niedziela, 2 października 2016

Powstanie gaśnie.Klęska!


 2 paźdźiernika 2016 r.
    Minął rok 1863, rok zawiedzionych nadziei, niespełnionych zamierzeń i nierównych zmagań z potężnym wrogiem. Rok krwawych ofiar tysięcy bojowników. Królestwo Polskie, Litwa i Ruś, zdławione żelazną ręką carskich naczelników wojennych, okryły się żałobą i pochyliły karki pod jarzmem terroru. Cichły strzały, powstanie gasło, zduszone, stłamszone, utopione we krwi. Więzienia nie mieściły już w swych murach aresztowanych, kaci mieli pełne ręce roboty. Codziennie, na terenie całego kraju odbywały się egzekucje, niekiedy masowe. Wydawało się, że zapanował spokój, lecz nie był to spokój po dobrze wypełnionym obowiązku, tylko cisza grobu.
Jedynie w Górach    Świętokrzyskich, mała armia polska zreorganizowana przez dyktatora Traugutta i dowodzona przez generała Bosaka, posiadała dwa duże obozy w pobliżu Cisowa i Kunowa. Były to prawdziwe polskie republiki, gdzie nie stanęła noga zaborcy. Ludność wsi i miasteczek, serdecznie życzliwa powstańcom, żywiła ich i     przygarniała w mroźne    zimowe noce.            
 Zresztą w pierwszych dniach stycznia, sroga zima sparaliżowała wszelkie działania partyzanckie, Rosjanie także ukryli się w garnizonach, oczekując nadejścia odwilży.
    W ukrytych w puszczy powstańczych obozach, nawet nie wyobrażano sobie, że w salonach wielkich miast Europy, coraz częściej wymawiano nazwisko generała Bosaka. Młody hrabia, tajemniczy i przystojny powstaniec polski, podniecał wyobraźnię znudzonych lenistwem dam. Był romantyczny, jak bohater powieści pana Dumasa, lub szlachetny rozbójnik Rinaldo Rinaldini. Damy wzdychały, marząc skrycie, żeby poznać go osobiście. Prasa zagraniczna rozpisywała się, zamieszczając sensacyjne artykuły o niesfornym kuzynku samego cara Rosji, spokrewnionego przez stryjeczną siostrę Julię z hrabiów Hauke księżnę Battenberg, z rodami arystokracji europejskiej wymienionymi w almanachu gotajskim1.
gen.hrabia Józef Hauke- Bosak.
    Pod koniec stycznia, kiedy mrozy znacznie zelżały, generał Bosak natychmiast wznowił działania powstańcze. Pod Iłżą, pułkownik Kalita-Rębajło, odniósł świetne zwycięstwo, rozbijając duży oddział nieprzyjacielski. Miasteczko zostało zdobyte, a dowódca rosyjski Suchonin poległ. Powstanie zdające się już dogasać, nagle rozpaliło się na nowo wielkim płomieniem.
W pierwszą rocznicę wybuchu walki zbrojnej, małe miasteczko Bodzentyn przeżywało swoje wielkie dni. 23 stycznia, odbyła się tam huczna parada wojskowa. Miasto uniesione ambicją, wspomniawszy na swoje wspaniałe dzieje, przystroiło się w biel i amaranty. Na hardo powiewających chorągwiach, lśniły srebrzyste Orły.      Ratusz przystrojony we wstęgi o barwach narodowych, dźwigał na sobie wielkie herby Królestwa Polskiego, Litwy i Rusi: Orła, Pogoń i Świętego Michała. Z okien i balkonów zwieszały się dywany, lub makaty, a na nich portrety Kościuszki, księcia Józefa Poniatowskiego, albo obrazy z Matką Boską Częstochowską. Jeszcze nigdy Bodzentyn nie był tak radosny i ożywiony, oczekując na uroczystość. Świątecznie ubrani mieszkańcy szli gromadnie na błonia, gdzie oddziały powstańcze gotowały się do defilady.
Bodzentyn. Uroczystości 153 rocznicy wybuchu Powstania
   
Msza święta odprawiona została w warunkach polowych, a po nabożeństwie przemówił sam generał Bosak, powitany uroczystą oracją przez przedstawicieli władz miejskich. Następnie rozpoczęła się defilada. Przed szalejącymi ze szczęścia mieszkańcami Bodzentyna, przemaszerowało osiem batalionów piechoty i przejechał szwadron kawalerii, w pięknych ułańskich mundurach. Furkotały na wietrze biało-amarantowe proporczyki na lancach, konie szły w lansadach w takt marsza, granego przez dętą orkiestrę. Z wieżyc kolegiaty biły dzwony, jak w ową noc styczniową, kiedy ich głos wzywał do szturmu. Patrzono przez łzy na maszerujące twardo oddziały wiarusów, marsowych i zahartowanych przez długie miesiące ciężkiej walki. Błyskały w styczniowym słońcu stalowe bagnety i ostrza kos, w sękatych rękach maszerujących równo kosynierów, chłopów z okolicznych wiosek. Warkot werbli, raz po raz głuszyły zrywające się oklaski i okrzyki tłumów.
    Po defiladzie, ojcowie miasta zaprosili wojaków na ucztę. Cała okolica złożyła się, aby godnie przyjąć swoich chłopców. Przy ogólnym stole, wszystkie stany miały swoich przedstawicieli. Obok dziedzica, siedział chłop, a mieszczanin częstował Żyda w odświętnym chałacie, tratując go jak równego sobie. Wznoszono toasty życząc sobie, żeby za rok, drugą rocznicę powstania uczcił już cały naród w wolnej Polsce. Po przyjęciu wojsko żegnane błogosławieństwami i łzami zgromadzonych na błoniach ludzi, sprawnie wymaszerowało z miasta znikając w puszczy.
Ta głośna uroczystość, stała się powodem wielkiej kompromitacji generała Uszakowa. Zdążył on pochwalić się namiestnikowi Bergowi, że na terenie Gór Świętokrzyskich powstanie wygasło. Tymczasem osobisty wysłannik Berga, przywiózł z Kielc zupełnie inne wiadomości, donosząc o sukcesach militarnych Bosaka. Na głowę nieszczęsnego Uszakowa spadły pioruny wściekłości namiestnika. Berg szalał, a niefortunny raport sprowadził na Uszakowa niełaskę i w konsekwencji dymisję z zajmowanego stanowiska. Ale to nastąpiło nieco później.
