niedziela, 16 października 2016

NIEOCZEKIWANY GOŚĆ. OŚWIADCZYNY?

16 października 2016 r.   Pieśń powstańców Styczniowych.

                                       
                                         Wśród głodu i chłodu, w obronie narodu,
                                         My zawsze do bitwy gotowi.
                                         Choć dłoń nam skostniała, lecz serce w nas pała,
                                         I grozim rozpaczą wrogowi!
                                         Świat głuchy na jęki nie podał nam ręki,
                                         Już w pomoc nie wierzym niczyją.
                                         Lecz z słowem modlitwy idziemy do bitwy
                                         Wołając: - 
                                                         Jezusie Maryjo!
  
    Był piątek, koniec stycznia. U panny Eugenii zebrało się kilka pań z Towarzystwa Dobroczynnego, żeby szyć bieliznę dla najuboższych. Nina nie lubiła tych zebrań, w przeciwieństwie do Jagi i Miry, ale nie chciała swoją odmową sprawić przykrości pannie Eugenii, osobie o najlepszym sercu. Siedziała więc przy oknie i szyła koszulkę dla dziewczynki z grubego barchanu, zastanawiając się przy tym, dlaczego biedne dzieci, z reguły muszą nosić szarą, ponurą odzież, jakby dla podkreślenia ich ziemistej cery. Od okna wiało chłodem, więc poprawiła spadający z ramion kaszmirowy szal  przywieziony jeszcze z Makowa. Jedna z pań przyjrzała się z zachwytem wspaniałym haftom zdobiącym brzegi szala.
Hafty polskie.
   - Przepraszam.- przerwała szycie i zwróciła się do Niny. - Czy wolno spytać, kto tak cudownie wyhaftował ten szal?
    -  Ja. - odparła krótko Nina.
    - Jak to? Mając takie zdolności, nie zamierza ich pani spożytkować? Och, nie wierzę własnym oczom, bo to najpiękniejsza rzecz, jaką widziałam. Sama chętnie zapłaciłabym każdą cenę, za wyhaftowanie wyprawy ślubnej mojej córki.
        Nina ściągnęła brwi, bo nie spodobały się jej zachwyty starszej pani. Żachnęła się i już zamierzała coś odburknąć, lecz przyjrzawszy się bliżej temu pomysłowi uświadomiła sobie, że byłby to całkiem niezły sposób zarobkowania. W dodatku nie wymagał pozwolenia władz. Dotąd tylko Mira utrzymywała dom ze swej niewielkiej pensji i korepetycji, dawanych po prywatnych domach. Pieniądze od Siekielskich, postanowiły odkładać na czarną godzinę, lub na wypadek ewentualnej okazji ucieczki za granicę. Koniecznie należało skorzystać z nadarzającej się szansy dodatkowego zarobku.  Od tego dnia zaczęły napływać do niej zamówienia na hafty, a jej prace stały się w mieście szalenie modne. Było w najlepszym tonie, posiadać w swojej garderobie suknię, bluzkę, czy szal, haftowany rękami młodej hrabiny. 
Hafty polskie.
     Paniom sprawiało to przyjemność, a Ninie zaczęło przynosić wcale niezłe zarobki. Zwłaszcza wówczas, gdy zaczęła cenić swoją pracę. Początkowo, nie śmiała żądać wiele za hafty, ale panna Eugenia, posiadająca prócz złotego serca, również zmysł do interesów, uświadomiła ją,  iż ceniąc swą pracę, podnosi jej wartość w oczach klientek. Oprócz pań z miasta, żon lekarzy, adwokatów, czy aptekarzy, zaczęły do niej przyjeżdżać damy z pobliskich majątków ziemskich. Zamawiając hafty, przy okazji przypatrywały się z ciekawością młodej hrabinie, niby cielęciu o dwóch głowach, lub trzech nogach, próbując wyciągać od niej jakieś zwierzenia. Lecz Nina nie była wylewna, a minę miała tak pełną dumy, że panie urywały w pół słowa, zmrożone jej wyniosłym spojrzeniem i więcej nie odważyły się pytać.
    Za namową Miry, ograniczyła drobne zamówienia i zaczęła haftować duże makaty na ścianę. Zabierały jej więcej czasu, ale za to sprzedawały się świetnie i były kosztowne. Makaty często kupowały od niej żony oficerów rosyjskich, urzeczone wspaniałym kolorytem i bogactwem wzorów. Były to prawdziwe obrazy malowane igłą, a Rosjanki bez namysłu płaciły za nie kilkadziesiąt rubli i nawet nie przyszło im do głowy, żeby trochę potargować się z polską grafinią!     Jaga krzywiła się, wpuszczając je do mieszkania, lecz Nina nie miała takich obiekcji.
Haftowane pejzaże na makacie.
 - Dopóki jestem biedna, muszę schować ambicję do kieszeni. - tłumaczyła niani. - Rosjanie odebrali mi Maków, a ja w rewanżu oskubię ich małżonki. Kiedy znowu będę bogata, więcej nie spojrzę w ich stronę.
Panie z rozmaitych stowarzyszeń zaczęły zabiegać o jej względy, proponując członkostwo w swoich organizacjach, ale Nina zdecydowanie odmawiała. Nie zależało jej na popularności i nie zamierzała przy herbatce i ciasteczkach, opowiadać o swoich tragicznych przeżyciach. Wolała w ciszy i samotności, wyczarowywać jedwabnymi nitkami mozaiki z kwiatów, ziół i owoców. Pracowicie wyszywała kwitnące osty, liście bluszczu i kasztanowców, z ich kłującymi owocami. W głębi duszy nienawidziła tej pracy, gdyż przy niej niszczyła dłonie i nie miała już czasu na ćwiczenia pianistyczne. Ale jeszcze bardziej obawiała się nędzy i wyrzeczeń. Teraz stać ją było na wynajęcie praczki i pomocy dla Jagi. Zabroniła Mirze dawać męczące korepetycje, proponując jej w zamian pomoc przy pracy i dzieląc się z nią zarobkiem.
Hafty polskie
     W drugiej połowie lutego, pewnego ciemnego, zimowego dnia, ktoś nieśmiało zapukał do drzwi  mieszkania. Jaga i Mira były u panny Eugenii, więc Nina odłożyła haft i poszła otworzyć. Osłupiała ze zdumienia, ujrzawszy dawno nie widzianego Orlewicza. Młody mężczyzna, niepewny jak zostanie przyjęty, zmieszał się, zauważywszy na jej twarzy lekki rumieniec. Ale od sąsiadki wybiegła Jaga, za nią Mira i obie powitały gościa entuzjastycznie, zapraszając do pokoju i sadzając przy stole. Nina wpatrywała się w niego w milczeniu.     Ochłonąwszy z zaskoczenia obdarzyła go nawet uśmiechem.
    - Zapewne skierowała pana do nas Zosia Siekielska, prawda? - zapytała uprzejmie, gdy wszystkie zasiadły przy stole, wokół dymiącego samowara.
    - Nie widziałem się z panią Siekielską, bo zaledwie trzy dni temu wróciłem z Krakowa. Wybrałem się do Radomia, by załatwić kilka spraw majątkowych. Nie miałem pojęcia, że panie tutaj mieszkają. Poinformował mnie o tym dopiero pan Bochniak, którego spotkałem w Bodzentynie. Dał mi adres pań i prosił, żebym przekazał pani hrabinie i wszystkim paniom ucałowanie rączek. Zapewnił, że zawsze jest wiernym sługą rodziny hrabiów Klonowieckich.
    Zerknął na Ninę i pociągnął nosem, bo z kuchni dolatywał apetyczny zapach słodkich bułeczek z rodzynkami, upieczonych przez Jagę na niedzielę. Niania była taka uszczęśliwiona wizytą niespodziewanego gościa, że przyniosła cały półmisek ciasta, częstując nim Orlewicza.
    - Kochany, poczciwy pan Bochniak. - Nina westchnęła z nostalgią. - W Makowie żyliśmy wszyscy, jak jedna wielka rodzina.  Wiem, że on ciągle się łudzi nadzieją, że kiedyś powrócę do mego domu. Ale tylko cud mógłby sprawić, żeby Moskale wynieśli się stamtąd. Nie! - potrząsnęła głową, jakby odpędzała smutne myśli.- A myśmy już sądziły, że pan poległ. Gdzie pan się podziewał przez tak długi czas?
   Orlewicz przełknął kęs słodkiej bułeczki i posłał jej wdzięczne spojrzenie.
