecz jego jasne oczy nadal były lodowato zimne i nieprzeniknione.
- A pewnie. Zrobię, co mi jaśnie pani przykazała.- oświadczył z bardzo podejrzaną uległością.
     Nina znała go zbyt dobrze, aby uwierzyć, że on o sprawie zapomni. Niebieskie oczy lśniły mu jak ślepia głodnego wilka, i raz po raz rozdymał nozdrza, jakby wietrzył zapach krwi. Do końca wizyty był pochmurny i zamyślony.
- Maciuś, uważajcie na siebie. Błagam, ja nie chcę was stracić! - prosiła, całując go na pożegnanie.
     Skinął głową, bez słowa objął jej kolana, ucałował ręce i wyszedł z kuchni na ulicę, przygotować sanie do drogi.
Wszystkie panie odprowadziły Zosię przed dom i kolejno żegnały ją z płaczem, patrząc przez łzy na odjeżdżające sanie. Ninę ponownie ogarnęła nieopisanie bolesna tęsknota. Jej serce wyrywało się z piersi do przyjaciół, do ukochanych gór i lasów świętokrzyskich. A przede wszystkim do Makowa. Przeczuwała, że nigdy tam nie powróci, chyba we śnie lub cudem.
 

1 Alienacja - wyobcowanie,obojętność.
2 Ordynacja - wielka posiadłość ziemska, niepodzielna, dziedziczona w całości przez najstarszego syna, lub najbliższego krewnego, majorat.
3Enfin! - Nareszcie!