   Natomiast dla patriotycznego Bodzentyna, serdeczne bratanie się z powstańcami miało opłakane skutki. Rozwścieczone upokorzeniem wojska Czengierego, ponownie spacyfikowały miasto, surowo karząc mieszkańców za wielkie, gorące serca. Znowu rozległ się świst batów i krzyki bezlitośnie katowanych ofiar. Wiele osób aresztowano i przewieziono do Radomia na przesłuchanie. Niejeden mieszkaniec Bodzentyna, poszedł powstańczym szlakiem na Sybir. Niektórzy stanęli na szafocie i zawiśli na szubienicy. Małe, urocze miasteczko, tak dumne ze swojej historii, poddane zostało szczególnie ostremu nadzorowi władz carskich i ostatecznie utraciło prawa miejskie.
Wtedy jednak nikt już nie stanął w obronie prześladowanej polskiej ludności.
Pochód na Sybir.
Wszelkie nadzieje na pomoc państw zachodnich     zawiodły. Kiedy Polska     zwracała się ku Zachodowi, jak zwykle wszystko kończyło się na obietnicach i notach dyplomatycznych pod adresem Rosji, co wcale nie przeszkadzało autorom tychże not, gościć w salonach ambasad rosyjskich i pić z Rosjanami szampana. Uznano, że byłoby głupotą drażnić wschodniego kolosa dla czegoś, co nawet nie było normalnym państwem istniejącym na mapach świata.
    Pierwsza Austria zrzuciła maskę dobrotliwego wujka i 18 lutego 1864 roku, proklamowała na terenie Galicji stan oblężenia. Powstańcy zmuszeni byli zdać broń i rozejść się do domów, opornych aresztowano. Kilka tysięcy młodych mężczyzn, gotowych do przekroczenia granicy, porzuciło swoje oddziały i ciskając byle gdzie karabiny, oddawało się w ręce Austriaków. Niepowodzenia militarne i brak perspektyw na realną pomoc, zniechęciło społeczeństwo Małopolski, do dalszego wspierania działań powstańczych w Królestwie. Szlachta starannie zacierała ślady swego udziału w walce zbrojnej. Niszczono cenne dokumenty, zakopywano broń, a kwaterujące jeszcze po dworach oddziałki niedoszłych powstańców wypraszano, a raczej wyrzucano. Wtedy to przepadło bezpowrotnie, ponad dwadzieścia tysięcy sztuk broni palnej, sprowadzonej przez Rząd Narodowy z zagranicy i zakupionej ze składek społeczeństwa polskiego. Tej broni, na którą na próżno czekały walczące za Wisłą oddziały.
Grettger  Wojna.
   Władze austriackie masowo przeprowadzały aresztowania przedstawicieli Rządu Narodowego w Galicji i osadzały ich w twierdzach, lub deportowały do Królestwa. Aresztowanym często dawano do wyboru: albo deportacja i Sybir, albo wyjazd do Meksyku, gdzie Maksymilian Habsburg, brat cesarza Austrii Franciszka Józefa I, obwołany cesarzem, musiał w przyszłości toczył krwawe boje z meksykańskimi patriotami, zwolennikami demokratycznie wybranego prezydenta Juareza. Polacy służyć tam mieli za mięso armatnie2.
W Wielkim Księstwie Poznańskim, w ręce Prusaków dostało się kilkaset znakomitych sztucerów belgijskich, z wielkim trudem sprowadzonych z zagranicy. Król pruski potraktował zwolenników powstania z największą surowością. Jednakże Rząd Narodowy liczył na pomoc Wielkopolski, bo na wieść o zaniechaniu walki w Poznańskiem, zrozpaczonemu Trauguttowi wyrwały się gorzkie słowa pod adresem tamtejszych działaczy: "Odgrywaliście tylko nędzną komedię przed obliczem umordowanej ojczyzny."
Kolejno wygasały walki na Kujawach, Mazowszu i w Augustowskiem. Na Podlasiu trzymał się jeszcze ksiądz generał Stanisław Brzóska, dowodzący oddziałem złożonym z zagrodowej szlachty i podlaskich chłopów. W większości jednak, ludzie nie chcieli już oddawać życia za całkowicie przegraną sprawę. Byli rozgoryczeni nie spełnionymi obietnicami Rządu i powracali do domów, gdzie już czekała na nich policja, sąd wojenny i w najlepszym razie zesłanie, a w najgorszym szubienica.
Ksiądz gen. Stanisław Brzóska.Ostatni powstaniec.
   Bez przesady, cały ciężar walki zbrojnej spoczął teraz na korpusie Bosaka. Entuzjastyczny rozmach jego planów był taki, jakby powstanie dopiero się rozpoczynało. Wszystko wydawało mu się do odrobienia, nawet grzech Czerwonych, którzy zmarnowali okazję przekształcenia powstania w wojnę ogólnonarodową. Dyktator Traugutt, równie niezłomnie trwał na na swoim stanowisku, dając rozkaz do przygotowania wiosennej ofensywy. Zanim wojska rosyjskie ruszyły z garnizonów, w ręce Bosaka wpadły ważne depesze, z dokładnym planem ataku na powstańcze placówki. Przy odrobinie zręczności, można było zgotować nieprzyjacielowi śmiertelną niespodziankę.
Lecz powstańców zaczął prześladować pech.
Na miejsce bohaterskiego pułkownika Chmieleńskiego, szefem sztabu Bosaka został Apolinary Kurowski3, człowiek nieudolny, fatalny dowódca, osobiście odpowiedzialny za krwawą porażkę pod Miechowem, gdzie poległ kwiat młodzieży galicyjskiej. Nie wiadomo jakim sposobem otrzymał tak odpowiedzialne stanowisko w armii Bosaka. Na nieszczęście, w tym czasie generał przebywał w innym miejscu, a Kurowski zdany był tylko na siebie. Kiedy kolumny rosyjskie ruszyły w stronę Cisowa, ku obozom powstańczym, Kurowski ogarnięty paniką, opracował plan przebicia się przez ich pierścień i zaatakowania Opatowa. Był to plan kompletnie bezsensowny i tragiczny w skutkach..
