wtorek, 4 października 2016

Powrót do Makowa.


4 października 2016 r.
   Noce kwietniowe były ciepłe, pełne księżycowego światła. W zaroślach śpiewały słowiki, a przez uchylone okno wpływał zapach świeżej zieleni. Znad pobliskiej rzeczki Psarki, dochodziło głośne kumkanie żab. Niekiedy wydawało się Ninie, że nadal jest w Makowie. Przytulone, Binia i Nina zwierzały się sobie z najtajniejszych myśli, najintymniejszych doznań, o jakich nigdy nie wspomniałyby przy konfesjonale. 

Nina powracała pamięcią do minionego lata, opowiadając o wszystkim, co się w tym czasie wydarzyło. Mówiła o huraganie, który zniszczył wieś i zmusił ją do sprzedania za bezcen mieszkania w Warszawie. Śmiała się, wspominając pełną przygód podróż z Warszawy i odwagę Emilki. Opisywała odbudowę majątku i śmierć wojewodziny, a potem ciężką ranę męża i rozpaczliwe starania, by utrzymać go przy życiu.
    Płakała, opisując aresztowanie Emilki i wysiłki, w celu wydostania jej z więzienia. Nie mogła prawie mówić, wspominając dramatyczną rozmowę z Jasiem i zgon wujostwa, okupiony jego męczeńską, samobójczą śmiercią. Binia głośno szlochała, dowiadując się szczegółów o ostatnich chwilach rodziców i pożarze rodzinnego dworu. Podziwiała odwagę i hart ducha Niny, z napiętą uwagą słuchając o jej przeżyciach w lazarecie, o dramatycznych momentach w czasie najazdu Dońców i szalonej walce z lejtnantem. Czuła mściwą satysfakcję, dowiedziawszy się o pogromie Dońców i śmierci sadystycznego oficera.
     Relacjonując swoje przygody, Nina ani jednym słowem nie wspomniała o przerażających wrażeniach nocy wigilijnej i śmierci Aleksa. Nie mówiła o próbie samobójstwa i nieopisanym bólu po utracie ukochanego domu. Ale Binia wiedziała o wszystkim, bo Tadeusz i doktor opowiedzieli o tych wydarzeniach tak realistycznie, że nie wytrzymała emocji i zemdlała. Pewnej nocy, długo rozmawiały z sobą, obserwując wędrujące po ścianie pokoju promienie księżycowego światła. Zastanawiały się, rozważając kolejne warianty ucieczki Niny do Galicji.
- Nie mogę wprost uwierzyć, że niedługo może już będę we Francji, wolna!- westchnęła Nina z rozmarzeniem.
     Binia podniosła się na łokciu i patrząc na nią bystro, odezwała się lekko drżącym głosem:
- Zamierzasz zabrać z sobą Żiżi?
  
    Nina dosłyszała w jej głosie wyraźną obawę przed rozstaniem się z dziewczynką.
- A chcesz ją zatrzymać, Biniu? Wiem, jak bardzo ją kochacie i chętnie Żiżi u ciebie pozostawię. Oczywiście, pragnę widywać się z dzieckiem, ale do końca życia nie przestanę walczyć o odzyskanie Makowa. Dziecko może mi w tym przeszkadzać.
     Binia wydała cichy okrzyk zdumienia.
- Uważasz, że jest to możliwe?
- Jeżeli ma się wielkie pieniądze, to wszystko jest możliwe. Chcę odkupić pałac i park, choćbym miała wydać na ten cel ostatni grosz! Do samej śmierci nie przestanę walczyć o prawo powrotu do mego domu. Rodzinnego domu mojego dziecka. Nie zlęknę się cara, ani samego diabła ....
- Mój Boże, jaki ty masz silny charakter! - powiedziała Binia z podziwem.
- Nic podobnego. Z natury jestem beksą i fajtłapą, ale nieszczęścia zmieniają ludzi.
- Podziwiam ciebie z całego serca. Okazałaś się nadzwyczaj silną osobowością.- Binia ucałowała ją w policzek. - To chyba cecha rodzinna, bo wszystkie kobiety z naszego rodu, miały twarde charaktery. Wiem, że przeżyłaś gehennę, lecz przedtem los pozwolił ci zaznać prawdziwej, wielkiej miłości, o jakiej ja nie mam pojęcia. Zdaję sobie sprawę, że taka miłość bywa czasem burzliwa i bolesna, lecz jest uczuciem, które całkowicie człowieka pochłania, gdy jest odwzajemnione. Ty, kochanie, znasz słodycz całkowitego oddania się ukochanemu. Twój mąż namiętnie ciebie kochał. Wiesz, przypominam sobie, że gdy bawił u nas w Świerszczynach, niemal w każdym wypowiedzianym przez niego zdaniu, było twoje imię. Wyrażał się o tobie z taką miłością i czcią...
     Binia westchnęła, zaczerpnęła powietrza i mówiła dalej ze wzruszeniem:
 - Nazywał ciebie swoim promyczkiem. A przecież był mężczyzną powściągliwym, wcale nie skorym do wzruszeń. Ogromnie kochał swoją córeczkę i okazał  się takim czułym ojcem. Był piękny!... Jeszcze nigdy nie spotkałam mężczyzny, o tak zniewalającym uroku osobistym. Kobiety z pewnością za nim szalały, ale przy tobie żadna nie miała szans. Ty i dziecko, stanowiłyście dla niego cały sens życia.
     Słowa Bini obudziły w Ninie tyle wspomnień, że przez długi czas milczała, nie mogąc wydobyć głosu ze ściśniętego spazmem płaczu gardła.
- Mylisz się, moja droga.- powiedziała, przemagając wzruszenie.- Ani ja, ani dziecko, nie byłyśmy dla niego najważniejsze. On przede wszystkim był człowiekiem honoru. Po szaleństwach młodości, ekspiacji szukał w walce. Dlatego poszedł do powstanie, kiedy inni spokojnie emigrowali z kraju. Uważam, że od początku miał przeczucie śmierci. Kochał Rosję i jego osobistym dramatem był fakt, iż musiał walczyć z ludźmi, którzy byli bliscy jego sercu. Sam mi o tym powiedział. Ja także miałam świadomość, że on już żywy do domu nie wróci. W tę noc styczniową, kiedy wyruszał do walki, byłam niemal pewna, że tracę go na zawsze.                                                                                                                       Poszedł śladem świętej pamięci                                 Zwierzdowskiego1"Topora",Sierakowskiego,Czachowskiego,Chmieleńskiego i  innych wspaniałych bojowników.
