poniedziałek, 10 października 2016

NA WOLNOŚCI.


 10 października 2026 r.
- Są jeszcze uczciwi i dobrzy ludzie na świecie. - opowiadała Jaga, pakując do torby odzież. - Pobiegłam za tobą, pozostawiając wszystko pod ratuszem. Straciłam nadzieję, że po powrocie coś tam jeszcze znajdę. Ale wyobraź sobie, moje dziecko, że torby stały na swoim miejscu, pilnowane przez nieznane osoby. Nic nie zginęło.
- Te rzeczy i to, co przywiezie Mira, to cały nasz majątek. - westchnęła Nina. - Z pałacu, do nędznej klitki, to już nie upadek, lecz kompletna degrengolada1!
     Zaledwie przyszły do nowego mieszkania i zaczęły rozpakowywać rzeczy, ktoś energicznie zapukał do drzwi. Nina zatrzęsła się i obiema rękami chwyciła się za serce, ogarnięta paraliżującym strachem."Przyszli po mnie!" - przemknęła jej przez głowę paniczna myśl.
- Pani Jago, proszę otworzyć, to my! - usłyszały znajomy głos.
- Mirunia! - wydawszy okrzyk radości, Nina otworzyła drzwi na oścież.
     
    Na progu stała panna Lutówna, a za nią Tadeusz i Setkowicz. Kolejno rzucała się im w ramiona wniebowzięta, że danym jej jest ujrzeć znowu ukochane twarze, których nie spodziewała się już widzieć. Tadeusz przygarnął ją mocno swoim jednym ramieniem. Wtuliła się w jego pierś czując, że nogi uginając się pod nią. Jeżeli Tadeusz i Setkowicz są przy niej, to może być spokojna, że nie dadzą im zginąć.
- To naprawdę trzeba mieć potwornego pecha, żeby dostać się w łapy Moskali w przeddzień ucieczki za granicę.- powiedział Tadeusz, patrząc na nią z czułością. - Słuchaj, kotku, czy oni nie znęcali się nad tobą?
     Nie wytrzymała nerwowo i z czołem wspartym o pierś przyjaciela, zaczęła spazmatycznie szlochać, wypłakując cały żal i ból. Tulił ją do siebie, całą drżącą, bladą i jakby jeszcze drobniejszą, w skromnej czarnej sukience bez krynoliny. Stali na środku nędznego pokoiku, oboje pomimo prostych strojów wykwintni i subtelni, jak istoty z innego świata. Tadeusz zagryzając usta, wyjął z kieszeni chusteczkę i delikatnie wytarł jej mokre policzki i oczy.

Tadeusz.
- Już dobrze, kotku.- powiedział zmienionym głosem.- Boże, gdyby naczelnik mógł to przewidzieć...- Nina uniosła głowę i dostrzegła w jego piwnych oczach dwie duże łzy. Zamrugał prędko powiekami i dodał już innym tonem: - Zosia upierała się, że chce do ciebie jechać, ale tylko ja dostałem przepustkę. Z pewnością potrzebujesz pomocy. Powiedz, co mogę dla ciebie zrobić?
- Już mi pomogłeś, bo jesteś.- opanowała wzruszenie i spojrzała z uśmiechem na Setkowicza, rozglądającego się po ubogim wnętrzu. - Nie umiem wprost wyrazić wdzięczności dla pana, za te starania, jakie pan czynił w sprawie mego uwolnienia. Jest pan taki dobry, kochany, nie zasługuję na tyle dobroci. Najlepszy przyjaciel...- uścisnęła mu rękę i mocno ucałowała w oba policzki.
     Na ten widok Tadeusz przygryzł wąsa, a doktor poczerwieniał i wpatrzył się w brudne deski podłogi kuchennej.
- Nie ma powodu do podziękowań. - odparł chłodno. - Nic dla pani nie zrobiłem. Miała pani zostać zwolniona, bo być może, posiada pani wpływowych protektorów.
     Nina szeroko otworzyła oczy.
- Ja? Kochany panie doktorze, biedacy nie mają protektorów. Mogę liczyć tylko na pomoc najbliższych przyjaciół. Jak wy to mówicie? Aha, "proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!" Mam tylko was na tym świecie i za to dziękuję losowi. Czy Binia wie, że zostałam aresztowana?
- Oczywiście, że wie. Natychmiast ją o tym powiadomiliśmy.- Tadeusz rozejrzał się po brudnych ścianach i potrząsnął głową. - Chcecie mieszkać w tej dziurze? Rozejrzę się za czymś lepszym.
- Nie, Tadziu, już tutaj zostaniemy. Masz ci los, kiepska ze mnie gospodyni! Trzymam was w kuchni i nie proszę siadać, ani niczym nie częstuję. Ale dopiero wczoraj wyszłam z więzienia, a tu jesteśmy zaledwie od godziny. Nie bardzo jest na czym siedzieć, ale się pomieścimy.
     Setkowicz już otwierał usta, żeby powiedzieć jej, o czym dowiedział się od szefa żandarmerii, lecz po namyśle zmienił zamiar uznawszy, że był to chyba głupi żart, który mógł Ninę zranić. 
    Tadeusz przytargał z sionki wielki kosz, pełen wiejskich przysmaków i naczyń niezbędnych nowym domu. Mira przywiozła z Bodzentyna stary samowar i tobołki z odzieżą i pościelą. Zaraz też zabrała się z Jagą do przygotowania poczęstunku, zaparzając herbatę, robiąc kanapki i co chwilę stając w drzwiach, by posłuchać opowiadania Niny o śledztwie i pobycie w więzieniu. Wspominając o starym Żabcu, Nina zupełnie straciła panowanie i nie mówiła, lecz krzyczała i waliła pięścią w stół, odzyskując na moment dawną zapalczywość.
