niedziela, 30 października 2016

NIEOCZEKIWANA POMOC. KTO JEJ SZUKA?


30 października 2016 r.
    Nina pośpiesznie wyszła z kościoła i wracała na Tamkę zamyślona, rozpamiętując przeszłość. Nie patrzyła pod nogi, pośliznęła się na zlodowaciałym chodniku i runęła z rozmachem, tłukąc się boleśnie. "Nieprzyjemny bywa powrót do rzeczywistości".- pomyślała krzywiąc się, masując obolały brzuch i otrzepując się ze śniegu. Przypomniała sobie słowa niani, iż życie składa się ze zdarzeń pomyślnych i niepomyślnych. Miała nadzieję, że złe wiadomości otrzymane dzisiaj, zrównoważy jutrzejsza szczera rozmowa z księdzem.
J. Malczewski  Ksiądz.
    Westchnęła, wchodząc z obawą w ciemne, nieoświetlone uliczki Powiśla i wyrzucała sobie, że bardzo się naraża, włócząc się wieczorem po niebezpiecznej dzielnicy miasta. Na szczęście, chodnik rozjaśniały nieco światła, padające z okien wystawowych sklepików i szynków, z których słychać było wrzaski pijaków. Mijała je prędko, obawiając się spotkania z jakimś nietrzeźwym bandytą. Była bardzo głodna i przypomniawszy sobie ohydny krupnik, wstąpiła do rzeźnika. Kupiła wołowinę na rosół, sporą szynkę i serdelki, a w sąsiednim sklepie bułki, masło, jajka, prawdziwą kawę i herbatę, jarzyny i owoce.
   Obładowana zakupami, dysząc, wdrapała się na poddasze i tu nareszcie poczuła się bezpieczna. Weszła do mieszkania czerwona ze zmęczenia i mrozu.
    Na jej widok Poźniak zerwał się z krzesła.
- A gdzież to pani chodziła? Myśleliśmy, że już pani do nas nie wróci.
    Nina wręczyła zakupy Poźniakowej i zdjęła płaszcz.
- Nigdy nie odeszłabym bez pożegnania. To był dla mnie ciężki i pechowy dzień. Mój adwokat został zesłany, a znajoma pani zmarła. Nie mam się gdzie podziać. Na koniec gonił mnie stójkowy i ledwie zdołałam mu uciec. Na szczęście schroniłam się w kościele i tam przypomniałam sobie, że dziś rocznica wybuchu powstania.
- Ech, może by się udało, żeby jaśnie panowie nie wzięli się za robotę i jej nie sknocili. - mruknął gderliwie, lecz spojrzawszy na jej mizerną twarz i podkrążone oczy, złagodniał. - A skąd ta szynka? - z lubością pociągnął nosem, węsząc apetyczny zapach dobrze uwędzonej wędliny.
- Rozdawali na ulicy, to wzięłam. - powiedziała niewinnym tonem.
- Że też ja nigdy na coś takiego nie trafiłem! - zaśmiał się. - Ale niech pani uważa, Powiśle to mordownia. Zakłują człowieka nożem, obrabują, trupa zakopią w śmieciach i do sądnego dnia nikt się nie dowie, co się z facetem stało. Ale co tam - mam coś dla pani!
Warszawska biedota.
 - Dla mnie? - zdziwiona potrząsnęła głową.- Przepraszam, czy mogę się u was jeszcze przez parę dni zatrzymać, bo jak powiedziałam, nie mam się gdzie podziać.
- Nawet niech pani o to nie pyta. Ignaś panią tu przysłał, to wystarczy. Ale pani nawet nie spytała, co dla pani mam? - uśmiechnął się szeroko, bardzo z siebie zadowolony.
- Kiedy boję się pytać. Tyle dziś miałam zawodów...
- Nie ma się czego bać. Dziś rocznica powstania, więc było zebranie. Pogadałem z koleżkami i pokazało się, że stara jednego faceta, nosi wodę do konsulatu, pali im w piecach i takie te... Mogłaby nam pomóc. No, dobrze się spisałem?
    Nina oniemiała z radości. Nigdy nie spodziewała się pomocy z tej strony i była kompletnie zaskoczona. A jednak jej trudy i ryzyko może nie pójdą na marne. Dzięki Setkowiczowi! Co za szczęście! Nagle poczuła się lekka jak podlotek.
- Jestem panu taka wdzięczna, panie Poźniak! - zawołała, mając ochotę porwać go w objęcia i ucałować.
- Jeszcze nie ma za co. - bąknął, trochę zawstydzony jej radością. - To pilne, prawda?
- Och, bardzo pilne!
- W takim razie zbiorę się i polecę do koleżki. Nie jest tak późno, a w tym konsulacie, pewnie także jeszcze pracują. Niech pani napisze kilka słów.
    Skinęła głową, nie mogąc wydobyć głosu ze wzruszenia. W starych szpargałach znalazł się kawałek pożółkłego papieru i nadgryziony ołówek. Usiadła przy stole i prędko skreśliła po angielsku: "Janina z Nałęczowskich hrabina Klonowiecka, przebywająca nielegalnie w Warszawie, prosi o spotkanie w wiadomej sprawie. Błagam o dyskrecję"
   Podała swój adres, zgięła arkusik i wręczyła go Poźniakowi. Włożył liścik do buta, posyłając jej szelmowski uśmiech.