     Usiadła na łóżku, po raz pierwszy uświadomiwszy sobie, że mąż prawdopodobnie nie umiałby żyć w terrorze popowstaniowym, a będąc człowiekiem honoru, nie zamierzał szukać schronienia za granicą.
- Dopiero teraz zrozumiałam, że nie mogłam go ocalić, wbrew jego woli. Nie rozumiałam mego męża i na tym tle powstawały między nami kłótnie i scysje. Odszedł, bo tego chciał, żołnierz, męczennik, bohater i pozostawił po sobie chlubną pamięć. Był wielkoduszny, przebaczył mi nawet próbę oszustwa i kłamstwo.
- O czym ty mówisz? - Binia wzięła ją za rękę i zajrzała w oczy.
     Nina potrząsnęła głową i zagryzła usta. Ale po jakimś czasie, przemogła rozpacz i wyjaśniła Bini, jaki był skutek powiadomienia męża o rzekomej ciąży. 
    Binia zamarła i ogarnięta wyrzutami sumienia, rozpłakała się żałośnie.
- O, moja najmilsza, to ja zawiniłam! Powinnam była w Krakowie powiedzieć ci prawdę. Ale chciałam zaoszczędzić ci wstrząsu, po tym upiornym porodzie. Nie wiem, czy potrafisz wybaczyć mi moją winę.
- Nie obwiniaj się, Biniu. To ja popełniłam rzecz wstrętną, bo zamierzałam okłamać męża. Ale przysięgam, że uczyniłam to w najlepszej intencji; chciałam ocalić mu życie. Nie mogłam znieść myśli, że uparcie walczy za przegraną sprawę i zginie. Powiem ci coś jeszcze; moje rzekome kłamstwo, okazało się prawdą! Ja naprawdę byłam... pardon, spodziewałam się dziecka i w Sylwestra poroniłam.
- Jezus Maria, wiem! - Binia była tak roztrzęsiona, że zamilkła i dopiero po jakimś czasie odezwała się drżącym głosem: - A profesor zapewnił mnie... - zaczęła, lecz Nina nie dała jej dokończyć zdania.
- Okazało się, że się mylił! Setkowicz mi o tym powiedział. Bardzo żałuję, że nie będę miała tego dziecka. Modliłam się, żeby moje kłamstwo okazało się prawdą. Lecz los był dla mnie nieubłagany, zabierając mi męża, dom i nawet jego nienarodzone dziecko. Wszystko, co kochałam!
Kobiety w sukniach żałoby narodowej
     
 Binia westchnęła ciężko i okryła ją i siebie szczelniej kołdrą, bo przez uchylone okno wpływał do pokoju nocny chłód.
- Zastanowiłaś się kiedyś nad tym, czy mogłabyś tak bardzo kochać męża, gdyby był zimnym, nieczułym na los ojczyzny arystokratą? Typem tego nędznika Starewicza?
     Nina stanowczo zaprzeczyła.
- Nie! Od początku pociągała mnie otaczająca go aura tajemniczości. Pewien mistycyzm, jakim być może, odznaczali się pierwsi krzyżowcy. Ach, kochanie, jestem tylko prostą, niewykształconą kobietą i nie potrafię wyrażać się uczenie, czy obrazowo. Ale to wiem na pewno, że danym mi było poślubić niepospolitego człowieka. Nie umiałam go docenić za życia i pewnie zasłużył na lepszą, mądrzejszą żonę. Pomyśl tylko; jego ulubiony pies Grot, nie chciał żyć bez swojego pana i zamarzł w kaplicy grobowej. A ja przeżyłam, a nawet zamierzam ułożyć sobie życie od nowa, z dala od niego, z dala od kraju!- upadła twarzą na poduszkę i jej szczupłe ramiona drżały od tłumionego szlochu.
- Nino, nie możesz zmienić przeszłości. I nie powinnaś się oskarżać, bo byłaś idealną żoną, wierną i kochającą. Aleks był z ciebie bardzo dumny. Nie ty jedna masz wyrzuty sumienia. Ja także często wymawiam sobie, że nie chciałam dziecka i Bóg mi je odebrał.
Nina przestała płakać i spojrzała na nią z uwagą.
- Naprawdę sądzisz, że Bóg byłby zdolny wyrządzić człowiekowi taką okropną krzywdę? Nie, wcale w to nie wierzę. Zresztą, ja już w nic nie wierzę. Nie chcę.
     W odpowiedzi poczuła na policzku mokry od łez pocałunek.
     Wystarczyło tylko kilka dni pobytu w Bodzentynie, aby Binia zorientowała się, że Nina nie jest Setkowiczowi obojętna. Gdy w Brzezińcu lazaret zakończył swoją działalność, doktor przeniósł się do Bodzentyna. Mieszkał kątem w szpitalu i udzielał darmowych porad ubogim pacjentom, przeprowadzał chirurgiczne zabiegi, albo włóczył się po okolicy, lecząc bezpłatnie chorych wieśniaków. Kiedy wdzięczni pacjenci wręczali mu kurę, osełkę masła, lub kilka jajek w formie zapłaty, rumienił się ze wstydu, lecz brał co mu dano i oddawał Jadze, dla Niny. Jej poświęcał cały swój wolny czas, ciesząc się, że już chodzi, a jej buzia powoli wypełnia się i pięknieje.

    W ciepłe dni wiosenne, rekonwalescentka siadywała w małym ogródku przy domu, a potem zaczęła wychodzić, idąc z Binią lub z Mirą na spacer. Ciągle jeszcze wyglądała niezmiernie eterycznie, ale jej oczy płonęły już ogniem pierwszej młodości, a odrosłe w czasie choroby włosy, opadały w gęstych lokach na ramiona. Wracała jej dawna, nadzwyczajna uroda.
     Pewnego razu, Jaga zwróciła jej uwagę, że wdowa powinna nosić żałobny czepek. W odpowiedzi, Nina prychnęła pogardliwie i zapowiedziała stanowczo, że przenigdy nie włoży na głowę czegoś tak nietwarzowego! Nie zważając na surowe kary, jakie groziły za noszenie żałoby, uparcie ubierała czarne suknie, przybrane jedynie jakąś kolorową wypustką. Prawdę powiedziawszy, nawet nie posiadała jasnych sukienek, bo Jaga, pakując w pośpiechu rzeczy, włożyła do kufra suknie noszone w okresie żałoby narodowej.