Apolinary Kurowski.
  21 lutego 1864 roku, nastąpił szturm na miasto jednocześnie z czterech stron. Atak był tak potężny, że Polacy z marszu odbierali dom po domu, wypierając broniących się rozpaczliwie Rosjan. Aby oświetlić sobie pole walki, powstańcy podpalili kamieniczki w rynku. Purpurowa łuna rozbłysła nad miasteczkiem, zamieniając zmierzch w jasny dzień. Tymczasem w momencie największego nasilenia walki, kiedy zwycięstwo było na wyciągnięcie ręki, Kurowski zupełnie bez powodu, wydał rozkaz odwrotu. Trąbki sygnalistów szalały, wzywając upojonych walką żołnierzy do wycofania się z miasta. Powstańcy odeszli w porządku, oczekując odpoczynku i noclegu po ciężkim boju. Tymczasem Kurowski, skierował zmęczone walką oddziały, na powrót do lasów cisowskich, a tam czekała na nich zguba.
Naprzeciw powstańcom, wyczerpanym marszami i bojem, podążało już dwadzieścia kolumn nieprzyjaciela – jazda, piechota, kozacy i artyleria. Dokoła borów cisowskich zaciągała się śmiertelna pętla. Zewsząd ukazywały się patrole kozackie i kolejne kolumny rosyjskie nawiązywały kontakt ogniowy z Polakami. Bory cisowskie okazały się pułapką bez wyjścia. Powstańcy po fakcie zrozumieli, że przedarcie się przez pierścień wojsk jest niemożliwe - i wtedy wybuchła panika!
Opatów. Brama Warszawska. tędy atakowali powstańcy
 Na próżno oficerowie wzywali do opamiętania, płazowali szablami i strzelali w łeb uciekinierom.
   Żołnierz straciwszy nadzieję, rzucał karabin i ratując życie uciekał, szukając bezpiecznego schronienia. Nikt już nie próbował stoporu i mała armia polska, zorganizowana nadludzkim wysiłkiem przez Bosaka, rozbiegła się na wszystkie strony, a za nią postępowały nieubłaganie, karne, świetnie wyćwiczone wojska rosyjskie, wyławiając zbiegów, mordując, paląc i likwidując po drodze kolejne obozy i magazyny powstańcze.
   Generał Bosak próbował opanować panikę i zreorganizować swoje oddziały, ale na to było już za późno. Cała kraina świętokrzyska zalana była wojskami. Rwały się siatki kurierskie, wpadały w ręce wroga kryjówki z bronią, amunicją i zaopatrzeniem. Do opuszczonych miasteczek i osiedli wkroczyły władze carskie, zaprowadzając porządek terrorem i ustanawiając wszędzie naczelników wojennych, będących panami życia i śmierci. ludności polskiej. Carski aparat administracyjny na powrót obejmował pajęczą siecią utracone w powstaniu dzielnice, z całą bezwzględnością egzekwując zaległe podatki. Wsypa goniła za wsypą, następowały aresztowania na niesłychaną skalę.
    Generał Bosak przemieszczał się z miejsca na miejsce, jak ścigany przestępca. Kozacy patrolujący całą tę część kraju, uniemożliwiali jakikolwiek opór. Na koniec nawet oficerowie zaczęli porzucać swoich żołnierzy i przechodzić granicę, chroniąc się w Galicji. Powstanie dogasało jak dopalająca się świeca. Ale w Warszawie trwał niezłomnie dyktator Traugutt, mający ciągle nadzieję, że rewolucja w krajach Bałkańskich i na Węgrzech, wesprze w ostatniej chwili konającą w Polsce walkę.
....."Odzywamy się do was Ludy i Rządy Europy, - wołał w dramatycznej odezwie. - a odzywamy się nie głosem błagalnym, żebraczym. Nie przystoi jęczeć i płakać temu, kto występuje w imię obrażonych i podeptanych najświętszych praw ludzkości."
Młody podporucznik Romuald Traugutt z żoną Anną.
   Ale i nad głową dyktatora zaczęły gromadzić się czarne chmury. Aresztowania mnożyły się i jego współpracownicy wpadali jeden po drugim w łapy policji. Jednakże najcięższym ciosem, prawdziwie śmiertelnym, okazał się ukaz cara Aleksandra II, z dnia 2 marca 1864 roku. Ukaz o reformie rolnej i uwłaszczeniu chłopów polskich. Czego Rząd Narodowy nie dokonał Manifestem styczniowy i perswazją, car wprowadził to siłą, dublując jedynie uchwałę Manifestu powstańczego. Ukaz carski rozwieszono we wszystkich wsiach i miasteczkach, a nieszczęsny, ciemny i zacofany chłop polski, widział teraz w zaborcy swojego dobrodzieja i obrońcę w walce z dziedzicem.
                                                -----------------------------------------
   Pewnego dnia Nina otworzyła oczy i rozejrzała się ze zdziwieniem. Wzrok miała zamglony i słabo widziała, a wszystkie przedmioty zdawały się posiadać inny wymiar. Nie czuła się na siłach, aby poruszyć głową i leżąc bez ruchu, wdychała chciwie świeże, wonne powietrze. Była straszliwie osłabiona i już samo podniesienie powiek, wymagało od niej ogromnego wysiłku.
   Ponownie zamknęła oczy i leżała cicho, próbując przypomnieć sobie, co się wydarzyło. Ale jej mózg był drętwy, a przeszłość okrywała mgła niepamięci. Wiedziała, że ciężko chorowała, bo często ktoś pochylał się nad nią i płacząc, podawał chłodny napój, lub przykładał lód na rozpalone czoło. Reszta wspomnień była tak nierealna, że trudno jej było odróżnić rzeczywistość od gorączkowych majaków. Niekiedy budziła się z maligny, czasem był to dzień, lecz najczęściej noc, bo na stoliku paliła się świeczka pod zielonym abażurkiem. Bała się nocy.... Raz wypowiedziała głośno czyjeś imię, a potem okropnie bolała ją głowa. Jęczała, a zgromadzone przy łóżku kobiety głośno szlochały. Nie rozumiała, dlaczego płaczą i czemu ktoś wciska jej do ręki gromnicę, chociaż paliła się świeca.