- Niech pan na siebie uważa.- powiedziała, modląc się żeby po drodze nie spotkała go zła przygoda.
- Spokojna głowa, sam nie pójdę. - ubrał na siebie połataną kurtkę i się zamyślił. - Lepiej żeby pani za długo w Warszawie nie siedziała. Od kilku dni policaje coś za bardzo węszą. Szukają naszych, co z Francji wracają do kraju, żeby ludzi uświadamiać. Może te Angole przeszwarcują panią za granicę?
- Właśnie na to liczę. Panie Poźniak, takie ważne wydarzenie należy odpowiednio uczcić. Proszę po drodze kupić jakieś dobre wino. - wręczyła mu kilka rubli.- Poczekamy na pana z kolacją.
- Zrobi się!
    Obie kobiety w milczeniu i w napięciu oczekiwały na jego powrót. Nina siedziała jak na szpilkach, kręcąc się niespokojnie na twardym krześle i zdawało się jej, że lada moment wyskoczy ze skóry z niepokoju i podniecenia. Bardzo przeżyła wiadomość o zesłaniu Porzyckiego oraz śmierci panny Gousselin i na nic już nie liczyła, a zwłaszcza na pomoc Poźniaka. Wprawdzie nazajutrz chciała rozmawiać z księdzem, ale ten sposób również nie gwarantował powodzenia.   Okazało się jednak, że nie doceniła Poźniaka i jego organizacji, o której nie miała dobrego mniemania. Ratunek przyszedł zupełnie nieoczekiwanie, więc tym bardziej była zdenerwowana i niepewna, czy Poźniak cokolwiek w konsulacie załatwi.
Równie przejęta była Poźniakowa, lecz z zupełnie innego powodu. Zapewne nawet na własnym weselu, nie widziała tylu dobrych rzeczy do jedzenia. Wpatrywała się nabożnie w szynkę i przełykała ślinę, czując ssanie w żołądku. Co chwilę odwracała głowę, spoglądając na Ninę z uwielbieniem, ale nie ośmieliła się przerwać jej zamyślenia.
  Poźniak wrócił dopiero po kilku godzinach, a Nina w tym czasie przeżywała prawdziwe tortury. Był zmarznięty, zmęczony, lecz bardzo z siebie zadowolony
- Powiedziałem koleżce, że jest pani dobrą znajomą Ignasia. - rzekł, zdejmując obszarpaną kurtkę i zacierając zgrabiałe dłonie.- Wziął to sobie do serca i zaraz kazał swojej babie zaprowadzić mnie do tego konsulatu. Cholera, ale tam ważniaki! Dozorca wyskoczył na nas z mordą i zaczął babie wymyślać, ale kobieta powiedziała, żeby zamknął gębę, bo to poważna sprawa, więc w końcu wpuścił nas i zawołał urzędnika. Oni tam nawet po polsku mówią! - zauważył Poźniak ze zdziwieniem.- Nie spali i wszędzie się świeciło, jak w czasie rezurekcji. Trochę to trwało, ale się opłaciło. Tu jest wino, a tu list do pani!
- Do mnie?- drżącymi rękami, z mocno bijącym sercem, Nina rozerwała elegancką, podłużną kopertę z kremowego, czerpanego papieru. W jej wnętrzu znajdował się mały bilecik, na którym ktoś śmiałym, wyrobionym pismem napisał po angielsku:
 "Jutro w południe, na Placu Zamkowym, proszę wsiąść do dorożki z numerem 5."
    Nina raz jeszcze dokładnie przeczytała bilecik, podarła go i spaliła w piecu kuchennym.
- I co, dobra wiadomość?- dopytywał się Poźniak, widząc jak jej oczy promienieją z radości.
- Och, znakomita! - wykrzyknęła i pocałowała go w policzek.- Dziękuję panu z całego serca. Być może uratował mi pan życie. A teraz wyprawimy ucztę. Pani Poźniakowa, proszę o patelnię!
    Nie pozwoliła sobie pomagać, sama ubiła jajka i usmażyła omlety, zaparzyła kawę z mlekiem, a potem posmarowała grubo bułki masłem i obłożyła je plastrami szynki. Czekając na kolację, Poźniakowie z rozmarzeniem wdychali wspaniałe zapachy, unoszące się po raz pierwszy w tej nędznej kuchni. Nie trzeba ich było zapraszać do jedzenia, bo jeszcze nigdy nie kosztowali tak przyrządzonych potraw.
Wiek XIX. Kuchnia ubogich.

- To się nazywa żarcie! - westchnął Poźniak, klepiąc się po zapadłym brzuchu.- A jaka dobra ta kawa .... Lodzia, widzisz, jak się gotuje? Świat się kończy! Sama jaśnie pani szykuje jedzenie dla takich biedaków jak my. - podniósł do ust kubek z kawą, przypatrując się Ninie przez obłoczek pary.
   Cieszył się, że jest taka uśmiechnięta i szczęśliwa. Niewiele było potrzeba, aby przywrócić jej radość życia i młodość.