- To ten przeklęty staruch sprowadził dragonów na naszą kawalerię pod Bodzechowem, przyczyniając się do klęski Bosaka. Podsłuchał rozmawiających powstańców i dowiedział się od nich, że w wigilię pójdą do leśnego obozu na Łysą Polanę. Naprowadził wojsko na obóz i osobiście zamordował mego męża! Winien jest śmierci naszych najlepszych przyjaciół, wspaniałych ludzi, Wacia Barycza, kapitana Soszkiewicza i tylu innych chłopców. Widzieliście, jak wyglądała Łysa Polana, więc możecie ocenić ciężar jego winy! - zadyszała się, unosząc nad głową obie zaciśnięte pięści. - Nie ma w ludzkim języku nazwy na tego bydlaka. Chyba tylko potwór z piekła rodem! Och, gdybym mała broń!....
     Spojrzała na Tadeusza i dostrzegła w jego oczach dziką furię. Jego źrenice były tak zwężone, że tworzyły dwie złowrogie szpareczki.
- Więc to on? Boże, wielki Boże!...- Tadeusz tak mocno zacisnął palce na oparciu krzesła, że zbielały mu kostki dłoni. - Ten chamski i diabelski pomiot śledził naczelnika? Ale co ty mówiłaś o jego śmierci? Przecież pan Aleksander poległ.
- Niech się pan uspokoi. - Setkowicz sam blady i wzburzony, położył mu dłoń na ramieniu. - Pozwólmy pani Ninie dokończyć opowiadanie.
     Przełykając ślinę i oddychając coraz szybciej, powtórzyła im okropne chełpienie się Żabca.
- Chwalił się tym przed śledczymi. A ja musiałam słuchać, jak znieważał mego męża, jak dokładnie opisywał, co mu zrobił, jak mu urągał i nie umarłam, choć biorąc na zdrowy rozum, powinnam była oszaleć.
     Mira bliska płaczu, usiadła przy niej i objęła ją. Nina zacisnęła powieki czerwone od łez i otworzywszy je, ponownie wybuchnęła:
- O, gdybym miała przy sobie broń, zwykły nóż nawet, ten szatan już by nie żył. Ale byłam bezbronna i taka słaba, że nawet ręki podnieść nie zdołałam, żeby go uderzyć. Mogłam tylko słuchać. - Nina urwała i westchnęła z głębi piersi.
     Setkowicz dostrzegł z podziwem, jak łzy wysychają, a w jej oczach zapalają się płomienie nienawiści i pragnienie zemsty.
- Dziecinko. - odezwała się Jaga z pobożną rezygnacją. - Przyjdzie czas, że Bóg sam ukarze mordercę.
     Na twarzy Nina malowała się zimna, okrutna zaciętość.
- Nianiu, to nie jest sprawa Pana Boga, tylko nasza - powstańcza! To mnie skrzywdzono, zabijając mi męża, krewnych i przyjaciół, odbierając mi dom, tytuł i majątki. To ja powinnam zemścić się na tym żywym trupie. Ten potwór, ten cham, nie może chełpić się, że podniósł bezkarnie łapę na hrabiego Klonowieckiego, pułkownika Wojska Polskiego! Że przyczynił się do zagłady naszych chłopców! Nigdy!
- Ciszej! - ostrzegł Setkowicz. - Te ściany mogą mieć uszy.
- Ach, wszystko mi jedno! - mruknęła Nina mściwie, ale posłusznie ściszyła głos, gdyż niemal wszyscy stróże w domach, byli na usługach policji, donosząc na lokatorów.
     Tadeusz zbyt wstrząśnięty, aby usiedzieć na miejscu, zerwał się i zaczął niespokojnie krążyć po pokoju, obijając się o meble. Zdawał sobie sprawę, co musiała przeżywać Nina, dowiadując się okropnych szczegółów męczeńskiej śmierci męża i czuł, że zdolny jest gołymi rękami rozedrzeć potwora na sztuki.    Żachnął się gniewnie, uświadomiwszy sobie, że ma tylko jedną rękę!
- Jesteśmy z tobą, kochanie.- szeptała Mira łagodnie. - Zrobimy wszystko, by pomóc ci znieść ten ból.
- Ale dlaczego ten stary wariat tak się zawziął na pana pułkownika? - zainteresował się Setkowicz..
- Bo podejrzewał mego męża o zabicie swojego syna i Pauli w różanej altanie. Gdyby nie ich tajemnicza śmierć, nie miałby żadnego powodu do zemsty.

- Zaraz! - Tadeusz zatrzymał się i spojrzał na nią przenikliwie. - Jak to tajemnicza? Przecież śledztwo udowodniło, że to ten szczeniak Rafał zabił tę kobietę i sam rozwalił sobie łeb.
     Nina zmieszała się, lecz uznała, że w tym wypadku należy ujawnić prawdę.
- Śledztwo wykazało tylko to, co ja im zasugerowałam. Rafał nie zabił Pauli. Oboje zostali zamordowani przez nieznanego sprawcę. To ja, w obawie o bezpieczeństwo Alka i jego konspiracyjnych kolegów, włożyłam pistolet w rękę Rafała i upozorowałam samobójstwo. Potem sprawa tak się skomplikowała, że nigdy już nie można było dojść prawdy. Pamiętam, że na pogrzebie Pauli i Rafała, stary Żabiec groził memu mężowi, oskarżając go o dokonanie tej zbrodni. Potem, kiedy Alek leżał ranny w Zameczku, naprowadził na niego dragonów i mąż tylko cudem ocalał.
     Tadeusz aż rozchylił usta, wpatrując się w nią z najwyższym zdumieniem.
- O cholera!...A nie domyślasz się, kto to uczynił?
     Potrząsnęła głową.
