wtorek, 25 października 2016

KTO BYŁ SPRAWCĄ ZBRODNI W RÓŻANEJ ALTANIE?


 21 października 2016 r.
     Był zimny, pochmurny dzień, ciemny od ulewnego deszczu zacinającego w okna z północnym wiatrem. Pogoda była tak przykra, że Nina nie spodziewała się nawet odwiedzin Setkowicza. Poprzedniego dnia, doktor był bardzo przygnębiony ponurymi nowinami, jakie nadeszły z Podlasia.
Sokołów Podlaski. Pomnik ku czci ks.gen. Stanisława  Brzóski
    25 maja, w Sokołowie Podlaskim, na ustawionej w rynku szubienicy, stracono naczelnego kapelana Wojska Polskiego, księdza generała Stanisława Brzóskę i jego adiutanta Franciszka Wilczyńskiego, herbu Poraj. Długa działalność powstańcza księdza, doprowadzała carskie władze do szewskiej pasji i dokładano wszelkich starań, aby wytropić i rozbić jego oddział. Istnienie na Podlasiu partii powstańczej, przeczyło radosnym komunikatom Berga, głoszącym całkowite zdławienie walki zbrojnej w kraju.
Zdjęcie ks. gen. Stanisława Brzóski w więzieniu. Ślady tortur.
    Ksiądz Brzóska z pogardą odrzucił proponowaną mu znaczną kwotę pieniędzy i gwarancję wolnego wyjazdu za granicę. Jego siłę stanowiło wsparcie podlaskiego chłopstwa i drobnej szlachty. Służyli mu wiernie, strzegli i ukrywali.  Księdza generała wydała kurierka Rządu Narodowego Antonina Konarzewska. Śmierć bohaterskiego księdza i jego adiutanta, była dla społeczeństwa kolejnym bolesnym ciosem. Na wieść o egzekucji, panna Eugenia i Mira gorzko płakały,       Ninie opadły ręce i zwątpiła w możliwość ucieczki.
    Korzystając z dziennego światła, przysunęła sobie stołeczek do okna i kończyła haftować atłasową bluzeczkę, naszywając ją drobnymi kryształowymi koralikami w zawiłe wzory. To zamówienie przyjęła od pewnej Rosjanki, żony oficera, pragnąc dowiedzieć się od niej czegoś o państwie Bestużewach. Okazało się, że wkrótce po pamiętnym balu, major otrzymał przeniesienie i oboje wyjechali w głąb guberni kijowskiej. Nina bardzo żałowała, że nie zdążyła się z nimi pożegnać i raz jeszcze podziękować za oddaną jej przysługę.
    Rzuciła okiem na tarczę rokokowego zegara. Wskazówki zbliżały się do godziny dwunastej. Mira była w pracy, a niania z panną Eugenią wybrały się na targowisko, gdzie taniej można było kupić świeże masło, jajka i drób od wiejskich gospodyń. Podczas pracy ścierpły jej plecy, więc wstała i poszła do kuchni, aby przygotować obiad. Za nią, krok w krok, postępowała suczka, nie spuszczając Niny z oczu. Bardzo szybko się zadomowiła, stając się ulubienicą pań. Była łagodna, posłuszna i widocznie spragniona ludzkiej miłości. Przed Jagą czuła respekt, lubiła Mirę, ale na swoją panią zaraz wybrała sobie Ninę i towarzyszyła jej wszędzie, gdziekolwiek się ruszyła, stając się małą obecnością. Nawet w nocy pragnęła być blisko swojej pani i przyciągała swój kocyk w pobliże łóżka.
    Nina nastawiając wywar z jarzyn i kości na zupę pomidorową, co chwilę odwracała się do niej i coś mówiła, albo pochylała się i gładziła białą sierść. Dawno nie posiadała nic własnego, co należałoby tylko do niej. Uśmiechnęła się do ulubienicy i rozbiwszy mięso na kotlety, odłożyła je na bok, skrobiąc marchewkę na jarzynkę. Dzięki swej ciężkiej, benedyktyńskiej pracy i pomocy przyjaciół, mogły sobie teraz już pozwolić na dobre jedzenie. Jaga nie musiała męczyć się praniem, bo wynajmowały praczkę, a raz w tygodniu przychodziła kobieta i dokładnie sprzątała mieszkanie, myła okna i szorowała podłogi.
    Sprawdziwszy, że zupa się gotuje, Nina podrzuciła kilka drewienek do pieca, z melancholią wspominając czasy, kiedy najcięższą pracą fizyczną, jaką wykonywała, było pociągnięcie taśmy dzwonka i wezwanie służby. Westchnęła i zaczęła obtaczać kotlety w mące, jajku i tartej bułce, potem wrzuciła mięso na wrzący smalec. Pociągnęła nosem, bo zapach smażących się kotletów był bardzo apetyczny. Upieczone mięso wstawiła do ciepłego piekarnika, następnie zasmażyła na maśle starte na tarce pomidory, które dodane do zupy, zapewniały jej wyborny smak i kolor zupy rakowej. Doszła do wniosku, że niepotrzebnie się śpieszy, bo i tak zdąży z obiadem przed przyjściem Jagi. Nalała wody do miseczki dla Chérie, i przemawiając do niej pieszczotliwie, oskrobała młode ziemniaczki, a potem zaprawiła zupę śmietaną i utarła do niej francuskie kluseczki. Spojrzała w okno zalewane falami deszczu i zmartwiła się, że niania zmoknie i może się przeziębić. Chciała rano posłać na targ usługującą im żonę stróża, ale Jaga uparła się uważając, że nikt nie kupi tak tanio kury, bo tylko ona potrafi się targować. Nina potrząsnęła z ubolewaniem głową i raz jeszcze spojrzała na ulicę, wyczekując powrotu niani. Ale zamiast niej, zobaczyła ze zdumieniem zajeżdżającą przed dom karetę.
Takie eleganckie powozy nie ukazywały się na tej ulicy. Powoli zapominała, że niegdyś sama jeździła wspaniałym ekwipażem, zaprzężonym w czwórkę arabskich koni. Na widok Jadwigi Wąsockiej wysiadającej z powozu, wydała okrzyk radości. Jadwiga szła do bramy, zasłaniana przez stangreta parasolem, unosząc wysoko krynolinę, aby uchronić ją przed zamoczeniem. Nina aż podskoczyła z uciechy. Dawniej, w panieńskich czasach, nie przyjaźniły się, ale w czasie powstania zbliżyły się do siebie i wzajemnie polubiły. To w jej domu Jadwiga poznała swego przyszłego męża, który z kolei zawdzięczał życie Aleksowi, bo ten, jakby przeczuwając co ich czeka, nie wziął go z sobą, wyznaczając mu inne zadanie. Nina pośpiesznie zdjęła z siebie poplamiony tłuszczem fartuszek i wybiegła na spotkanie, witając pannę Wąsocką, jak najmilszego gościa.
 - Boże, co za pogoda! - Jadwiga oddała Ninie uścisk, zdejmując z siebie mokrą niebieską rotundę i kapelusz, z którego kapała woda. - Mieszkasz, Nino, tak daleko, że stangret musiał kilka razy dopytywać się o ulicę. Potem ugrzęźliśmy w błocie niemal po osie i już traciłam nadzieję, że do ciebie trafimy.
- Trzeba było spytać o Piotrówkę, każdy przechodzień wskazałby ci drogę, bo to najstarsza część miasta.- Nina wprowadziła gościa do pokoju i posadziła na kanapce. - Zaraz napijesz się gorącej herbaty, bo zmokłaś. A ja wyglądałam na ulicę, gdyż spodziewałam się powrotu niani i sąsiadki z targowiska. Sama jestem, bo Mira w szkole i przyjdzie dopiero po trzeciej. Poczekaj, zaraz przyniosę samowar. Tymczasem zapoznaj się z moją Chérie. Piesiuniu, dotrzymaj pani towarzystwa.
- Jaki śliczny piesek! - zawołała Jadwiga z zachwytem. - Chart, prawdziwy chart! Musiała dużo kosztować, bo to bardzo drogie psy.
- Ależ kochanie, za co miałabym ją kupić? Doktor Setkowicz znalazł ją pod płotem, konającą z wyczerpania i głodu i przyniósł do domu.