    Nie było kieliszków, więc pili wino z glinianych kubków. Poźniak rozgadał się, opowiadając o swojej powstańczej działalności. Służył w policji narodowej i czasami wykonywał nawet wyroki śmierci na kapusiach i agentach policji. Z uwielbieniem wspominał Dąbrowskiego, Szwarcego, a już szczególnie Bobrowskiego. Z najwyższą czcią wyrażał się o Romualdzie Traugucie, wspominając entuzjastyczne nastroje panujące w mieście w czasie powstania.
- Teraz już nikomu nie jesteśmy potrzebni.- stwierdził z goryczą. - Zżera nas bieda i brak nadziei na lepsze jutro. Nie stać ludzi takich jak my, na naukę dzieci. Kiedyś otwierano szkoły rzemieślnicze i szkółki podstawowe dla ubogich dzieciaków. Teraz szkoły są tylko prywatne dla bogaczy, albo rządowe, ale wszędzie chcą pieniędzy. Widać naszym dzieciom szkoły niepotrzebne i możemy żyć i zdychać niepiśmienni. Dwoje moich dzieciaków zmarło na szkarlatynę. Może to i lepiej? Za co bym je wychował i wykształcił? Czesne kosztuje. Poszłyby kraść, albo na rozbój na ulicę.
- Nie, ja nie wierzę, żeby dzieci takiego ojca i matki, zeszły na złe drogi.- odezwała się Nina z przekonaniem. - Wspomniał pan o Dąbrowskim. Wiadomo panu, że udało mu się uciec z zesłania wraz z żoną?
- Skąd pani to wie? - Poźniak aż uniósł się z krzesła.
- Powiedział mi o tym pewien oficer rosyjski, nasz przyjaciel. Dąbrowski uciekł z Moskwy przy pomocy Rosjan i znajduje się w Paryżu.
- Wykiwał burków? - wybuchnął Poźniak z nową nadzieją. - No, to zuch z niego. Głowę dam, że jeszcze tu wróci, a wtedy pokażemy, co potrafimy!
    Nina nie była zachwycona perspektywą nowego powstania, lecz wolała tego nie komentować.
- Czy nikt nie szedł za panem, kiedy wracał pan z konsulatu? - spytała, bo naraz przyszło jej na myśl, że mógł być śledzony.
    Pod wpływem alkoholu, Poźniak się rozkrochmalił i posłał jej perskie oko.
- Mądra z pani facetka, ale i ja niegłupi. - rzekł z uznaniem. - Stary spiskowiec ze mnie i nie dam się wziąć na plewy. Nie poszłem tam sam, tylko wziełem z sobą dwóch koleżków z ferajny, żeby kapowali, czy jakiś fiołek się za nami nie wlecze. Z miejsca dostałby nożem pod piąte żebro! Ale na Powiśle kapusie boją się zapuszczać nocą.
- Oddał mi pan ogromną przysługę i nigdy panu tego nie zapomnę. - z wdzięcznością uścisnęła mu spracowaną rękę.
    Poźniakowie dopytywali się o Setkowicza i byli bardzo wzruszeni szacunkiem, z jakim Nina się o nim wyrażała. To im imponowało, bo byli dumni z mądrego, wykształconego krewniaka i głośno się nim szczycili. Pod wpływem dobrego wina, otworzyli się przed nią, skarżąc się na biedę, a kobieta ocierała łzy, opowiadając o zmarłych dzieciach. Największym marzeniem skromnego robotnika, było posiadanie własnego warsztatu ślusarskiego.
- No, to trza iść spać. - sapnął Poźniak, przeciągając się. - Jutro o świcie będzie msza święta, za naszych pomordowanych chłopców.
- To wy wierzycie w Boga? - zdziwiła się Nina pamiętając, że Setkowicz był ateistą.
- Pewnie. Są i tacy, co nie wierzą, ale ich mało. Wszyscy wierzymy, mamy śluby kościelne i chrzcimy dzieci. Jakże inaczej?
Karczma na Powiślu.Wiek XIX.
Przesiedzieli do północy rozmawiając i wspominając poległych. W nocy Nina nie mogła zasnąć. Nie była przyzwyczajona do picia tak późno kawy i alkoholu. Z natłoku wrażeń rozbolała ją głowa. Prawie do świtu przewracała się po twardym posłaniu zastanawiając się, czego się dowie od przedstawiciela konsulatu.          Momentami wpadała w depresję i ogarniał ją strach. Pierwsza zerwała się o świcie z łóżka, zapaliła pod piecem i przygotowała obfite śniadanie. Kiedy Poźniakowie poszli do pracy, zaczęła krążyć z kąta w kąt, jak rozdrażniona tygrysica."A jeżeli to jakaś fatalna pomyłka? - rozmyślała, ogarnięta wątpliwościami. - Może chodzi im o zupełnie inną osobę. Ale chyba nie, to absolutnie niemożliwe. Byli przecież u Bini. Zresztą, jakby konsulat chciał nawiązać kontakt z niewłaściwą osobą, tajna policja wyjaśniłaby pomyłkę i bez przyczyny nie zatruwaliby mi życia." Nie mogła się wprost doczekać godziny dwunastej, ale czas płynął tak wolno, że postanowiła zająć się obiadem. Zrobiła makaron i ugotowała rosół, obrała ziemniaki i przygotowała sos do mięsa.

