piątek, 7 października 2016

PRZESŁUCHANIE.


 7 października 2016 r.
    Nina słyszała w ciemności jej cichy szept i ciężkie westchnienia. Czasami zazdrościła Jadze tej prostej, gorącej wiary, niezachwianej, pomimo przeciwności losu i trudów życia. Sama nie zamierzała się nigdy więcej modlić, ani nie chciała w cokolwiek wierzyć. Nie czuła także potrzeby snu. Rozmyślała o swojej rozpaczliwej sytuacji, tak mocno zaciskając zęby, aż rozbolały ją szczęki. Zapewne czeka ją sąd i surowa kara. Wydawało się jej szczytem złośliwości losu, iż zostanie ukarana za coś, czemu od początku była przeciwna. Gdyby Aleks jeszcze żył i walczył w powstaniu, a ona zostałaby skazana za "udział w rebelii", miałoby to przynajmniej jakiś sens. Świadomość, że zostanie przez męża pomszczona, pozwoliłaby jej znieść karę z godnością.
Jan Matejko. Polonia zakuwana w kajdany.
      Ale mąż nie żył już od niemal pięciu miesięcy, zamordowany z   sadystycznym okrucieństwem, a ona zostanie skazana za to, że potępiała nawet samą myśl o powstaniu i sprzeciwiała się udziałowi męża w walce zbrojnej. 
Jakby śmierć Aleksa, utrata domu, majątku i śmiertelna choroba oraz ubóstwo, nie były już dla niej dość okrutną karą za niepopełnione winy.
     Po utracie Makowa i wyzdrowieniu, próbowała nagiąć się do nowych obowiązków i trudnych warunków bytowania. Odpędzała od siebie słodkie wspomnienia przeszłości, wmawiając sobie, że jest jej dobrze i niczego więcej od życia nie wymaga. Powtarzała to z uporem jak zaklęcie, gwałcąc swą czynną energiczną naturę i narzucając sobie nakazy. Starała się być uległa, cicha i ustępliwa, pomimo, iż z natury była uparta jak kozioł, władcza i buntownicza, wybuchając o byle co, jak petarda. 
    I kiedy nareszcie zaświtała nadzieja na wyrwanie się z niewoli i zakosztowanie swobody, została aresztowana! Zamiast do Galicji, jedzie oto do Radomia, w karetce więziennej. Powstanie dobiegło końca i władze carskie spokojnie mogły zająć się rodzinami dowódców oddziałów powstańczych. Westchnęła, wyobraziwszy sobie, że wystarczy żeby Dorota, lub jej kochanek zeznali, iż przewoziła dla partii broń, osobiście zabiła kozaka i urządziła w pałacu lazaret, a zostanie skazana na karę śmierci lub dożywotnią katorgę. 
     Karetka niestrudzenie pędziła naprzód, a Nina ciągle oglądała się za siebie przeczuwając, że już nigdy nie będzie jej dane ujrzeć ukochanych gór. Ale niczego nie widziała, gdyż noc była bardzo ciemna, padał deszcz, a okienko powozu było gęsto zakratowane. Minęli Suchedniów, potem Skarżysko i Szydłówek, umęczona Jaga zasnęła, wspierając głowę o ramię Niny, oficer chrapał, tylko ona nie spała, wpatrując się suchymi, czujnymi oczami w okno i oczekując świtu. Z chmur i porannej mgły, powoli wstawał wczesny wiosenny poranek. Mijali wsie, miasteczka, pola i lasy, pozostawiając za sobą daleko świętokrzyskie wzgórza.
     Do Radomia przybyli wczesnym rankiem.
    Miasto kojarzyło się Ninie ze niemiłym wspomnieniem bankietu, w kasynie oficerskim i bezowocnymi wysiłkami, w celu uwolnienia Emilki. Pamiętała, jak bardzo obawiała się audiencji u generała Uszakowa i zarumieniła się na wspomnienie upokorzenia, jakie ją wówczas spotkało. Lecz Uszakow nie był już naczelnikiem wojennym guberni radomskiej. Na jego miejsce przyszedł generał Bellegarde, słynący z twardej ręki i prędko zdobył sobie zasłużone miano bestii. Był, podobnie jak Murawiew, gorliwym zwolennikiem konopnego powroza.
Radom Resursa Obywatelska.
    W roku 1864, Radom liczył 11 tysięcy mieszkańców i był miastem gubernialnym, z dużym garnizonem wojskowym. Światłe i patriotyczne mieszczaństwo, nie dawało się łatwo nagiąć do nowych porządków i nie godziło się z terrorem. Jeszcze przed wybuchem powstania, działał tu komitet wojewódzki Czerwonych, mający mocne oparcie w klasztorze ojców bernardynów. Po wybuchu powstania, zakonnicy wychodzili z klasztoru, aby służyć w powstańczych oddziałach jako kapelani. Stąd także przybył braciszek Benon, tak drogi jej sercu przyjaciel Jasia. Wielu młodych mężczyzn poszło z Radomia do powstania. Po klęsce, miasto zostało poddane surowym restrykcjom, liczni mieszkańcy powędrowali na Sybir, lub zakończyli życie na szubienicy. Radom prędko dorobił się ponurej sławy katowni patriotów.
A przecież było miasto, którego dzieje sięgały początków państwowości polskiej, pełne śladów historii i wspaniałych zabytków. Tutaj obradowały sejmy Rzeczypospolitej i odbywały się zjazdy szlachty. Na radomskim zamku często przebywali monarchowie polscy. Właśnie w Radomiu uchwalono niebezpieczną ustawę "Nihil nowi", ograniczającą władzę królewską, a w roku 1767, zawiązano nieszczęsną Konfederację Radomską, odwołującą się do opieki carycy Katarzyny II i poddającą Polskę pod protektorat Rosji.