- Chyba już nigdy się tego nie dowiemy. - rzekła ponuro. - Ale śmierć tych dwojga nędzników, rozpętała istny taniec śmierci i lawinę nieszczęść, jakie na nas spadły. Osoba, która popełniła ten ohydny czyn, ma na sumieniu śmierć tych wszystkich ludzi, których Żabiec wydał Moskalom. Ale to go bynajmniej nie usprawiedliwia i potwór zasługuje na najsurowszą karę. Kula i szubienica to zbyt łagodna kara.
     Wstała od stołu i sięgnęła do torby z rzeczami, jakie miała w więzieniu.
- Pokażę wam coś, co dostałam od Żabca w "prezencie". Spójrz, Miruniu, patrz Tadziu, poznajecie?
Podarta chorągiew powstańcza.
   Wyciągnęła ku nim czarną, podartą płachtę. Tadeusz ujął skraj płachty w dwa palce i przyjrzał się jej uważnie.
- Nie do wiary, to przecież nasza chorągiew! - wyszeptał zdumiony. - Chorągiew partii!
- Tak. W czasie przesłuchania Żabiec rzucił mi ją pod nogi. Jest na niej krew naszych przyjaciół. Schowałam ją i nosiłam przy sobie, a Moskale zapomnieli upomnieć się o nią. Jeżeli istnieje coś takiego, jak piekło, to życzę Żabcowi, żeby znalazł się w jego najgłębszym zakątku.
- Pani Nino.- odezwał się Setkowicz z powagą. - Gdyby Żabcowi stała się teraz jakaś krzywda, Rosjanie momentalnie domyśliliby się, kto za tym stoi. Widziała pani tych ludzi, wiszących na rynku?
- To niech i mnie powieszą! - powiedziała przez zaciśnięte zęby.
- Nie bądź szalona, dziewczyno! - Tadeusz przyciągnął ją do siebie i pieszczotliwie potargał jej włosy - Wszystko w swoim czasie. Naczelnik był naszym ukochanym dowódcą. Ja nie zapomnę o nim, o Waciu i naszych kolegach z oddziału. Wierz mi  n i g d y  nie zapomnę! Obiecuję ci, Nino, że ten stary szatan zostanie ukarany. - powiedział to takim tonem, że Nina uspokoiła się i posłała mu uśmiech. 
    Z charakteru Tadeusz podobny był nieco do niej; łatwo się zapalał i wybuchał, był zapalczywy i potrafił długo pamiętać wyrządzone krzywdy.
- Dziękuję. Powierzam ci, Tadziu, chorągiew partii. - rzekła, wręczając mu płachtę. - U mnie nie jest bezpieczna. To już ostatnia pamiątka po naszym oddziale. Tyle innych chorągwi bojowych poniewiera się gdzieś, po moskiewskich magazynach, ale ta ocalała. Przechowaj ją do lepszych czasów. Dla naszych dzieci. Kto wie, może właśnie one doczekają godziny wolności?
     Tadeusz wyprostował się, jak na paradzie. Potem przyklęknął i przycisnął do ust skrwawiony szmat jedwabiu. Setkowicz również ucałował chorągiew, z rzadkim u niego wzruszeniem.
- Bądź spokojna, potrafię ją tak dobrze schować, że doczeka czasów, kiedy mój syn lub wnuk, wręczy ją pierwszemu napotkanemu oficerowi Wojska Polskiego.-     
    Tadeusz zwinął chorągiew i ukrył ją pod surdutem. Nie wiedział, że doczeka szczęśliwego dnia, kiedy jego syn wręczy tę chorągiew żołnierzowi w szarym mundurze legionisty.
     Mira rzewnie pociągnęła nosem.
- Błagam, zmieńcie temat. Ninka dopiero wyszła z więzienia i jest roztrzęsiona. Czy myślicie, że tego rodzaju przeżycia spływają po człowieku, jak woda po gęsi?
- Ja jestem głodny! - oznajmił Tadeusz i poklepał się po brzuchu.
- O Jezu, zupełnie zapomniałam o jedzeniu. - zawołała Jaga. - Miruniu, pomóż, mi moje dziecko, przygotować poczęstunek.
     Nina pociągnęła nosem, czując dolatujący z kuchni zapach smażonego boczku i bigosu.
- Mniam! Pachnie bardzo zachęcająco. - stwierdziła rozmarzona. - W kozie nie karmią takimi specjałami.
     Jaga wniosła duży garnek bigosu myśliwskiego, a Mira patelnię pełną jajecznicy na boczku, oraz kilka kręgów białej kiełbasy, apetycznie przysmażonej. Na środku stołu postawiła talerz z kanapkami. Nina napełniła szklanki i kubki różnego kalibru gorącą herbatą. W pokoju były tylko dwa krzesła i panie odstąpiły je mężczyznom, same siadając z talerzami w ręku na łóżku i kanapce. Po posiłku, Tadeusz zaczął opowiadać o nowych porządkach zaprowadzonych przez carskie władze na prowincji. Nina przysiadła się bliżej Setkowicza.
- Co z moim wyjazdem, doktorze? - zagadnęła go półgłosem.
- Chce pani ryzykować? - rzucił jej niespokojnie spojrzenie.
- Teraz bardziej niż kiedykolwiek.
     Potarł dłonią jak zwykle niedbale ogolone policzki, już szorstkie od ciemnego zarostu.
- Cóż.- bąknął. - Moje kontakty zostały zerwane z wiadomych powodów. Ale postaram się pani pomóc.
- A co z Żabcem?- zajrzała mu głęboko w oczy.- Czy popełnione zbrodnie pozostaną bezkarne?
- Nie, spokojnie. Dostaniemy go we właściwym czasie. - zapewnił ją, a po jego ciemnej twarzy przemknął błysk zimnej, nieubłaganej nienawiści.- Pogadamy o tym innym razem. Wyjeżdżam z Bodzentyna, bo dostałem pracę w tutejszym szpitalu.