Biedna Binia miała krzyż Pański, załatwiając zagmatwane sprawy majątkowe i starając się odzyskać dworską ziemię, bezprawnie zawłaszczoną przez sarnickich chłopów. Było to zadanie trudne, prawie niemożliwe, ponieważ chłopi postawili się ostro, gotowi bronić ziemi zębami i pazurami. Władze carskie traktowały wieśniaków z niezwykłą łagodnością i pobłażliwością, poczuwając się do wdzięczności. Ostatecznie, to w dużej mierze rękami polskich chłopów, udało się zdusić zryw narodowy. 
   Jednakże Binia była obywatelką Wielkiego Księstwa Poznańskiego, a Rosja tradycyjnie utrzymywała z Prusami przyjazne stosunki, ponieważ obaj władcy byli blisko spokrewnieni. Kierując się radami notariusza, znającego na wylot wszelkie kruczki prawne, Binia zdecydowanie wystąpiła o zwrot zagarniętej ziemi w swym majątku argumentując, że przecież nie został skonfiskowany przez władze. Po usilnych staraniach, popartych łapówkami, uzyskała nareszcie zgodę na przejęcie majątku pod warunkiem, że zapłaci zaległe podatki i nałożoną kontrybucję. Młoda dziedziczka postanowiła część gruntów wydzierżawić gospodarzom na dogodnych warunkach. Przybyły geometra wymierzył ponownie zaorane granice, a policjant z Bodzentyna ostrzegł nowego sołtysa, żeby ludzie nie ważyli się przeszkadzać, i kazał mu uspokoić pieklących się wieśniaków. W pobliskim ocalałym folwarku, osiadł nowy dzierżawca i zaczął gospodarzyć. 
    Binia w żadnym razie nie zamierzała stawiać nowego dworu na miejscu spalonego, ponieważ nie zamierzała wracać do zaboru rosyjskiego. Uporawszy się ze sprawami majątkowymi, odetchnęła i naglona telegramami męża, powoli, z ociąganiem, zaczęła zbierać się do odjazdu. Nie kryła, że gdyby nie dzieci, najchętniej wyjechałaby z Niną za granicę.
- Najmilsza, kiedy tylko urządzę się we Francji, kupię apartament w Paryżu i ładny dom na Cote d'Azur, a potem natychmiast ściągnę cię do siebie, razem z dziećmi. Przyjedziesz, prawda? Ja już nie potrafię żyć bez ciebie, siostrzyczko.
Wracały właśnie ze spaceru i Nina zatrzymała się przed wejściem do domu, patrząc na nią z nadzieją.
- Oczywiście. Ja również pragnę być z tobą na dobre i na złe. - zapewniła Binia z powagą.
     Ostatni tydzień spędziła na pożegnalnych wizytach u przyjaciół i sąsiadów wiedząc, że więcej do Sarnik nie wróci. Przed wyjazdem, wybrała się z Niną wynajętą bryczką do kościoła w Sarnikach, żeby zamówić tam mszę żałobną za dusze rodziców i Jasia, a także za proboszcza. Kościół był już otwarty, a na plebanii mieszkał nowy ksiądz, posłusznie wypełniający polecenia władz carskich. Przyjął obie damy zimno i oficjalnie, a nawet początkowo odmówił odprawienia nabożeństwa za osoby "nieprawomyślne", tłumacząc się zakazem Watykanu. Binia sięgnęła po sakiewkę i wysypała na stół stosik złota. Ksiądz momentalnie zmienił zachowanie, stając się uprzedzająco uprzejmy i uśmiechnął się do niej łaskawie zapewniając, że owszem, mszę żałobną odprawi, ale rano i bez organów.
    Nina popatrzyła na niego z pogardą. Pomyślała, że dobrze się stało, iż ksiądz proboszcz nie dożył tych czasów i uniknął szykan, jakie by mu z pewnością zgotowano. Było jej bardzo przykro, że kościół, z którym łączyło ją tyle wspomnień, ma tak niegodziwego duchownego. Jednakże był już czynny i odbywały się w nim nabożeństwa. Po upadku powstania, wiele przybytków sakralnych w Królestwie, na Litwie i Rusi, sprofanowano, zamieniając je na stajnie dla koni, magazyny, lub po prostu zabito na głucho deskami. Kościół w Sarnikach na szczęście uniknął takiego losu.
Poszły potem piechotą na miejsce, gdzie niegdyś stał dwór. Usiadły na resztce kamiennego murku, wspominając dramatyczne dzieje mieszkańców tego domu. Po śmierci proboszcza, chłopi wycięli resztę drzew w sadzie i w parku na opał. Nic już nie wskazywało, że przez wiele wieków stał w tym miejscu piękny dwór. Tam, gdzie przed gankiem rozciągał się wspaniały klomb, pełen róż i czerwonych pelargonii, teraz wyrastały pokrzywy i plenił się chwast.
- Czy pamiętasz... - zaczęła Nina.
- Przypominasz sobie... - w tym samym momencie odezwała się Binia. Spojrzały na siebie, objęły się z całej siły i zapłakały.
- Spójrz, Biniu! W tym miejscu stała stodoła. To tam Jaś odebrał sobie życie, żeby uniknąć niewoli.- wskazała Nina, dostrzegając na ziemi jakieś kawałki zwęglonego drewna. 
    Znalazła odłamek cegły z podmurówki dworu i podała go Bini, razem z drewienkiem pozostałym ze spalonej stodoły. Sama też schowała kawałek drewna mając przeczucie, że ostatni raz jest w tym miejscu. Obie uklękły i Nina słuchała, jak siostra modli się głośno za dusze rodziców i Jasia. Ona nie modliła się, lecz przymknąwszy powieki, przywołała w pamięci twarze zmarłych, przemawiając do nich w duszy najczulszymi słowami. 
    W drodze powrotnej wstąpiły na cmentarz. Przy krypcie Borutyńskich zapaliły znicze i złożyły przywiezione kwiaty. Każda wzięła mały kamyk z muru krypty i szczyptę ziemi na pamiątkę. Długo klęczały przed wejściem do podziemia, lecz nie płakały, chociaż oczy lśniły im od powstrzymywanych łez. Odwiedziły potem jeszcze groby przyjaciół: Władka Lasewicza, proboszcza, starego pana Siekielskiego, zastrzelonego przez Moskala, a nawet zaszły do Pauli, wszędzie zapalając znicze. Nina pokazała Bini bezimienną mogiłę, w której w tajemnicy pochowano kilku powstańców. Nikt nie wiedział kim byli, więc zapaliły kaganki także i na tym opuszczonym grobie. Nie odzywając się do siebie, wsiadły do bryczki.