    - Bardzo mi miło, że panie raczyły o mnie wspomnieć. Byłem poważnie ranny w nogę. Kula trafiła mnie w momencie, gdy przechodziłem granicę. Dostałem tak pechowo, że niewiele brakowało i straciłbym nogę. Do dziś mam kłopoty z chodzeniem, bo pocisk uszkodził kość. Leżałem we lwowskim szpitalu, a kiedy odzyskałem trochę sił, pojechałem do Krakowa i tam rozchorowałem się na dobre. Spędziłem w szpitalu niemal pół roku, a potem przygarnęli mnie państwo Piotrowscy.
    - Doprawdy? - ożywiła się Nina, przypominając sobie awanturniczą wyprawę, która o mało nie zakończyła się jej śmiercią. - Co u nich słychać?
   - To bardzo dobrzy ludzie. - rzekł, i zachęcony przez Jagę, sięgnął nieśmiało po drugą bułeczkę. - Ostatnio pan Piotrowski miał kłopoty z policją. Był przesłuchiwany, a nawet grożono mu deportacją do Królestwa, za udział w powstaniu. Na szczęście Austriacy także lubią łapówki, wzięli pieniądze i dali mu spokój. Jestem bardzo wdzięczny braciszkowi Benonowi, że mnie u nich umieścił.
    Wszystkie trzy panie wydały okrzyk radości.
    - To braciszek żyje? - zawołała Mira.
    Z prawdziwym wzruszeniem przypomniały sobie wesołego brzydala, przyjaciela Jasia i ulubieńca całego obozu.
    - Naturalnie, że żyje! - zaśmiał się Orlewicz. - Moskale są za mało sprytni, żeby dostać go w swoje ręce. Przeżył powstanie, choć wcale się nie oszczędzał, a może narażał się więcej od innych. W czasie bitwy na Łysej Polanie, przebywał z zadaniem aż w Czerniowcach, przewożąc rządowe dokumenty. Dopiero po powrocie do Krakowa, dowiedział się o śmierci pana pułkownika i pogromie partii. Okropnie rozpaczał i długo nie mógł się oswoić z myślą, że jego przyjaciele i koledzy polegli taką straszną śmiercią. Teraz przebywa w krakowskim klasztorze bernardynów, bo radomski klasztor uległ kasacie. Ale kiedy tylko dowiedział się, że wracam do kraju, poprosił, żebym przekazał pani hrabinie wyrazy najgłębszego współczucia i zapewnił, że codziennie modli się za duszę pana pułkownika, jego żołnierzy i Jasia, pana Barycza i pana Soszkiewicza.
    Nina chłodno skinęła głową pomyślawszy, że te modlitwy tyle pomogą poległym, co przysłowiowe kadzidło umarłemu. Lecz Orlewicz, braciszek Benon i państwo Piotrowscy,  kojarzyli się jej z powstaniem, przypominając tych, co odeszli. Spuściła głowę, przypomniawszy sobie skromnego Wacia Barycza i jego bohaterską śmierć. Zaświeciły przed nią ukochane bursztynowe źrenice...     Wszystko przeminęło, pozostała jej tylko pamięć burzliwych dni, z którą musiała nauczyć się z tym żyć.
    - Z braciszka to był dusza człowiek. - odezwała się Jaga. - Tak serdecznie przyjaźnił się z Jasiem, świeć Panie nad jego męczeńską duszą. Oj, rozwiał nas ten wicher wojny po świecie. Wielu znajomych jest za granicą, inni pomarli, a jeszcze inni biedują, jak i my, żyjąc z dnia na dzień.
    - Nie miał pan trudności z otrzymaniem pozwolenia na wyjazd?- spytała Mira, pragnąc skierować rozmowę na inne tory i oderwać myśli Niny od strasznych wspomnień.
    Orlewicz potrząsnął głową i opowiedział o zażyłości ojca z naczelnikiem wojennym.
    - Ojczysko zrobiło się strasznie chytre, bo pomógł naczelnikowi upolować dzika wielkiego jak piec, a po powrocie uraczył go samogonem. Naczelnik spił się jak bela i cały dzień przespał w alkierzyku. Ale odjeżdżając, obiecał ojcu, że każdą sprawę załatwi mu od ręki. Dzięki temu mogłem powrócić do kraju, bo nie grożą mi represje.
  - Bodaj to mieć takie znajomości.- powiedziała Nina.- A jak pan dowiedział się o wszystkim? - nie powiedziała wyraźnie o czym, ale Orlewicz zrozumiał ją właściwie i popatrzył na nią z serdecznym współczuciem.
    - Spotkałem w Krakowie powstańca, któremu udało się umknąć z Łysej Polany i dostać  za granicę. Opowiedział mi... - Orlewicz urwał i dokończył pośpiesznie: - ... o tym. Potem dowiedziałem się, że pani hrabinie odebrano Maków i że mieszkacie panie w Bodzentynie. Dopiero pan Bochniak powiedział, że była pani aresztowana i obecnie mieszkają panie w Radomiu. Wprost nie mieściło mi się to w głowie. Karać kobietę? Barbarzyństwo!
    Nina obojętnie wzruszyła ramionami.
    -  Było, minęło i nie ma o czym mówić. Co pan zamierza teraz robić?
    Orlewicz był zakłopotany jej więcej niż powściągliwym zachowaniem. Może miał cichą nadzieję na cieplejsze powitanie.
    - Cóż, przy koneksjach mego ojca, dostałem posadę w lasach rządowych. Jak dawniej będę leśnikiem.
    Nina naraz straciła ochotę do rozmowy i powróciła do przerwanej pracy, haftując na dużej makacie przepiękne wieńce z kwiatów maków i chabrów, pośród złocistych kłosów. Za to Jaga i Mira, zachwycone wizytą nieoczekiwanego, lecz miłego gościa, zabawiały go rozmową i opowiadały o swoich losach. Nina przysłuchiwała się im z dezaprobatą. Ilekroć spotkali się dobrzy znajomi, nie istniał dla nich inny temat, tylko powstanie i przyczyny jego upadku. Roztrząsano  i analizowano poszczególne bitwy, błędy dowódców i ich sukcesy. Co chwilę padały nazwiska wymawiane szeptem i nazwy pól bitewnych: Langiewicz, Grochowiska, Czachowski, Chmieleński, Bosak, Kruk, Lelewel - Borelowski, Taczanowski, Mierosławski,Traugutt....
    Orlewicz siadłszy na ulubionego konika, sypał jak z rękawa datami bitew i wyrażał swoją opinię o ich przebiegu. Mira dotrzymywała mu kroku, rewanżując się wspomnieniami o swoich kurierskich przygodach. Wspominała o lazarecie i chwaliła Ninę, broniącą go przed Dońcami. Przysłuchująca się ich dyskusji, Nina była po prostu wściekła! Nienawidziła opowieści o powstaniu, które zabrało jej wszystko, co kochała.
  "Kiedy oni w końcu przestaną ględzić na ten oklepany temat? -  Nina denerwowała się, haftując coraz prędzej, kłując się w palce i resztką dobrego wychowania powstrzymując się od wybuchu gniewu. - Dałabym sobie wyciąć kawał mózgu, żeby zapomnieć o tamtych czasach i już nigdy nie wracać do nich myślą. Żeby nie nasze idiotyczne upodobanie do samozagłady, Alek dziś żyłby, a ja mieszkałabym w moim domu, spokojnie wychowując nasze dzieci. Mój synek nie urodziłby się martwy i prawdopodobnie miałabym więcej dzieci. Pomyśleć tylko, że za kilka lat wyrośnie nowe pokolenie, nie znające okropności wojny i nasłuchawszy się kłamliwych opowieści, chwyci za broń przekonane, że śmierć jest obowiązkiem dobrego Polaka!” „Dulce et decorum.”1..... Jakież to podłe oszustwo. Śmierć nie jest słodka i piękna, jest ohydna, a trupy ukochanych rozkładają się i cuchną na polach bitew. Wojna, powstanie, to  niepewność jutra, wszy, głód, brud i gwałty na bezbronnych kobietach i dzieciach. Poległo tylu wspaniałych, utalentowanych mężczyzn, którzy mogliby stać się dumą narodu. Teraz gniją w opuszczonych grobach, a wdzięczni rodacy wypierają się ich, jak Szymon-Piotr Chrystusa. Jaki będzie ten przyszły naród?  Słaby, nędzny i całkowicie podporządkowany Rosji? Och, po co Orlewicz dziś przyszedł? Zaledwie zaczęłyśmy egzystować spokojniej, a już możemy doczekać się wizyty żandarmów i rewizji. Z pewnością żandarmeria sprawdzi, że odwiedza nas były powstaniec i w konsekwencji, to znowu ja odpokutuję!"