   Potem starannie wyczyściła kawą czarną suknię i wytrzepała płaszcz, nie mogąc odżałować, że nie stać ją na kupno lepszego okrycia. Musiała oszczędzać każdy grosz, bo nie wiedziała jak długo jeszcze pozostanie w Warszawie. Dzień był bardzo mroźny, zdecydowała się więc na narzucenie na płaszcz chusty i okryła się nią wraz z głową. Na kapelusz niestety było stanowczo za zimno. Nie miała lusterka, aby się w nim przejrzeć, zresztą przestała przywiązywać wagę do strojów i swego wyglądu. Miała już blisko dwadzieścia jeden lat i była starzejącą się, ubogą kobietą, która nie może oczekiwać od życia zbyt wiele. Nie posiadała zegarka, więc całą drogę z Tamki, na Plac Zamkowy, przebyła niemal biegiem w obawie, że przyjdzie za późno, a ten, kto na nią czeka, zniecierpliwiony odejdzie.
Naturalnie przyszła o wiele za wcześnie i musiała poczekać na umówioną godzinę. U gazeciarza kupiła "Tygodnik Ilustrowany," i schroniwszy się w jakiejś bramie, w obawie przed okiem policjanta, zaczęła czytać ogłoszenia i oglądać ilustracje. Wszędzie, na każdej stronie, znajdowały się wzmianki o wielkich balach, jakie już się odbyły, lub dopiero miały odbyć w najbliższym czasie. Z gazety dowiedziała się, że tego roku karnawał otworzył Wielki Bal Maskowy w sali Resursy Obywatelskiej, na Krakowskim Przedmieściu.

 Mieszkańcy miasta bawili się na zabawach, począwszy od balów publicznych w salach Redutowych, aż po kameralne rauty w domach prywatnych i pałacach arystokracji. "Tygodnik" zamieszczał dokładne opisy wspaniałych toalet i klejnotów dam z najlepszego towarzystwa stolicy. Poszukiwano taperów, czyli muzyków, tak potrzebnych w czasie karnawału.
Czytającej te enuncjacje Ninie, zrobiło się nagle bardzo przykro. Nie mogła uwierzyć, że warszawiacy tak prędko powrócili do normalnego życia, hucznymi zabawami i wesołą muzyką zagłuszając pamięć o narodowej tragedii. A przecież echa powstania ciągle powracały. Na stokach Cytadeli jeszcze odbywały się egzekucje byłych powstańców, policja dokonywała aresztowań i wciąż rozgrywały się nowe dramaty. Tymczasem Warszawka bawiła się, jak za dobrych czasów!
Westchnęła, stwierdzając z ubolewaniem, że Polacy mają kurzą pamięć.      Wiedziała, że sama już nigdy nie będzie taka, jak przed powstaniem. Okrutne przeżycia wycisnęły na niej piętno, które pozostanie aż do śmierci.
 Złożyła gazetę i wyjrzała z bramy. Dzień był jasny, słoneczny i Plac Zamkowy wyglądał malowniczo w zimowej szacie. Wyniosła Kolumna Zygmunta III Wazy, rzucała błękitnawy cień na śnieg leżący u jej stóp. Z dachów zabytkowych kamieniczek sfruwały gołębie, zbierając okruchy pieczywa, rzucane im przez dzieci.
W-wa Plac Zamkowy z Kolumną Zygmunta.

Przed Zamkiem stały liczne straże, prężąc się i oddając honory, kiedy w bramę wjeżdżały sanie, albo karety wiozące dostojników, na spotkanie z namiestnikiem generałem hrabią Bergiem. Nina była bardzo ciekawa, jak wygląda ten straszliwy staruch, sprawca nieopisanych cierpień narodu.
 Ze swej kryjówki, widziała okna dawnego mieszkania Borutyńskich. Niegdyś, stojąc w jednym z okien, obserwowała ze zgrozą masakrę ludności na Placu Zamkowym i tą drogą pod ścianami kamieniczek, taszczyły z Binią i Rózią nieprzytomnego Jasia. Jeszcze dziś czuła dreszcz przerażenia na myśl, że mogły zostać zabite przez uzbrojonego kozaka. "Och, jakże to było dawno!"- pomyślała. Oddałaby pół życia, żeby ukochany braciszek żył jeszcze, bo pamięć o jego samotnej, samobójczej śmierci, była dla niej niekończącym się cierpieniem. Naraz przypomniała sobie ze wstydem, że właśnie tego dnia było świętego Jana Jałmużnika - imieniny Jasia! Postanowiła, że zaraz po spotkaniu z przedstawicielem konsulatu, pójdzie do Katedry i zamówi nabożeństwo za spokój jego męczeńskiej duszy. Przed trzema laty, dzisiaj miał się odbyć jego ślub, lecz tej nocy wybuchło powstanie.
 Odpędziła od siebie ponure myśli, skupiając uwagę na stojących opodal dorożkach. Obserwowała je bacznie i dostrzegła, że wąsaty, zamaszysty dorożkarz, otulony po czubek nosa w kożuch, urządził sobie na koźle śniadanie i nie bierze gości. Kilka osób odeszło, pomstując z oburzeniem. Dorożka miała numer 5!
 Naraz uderzyły wszystkie dzwony. Było południe i rozdzwonił się zegar na wieży Zamku. Punktualnie, wraz z ostatnim uderzeniem zegara, Nina wyszła ze swojej kryjówki i pewnym krokiem podeszła do dorożki. Śmiało wsiadła do krytego budą wnętrza powozu. Dorożkarz obejrzał się nieznacznie.