    
Woźnica zawrócił konie i ruszyli w kierunku Bodzentyna. Nina siedziała milcząca, zamyślona, ze zmarszczonymi brwiami, snując ponure rozważania o tym, co jeszcze złego może ją w życiu spotkać. Pełna rozterki, rozglądała się dokoła i raz po raz przygryzała usta. Nie śmiała się odezwać nie wiedząc, czy jej serdeczna prośba nie spotka się z odmową.
- Kochanie.- szepnęła i pochwyciwszy dłonie Bini zaczęła je całować.- Siostrzyczko, błagam, pojedźmy do Makowa! Pozwól mi choć z daleka zobaczyć mój dom. Tak dawno go nie widziałam i może nigdy więcej nie zobaczę, kiedy wyjadę z kraju. Biniu, proszę, zaklinam cię na naszą siostrzaną miłość, nie odmawiaj mi tej łaski!
Binia nie wiedziała, jak ma postąpić. Nie miała serca odmówić prośbie, ale obawiała się dla niej silnego wzruszenia, przed czym zawsze ostrzegał Setkowicz. Wiedziała także, że Ninie nie wolno, pod karą zesłania do Tobolska, zbliżać się do Makowa. Ale ona dalej prosiła, mocząc łzami suknię i ręce siostry. Wzruszona Binia westchnęła i uległa, każąc woźnicy zawracać do Makowa. Nina wydała okrzyk radości i rzuciła się jej na szyję.
   Siedząc obok siebie, przypatrywały się mijanemu krajobrazowi. Dzień był piękny, prawdziwie wiosenny, ciepły lecz nie upalny, pełen śpiewu ptaków, zapachu kwitnących ziół i kwiatów polnych. Dokoła, jak okiem sięgnąć, ciągnęły się rozległy doliny, poprzecinane wąskimi wstęgami zielonych zagajników i kwitnącego żółto rzepaku. Faliste pola, szerokimi połoninami sięgały ku sinym borom porastającym stoki gór. Świeża trawa upstrzona była białymi gwiazdkami stokrotek i złoto kwitnącym mleczem. Drogę znaczyły rzędy pokrzywionych wierzb, podobnych do starych wiedźm. Dzikie grusze i jabłonki stały całe w bieli, niby panny młode w ślubnych sukniach. W wilgotnych rowach aż niebiesko było od niezapominajek. Powietrze i ziemia nagrzane słońcem, słodko pachniały, a po czystym błękicie nieba płynęły białe puszyste obłoki. Gdzieś bardzo wysoko, dzwonił śpiew skowronka. Czasami mijali po drodze zmurszały krzyż, lub starą kapliczkę przybraną zwiędłymi kwiatami. Spod kopyt końskich, uciekały w popłochu kuropatwy, bażanty i śmigały zające.

    Nina nie mogła się wprost napatrzyć ukochanej ziemi. Szeroko rozwartymi oczami chłonęła otwierającą się przed nimi panoramę gór. Z dala na horyzoncie wyłaniał się masyw Sieradowskiej, pokrytej gęstą puszczą. Przed laty jechała do Makowa tą samą drogą, przejęta lękiem na myśl o przyszłości. Lecz wówczas siedział obok niej ukochany mężczyzna, a jego uśmiech dodawał jej otuchy. Po tych wzgórzach często cwałowała na swojej Mignon, lekko i nieustraszenie biorąc przeszkody. Tą drogą jeździła odkrytym powozem, lub karetą zaprzężoną w czwórkę arabów, a zimą saniami.
Jednak od tego czasu wiele się zmieniło. Pracujący na polach ludzie nie śpiewali i dokoła panowała cisza. Brakowało na łąkach cienkiego popiskiwania pastuszych fujarek. Nikt już nie grał ani nie śpiewał. Przed powstaniem, pomiędzy zielenią drzew, dostrzec można było wysokie dachy dworów, folwarków i osiedli, które zniknęły z powierzchni ziemi, jak nieszczęsny dwór sarnicki. Minęli spalone Ciążyny, a po jakimś czasie, ukazała się na skraju drogi, kapliczka z posążkiem świętego Józefa Opiekuna, i stojący na usypanym kopcu wysoki, dębowy krzyż, ufundowany przez hrabinę Teklę.
  Teraz już jak okiem sięgnąć, rozciągały się setki hektarów ziemi, należącej do Makowa. Nina zacisnęła kurczowo dłonie i uniosła się z ławki. Kobiety sadzące na polach konopie, dostrzegły ją i rzuciły się ku niej z radosnym piskiem. Zalewając się łzami, całowały ją po rękach i sukni, lamentując nad jej losem i po cichu użalając się do niej, na nowego dziedzica, któremu zmuszeni byli służyć. Gospodarze witali dawną panią równie serdecznie, kłaniając się jej do nóg i ubolewając, że czasy tak bardzo zmieniły się na gorsze. Szeptem dopytywali się, czy też jaśnie pani dziedziczka kiedyś do nich wróci? Nina całowała kobiety, ściskała twarde, spracowane ręce gospodarzy, wypytując o wójta, o znajomych i dzieciaki. Dziękowała im za pamięć, stwierdzając ze smutną satysfakcją, że niewiele znalazłoby się w Królestwie wsi, gdzie chłopi tak spontanicznie witaliby wygnaną dziedziczkę. Była to bez wątpienia zasługa Aleksa, ale i ona w najgorszych czasach chlubnie zapisała się w pamięci ludzi, zdobywając ich szacunek, a nawet miłość. Ach, rozmawiałaby z nimi godzinami, ciekawa wszystkiego, co wydarzyło się na wsi, ale Binia, bardzo już niespokojna, ponagliła woźnicę. Zaciął konie i pojechali dalej, żegnani błogosławieństwami i płaczem. Binia pobladła, obawiając się, żeby ktoś nie doniósł do żandarmerii o powrocie do Makowa dawnej pani.