- Będzie pan w Radomiu? - ucieszyła się Mira. - O, jak to dobrze, będzie nam raźniej.
     Na rozmowie i wspomnieniach zszedł im czas do wieczora. Nina nie zamierzała się jeszcze z nimi rozstawać, ciekawa nowin.
- Tadziu, a moi kochani staruszkowie zdrowi? Mira nic mi o nich nie wspomniała. Dostali fotografie, które im dałam w prezencie?
     Nie zwróciła uwagi na moment ciszy, jakby Tadeusz namyślał się, co ma powiedzieć.
- Tak, naturalnie, że dostali. To była dla nich wielka radość. Walenty nie rozstawał się z nimi, pokazując je każdemu, kogo spotkał. Włożyliśmy mu je do... Chciałem powiedzieć, że kazałem fotografie oprawić i zawiesić im nad łóżkiem. Oboje ciężko przeżyli wiadomość o twoim aresztowaniu. Walenty nawet się rozchorował.
- Kochany, najlepszy człowiek. Ale już mu lepiej?
- Tak. Teraz już nic mu nie dolega. - powiedział Tadeusz cicho.
- Strasznie za nimi tęsknię. Wiesz, Walenty śnił mi się, jak byłam w więzieniu. Wyglądał tak młodo i wydawał się bardzo szczęśliwy.
- Pewnie o tobie myślał. Prosił, żeby ci rączki ucałować, a Kumosia specjalnie dla ciebie upiekła twoje ulubione ciasteczka i dała kilka słoików swoich konfitur. Pychota!
     Po kolacji, obaj mężczyźni zaczęli się zbierać, chcąc wyjechać z miasta jeszcze przed godziną policyjną i przed zamknięciem rogatek. Tadeusz podszedł do Niny i nieznacznie podał jej pięćdziesiąt rubli.
- Zaczynam spłacać swój dług. - szepnął jej do ucha.
- Tadek, odczep się! O żadnym długu nie wiem, a pieniędzy nie przyjmę.
- Nie bądź niemądra. Dzięki tobie mam dom i majątek. Zresztą dałem ci rewers!
     Nina wzruszyła ramionami, odwróciła się i zaczęła sprzątać ze stołu talerze.
- Rewers już nie istnieje, a pieniądze dałam swojemu chrześniakowi, nie tobie. Nie życzę sobie więcej żadnej dyskusji na ten temat.
- Weź te pieniądze, bo mnie tu szlag trafi! - ryknął z pasją.
     Nina zmierzyła go drwiącym wzrokiem.
- Miruniu, - z powagą zwróciła się do przyjaciółki. - Wyprowadź tego jegomościa za drzwi i zabij go pogrzebaczem. Albo nie, przynieś mi patelnię, sama go zabiję.
- Bardzo chętnie, kochanie, ale my nie mamy pogrzebacza, a patelnia pożyczona od sąsiadki. - oznajmiła Mira żałośnie.
- Dobrze, zabijesz mnie innym razem. - przerwał Tadeusz. - Powiedz mi; może wiesz przypadkiem, gdzie mieszka ten Żabiec?
     Setkowicz ujął go za ramię.
- Lepiej będzie, - wpadł mu w słowo - jeżeli pani Nina "przypadkiem" nie będzie wiedziała. Panie Tadziu, jestem przeciwnikiem manifestowania odwetu, bo to zawsze niesie za sobą zemstę Rosjan. Przyjdzie czas, to dopadniemy drania gdzieś w ciemnym kącie i wyprawimy go do diabła, a ścierwo ukryjemy tak, żeby go do dnia Sądu Ostatecznego nie znaleziono. Pani Nino, przyjacielu, nie budźcie licha! Bo znowu zwali się na was lawina nieszczęść, jak po śmierci tego babiarza w sutannie. No, zbierajmy się do drogi, bo szpicle, jeśli nas śledzą, posnęli z nudów.
- Zaczekajcie jeszcze moment. - zawołała Nina. - A co z moim Maciusiem?
- Twój Maciuś zdrowy jak rybka, i napierał się, żeby go zabrać do ciebie, ale nie dostał przepustki. Na Stacha także krzywo patrzyli i musiałem wziąć mego dawnego stangreta. Jadwiga Wąsocka prosiła, żeby cię pozdrowić. Pan Artur jest w Krakowie i wkrótce skończy studia. Jadzia chciała do niego jechać, ale Wąsoccy urządzili taki dramat, że na razie została w domu. Stasia także narzeka na klasztorny rygor.
- Ona sama nie wie czego chce. - prychnęła Nina.- Po śmierci Władzia, zrobiła się strasznie jędzowata.
- W takim razie znajduje się we właściwym miejscu. - zaśmiał się Setkowicz, pokazując piękne zęby. - O, ja pamiętam, jak te cnotliwe, święte panienki, z sadystycznym okrucieństwem waliły mnie trzciną po łapach i targały za uszy, nauczając miłości bliźniego. No, chodźmy już, panie Tadziu...
     Tadeusz podszedł do Niny i żegnając się z nią, objął ją mocno i ucałował.
- Pamiętaj, że nie jesteś sama. Zrobimy wszystko, żebyś nie cierpiała niedostatku. Niedługo przyjadę i przywiozę ci więcej żywności, jakieś sprzęty, naczynia i co tam Zosia przygotuje. No, daj buzi i do rychłego zobaczenia. - pochylił się i mocno pocałował ją w usta.
- A uściskaj tam ode mnie trusię i mego chrześniaka. Wszystkich uściskaj i powiedz, że ich kocham i zawsze o nich myślę. - szepnęła i pogładziła go pieszczotliwie po policzku.
     Tadeusz pożegnał się z Mirą, dyskretnie wkładając jej do kieszeni pieniądze.
- To dla Niny. - szepnął, biorąc kapelusz.