  Jaga zajęta gościem, spojrzała na nią i zauważywszy jej zacięte usta i złowrogo zmrużone powieki, trąciła pod stołem Mirę, a ta zaraz umilkła.
    - Mam do pana prośbę.- odezwała się Nina, opanowawszy gniew. -  Policja konfiskuje korespondencję do mnie i kradnie przysyłane mi pieniądze. Muszę korzystać z okazji, aby dać o sobie znać przyjaciołom. Czy zechce pan zabrać moje listy do państwa Siekielskich i do mej siostry?
    - Ależ oczywiście! Jutro wieczorem wracam do Gliszczysk, ale po drodze wpadnę do Brzezińca. Pannie Wąsockiej także przywiozłem list od narzeczonego.
    -  Zna pan pana Artura? - zdziwiła się Mira.
    -  Naturalnie. W Krakowie są takie miejsca, gdzie spotykają się byli powstańcy. Poznałem tam pana Śliwiaka i jakoś się zmówiliśmy o wspólnych znajomych. Pan Artur już po studiach i obiecano mu dobrą posadę, gdzieś na granicy z Mołdawią. Zamierza ściągnąć tam pannę Jadwigę i ją poślubić.
    - Bardzo się cieszę. - powiedziała Nina szczerze. - Przynajmniej Jadzia znajdzie szczęście w życiu. Tylko ona jedna! - szepnęła do siebie, przypomniawszy sobie przepowiednię wojewodziny. - Proszę ją serdecznie od nas pozdrowić.
    - Najchętniej. Panna Jadwiga wspomniała, że przed wyjazdem do Galicji, wybiera się na Mazowsze, pożegnać rodzinę. Po drodze postanowiła odwiedzić panie.
    - Będzie nam miło.- Nina wstrzymała oddech i zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad czymś w skupieniu. - Tak mówiła? Pojedzie sama, czy z rodzicami? Przez Warszawę?
    -  Tego niestety nie wiem. Zapewne pojedzie tylko z pokojówką, bo pani Wąsocka słabuje i bardzo wątpię, czy będzie mogła odbyć tak uciążliwą podróż.
    Nina o mało nie spadła z krzesła, a jej przygasłe oczy, naraz rozbłysły na myśl o możliwościach, jakie niosła z sobą podróż Jadwigi. O Warszawie myślała bardzo często i każda wzmianka o wyjeździe w tamtą stronę, budziła jej uwagę. Słowa Orlewicza zapaliły w jej sercu słabe światełko nadziei. Niespodziewanie przyszedł jej do głowy śmiały pomysł. Postanowiła dokładnie go przemyśleć.
    - Spodziewamy się, że zechce pan nas jutro odwiedzić. - Mira posłała Orlewiczowi życzliwy uśmiech.
    -  Jeżeli tylko panie pozwolą. Mam przecież zabrać z sobą listy. Zresztą nie jestem pewny, czy w ciągu jednego dnia zdążę pozałatwiać wszystkie sprawy urzędowe. - oświadczył i zmieszany spuścił oczy.
    Jaga z Mirą wymieniły porozumiewawcze spojrzenia, i obie jednocześnie zerknęły na Ninę pilnie haftującą. Orlewicz nie miał ochoty jeszcze się żegnać i zastanawiał się, czym może panie zainteresować.
    - Czy panie słyszały o nowej zbrodni Moskali?- przerwał kłopotliwe milczenie.-  Na stokach Cytadeli stracono ostatniego naczelnika Warszawy, pana Aleksandra Waszkowskiego2 i pana Emanuela Szafarczyka.
 
Aleksander Waszkowski.
 Mira wydała okrzyk przerażenia, Jaga przeżegnała się, a Nina pobladła.
    - Pan Szafarczyk? - powtórzyła. - Nie słyszałam nigdy tego nazwiska.
 - Był członkiem żandarmerii narodowej. Postawiono mu zarzut przygotowywania zamachu na pewnego Żyda, który był konfidentem i w czasie powstania dostarczał dla wojska żywność.
    - Zabił tego konfidenta? - wyszeptała Mira, nie mogąc ochłonąć z wrażenia.
    - Nie wiem, lecz wyrok był bardzo surowy.
    - W czasie powstania wielu dziedziców sprzedawało wojsku żywność.- podchwyciła dosyć nerwowo Nina. - Z konieczności, bo w przeciwnym razie wojsko by ją skonfiskowało.
     "Mnie także należało zasztyletować, bo ja z własnej woli  sprzedawałam zboże, jarzyny i owoce Rosjanom".-  pomyślała z ironią.
Emanuel Szfarczyk
    - Wielki Boże, jak długo będą się odbywały te potworne egzekucje? - jęknęła Mira bliska łez.
    - Dopóki w narodzie będzie się tlił opór.- odpowiedziała Nina chłodno i bez wzruszenia. - Jak pan będzie w Brzezińcu, proszę spytać Tadzia, kiedy spodziewa się uwolnienia z więzienia pana doktora Setkowicza, bo nic o nim nie wspomniał w ostatnim liście.
    Orlewicz nie znał Setkowicza i nigdy o nim nie słyszał. Naraz wyobraził sobie, że ten nieznany mężczyzna ośmielił się sięgnąć po przedmiot jego uwielbienia i poczuł poryw gniewu. Jego nieśmiałe nadzieje zaczęły się rozwiewać, bo na twarzy Niny dostrzegł troskę. Spochmurniał i siedział jak na szpilkach.
    - To widocznie jakiś dobry znajomy pań. - zaryzykował pytanie.
    Jaga z właściwą sobie przenikliwością domyśliła się, że młody człowiek poczuł się zagrożony i postanowiła rozwiać jego podejrzenia.
    - Pan doktor Setkowicz był lekarzem w makowskim lazarecie.- wyjaśniła.- Bardzo porządny człowiek, ale straszny dziwak. Uratował mojej Ninie życie, kiedy ciężko zachorowała. Moskale uwięzili go za udział w powstaniu, a Nina ma dobre serce i pragnie mu pomóc. Szkoda doktora, lubiłyśmy go, choć biedak nie grzeszył urodą, a co gorsza, jest niewierzący i socjalista. Chodził zawsze byle jak ubrany i nawet porządnych butów nie miał.
    - Nianiu! - Nina raptownie wstała z krzesła, urażona do głębi serca tymi słowami. Jaga, zawsze taka taktowna, teraz zachowywała się wprost skandalicznie.
    Mira również obraziła się na Jagę, gotowa bronić dobrego imienia Setkowicza przeciwko całemu światu. Natomiast Orlewicz poweselał, a jego napięta twarz odzyskała normalny, łagodny wyraz. Ale Nina nie zamierzała pozostawić wypowiedzi Jagi bez komentarza.
    - Wygląd i stan majątkowy pana Setkowicza, nie mają żadnego znaczenia!- wycedziła, mierząc Jagę ostrym wzrokiem.- To znakomity chirurg, powstaniec  i wspaniały, godny człowiek. Wielu ludzi zawdzięcza mu życie, miedzy innymi ja! Od kilku miesięcy siedzi w kieleckim więzieniu i martwimy się o niego. 
    - Rozumiem. - zawołał Orlrewicz z niespodziewaną gorliwością. - Naturalnie,dowiem się o doktora. Mogę nawet porozmawiać o nim z naczelnikiem wojennym. On mógłby mu pomóc.
    - Byłabym panu za to bardzo zobowiązana. Ale najpierw proszę porozumieć się z Tadziem Siekielskim. -  Nina krótko skwitowała jego dobre chęci i wymownie spojrzała na zegar.
    Orlewicz tak raptownie zerwał się z krzesła, że o mało nie strącił ze stołu szklanki z herbatą.
    - Przepraszam, bardzo się zasiedziałem. Mam nadzieję, że panie nie wezmą mi tego za złe.
    - Pańskie odwiedziny bardzo nas ucieszyły. - powiedziała Jaga ciepłym głosem, z niezwykłą serdecznością. - Zapraszamy do nas, ilekroć będzie pan w Radomiu. Rzadko widujemy znajomych z dawnych lat.  Moja Ninka jest przygnębiona ciężkimi przeżyciami. Miewa takie smutne nastroje, że nie ucieszyłaby się nawet, gdyby po ulicy chodziły anioły zamiast Moskali.