    Zjechali z górki i przed nimi ukazała się wieś, ciągnąca się aż po skraj horyzontu. Wesoło turkotał młyn wodny, zgrzytały piły tartaku, a po ciemnej tafli stawu pływały gęsi i kaczki. Białe chaty tonęły w młodej zieleni kwitnących sadów. Dalej widać było wysoki mur porośnięty bluszczem, a nad nim korony ogromnych drzew w alei parkowej. Nina poleciła woźnicy jechać do bocznej furty. Miała przy sobie klucz i łudziła się nadzieją, że będzie mogła wejść do parku i chociaż z daleka spojrzeć na kaplicę grobową. Ale spotkał ją bolesny zawód, bo w miejscu, gdzie niegdyś była potężna furta, wznosił się ordynarny murek z czerwonej cegły. Lekko zeskoczyła z bryczki i podeszła bliżej, przytulając policzek do szorstkiej powierzchni starego muru parkowego. Tyle wspomnień wiązało się z tym miejscem.... 
   Tą furtą przekradał się niegdyś Rafał, śpiesząc na schadzkę z kochanką. W tym miejscu zaznała rozkoszy pocałunków, i pierwszy raz w życiu doświadczyła miłosnego uniesienia w ramionach Wielenina. Tędy nocami zajeżdżały wozy z bronią i przywożono do lazaretu rannych powstańców. Przez tę furtę wyjechał po raz ostatni Aleks, a ona klęcząc na śniegu błagała Boga, aby mogła go jeszcze zobaczyć. Jej życzenie się spełniło i ujrzała męża na Łysej Polanie - martwego! Przez tą furtę przewiozła w noc wigilijną jego zmasakrowane zwłoki. Pogrążona we wspomnieniach, zapomniała o wszystkim nie słysząc, że Binia kilkakrotnie wzywa ją do powrotu. Z ogromnym żalem oderwała się od tych miejsc ukochanych i odchodząc, zerwała liść bluszczu porastającego szary tynk. Wsiadła do bryczki i dotknęła ramienia woźnicy.
- Jedźcie do głównej bramy! - rozkazała stanowczym tonem.
- Nie! Na miłość boską, opamiętaj się i nie rób tego. Wracajmy! - Binia była tak zdenerwowana, że zaczęła drżeć.
- Jedźcie! - powtórzyła Nina, tonem nie znoszącym sprzeciwu.
Woźnica posłusznie zaciął konie i bryczka potoczyła się prędko po pylistej drodze.
   Kute w żelazie esy floresy bramy wjazdowej, pociągnięte nową złotą farbą, błyszczały w słońcu. Lecz na zwieńczeniu bramy, nie było już herbu hrabiów Klonowieckich i orła ze złocistą gwiazdą. Przed białym domkiem odźwiernego, zamiast poczciwego Świtały, grzejącego na słoneczku stare kości, siedziało dwóch brodatych sołdatów i na bębnie grało w karty.
     Widok ten wzbudził w sercu Niny pragnienie mordu. Stanęła na bryczce wyprostowana i wyciągając szyję, wpatrywała się chciwie w lśniący krzyż na wieżyczce kaplicy grobowej. Usta jej posiniały, a w nienaturalnie rozszerzonych oczach malowało się namiętne uniesienie. Widać było, że tylko resztką woli powstrzymuje się, aby nie zeskoczyć z bryczki i nie podbiec do bramy. 
    Sołdaci zdziwieni pojawieniem się obcej bryczki, przerwali grę i przypatrywali się im podejrzliwie. Nie zważając na nich, Nina wpatrywała się przez ogrodzenie w głąb parku. Środkiem alei lipowej, kłusowało na kudłatych kucykach dwoje dzieci, sprzeczając się z sobą po angielsku. Jasnowłosy chłopiec pierwszy zauważył bryczkę i stojącą w niej panią w czarnej sukni, przypatrującą się im z uwagą.
- O, look, Natasha2! - zawołał do jadącej obok dziewczynki, wskazując bryczkę.
Mała wzgardliwie wydęła wąskie wargi.
- Pewnie znowu jakaś nędzna Polka z prośbą do papy, ale żołnierze jej nie wpuszczą, bo nosi czarną suknię!
 Chłopiec był ładniutki, jasnowłosy, i obserwującej go Ninie przyszło na myśl, że tak mógłby wyglądać jej synek, gdyby los okazał się dla niego i dla niej łaskawszy. Razem z siostrą bliźniaczką, jeździliby po parku na kucykach, a ona siedząc na tarasie, z dumą przypatrywałaby się swoim dzieciom. Myśląc o tym, załamała ręce czując, że serce jej pęka.
- Aleczku! - wyszeptała cichutko, nie wiadomo, wołając męża, a może synka.
Jeden z wartowników leniwie podniósł się z ławki i uznawszy, że należy przyjrzeć się podejrzanej bryczce, podszedł do bramy.
- Wy czego? - mruknął groźnie.
- Rany boskie, Nino, jedźmy stąd! - błagała szeptem Binia.
- Wy czego? - powtórzył wartownik, sięgając po karabin.
     Przerażony woźnica zaciął z całej siły konie i ruszyli galopem oddalając się od bramy. Nina wolno usiadła, oglądając się za siebie z jakimś dziwnym, rozdzierającym serce uśmiechem. Naraz głośno i wyraźnie powiedziała kilka strofek wiersza, nie rozumiejąc wcale, dlaczego to robi.
A okna z łez   są,                   
a łzy są z koronek.
Modrych, czerwonych i szklistych.
A zamiast dzwonów w                    powietrzu skowronek,
I echo aktów strzelistych.
Niegdyś Jaś podarował jej cienki tomik wierszy poety emigracyjnego, niewiele znanego w kraju. Nina zapamiętała ten właśnie fragment wiersza. Poeta nazywał się Cyprian Kamil Norwid.
- Najmilsza, o czym ty mówisz? - dopytywała się Binia, przerażona wyrazem malującym się na jej twarzy. - Jakie okna? Czyje firanki? Źle się czujesz?
- Dobrze. - szepnęła Nina, i nie przestając się uśmiechać, zachwiała się i zemdlona upadła na dno bryczki. Binia przywiozła ją nieprzytomną do Bodzentyna.
Wezwany natychmiast Setkowicz, ujrzawszy w jakim stanie znajduje się jego pacjentka, dostał ataku wścieklizny. Zapienił się, a jego wąskie czarne oczy miotały piorunujące błyski.
- Do jasnej cholery! - rozdarł się na Binię, nie licząc się ze słowami. - To ja ze skóry wyłażę, żeby tę dziewczynę postawić na nogi, a pani wiezie ją do Makowa? Czy pani nie rozumie, że to wzruszenie może ją zabić?