    Przytaszczywszy do pokoju samowar, Nina rozdmuchała pod nim ogień. Pijąc herbatę przyjrzała się Jadwidze, nie bez zazdrości stwierdzając, że panna Wąsocka jeszcze nigdy nie wyglądała tak uroczo. Była w pełni rozkwitu kobiecości i promieniowała szczęściem. Jednym rzutem oka Nina oceniła jej modną, szeroką suknię z bladoniebieskiego kaszmiru, w delikatny granatowy rzucik, przybraną błękitnymi taśmami i kokardami. Ze swej strony Jadwiga dyskretnie przyglądała się Ninie, starając się nie okazywać zdziwienia i współczucia. Skromnie, gładko uczesana, w ciemnej niemodnej sukience bez krynoliny, niewiele przypominała prześliczną i rozpieszczoną młodą hrabinę z makowskiego pałacu. Szczuplutka figura, blada twarz i przesmutne oczy, były widocznym śladem tragicznych przeżyć. Niewielki pokój również nie był podobny do wielkich, stylowych salonów pałacu. Ale Jadwiga była zbyt dobrze wychowana, aby okazać swoje wrażenie i udała, że nic ją nie dziwi.
- Tak się cieszę, że nareszcie widzę kogoś z moich ukochanych stron.- oznajmiła Nina serdecznie. - Rodzice zdrowi? A Stasi odpowiada życie w zakonie?
- Rodzice?- Jadwiga wydała z siebie komiczne westchnienie.- O, rozpiera ich energia, szczególnie mamę. Jak zacznie pokrzykiwać, to tylko uciekać, gdzie oczy poniosą. Ale niedawno ciężko chorowała i obawialiśmy się nawet najgorszego. Bogu dzięki, już dobrze. Papcio zadowolony, że nasze Siewki ocalały, chociaż aż dwa razy były doszczętnie okradzione. Na szczęście, najcenniejsze rzeczy udało się nam uratować. Potem przez dwa lata dopisywał urodzaj i powoli wszystko powraca do normy. Tylko ja nie mam spokoju, bo ciągle słyszę w domu złośliwe uwagi pod adresem Artura. Niestety, rodzice go nie akceptują. Wtedy, po bitwie, wprost szalałam z rozpaczy, bo byłam przekonana, że poległ razem z innymi. Wówczas właśnie wyznałam rodzicom, że jestem zaręczona z chłopskim synem. Przyjęli to dosyć spokojnie sądząc, że on nie żyje i obawiali się o mój rozum. Ale kiedy się okazało, że Artur żyje, zaczęły się awantury. Nie mogłam wyjechać, bo mama ciężko zachorowała i musiałam ją pielęgnować. Ale teraz powiedziałam, koniec! Jestem pełnoletnia i mam prawo decydować o swoim przyszłym losie. Najdalej za kilka miesięcy zostanę panią Śliwiakową.
- Rodzice zgodzili się na wasz ślub?

- Nie mają wyboru. Zagroziłam, że wyjadę z domu bez pożegnania.- w oczach Jadwigi błysnął płomień gniewu. - Nie pozwolę, żeby rodzice po raz drugi decydowali o mojej przyszłości. Nie muszę ci przypominać, co z tego wynikło. Ślub naturalnie weźmiemy już w Krakowie, bo Artur tu wrócić nie może. Wyobraź sobie, że Stasia zupełnie oszalała i zamiast wspierać mnie jak siostra, oświadczyła mi, że ona nie życzy sobie chłopa w rodzinie i raczej się mnie wyrzeknie, niż uzna takiego szwagra! Dowodziła mi, że jak świat światem, w rodzinie Wąsockich nie było chłopa. Straszna z niej snobka, prawda? Zachowuje się wcale nie po chrześcijańsku i powiem ci, Nino, że całkiem straciłam dla niej serce. Widocznie po wstąpieniu do klasztoru, coś padło jej na mózg. Ale ja ciągle opowiadam ci o moich kłopotach, a nie mówię o najważniejszym. Posłuchaj tylko, wybrał się do ciebie Tadeusz, ale zawrócili go z samych rogatek Radomia. Powrócił do Brzezińca w takiej pasji, że połamał krzesło i przez kilka dni nie można się było do niego zbliżyć. Jesteś dobrze pilnowana przez Moskali.
- O, wiem o tym doskonale, ale dlaczego Tadzia zawrócili? - spytała Nina rozżalona, że nie zobaczy przyjaciela.
    Jadwiga potrząsnęła czarnymi lokami i przewróciła z westchnieniem oczami.
- Znasz naszego Tadzia. Do szabli, wojaczki, polowania i tańca, to on jedyny, ale sprytu nie ma za grosz! Na rogatkach strażnicy często wypytują, po co i do kogo się jedzie. A Tadek, zamiast powiedzieć, że wybrał się na jarmark, albo do urzędu, pochwalił się, że przyjechał w odwiedziny do pani Klonowieckiej. Oferma! Oni, tam na rogatkach, muszą mieć jakieś listy osób podejrzanych, bo strażnik rzucił okiem na papier i poszedł po oficera. Wtedy rozpoczęło się prawdziwe przesłuchanie. Oficer bardzo podejrzliwie przypatrywał się pustemu rękawowi w płaszczu Tadzia i na koniec rozkazał mu wynosić się z miasta dodając, że ma prawdziwe szczęście, iż trafił na niego, bo żandarmi inaczej by z nim pogadali. Tadek po powrocie do domu dostał niemal szału i nawet Zosia bała się do niego przystąpić.
 - Kochany, biedny Tadzio. - w oczach Niny ukazały się łzy. - Tak czekałam na jego przyjazd, bo dawno się nie widzieliśmy. A ty, Jadziu, nie miałaś trudności na rogatce?
- O, ja nie chwaliłam się, że jadę do ciebie. Oficjalnie, załatwiam sprawy w urzędzie podatkowym.
    Nina w zamyśleniu wpatrywała się w okno, zalewane strugami deszczu. Tadeusz był bardzo nieostrożny, wymieniając głośno jej nazwisko. Widocznie władze carskie nie życzyły sobie, aby ją ktokolwiek odwiedzał.
- Przywiozłam ci od Siekielskich dwieście rubli. - powiedziała Jadwiga, wyjmując z torebki portfelik i wręczając jej banknoty. - Tadek prosi, żebyś mu wybaczyła, że nie udało się mu dostarczyć wam żywności, ale wszystko wkrótce przywiozą gospodarze z Brzezińca. Ja, jadąc karetą, niewiele mogłam zabrać. Ale Tadek tak na mnie wrzeszczał, że zrezygnowałam z wzięcia ubiorów na zmianę i na to miejsce wpakowałam dla was trochę przysmaków.
    Biorąc pieniądze, Nina zarumieniła się mocno z przykrości.
- Przysięgam ci, Jadziu, że nie chciałam brać od Tadzia ani grosza. Ale obecnie jestem w tak trudnej sytuacji materialnej, że muszę przyjąć jego pomoc, bo zbieram pieniądze na ucieczkę za granicę. Posłuchaj, Jadziu, możesz mi bardzo pomóc, lecz uprzedzam, to się wiąże z ryzykiem i masz prawo odmówić. Nie będę miała o to żalu do ciebie.
    Wtajemniczyła pannę Wąsocką w swoje plany, podkreślając palącą konieczność znalezienia się w Warszawie. Jadwiga słuchała jej z czerwonymi z podniecenia policzkami.
- Naturalnie, że ci pomogę.- odpowiedziała bez namysłu.- Ale jakże chcesz podróżować, kiedy jesteś śledzona? Nie możesz tam wysłać kogoś innego? Na przykład mnie albo doktora?
    Ale Nina miała już cały plan ułożony, więc przysiadła się bliżej do Jadwigi i powiedziała półgłosem:
- Moja droga, żyjemy w czasach terroru. Ludzie nie ufają sobie wzajemnie. Pan mecenas Porzycki może by wam uwierzył, czytając mój list, ale już w konsulacie brytyjskim z pewnością nie dadzą wam wiary, bo dobrze wiedzą, jakie trudności stwarza policja, żeby uniemożliwić im kontakt ze mną. Oni nawet Bini nie chcieli powiedzieć, kto mnie szuka. Muszę tę sprawę załatwić osobiście. Kiedy zdecydujesz się jechać na Mazowsze, błagam, daj mi znać. Jeśli się zgodzisz, mogę jechać z tobą w przebraniu pokojówki, bo służba nie musi mieć dokumentów, jest wpisana w paszport pani lub pana.