- Pani Klonowiecka? - zapytał szeptem.
- Tak, to ja.
Momentalnie skończył się posilać i bez słowa ruszył przed siebie. Buda była wysoko podniesiona i Nina wtuliła się w kąt, aby jak najmniej zwracać na siebie uwagę. Jechali przez wąskie uliczki Starego Miasta, kierując się ku wsi Mokotów. Pusto tam było, tylko wiatr szumiał w przydrożnych chaszczach. Wtem dorożkarz wstrzymał konia, a do powozu lekko wskoczył mężczyzna, ubrany z nienaganną elegancją londyńskiego dandysa. Był w średnim wieku, siwiejący na skroniach, szczupły i zgrabny. Usiadł obok drżącej z zimna i zdenerwowania Niny i uchylił cylindra, składając jej ukłon z wyszukaną grzecznością.
- Mam zaszczyt rozmawiać z panią hrabiną Klonowiecką? - odezwał się po angielsku.
    Przytaknęła ruchem głowy, bo nagle wszystkie angielskie słówka uleciały jej z pamięci.
- Milady1, jestem James Bradley, sekretarz konsulatu Królestwa Wielkiej Brytanii.- przedstawił się, ściskając podaną sobie rękę.- Nareszcie! Poszukujemy pani od trzech lat. Nie tylko my, ale i ambasada francuska oraz amerykańska. Wynajęto nawet kilku detektywów, ale bezskutecznie. Władze rosyjskie poinformowały Francuzów, że zmarła pani na zapalenie opon mózgowych w 1863 roku. Musimy się prędko porozumieć, gdyż nikt nie może widzieć mnie z panią.
    Nina krótko streściła swoje dzieje i wspomniała o kłopotach z żandarmerią.
- Wiadomo nam o tym. - żywo potwierdził Bradley. - Poszukiwaliśmy pani bezskutecznie w Księstwie Poznańskim, lecz władze pruskie przedstawiły nam dowody, iż pan Alfred Nałęczowski i jego małżonka zmarli, a ich jedyna córka wyjechała w niewiadomym kierunku. Ślad się urywał. Dopiero konsulat francuski, mający dobrych informatorów odkrył, że przebywa pani w guberni radomskiej. Poszliśmy tym śladem i wtedy się okazało, że wyszła pani za mąż, owdowiała i zmarła w Bodzentynie. Byliśmy w kłopocie, bo policja na każdym kroku utrudniała nam poszukiwania. Nasi ludzie bywali zatrzymywani i zawracani z drogi. Jeden z detektywów, zupełnie przypadkowo odkrył, że miała pani siostrę cioteczną, mieszkającą w Wielkim Księstwie Poznańskim. Natychmiast tam pojechaliśmy. Siostra pani oświadczyła, że pani Klonowiecka żyje, mieszka w Radomiu i jest pod nadzorem żandarmerii, uniemożliwiającej jej kontakt listowny z rodziną. Wysłaliśmy do Radomia naszego człowieka, ale nie dopuszczono go do pani, a nawet osadzono na kilka dni w areszcie, gdy odmawiał odpowiedzi na ich pytania. Postanowiliśmy więc czekać, aż pani sama postara się nawiązać z nami kontakt.
- Teraz rozumiem, dlaczego żandarmeria tak mściła się na mnie. - przerwała mu Nina. - Pan wybaczy, lecz oddaliście mi panowie prawdziwie niedźwiedzią przysługę. Waszym staraniom zawdzięczam aresztowanie w przeddzień ucieczki z kraju, tortury i ciągłe zagrożenie, że zostanę osadzona w Cytadeli i zesłana.
    Oczy Bradleya zaokrągliły się ze zdumienia.
- Najmocniej przepraszam, milady, nic o tym nie wiedzieliśmy. Zarazem wyrażam wielką radość, że nareszcie się spotykamy. Nawet nie wyobraża pani sobie, z jaką niecierpliwością jest pani oczekiwana za granicą. Ale z tymi torturami to już lekka przesada, prawda ? Tak pięknych i wysoko urodzonych kobiet przecież się nie bije.
- O, zapewniam pana, że wtedy nie wyglądałam pięknie. Zakrwawiona, z podbitymi oczami i spuchniętym nosem od uderzenia pięścią. - uniosła pasmo włosów i pokazała mu szeroką bliznę na czaszce, powstałą na skutek uderzeń głową o ścianę. - Bito mnie codziennie pytając, kto mnie poszukuje. A ja przecież o niczym nie wiedziałam.
    Anglik ujął jej dłoń i ucałował.
- Bito panią przez nas? Jest mi niewypowiedzianie przykro. Proszę o wybaczenie.
     Nina była zniecierpliwiona, pragnąc nareszcie doczekać się rozwiązania tej tajemniczej sprawy. Zauważywszy jej podniecenie, Bradley uśmiechnął się dyskretnie.
- Pozwoli pan, że przestaniemy bawić się w kotka i w myszkę.- przeszła stanowczo do rzeczy.- Proszę darować sobie te grzecznościowe frazesy i ujawnić, kto tak usilnie mnie poszukuje?
- Szuka pani bliski krewny.
    Nina z zawiedzioną miną opadła na poduszki powozu.