- Prze..pra...szam! - głośno płakała Binia, przyjmując z pokorą jego brutalne oskarżenia. - To moja wina, ale Nina tak mnie prosiła, że nie umiałam jej odmówić.
- Prosiła!- parsknął wściekle. - Psiakrew! Same przewrażliwione histeryczki. A jakby poprosiła panią o trutkę na szczury, albo nabity pistolet, to również nie odmówiłaby jej pani przysługi? Jeżeli chcecie żeby żyła, nigdy więcej nie pozwólcie jej jechać do tego przeklętego Makowa! - pieklił się, patrząc na biedną Binię takim wzrokiem, jakby miał ochotę przełożyć ją przez kolano i przetrzepać skórę.- Jej nie wolno wracać do przeszłości, rozumie pani? Miała zapalenie opon mózgowych, truła się, nie chciała żyć! Jeszcze dzisiaj, gdyby dano jej do ręki broń, wpakowałaby sobie kulę w tę durną mózgownicę! Ale na szczęście nie ma broni, a noże macie tępe. Niechże jej pani wyperswaduje, że do Makowa nie ma powrotu. Koniec, kropka! Jeżeli ktoś doniesie do żandarmerii, że pojechała obejrzeć sobie swój majątek, zaraz ją aresztują i ześlą. Do wszystkich diabłów, jak długo mam wam to tłumaczyć?
  Spojrzał na Binię, zalewającą się rzewnymi łzami i ze zdumieniem uniósł brwi.
- No, a czemu pani tak rozpacza? Przecież ja nic złego nie powiedziałem. Oj, nie umiem z babami! Jedna mdleje, druga płacze... No, już dobrze, cicho. Jak to miło, kiedy uświadomię sobie, że nigdy w życiu nie miałem nic własnego, prócz pcheł. Człowiek czuje się wolny jak ptak. Cholera, niech się pani uspokoi, bo ona to słyszy i się zdenerwuje! - wrzasnął znowu na Binię.
- Pan doktor tak przeklina, aż wstyd.- zwróciła mu uwagę Jaga.- Nasz dom jest chrześcijański, na ścianach wiszą obrazy święte - wskazała na wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej.
- A co ma piernik do wiatraka? - spytał zaskoczony.
- To grzech, Pan Bóg słucha!
- Z obrazka? - parsknął urągliwym śmiechem. - No, to się musi teraz nasłuchać niemiłych rzeczy w polskich domach. E, głupie babskie zabobony! Niechże mi pani Jaga nie zawraca głowy bredniami, bo ja muszę doprowadzić pani pupilkę do przytomności. Zwariowana romantyczka!
    Zaledwie Nina otworzyła oczy, Setkowicz zwrócił się przeciwko niej z nową furią, nie szczędząc jej wyrzutów.
- Na drugi raz nie wzywajcie mnie, bo nie przyjdę! - oświadczył z pasją, celując palcem w oko pacjentki. - Zrobiłem, co mogłem, żeby wyciągnąć panią z choroby. Ale na drugi cud niech pani nie liczy.
     Był tak rozgniewany, że Nina poczuła wyrzuty sumienia. Sama już żałowała, że nie potrafiła oprzeć się pokusie i pozwoliła, żeby w jej sercu otwarły się zaledwie zabliźnione rany. Było jej również bardzo przykro, że uraziła Setkowicza, bo wiedziała, ile mu zawdzięcza, choć nie zawsze była mu za to wdzięczna. Chciała go przeprosić i wytłumaczyć się, ale on wcale jej nie słuchał, tylko nagadawszy paniom impertynencji, trzasnął drzwiami i poszedł sobie bardzo wzburzony i obrażony.
     Lecz na drugi dzień, zjawił się z samego rana, aby sprawdzić, czy Ninie się nie pogorszyło. Na szczęście, dramatyczne przeżycia nie miały dla niej poważniejszych następstw. Spokojnie przespała noc i obudziła się wypoczęta.
- Niech się pan już na mnie nie gniewa. - poprosiła słodko. - Ja nigdy więcej tam nie pojadę, obiecuję. Postaram się zapomnieć o Makowie. - nie mówiła tego szczerze i Setkowicz doskonale o tym wiedział.
     Maków był po mężu największą miłością jej życia. Nie potrafiła i nie chciała się go wyrzec. Doktor postanowił radykalnie wyleczyć ją z szaleńczych pomysłów. Chwycił ją za ramiona i potrząsnął, jak workiem ziemniaków.
- Ostrzegam panią! - warknął, wpatrując się w nią złowrogo. - Jeżeli nadal zamierza się pani w ten sposób umartwiać, to wkrótce czeka panią niemiła niespodzianka.
- Umrę? - wzruszyła ramionami lekceważąco, próbując uwolnić się z jego rąk.
- O nie! - powiedział wolno, ze złym uśmieszkiem na ustach, - Nie umrze pani, tylko oszaleje. Mówię zupełnie poważnie! - zapewnił, dostrzegając w jej oczach niewiarę. - Wyszła pani ze śmiertelnej choroby, kończącej się zazwyczaj zgonem, trwałym paraliżem lub obłędem. Proszę zrozumieć, pani mózg nadal jest chory. Trzeba czasu, żeby zupełnie wróciła pani do zdrowia. Jeżeli nie będzie się pani szanowała, przy gwałtownych wzruszeniach grozi pani choroba umysłowa. Doprawdy, mam wielką ochotę zabrać raz panią do zakładu dla psychicznie chorych, żeby zawczasu oswoiła się pani z domem bez klamek i zakratowanymi oknami, jako ewentualna pacjentka.
 Teraz Nina przestraszyła się naprawdę, bo więcej niż śmierci obawiała się obłędu.
- Naprawdę mogę zwariować? - spojrzała na niego z przerażeniem.
- Tak, jeżeli nie będzie pani o siebie dbała. Nie mam ochoty oglądać pani w zakratowanej celi, chichoczącej dziko lub przedstawiającej się, jako królowa Maria Stuart. Musi się pani przełamać i znaleźć w życiu cel. A najlepiej, wyjechać stąd na zawsze. - znowu ją potarmosił. - Inaczej ciągle będzie pani wracać do Makowa i w końcu dostanie pani kuku na muniu! Jasne?
- Proszę mnie puścić! - rozkazała, rozgniewana jego brutalnością.