   W momentach przytomności, czuła bliskość śmierci. Niby groźny cień czaiła się w kątach pokoju i krążyła nad wezgłowiem, jak drapieżny ptak. Nie obawiała się, że umrze i bez trwogi oczekiwała nadejścia zgonu. Wszystko było lepsze od potwornego bólu głowy, tak strasznego, że w duchu wzywała śmierć i żebrała o rychły koniec. Pochylały się nad nią twarze kobiet zalane łzami, a do jej uszu dochodziły ich ciche szepty, czasami polecenia lekarza. Potem znowu zapadała w otchłań bez dna. Często czuła na czole i policzkach czyjeś pocałunki, a dobre, troskliwe dłonie, kładły na jej czoło chłodne okłady i gładziły ją znajomym od dzieciństwa dotknięciem. Z trudem otwierała czarne, spalone gorączką usta i szeptała ochryple: - Nianiu?! - a cichy, bardzo kochany głos odpowiadał śpiesznie: - Jestem przy tobie, mój skarbie.
   Raz przyśniło się jej coś przerażającego. Krzyknęła : - Alek! - i zaraz potem jęła rzucać się i wić w okropnych konwulsjach. Wtedy to właśnie włożono jej do ręki gromnicę, a przez szum w uszach słyszała czyjeś rozpaczliwe łkanie. Potem już nigdy nie wymieniała tego imienia, a gdy zaczynała popłakiwać przez sen, natychmiast obejmowały ją czułe ramiona i mocno tuliły, a cichy szept koił i usypiał. Chlipała żałośnie, aż zasłona ciemności spadała na nią i ponownie traciła przytomność. Trwało to nieskończenie długo, wiele dni i nocy, niemal całą wieczność. Niewidzialne płomienie paliły jej ciało na węgiel i wszystko, co ją otaczało, stawało się coraz bardziej odległe. Wokół niej była tylko ciemność. Pewnego dnia na krótką chwilę odzyskała przytomność. Jakiś mężczyzna pochylał się nad nią, unosząc jej ręce i stopy. Powiedział cicho:
- Obawiam się, że może nastąpić paraliż.- ale nie rozumiała, kto to jest, i o kogo się martwi.
   Otworzywszy teraz oczy, była całkowicie przytomna tylko ogromnie słaba. Zdawała sobie sprawę, że leży na łóżku z chłodnym okładem na czole, bo ocknęła się, kiedy ten okład kładziono. Przez jakiś czas wsłuchiwała się w szczebiot ptaków i oddychała cudownie rzeźwym powietrzem. Pociągnęła nosem i odezwała się zaledwie dosłyszalnym głosem:
- Jak dobrze...
   W kącie pokoju ktoś się poruszył, rozległy się szybkie, lekkie kroki i szczupła postać pochyliła się nad nią.
- Niania słyszała? Ona mówi! - zawołał cienki, bardzo kochany i znajomy głosik.
- Zapewne znowu majaczy. - westchnęła Jaga.
- Nic podobnego.- upierał się głosik. - Powiedziała wyraźnie:"Jak dobrze." - delikatna dłoń spoczęła na czole Niny. - O, niechże niania sama zobaczy; temperatura spadła.
- Pachnie. - wyszeptała Nina, czując zapach poruszonej ziemi i rozwijającej się zieleni. Otworzyła oczy i spojrzała już zupełnie przytomnie.
   Cały pokój zalany był promieniami słońca, a przez uchylone okno wpływała fala powietrza, pełnego zapachu budzącej się do życia ziemi i nabrzmiałych już pąków na drzewach."Pewnie znowu majaczę. - pomyślała zmartwiona.- Przecież jest zima."
- Ninko! - usłyszała ponownie cienki głosik, a potem ktoś objął ją i zaczął całować po policzkach i rękach, spoczywających bezwładnie na kołdrze.- Żyjesz! O chwała miłosiernemu Bogu i cudownej Matce Najświętszej!
   Nina zamrugała powiekami z najwyższym zdumieniem. Widocznie znacznie się jej pogorszyło, bo widzi zjawy. Przecież to niemożliwe, żeby Binia znalazła się przy niej. Wprawdzie to był jej głos, ale w gorączce słyszała różne głosy.
- Binia? - zaledwie poruszała wargami, spierzchłymi i popękanymi, pragnąc się upewnić, że nie majaczy.
     Ale to nie było przewidzenie, bo Binia upadła przy łóżku na kolana, a na twarz i ręce Niny spadł istny grad pocałunków. Binia śmiała się i szlochała, mocząc łzami jej włosy. Do łóżka przypadła Jaga, krzycząc z radości i zanosząc się radosnym płaczem.
- A mówiłam niani! - zawołała z tryumfem Binia, śmiejąc się i pociągając nosem. - Byłam przekonana, że ona przeżyje. Doktor także nie tracił nadziei. - pieszczotliwe pogładziła włosy Niny zlepione potem.
- O, Pan Jezus jest miłosierny! - wołała Jaga, tuląc chorą do piersi. - Dobrze, że radość nie zabija, bo chyba umarłabym ze szczęścia. Pan doktor Setkowicz się ucieszy, że jego wysiłki nie poszły na marne. Niechaj mu Matka Najświętsza, wymodli łaskę u swego Syna. Dobry, złoty człowiek, chociaż socjalista i w Boga nie wierzy. Nino, mój skarbie, słyszysz mnie? To ja, twoja niania. Poznajesz? Powiedz choć słowo, słoneczko! Matka Boska nie pozwoliła, żeby śmierć zabrała mi moje jedyne kochanie. Osłoniła ciebie swoim płaszczem. Powiedz coś, koteczku.
- Mróz, zamknijcie okno!... - wybełkotała Nina, mimo woli kurcząc się pod kołdrą.
Binia parsknęła radosnym śmiechem.
- Kochanie, przecież mamy już marzec i zrobiło się bardzo ciepło. Ta upiorna zima już za nami.
- To ja tak długo leżałam? - wymamrotała Nina z przerażeniem.