    Jadwidze bardzo zaimponował ten pomysł.
- Zamierzasz zostać moją służącą? Świetnie! Sama wpadłaś na ten pomysł?
- Aha!
    Zaczęły omawiać szczegóły, a Jadwiga zgadzała się na wszystko, mimo iż ryzykowała niemal tak samo jak Nina. Za oknami wzmagała się wichura, a smukły pień topoli giął się jakby z bólu pod naporem wiatru, w szyby biła ulewa. Nina zmartwiła się na myśl, że Jaga wraca w takim deszczu na swoich spuchniętych nogach. Była przekonana, że nawet konając, nie weźmie dorożki, bo szkoda jej pieniędzy. Jadwiga również spojrzała w okno i podniosła się z kanapki.
- Nie martw się. Zaraz każę Bartkowi wyjechać naprzeciw twojej niani. Zabierze ją z drogi, bo pamięta ją jeszcze z Sarnik.
    Wydawszy stangretowi polecenie, wróciła do pokoju drżąc z zimna i otrzepując się z kropli deszczu.
- Więc mogę, Jadziu, na ciebie liczyć? - spytała Nina z nadzieją.
- Oczywiście. Ja nie zapomniałam, ile ci zawdzięczam. Bywały chwile, że ciebie nie cierpiałam, a pani wojewodziny wprost nienawidziłam. Nie byłam wtedy zdolna do obiektywnej oceny sytuacji. Dziś was obie błogosławię. W twoim domu poznałam Artura i znalazłam prawdziwą miłość. Kiedy inni odwracali się ode mnie, nawet jedyna siostra mnie potępiała, tylko ty i Zosia, zawsze okazywałyście mi serce. Takich rzeczy się nie zapomina. Ale uprzedzam, Nino, musisz uzbroić się w cierpliwość. Już raz odmówiono mi zgody na wyjazd na Mazowsze. Widocznie papcio dał za małą łapówkę. Jesienią sprzedamy zbiory i urzędnik dostanie więcej srebrnych rubli. Sądzę, że wówczas zezwolą mi na podróż.
    Pochyliła się i pogładziła po głowie leżącą przy nogach Niny suczkę.
- Jest prześliczna. Doktor Setkowicz nadal cię adoruje? - spojrzała na Ninę figlarnie.
- Nie, Jadziu, nic z tego, co myślisz. Ubóstwiałam mojego męża i nikt mi go nie zastąpi. Zresztą ja chcę uciekać za granicę, bo w przeciwnym razie, Moskale mnie zamęczą lub ześlą.
- Rozumiem, ale ludzie, jak to ludzie, trochę plotkowali. Nawet dziwili się, że nie wyszłaś za Orlewicza, bo to taki porządny chłopak i od zawsze był w tobie zakochany.
- Było mi bardzo przykro, że musiałam go zranić, ale zdecydowałam, że nigdy więcej nie wyjdę za mąż. Wyobraź sobie, że los odebrał ci pana Artura tam, na Łysej Polanie. Pomyślałabyś o innym mężu?
    Jadwiga aż poszarzała na twarzy i prędko się przeżegnała.
- O Boże, nie, nigdy! - zawołała przejęta. - Przepraszam cię, mówiłam głupstwa. - objęła Ninę i mocno ją ucałowała.- Wiesz, że Stasia i ja, nie należymy do kobiet, które prędko zapominają. Śmierć Władka złamała mojej siostrze życie.
- Pamiętam. - Nina posmutniała i pokiwała głową. - Powiedz mi, Jadziu, co słychać w moim Makowie?
    Panna Wąsocka starannie wygładziła na spódnicy nie istniejące fałdy, nie podnosząc oczu.
- Na twoim miejscu postarałabym się nie wspominać Makowa. Ten Rosjanin rządzi tam twardą ręką, a biedny pan Bochniak aż piszczy, ale ciągle wierzy, że kiedyś tam wrócisz. Ot, fantasta! Papa mówi, że obecny właściciel majątku, prowadzi gospodarkę rabunkową.
- Nie rozumiem. - Nina spojrzała na nią zdumiona.
- No bo on wycina na wielką skalę lasy i najpiękniejsze drzewa sprzedaje Żydom.
- Co?- Nina aż zjeżyła się z wściekłości.- Tnie moje lasy? Jak on śmie! Przecież to wspaniały starodrzew.
    Jadwiga uspokajającym gestem położyła rękę na jej dłoni.
- Kochanie, bądź realistką. To są teraz jego lasy i może je ciąć. Wobec gospodarzy także zastosował metodę twardych rządów. Osadników z Pliszkowej Górki wypędził, a na ich miejscu osadził niemieckich kolonistów, którzy słono zapłacili mu za ziemię i nowe domy.
- Wyrzucił ich? - wykrzyknęła Nina tak zdenerwowana, że pomiędzy jej wykrzywionymi ustami błysnęły zęby. - Nie miał prawa! Oni mieli ważny akt spisany notarialnie, a ziemia i domy były ich własnością.
- Nino, przecież wszystkie akty prawne dotyczące waszego majątku, zostały unieważnione.- przypomniała Jadwiga, nie mogąc patrzyć na jej zbolałą twarz. - Prawa dyktują naczelnicy wojenni. Przypomnij sobie, że to car jednym ukazem  uwłaszczającym chłopów, dokonał tego, czego nie zdołała  dokazać wielka armia i baterie armat. Po prostu kupił sobie chłopstwo, które jawnie wystąpiło przeciwko dziedzicom i żołnierzom powstania. Miasta są sterroryzowane, a chłopi  wrodzy. Rozkazy cara i naczelników wojennych są nieodwracalne, więc przestań marzyć o Makowie.
Dekret Aleksandra II uwłaszczający chłopów polskich 2 .III 1864 r.
- Ja sobie tego nie mogę wyobrazić.- Nina miała ochotę krzyczeć na całe gardło, by wyrzucić z siebie wściekłość, nienawiść i gorycz porażki.- Alek marzył, żeby dać bezrolnym własną ziemię i nauczyć ich pracować na swoim. Tyle pieniędzy poszło na marne.... A co z osadnikami?
- Błąkają się bezdomni po wsiach i przeklinają Moskali.
   Jadwiga nie miała odwagi powiedzieć jej, że wygnani chłopi przeklinają poległego dziedzica i dziedziczkę podejrzewając, że zostali przez nich oszukani.
- A czy ten przeklęty kacap nie zamierza czasem rozebrać kaplicy grobowej? - dopytywała się Nina, bliska ataku histerii. - Och, powiedz mi prawdę, niczego nie ukrywaj przede mną.
    Była taka blada i udręczona, że Jadwiga najpierw podała jej szklankę herbaty.
- O kaplicę możesz być spokojna. Żonie tego Rosjanina, służba tyle nakładła do uszu, o rzekomo pojawiających się tam zjawach, i o tym, że kto się waży zburzyć ten przybytek zmarłych, tego czeka straszna kara, że teraz wszyscy omijają to miejsce z daleka. Wiesz, że Rosjanie bywają przesądni, ale coś musi być na rzeczy, bo pewnej nocy wartownicy patrolujący park, uciekli z wrzaskiem przysięgając, że na własne oczy widzieli, jak w kaplicy zapaliło się światło i słyszeli jakby jęki.
    Na bezkrwistych wargach Niny pojawił się cień uśmiechu. Wiedziała, co myśleć o tych niesamowitych wydarzeniach. Mogłaby przysiąc, że pan Bochniak i Maciek maczali w tym palce. Drzwi mogły być sobie zabite gwoździami, ale Maciek był młody, zwinny jak kot i potrafił wejść przez okno. Swego czasu sama uwierzyła w opowieści o duchach, ujrzawszy światło w oknach kaplicy.