     Panie odprowadziły ich aż na ulicę i długo patrzyły za nimi, śledząc wzrokiem oddalającą się bryczkę. Serce Nina ścisnęło się pod wpływem ogromnej tęsknoty. Byli wolni i wracali w Góry Świętokrzyskie! Rozejrzała się po cichej uliczce, przypatrując się z melancholią kilku mizernym drzewom przed kamienicą. Za domem był mały, bardzo zaniedbany ogródek, zarośnięty chwastami. Pomiędzy nimi rosło parę nagietków, a pod rozłożystym klonem, stał niewielki gipsowy posąg Matki Boskiej, poczerniały od wilgoci i oblazły z farby.   
    Z pobliskich łąk zalatywał zapach ziół i mięty. Westchnęła wyobraziwszy sobie, że w ogrodzie zimowym kwitną azalie i mimoza. Smutne powróciły do domu.   Obejrzawszy nowe mieszkanie, Nina parsknęła z pogardą:
- Deklasujemy się, drogie damy! Z Olimpu do stróżówki. W Makowie parobek mieszkał lepiej niż teraz ja. Niech szlag trafi takie życie!
     Jaga pochyliła się i włożyła brudne naczynia do miednicy, bo nie posiadały szaflika. Zalała je wrzącą wodą i zaczęła myć, nie oglądając się na Ninę.
- Nie grzesz, moje dziecko. - upomniała ją z przyzwyczajenia.
- Dlaczego? Sam grzech jest pojęciem względnym. To co jednym wydaje się złem, u drugich jest chwalebne. Na przykład: czy zabicie człowieka jest grzechem?
- Oczywiście. - wtrąciła się Mira. - To zbrodnia.
- Nie zawsze. Polacy walcząc w powstaniu, zabijali Moskali. A Ewangelia mówi, żeby miłować nieprzyjaciół! Widzisz, nic nie jest proste.
- No, moje panny! - zawołała Jaga kłótliwym tonem. - Ścielcie łóżko i kanapkę, czas spać!
     Nowe mieszkanie było bez porównania uboższe od domku w Bodzentynie. Tam przynajmniej każda miała swój pokój, meble były porządniejsze, a w pobliżu dwory przyjaciół oraz poczciwy pan Bochniak, zawsze śpieszący im z pomocą. W Radomiu mieszkanie przypominało raczej klasztorną celę. Surowa biel ścian, zbiegających się pod sufitem w łuk, czyniła pokój bardzo nieprzytulnym. Umeblowanie było więcej niż skromne i składało się z najpotrzebniejszych sprzętów. Za to czynsz wydał się Ninie mocno wygórowany. Jednak nie miały wyboru. Zresztą wszystko było lepsze, od zapluskwionego hoteliku, czy celi więziennej. Właściciele domów, obawiali się przyjmować pod swój dach osoby źle widziane przez carskie władze. Kładąc się wieczorem do łóżka, Nina zastanawiała się ze strachem, jak długo uda się im utrzymać z posiadanych pieniędzy.
     Nazajutrz z rana, przyszedł niespodziewanie Setkowicz, który pozostał jeszcze w mieście i mając wszędzie znajomości, wyrobił Mirze pracę w szkole oraz prywatne korepetycje. Urządziwszy pannę Lutównę, jeszcze tego samego dnia wyjechał dyliżansem do Bodzentyna, obiecując, że wróci najdalej za tydzień.
                                        ----------------------------------------
      Życie w mieście okazało się trudniejsze, niż to sobie wyobrażały. Nadchodził schyłek lata, a one nie posiadały ciepłej odzieży. Nina i Jaga wyjechały z Bodzentyna w letnich sukniach i okryciach. Ogarnięta paniką Mira, zaraz rano wybrała się do Brzezińca, aby u Siekielskich szukać pomocy dla uwięzionej Niny. W tym samym czasie, policja przeprowadziła w domu dokładną rewizję, brutalnie wyłamując drzwi. Po powrocie, Mira zastała dom doszczętnie okradziony. Przepadły kosztowne futra i cała zimowa odzież, jaką udało się wywieźć z Makowa. Ktoś zabrał szablę Aleksa, choć była to zwyczajna broń, nie mająca żadnej wartości, ale dla Niny wprost bezcenna. Na szczęście, bielizny pościelowej i kołder nie zdążono ukraść i tę pozostałą resztkę dobytku Mira przywiozła do Radomia.
     Nie mogły nawet marzyć, żeby za posiadane pieniądze sprawić sobie nową odzież. Codziennie skrupulatnie przeliczały kasę, z przerażeniem stwierdzając, iż pieniądze błyskawicznie się rozchodzą, mimo że oszczędzały nawet na jedzeniu. Cały fundusz pozostawiony przez Binię, pochłonęły przygotowania do ucieczki. W więzieniu Nina płaciła za przynoszone obiady. Część pieniędzy od Tadeusza, poszła na zakup niezbędnych naczyń i przedmiotów codziennego użytku. Z całego majątku pozostało im kilkanaście rubli. Mira była jedyną osobą pracującą zawodowo, ale za mizerną pensję nauczycielki, nie można było utrzymać trzech osób.
     Nina pragnęła udzielać lekcji muzyki i języków obcych. Jednak nie posiadając patentu, musiała starać się u władz o pozwolenie na nauczanie. Chodziła po urzędach, próbując wytłumaczyć tępym biurokratom, że muzyka i języki obce nie mają nic wspólnego z polityką. Lecz jej podanie zostało bezapelacyjnie odrzucone. Zasuszony urzędnik rosyjski siedzący za biurkiem, odruchowo poprawił satynowe półrękawki, chroniące mundur od zniszczenia i obrzucił ją obojętnym spojrzeniem, jakby była meblem.