- Och, byłaś śmiertelnie chora. - Jaga przygryzła wargę, a jej oczy znowu napełniły się łzami.- Nawet doktor nie wiedział, czy uda się ciebie uratować. - niania przysiadła na skraju łóżka i podniosła do ust jej wychudłe, przypominające szkielet ręce.
- Miałaś zapalenie opon mózgowych, a potem wpadłaś w śpiączkę.- wyjaśniła Binia, podając jej kubek z chłodną herbatą i sokiem wiśniowym.- Przez trzy miesiące byłaś nieprzytomna. Jeden doktor Setkowicz nie tracił nadziei. Ja także byłam pewna, że wyzdrowiejesz.
- Ale skąd ty tutaj, Biniu? - Nina nie mogła jeszcze uwierzyć w obecność siostry.
- O, ja jestem w Bodzentynie od początku lutego. Wcześniej, ci podli Prusacy nie chcieli mnie puścić. Edward był nawet w Berlinie w tej sprawie. Dowiedziałam się o twojej chorobie od Miry, która wysłała do mnie depeszę. Chryste, co myśmy tu przeżyły! - westchnęła, wznosząc niebieskie oczy ku niebu. - Ty byłaś nieprzytomna, do miasta wkroczyli Rosjanie i urządzili nam prawdziwe piekło. Bili ludzi na ulicy, aresztowali każdego, kto wydał się im podejrzany. Za entuzjastyczne przyjęcie Bosaka, nałożono na miasto kontrybucję, a stacjonujące tu wojska stosują względem ludności cywilnej okrutne represje. - Binia potrząsnęła jasnymi lokami,.pośpiesznie przełknęła ślinę i z przejęciem ciągnęła dalej: - Ale to wszystko było niczym, w porównaniu z twoją chorobą. Nie znajduję wprost słów, aby wyrazić naszą wdzięczność dla doktora Setkowicza.. Jezu, jak on o ciebie walczył, jak rozpaczliwie ciebie ratował. To się w głowie nie mieści. Czasami miałam wrażenie, że on pierwszy umrze. Wychudł, sczerniał, słaniał się na nogach, czuwając nad tobą dzień i noc. Spał w alkierzyku i jak tylko głośniej jęknęłaś, natychmiast się zrywał i stawał przy tobie. Cóż to za wspaniały człowiek, Nino! Jaki znakomity lekarz! Wierzę głęboko, że Pan Bóg musi kochać takich zapaleńców, mimo iż oni nie wierzą w Jego istnienie. Wyobrażam sobie, jaki będzie uszczęśliwiony, kiedy się dowie, że nareszcie odzyskałaś przytomność.
   Ucałowała znowu Ninę i roześmiała się, nie mogąc wprost uwierzyć w ten prawdziwy cud.
- Kochanie, twoja córeczka ma już prawie roczek! O, żebyś mogła ją zobaczyć, istny promyczek, taka rozkoszna kruszynka! Ma już kilka ząbków i śliczne blond loczki. Próbuje nawet mówić! Na mnie woła:"Bla, bla!", a na Edwarda:" Puf, puf!" Przemiłe dziecko i wszyscy za nią przepadamy, a Edward ją wprost uwielbia. Mój starszy Zygmuś już biega, a młodszy Oleś raczkuje i tak zabawnie sepleni.
Binia wyraźnie miała ochotę na dłuższą pogawędkę, lecz Jaga delikatnie odciągnęła ją od łóżka.
- Zostawmy Ninkę w spokoju. Ona jest jeszcze bardzo słaba.
Nina leżała, uśmiechając się leciutko. Niania otarła jej twarz zroszoną potem, podała kilka łyżeczek herbaty i złożyła na jej czole pocałunek. Przymknąwszy powieki, Nina miała dziwne uczucie lekkości. Myśli plątały się i słuch ją zawodził."Ja chyba umieram!" - pomyślała ze strachem i zapadła w mocny, zdrowy sen.
Od tej chwili opuściły ją koszmary i choć zasypiała jeszcze kilka razy dziennie po każdym posiłku, już samo przebudzenie było dla niej radosną niespodzianką. Nie mogła oderwać spojrzenia od rozwijających się na gałęziach pączków. Z zachwytem słuchała szczebiotu ptaków i patrzyła oczarowana, na ofiarowany jej przez Mirę bukiecik pierwszych żonkili, postawionych w kubku na stoliku. Kiedy o świcie otwierała oczy, na gałęzi pobliskiej jabłonki siadał duży czarny kos i rozpoczynał miłosną arię. Śpiewał tak pięknie, że aż chciało się jej płakać z radości, że żyje i może go słuchać.
Miała szalony apetyt i doceniała każdy przełknięty kęs, czekając z niecierpliwością na pojawienie się kogoś z pełną tacą. Chleb miał nieopisany smak i zapach sytości. Trzymała dłużej w ustach plasterki kiełbasy, delektując się jej wonią, bowiem Bodzentyn słynął szeroko ze znakomitych wędlin. Bulion z kury ugotowany przez Jagę, nie miał sobie równych, a kawałki drobiu ogryzała dokładnie dziwiąc się, że kiedyś grymasiła i kręciła nosem na wyszukane arcydzieła kulinarne pana Szymona. Nieustannie czuła głód i dopraszała się czegoś do jedzenia. Była rozpieszczana, a każde jej życzenie starano się natychmiast spełnić. Binia sprawiła jej miękki materac, wyrzucając siennik, więc leżała wygodnie, nie wracając myślą do przeszłości i żyjąc dniem dzisiejszym.
   Pewnego dnia, Binia przez nieuwagę, pozostawiła na stoliczku lusterko, przy którym się czesała. Nina sięgnęła po nie z wysiłkiem i spojrzała ciekawie na swoje odbicie. Wydała przeraźliwy krzyk i lustro wypadło jej z ręki. Z jego gładkiej tafli, wyjrzała ku niej twarz głodomora, o zapadłych policzkach, wklęsłych skroniach, popękanych sinych ustach. Ogromne, nienaturalnie wielkie oczy, zajmowały pół twarzy, spoglądając przed siebie spłoszonym, błędnym wzrokiem. Na głowie piętrzyła się szopa ze skudłaczonych włosów, które utraciły lśnienie i były matowe, brzydkie.