     Ale on trzymał ją mocno, nie przestając nią potrząsać.
- Czy pani na głowę upadła, żeby tam wracać? Przecież za karę ześlą panią na Sybir, a wtedy przeklnie mnie pani, że uratowałem życie. Zrozum, kobieto! - warczał przez zaciśnięte zęby.
- Panie Setkowicz, spoliczkuję pana, jeżeli natychmiast mnie pan nie puści! - wybuchnęła Nina, wyprowadzona z równowagi. - Pan także mnie denerwuje.
     Poniewczasie się zreflektował.
- Rzeczywiście? To przepraszam. Chciałem tylko panią ostrzec.
- Nie musiał pan używać w tym celu siły, bo będę miała siniaki! - parsknęła na niego ze złością.
     Doktor miał tak skruszona minę, że złagodniała i mimo woli uśmiechnęła się do niego.
- Jakże mogę stąd wyjechać, kiedy koło domu zawsze kręci się jakaś podejrzana figura?
- Pomożemy pani. Niech się pani nad tym poważnie zastanowi, bo szkoda czasu.
- Już się zastanowiłam, ale taka wycieczka kosztuje, a ja jeszcze nie odkryłam w Bodzentynie żyły złota. - Nina z rezygnacją wzruszyła ramionami.
     Setkowicz popatrzył na Binię i oboje wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
- Kosztami nie przejmuj się, kochanie. - powiedziała. - To najmniejszy problem.
- Dzięki, ale przecież nie wyjadę sama, tylko z nianią i Mirą. Bez nich się nie ruszę. - oświadczyła Nina stanowczo.
- Naturalnie, postaramy się o trzy paszporty. - uspokoił ją Setkowicz. - Teraz niech się pani przejdzie po pokoju.
- Po co? - zdziwiła się Nina.
- Proszę wykonać moje polecenie! - burknął apodyktycznie. - Ja się pani nie pytam, po co pani lazła do Makowa!
     Miał tak nieprzystępny i niemiły wyraz twarzy, że Nina bez sprzeciwu przespacerowała się po pokoju.
- Niechże się pani nie garbi, jak zgrzybiała staruszka. - upomniał ją, nie spuszczając z niej wzroku. - Proszę się wyprostować. Ręce nad głową! Skłon do ziemi. Dobrze. A teraz proszę zamknąć oczy, wyciągnąć przed siebie ręce i na palcach przejść do tamtej szafy. Hm!... - mruknął pod nosem i skrzywił się niezadowolony.
- Jakie jeszcze mam wykonać ćwiczenia z gimnastyki szwedzkiej? - spytała uprzejmie, dygając przed nim, jak przed surowym wymagającym nauczycielem.
- A przydałoby się coś na postawę. - powiedział kwaśno. - Pani Jago, od jutra, proszę ją mocniej sznurować. - zawołał, zaglądając do kuchni. - Ona się garbi!
     Niania zajęta lepieniem pierogów, strzepnęła z rąk mąkę i wkroczyła do pokoju.
- Garbi się? No pewnie, ale nie mogę jej zasznurować, bo nie nosi gorsetu. Powiada, że jest już dostatecznie chuda. Ale jutro każę go włożyć. Pan doktor przyjdzie na obiad? Dostałyśmy od pana Tadeusza młode kurczęta.
     Na tle jego smagłej twarzy, błysnęły białe zęby w szerokim uśmiechu.
- Kurczęta? O, to na pewno przyjdę. Mam nadzieje, że jestem zaproszony. - posłał Ninie przekorne spojrzenie i roześmiany wyszedł.
- Kochany doktor. - rozczuliła się Jaga. - Jest dla ciebie jak ojciec rodzony.
     Binia przysłuchująca się rozmowie, parsknęła nagle przez nos i zasłoniła sobie dłonią usta.
- Jak ojciec?- mruknęła Nina z wahaniem.- No, tego akurat nie jestem pewna. Najwidoczniej jednak ty, nianiu, traktujesz doktora jak mego rodzica, bo omawiasz z nim tak intymne szczegóły, jak choćby to, że nie noszę gorsetu.
- Ale on jest twoim lekarzem. - broniła się Jaga, już bez przekonania. - No, może nie jak ojciec, ale jak dobry brat.
- Przypominam ci, że dawniej byłaś innego zdania i nie szczędziłaś doktorowi krytycznych uwag. - w oczach Niny ukazał się wyraz chłodu. - Na przyszłość, proszę cię, żebyś nie informowała doktora o tym, czego nie noszę pod suknią, dobrze? Tylko tego brakuje, żebyś go powiadomiła, jakie ubieram pantalony!
    Binia ponownie wydała głośne parsknięcie, ale prędko przybrała poważną minę i pośpiesznie wymaszerowała do kuchni. Chwyciła pierwszy lepszy garnek, napełniła go wodą z wiadra i pobiegła podlać kwiaty w ogródku. Nina wychyliła się przez okno.
- Biniu, złotko, nie top tych biednych kwiatków. Rano je podlewałaś! - zawołała z fałszywą słodyczą.
     Wieczorem, leżąc już w łóżku, zastanawiała się głośno, jakie ma szanse przedostania się do Galicji.
- Przecież Tadeusz i doktor Setkowicz, mają mnóstwo znajomych z konspiracji i z pewnością uda się im wyrobić ci fałszywe dokumenty. - pocieszała ją Binia. - Nie przejmuj się kosztami. Zapłacimy, ile zażądają i wyjedziesz. Ach kochanie, nawet nie wyobrażasz sobie, jak ja się cieszę, że wkrótce spotkamy się w Świerszczynach! Mój Boże, przecież ty wcale nie znasz swojej córeczki, ani ona ciebie. Co prawda, postawiłam przy jej łóżeczku fotografię twoją i Aleksa, lecz to przecież nie to samo, co osobisty kontakt z dzieckiem.
     Nina milczała i tylko jej oddech zdradzał, że nie śpi. Binia pochyliła się i ucałowała ją w czoło.
- Najmilsza, przecież to dziecko jest ostatnim węzłem, łączącym cię z mężem. To jego krew, jego dar. Wiem, jak bezgranicznie kochałaś Aleksa, więc chyba równie mocno powinnaś kochać jego dziecko.
     Z piersi Niny wyrwało się ciężkie westchnienie.