- Niet!- wycedził przez zepsute zęby.- Jeżeli naczalstwo uznało, że muzyka jest niebezpieczna, to z pewnością wie, co mówi. Proszę wyjść!
     Ponieważ poprzednio nie prosił jej, żeby usiadła, Nina odwróciła się na pięcie i trzasnąwszy drzwiami, wymaszerowała z biura miotana bezsilną wściekłością. Wracając do domu rozmyślała ponuro, z czego będą żyły. Nie mogła pogodzić się z realiami codziennego bytu i przykrym faktem, że jedna Mira, zmuszona jest dźwigać cały ciężar ich nędznej egzystencji. Przymusowa bezczynność, stawała się dla niej nie tylko bolesnym upokorzeniem, lecz po prostu zmorą.
     Niegdyś, całą jej uwagę zaprzątało zarządzanie wielkim majątkiem i pałacem. Osobiście nadzorowała pracę cegielni, tartaków i młynów, wglądała w gospodarkę folwarków. Poza tym, grała na fortepianie, pracowała w lazarecie, dokształcała się, zajmowała polityką i martwiła o męża. Nie miała czasu na nudę. Tymczasem w mieście poczuła się niepotrzebna, zdana na cudzą łaskę i zadręczała się obawą o przyszłość, równie smutną i zgrzebną, jak jej zniszczona żałobna suknia. Niepewność życia i lęk przed ponownym aresztowaniem były nie do zniesienia.
     Zmęczona upałem zaledwie przywlokła się do domu. Kamienicę zamieszkiwali lokatorzy skromnie sytuowani i trzymający się na osobności. W sieni minęła sąsiadkę z parteru i złożyła jej ukłon. Starsza pani odpowiedziała uśmiechem. Była to emerytowana nauczycielka, panna Eugenia Stankiewiczówna, osoba inteligentna i bardzo sympatyczna. Prędko zaprzyjaźniła się z Mirą i Jagą, odkrywając w nich bratnie dusze.
Panna Eugenia.
 - Bardzo dziś gorąco, prawda? - odezwała się, otwierając drzwi swego dwupokojowego mieszkania.
- Rzeczywiście, bardzo duszno. - zgodziła się Nina i dygnąwszy, weszła do kuchni.
  Była tak rozdrażniona doznanym niepowodzeniem, że nie odzywając się do niani, udała się do pokoju i położyła na łóżku, wtulając twarz w poduszkę. Leżała z przymkniętymi powiekami i zaciśniętymi zębami, życząc sobie nagłej śmierci. Za nią przydreptała Jaga i zaczęła nakrywać do stołu, obserwując ją zatroskanym wzrokiem. Zauważywszy, że pupilka nie ma chęci do rozmowy, mruczała sama do siebie:
- Pewnie znowu coś przykrego spotkało moje biedne dziecko. A tu jeszcze panna Scholastyka przysłała przez służącą list.
      Nina uniosła głowę i zmarszczyła brwi.
- Jest do mnie list? Czego ona może od nas chcieć?
     Jaga podała jej kopertę z pewną obawą i patrzyła na nią z napięciem. Z rozdartej koperty wypadła kartka, wzywająca lokatorki do natychmiastowego uregulowania czynszu za następny miesiąc. Nina z pasją zmięła kartkę w dłoni i cisnęła ją na posadzkę.
- Przecież dopiero co zapłaciłyśmy czynsz! - zawołała, bliska płaczu. - Nawet tygodnia ta sekutnica nie może poczekać?
     Niania pieszczotliwie pogładziła ją po włosach.
- Cóż chcesz, moje dziecko, nie jesteśmy pewnymi lokatorkami. - powiedziała spokojnie.
     Nina podniosła się z łóżka, strzepnęła suknię i przygładziła potargane włosy.
- Nie otrzymałam pozwolenia na nauczanie.- przyznała się zmartwiona. - Niechże Setkowicz coś zdziała! Muszę uciekać, choćbym miała zginąć na samej granicy. Nie rozumiem, co on tak długo robi w Bodzentynie? Przecież miał przyjechać za tydzień.
- A pomyślałaś o tym, dziecko, że za darmo nikt ci ucieczki nie ułatwi? - zauważyła Jaga, mająca bardzo praktyczne podejście do życiowych problemów.
- Sprzedam, co mam! Choćbym miała żebrać, muszę stąd wyjechać. Nianiu, idę do gospodyni!
     Zabrała z sobą kartkę i udała się na drugie piętro, wspinając się po wysokich, kamiennych, wydeptanych i stromych schodach. Właścicielka domu mieszkała, jak sowa, pod strychem. Nina zadyszana stanęła pod jej drzwiami, przeklinając w duchu starą wiedźmę. Zapukała i usłyszawszy ciche zaproszenie, weszła do ciemnego przedpokoju, cuchnącego kotami i naftaliną. W zagraconym pokoju, siedziała na fotelu stara panna, równie oschła, jak jej imię. Złożywszy ukłon, Nina wymownym ruchem podsunęła jej pod nos wezwanie do zapłaty. 
Stara, otyła kobieta, nałożyła okulary zawieszone na czarnej wstążeczce i bezceremonialnie przyjrzała się gościowi. W nalanej twarzy, wyłupiaste oczy, obwisłe policzki i wąskie wargi, czyniły ją zupełnie podobną, do portretów starych lichwiarek, chciwych megier z powieści Honoriusza Balzaca. W przymrużonych oczach czaiła się chytrość i fałszywa pobożność.
- Czym mogę pani służyć? - odezwała się cicho, z dobrze odegranym zdziwieniem.
- Raczyła pani przysłać nam rachunek do zapłaty. Przypominam, że przez ostatnie dwa tygodnie była pani łaskawa już dwukrotnie podnieść nam czynsz. Proszę wziąć pod uwagę, że lokal pozbawiony jest podstawowych wygód. Ma kamienną posadzkę, a piece źle palą. - Nina starała się mówić grzecznie, lecz nie miała złudzeń, iż starą ugłaska.