- Niedawno wizytował pałac jakiś ważny gość, bo cały Maków obstawiony był wojskiem. - podjęła Jadwiga, zauważywszy, że Nina ochłonęła z gniewu. - Przebąkiwano nawet, że to któryś z z rodziny carskiej. Służba w większej części jest rosyjska. Generał sprowadził z Rosji powozy, konie i często wydaje w pałacu przyjęcie i bale... Wielki świat! Ale w dużym salonie nadal wisi na ścianie twój portret, obok portretu nieboszczki Pauli. Niektórzy nawet dziwili się, że nowy właściciel nie wyrzucił tych obrazów, ale on powiedział, że nie chce niszczyć dzieł sztuki.

    Nina doznała wrażenia, że zaraz umrze! Słowa Jadwigi zadały jej ranę, przez którą wyciekała jej dusza. Wsparła głowę o oparcie kanapki i zamknęła powieki. Jadwiga nie zauważyła tego, bo ciągnęła dalej ze wzburzeniem:
- Nie wyobrażasz sobie, do jakiej podłości zdolni są nasi rodacy. Wiele szanowanych niegdyś osób, teraz doprasza się zaproszenia na jakąś zabawę, czy obiad w nadziei, iż uda się im coś wyżebrać. Ulgę w podatkach lub cofnięcie grzywny. Od rana przed pałacem sznur powozów, a w sieni tłum pokornych petentów, oczekujących na łaskawe spojrzenie pana. A na przedzie, nasza kochana Dorotka! Podobno pilnie uczy się języka rosyjskiego, aby móc konwersować z samą madame generałową!
Jak sobie pewnie przypominasz, Dora wysławiała się po francusku, comme une vache espagnole1! Ale jej majątek kwitnie, dokupiła jeszcze ziemi od brata Wacia Barycza, który za udział Wacia w powstaniu, został ukarany bardzo wysoką grzywną i tak zubożał, że musiał przenieść się do miasta. Tak, moja droga, Dora łokciami się rozpycha idąc przez życie, a sąsiedzi kłaniają się jej nisko, obawiając się donosu. Rodzice ją przeklęli i oświadczyli, że córki nie mają. Słyszałam, że pan Jabłocki czyni starania, by cały majątek przepisać krewnemu i wydziedziczyć Dorotę. Ale to mu się nie uda.
    Nina słuchała w milczeniu, zaciskając mocno zęby. Miała wrażenie, że cały pokój wiruje wraz z nią. Jadwiga spojrzała na nią i nagle umilkła.
- Przepraszam. - szepnęła zmieszana. - Nie powinnam była o tym mówić.
    Nina próbowała zebrać siły i się opanować. Była zbyt słaba, aby czuć nienawiść i doszła do kresu swoich marzeń. Maków był bezpowrotnie stracony i nic już tego faktu nie zmieni.
- Widzę, że źle się czujesz. - panna Wąsocka patrzyła na nią zatroskana.
- Nic mi nie jest, Jadziu. Dzięki tobie mogłam się czegoś dowiedzieć o naszych stronach. Wiesz, raz w lecie wybrałyśmy się z nianią i Mirą na wycieczkę. Tylko za miasto, bo ja mam zakaz oddalania się z miejsca zamieszkania. Na polu ujrzałam łan kwitnącego łubinu. Wyskoczyłam z dorożki i pognałam jak szalona w ten łubin, wąchając kwiaty, wdychając zapach ziemi nagrzanej słońcem...O Jadwiniu, ja tak strasznie tęsknię za wsią, za ciszą....za moim Makowem! - zaniosła się krótkim szlochem, ale zaraz opanowała wzruszenie. - Och, zachowuję się jak sentymentalna gęś. - zaśmiała się przez łzy i ukryła twarz w dłoniach.
    Jadwiga pogładziła ją po ramieniu. Jakiś czas Nina siedziała z zasłoniętą twarzą, a gdy opuściła ręce na kolana, była już zupełnie spokojna.
- A kiedy ty, Jadziu,byłaś ostatnio w Brzezińcu?
- Przedwczoraj.
- Widziałaś moich staruszków? Oni byli prawdziwą duszą mojego domu. Jak tylko wspomnę Maków, zaraz słyszę zrzędzenie Walentego i szuranie jego pantofli, albo cichy, słodki głos Kumosi. Biedny Walenty, tak rozpaczał po śmierci mego męża, że obawialiśmy się o jego życie.
- Toteż go nie przeżył.- rzekła Jadwiga bez zastanowienia i aż przeraziła się, spojrzawszy na strasznie pobladłą twarz Niny i jej szeroko rozwarte oczy.- O mój Boże! Ty nie wiedziałaś o jego śmierci?
- Nie wiedziałam. - Nina poczuła dreszcz i z trudem zaczerpnęła powietrza, pokonując atak duszności.
- Tak mi przykro, kochanie. Nie miałam pojęcia, że nie powiedziano ci o tym. Biedny Walenty zmarł, dowiedziawszy się o twoim aresztowaniu. Odszedł cicho, w nocy, nikt nic nie słyszał. Tadeusz sprawił mu piękny pogrzeb i postawił na grobie granitowy pomnik z epitafium. To był bardzo dobry człowiek i ogromnie was kochał. Wszyscy byliśmy na pogrzebie, rodziny poległych powstańców z sąsiedztwa, a Tadeusz wygłosił nad grobem wspaniałą mowę.
- A ja nawet nie pożegnałam go westchnieniem.- Nina miała oczy szkliste od wstrzymywanych siłą łez i co chwilę przygryzała mocno wargę.- On przyśnił mi się w więzieniu. Przyszedł się ze mną pożegnać. Jadziu, on miał w sobie więcej miłości, niż ja - żona! Nie potrafił istnieć, gdy zabrakło Aleksa i naszego domu. To go zabiło. A ja żyję dalej, choć nie wiadomo po co. On zawsze brał sobie do serca każde moje zmartwienie. Umiał mi mądrze radzić i pocieszać w trudnych chwilach. Powinien zakończyć życie po wielu latach, jako sędziwy starzec, w Makowie, otoczony przez kochające osoby i spocząć w kaplicy, w pobliżu swojego ukochanego pana. Umarł! Przepraszam....
    Zerwała się i pobiegła do kuchni, zamykając za sobą drzwi. Oparła głowę o ścianę i zalała się łzami. Potem zaczerpnęła wodę z wiadra i wypiła kilka łyków. Zimna woda przyniosła jej ulgę. Przemyła twarz i powróciła do pokoju smutna, ale opanowana.
- Wybacz mi, Jadziu, ale ta wiadomość bardzo mną wstrząsnęła.
- Wiem, kochanie.- odezwała się Jadwiga serdecznym tonem, pełnym współczucia. - Ale to był stary, schorowany człowiek. Nagła śmierć była dla niego wybawieniem od cierpień. To naturalna kolej rzeczy. Ty jesteś młoda i powinnaś żyć dla swego dziecka, dla Jagi, która tak bardzo ciebie kocha.
- Tak, masz rację, muszę żyć.
- Myśl o przyszłości. Może niedługo dowiesz się, kto ciebie poszukuje i wyjedziesz za granicę, aby połączyć się z córką i z Binią.
- Dziękuję, jestem ci bardzo wdzięczna za tę pociechę.
    Przed dom zajechała kareta, a stangret pomógł wysiąść Jadze i pannie Eugenii. Potem przyszła Mira, witając z radością niespodziewanego gościa. Jaga podała obiad i panna Wąsocka odjechała dopiero wieczorem, obiecując, że wkrótce da o sobie znać. Nazajutrz, Jaga zamówiła w kościele bernardynów mszę żałobną za duszę Walentego. Wszystkie trzy były obecne na nabożeństwie, a Nina grała na organach.
                                           ------------------------------------

    W ciszy i powadze minęła pierwsza rocznica egzekucji Rządu Narodowego. Na stokach Cytadeli, miejsca straceń były zawsze pilnie strzeżone, a tego dnia otoczone wojskiem. Pomimo tych ostrożności, znaleźli się śmiałkowie i ryzykując życie, odważyli się własnoręcznie rzucić na miejsce straceń bukiet biało-czerwonych róż. Nie zapomniano także o mogiłach na Powązkach, pięciu ofiar zabitych w lutym 1861 roku i masakry kwietniowej na Placu Zamkowym.
Grób pięciu poległych w lutym 1861 r.