  To była ona! Ta sina, trupia twarz, patykowate ręce, zapadłe piersi i wklęsły brzuch przyrosły do krzyża, wydały się jej tak okropne i odrażające, że skamieniała z rozpaczy, a potem wybuchnęła głośnym płaczem. Ze zgrozą oglądała pożółkłą skórę powlekającą kości, bez grama tłuszczu. To była ona, piękność salonów, dla której mężczyźni staczali pojedynki! Nie! Na łóżku leżał obrzydliwy szkielet, mający jej myśli, ale to przecież nie była ona. O, na pewno nie! Mimo tych zapewnień szlochała głośno, skarżąc się na swoją brzydotę.
   Po południu przyszedł Setkowicz i zastał ją zapłakaną i żalącą się, że nie umarła.
- Mam wyglądać jak kościotrup, to wolę nie żyć!
- Proszę się w tej chwili uspokoić! - wrzasnął na nią i tupnął nogą. Miał taką nieprzyjemną minę, jakby miał ochotę dać jej w skórę. - Co za głupie dziewczynisko! Przez długie trzy miesiące leżał w łóżku żywy trupek, wiele tygodni zżerała panią straszna gorączka, w końcu wpadła pani w śpiączkę i właściwie przestała istnieć. I co, chce pani wyglądać jak laleczka? To śmieszne! Woli pani umrzeć? Proszę bardzo, ale po śmierci nie czekają nas fruwające aniołki i promienny raj, ale tylko cztery deski trumny, robaki i pudy ziemi walące się na trupa. - dostrzegł, że Nina się wzdrygnęła i uśmiechnął się złośliwie. - No właśnie! Na szczęście przeżyła pani kryzys, prędko wraca pani do zdrowia i pomęczy się pani jeszcze wiele lat na tym świecie.
- Doktorze, jak wy możecie patrzeć się na mnie bez wstrętu? - chlipnęła żałośnie.
- Jak na byłą nieboszczkę, wygląda pani kwitnąco! - zaśmiał się. - Cieszymy się, że pani żyje. To był naprawdę zdumiewający przypadek. Zobaczy pani, napiszę o tym rozprawę naukową i zbiję ciężki majątek. - usiadł przy niej i położył rękę na jej czole. - Nie wolno się pani denerwować, bo gorączka i ból głowy znowu mogą powrócić.- tłumaczył łagodniejszym tonem.- No, jeszcze odrobina cierpliwości i znowu będzie pani śliczna jak z obrazka. - zażartował.
   W głębi duszy Setkowicz sam się zdumiewał, że ona żyje. Straszliwe przejścia spowodowały ciężką chorobę mózgu, jednocześnie nastąpiło poronienie, trzeba było przeprowadzić zabieg. Lecz ona przeżyła gorączkę i wyszła ze śpiączki, z której inni nigdy się nie budzą. Nie miała paraliżu i nie była umysłowo chora. To był po prostu cud! Jednakże doktor zdawał sobie sprawę, że wystarczy jakiś silniejszy wstrząs i nastąpi katastrofa. Zakazał jak najsurowiej, nie wracać w rozmowie do tragedii grudniowej. Polecił usunąć z jej pokoju portret Aleksa w obawie, że ona znowu zacznie się wpatrywać w podobiznę męża i rozpacz odżyje z nową siłą w jej sercu. Nikomu nie wolno było wspominać o Makowie, a sama Nina także nigdy głośno nie wracała do przeszłości. Śmiertelna choroba wypaliła w niej rozpacz, i wydawało się jej, że dopiero teraz zaczyna żyć, a przeszłość jakby wcale nie istniała. Pod koniec marca Setkowicz pozwolił jej powoli podnosić się z łóżka i wtedy okazało się, że musi na nowo uczyć się chodzić.
   Rozejrzawszy się w sytuacji, Nina poczuła się kompletnie zagubiona w nowej rzeczywistości. Kiedy traciła przytomność, panowała straszna zima, był trzaskający mróz i trwało powstanie. Ludzie łudzili się jeszcze, że z wiosną wszystko zmieni się na lepsze. Pocieszano się złudną nadzieją, że z Zachodu ruszy ofensywa i zmiecie z polskiej ziemi zaborcę.
   Obudziła się wczesną wiosną, kiedy powstanie konało już w potokach krwi, a w kraju szalał najstraszniejszy terror, jaki można było sobie wyobrazić. W każdej, najmniejszej nawet wsi, były placówki wojskowe. Podwojono szeregi policji i żandarmerii, wszystkie drogi i szosy były kontrolowane, wszędzie kręciły się patrole, czepiając się niewinnych ludzi, bo każdy był podejrzany. Wystarczył donos złośliwego sąsiada, by znaleźć się w więzieniu. Sądy nie próbowały dowieść oskarżonemu winy, to on musiał udowodnić sądowi, że jest niewinny i nie brał udziału w powstaniu.
Bosak czynił nadludzkie wysiłki, aby wskrzesić walkę zbrojną, jak feniksa z popiołów. Niestety, w marcu 1864 roku, jego starania nie mogły już mieć następstw, bo wokoło wszystko sypało się w gruzy. W bitwie pod Maruszową, Bosak po raz ostatni dowodził powstańcami na polu walki. Codziennie dochodziły do niego wiadomości o kolejnych klęskach. Oddział Denisiewicza został rozbity pod Wąchockiem, a jego dowódca pojmany i stracony w Radomiu. Pod Bliżnym, Rudowski rozbił wprawdzie kolumnę Kulgaczewa, ale inne oddziały ponosiły porażki.
   Kto mógł, uciekał za granicę, żeby nie patrzeć na klęski spadające bez przerwy na umęczony, wykrwawiony i zrujnowany powstaniem kraj. Pomimo wczesnej, ślicznej wiosennej pogody, Królestwo Polskie zaległa głucha cisza. Nie słychać było głośnych rozmów, śmiechu, śpiewów. Nawet dzieci zastraszone ogólną atmosferą żałoby i strachu, nie bawiły się już tak beztrosko. Nad całym krajem rozciągał się całun żałobny. Pod więzieniami stały długie kolejki kobiet, chcących bezskutecznie dowiedzieć się czegoś o losie uwięzionych, podać paczkę, wyżebrać widzenie.