     Kareta przemknęła wąskimi uliczkami i zatrzymała się przed ratuszem. Przed bramą stali uzbrojeni wartownicy, bacznie obserwując wchodzących. Nina spodziewała się zobaczyć żelazne wrota więzienia, znajdującego się w pobliżu cerkwi, której kopulaste i złocone wieże szpeciły zabytkową architekturę miasta. Doznała pewnej ulgi stwierdziwszy, że przesłuchanie odbędzie się w ratuszu. Oficer przebudził się i pierwszy wyskoczył z powozu, wyciągając do niej rękę. Udała, że tego nie widzi i lekko zeszła ze stopni, pomagając wyjść Jadze, ścierpniętej i obolałej.
     Ratusz był pięknym budynkiem, wzniesionym według projektu Marconiego, w stylu włoskim, z wieżą zegarową i attyką. Sień ratuszowa zapchana była ludźmi, siedzącymi w milczeniu na ławkach ustawionych wzdłuż ścian, lub przechadzających się nerwowo po korytarzu. Oprócz mężczyzn starszych i młodych, znajdowały się tu również kobiety, nawet z małymi dziećmi. W kącie siedziało kilku księży w sfatygowanych sutannach i dwóch zakonników, w habitach podartych i poplamionych krwią. Na ich twarzach widoczne były ślady pobicia.
Radom XIX w. Ratusz.
     Co jakiś czas, drzwi biura otwierały się i stawał w nich żandarm, wyczytując na głos czyjeś nazwisko. Ludzie momentalnie otaczali go kołem dopytując się, kiedy przyjdzie ich kolej. Żandarm mierzył ich ponurym wzrokiem i znudzony pytaniami natrętów, brutalnie ich odpędzał, zatrzaskując im drzwi przed nosem.
     Oficer eskortujący Ninę, wskazał jej wolny kawałek ławki.
- Czekajcie tutaj, aż was zawołają . - polecił i odszedł.
     Zanim jednak wszedł do sali przesłuchań, wskazał ją wartownikowi, widocznie rozkazując mieć ją na oku, bo żołnierz prawie nie spuszczał z niej wzroku. Nina obdarzyła sołdata pogardliwym spojrzeniem, myśląc z zawziętością, że chętnie wpakowałaby mu kulę w ten wielki łeb i kałmucką gębę. Potem przytuliła się do niani i trzymała ją za rękę rozmyślając, co ją czeka po przesłuchaniu i jak długo to wszystko potrwa.
- Dziecinko, twój los będzie moim. - Jaga wyszeptała jej te słowa do ucha, jakby wiedziona przeczuciem.
     Nina śmiertelnie obawiała się, że władze carskie nie zezwolą Jadze, aby towarzyszyła jej na zesłaniu i na pewno je rozdzielą. Ale nie powiedziała tego głośno, nie chcąc niani odbierać złudzeń.
    Obok na ławce siedziała młoda kobieta, karmiąc piersią niemowlę. Ciemny czepek na jej jasnych włosach był oznaka wdowieństwa. Ośmielona tym Nina, postanowiła dowiedzieć się czegoś od niej.
- Przepraszam. - odezwała się półgłosem. - Czy długo tu się czeka na przesłuchanie?
   Kobieta posłała jej spłoszone spojrzenie, lecz widząc piękną, młodą damę w czarnej sukni, odpowiedziała również szeptem:
- Oj, długo. Niekiedy ludzie czekają po kilka dni. Ja tu siedzę od wczoraj.
- Przywieźli panią?
- Nie, sama przyszłam, bo dostałam wezwanie. Ojca trzymają w śledztwie, a więzienia tak przepełnione, że i igły tam nikt nie wetknie. Codziennie idą transporty do Warszawy, albo na wschód. - obejrzała się lękliwie i jeszcze bardziej ściszyła głos. - W koszarach i na rynku odbywają się egzekucje. Nawet kobiety wieszają!
     Nina zbladła i przebiegł ją dreszcz.
- Pani jest wdową po powstańcu, prawda? - odważyła się spytać, patrząc na nią ze współczuciem.
- Tak. - odpowiedziała kobieta krótko i pochyliwszy się nad dzieckiem udawała, że poprawia mu coś przy kołderce. Spod opuszczonych powiek pociekły grube łzy.
- Ja także jestem wdową i mam roczną córeczkę. - zwierzyła się Nina, ujęta wdziękiem nieznajomej.
     Kobieta spojrzała na nią z przerażeniem.
- Proszę się do mnie już nie odzywać, bo ten sołdat nas obserwuje. On często bije ludzi.- przytuliwszy niemowlę do piersi, kobieta odsunęła się od Niny i przestała zwracać na nią uwagę.
   Najwidoczniej jednak, Nina miała jakieś względu, lub może chciano dowiedzieć się od niej czegoś ważnego, bo długo nie czekała. Po godzinie, w otwartych drzwiach stanął żandarm i zawołał:
- Janina Alfredowna Klonowieckaja!
     Nina zerwała się z ławki.
- Poczekaj tutaj na mnie, nianiu i z nikim nie rozmawiaj, bo tu z pewnością są konfidenci. - ostrzegła i ucałowała Jagę w czoło. Niania nakreśliła za nią znak krzyża.