    -  Bardzo mi przykro. O której mogę paniom jutro złożyć wizytę ?
    - Zapraszamy o trzeciej. Mira będzie już w domu.- oświadczyła Nina z rezerwą i podała mu rękę. Orlewicz ujął ją w obie dłonie i złożył na niej pocałunek, pochyliwszy się nisko..
    -  W takim razie do zobaczenia. - rzekł, żegnając się z Jagą i Mirą.
    Wychodząc, dyskretnie, na ile pozwalało na to dobre wychowanie, rozejrzał się po pokoju i skonstatował, że  sytuacja finansowa Niny, nie musi być różowa, kiedy zmuszona jest mieszkać w tak skromnym lokalu. Ponieważ jednak nie wypadało o nic pytać, skłonił się paniom i wyszedł.    
   Nina podeszła do okna i uchyliwszy lekko firankę patrzyła, jak szedł ku miastu, mocno utykając na prawą nogę. Współczuła mu i cierpiała na myśl, że jutro zmuszona będzie boleśnie go zranić. Był w niej zakochany od dnia, kiedy powróciła z pensji do Sarnik i kochał ją wiernie aż dotąd. Prosił o jej rękę ciotkę Marię. Wiedziała, że dla niej zrobiłby wszystko, ale nic z tego nie będzie. Nie kochała go, poza tym zajęta była planowanym wyjazdem z kraju. Nigdy więcej nie zamierzała się z nikim wiązać, bowiem jej serce umarło i spoczywało w krypcie kaplicy grobowej w Makowie.
    Jaga mrugnęła do Miry i wyciągnęła ją do kuchni.
    - Przepraszam, kochanie. Musiałam tak głupio powiedzieć, bo on był już zazdrosny o doktora. Może z tego coś będzie!
    Panna Lutówna najpierw  szeroko otworzyła oczy, a potem z zapałem pokiwała głową.
    - Tak, tak! Och, jakby to było dobrze! - pobiegła do pokoju i pisnąwszy cienko, rzuciła się Ninie na szyję.
    - Nareszcie trafił nam się mężczyzna do rzeczy!- oznajmiła radośnie.- A jaki miły, uprzejmy. Zauważyłaś, Nino, że bardzo wyprzystojniał? Do twarzy mu z tą małą brodą. Moim zdaniem, prezentuje się interesująco. Z pewnością pomoże nam w niejednym kłopocie.
    Nina delikatnie wyswobodziła się z jej ramion.
    - Wprost przeciwnie. Obawiam się, że przez niego możemy mieć kłopoty. - westchnęła. - Wizyta pana Orlewicza wzbudzi podejrzenia żandarmów, a wtedy ja za to odpowiem.
    - Och, może nie będzie tak źle.- powiedziała Mira i prędko się przeżegnała.
    - Zobaczymy. - mruknęła Nina i zacisnęła wargi.
    Podeszła do stolika i wydobywszy z szuflady grzebień, zaczęła rozczesywać gęste włosy. Od czasu choroby znacznie urosły i sięgały już łopatek. Jaga pielęgnowała je starannie, myjąc w liściach kasztana, by pogłębić ich piękną brunatno-złotą barwę. Uczesawszy się na noc, wcisnęła na głowę płócienny czepek, marząc o wielkich lustrach w swojej dawnej sypialni. Teraz posiadała tylko jedno małe lusterko, przypominające jej czasy pobytu na facjatce w Sarnikach. Przejrzała się w nim i skrzywiła z niesmakiem, a potem wrzuciła lusterko do szuflady i w milczeniu zaczęła się rozbierać. Jadze nie podobał się jej rzeczowy ton, oschłość i rezerwa. Znając swą wychowankę lepiej niż ktokolwiek inny, podejrzewała, co się za tym kryje.
    - A kolacja? - spytała, patrząc na nią badawczo.
    -  Zjadłam bułeczkę i nie jestem głodna. Położę się, bo jutro mam wiele pracy.
    - Jak chcesz, kochanie. Muszę ci zrobić krem glicerynowy do rączek. - rzekła Jaga, ujmując jej dłonie i wpatrując się z bólem na zadraśnięcia na skórze, lekko już zgrubiałej od pracy. - Powinnaś więcej szanować rączki. A jednak dobry Bóg nie zapomniał o nas, zsyłając tu pana Orlewicza. Zawsze go lubiłam. To taki dobry, porządny i uczciwy chłopiec. Z pewnością byłby wymarzonym mężem, uległym i kochającym. Córeczko, postaraj się być dla niego jutro miła. On jest nam taki życzliwy, obiecał nawet pomóc doktorowi.
    - O którym ty, nianiu, wyrażałaś się bardzo nietaktowanie. - Nina popatrzyła na nią z naganą, ale niania oddała jej spojrzenie z całkowitym spokojem.
    - Był o doktora zazdrosny i musiałam go uspokoić.- Jaga bezradnie rozłożyła ramiona i zerknęła na Mirę, jakby o niej szukała pomocy. - Mireczko, czy ty rozumiesz tę dziewczynę? Bo ja nie! - zakończyła dramatycznym tonem.
    -Widocznie niewiele zależy ci na moim życiu, jeśli tak lekceważąco odzywasz się o człowieku, który  wydarł mnie  śmierci. A pan Orlewicz nie ma prawa być o mnie zazdrosny.
    Nina prychnęła na znak, że wcale nie zależy jej na względach Orlewicza i poszła spać, nie ucałowawszy niani na dobranoc. Leżąc na twardym łóżku, odwrócona twarzą do ściany, wsłuchiwała się w szept odmawianych przez Jagę pacierzy; "za tych, co żyją i za tych, co pomarli". Było jej bardzo przykro, że nazajutrz nadzieje niani się rozwieją. Kiedy Jaga skończyła pacierze i położyła się przy niej, prędko się odwróciła i ucałowawszy ją, zasnęła uspokojona.
    Obudziła się z okropnym bólem głowy, zapowiadającym zbliżającą się migrenę. Czuła się tak źle, że zmartwiona Jaga kazała jej pozostać w łóżku do południa. Leżała więc z przymkniętymi powiekami, starając się zdrzemnąć. Słyszała, jak Mira krząta się po pokoju, ubierając się do wyjścia. Potem podeszła do łóżka i złożyła na czole przyjaciółki lekki pocałunek. Nina uśmiechnęła się do niej, nie otwierając oczu, a Mira na palcach wyszła z pokoju i cicho zamknęła za sobą drzwi. Nina słyszała, jak panna Lutówna jedząc śniadanie, rozmawia z nianią,  potem  wychodzi do pracy.
      Jaga zajrzała do pokoju, lecz widząc, że Nina oddycha regularnie, udała się po zakupy. Nina otworzyła oczy i założywszy ramiona pod głowę, obmyślała treść listu, jaki zamierzała napisać do Jadwigi i przesłać jej przez Orlewicza. Była tym tak zajęta, że nawet nie zwróciła uwagi, że Jaga powróciła z miasta i krzątała się po kuchni, starając się nie hałasować. Dopiero kiedy zegar wybił wpół do dwunastej, weszła do pokoju i ucieszyła się widząc, że Nina już nie śpi. Dotknęła jej czoła, aby sprawdzić, czy nie ma gorączki.
    -  Cóż kotku, główka bardzo cię boli?
    - Nie czuję się dobrze, i najchętniej przeleżałabym w łóżku cały dzień.- stęknęła Nina, przeciągając się na poduszkach.
    - Wstań, słoneczko, niedługo przyjdzie pan  Orlewicz, a listy jeszcze nie napisane. - zauważyła niania.- Trzeba posłać łóżko i sprzątnąć pokój.
    Podeszła do szafy i wyjęła najlepszą sukienkę Niny. Obejrzawszy ją krytycznie, zniechęcona potrząsnęła głową.
    - Nie masz nic porządnego. Mój Boże, jak sobie przypomnę twoją garderobę w Makowie.... I pomyśleć, że jakaś kacapka nosi twoje paryskie toalety! Trudno, nic na to nie poradzimy. Dziś włożysz tę sukienkę i krynolinę. Jak się umyjesz, to sama cię uczeszę.
    - Czy możesz mi powiedzieć, jakie dziś mamy święto? - Nina wstała i umyła się w kuchni w blaszanej misce, wspominając z nostalgią swoją wspaniałą łazienkę, z angielskim water-closetem, a nie ordynarnym  wychodkiem, stojącym w rogu podwórza.