Grottger Pod murami więzienia.
   Do Warszawy, zwożono z całego kraju jeńców i działaczy konspiracyjnych. Wyroki zapadały błyskawicznie. Jednych tracono i grzebano jak padlinę w bezimiennych grobach, innych skazywano na dożywotnią katorgę, lub długoletnie zesłanie. Ze skonfiskowanych majątków i zrabowanych skarbów, rząd carski czerpał niewyobrażalne zyski. Cały kraj obciążono kontrybucjami, zasilając skarb państwa rosyjskiego milionami rubli. Zapanowały okrutne rządy naczelników wojennych, a ludzie zaledwie śmieli oddychać, bo za najmniejsze przewinienie bezlitośnie karano.
Syberia.
    Po dawnych osadach, miastach i dworach, pozostały czarne zgliszcza i popioły, tylko zdziczałe psy wyły na gruzach domostw. W trakcie działań powstańczych, spłonęło szesnaście miast i osiemdziesiąt pięć wsi, nie licząc folwarków i dworów. Nikt nie wiedział, ile naprawdę zginęło ludności cywilnej, bo ofiar nikt nie liczył. W powstaniu stoczono 1229 bitew. Nie wiadomo, ilu powstańców poległo w bitwach, ilu zamęczono, stracono, lub zesłano na przepadłe. 22 tysiące osób zostało zesłanych na Sybir. Tysiące mężczyzn, kobiet i dzieci, nigdy więcej nie zobaczyło ojczystego kraju. Ale po stu pięćdziesięciu latach, od dnia wybuchu powstania, ich potomkowie mieszkający na Syberii, przyznają się jeszcze do polskiego pochodzenia.
Grottger   Wojna.
    Królestwo Kongresowe znajdowało się w opłakanym stanie i dramatycznej sytuacji ekonomicznej. Pola były zniszczone, zasiewy zadeptane przemarszami wojska. Szalała niesłychana drożyzna, a zarazy przywleczone ze wschodu dziesiątkowały ludność.
         Taki był bilans powstania!
   Do Bodzentyna przyjechał Tadeusz, przywożąc pszenny chleb, śmietanę, masło i drób dla Niny. Był bardzo przygnębiony i oznajmił, że w najbliższym czasie generał Bosak będzie musiał opuścić granice Królestwa.
- Skąd ty o tym wiesz? - zdziwiła się Binia.
- Od panny Kazimiery. Bosak zatrzymał się u niej. Był w Porajach dwa dni i jest pilnie poszukiwany, a za jego głowę wyznaczono wysoką nagrodę. Moskale wszędzie za nim węszą, generał jest już chory i umęczony tułaczką.
Słuchającej go Ninie zrobiło się słabo.
- To koniec? - spytała półgłosem. - Już nic?.... W lasach nie ma już naszych oddziałów?
- Nie, to nie koniec. - odparł zdecydowanym tonem. - W Warszawie jest przecież dyktator Traugutt i cały Rząd Narodowy. Jeszcze toczą się bitwy i dalej walczymy. Zresztą nie myśl o tym. - dodał prędko, patrząc na jej wychudzoną twarzyczkę, przypominającą buzię skrzywdzonego dziecka. - Przywiozłem ci kilka kuraków, a Zosia dała ciasto, bo musisz się dobrze odżywiać. Aha, tu masz od Kumosi nalewkę z ziół na wzmocnienie.
Tadeusz wspomniał Traugutta w złą godzinę.
   Pewnego dnia w kwietniu, wpadł do domku Setkowicz. Był bardzo blady, strasznie zdenerwowany i trzęsły mu się ręce.
- Aresztowano Traugutta! - oznajmił zmieniony głosem, zawoławszy Binię, Jagę i Mirę do parterowego pokoju.
Kobiety wydały okrzyk przerażenia.
- Czy to pewna wiadomość? - Mira wpatrywała się w niego z niedowierzaniem. - Może to moskiewska prowokacja?
- Nie, to prawda. Cholera, muszę zapalić!- wyjął z kieszeni pomiętą paczkę i wyciągnął z niej taniego, pogniecionego papierosa. 
   Kiedy go zapalał, Mira dostrzegła, że drżały mu ręce, tak zawsze pewne i niezawodne. Zaciągnął się dymem i zauważywszy, że kobiety oczekują na wiadomości, wrócił do przerwanego tematu:
 - Powiedział mi o tym kurier, który został postrzelony w drodze i schronił się w naszym lazarecie w Brzezińcu. Za opatrunek, zrewanżował się tą nowina. Ale nie mówcie o tym pani Ninie.
   8 kwietnia z ulicy Pawiej, gdzie mieściło się jedno z więzień dla przestępców politycznych, nadeszło ostrzeżenie:   "Zdradzono Naczelnika Rządu!" Współpracownicy Traugutta uradzili, że dyktator musi natychmiast uciekać. Lecz uczciwa, żołnierska natura tego wspaniałego człowieka, wzdragała się przed ucieczką. Traugutt stanowczo odmówił wyjazdu z kraju.
Emilia Heurich z córkami.
    Panny Heurich, mające stały kontakt z carskimi urzędami, postarały się poprzednio dla niego, o oryginalny paszport. Zanim jednak zdążyły go doręczyć dyktatorowi zostały aresztowane.
W mieszkaniu pozostała tylko mała Helenka, mająca przy sobie paszport, który starsza siostra przekazała jej w ostatniej chwili.           .Dziewczynka potrafiła   znaleźć dojście do   dyktatora i umówiła się z nim na spotkanie w małym kościółku na Solcu.
Ale doznała wielkiego rozczarowania, bo dyktator paszportu nie przyjął. Mimo, iż doskonale zdawał sobie sprawę z dramatycznej sytuacji, postanowił do końca pozostać na swoim stanowisku i nie uchylać się od odpowiedzialności.
Helena z Majewskich Kirkorowa.

   11 kwietnia, nieco po północy, do domu znanej aktorki pani Heleny Kirkorowej, stojącego przy ulicy Dolnej Smolnej
zapukano do drzwi.     
   Do mieszkania wkroczył oddział żandarmerii.