- Może ja naprawdę jestem nienormalna? Zdaję sobie sprawę, że moje zachowanie jest dziwaczne, ale urodziny córki zbiegły się ze śmiercią syna. Wydanie jej na świat okupiłam potwornymi mękami i zapewne dlatego nie mam dla niej serca. Pamiętam, że gdy Alek wyzdrowiał po tym strasznym postrzale, modliłam się, żeby Bóg pozwolił mi urodzić jeszcze jedno dziecko - syna! Ale wówczas nie zaszłam w ciążę. Los był dla mnie nieubłagany i okropne przeżycia spowodowały poronienie. Jestem przekonana, że to był syn i teraz byłabym już w szóstym miesiącu ciąży i być może nie czułabym tej przerażającej pustki, której nikt i nic nie wypełni. Widzisz, zawiodłam mojego męża nawet w tak prozaicznej sprawie, jak macierzyństwo.
     Binia delikatnie pogłaskała jej włosy, pełna współczucia i zrozumienia.
- Mimo wszystko, powinnaś zaakceptować swoją córeczkę i cieszyć się, że ją masz. Staraj się myśleć pozytywnie, siostrzyczko. Żiżi to takie ciche, łagodne i słodkie maleństwo, jest śliczna, pulchniutka i ogromna przylepka. Rozwija się prawidłowo, o to możesz być zupełnie spokojna. Och, będę najszczęśliwszą kobietą pod słońcem, kiedy zamieszkasz blisko mnie! Jesteś mi tak potrzebna do życia, kochanie.
- A ty mnie, siostrzyczko. Na całym świecie mamy tylko siebie, moja ty, najdroższa podporo życiowa.
     Binia uśmiechnęła się, zwinęła w kłębek przy jej boku i smacznie usnęła. Nina długo jeszcze wpatrywała się w okno, wolno rozjaśniające się wczesnym świtem. Gwiazdy kolejno gasły, księżyc zaszedł, a ona niestrudzenie snuła plany na przyszłość. Musi jak najszybciej znaleźć się we Francji. Aleks będąc za granicą, zakupił dla niej sporo akcji brytyjskich kolei żelaznej, przekazując część kapitałów do banków angielskich. Koleje w Wielkiej Brytanii rozwijały się w szalonym tempie, a akcje z każdym dniem zyskiwały na wartości. Ale Nina nie zamierzała spędzić całego życia w obcym kraju. Postanowiła, że za kilka lat powróci do ojczyzny, nawet pod zmienionym nazwiskiem i wtedy będzie starać się o odkupienie Makowa. Nie potrafi żyć z dala od ukochanej ziemi świętokrzyskiej. 
    Co więcej, w lochach pałacu zamurowane są kosztowne przedmioty. Bezcenne gobeliny flamandzkie, dywany z Aubusson, perskie kobierce, obrazy wielkich mistrzów, wielki serwis obiadowy wykonany w Sevres, na zamówienie późniejszego króla Francji Karola X, oraz drobniejsze przedmioty ze złota i srebra. Była tam również stara broń usiana klejnotami i duża część sreber stołowych. Zamknięte szczelnie w dębowych skrzyniach obitych blachą, czekały na swoją prawowitą panią. Skarby spoczywały w podziemiach pałacu i był to wielki majątek, trudny do oszacowania. O, Moskale daliby dużo, żeby dobrać się do skarbu, lecz tylko kilka osób wiedziało, gdzie został ukryty. 
    Powstanie przeżyło z nich tylko czworo: Walenty, Maciek, Stach i Kumosia, a oni nigdy nie zdradzą tajemnicy. Jeżeli uda się odkupić pałac, z czasem może część tych kosztowności spieniężyć. Więc sytuacja nie jest aż tak beznadziejna, jak to sobie wyobrażała. Zaśmiała się, bo przyszło jej na myśl, że choćby Moskal sto lat mieszkał w pałacu, nigdy się nie dowie, co kryją lochy.
     Ogromnie pragnęła odpocząć od dręczącej ją zmory śmierci i klęski powstania. Znaleźć się z dala od umęczonego, zdeptanego butem zaborcy kraju. Poczuć się nareszcie wolnym człowiekiem, żyjącym pomiędzy wolnymi ludźmi. Zapomnieć o strachu! Niegdyś marzyła o dalekich podróżach, teraz będzie mogła te marzenia urzeczywistnić. Zwiedzi Włochy, Hiszpanię, Grecję, Francję, pojedzie do Londynu, może nawet do Egiptu?
     Zapomnieć! 
    Choć na jeden dzień, tydzień, miesiąc... Sen niekiedy bywał ucieczką, ale nie zawsze. Godzinami leżała w łóżku i wpatrywała się w sufit, bojąc się zamknąć oczy. Sen często przenosił ją w miejsca, o których powinna była zapomnieć. Ale czy człowiek może uciec od własnych myśli? Nie, to niemożliwe. Nigdy nie zdoła zapomnieć, ale może uda się jej choć odrobinę uleczyć chorą duszę. Jak tylko rozezna się w swoich kapitałach, zaraz poczyni starania, żeby przez zagranicznych adwokatów nawiązać kontakt z obecnym właścicielem Makowa. Zaproponuje mu taką kwotę, która skusiłaby nawet księcia. Nieważne, że będzie zmuszona czekać na powrót do domu rok, dwa, czy nawet dziesięć lat. Poczeka i odkupi Maków! 
   Wychowa córkę w pobliżu grobu ojca i nauczy ją kochać go tak gorąco, jak ona go nadal kocha. Nauczy ją czcić bohatera, być dumną z ojca i szanować jego pamięć. Nagle zapragnęła zobaczyć dziewczynkę. Była ciekawa, czy dziecko przypomina choć trochę Aleksa. Nie wiedziała, czy kiedykolwiek potrafi ją pokochać, ale przez pamięć o mężu, będzie się o nią troszczyć i pomoże Bini wychować ją na dobrą Polkę.
 
1Ludwik Zwierzdowski (1825- 1864) pseud.”Topór”. Oficer po wyższych studiach wojskowych w Petersburgu. Po wybuchu powstania, naczelnik wojenny woj. mohylewskiego. Atakował miasteczko Hory-Horki. Ścigany, rozpuścił oddział i wyjechał do Paryża. Z początkiem 1864 r. powrócił do kraju. Jako naczelnik dywizji krakowskiej, poniósł klęskę w ataku na Opatów i dostał się do niewoli. Powieszony w Opatowie 23 lutego 1864 r.
2O, look, Natasha! - O, spójrz, Nataszo!