    - Nie ma żadnego święta, ale przychodzi gość, a ty ostatnio bardzo się zaniedbałaś. Czekaj, przed uczesaniem musisz ubrać gorset.. Stań prosto, to cię zasznuruję.
    - Nianiu, ja nie potrzebuję gorsetu, jestem już dostatecznie chuda.- zaprotestowała Nina. - Przypominam kij od miotły.
    - To nieprzyzwoite pokazywać się mężczyźnie bez gorsetu. - zawyrokowała Jaga i sapnęła, ściągając mocno sznurówkę. Nina wrzasnęła z bólu, ale niania była niewzruszona. - Pocierp trochę, będziesz ładniejsza.- sapnęła, oglądając ją badawczo. 
    - No, teraz moja dziewczynka wygląda naprawdę pięknie. - pochwaliła, oceniając jej niewiarygodnie szczupłą talię. - Cera odrobinę ci się zepsuła. Napisz do Kumosi, żeby przysłała ci krem liliowy. To najlepszy środek na cerę. Szkoda, że nie ma świeżych ogórków, zrobiłabym ci pomadę do rąk. Blada jesteś, ale nie mamy różu. Wprawdzie dama nie powinna się różować i nie sądziłam, że doczekam kiedyś tego, ale czasami koniecznie należy poprawić naturę. Poklep się parę razy po buzi.
    - Ani myślę!- Nina wydała gniewny pomruk. - Na przesłuchaniach nie szczędzono mi policzków, bynajmniej nie w trosce o moją cerę.
    Jaga skuliła się i momentalnie zamilkła.
    -  Przepraszam, moje kochanie. Chciałam jak najlepiej. - odezwała się po dłuższej chwili.
    - Wiem, nianiu. Ale nie idę na bal i jest mi najzupełniej obojętne, czy wyglądam pięknie, czy też koszmarnie.
        Jaga uczesała ją jak na raut, upinając warkocze wysoko na karku w klasyczny węzeł, potem obejrzała swoje dzieło z zadowoleniem.
    - O, ślicznie ci w tej fryzurce. A teraz włóż suknię, na szczęście nie wyprułam z niej obręczy.
    Nina z miną męczennicy, narzuciła na siebie sukienkę z cienkiej, granatowej wełny. Niegdyś nie ubrałaby jej nawet po domu, i nigdy do głowy by jej nie przyszło, żeby w tym stroju pokazywać się gościom. Obecnie była to jej najlepsza sukienka kupiona u Żyda na targu. Oprócz niej, posiadała jeszcze dwie perkalowe, z których w jednej była w więzieniu. Pomimo wielokrotnego prania, nie udało się usunąć z niej plam krwi. Nie chcąc poplamić sukni, Nina narzuciła na siebie znoszony fartuch niani i zaczęła skrobać ryby kupione na obiad, bo właśnie był piątek. Sprzątająca pokój niania, zajrzała do kuchni i odebrała jej z rąk na wpół oskrobaną rybę. Potem łagodnie wypchnęła ją z kuchni.
    - Lepiej weź się do pisania listów, bo czas nagli.- przypomniała, przyglądając się Ninie z upodobaniem. W skromnej sukience przypominała raczej pensjonarkę, niż matkę i wdowę.

    Pisanie listów zajęło Ninie godzinę czasu, potem poszła do kuchni i usiadła na szerokim parapecie okiennym. Założywszy ręce na piersiach przypatrywała się, jak Jaga smaży na smalcu kawałki panierowanej ryby. Pod wpływem jej przenikliwego spojrzenia, niania robiła się coraz bardziej nerwowa i gwałtownie potrząsała patelnią, chroniąc ryby przed przypaleniem.
    - Może powiesz mi, nianiu, dlaczego dziś poświęciłaś mi tyle czasu?- odezwała się Nina półgłosem.
    Jaga odwróciła się do niej plecami i całą uwagę skupiła na zupie. Zdjęła garnek z rozpalonej płyty kuchennej i zaczęła przecierać jarzyny.
    - Przecież zawsze troszczę się o ciebie.- odwróciła głowę i posłała wychowance niewinne spojrzenie. - Przyjdzie  pan Orlewicz i nie wypada, żebyś wyglądała jak kocmołuch.
    -  Nianiu, przypominam, jesteśmy same i możemy mówić z sobą szczerze. A więc?
    Jaga natychmiast zapomniała o zupie i podeszła do niej, wycierając ręce w ściereczkę.
    - Myślę o twej przyszłości, kotku.- powiedziała, patrząc na nią z czułością. - Serce mnie boli, kiedy widzę, jak borykasz się z życiem. Sam Bóg zesłał nam tego chłopaka. No, nie marszcz brwi. Trzeba prawdzie spojrzeć w oczy. Nie jesteś już słodkim podlotkiem. Masz prawie dwadzieścia lat, a to coś znaczy. Mężczyźni lubią świeże buziaki i biorą za żony piętnastolatki. Wdowa bez majątku, z małym dzieckiem i takim starym pudłem jak ja, może liczyć, co najwyżej, na mariaż z jakimś leciwym wdowcem obarczonym kupą dzieciaków. Pewnie, że niewiele panien może mierzyć się z tobą urodą, ale latka lecą. Powinnaś mieć znowu własny dom.
    Nina siedziała, wpatrując się w pobielone śniegiem, korony rachitycznych drzew. Nadciągały ciemne chmury i zanosiło się na zamieć, bo w powietrzu tłukły się niespokojnie kawki i wrony.
    - Najwidoczniej Pan Jezus wysłuchał moich modlitw i przysłał tutaj pana Stasia.- podjęła Jaga, nie doczekawszy się od niej odpowiedzi. - No, powiedz coś! - wykrzyknęła, zniecierpliwiona milczeniem Niny. - Ja wiem, że godna jesteś księcia, ale teraz o dobry mariaż trudno, bo młodzi panowie wyginęli w powstaniu i wiele panien będzie do końca życia siać rutkę. Drugi hrabia raczej ci się już nie trafi, więc bierz, co Bóg dał. Jesteś samotna i uboga, a ten poczciwy chłopak kocha cię od tylu lat i pewnie na żadną inną dziewczynę nie spojrzał, choć od ciebie nigdy nie doczekał się dobrego słowa. Zawsze żałowałam, że odmówiłaś mu ręki. Miałabyś idealnego męża i własny dom. Przecież Gliszczyska to piękny kawał żyznej ziemi, dworek porządny, a stary Orlewicz z pewnością ma jakiś kapitał, bo to kawał sknery, ale synowi nie pożałuje grosza. Będziesz żyć w dostatku. Powrócisz w swoje ukochane góry. Kochanie, ja nie jestem wieczna i chcę spokojnie zamknąć oczy wiedząc, że masz już opiekuna i własny dach nad głową. Przecież kochasz wieś... Sprowadzisz do siebie córeczkę i będziecie żyli jak dwa gołąbki. Kotku, bądź dla niego miła, a z pewnością na jedwabnej wstążce zaprowadzisz go przed ołtarz. Przecież pan Stanisław przystojny mężczyzna, a teraz, kiedy zabrakło młodych paniczów, to nawet bogata panna nie pogardziłaby takim konkurentem. Uśmiechnij się do niego, zrób słodką minkę, jak ty to potrafisz, moje słoneczko, moja  przylepko. - Jaga rozczuliła się i podniosła skraj fartuszka, wycierając wilgotne oczy. -  Nie mogę doczekać się chwili, kiedy znowu staniesz przed ołtarzem, córeńko!
    Nina zeskoczyła z parapetu i zaczęła przechadzać się po kuchni. Jaga śledziła z niepokojem jej zaciętą, bladą twarz znamionującą upór, który nie wróżył jej łatwego zwycięstwa. Milczenie Niny wyprowadziło ją w końcu z równowagi.
    - Dziecko, co ty tak latasz po tej kuchni, jak Żyd po pustym sklepie?- zawołała gniewnie.- Córeńko... -  powtórzyła ciszej i łagodniej. - Popatrz na mnie. Przecież ja pragnę tylko twego dobra i szczęścia. - wyciągnęła rękę i dotknęła policzka Niny. Ta zatrzymała się, pochyliła głowę i z pokorą podniosła jej dłoń do ust.