   Urosły na nich kopce kwiatów, otoczone rzędami płonących świec i zniczy. Policja jeszcze tego samego dnia, wdeptała kwiaty w ziemię i pogasiła świece, brutalnie przepędzając modlących się ludzi. Jednakże był to widomy znak, że "jeszcze Polska nie umarła" - groźne memento dla pewnego siebie zaborcy.
    Co tydzień Nina zgłaszała się w siedzibie żandarmerii, ale z niezrozumiałych dla niej powodów, przestano się tam nią interesować. Notowano jedynie, że się zgłosiła i na tym koniec. Nikt nie nękał jej pytaniami, a brutalnego oficera zastąpił inny, lepiej wychowany. Raz tylko zobaczyła kapitana żandarmerii, który skłonił się z daleka i posłał jej tak dziwne spojrzenie, że aż się zarumieniła zawstydzona. Wszystko to sprawiło, że mogła odetchnąć, przynajmniej chwilowo. Nie było dla niej tajemnicą, że odmianę zawdzięcza Setkowiczowi. Doktor lecząc chorowitego szefa żandarmerii, schlebiał mu bezczelnie i wypraszał dla niej łaski.
    Nina przewidywała, że koszta ucieczki za granicę będą wysokie i pracowała od rana do wieczora, przyjmując dodatkowe zamówienia. Niania biadoliła, obawiając się o jej oczy, ale ona, z uporem, nie dała sobie nic powiedzieć. Jedynie w niedzielę odkładała robotę, a kiedy dzień był pogodny, wszystkie trzy szły na spacer do parku miejskiego, założonego przez słynną pisarkę panią Klementynę z Tańskich Hoffmanową. Siedząc w cieniu drzew, słuchały muzyki, w wykonaniu orkiestry wojskowej, jadły lody i piły lemoniadę. Czasami wynajętą furką jechały za miasto do lasu, lecz z takiej wycieczki Nina powracała zwykle do domu bardzo smutna.
Pewnego upalnego letniego dnia, Nina stała w kuchni, przy beczułce pełnej ogórków, trzymając w rękach naręcze kminu i liści wiśniowych. Na każdą warstwę umytych i wytartych do sucha ogórków, nakrojonych dla szybszego ukiszenia, kładła kmin i liście wiśniowe, a Jaga sypała sól, dorzucając od czasu do czasu ząbek czosnku. Przez szeroko otwarte okno wpływało wilgotne, gorące, niemal tropikalne powietrze. Nina czuła, że suknia lepi się jej do pleców, a pot ścieka między piersiami. Oblizała suche wargi i wierzchem dłoni otarła mokre od potu czoło.
- Nie wiadomo co gorsze. - odezwała się do Jagi. - Ten męczący upał, czy zimny deszcz. Z dwojga złego, wolę już chłód, bo przy upale, w tym mieszkaniu robi się okropnie gorąco.
- Oj, ja także wolę chłodniejsze powietrze. - stęknęła zmęczona niania. - Wszystko psuje się błyskawicznie, bo nawet w piwnicy jest gorąco.
- Pamiętasz nianiu, jakie w Makowie były ogromne spiżarnie i lodownie? Mięso zawsze było świeżutkie. W Warszawie także były wielkie spiżarnie. - westchnęła i zamilkła.
- Córeńko, nie wracaj myślami do wspomnień, bo potem jest ci jeszcze ciężej.
 - Staram się, nianiu. Udało mi się nawet przeżyć spokojnie rocznicę mego ślubu.
- To był feralny dzień! - oświadczyła Jaga z ponurą miną.
- Nie. To był najpiękniejszy dzień mego życia. Poślubiłam swoją wielką miłość. Taką miłość, jakiej większość kobiet nigdy nie zazna. Ja ją znalazłam.
 - Na swoje nieszczęście.- szepnęła Jaga i pospiesznie zaczęła doprawiać ogórki solą, unikając urażonego spojrzenia Niny. - A tego diabła kapitana żandarmerii, więcej nie widziałaś?
- Nie. Tak jakoś wtedy dziwnie na mnie popatrzył, że wolałabym go więcej nie wiedzieć.
- Może się w tobie zakochał? - Jaga wysoko uniosła brwi i posłała jej kpiące spojrzenie.
- Nianiu, masz dziwną manię swatania mnie. Najpierw chciałaś mnie wydać za Orlewicza, potem posądzałaś mnie, że zakochałam się w doktorze. Teraz wyciągasz z lamusa żandarma. Wołałabym umrzeć, niż mieć takiego wielbiciela.- syknęła Nina z nienawiścią. - To kanalia!
- Słodki Jezu, czego się denerwujesz? Ostatnio zachowujesz się jak hetera!
- Uważasz, że jestem rozpustna? - rozbawiona Nina uniosła wysoko brwi.
- Ależ nie, co ty, dziecko!- Jaga spojrzała na nią ze zdumieniem. - Jesteś tylko złośnicą.
- W takim razie powinnaś powiedzieć, że zachowuję się jak Ksantypa2, albo megiera, a nie jak hetera. Hetery w starożytnej Grecji były ladacznicami.
- O Boże, przepraszam cię, moje kochane dziecko. Ja o tym nie wiedziałam, wybacz mi. Czy doktor zapowiedział się dziś wieczorem?- pośpiesznie zmieniła temat.
- Nie wiem, bo nic nie mówił. Boczy się na mnie. - na myśl o Setkowiczu Nina uśmiechnęła się do siebie.
   Doktor był na nią zły, od dnia swoich imienin, które przypadały 31 lipca. Tego dnia Jaga przygotowała jego ulubione potrawy, upiekła nawet mały tort. Początek uroczystości minął w pogodnym nastroju, ale imieniny zakończyły się burzliwą awanturą o prezenty. Panie podarowały solenizantowi kilka eleganckich koszul z popeliny, a Nina uszyła piękną kamizelkę i artystycznie ją wyhaftowała. Na widok upominków, Setkowicz wpadł we wściekłość.
- Nie macie na co wydawać pieniędzy? - wrzasnął. - Nie miałem pojęcia, że trzymacie bank w dziurawej pończosze. Od dziś będę wam słono liczył za każdą poradę lekarską!
    Rozłożył kamizelkę na kanapce, przyjrzał się jej uważnie i kiwnął Ninie głową.
- No owszem, ładna. Ale niby do czego mam ją włożyć? Do tych obszarpanych spodni i rozłażącego się surduta?
- Jest pan potworem. - mruknęła obrażona Nina. - To ja się tak męczyłam i psułam sobie oczy, a widzę, że pan zamierza moją pracę wyrzucić do śmieci. Najwyższy czas, żeby pan sprawił sobie porządne spodnie i nowy surdut. W przeciwnym razie, pójdziemy z Mirą do sklepu i same kupimy panu płaszcz i cały garnitur. O, i buty także! Prawda, kochanie? - zrobiła do przyjaciółki perskie oko.
- Naturalnie. - przytaknęła Mira z powagą. - Widziałam na targu zupełnie porządny garnitur za rozsądną cenę.
    Setkowicz aż poczerwieniał z gniewu.
- Spróbujcie tylko! - zagroził. - Jeszcze nie wiecie, co potrafię! Uparte babska!
    Złościł się i fukał, ale w głębi serca był bardzo wzruszony. Oto pierwszy raz ktoś pamiętał o jego imieninach i podarował mu prezent. Jednak przez cały wieczór burczał i zrzędził, a nawet przez kilka dni przestał się u nich pokazywać. Aż pewnego dnia przyszedł z wizytą, a na jego widok panie o mało nie pospadały z krzeseł z wrażenia. Miał na sobie ubranie, wprawdzie nie nowe, ale zupełnie przyzwoite, a pod surdut ubrał kamizelkę. Był ogolony, nosił nowe buty i wydał się paniom niemal wytworny.
    Nina zaśmiała się i powróciła do przerwanej roboty, kładąc nową garść kminu na ogórki.
- Spójrz, dziecko, ktoś przyjechał.- odezwała się Jaga, wskazując dużą bryczkę, zaprzężoną w dwa spienione konie, która zatrzymała się przed domem.
