sobota, 1 października 2016

To nie było kłamstwo!


31 września 2016 5r.
   Trzy dni, dzielące ją od Nowego Roku 1864, Nina przeżyła jak w transie. Ale nie był to stan przyjemny. Wprawdzie nowe mieszkanie okazało się wygodniejsze od izby w karczmie Mośka, bo każda z pań miała swój pokój, lecz pozbawione było wszelkich wygód. Dom stał na odludziu, otoczony gęsto rosnącymi drzewami i to Ninę cieszyło, bo nie zamierzała dzielić się z ludźmi swoim cierpieniem. Ale zbywało im na wszystkim i gdyby nie pomoc przyjaciół, w Bodzentynie czekałaby ich po prostu nędza i głód. Prawdopodobnie na to liczyły władze carskie, skazując ją na wygnanie. Ostatnimi czasy w Makowie brakowało żywności, ale była jeszcze kasza, ziemniaki, jarzyny, tłuszcz, owoce. Czasami nawet ryba lub mięso z upolowanej zwierzyny, jakaś kuropatwa czy zając. W mieście wszystko trzeba było kupić.

Stary Bodzentyn.
Aby uchronić Jagę przed nadmiernym wysiłkiem, obie młode kobiety wykonywały najcięższe prace domowe. Rąbały drewno na opał, nosiły wodę ze studni i dokładnie sprzątały dom z odwiecznego brudu. Brakowało wielu potrzebnych mebli, bo poprzedni mieszkaniec zabrał z sobą część umeblowania, o które Nina nie śmiała się upomnieć. Musiała o wszystkim decydować sama, bo niania i Mira, z przyzwyczajenia zwracały się do niej z każdym kłopotem. Od wczesnego rana słyszała same skargi i narzekania.
- Nino, masła zabrakło. - zawiadamiała ją Jaga. - Kotku, przydałby się nam świeży chleb, ale nie mam pieniędzy na kupno.
- Kochanie, posiadamy tylko jedną miskę. W czym zrobię ciasto na kluski? - Mira bezradnie rozkładała ręce.
    Pospolitość skrzeczała głośno, pchając się drzwiami i oknami. Długie smukłe palce Niny, pozbawione codziennych ćwiczeń na fortepianie, sztywniały tracąc swą elastyczność i to doprowadzało ją do rozpaczy. Większość dnia spędzała w szpitalu, pełniąc tam obowiązki asystentki lekarza, zarazem jakby pielęgniarki i sprzątaczki. Lecz gdy tylko miała chwilę czasu, szła na górę Zamkową. 
Bodzentyn. Zamek biskupów krakowskich.
    Stamtąd roztaczał się przepiękny widok na całą Dolinę Bodzentyńską i pasma górskie. Miasto założone w XIV wieku przez biskupa Bodzantę, gościło w swych murach królów i sławnych ludzi nauki i sztuki, z Janem Kochanowskim na czele. Sam Zamek wspaniale rozbudowany przez biskupów kieleckich, przypominał Wawel. Ale wojny szwedzkie zniszczyły miasto, będące dawniej dużym ośrodkiem kulturalnym i przemysłowym.  
  