    Zanim zdumiona Jaga zdołała przemówić słowo, Nina weszła do pokoju, zdjęła z siebie sukienkę, ubierając czarną, codzienną i mocno podniszczoną. Niania przydreptała za nią do pokoju, przypatrując się jej z przerażeniem.
    -  Dlaczego się przebrałaś? Było ci w niej tak ładnie...
    Nina podniosła głowę, ruchem pełnym nieopisanej dumy i wyniosłości.
    - Nie potrzebuję stroić się w lepsze suknie, czy w aksamitne krynoliny. Nawet w łachmanach zawsze będę sobą: jaśnie oświeconą hrabiną Aleksandrową Klonowiecką, dziedziczką  i panią Makowa! Ani car, ani sam diabeł, nie zdołają odebrać mi tej godności, danej mi przez męża przed ołtarzem!
    Jaga z głośnym jękiem osunęła się na porządnie zasłane i przykryte kapą łóżko.
    - Nina, opamiętaj się! - wyszeptała łzawym głosem. - Romantyczną miłość masz już za sobą. Nie przyniosła ci nic, prócz łez i zmartwienia. Zastanów się dziecko, przed tobą lata twardego, samotnego życia. Teraz już nie powinnaś kierować się sercem, tylko rozsądkiem. Zamierzasz wiecznie mieszkać w tej norze? Chodzić codziennie do tego cuchnącego wychodka? Nikogo w tym mieście nie znasz i nikt lepszy od pana Stanisława ci się nie trafi. Gubisz się dziewczyno! Przecież życie przed tobą, chcesz je przeżyć sama, w ubóstwie? Nie wolno ci czekać, aż nadejdzie samotna i przykra starość. Szczęście samo do ciebie nie przyjdzie, to ty musisz wyjść mu naprzeciw. Ja wiem, że będziesz dobrą żoną. Lecz jeśli zamierzasz przepuścić taką szansę, powiem ci, że jesteś głupia!- zakończyła Jaga ze złością i tupnęła nogą.
    Nina wpatrywała się w nią z miłością i żalem, że musi zranić jej serce.
    - Kochana, ja nie mogę go poślubić. - powiedziała zdławionym głosem.- Nie oddam się mężczyźnie, do którego nic nie czuję. Widzisz, w czasie przesłuchania, bito mnie i przezywano ohydnie polską suką, dziwką i o wiele gorzej. Ale ja cały czas starałam się zachować godnie, jak przystało żonie pana pułkownika hrabiego Klonowieckiego. Żaden inny mężczyzna nie zastąpi  mego poległego męża. Wspomniałaś mi o córce, mam ją sprowadzić do Gliszczysk, w pobliże Makowa? Radzisz mi, żebym dała jej za ojczyma Orlewicza? Nie zamierzam mu uchybiać, to porządny, uczciwy człowiek i powstaniec. Ale nigdy nie wyjdę za niego, choćby był jedynym mężczyzną na kuli ziemskiej. Nie wolno mi być wobec ciebie nieuczciwą. Nie chcę cię łudzić nadzieją, która się nie ziści. A tak miedzy nami, nawet nie spytałaś mnie, czy on mi się podoba. Moja córka jest dzieckiem hrabiego i choćbym ja umarła w nędzy, ona kiedyś odziedziczy wielki majątek. Kapitały złożone w zagranicznych bankach procentują. Oprócz tego, ma jeszcze folwark zapisany mi przez ciotkę Marię. Może uda mi się wydrzeć z gardła Moskalom moją Kaniówkę nad Bugiem. Moja córka będzie tak bogata, że śmiało może sięgać po mitrę książęcą.
    W pokoju zaległa cisza. Jaga siedziała na łóżku z opuszczoną na piersi głową, zupełnie zdruzgotana oświadczeniem Niny. Jej zbolała twarz i ręce bezsilnie złożone na fartuchu, przejęły Ninę udręką  i wyrzutami sumienia. Uklękła przy niej i usiłowała zajrzeć w oczy Jagi.
    -  Najdroższa moja mateczko, dlaczego nie chcesz mnie zrozumieć? Przecież to ty nauczyłaś mnie uczciwości. A teraz żądasz ode mnie, żebym postąpiła jak ladacznica? Oddała się mężczyźnie w  nadziei zysku?
    - Ja ciebie rozumiem, dziecko.- odezwała się Jaga głosem, który wydał się Ninie starczy i drżący.- Ale ty jeszcze nie znasz siebie. Nie zdajesz sobie sprawy, jak ciężka bywa walka z własnym ciałem, z naturą domagającą się swoich praw. Jesteś młoda i prawie nie zaznałaś współżycia małżeńskiego. Pan,  Boże błogosław jego męczeńskiej duszy, opuścił ciebie wkrótce po ślubie, gdy byłaś przy nadziei. Nie mieliście czasu nacieszyć się sobą, współżyć długie lata, jak żona i mąż. Ale może przyjść na ciebie taka chwila, że nade wszystko zapragniesz być kobietą, kochać i być kochaną. Wtedy przegrasz sama z sobą, bo samotność to ciężki dopust boży dla młodej kobiety.
    -  Nigdy więcej nie wyjdę za mąż. - oświadczyła Nina twardo.
    - Ja nie powiedziałam, że zechcesz mieć męża tylko, że zapragniesz mężczyzny! - powiedziała Jaga otwarcie i podniosła się z łóżka, patrząc na nią z litością. -  Jeszcze nie wiesz, co może ci się w życiu przydarzyć. Może spotkasz kogoś, kto będzie ci tak drogi, jak niegdyś twój mąż. A wówczas wszystkie twoje dzisiejsze argumenty, nie będą warte funta kłaków. Pamiętaj wtedy, że cię ostrzegałam!
    -  Czy dlatego namawiasz mnie do małżeństwa z Orlewiczem?
    -  Także dlatego. Bo pragnę ustrzec cię przed jakimś szaleństwem. Znam cię, jak nikt inny. Czy pamiętasz, jak zakochałaś się w panu, mimo że miał żonę i był od ciebie o wiele starszy? Nie zważałaś wtedy na nic i byłaś gotowa żyć z nim nawet bez ślubu. W końcu dopięłaś swego i wyszłaś za pana, po śmierci tej kobiety, ale to małżeństwo nie dało ci szczęścia. Wiem, że masz gorący temperament i kto wie, może spodobałby ci się pan Orlewicz, gdybyście po ślubie zaczęli z sobą żyć jak żona z mężem?
    Nina oblała się rumieńcem, a serce zabiło jej mocno, bo Jaga jeszcze nigdy tak otwarcie z nią nie rozmawiała. Była tym trochę zażenowana.
    - Rozumiem twoje obawy, ale po tych potwornych przeżyciach, miałam czas ostygnąć. Nie wyjdę za pana Orlewicza!
    -  A może ty...- Jaga nie spuszczała z niej przenikliwego wzroku. - Może ty kochasz Setkowicza?
    Nina szeroko rozwarła oczy, a potem wybuchnęła tak szczerym i serdecznym śmiechem, że Jaga natychmiast pozbyła się obaw.
    - Mój ty, najukochańszy detektywie! - śmiała się z dobrotliwą ironią. - Sprawię ci zawód, lecz jego także nie kocham. Nie, właściwie kocham go, jak najlepszego przyjaciela i brata. Ale z dwojga złego, prędzej wyszłabym za Setkowicza, niż za pana Stanisława. Zapomniałaś już, ile razy winna jestem mu życie?
    -  Cóż, zrobisz jak zechcesz, ale ja nie chcę patrzeć potem na twoje łzy.
    -  Posłuchaj nianiu, ja liczę się ciągle z tym, że wyjedziemy wszystkie trzy za granicę. Tam będziesz miała dobrobyt i zapewnię ci takie warunki życia, jakich nie miałaś nawet w Makowie. Ale nigdy za mąż nie wyjdę, bo moje życie stanie się walką, nieustępliwą walką o odzyskanie mego domu. Do śmierci nie przestanę walczyć. Gotowa jestem przez wynajętych adwokatów domagać się u cara o zwrot mego majątku. Został mi dany, gdy memu mężowi nie śniło się jeszcze przystępować do powstania. Kaniówkę Alek zapisał mi, kiedy  byłam panną, ten majątek także powinien do mnie wrócić. Wielu ludzi może zaświadczyć, że nigdy nie byłam zwolenniczką powstania. Dowiem się, czy są jakieś szanse na odzyskanie spadku po wojewodzinie. Te starania zajmą mi lata, zdaję sobie z tego sprawę, ale nigdy nie zrezygnuję z nadziei na odzyskanie Makowa.