     Prowadzona przez żandarma, weszła do sali przesłuchań. Był to obszerny pokój, z zakratowanymi oknami. Zabłocona podłoga była taka brudna i zapluta, że Nina z odruchem obrzydzenia uniosła suknię. Na ścianach widniały zacieki, a przez zakurzone szyby docierało do wnętrza przyćmione światło dnia. Na środku sali stał długi stół, przykryty zielonym suknem, a na nim karafka z wodą i kilka szklanek. Szafy i krzesła, niegdyś kosztowne i pięknie rzeźbione, pocięte były szablami i porysowane. Na przeciwko stołu, ustawiono prosty drewniany stołek bez oparcia, w taki sposób, że światło z okna padało wprost na delikwenta, a śledczy mógł badać wyraz jego twarzy. Komisja śledcza składała się z czterech oficerów, brodatych i nadętych pychą zwycięzców. Wszyscy mówili po polsku. Być może, byli między nimi Polacy w carskiej służbie.
    Nina zajęła miejsce na wskazanym jej stołku i skupiła się, próbując opanować ogarniający ją strach, na widok tych bezlitosnych oprawców. Nie zdążyła jeszcze wypracować sobie linii obrony, nie wiedząc, o co będzie pytana. Postanowiła zatem mówić jak najmniej. Przesłuchanie rozpoczęło się od zwykłych pytań, o imię i nazwisko, wiek i miejsce zamieszkania. To ostatnie pytanie wydało się jej szczytem bezczelności.
- Dzięki uprzejmości władz, nie mam stałego miejsca zamieszkania.- oświadczyła zjadliwie. - Panowie przecież wiecie kim jestem. Nazywam się Janina z Nałęczowskich, hrabina Aleksandrowa Klonowiecka, dziedziczka Makowa!
     Prezes komisji, chudy starszy pułkownik, z przylizanymi, rzadkimi siwiejącymi włosami, popatrzył na nią spod okularów w drucianej oprawce, zsuniętych na czubek nosa.
- Zwracam wam uwagę, - odezwał się sucho - że na mocy wyroku sądu wojennego, utraciliście prawo do tytułu i szlachectwa. Jesteście włościanką.
     Na policzki Niny wypłynął lekki rumieniec, oznaka oburzenia.
- Już w XI wieku, moi przodkowie byli rycerzami króla Bolesława Chrobrego i posiadali herb szlachecki. Zaś tytuł hrabiowski, otrzymał przodek mego męża od króla polskiego, wielkiego księcia litewskiego, elektora saskiego Augusta II Mocnego! Tych faktów nawet sam cesarz nie jest w stanie zmienić, gdyż nie można zmienić przeszłości! - powiedziała, z dumą unosząc głowę.
     Członkowie komisji wymienili znaczące spojrzenia.
- Najwidoczniej nie zdajecie sobie sprawy, gdzie się znajdujecie! - odezwał się krępy oficer, z dużą kędzierzawą brodą, siedzący obok prezesa.- Proszę z nami nie dyskutować, tylko odpowiadać na pytania, krótko i rzeczowo. Gdzie teraz mieszkacie?
- Kazano mi czasowo przebywać w Bodzentynie, jak na pokucie.
- Widocznie zasłużyliście na to! - oschle skonstatował prezes komisji.
- Czy mogę się dowiedzieć,dlaczego zostałam brutalnie porwana nocą i jaką popełniłam zbrodnię, że traktuje się mnie jak przestępcę?
- Wszystko w swoim czasie. Dojdziemy i do tego. - rzekł brodacz surowo. - Wystarczy, że jesteście wdową po zabitym przywódcy szajki buntowników, rozbitej przez nas w zimie.
- Czy na Łysej Polanie znaleziono ciało mego męża? Gdy nie ma winnego, nie może być i kary. - powiedziała, patrząc mu zuchwale w oczy.
- Wkrótce dowiecie się, że my możemy wszystko udowodnić. Ostrzegam, że kłamstwami i wykrętami, pogarszacie swoją i tak trudną sytuację. - upomniał ją prezes.
- Starałam się tylko dać panom do zrozumienia, że dotąd nie przedstawiono mi żadnych świadków, którzy potwierdziliby udział męża w powstaniu.
     Prezes uniósł jedną brew i przyjrzał się jej z ironią. Zdjął z nosa okulary i starannie przetarł szkła irchową ściereczką.
-W buncie.- poprawił ją cierpliwie i bez gniewu, jak nauczyciel poucza głupawego uczniaka. - Jesteście uparta i niemądra. Ale to już wasza sprawa, ja starałem się wam pomóc. - pokiwał głową, wpatrując się w nią wzrokiem bez wyrazu, jakby była przedmiotem, nie człowiekiem.- Dlaczego ubiera pani zabronioną żałobę?
- Bardzo mi przykro, ale wszystkie moje stroje pozostały w Makowie. Nie mam nic innego, w co mogłabym się ubrać.- odpowiedziała z szyderczą uprzejmością.
- Da,da....W domu pani był lazaret i leczono tam rannych buntowników.- prezes kontynuował przesłuchanie, nie zważając na jej słowa.
- Tak jest, był lazaret, bynajmniej nie tajny, bo wszyscy o nim wiedzieli. Leżeli w nim wasi ranni żołnierze, których poleciłam leczyć memu lekarzowi. Przepraszam, nie wiedziałam, że będę za to ukarana.
     Odpowiadała na pytania tonem pewnym i bez namysłu, ale nie łudziła się, że to coś pomoże. Los jej był już z góry przesądzony. Równie dobrze mogłaby przyznać się do wszystkiego, lub wcale nie odpowiadać na pytania. Postanowiła jednak, że będzie walczyć do końca, nie ugnie się pod presją i nie pozwoli się zastraszyć.