- To oczywista pomyłka!- oświadczyła, zrozpaczona doznanym zawodem.- Ja nie mam żadnych krewnych, prócz ciotecznej siostry. Tyle starań, cierpienia i... pudło! - miała ochotę zgrzytnąć zębami z wściekłości.
- Pani hrabina się myli.- powiedział Anglik zdecydowanym tonem.- Pomyłka jest wykluczona. Poszukuje pani hrabiny, pan Leon Kazimierz Nałęczowski, rodzony brat pani ojca, a więc pani stryj.
- Stryj Leon? Przecież on od wielu lat nie żyje! - zawołała, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszała.
- Żyje, jest obywatelem amerykańskim i wszelkimi sposobami poszukuje swej bratanicy.
- Wprost nie mogę w to uwierzyć.- Nina była taka zła, że tylko resztkami dobrego wychowania powstrzymywała się, żeby nie zakląć głośno i brzydko.- Stryj od lat wcale się nie odzywał, pozwalając memu ojcu wierzyć, że zginął marnie. A tatuś tak się martwił o niego. Stryj Leon był starszym bratem ojca i mieszkał w rodzinnym majątku Krasna Góra, zaś mój ojciec, po ślubie przeniósł się do Jaśminowa, posagowej wsi matki. Ja tego nie pamiętam, bo wtedy jeszcze nie było mnie na świecie, ale opowiadała mi niania, że stryj podobno jeździł do Paryża jako emisariusz, przewożąc tajne dokumenty. Został zatrzymany przez carską policję i skazany na dożywotnią katorgę. Stryj nigdy nie dał znaku życia i więcej o nim nie słyszeliśmy.
   Pan Bradley usiadł wygodnie, musnął wąsa i kazał dorożkarzowi zawracać ku miastu. Ujął dłoń Niny i zamknął ją w uścisku. W jego aksamitnym spojrzeniu pojawiła się tęsknota, będąca jej zdaniem, wcale nie na miejscu. Pochwyciwszy jego spojrzenie, mimo woli zarumieniła się lekko. "Ależ z niego kokiet!"- pomyślała przyznając, że choć już niemłody, nadal jest atrakcyjnym mężczyzną.
- Milady, bez wątpienia mówimy o tej samej osobie.- Bradley zniżył głos do szeptu. - Stryj pani miał burzliwe losy. Kilka lat spędził w głębi Rosji, ale udało mu się zbiec z katorgi i dostał się do Francji. Nie dawał znaku życia obawiając się, że zemsta władz dosięgnie jego rodzinę. Nadał był bardzo aktywny i wyjeżdżał nawet na Bliski Wschód, pracując nad utworzeniem polskiego legionu.
- To brzmi jak powieść przygodowa. - zauważyła Nina.
- Rzeczywiście. Ale potem rozczarował się do swych rodaków i wyemigrował do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Polował na bizony, szukał w Kalifornii złota i walczył o przyłączenie Teksasu do Stanów. Ciężko ranny w wojnie meksykańskiej, otrzymał w nagrodę od rządu amerykańskiego, wielki kawał ziemi w Arizonie. Ożenił się z Polką i miał dwoje dzieci. Jednak stracił całą rodzinę w czasie strasznej epidemii żółtej febry, jaka nawiedziła Nowy Orlean w 1853 roku, gdzie właśnie pani krewni przebywali. Po raz drugi nie założył rodziny i jeszcze przed wybuchem powstania, zwrócił się do ambasady amerykańskiej, brytyjskiej i francuskiej z prośbą, o odszukanie rodziny w Polsce.
- To stryj nie wiedział, że ojciec i matka nie żyją, a nasz Jaśminów zagarnęli Prusacy?- zdziwiła się Nina.
- Oczywiście, że nie wiedział o niczym. Powiadomiliśmy go, że pozostała mu tylko bratanica. O, będzie zachwycony, ujrzawszy taką piękną kobietę. Stryj sądzi, że jest pani dzieckiem!
- Doprawdy, jestem zbulwersowana. - powiedziała w zamyśleniu. - Więc jednak stryj Leon żyje...
- Tak. Jest starszym panem, bardzo schorowanym i ciężko dotkniętym przez los. Resztę życia pragnie spędzić przy kimś najbliższym. - urwał i spojrzał na nią badawczo. - Czy zdecyduje się pani na wyjazd do Ameryki?
    Nina wydała lekki okrzyk, nie spodziewając się usłyszeć takiej propozycji.
- Do Ameryki? Nie, to wykluczone! Jankesi podobni są do Prusaków i Moskali. Mordują nieszczęśliwych Indian i zabierają im ziemię. Nie znoszę Jankesów! - oznajmiła ostro. - Poza tym, obawiam się węży i uważam, że Ameryka nie nie jest krajem odpowiednim do osiedlenia się dla damy!
    Bradley zaśmiał się.
- Gdybym wiedział, że spotkam takiego anioła, wybrałbym się do tego Radomia osobiście! Pani hrabina jest czarująca, ale zapewniam panią, że prócz grzechotników i Indian, spotka pani w Ameryce ogromne miasta, a w nich wspaniałe rezydencje, teatry i sale balowe. Piękność pani rozbłyśnie tam jak drogocenny klejnot. O, jaka szkoda, że nie wybiera się pani do Anglii, bo rzuciłaby pani Londyn na kolana.