Panna Scholastyka poprawiła się w wolterowskim fotelu i mocniej zawiązała wstążki wielkiego, krochmalonego czepka.
- Bardzo mi przykro, lecz nie posiadam pałacu do wynajęcia.- wyszeptała z jadowitą uprzejmością.- Jeżeli czynsz jest według pani za wysoki, a mieszkanie niewygodne, to dlaczego nie wynajmiecie sobie panie innego lokalu?
- Ten dom polecił nam pan notariusz. Nie mogę przeprowadzać się ciągle z miejsca na miejsce. Nie znam Radomia, a pan notariusz zaręczył, że będzie się nam tutaj dobrze mieszkało, bo właścicielka jest osoba godną. - Nina siliła się na miłe słówka, mimo iż trzęsła się z miotającej nią pasji.
Jednak panna Scholastyka miała nad nią miażdżącą przewagę i zaraz okazała swoją wyższość.
- W swych pretensjach nie raczyła pani uwzględniać ryzyka, jakie ponoszę, wynajmując lokal osobom, będącym pod nadzorem żandarmerii. - oświadczyła, uśmiechając się z subtelną ironią. - Pan rewirowy był u mnie już dwa razy, dopytując się o panie. Muszę liczyć się z możliwością rewizji! Jestem osobą porządną, uczciwą, bogobojną i nie życzę sobie mieć nic do czynienia z policją. Mogę przez to stracić solidnych lokatorów. Proszę się więc nie dziwić, że to ryzyko wliczam w koszty czynszu.
Ninie krew uderzyła do głowy. Miała szaloną ochotę palnąć tę starą purchawkę w obleśnie uśmiechniętą gębę. "Ohydna kreatura!" - pomyślała z odrazą, lecz musiała przyznać, iż gospodyni ma sporo racji. Osoby takie jak ona, sprowadzały na otoczenie same nieprzyjemności. Udzieliwszy niesfornej lokatorce lekcji pokory, stara panna nieco złagodniała.
- Po chrześcijańsku odpuszczam pani niesłuszne zarzuty i mam nadzieję, że pozostaną panie nadal mymi lokatorkami. - wycedziła z fałszywą pokorą, wznosząc oczy ku sufitowi i składając na piersi tłuste dłonie.
- Pomimo wizyt policji? - drwiąco spytała Nina. - A uczciwi lokatorzy nie wezmą tego pani ze złe ? Zastanawiam się, czy mogę panią narażać na takie ryzyko.
Panna Scholastyka zmierzyła ją chłodnym spojrzeniem, a czarny spasiony kot, siedzący na jej kolanach, miauknął z niesmakiem.
- To już jak panie uważają. - oświadczyła obojętnie. - Taniej nikt pani mieszkania nie wynajmie. A piece lokatorzy naprawiają na własny koszt! - skinęła głową, dając do zrozumienia, że audiencja skończona.
- Żegnam panią.- mruknęła Nina przez zęby i wyszła ze zmarszczonymi brwiami, odprowadzana martwym spojrzeniem wizerunków całej czeredy świętych, zawieszonych na ścianach pokoju. "Niech wszyscy diabli porwą tę starą czarownice na widłach do piekła! Przeklęta dewotka. - pieniła się Nina z bezsilnej złości, schodząc ostrożnie po schodach. - Ona doskonale wie, że nie mamy się gdzie podziać i zapłacimy bez awantur, ile tylko zażąda. Ale z czego?"
     Z sieni wchodziło się bezpośrednio do kuchni, której wybielone wapnem ściany, kojarzyły się Ninie z kostnicą. Nienawidziła tej nory! Stojąca przy piecu Jaga, posłała jej pytające spojrzenie.
- Nic! - syknęła Nina, siadając na drewnianym stołku. - Pani gospodyni potraktowała mnie jak kryminalistkę, z subtelnością końskiego kopnięcia. - podarła kartkę i ze złością wrzuciła ją do śmieci.- Mądrze powiedziałaś, że jesteśmy podejrzane. Ryzyko pani gospodyni wlicza w czynsz.
- Podła baba! - skomentowała Jaga jej słowa i trzasnęła pokrywką.
- Sprytna stara szachrajka! - Nina z rezygnacją oparła się łokciami o kuchenny stół.
     Ten dzień był naprawdę pechowy. Zaledwie zdołała się uspokoić, kiedy do drzwi zapukał listonosz i wręczył jej urzędowy list, kazawszy go sobie pokwitować. Nina z widoczną obawą rozdarła kopertę i przebiegła pismo wzrokiem. Nagle upuściła papier na podłogę, wybuchając głośnym, histerycznym śmiechem. Dławiła się, drżała febrycznie, a oczy jej płonęły rozbudzoną na nowo furią. 
    Jaga przerażona jej dziwnym zachowaniem, przypadła do niej i prędko podała jej kubek wody.
- Wielki Boże, co znowu? Od kogo ten list, kochanie?
     Nina kopnęła leżący papier i ponownie wybuchnęła śmiechem.
- Czy wiesz...- zaczęła, z trudnością łapiąc powietrze. - Czy zdajesz sobie sprawę, czego oni ode mnie żądają?
- Jezus Maryja, a skąd ja mogę wiedzieć? - Jaga załamała ręce, przewidując nowe, poważne kłopoty.
- Muszę zapłacić karę. - Nina podniosła pismo o rzuciła je na stół, uderzając w nie z całej siły pięścią.
- Chryste Panie, za co? - Jaga wpatrywała się w nią okrągłymi ze strachu oczami.
- Za pobyt w więzieniu! - wyjaśniła Nina, wycierając końcami palców łzy, które już miały stoczyć się po policzkach.
     Ale Jaga nie uwierzyła.