- Czy tu mieszka pan Michał Czarnecki? - spytał oficer wystraszoną panią domu. - Proszę nam wskazać jego pokój.
   Na widok wchodzących żandarmów, z łóżka podniósł się szczupły mężczyzna o smutnych, marzących oczach i ciemnych włosach. Był niewysoki, lecz gdy powstał, trzymał się z godnością, po wojskowemu. Charakterystycznym ruchem przetarł okulary i nałożył je na krótkowzroczne oczy.

Romuald Traugutt.
- To już! - wyszeptał, a potem spokojnie się ubrał i otoczony żandarmami, wyszedł z domu żegnany spazmatycznym płaczem kobiet.
Wiadomość o aresztowaniu Traugutta, zbiegła się z wieścią o rozbiciu w Górach Świętokrzyskich, ostatniego, walczącego jeszcze oddziału. Jego dowódca oraz trzej oficerowie, polegli śmiercią żołnierza. Tragedia najbardziej krwawego w dziejach Polski zrywu wolnościowego dobiegała końca. Nocą z 19 na 20 kwietnia, generał Hauke-Bosak opuścił teren podległych sobie województw. Koło Tarnobrzegu czekała na niego łódka, którą przeprawił się z garstką towarzyszy na brzeg galicyjski.
   W tym nowym dla siebie świecie, Nina czuła się zupełnie wyobcowana, często żałując że nie umarła. Ponura rzeczywistość wydała się jej nie do zniesienia, zaś przeszłość okrywała mgła niepamięci. Zdawała się tak odległa, jak jakiś dawny makabryczny sen. Kiedy na dobre zaczęła powracać do zdrowia, tylko raz odważyła się zadać Jadze pytanie:
- Nianiu, powiedz mi, czy mi się to tylko śniło, że on...? - wzdrygnęła się i z pośpiechem dokończyła zdanie: ...- że jego już nie ma?
Jaga zwiesiła głowę na piersi i nie potrafiła zdobyć się na odpowiedź.
- Tak, rozumiem. - westchnęła Nina. - Nawet złe sny nie bywają aż tak okrutne.
   Więcej nigdy nie poruszała tego tematu, ani nie interesowała się, dlaczego z pokoju zniknął portret męża. Powoli Aleks stawał się dla niej coraz odleglejszym wspomnieniem. Czasami próbowała wracać pamięcią do przeszłości, wyobrażając sobie, jak mąż wyglądał, jak się śmiał, rozmawiał, albo kochał się z nią. Ale wówczas natychmiast zaczynała boleć ją głowa, a w duszy podnosił się demon rozpaczy i wstrząsał nią całą. To był sygnał zagrożenia.
    Zaczynała febrycznie drżeć i prędko uciekała w niepamięć, chroniąc rozum. W pewnym sensie, ta śmiertelna choroba stała się ratunkiem przed obłędem, lub nową próbą samobójstwa. Choroba miłosiernie zatarła w pamięci straszliwe obrazy nocy wigilijnej i znieczuliła jej rozpacz. W przeciwnym razie, jej umysł nie wytrzymałby udręki i pogrążył się w szaleństwie. Niekiedy w czasie choroby, wysiłki doktora Setkowicza zdawały się zupełnie nieskuteczne. Zaciskał wówczas pięści i wybuchał z desperacją: - Ona nie chce żyć!
   To była prawda.
   Mąż był dla niej nie tylko najukochańszym mężczyzną, jedyną miłością, ale i wzorem do naśladowania, autorytetem oraz głównym motorem życia. Przez cały czas ich krótkiego małżeństwa, Nina miała kompleks niższości wiedząc, że nie dorównuje mu wykształceniem, i bardzo wstydziła się swojego nieuctwa. Gotowa była zaryzykować życie, byle tylko zasłużyć na jego uśmiech i pochwałę. Kiedy zabrakło Aleksa, jej zaczynało brakować siły do przetrwania. Od początku przeciwna powstaniu, z miłości do męża zrobiła więcej, niż niejedna entuzjastka walki zbrojnej.
   Jednak młody organizm zwalczył w końcu chorobę i wyzdrowiała, lecz było w niej coś, co w najwyższym stopniu niepokoiło Setkowicza. Może to były jej oczy, wpatrzone gdzieś w przestrzeń, a może nagle zmiany nastroju, przechodzące od wybuchów gniewu, do nagłego płaczu, a potem znowu do śmiechu? Aplikował jej lekarstwa na uspokojenie wiedząc, że niewiele pomogą. Nina koniecznie potrzebowała zmiany otoczenia i miejsca zamieszkania. Nic i nikt nie powinien przypominać jej o tragicznej przeszłości. Ale w ciężkich warunkach popowstaniowych, na razie było to raczej niemożliwe do zrealizowania.
   Binia koniecznie chciała zabrać ją z sobą do Świerszczyn, i w tym celu czyniła starania, nie żałując łapówek. Lecz gdy spytała rosyjskiego urzędnika w policji, czy pani Klonowiecka może starać się o paszport, ten krótko odrzekł: - Niet! Setkowicz pomimo wysiłków, także nie zdołał ochronił jej przed ciosami, jakie niosło z sobą życie.
1 Almanach gotajski - Gotha,miejscowość w Niemczech. Książęta z tego rodu prowadzili kalendarz, spisując wszystkie rodowe pokrewieństwa książąt, z rodzinami arystokracji europejskiej.
2 Arcyksiążę Ferdynand Maksymilian Habsburg ( 1832 – 1867) brat cesarza Austrii Franciszka Józefa. W 1862 r. przedstawiciele meksykańskiej emigracji ofiarowali mu tytuł cesarza Meksyku. Maksymilian musiał toczyć walki z wojskami legalnie wybranego prezydenta Meksyku Juareza. Oblężony w twierdzy Queretaro, dostał się do niewoli. Skazany na śmierć przez rozstrzelanie, zginął 19. VI. 1867 roku.
3 Apolinary Kurowski (1818-1878) uczestnik walk w powstaniu wielkopolskim w 1848.Naczelnik wojenny woj. krakowskiego. Szef sztabu II Korpusu gen. Bosaka. Po klęsce opatowskiej emigrował do Szwajcarii.