   Orlewicz zjawił się punktualnie o trzeciej, przynosząc niewielki bukiecik róż Wręczył go Ninie, zmieszanej i nieprzyjemnie zaskoczonej. Przyjęła kwiaty ze źle skrywaną niechęcią."Po co on to robi? - pomyślała z ciężkim sercem. - Jest na tyle inteligentny, iż powinien domyślić się, że ja go nie kocham." Jednak zaprosiła go do pokoju, lecz na jego troskliwe pytania o zdrowie, odpowiedziała z tak widoczną rezerwą i chłodem, że zdenerwowana Jaga posłała jej karcące spojrzenie. Nina udała, że tego nie widzi i nie zmieniła chłodnego zachowania. Orlewicz wyraźnie posmutniał. Jaga uznała, że wypada zatrzymać go na obiedzie i rozmawiała z nim bardzo życzliwie, wypytując o zdrowie ojca i gospodarstwo w Gliszczyskach. Ale młody człowiek siedział jak struty, obserwując spod oka Ninę, zajętą haftem i obojętnie przysłuchującą się tej wymianie grzeczności. W końcu oznajmił, że jeszcze tego dnia musi wyjechać i poprosił o listy.
    Mira przyszła bardzo zadyszana, bo zagadawszy się w szkole, zapomniała o wizycie gościa, a potem wracała do domu biegiem. Za nią wsunęła się panna Eugenia, bardzo ciekawa nowin z Galicji. Wszystkie trzy panie rozmawiały z Orlewiczem bardzo życzliwie, co bynajmniej go nie pocieszyło. Dopiero po obiedzie, zakropionym nalewką wiśniową Kumosi, rozkręcił się nieco i zaczął opowiadać o echach popowstaniowych, pojawiających się w prasie zagranicznej, zupełnie nieznanych w Królestwie, gdzie każde słowo było dokładnie ocenzurowane.
    -  Mój znajomy pracuje w krakowskiej gazecie "Czas" i wspominał mi, że osobiście czytał angielski "Morning Harald", gdzie jasno i bez osłonek pisano, iż sprawa polska stała się po prostu nudna, a czytelnicy są już zmęczeni ciągłymi problemami narodu, którego czyny nie pasują do wyznawanych zasad.- Orlewicz  westchnął gniewnie.
    -  O mój Boże! - Jaga popatrzyła na niego z niedowierzaniem. - Nudzą się nami?
    - Czy to możliwe? - Mira z niedowierzaniem potrząsnęła głową.-  Jak można rozpatrywać naszą tragedię w kategoriach nudy? - rozejrzała się po twarzach siedzących przy stole osób, jakby szukając w nich odbicia własnych uczuć.
    Lecz panna Eugenia potwierdziła, że w prasie zagranicznej coraz częściej ukazują się artykuły atakujące Polaków. Nawet w przyjaznej dotąd Francji, bywały enuncjacje nieprzychylne i napastliwe. Emigracja polska przyczyniła się do tego odrażającego wizerunku Polaków,  wystawiając sobie swoim skandalicznym zachowaniem niechlubne świadectwo.
   Nina oderwała oczy od skomplikowanego wzoru i uniosła głowę.
   - Państwo dziwicie się, że cudzoziemcy nas nie rozumieją? Przecież nawet ja, Polka, nie rozumiem narodu, z którego pochodzę. Więc cóż tu mówić o obcokrajowcach. Obłuda patrzy nam z oczu, żyjemy nadal jak w XVII  wieku. Chłop traktowany jest jak bydlę, ludzie w większości są albo obojętni na sprawy kraju, lub sprzedajni. Pomiędzy plebsem, a szlachtą, jest przepaść nie do przebycia. Arystokracja żyje w swoich pałacach, odgrodzona od społeczeństwa, niby w twierdzach....W Kongresówce car dał chłopom prawo do godniejszego życia. W Wielkopolsce uczynił to król pruski. Dwaj zaborcy uczynili dla polskiego chłopa więcej, niż ojczyzna przez całe wieki. A my potępialiśmy chłopów, że nie biorą udziału w walce. Mieli bić się o Polskę, która dla nich nie zrobiła nic, traktując ich jak bezrozumne bydło?
    -  Ale naród.. - przerwała jej panna Eugenia...
    - Naród? - policzki Niny pokryły się rumieńcem, a oczy błysnęły gniewnie. - Naród to tysiącgłowe nic! Masa ludzka ulegająca popędom i nastrojom. Raz prze w lewo, raz w prawo, w zależności od tego, skąd powieje wiatr. Pamiętacie te stutysięczne manifestacje w Warszawie? Tę euforię, demonstracyjne manifestowanie patriotyzmu, który ja zawsze nazywałam niemądrym fanatyzmem. Co z tego wyszło? Garstka straceńców walczyła rozpaczliwie o wolność ojczyzny, nie poparta przez ogół społeczeństwa, goniona i mordowana przez polskich chłopów, opłacanych  przez carat, w którym widzieli oni wyzwolenie od tyranii dziedzica. Nie okłamujmy się, moi państwo, duża część Polaków uważa cara za prawowitego króla, a powstańców miała za buntowników, przeciwko wybranemu przez Boga władcy. Dziś większość społeczeństwa godzi się z zaborem i powstanie potępia. Już po fakcie! Uczciwi ludzie są bezsilni, narażeni na represje. Bronią się dumą i izolacją, oraz biernym oporem. Jednych ogarnia apatia, najsłabsi ulegają demoralizacji.
    - A Rząd Narodowy? Traugutt? Czy im także nie zależało na naszej niepodległości?- zawołała Mira zaczepnym tonem.
    Orlewicz milczał, Nina zajęła się pracą, więc panna Eugenia uznała, że należy odpowiedzieć Mirze, którą bardzo lubiła.
    - Oni działali w czasie, kiedy powstanie już upadało i nic nie mogli na to poradzić. Zwiodły ich obietnice Zachodu.
    Nina znowu podniosła głowę i uśmiechnęła się drwiąco.
    - Otóż to! Tymczasem państwa zachodnie drwią sobie z mesjanistycznych wizji Chrystusa narodów, jakim miała być Polska i nie przejmują się naszymi lamentami. Dla nich jesteśmy tylko garścią skłóconych półgłówków, którzy sami szukają sobie kłopotów. Polacy skarżąc się, że zostaliśmy osamotnieni, wcale nie stali się mądrzejsi po tym tragicznym doświadczeniu.. Myślę ze wstydem, że obnosimy się ze swoim nieszczęściem po cudzych kątach, żaląc się i wypłakując, zamiast znosić nasz los z podniesionym czołem i z godnością.Ostatecznie ponieśliśmy klęskę na własne życzenie!
    - W takim razie, na kogo możemy liczyć? - spytał Orlewicz, przysłuchujący się z uwagą jej  zjadliwym komentarzom i podziwiając odwagę, z jaką je wygłaszała.
    - Przede wszystkim na siebie! Wielkopolanie potrafili wyciągnąć korzyści nawet z zaboru pruskiego. Należy się od nich uczyć przetrwania.
    - Ależ pani Nino! - panna Eugenia była zgorszona poglądami wygłaszanymi przez nią. - Będąc małżonką poległego powstańca, pochwala pani ugodę z zaborcą?
    - Z pokonanymi nie prowadzi się układów!- ostro odpaliła Nina.- Ale był czas, kiedy car proponował nam amnestię i dość uczciwe warunki kapitulacji. Wtedy koniecznie należało z niej skorzystać, by uchronić naród przed tragicznymi skutkami klęski. Jeśli nie można Rosji pokonać, to należy ją sobie zjednać! Margrabia Wielopolski słusznie twierdził, że to Niemcy są naszym najgorszym wrogiem, ponieważ pragną naszej ziemi i dążą do wytępienia Słowian w ogóle, a Polaków w szczególności.
Aleksander margrabia Wielopolski.
  -  Ale Wielopolski był zdrajcą! - wykrzyknął Orlewicz z oburzeniem.
    -  Nieprawda! - zaperzyła się Nina. - To był mądry człowiek i świetny polityk, car liczył się z jego zdaniem. Próbował dźwignąć kraj z wielowiekowego zacofania. Lecz wdzięczni rodacy okrzyknęli go zdrajcą. Wielopolski zrobił więcej dobrego, niż ci krzykacze mający na ustach frazesy o dobru ojczyzny.