- Nie powinnaś stroić sobie ze mnie żartów. - powiedziała urażona.
- Nianiu, ja nie żartuję! Masz, sama przeczytaj. Muszę zapłacić im pięćdziesiąt rubli, bo w przeciwnym razie znajdę się w więzieniu2!
- Nie, Boże miłosierny, tylko nie to! - Jaga chwyciła ją w ramiona i przytuliła jej głowę do piersi. - O, tego bym już nie przeżyła. Skąd my weźmiemy pieniądze, kotku?
     Nina miała wrażenie, że żołądek jej przewraca się z wściekłości. Była to perfidna sekatura władz carskich, mszczących się w ten sposób na powstańcach i ich rodzinach.
- Skąd weźmiemy pieniądze? - powtórzyła Jaga kompletnie załamana.
- Nie wiem. A niech to szlag trafi! - wrzasnęła Nina. - Nie zapłacę, bo nie mam z czego. Niech mnie aresztują!
- Dziecinko, proszę cię, nie przeklinaj. - z przyzwyczajenia upomniała ją Jaga. - Takie wulgarne słowa fatalnie brzmią w ustach damy.
- Nianiu, ja nie jestem już damą, tylko kryminalistką i nędzarką.- oznajmiła Nina zmęczonym głosem, zwracając ku niej zbolałą twarz. - Niekiedy mam wątpliwości, czy jestem jeszcze człowiekiem, czy tylko nędznym robakiem, którego każdy może rozdeptać. Klnę, bo muszę, to jedyna moja obrona. Inaczej serce mi pęknie. Jeżeli nie wyrzucę z siebie gniewu, to nienawiść dławiona przez siłę w końcu mnie zabije.
     Jaga pochyliła się i złożyła na jej czole długi pocałunek.
- Dobrze, mój skarbie. Ulżyj sobie, ja się nie zgorszę. Trzeba będzie coś sprzedać.
- Ale co? Z całej biżuterii pozostały mi jedynie obrączka, broszka-motyl i rubinowy krzyż.
- To może sprzedasz tego motyla? Mówiłaś, że to bardzo cenny klejnot.
- Och, nianiu. Sprzedać łatwo, ale nikt nie zapłaci mi tyle, ile ta broszka jest warta. I co dalej? Nie, tylko w ostateczności zdecyduję się na sprzedaż klejnotów.
- I pozwolisz, żeby cię aresztowano? - krzyknęła zrozpaczona Jaga.- Nina, ja tego nie przeżyję! Sprzedaj broszkę, bo pójdę i kogoś okradnę, albo zabiję.
     Nina roześmiała się przez łzy.
- Moja najdroższa mateczko. Ja wiem, że dla mnie oddałabyś ostatnią kroplę krwi. Ale na złodziejkę i morderczynię się nie nadajesz. Pomyślę o tym.
     Mira miała korepetycje i uprzedziła, że do domu wróci później. Zjadły skromny obiad w pogrzebowym nastroju. Dopiero wieczorem omówiły sprawę z Mirą, bo Nina postanowiła nazajutrz pójść do ratusza i porozmawiać z prezesem komisji śledczej.
      Wybrała się tam z samego rana. Czekała niemal pół dnia, zanim raczył ją przyjąć uprzedzając, że ma mało czasu. Pokazała mu otrzymane pismo i grzecznie zapytała, za co władze każą sobie płacić?
- Tylko pięćdziesiąt rubli? To bardzo niewielka kara za przestępstwo, o jakie została pani oskarżona.- oświadczył chłodno prezes.
    Cała krew odpłynęła jej z twarzy.
- W takim razie, pan pułkownik zechce mi łaskawie wyjaśnić, ile liczycie sobie za uderzenie więźniarki pięścią w twarz, ile kosztuje bicie głową aresztowanej o ścianę i kopanie w brzuch. Smaganie nahajką i próba gwałtu? Sądzę, że to ostatnie liczone jest tylko w imperiałach! Za własne pieniądze kupowałam sobie posiłki i prawdopodobnie, mniej kosztowałby mnie pobyt w Hotelu Europejskim w Warszawie, niż w tutejszym więzieniu. Panie pułkowniku, pozbawiono mnie domu i majątku, nie posiadam środków do życia, bo nie udzielono mi pozwolenia na lekcje muzyki i języków obcych. Nie mam z czego zapłacić tak znacznej kwoty, za kilka miesięcy przebywania w więzieniu, do którego doprowadzono mnie siłą.
- Takie jest prawo. - oświadczył z niewzruszoną miną.
- W takim razie, - zawołała, doprowadzona do rozpaczy - proszę pana pułkownika, żeby polecił mnie natychmiast aresztować, bo ja kary nie zapłacę. Po prostu nie mam z czego!
- I z tym przyszła pani akurat do mnie? Przecież to nie ja wysłałem to pismo.
- Ale to pan kazał mnie aresztować!
   Ściągnął brwi zniecierpliwiony i poirytowany jej uporem. A Ninę ogarnął strach, bo instynkt podpowiedział jej, że może posunęła się za daleko. Obawiała się, że zaraz wejdzie żandarm i zaprowadzi ją do piwnicy, gdzie wieczorem spotka się z lejtnantem- sadystą. Prezes nerwowym ruchem wziął pismo, ponownie rzucił na nie okiem, a potem spojrzał na jej kredowo bladą twarz, o zaciętym, zdeterminowanym wyrazie.
- Niech pani idzie do domu. Zobaczę, co się da w tej sprawie zrobić. I proszę mnie więcej nie nachodzić! - dorzucił opryskliwie.
- Nie zamierzam. - oznajmiła krótko i wyszła, nie skinąwszy mu nawet głową.
     Więcej nie upomniano się o zapłatę kary.

1degrengolada - zejście na psy, upodlenie, upadek.
2Autentyczne.