    Nina nieznacznie wzruszyła ramionami. Wprawdzie komplementy Anglika nie były jej niemiłe, bo dawno ich nie słyszała, ale teraz miała ważniejsze sprawy na głowie.
- Kto wie, może będę i w Londynie, jednak najpierw muszę wydostać się z kraju, bo tu ciągle grozi mi więzienie i zesłanie. Miałam nadzieję, że panowie ułatwicie mi ucieczkę.
- Bezwarunkowo.- zapewnił ją Bradley.- Właśnie w tym celu musimy spotkać się raz jeszcze.
- To zrozumiałe. Ale ja nie jestem sama, mam nianię, która zastępowała mi matkę oraz przyjaciółkę i bez nich nie wyjadę.
- Ach, to żaden problem.- odparł swobodnie. - Poproszę o nazwiska i wiek tych pań, a jutro dostarczę pani odpowiednie dokumenty. Czy te panie znają języki obce?
- Tak. Niania zna doskonale język niemiecki, a panna Mira włada biegle rosyjskim i francuskim.
    Anglik skrupulatnie zanotował podane informacje i schował notes do kieszeni.
- Stryj pani spodziewa się od nas wiadomości. Co mamy mu przekazać?
    Nina postanowiła postawić sprawę jasno.
- Proszę mu donieść, że marzę o poznaniu najbliższego krewnego i pragnę zaopiekować się nim jak córka, ale wykluczam wyjazd poza Europę. Muszę zamieszkać we Francji do czasu, aż załatwię wszelkie formalności majątkowe. W przyszłości zamierzam osiedlić się w Galicji. Chcę żyć i umrzeć w mojej ojczyźnie.
    Bradley nie krył zawodu jej decyzją.
- Trudno.- westchnął.- Mam jednak nadzieję, że zmieni pani zdanie. Wczoraj depeszowaliśmy do pana Nałęczowskiego, że udało się nam nawiązać z panią kontakt. Obawiam się, że pani decyzja mocno go rozczaruje. Mówiąc między nami, pan Nałęczowski znajduje się na czarnej liście służb specjalnych Rosji. Proszę nikomu o nim nie wspominać.
- Depeszowaliście panowie do Ameryki? - Nina wysoko uniosła brwi.
- Nie, stryj pani przebywa obecnie w Calais we Francji.
- Ależ to zmienia postać rzeczy!- ożywiła się Nina. - Kiedy tylko wydostanę się z kraju, z całą pewnością spotkam się z nim. Proszę stryja zawiadomić, że przyjadę do Calais.
- Doskonale. W takim razie do zobaczenia jutro, o tej samej porze i w tym samym miejscu.
   Dorożka zatrzymała się na rogu Alei Jerozolimskich i Nina wyciągnęła do niego rękę.
- Miło mi było poznać pana i dziękuję za wszystkie starania.
- Do zobaczenia, milady.- Bradley złożył na jej dłoni pocałunek i wysiadł. Stojąc na chodniku, raz jeszcze się ukłonił.
    Nina poprosiła dorożkarza, żeby wysadził ją w pobliżu Katedry. Przechodząc obok sklepu zegarmistrzowskiego, przekonała się ze zdumieniem, że jest dopiero godzina druga po południu. Idąc w kierunku Krakowskiego Przedmieścia, rozmyślała o rozmowie z Bradleyem. W głębi duszy była bardzo zawiedziona tak prozaicznym rozwiązaniem tajemniczej sprawy. Wyobraźnia podsuwała jej najbardziej nieprawdopodobne warianty, tymczasem wyjaśnienie dręczącej ją zagadki, okazało się całkiem proste. Odniosła wrażenie, że odarto ją z marzeń.
     Ze stryjem nie łączyły jej żadne wspomnienia. Za to z jego winy doświadczyła tyle cierpienia, że raczej nie była mu za to wdzięczna. Nigdy nie dał znaku życia i zapewne nie tęsknił za rodziną w Polsce, zajęty swoimi sprawami. Przyszło jej na myśl, że być może, stryj jest obecnie ubogim, chorym i niewątpliwie zgorzkniałym człowiekiem, z którym trudno jej będzie nawiązać serdeczniejszy kontakt. Jeżeli stryj Leon zgodzi się pozostać w Europie, to ona najchętniej nim się zaopiekuje, ale do Ameryki nie pojedzie za żadne skarby świata. Tak naprawdę, wcale nie pragnęła stryja poznać. Jednakże będąc osobą rzetelną, poczuwała się do więzów rodzinnych i mając uczciwą naturę uważała, że należy wywiązywać się z obowiązków rodzinnych. Kiedy dostanie się już do Francji, spotka się ze stryjem i podzieli z nim wszystkim, co będzie posiadała.

Paryż  Luwr.