    W pierwszej chwili nie poznały wysiadającej z bryczki kobiety, ubranej w niemodną czarną, okrągłą krynolinę i równie niemodny czepek, podbity brązowym jedwabiem na znak, że nie jest to żałoba. Czarny kolor nadal nie cieszył się sympatią władz i był surowo zabroniony. Kobieta stawiając wielkie kroki weszła do sieni, i dopiero gdy stanęła w drzwiach, Nina i Jaga poznały dawno nie widzianą pannę Kazimierę Lasewiczównę. Zmieniła się bardzo od śmierci brata i wyglądała tak staro, że trudno było ją poznać. Spod czepka wymykały się pasma niedbale upiętych siwych włosów. Nina nigdy nie darzyła panny Kazimiery szczególną sympatią, czując do tej kobiety niczym nie uzasadnioną niechęć, mimo iż panna Kazimiera, zawsze była dla niej życzliwa i uprzejma.
      Przywitawszy się, panna Kazimiera wręczyła Ninie bilet od Jadwigi. Panna Wąsocka zalecała jej cierpliwość, bo władze ciągle wynajdywały urojone przeszkody i czyniły trudności, nie zezwalając na wyjazd na Mazowsze. Zaproszona do pokoju, panna Kazimiera usiadła na brzeżku krzesła i pijąc herbatę, wypytywała Ninę o jej pobyt w więzieniu. Nina nie lubiła wracać pamięcią do tych strasznych dni, ale grzeczność wymagała, żeby coś powiedziała. Bąknęła kilka zdań stwierdzając w duchu, że od śmierci Władzia, panna Kazimiera ani na jeden dzień nie zdjęła żałoby. Jej twarz, o wklęsłych policzkach, wąskich zaciętych wargach i pożółkłej cerze, sprawiała wrażenie maski wyciętej z drewna.
  
    Kiedy Nina umilkła, panna Lasewiczówna skierowała na nią swoje zimne szare oczy.
- Na pociechę, może pani powiedzieć sobie, że cierpiała za poległego męża i udręczoną ojczyznę.- oświadczyła suchym, jednostajnym tonem. - Mój Boże, jakbym ja chciała cierpieć za mego Władeczka! Ale zemsta władz carskich mnie ominęła, chociaż wcale nie kryłam się ze swoją działalnością powstańczą.- umilkła, popiła herbatę i po jakimś czasie rzekła cichym głosem: - Nie wiem, czy paniom wiadomo, że na Łysej Polanie ufundowano kamienny krzyż, z inicjatywy rodzin poległych. Oczywiście bez napisu.
- Nic o tym nie wiedziałam, bo chętnie bym się dołożyła. A władze zezwoliły?
- Oficjalnie o tym nie wiedziały, dopóki był stary naczelnik wojenny, którego panowie Orlewiczowie potrafili sobie zjednać. Teraz jednak krzyż zwalono, ale ludzie i tak jeżdżą tam i zapalają znicze, a do bagna wrzucają kwiaty. To niedaleko od moich Porajów i sama często tam bywam.
- Ach, jak bym ja chciała tam pojechać! - wyrwało się Ninie wyznanie, z samego dna serca. - Proszę przy okazji i ode mnie zapalić świeczkę. Tam poległ mój mąż, a wielu przyjaciół i znajomych leży na dnie bagna - Nina uniosła głowę i utkwiła spojrzenie w wiszącym na ścianie portrecie męża.- Biedny Wacio, pan major Soszkiewicz i tylu innych, którzy znaleźli tam swój grób.
- A całe nieszczęście przez jednego oszalałego chama! - wtrąciła Jaga, wnosząc do pokoju talerz z pokrojonym ciastem owocowym.
- Jak to przez chama? - zdziwiła się panna Kazimiera. - Nie rozumiem.
- To pani nic nie wie? - zawołała Nina, unosząc wysoko brwi. - Tomek pani nie powiedział?
- Nie. A o czym miał mi powiedzieć?
- Ależ o starym Żabcu! - powiedziała Nina z rodzącą się pasją. - Przecież razem z Maćkiem wykonali na nim wyrok śmierci. To nie było morderstwo, lecz kara za zdradę. Ten stary szatan naprowadził wojsko na Łysą Polanę, a w bitwie pod Bodzechowem, dragonów na kawalerię Bosaka. Próbował także wydać mego męża, kiedy leżał ranny w Zameczku. Zgłaszałam pani tę sprawę.

    Panna Kazimiera utraciła zwykły spokój, jej drewniana twarz nagle ożyła, a oczy zabłysły.
- Pani wybaczy, ale ja naprawdę o niczym nie wiem. Mogę prosić o bliższe szczegóły?
Nina nie dała się prosić i opowiedziała jej o strasznych grzechach Żabca.
- Ten stary szaleniec ubzdurał sobie, że sprawcą śmierci Rafała jest mój mąż! - kończyła, blada z gniewu.- Twierdził, że to on zastrzelił tych dwoje z zazdrości. W czasie mego     przesłuchania w ratuszu chełpił się, że pomścił śmierć syna, mordując mego męża. Śmiał się mówiąc, że Rafał miał zmasakrowaną głowę, więc...- urwała i zaczęła prędko oddychać, drżąc na całym ciele. - Przepraszam, ale nie mogę o tym mówić, ani nawet myśleć.
    Zasłoniła dłonią usta i jakiś czas siedziała z nisko opuszczoną głową, wpatrując się we wzór na dywaniku. Odzyskawszy spokój, spojrzała na pannę Kazimierę i porwała się z krzesła.
- Czy pani słabo?
    Panna Lasewiczówna była sina, a pomiędzy jej przymkniętymi powiekami przeświecały białka. Zachwiała się na krześle, a potem bez zmysłów osunęła się na posadzkę. Przy pomocy niani i panny Eugenii, która przybiegła zaalarmowana wołaniem, udało się nieprzytomną kobietę ułożyć na kanapce. Zemdlenie było jednak tak głębokie, że Nina zdecydowała się zawezwać Setkowicza. Ale zanim zdążyła wysłać po niego stróża, doktor sam przyszedł z wizytą i masażem serca przywrócił pannie Kazimierze przytomność. Była niesłychanie zażenowana i przepraszała za uczyniony kłopot.
    Kiedy tylko wzmocniła się nieco na siłach, zaraz zaczęła zbierać się do odjazdu. Nina jej nie zatrzymywała, bo w tej kobiecie była jakaś nerwowość, coś mrocznego, co budziło w niej lęk. Gdy oczy jej spotkały się ze wzrokiem panny Kazimiery, spostrzegła w jej spojrzeniu przerażenie. "Jaka to dziwna i w gruncie rzeczy niesympatyczna osoba." - pomyślała i pożałowała, że wspomniała jej o Żabcu. Na szczęście, Tomek był już daleko we Francji. Setkowicz znalazł się tak uprzejmie, że sam odwiózł słabą jeszcze kobietę do hotelu, Nina długo zastanawiała się nad tą dziwaczną wizytą. Znając pannę Lasewiczównę od bardzo dawna, nie sądziła, iż tak gwałtownie zareaguje na wspomnienie Żabca, którego przecież wcale nie znała.
    Na tym jednak sprawa się nie zakończyła. Nazajutrz, z samego rana, posłaniec z hotelu przyniósł jej bilecik. Panna Kazimiera prosiła o spotkanie w cztery oczy w kościele farnym. Początkowo Nina zamierzała odmówić, ale w końcu poszła, wiedziona ciekawością i mocno zaintrygowana. W nocy padał ulewny deszcz i nagle się ochłodziło, a dzień był pochmurny i niemal jesienny. W południowej porze kościół był całkiem pusty i ciemnawy. Tylko przed głównym ołtarzem migotała purpurowa wieczna lampka, rzucając migotliwe światło na obrazy.
Radomska Fara.
     Tłumiąc szelest sukni, Nina szła środkiem głównej nawy, rozglądając się dokoła, lecz panny Kazimiery jeszcze nie było. Usiadła więc w pięknie zdobionej średniowiecznej ławie i oczekiwała jej z niecierpliwością. Przez zakurzone witraże z trudem przedzierało się światło dnia, w powietrzu unosił się zapach kadzidła, wosku i pleśni. Przez nieco uchylone drzwi, słychać było szum wiatru i monotonny plusk deszczu, gdyż po krótkiej przerwie ponownie się rozpadało. Panna Kazimiera podeszła tak cicho, że Nina jej nie usłyszała i aż podskoczyła, gdy kobieta przy niej usiadła.