- Panowie chyba wiedzą, że w moim domu gościłam pana generała Czengierego i jego sztab. Potem innych oficerów rosyjskich i nigdy nikt nie zarzucił mi, że czynię coś nagannego. Przeciwnie, okazywano mi wdzięczność za serdeczną gościnę. W moim domu nie leczyłam i nie ukrywałam powstańców!
- Buntowników. - ponownie poprawił ją prezes.
     Jego senna obojętność i cierpliwość niepokoiły ją i bała się tego więcej, niż wrzasków i walenia pięścią w stół. Przeczuwała, że ten człowiek jest bardzo niebezpieczny. Jeden z oficerów protokołował jej zeznania, każąc sobie powtarzać każde niemal słowo, co ją niesłychanie drażniło i rozpraszało.
- Nie mówicie nam prawdy. - prezes ponownie włożył okulary i patrzył na nią wodnistymi oczami, o szklistym połysku. Jego wzrok wyrażał jedynie obojętność. - W ubiegłym roku, w lecie, przechowywałyście rannego męża na folwarku Zameczek. Wiadomo wam, że ukrywanie i leczenie buntowników jest surowo karane.
    Nieznacznie zacisnęła palce dłoni i milczała. Jeden z oficerów siedzących dotąd w milczeniu, parsknął złym śmiechem.
- Nie liczcie, że wykrętami potraficie nas wywieść w pole! Nie zasługujecie na naszą pobłażliwość. Wasza bezczelność i tupet godne są surowej kary. W tym pokoju zapadło więcej wyroków śmierci, niż ma pani lat! Wśród skazanych były również kobiety! - powstał z krzesła i zrobił taki ruch, jakby chciał do niej podejść.
     Ale prezes powstrzymał go, zmarszczywszy lekko brwi.
- Chwileczkę,Wasylu Nikityczu. - zwrócił na niego wodniste oczy. - Proszę, mówcie. - posłał Ninie spojrzenie lisa, przebiegłe i zimne.
     Zaczerpnęła głęboko powietrza. Fala gorąca wolno podnosiła się od żołądka, sięgając serca, gardła, głowy. Poczuła przenikliwy ból w czaszce. Och, nie dać się! Żeby tylko nie stracić zimnej krwi. Na razie niczego jej nie udowodnili i nie mają żadnych świadków, próbując trafić w ciemno.
- Panowie staracie się mnie zastraszyć. Ale jak dotąd, wszelkie zarzuty jakie mi postawiono, to tylko insynuacje nie poparte dowodami.
    Prezes uśmiechnął się łagodnie i bezosobowo, patrząc gdzieś w przestrzeń, ponad jej głową.
- Kto wie? Może przedstawimy wam dowody nie do podważenia.- rzekł z tajemniczą miną.- Radzę, przestańcie się upierać i przyznajcie, że jesteście winna.
    W oczach Niny zalśniła błyskawica.
- Pojęcie winy jest rzeczą względną. i zależy od punktu widzenia. - oświadczyła chłodno.
     Oficer z kędzierzawą brodą pogroził jej palcem.
- Prawo określa winę i karę! - oświadczył dobitnie.- Jesteście współwinna zbrodni popełnianych przez waszego męża. Zaręczam wam, że okazywana nam bezczelność zostanie surowo ukarana.
     Prezes zganił go wzrokiem.
- Proszę nam wyjaśnić, gdzie podziały się kosztowne przedmioty znajdujące się w pałacu? Szczerą odpowiedzią możecie wiele zyskać.
     Zagryzła wargę, żeby nie parsknąć im w twarze urągliwym śmiechem."Ach, więc o to wam chodzi? Chcecie się dobrać do moich skarbów? Nic z tego. Nawet na torturach niczego się ode mnie nie dowiecie!"
- Panie pułkowniku, poinformowałam już pana majora Szyszkowa z żandarmerii, że wszystkie kosztowności zostały na długo przed wybuchem walki, wywiezione z kraju i zdeponowane za granicą. - odpowiedziała uprzejmie.
- W jakim banku? - prezes ożywił się nagle, tracąc poprzednią ospałość.
- Wydaje mi się, że w angielskim, bo mąż miał zaufanie do Brytyjczyków. Ja mało się tym zajmowałam, bo nie znam się na interesach.
     W bladych oczach prezesa zalśniła iskierka irytacji, lecz prędko zgasła.
- Ukryliście kosztowności, bo wiedzieliście, że wkrótce wybuchnie bunt? - zadał jej podchwytliwe pytanie. - Wasz mąż był tego świadomy, bo należał do spiskowców.
- Przecież nie był jasnowidzem. Nikt nie mógł przewidzieć wybuchu zbrojnego. Po prostu, mąż zaniepokojony napiętą sytuacją w kraju postanowił, że najcenniejsze rzeczy będą bezpieczne za granicą, gdzie mieliśmy zamiar osiedlić się na stałe. Dlatego kosztowności i pieniądze zdeponował w banku, między nimi całą moją biżuterię i srebra.
    Brodaty oficer bacznie obserwował jej bladą zmęczoną twarz, z drobnymi kropelkami potu na czole. Wzrastające napięcie, widoczne było w kurczowym splocie palców, mocno zaciśniętych wargach i skupionych spojrzeniu wielkich oczu. Na jego ustach ukazał się złośliwy uśmiech. Pochylił się w jej stronę i rzekł:
- Ale nie możecie zaprzeczyć, że w ubiegłym roku, wasi krewni ukrywali zbiegłego buntownika w stodole. A jego żona została zesłana za działalność wywrotową do Archangielska.