Celem jej podróży był Paryż! We Francji czekał na nią majątek w bankach i spokojne, dostanie życie. We Francji przebywał Tomek, przybrany syn Aleksa, o wiele bliższy jej sercu, od nieznanego stryja. Zamierzała zabrać go do siebie i stworzyć mu prawdziwie rodzinny dom. Była Europejką z krwi i kości, a z kraju wyjeżdżała z największym żalem, pragnąc być jak najbliżej swej ojczyzny. Tylko we Francji będzie czuła się znośnie, gdyż po rozbiorach i powstaniach, kraj ten stał się tradycyjnie dla Polaków drugą ojczyzną. W stolicy Francji, arystokracja polska posiadała wspaniałe rezydencje, a polskie środowiska emigracyjne, z religijną czcią kultywowały tradycje narodowe. Zresztą Paryż był stolica świata, wyrocznią mody, nauki i sztuki. Marzyła też, że może kiedyś uda się jej odkupić Maków i powrócić do domu. Ta myśl nie opuszczała jej nawet we śnie. Ameryka była, jej zdaniem, krajem zbyt odległym i mało cywilizowanym, żeby się tam osiedlić. Zresztą niedawno zakończyła się w tam długa, bratobójcza wojna. O nie, nigdy nie wyjedzie do Ameryki, choćby obiecywano jej góry złota. Stryj potrzebuje zapewne osoby do prowadzenia domu, w jakimś dzikim, odległym od świata zakątku. Potrząsnęła głową i wzdrygnęła się, czując dotkliwy chłód.
W Katedrze zamówiła nabożeństwo żałobne. Wręczając księdzu datek, poprosiła o modlitwę za duszę tragicznie zmarłego Jana, nie wspominając, że poległ w postaniu. Ale ksiądz domyślił się tego i obiecał, że całą mszę wieczorną poświęci zmarłemu. Pieniędzy nie przyjął prosząc, by rozdała je ubogim, oczekującym na wsparcie. Nina wyszła z kościoła wzruszona. Nie była pewna, czy modlitwy pomogą duszy Jasia na drugim świecie zakładając, że taki świat istnieje. Jednak nic więcej zrobić dla niego nie mogła. Zdawała sobie sprawę, że jej rozumowanie jest niekonsekwentne, lecz wolała nie zagłębiać się w dywagacje teologiczno-filozoficzne.
Powracając na Powiśle, przystawała przed wystawami sklepowymi, podziwiając znajdujące się tam piękne stroje balowe oraz wytworne dodatki toaletowe: wachlarze, rękawiczki, pióra i koronki. Już nie pamiętała, że w Makowie przebierała się trzy razy dziennie, ponieważ inna suknia przewidziana była przed południem w domu, inna na spacer, a jeszcze inna wieczorem do kolacji. Obecnie posiadała trzy sukienki kupione u Żyda na targowisku i nosiła je latem i zimą aż do zdarcia.

Krynolina z II poł. XIX wieku.
    Westchnęła i ze spuszczona głową powędrowała do domu. Resztę czasu spędziła pisząc list do stryja. Poźniakowie przychodzili z pracy dopiero pod wieczór, sama więc zjadła trochę rosołu z makaronem i żeby ich nie niepokoić napisała, że idzie do Katedry na mszę. Narzuciła na siebie płaszcz, chustę i wymknęła się z domu. Nad miastem, po zachodniej stronie, zapalały się purpurowe zorze. Wyżej, na bezchmurnym niebie świeciły gwiazdy. Wieczór był bardzo mroźny. Prędko przemknęła wąskimi uliczkami Powiśla, z dala omijając podejrzane spelunki. Odetchnęła, wychodząc na oświetlone ulice Śródmieścia. W Katedrze nabożeństwo jeszcze się nie rozpoczęło, lecz kościół pełen był już ludzi. W kaplicy Baryczków, gdzie niegdyś brała ślub, znalazła wolny kącik. Usiadła na stopniu ołtarza, przypominając sobie, że klęczała tu u boku ukochanego. Na chórze zagrały organy i jakiś czysty, młodzieńczy głos zaśpiewał starą pieśń:
                                               Zdrowaś bądź Maryja, Niebieska lilija,
                                               Panu Bogu miła, Matko litościwa;
                                               Tyś jest nasza ucieczka, Najświętsza Maryja.
                                               Maryja wielebna, ukaż drogę pewną,
                                               Przykazania Twego Boga Wszechmocnego,
Onci wszystka nadzieja, zbawienia naszego. . Odmówiła modlitwę za duszę Jasia, rozglądając się po kaplicy. Wydało się jej, że minęły wieki od chwili, gdy mąż wsunął jej na palec złotą obrączkę ślubną. Zasłoniła twarz dłońmi i pragnęła zapłakać, ale łzy nie napłynęły jej do oczu. Tak wiele zmieniło się od tego cudownego dnia, a ona nie była już tą naiwną, beztroską i zakochaną panną, oczekującą od życia miłości i szczęścia. Miała złamane serce i już żadna miłość jej w życiu nie czekała. Przy głównym ołtarzu, ksiądz wezwał wiernych, do modlitwy za duszę zmarłego tragicznie Jana. Podniosła głowę i utkwiła wzrok w wizerunku Ukrzyżowanego, który błogosławił ich przysiędze małżeńskiej. Na ołtarzu płonęły świece, obok wazonów pełnych róż i białych lilii. Chrystus zdawał się unosić w obłoku świateł i woni kwiatów.
Warszawa Stare Miasto.
     Wyszła z kościoła pełna bolesnych wspomnień. Na Placu Zamkowym spojrzała w okna dawnego mieszkania Borutyńskich, jakby spodziewała się, że za szybą ujrzy słodką twarz cioci Salomei i jasną głowę Jasia. Ale okna były ciemne.

1Milady - tytuł nadawany arystokratycznym damom.