- Jestem bardzo wdzięczna, że zechciała pani spotkać się ze mną.- odezwała się cichym, zadyszanym głosem, odrzucając z twarzy gęstą woalkę. - Czy domyśla się pani, w jakim celu prosiłam o to spotkanie?
    Nina bez słowa potrząsnęła głową. Ten wstęp wcale się jej nie spodobał. W ogóle, tajemnicze spotkanie w pustym, mrocznym kościele budziło niepokój. Obecność tej odzianej w czerń kobiety sprawiła, że Nina poczuła się nieswojo. Nagle zaschło jej w gardle, a serce zaczęło szybciej bić, w przeczuciu nieszczęścia. Panna Kazimiera wydała spazmatyczne westchnienie i mocno zacisnęła pobożnie złożone ręce. Na jej twarzy zwróconej ku Ninie, malowała się udręka.
   - To ja zastrzeliłam Rafała i hrabinę! - powiedziała nieswoim, ochrypłym głosem.
    Pod wpływem szoku, oczy Niny zrobiły się niemal czarne i pozbawione życia, jak oczy lalki. Zaczęło jej dzwonić w uszach i mdlić. Chciała się podnieść i natychmiast wyjść, lecz bezsilnie opadła na siedzenie ławki. W jednej sekundzie, z przeraźliwą jasnością uzmysłowiła sobie, że sprawcą zbrodni mogły być jedynie cztery osoby, którym wikary i Paula wyrządzili krzywdę: Aleks, Stasia Wąsocka, panna Kazimiera i ona! Aleks i ona nie uczynili tego, pozostawały więc tylko Stasia i panna Lasewiczówna. Ale Stasia, dowiedziawszy się o śmierci Władka, ciężko zachorowała i była nieprzytomna. Zresztą bardzo kiepsko strzelała. Pozostawała więc jedynie panna Kazimiera.
    Zbrodnię zaplanowała na zimno i z premedytacją, park znała doskonale, bo często w nim bywała, a po poległym bracie miała klucz do bocznej furty. Posłużyła się nim, wjeżdżając konno do parku i z zimną krwią zastrzeliła tych dwoje. Była przecież mistrzynią w posługiwaniu się bronią palną. Panna Kazimiera, osoba darzona szacunkiem przez sąsiadów, była jednak poza wszelkimi podejrzeniami. Ale w pamięci Niny odżyła scena na polance we włoskim ogrodzie, gdzie stał krzyż na miejscu różanej altany. Panna Kazimiera zachowała się wówczas tak dziwacznie i nienaturalnie, że już to samo powinno wzbudzić jej podejrzenia. Ale ona nie zastanawiała się nad tym, była głupia i ślepa...W jej pamięci nagle ożyły straszne obrazy. Ujrzała siebie we wnętrzu altany, czuła zapach kwitnących róż, a u jej stóp leżały dwa ciała w kałużach krwi. Wzdrygnęła się ze wstrętu. Ta tajemnicza zbrodnia rozpętała cała lawinę nieszczęść, jakie na nią runęły, pozbawiając ją ukochanego męża, domu, majątku i skazując na cierpienie, które nie opuści jej aż do śmierci.
- W jakim celu powiedziała mi pani o tym dopiero teraz? - odezwała się drżącym głosem. - Żeby zwalić jeszcze jeden ciężar na moje barki?
- Nie, po prostu nie mogłam już dłużej żyć z tą świadomością popełnionej zbrodni. Nie, źle mówię! To nie była zbrodnia, ja tylko pomściłam śmierć mego brata. Uratowałam pani męża przed denuncjacją tej ohydnej kobiety, pomogłam wam się połączyć.- położyła zimną, sztywną rękę na dłoni Niny.
    Szorstkim ruchem Nina cofnęła dłoń i mocniej wsparła się o oparcie ławki. Oto siedziała obok prawdziwa morderczyni, sprawczyni nie tylko śmierci Pauli i Rafała, lecz także kobieta która swym egoistycznym czynem rozpętała istny taniec śmierci, przyczyniając się do zbrodni starego Żabca, zagłady obozu na Łysej Polanie, męki Aleksa, a także do klęski Bosaka w bitwie pod Bodzechowem. Echo tego morderstwa powracało, jak powraca fala odbita od brzegu, ściągając śmierć na wielu niewinnych ludzi.
- Dwie kule! - wyszeptała łamiącym się głosem. Pod wpływem gniewu i odrazy, które przeszyły ją niby dźgnięcie nożem, siedziała trzęsąc się z nerwów i dławiąc. - Tylko dwie kule! - powtórzyła głośniej. - Czy pani zdaje sobie sprawę, jakie były konsekwencje pani zbrodni? Ilu ludzi zapłaciło za nią życiem?
- Ja tylko pomściłam śmierć brata! - powtórzyła panna Kazimiera podniesionym głosem, zaciskając wąskie wargi. - Oni zasłużyli na śmierć!
- Nikt nie dał pani prawa, aby wykonywać wyroki śmierci. Pani sama uzurpowała sobie to prawo, uprzedzając wyrok sądu podziemnego! - równie twardo i ostro oznajmiła Nina. - Gdybym kierowała się tymi samymi regułami, powinnam teraz pozbawić panią życia, w odwecie za śmierć męża i przyjaciół poległych na skutek zdrady starego Żabca.
    Bezlitośnie opisała groźby ojca Rafała już na pogrzebie Pauli i jego postępki spowodowane zemstą, aż do strasznej sceny konfrontacji w ratuszu radomskim.
- Ależ to był tylko wyjątkowo pechowy zbieg okoliczności.- rzuciła panna Kazimiera, rozdygotanym głosem. - Ja nic o tym nie wiedziałam.
- Pani kłamie! - wykrzyknęła Nina z oburzeniem. - Zabijając tych dwoje nędzników, musiała pani zdawać sobie sprawę, że podejrzenie o zabójstwo padnie na mojego męża. Nie mogła pani przewidzieć, że ja wmieszam się do sprawy i włożę pistolet w rękę Rafała, pozorując jego samobójstwo po zabiciu Pauli.
- Ja w tym momencie nie myślałam o niczym. - zapłakała panna Kazimiera.- Byłam gotowa przyznać się do winy i ponieść zasłużoną karę, ale ku memu zdumieniu śledztwo wykazało, że to Rafał zastrzelił hrabinę i sam się zabił. Nawet przez myśl mi nie przyszło, że mój czyn wyda tak straszliwe owoce. Zresztą oni i tak byli skazani na śmierć. - dodała pośpiesznie.
- Ponownie minęła się pani z prawdą! - zauważyła Nina jadowitym tonem. - Paula miała być umieszczona w szpitalu dla psychicznie chorych, a Rafał mocno obity i wydalony z plebanii, którą okradał. Następnie osadzony w klasztorze na Świętym Krzyżu. Gdyby nawet wykonano na nich wyrok śmierci, to zostaliby straceni jako zdrajcy ojczyzny i stary Żabiec nie miałby powodu mścić się na moim mężu.
- Boże Wszechmogący! - szlochała coraz głośniej panna Kazimiera, a jej płacz ponurym echem rozbrzmiewał w kościele.- Skąd mogłam o tym wiedzieć? - załamała ręce i rozejrzała się nieprzytomnie, jakby szukała kogoś, kto przyzna jej rację. - Przysięgam, gdybym wiedziała co zaszło, poszłabym do tego starego chłopa i wyznała mu prawdę. Niechby mnie zabił, bo po śmierci Władzia nie zależało mi już na życiu. Rodzice wcześnie nas osierocili, a on był moim najukochańszym bratem i zarazem dzieckiem. Sama go wychowałam i w nim złożyłam wszystkie moje nadzieje. W dniu jego śmierci, kurier z Krakowa przywiózł ważne dokumenty. Był ranny, bo na granicy został postrzelony. Kazałam go opatrzyć, a gdy wyjechał, zaczęliśmy się zbierać na raut do Makowa. Naraz do pokoju wpadła służąca z krzykiem, że dom otaczają żandarmi. Kazałam bratu uciekać, a dokumenty dałam zaufanej kobiecie, aby ukryła je w ulu. Władek powiedział mi w ostatniej chwili, że wydał go Rafał, któremu zwierzył się przy spowiedzi, iż oczekuje kuriera z Galicji.- panna Kazimiera zachrypła i umilkła, ciężko oddychając. Kiedy spoglądała na Ninę, w jej źrenicach rozwartych i strasznych, czaił się obłęd. - Na moich oczach go zabili, a jego ciało rzucili mi pod nogi! Szukali dokumentów, ale nic nie znaleźli. Nad ranem przyjechał pan Jaś Borutyński i powiedział mi, że Rafał jest kochankiem hrabiny i że prawdopodobnie to był jej plan, bo on był na to za głupi. Postanowiłam, że oboje zginą! Pojechałam na plebanię, ale Rafała tam nie zastałam. Parobek powiedział mi, że pojechał do Makowa. Byłam pewna, iż postanowił pochwalić się przed kochanką swoim czynem. Otworzyłam boczną furtę kluczem brata i znalazłam się w parku, lecz nie wiedziałam gdzie mam go szukać.