- Nie mogę odpowiadać za czyny moich krewnych. - oświadczyła spokojnie, nieznacznie się kuląc. - Chcę jedynie zaznaczyć, że wujostwo zawsze byli lojalnymi obywatelami, przeciwnymi jakimkolwiek zamieszkom. Łatwo możecie to panowie sprawdzić. W Sarnikach często bywali oficerowie, pan naczelnik placu z Bodzentyna i pan sprawnik Boruchin.
- Miło nam to słyszeć. - zaśmiał się brodacz.- A ten buntownik spalony w stodole, także był lojalny? Tylko wobec kogo?
     "Nie powinnam patrzeć im w oczy, bo domyślą się, jak bardzo się już boję. Och, jak tu gorąco. Tyle osób, a okno zamknięte. Czy to przesłuchanie trwać będzie wiecznie? Duszno mi!"- myślała, marząc o odrobinie czystego powietrza.
- Mój kuzyn bronił się tylko przed atakującymi go kozakami. Wujostwo zostali okrutnie zabici, a dwór spalony. To wszystko, co wiem o tej sprawie.
     Prezes skwitował jej słowa wybuchem serdecznego śmiechu. Zaśmiewał się, jak z najlepszego żartu, a oficerowie wtórowali mu gromko.
- Dowcipna z was kobieta. - prezes ponownie przetarł okulary. - Doprawdy, słuchając waszych odpowiedzi, można sądzić, że to my jesteśmy sprawcami wszystkich nieszczęść w waszej rodzinie.
- Pan to powiedział. - z powagą skinęła głową.
- Powiedziałem i dodam jeszcze, że ten lojalny baranek z nadmiaru gorliwości, wyprawił na tamten świat trzech kozaków z patrolu. Jego żona, również lojalna wobec władz, przewoziła tajną pocztę tej bandy opryszków, której przewodził prowodyr buntowników Traugutt! Naturalnie, wy nic o tym nie wiedzieliście?
- Nie mogę odpowiadać za czyny, które popełnili inni. - rzekła z wysiłkiem. Nie było sensu zaprzeczać faktom. Czuła coraz większe napięcie i podejrzewała, że prezes gotuje jej jakąś straszną niespodziankę.
- No cóż, Nino Alfredowna. - westchnął i pogładził capią bródkę. - Nie pomagacie nam. To niedobrze.
- O co jestem oskarżona? - odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Coś wam powiem. - podjął prezes, bębniąc palcami po stole. - Nie interesuje nas, gdzie ukryliście trupa zabitego męża, choć to poważne przestępstwo. Ale chcę i muszę się dowiedzieć, kto jeszcze służył w bandzie waszego męża i u Bosaka. Nazwiska, adresy, kontakty! Przecież dobrze o tym wiecie. Druga sprawa: nie wszystkie kosztowności zostały z pałacu wywiezione, gdzie zostały ukryte ? Właściciel domaga się ich zwrotu!
     "Chcą żebym wydała przyjaciół! - myślała, przejęta grozą. - Ani prośbą, ani groźbą, nie zmuszą mnie do tego" Przybrała skromną minę, patrząc prezesowi niewinnie wprost w oczy.
- Odpowiem na drugie pytanie. - poprawiła się na twardym stołku i odgarnęła kosmyk włosów z wilgotnego czoła. - W maju ubiegłego roku, przeszedł nad Makowem straszliwy huragan. Wiele rzeczy uległo zniszczeniu, bo zawaliła się część dachu. Wieś została niemal całkiem zniszczona, tak samo zbiory. Musiałam mnóstwo cennych przedmiotów spieniężyć, sprzedałam nawet pół kamienicy w Warszawie. Panowie możecie to sprawdzić. Resztę po prostu rozkradziono, gdy w domu kwaterowali żołnierze.
- Co? - wrzasnął brodacz, czerwony z gniewu. - Oskarża pani naszych żołnierzy o kradzież?
- Nikogo nie oskarżam, jedynie stwierdzam fakty. - przymknęła na moment powieki, bo zaczęło ją razić słońce wpadające przez zakratowane okna do sali.     
    Opowiedziała o rozbitej wazie chińskiej, zniszczonym Pleyelu i stłuczeniu wielkiego lustra w sieni. 
- Żołnierze kwaterujący w pałacu, zabierali w sobą wszystko, co im się podobało. Ja nie mogłam protestować i musiałam zachować bierną postawę. Czego nie zabrali, tłukli lub darli. Zabrano bydło, trzodę chlewną i bardzo cenne konie arabskie. Czyniąc to, z pewnością nie przewidzieli, iż rujnują majątek przyszłego właściciela Makowa. - zakończyła z powagą, graniczącą z szyderstwem.
- O, ten żarcik będzie was drogo kosztował! - syknął brodacz przez zęby.
- W tej sprawie przeprowadzimy odrębne śledztwo. - rzekł prezes.- Żądam, byście wymieniła nazwiska znanych wam osób należących do szajki waszego męża.
- Możecie mi panowie wierzyć, albo nie, ale mąż nie wtajemniczał mnie w swoje sprawy. Byłam gadatliwa i nie mógł mi zaufać.- wyjaśniła zmęczonym głosem, wpatrując się w okno.
     Przez brudne, zakurzone szyby półkoliście sklepionych okien, do sali wpadały promienie rannego, wiosennego słońca. Po wietrznej, burzliwej nocy, dzień był pogodny, ciepły i znowu zanosiło się na upał. Protokolant spojrzał na prezesa, a kiedy ten skinął głową, wstał i otworzył jedną połowę okna. Ponura sala napełniła się świergotem ptaków i głosami przechodniów z ulicy. Nina spostrzegła, że żelazna krata rzuca na zaplutą podłogę cień, w kształcie krzyża. Nie mogła od niego oderwać wzroku."O, gdyby Bóg naprawdę istniał, nie dopuściłby do tryumfu zła. Ale dla pokonanych nie ma miłosierdzia." Naraz ogarnął ją straszny żal, że nie ma nikogo, komu mogłaby się polecić i żadna wyższa siła nie pospieszy jej na ratunek.