    Odsapnęła i naraz stwierdziła, że ma wszystkich przeciwko sobie. Panna Eugenia wydawała się wprost zaszokowana. Obrzuciła Ninę surowym wzrokiem i rzekła:
    -  To margrabia winien jest branki i wybuchu zbrojnego. Nie przeczę, że powstanie upadło z winy błędnej polityki władz. Lecz nigdy nie przestanę wierzyć, że ta przelana krew i cierpienia tysięcy rodaków poszło na marne. Dziś może jeszcze nie potrafimy zdobyć się na obiektywizm, ale po latach, nasi potomkowie właściwie ocenią ten wielki zryw narodu.
    -  Ja również w to wierzę. - poparła ją Mira.
    Nina tylko przez grzeczność powstrzymała się od stuknięcia się w czoło.
    - Powstanie nie upadło z powodu wadliwej polityki władz. - powiedziała słodziutkim tonem. - Ono nigdy nie miało najmniejszych szans na powodzenie. A wiecie, skąd jestem taka mądra? Bo powiedział mi to mój mąż, powstaniec, ale i absolwent Akademii Sztabu, oficer gwardii cesarskiej! Więc jeśli nawet przyszłe pokolenia osądzą nas sprawiedliwie, to ich uznanie nie zwróci życia poległym, nie podniesie zniszczonych miast i spalonych wsi. Nie cofnie represji władz carskich.
    Stara nauczycielka spojrzała na nią z potępieniem.
    -  Długie lata nauczałam młodzież miłości ojczyzny, mając na uwadze słowa pana hetmana Jana Zamoyskiego:”Zawsze takie Rzeczypospolite są, jakie ich młodzieży chowanie!” - odezwała się zmienionym głosem, wyciągając chusteczkę i ocierając nią wilgotne oczy. -  Patrzyłam, jak moi byli wychowankowie porzucają dom, rodziny i idą walczyć. Bolałam nad losem tych, co oddali życie, współczułam ich żonom i matkom. Ale gdyby los raz jeszcze pozwolił mi powrócić do tych wielkich dni, powiedziałabym moim chłopcom: "Idźcie bronić ojczyzny!"
       "Fanatyczka!" - pomyślała ze złością Nina. Wiedziała, że panna Eugenia należała do "piątek" i była żarliwą zwolenniczką walki zbrojnej.
    - Ojczyźnie nic nie groziło i nie trzeba było jej bronić, tylko ją zreformować i oświecać. - oświadczyła chłodno, nie zamierzając ustępować, mimo iż katem oka widziała, że Jaga daje jej znaki.- Dać chłopu wolność i znieść pańszczyznę, która była hańbą.
    - Pani poległy mąż z pewnością nie podzielał pani zdania. - mruknęła pani Eugenia, równie uparta jak ona. - Niemal przez półtora roku  wodziliśmy za nos największą armię świata, a Moskale nie mogli sobie z nami poradzić. - zauważyła z tryumfem.
    - Jednak w końcu sobie poradzili, jak to było do przewidzenia!  Mój mąż od początku nie wierzył w zwycięstwo. - powiedziała z uniesieniem Nina.- Nie poszedł walczyć z przekonania, lecz dlatego, że tak nakazywał mu honor szlachcica. Czasami wcale nie dziwię się Rosjanom, że nas uważają za ludzi, delikatnie mówiąc, niezrównoważonych. Przecież od czasów Piotra I, pozwalaliśmy Rosji na ingerencję w wewnętrzne spory Polski. Wręcz błagaliśmy Rosję o rozstrzyganie naszych problemów politycznych. Właśnie tu, w Radomiu, w czerwcu 1767 roku, z inicjatywy ambasadora Rosji, utworzono konfederację radomską, poddając nasz kraj pod protektorat carycy Katarzyny II, Niemki z pochodzenia, a Rosjanki z wyboru. Na czele wojsk rosyjskich wkraczających do Polski, szli polscy hetmani! Pokażcie mi drugi taki kraj, gdzie dopuszczono by się podobnej zbrodni! Wprost płaszczyliśmy się przed zaborcami, zamiast solidarnie stanąć do walki wówczas, gdy była jeszcze szansa na wywalczenie niepodległości. Trzeba było dać chłopom ziemię, której wielu dziedziców miało jej w nadmiarze i zapewnić kozakom i Rusinom na Ukrainie prawa obywatelskie. Sami zgotowaliśmy sobie nasz los i niech to będzie dla nas nauką na przyszłość. Ciągle się nam śnią wolności obywatelskie, choć wolna elekcja i liberum veto stały się zgubą Polski, sprzyjając korupcji na gigantyczną skalę, oraz matactwom politycznym, pozwalającym obcym monarchom na dominujący wpływ  i wybór królów polskich. Zapewne dziwi państwa moja wiedza na ten temat. Otóż zapewniam was, że bardzo kocham moją ojczyznę i dlatego całymi godzinami siedziałam w Makowie w bibliotece, czytając dzieła poświęcone historii . W ciągu naszych dziejów, wykazywaliśmy wprost zgubną słabość i brak zdolności do prognozowania przyszłości państwa. Król Zygmunt I Stary, zamiast zgnieść księcia pruskiego, uczynił go swym lennikiem i dopuścił do wzrostu potęgi pruskiej. Jan III Sobieski, pośpieszył na pomoc Austrii, zamiast poczekać, aż się wykrwawi i padnie i dopiero wtedy uderzyć. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać.  Sami wychowaliśmy sobie dwóch zaborców. A Rosjan, którzy w dobrej wierze, ofiarowali nam koronę carów, nie trzeba było siłą nawracać na katolicyzm i mordować, ale należało zaproponować im unię z Polską, na uczciwych warunkach. Rosjanie do dziś nie zapomnieli nam okresu Wielkiej Smuty i naszych okrutnych zbrodni, o których wstydliwie nie wspominamy. 
Jak Matejko. REJTAN.    
      Nikt się nie odezwał.
    Po fakcie, Nina nie była z siebie zadowolona. Naraz przyszła jej na myśl zapomniana rozmowa z hrabiną Teklą, o moralnym zwycięstwie powstańców listopadowych. Panna Eugenia niemal dosłownie powtórzyła słowa starej damy. "Zresztą, co przyjdzie poległym z moralnego zwycięstwa, kiedy sami przestali istnieć?" -  zasępiła się, a potem próbując zachować twarz i ukryć niesmak, nalała sobie pełen kieliszek nalewki i wypiła ją do ostatniej kropli.
    Poszukała wzrokiem Miry. Panna Lutówna wstała i zbliżywszy się do panny Eugenii, z szacunkiem ucałowała obie jej ręce. Ta demonstracja bardzo Ninę zabolała. Zrozumiała, że przyjaciółka, pomimo łączącej je miłości, nie zamierzała wyrzec się swoich przekonań. Wspomnienie tak drogiej niegdyś ciotuni Tekli sprawiło, że Nina nagle straciła zainteresowanie rozmową. Przypomniały się jej wieczory spędzane w saloniku hrabiny. Pani Tekla pracowicie szyła odzież dla wiejskich dzieci. W świecznikach paliły się równo białe świece. Aleks siedzący przy kominku czytał książkę, lub gazetę, gładząc leżącego przy nim Grota. A ona grała na pianinie, obserwując spod oka, jak światło świec złoci jego włosy i zapala ciepłe błyski w bursztynowych oczach. Przyłożyła dłoń do piersi, czując w sercu ostry kolec bólu, a na powiekach łzy.
    Panna Eugenia nawiązała z Orlewiczem rozmowę na obojętny temat, a ona siedziała z głową nisko opuszczoną, całkiem zatopiona we wspomnieniach. Zrobiło się ciemno i Orlewicz uznał, że należy wizytę zakończyć. Przy pożegnaniu, zatrzymał dłoń Niny w swojej ręce i patrząc jej w oczy spytał:
    -  Może mógłbym być paniom w czymś pomocny?
    Ominęła wzrokiem jego twarz pełną nadziei.
    - Bardzo dziękuję, ale jakoś sobie radzimy. Będę panu  wdzięczna za dostarczenie listów.- odpowiedziała z lodowatą uprzejmością.
        Wbrew jego oczekiwaniom, nie prosiła go do złożenia im ponownej wizyty. Gdy wyszedł, poczuła, że zerwała jeszcze jedną nić, łączącą ją z przeszłością. "Żegnaj przyjacielu!" - wyszeptała, zamykając za nim drzwi.
                                        ----------------------------------