Na szczęście przypomniałam sobie, że hrabina najchętniej przesiadywała w różanej altanie we włoskim ogrodzie. Weszłam w momencie, gdy się całowali i byli zdumieni moim widokiem. Hrabina spytała:"Czego pani sobie życzy?" Wyjęłam stary pistolet Władzia i wycelowałam. Paula wydała okrzyk przerażenia, a Rafał zawołał błagalnie:"Nie, niech nas pani nie zabija!" Strzeliłam mu w skroń, a jej w serce. Patrzyłam jak padają, a krew rozlewa się po marmurowej posadzce. To było okropne. Rzuciłam pistolet i uciekłam. Ale nigdy, przenigdy nie żałowałam swojego czynu. Uwolniłam świat od kanalii!
     Zaniosła się suchym kaszlem i spojrzała nieśmiało na Ninę.
- Potem mogliście się pobrać. - szepnęła, szukając usprawiedliwienia.
 - Pani zbrodnia nie przyniosła nam szczęścia. Nasze małżeństwo trwało krótko i zakończyło się katastrofą. Z pani winy.
    Panna Lasewiczówna płakała, cicho, bez szlochu, tylko wielkie łzy toczyły się po jej policzkach i spadały na czarną spłowiałą suknię.
- Ja tak bardzo kochałam brata. - jęknęła, unikając oskarżycielskiego wzroku Niny.
      Ale w sercu Niny zaczęła budzić się mordercza furia. Straciła  panowanie i wybuchnęła, wyrzucając z siebie potok gwałtownych słów:



- A myśli pani, że ja nie kochałam męża? - krzyknęła prosto w twarz siedzącej obok kobiety. - Ubóstwiałam go, uwielbiałam! Był dla mnie życiem i szczęściem. W tę potworną wigilię, czekałam na niego z utęsknieniem, ale on nie przyjechał. To ja pojechałam po jego zwłoki... - zamilkła i potarła dłonią czoło, bo nagle zaczęła ją boleć głowa.
- Nie, ja nie mogę o tym mówić. Nie chcę! Ale niech pani spyta Tadka Siekielskiego, albo doktora Setkowicza, co zastaliśmy na Łysej Polanie. Ten, kto miał nieszczęście to widzieć, już nigdy nie zazna spokoju. Trułam się, ale na moje nieszczęście mnie odratowano. Potem odebrano mi Maków i wszystko, co kochałam. Dostałam zapalenia opon mózgowych i poroniłam. Nieprawdopodobnym zrządzeniem losu, wyszłam z tej choroby normalna. Jakby tego było za mało, aresztowano mnie, a na śledztwie bito, głodzono i znęcano się nade mną. Śledczy chciał mnie zgwałcić, przezywał polską suką i obrzucał najobrzydliwszymi obelgami. - przełknęła tak gwałtownie napływająca do ust ślinę, że zadławiła się i zaczęła kaszleć. - Pani to wszystko zawdzięczam! - dorzuciła z pasją.

- Pani Nino, błagam o miłosierdzie! - panna Kazimiera pochwyciła ją za ręce, pokrywając je pocałunkami i łzami. - Litości! Przysięgam, że nigdy nie mściłabym się za śmierć brata, wiedząc jakie będą skutki mojej zbrodni. Proszę, błagam panią o przebaczenie!
    Nina zmierzyła ją lodowatym spojrzeniem z odrazą i nienawiścią myśląc, że mogłaby ją zabić i nie czuć wyrzutów sumienia. Od zawsze miała przeczucie, że ta kobieta przyniesie jej nieszczęście.
- Nie! Nie okażę pani miłosierdzia, gdyż sama nie doznałam go od losu. - oznajmiła żałując, że brakuje jej siły, aby uderzyć tę straszną kobietę w twarz. - Niech pani jedzie na Łysą Polanę i na kolanach błaga tych pomordowanych i zamęczonych chłopców o przebaczenie. Jeżeli oni pani wybaczą, ja też wybaczę. Niech pani prosi ich rodziny o przebaczenie. Niech pani błaga o to biednego żołnierza powstańca, żebrzącego na targowisku. Pod Bodzechowem kula armatnia urwała mu obie nogi, a wdzięczni rodacy pozbawili go pomocy i godnego życia. To również z pani winy, bo to ojciec zabitego przez panią Rafała, naprowadził dragonów na naszych żołnierzy i wydał ich na rzeź!
    Panna Kazimiera kuliła się pod gradem jej bezlitosnych słów, które Nina ciskała jej w twarz jak kamienie.
- O, proszę tak nie mówić! To zbyt okrutne, ja nie będę mogła z tym żyć, czy pani rozumie? Bóg zesłał mi ciężar ponad siły.... - błagała z rozpaczą.
- Przyzwyczai się pani, tak jak ja musiałam się z tym pogodzić! - Nina uśmiechnęła się z rozmyślnym okrucieństwem. - A w ramach ekspiacji, niech pani zaopiekuje się tym beznogim, samotnym żołnierzem, bo ja już nie mam własnego domu i nie mogę go przygarnąć. Niechaj chociaż on ma na starość chleb i dach nad głową.
    Zapadło ciężkie milczenie. Obie kobiety siedziały obok siebie pogrążone w ponurej zadumie. Nina nie potrafiła zdobyć się nawet na iskierkę współczucia bo czuła, że w piersi ma kamień zamiast serca. Marzyła, żeby w jej oczach panna Kazimiera rozsypała się w proch i przestała istnieć.
- Jezu.- usłyszała jej szept. - Ja nie potrafię istnieć z takim brzemieniem winy. Oddam pani wszystko, co mam, zapiszę pani cały mój majątek. Od dziś jest pani własnością.- chciała ucałować rękę Niny, ale ta szorstko ją wydarła.
- Niech mnie pani nie próbuje przekupić. Gardzę panią! Zwróć mi, zbrodniarko, życie mego męża! Dosyć tego! Nie życzę sobie nigdy więcej pani widzieć i słyszeć. - powiedziała zimno i wstała z ławki.- Do końca swych dni, nie zazna pani spokoju.
    Panna Kazimiera także porwała się na równe nogi i pochwyciwszy ją za ramię, wpatrywała się w jej oczy żebrzącym wzrokiem.
- Pani hrabino! Kochana pani Nino, proszę mieć litość nade mną. Nawet Bóg przebacza grzesznikowi, widząc jego szczerą skruchę.
 Nina popatrzyła na nią z taką pogardą, że nieszczęsna kobieta odruchowo cofnęła się, jak przed ciosem.
- Jeśli Bóg istnieje, może pani przebaczy, ale ja... nigdy! - rzekła z jawną nienawiścią i nie oglądając się, śpiesznie wyszła z kościoła.
    Za sobą posłyszała głośny, rozdzierający płacz.
            ---------------------------------------------------------------                                         

1Comme une...- Jak hiszpańska krowa!
2Ksantypa - (V,IV w. p. n. e. ) żona Sokratesa; według tradycji kłótliwa i jędzowata kobieta. Hetera - w starożytnej Grecji kobieta wiodąca swobodny tryb życia. Niektóre z nich odznaczały się dużą inteligencją i wykształceniem. Na przykład Tais lub Fryne.