   Członkowie komisji przypatrywali się jej w milczeniu. Nawet nie czuła do nich nienawiści. Byli oficerami i robili, co im rozkazano. Ona także robiła to, co musiała i kwita!
Prezes chrząknął, skubnął bródkę i skinął na protokolanta.
- Proszę zaprotokołować, że oskarżona odmawia ujawnienia nazwisk członków bandy i złośliwie wprowadza komisję w błąd. - przerwał, przewrócił kilka kartek z leżącej przed nim teczki i zapytał:
- Jakich krewnych posiadacie za granicą?
To pytanie tak ją zaskoczyło, że siedziała w milczeniu, nie rozumiejąc o co im chodzi.
- Za granicą? - powtórzyła. - Mam tam tylko siostrę cioteczną w Wielkim Księstwie Poznańskim.- wyjaśniła.
- To wiemy. Mam na myśli Europę zachodnią. - uściślił prezes.
- Oprócz siostry, nie posiadam innych bliskich krewnych. - oświadczyła stanowczo.- A rodziny mego męża nie znam.
Brodaty oficer zerwał się z krzesła, czerwony jak burak z wściekłości.
- Kłamiesz! - ryknął takim głosem, że Nina aż podskoczyła na stołku. - Przez cały ten czas, nie powiedziałaś nam ani jednego słowa prawdy! Ale my wiemy, że utrzymujesz kontakty z bandytami, którym udało się umknąć przed sprawiedliwością. Co, chcecie wzniecić nowy bunt?
     Nina oniemiała z przerażenia. Za kontaktowanie się ze spiskowcami po upadku powstania, groziła kara śmierci.
- Co panowie mi sugerujecie? - wykrzyknęła z rozpaczą. - Zamierzacie wciągnąć mnie w jakąś kryminalną awanturę? Powiedziałam wam prawdę i możecie to sprawdzić. Nie posiadam żadnych krewnych za granicą. O tym fakcie powinniście wiedzieć równie dobrze, jak ja. Kontrolujecie przecież korespondencję. Byłam cały czas pod okiem żandarmerii, widzieli, że nikt się ze mną nie kontaktował. Proszę, nie, żądam, aby nie zarzucano mi kłamstwa, kiedy mówię prawdę. Protestuję przeciwko podobnym insynuacjom. Mam dosyć nieszczęść, jakie na mnie ostatnio spadły.
     Nie miała pojęcia, skąd wzięło się tak absurdalne podejrzenie. Przecież nie miała nikogo bliskiego za granicą, kto mógłby się nią interesować.
- Jeszcze do tego wrócimy. - rzekł prezes, nie reagując na jej wybuch rozpaczy i nawiązał do pierwszego pytania, zadanego na śledztwie: - Oświadczyliście nam, że nie posiadamy żadnych dowodów na to, iż wasz mąż zginął na Łysej Polanie, prawda?
- Tak powiedziałam, bo ja nic o tym nie wiem. - wpatrywała się w niego z niepokojem, niepewna, czy nie wymknęło się jej przez nieuwagę jakieś słówko. Coś, o czym powinna milczeć.
Prezes skinął głową i zwrócił się do protokolanta:
- Wprowadzić!
     Zastygła, z napięciem oczekując niespodziewanego ciosu. Prezes wpatrywał się w zielone sukno na stole, a brodaty oficer uśmiechał się złowieszczo. Protokolant wszedł do sąsiedniego pokoju i coś cicho powiedział. Za jej plecami skrzypnęły drzwi i usłyszała czyjeś kroki.
- No, człowieku, pokaż się tej kobiecie i opowiedz nam coś widział.- polecił prezes.
     Jasne promienie słońca oślepiały ją i zrazu nie mogła rozpoznać, kto przed nią stoi. Widziała tylko zarys postaci. Zmrużyła oczy i w miarę jak cień zbliżał się do niej, ona cofała się, odchylając do tyłu. Doleciał ją smród niemytego ciała i przepoconej odzieży. Cała krew odpłynęła jej z twarzy, a serce na moment zamarło. Nie mogła oderwać wzroku od podchodzącego do niej człowieka. Odniosła wrażenie, że zasnęła i przyśnił się jej koszmar. Upiorna przeszłość ożyła i wracała po to, aby ją zgubić.
    
    Stary Żabiec podszedł bliżej i rzucił jej pod stopy kłąb brudnej szmaty.         Odruchowo pochyliła się i podniosła ją z podłogi. Płachta była prawie czarna, pokryta ciemnymi zaciekami, zapewne krwią. Ale przy samym brzegu dostrzegła połyskujące srebrzyście nitki sprutego haftu. W tym miejscu tkanina miała barwę amarantu.
     Chorągiew partii!
     Towarzyszyła powstańcom przez wszystkie dobre i złe dni walki. Była z nimi w bitwach i na biwakach. Wiatr rozwiewał ją tryumfalnie, kiedy powstańcy biegli do ataku. W momentach niepowodzenia, zwijano ją i troskliwie przechowywano do lepszych czasów. Niosący ją chorążowie ginęli, ale ona trwała aż do tej nocy grudniowej. A teraz podarta, brudna i zhańbiona, spoczywała na jej sercu. Oburącz przycisnęła ją do piersi i dwie łzy spłynęły spod jej powiek, wsiąkając w jedwab. Uniosła głowę i utopiła przejmujące spojrzenie w oczach starego chłopa.
- Znacie tego człowieka? - zagadnął prezes, ani na moment nie spuszczając oka z jej twarzy.
- Znałam go, kiedy był jeszcze człowiekiem, a nie potworem.
     Brodaty major podniósł się, podszedł do Żabca i poklepał go po ramieniu.
- Ten prosty człowiek, oddał nam nieocenione usługi. - rzekł, odnosząc się do starego chłopa, jak do łaszącego się psa. - Dwukrotnie udało mu się naprowadzić nasze wojska na szajki buntowników. Twierdzi, że w Zameczku waszego męża uratował jakiś rosyjski oficer. Drugim razem, wyśledził długo przez nas poszukiwaną kryjówkę bandytów na Łysej Polanie. Dzięki niemu pozbyliśmy się tych łotrów na zawsze.
- W jakich okolicznościach poznaliście tego człowieka? - zagadnął prezes.         Zaintrygował go ten stary chłop i zastanawiała zajadłość, z jaką ścigał partię Klonowieckiego, jakby czuł do niego osobistą nienawiść.
     Przeniosła spojrzenie z Żabca na pułkownika i krótko wspomniała o romansie Pauli z wikarym, zakończonym tajemniczą i nagłą śmiercią obojga kochanków. Stary przysłuchiwał się jej z uwagą. Poszarzał na twarzy, a jego siwe oczy ukryte z gąszczu nastroszonych brwi, zaiskrzyły się z wściekłości.
- Ciekawe. - prezes skwitował jej opowiadanie skinieniem głowy.- A wy, starik, twierdzicie, że widzieliście Klonowieckiego na Łysej Polanie?
- Widziałem go, jak wielmożnych panów widzę. - potwierdził gorliwie. - Szłem za nimi kawał drogi, ale ich potem wyprzedziłem. On prowadził rekruta od samego Bosaka. Jak panowie sołdaci wpadli do obozu, to on oparł się o drzewo i strzelał do nich, siekł ich szablą. Może by nawet i uciekł, bo znał dobrze te strony, alem go zaszedł od tyłu i rozwaliłem mu łeb kolbą karabinu. Ruchał się jeszcze, choć miał miazgę na głowie, aż pan oficer był litościwy i go zastrzelił. Ano, mój Rafał stracił głowę dla jaśnie pani, to i jaśnie pan mógł stracić głowę przez starego ojca! - zarechotał, jakby powiedział coś śmiesznego. - To za mego synka!
     Przed oczami Niny zaczęły wirować czarne płatki. Zrobiło się jej bardzo gorąco i zaczęła się dusić. Serce tłukło się w piersi jak oszalałe i co jakiś czas nagle przystawało. Twarze siedzących przed nią oficerów raz się zbliżały, potem oddalały. Podłoga zaczęła się kołysać, jakby siedziała w łodzi. 
    ..."Aleczku, mój Aleczku." - poruszyła ustami, z całej siły przyciskając do siebie chorągiew sztywną od krwi. Tak długo łudziła się, że zginął śmiercią żołnierza, trafiony kulą w serce w walce, a dopiero później znęcano się nad jego zwłokami. Ale oto teraz dowiedziała się, że nie zginął, lecz został zamordowany przez tego obłąkanego starucha, któremu nigdy nie uczynił żadnej krzywdy.
Grottger Bój.

- Wszystkom rzekł wielmożnym panom, jak na świętej spowiedzi. O, tymi ręcami łeb mu rozwaliłem! - powtórzył Żabiec z satysfakcją, wyciągając przed siebie ogromne, sękate dłonie.- Aż mózg było widać!
      Nina nie mogła oderwać oczu od tych rąk, które pozbawiły życia jej ukochanego. Stojący przed nią człowiek, był sprawcą śmierci tylu wspaniałych ludzi. O, gdyby miała siły równe nienawiści! Zapragnęła zniszczyć go tak samo okrutnie, jak on zniszczył największą miłość jej życia. Gdyby miała przy sobie pistolet lub nóż... Ale była taka słaba, że prawdopodobnie nie zdołałaby unieść dłoni. Potrząsnęła głową i zachwiała się, szybko mrugając powiekami, ale przed sobą widziała już tylko biel..... 
    Któryś z oficerów miał ludzkie serce. Napełniwszy szklankę wodą, starał się ją ocucić Ale nie mogła nic przełknąć, zresztą woda miała ohydny smak ołowiu.
- Proszę podejść do okna i odetchnąć. Pomogę pani. - usłyszała jego życzliwy głos i ciepła dłoń ujęła ją za ramię. Wydała ni to krzyk, ni to jęk i spadła w otchłań.
     Leżała na twardej ławie, a ktoś zwilżał jej twarz mokra szmatką. Oprzytomniała i ciężko usiadła. Oficerowie czekali cierpliwie aż wróci do przytomności i rozmawiali, popijając herbatę. Zbyt często mieli do czynienia z nagłymi omdleniami, żeby się tym przejmować. Żabiec stał pokornie przy ścianie i czekał, aż panowie zwrócą na niego uwagę. Prezes stwierdziwszy, że Nina oprzytomniała, wznowił śledztwo.
- Powiedzcie nam człowieku, w jaki sposób dowiedzieliście się o kryjówce buntowników. - zwrócił się z tym pytaniem do Żabca.
- Raz w zimie, polskie buntowniki zjechały do Ratajów. To moja wieś. - wyjaśnił. - Stali u sąsiada i namawiali ludzisków, żeby szli do buntu. Zaniosłem im koguta i powiedziałem, że pod lasem ruskie wojsko stoi. Uwierzyli, bo prawdę gadałem. Namawiali mnie, żebym do nich przystał. Czemu nie? Poszłem z nimi do Rębajły. Od Klonowieckiego trzymałem się z daleka, bo on mnie znał. Pod Bodzechowem, urwałem się i naprowadziłem na nich dragonów, a po bitce przyczepiłem się do piechurów. Byli zmordowani i ledwie dychali. Narzekali, że rekruty kiepsko strzylały i trza ich będzie uczyć żołnierki w leśnym obozie. To ja wlazłem między rekrutów i posłyszałem, jak się cieszyli, że na Gody pójdą do tego obozu na Łysej Polanie, a poprowadzi ich sam Klonowiecki, pułkownik od kawalerii. Nie wiedziałem, gdzie jest ten obóz, ale jeden mi powiedział, że gdzieś w górach, za Świętą Katarzyną. Szłem za nimi, ale oni zatrzymywali się po wsiach żeby się ogrzać, bo mróz był tęgi. Wiedziałem już, gdzie mam iść, to poszłem pierwszy, dobrzy ludzie podwieźli i zanim oni przez Miłków, Gromadzice, przywlekli się spod Bodzechowa, ja już byłem w Świętej Katarzynie. W karczmie, przy gorzałce, ludziom się gęby otwierają. Jakem się dowiedział, gdzie ta Łysa Polana, tom zara poszeł na rogatkę i panom sołdatom gadałem, co i jak. Straśnie się ucieszyli i zara posłali po wojsko. Pan Jezus pobłogosławił i wszyćkie polskie pany pozdychały marnie. - zakończył, zacierając ręce.
- Wasze nieudolne kłamstwa nie zdały się na nic. - stwierdził prezes znudzonym tonem, posyłając Ninie zimne spojrzenie.- Mam nadzieję, że teraz nam powiecie, kto należał do szajki waszego męża?
- Dajcie mi spokój.. Możecie mnie zabić, wszystko mi jedno. - wyszeptała, spuszczając głowę na piersi.
     Prezes namyślał się przez chwilę, a potem napisał kilka słów na kartce i kolejno podsuwał ją członkom komisji. Skinęli głowami, wyrażając zgodę.
- Na razie pozostaniecie w ratuszu do następnego przesłuchania. - oznajmił prezes i z kwaśną miną polecił żandarmowi wyprowadzić ją z sali.
    Żabiec wyszedł za nią. Nina czuła się bardzo słabo, trzęsła się cała, a jej ciało pokrywał zimny pot. Miała mdłości, bolała ją głowa i serce. Nie lękała się o siebie, teraz było jej obojętne, czy zostanie skazana na zesłanie, lub na śmierć. Życzyła sobie tylko z całej duszy, żeby ten potwór nie tryumfował. Rozejrzała się za Jagą, ale nianię zasłaniali ludzie zaglądający do sali przesłuchań. Raptownie przystanęła i odwróciła się. Chłop także się zatrzymał, przypatrując się jej z głupawą ciekawością.
- Żabiec, wierzysz ty, w Boga? - odezwała się, zaglądając w jego siwe, okrutne oczy, łudząco podobne do oczu Rafała.
- Wierzę, a bo co?
- Zabójca twego syna, chodzi po świecie żywy, a ty zamordowałeś niewinnego człowieka. Przysięgam na zbawienie duszy i mękę Chrystusa na krzyżu, że nie umrzesz własną śmiercią i zgon będziesz miał ciężki, bo Pan Bóg cię opuścił i szatan jest przy tobie!
     Stary pobladł, cofnął się i otworzył usta, a wielka grdyka chodziła mu pod szczęką jak żywa. Przestąpił z nogi na nogę i splunął.
- Nieprawda! - wychrypiał. - Kłamiecie! Nie wierzę wam.
      Potrząsnęła głową i dodała ze strasznym uśmiechem:
- Wierzysz, Żabiec, wierzysz...
- Idziemy! - żandarm nagle przypomniał sobie o swoich obowiązkach i szarpnął ją za ramię.
     Żabiec chciał jeszcze coś powiedzieć, a może o coś zapytać, lecz ludzie odepchnęli go. Popychana przez żandarma, Nina zaczęła wolno schodzić do piwnicy. Za sobą usłyszała przeraźliwy krzyk Jagi:
- Nina!
     Obejrzała się i zamierzała powiedzieć jej chociaż słowo, przesłać ostatnie pozdrowienie, ale żandarm pchnął ją tak mocno, że o mało nie spadła z kamiennych schodów. Piwnice ratusza przeznaczono na tymczasowe więzienia dla osób przesłuchiwanych przez komisję śledczą. Żandarm otworzył drzwi i rozkazał jej wejść do środka. Piwnica pełna była kobiet. Siedziały na kamiennej posadzce, oczekując na przesłuchanie. Niektóre nosiły już na sobie ślady pobicia, sińce i zadrapania. Usłyszawszy zgrzyt klucza, podniosły głowy, czujnie i z obawą wpatrując się w żandarma. Ten wepchnął Ninę i zatrzasnął za nią drzwi. Oślepiona jeszcze jaskrawym blaskiem słońca stanęła, rozglądając się niepewnie po mrocznym lochu. Małe okienko zasłonięte było szmatą.          
 Przycupnęła w kąciku w pobliżu schodów, opierając głowę o ścianę. Była bardzo spragniona, lecz głodu wcale nie czuła. Nie myślała nawet w tej chwili o rozpaczy Jagi, bo nie miała już siły, by zdobyć się na jakiekolwiek uczucie. Pragnęła tylko umrzeć i przestać istnieć.