   Zamek powoli rozsypał się w gruzy, aż z całej jego świetności pozostał jedynie piękny renesansowy portal. Nina z wysiłkiem wspinała się na strome wzgórze, gdzie niegdyś rozciągały się przepiękne ogrody i sady. Stawała na jakimś murku i z tej wysokości, tęsknym wzrokiem wpatrywała się w stronę, gdzie leżał Maków. Nie zważając na trzaskający mróz, długo przebijała wzrokiem mgliste opary w nadziei, że może uda się jej dojrzeć choć ukochaną górę Sieradowską, na którą zawsze patrzyła, siedząc nad stawem. Ale horyzont skrywała mgła, więc smutna i zrezygnowana schodziła ze wzgórza, przystając po drodze, aby przyłożyć garść śniegu czy sopel lodu do rozpalonego czoła, i choć odrobinę uśmierzyć narastający w czaszce ból.
Nie mogła niekiedy uwierzyć, że od śmierci Aleksa i straszliwej nocy wigilijnej, minął zaledwie krótki czas, bo wydarzenia przeżyte na Łysej Polanie, wydawały się jej tak odległe, jakby miały miejsce przed laty. Bała się i nie chciała wracać pamięcią do tych potwornych wspomnień, a jej świadomość broniła się przed nimi, wymazując je z pamięci.
    W domku, na pięterku miała swój pokoik. Stało tam tylko wąskie łóżko, mały stoliczek i drewniane krzesełko. Na wprost łóżka wisiał na ścianie portret Aleksa, przewiązany czarną wstążką, a pod nim szabla odzyskana niemal cudem, ta, którą walczył w ostatnich godzinach życia. Szablę przywiozła jej panna Lasewiczówna i opowiedziała, że w tę noc po bitwie, przywlókł się do Porajów ciężko ranny powstaniec. Pomimo groźnej rany w brzuch i w głowę, zdołał unieść z pola bitwy szablę dowódcy, wyjętą z jego martwej dłoni. Panna Kazimiera nie wiedziała, jak ranny się nazywa, bo nadal leżał nieprzytomny.
Szabla powstańca styczniowego.
  Nina ucałowała pogiętą klingę, przewiązała szablę czarną wstęgą i powiesiła na ścianie pod portretem męża. Ten obraz i szabla były dla niej najcenniejszymi skarbami, jakie posiadała. W przeddzień Sylwestra, wieczorem ktoś zapukał i do sionki wszedł nieznajomy mężczyzna. Przedstawił się Ninie jako przedstawiciel Rządu Narodowego i długo, kwieciście rozwodził się nad bohaterską śmiercią                     pułkownika"Czarnego".    
Wspomniał, że pan generał Bosak nakazał przeprowadzenie śledztwa w tej sprawie. Wywiadowcy donieśli, że w przeddzień bitwy, do Świętej Katarzyny przyszedł stary chłop i oświadczył żołnierzom strzegącym rogatki, że w głębi puszczy jest obóz powstańczy, a w wieczór wigilijny przyjdą tam jeszcze inni buntownicy od samego Bosaka. Chłop wyraził chęć zaprowadzenia wojska do leśnego obozu. Konny kurier popędził z tą sensacyjną wiadomością do Dalewic, gdzie znajdowała się duża kolumna wojska, część armii generała Czengierego.
Nikt z powstańców nie spodziewał się ataku nieprzyjaciela i chłopcy zachowywali się beztrosko, przygotowując sobie wieczerzę wigilijną i oczekując nadejścia rekrutów z obozu Bosaka. Tymczasem Rosjanie nie śpieszyli się z atakiem, podciągając pod górę armatę i amunicję. Powoli okrążyli obóz, pozostawiając tylko jedną drogę, którą mieli przybyć nowi buntownicy. Dopiero z chwilą nadejścia oczekiwanego oddziału, Rosjanie korzystając z radosnego zamieszania, uderzyli ze wszystkich stron, bowiem zamarznięte bagno nie stanowiło już żadnej przeszkody w dojściu do obozu. Powstańcy bronili się mężnie spoza barykad, zbudowanych naprędce z pni i wozów taborowych. Jednakże nieprzyjaciel posiadał miażdżącą przewagę w ludziach i działał z zaskoczenia. Pociski armatnie rozwaliły barykady i wtedy rozpoczęła się rzeź. Większość powstańców poległa przy szturmie obozu, nieliczni dostali się do niewoli i zostali straceni. Lecz kilku powstańcom udało się uciec z pogromu i ci opowiedzieli o zdradzie. Chłop pilnie poszukiwany przez policję narodową, jakby się pod ziemię zapadł. Wyjaśniwszy tę sprawę, gość wspomniał o smutnym zaszczycie, jaki przypadł mu w udziale, złożenia małżonce poległego bohatera kondolencji, w imieniu Rządu Narodowego oraz generała Bosaka.
- Mąż pani hrabiny, - prawił napuszonym tonem - złożył ofiarę z życia na ołtarzu umęczonej ojczyzny. Jego najwyższe poświęcenie nigdy nie będzie zapomniane przez wdzięczny naród. Pan pułkownik podany jest przez generała Bosaka do odznaczenia orderem Virtuti Militari.
    Jaga i Mira obecne przy rozmowie, nie kryły wzruszenia i dumy. Nina wysłuchała przydługiej przemowy z obraźliwą wprost obojętnością.
"Ty głupcze! - pomyślała z zimną nienawiścią. - Ty nadęty bufonie! Niech wszyscy diabli porwą do piekła ten ołtarz ojczyzny i order, razem z wami. Żadna idea nie jest warta tego, by za nią ginąć, ponieważ życie jest wartością nadrzędną. Kiedy zabrakło Alka, nikt z was nie przyszedł mi z pomocą, nie podał ręki, ani kawałka chleba. Żeby nie dobrzy ludzie, zdechłabym z głodu, zaszczytnie i z honorem. Najchętniej widziałabym cię na szubienicy, ty nędzniku! Ale tacy jak ty, nie zostaną do końca tragedii. Zwiejesz, nim powstanie upadnie i siedząc bezpiecznie za granicą, będziesz przechwalał się bohaterskimi czynami."
Miała szczery zamiar wykrzyczeć mu tę prawdę w oczy, lecz bystra i spostrzegawcza Mira, dostrzegła diabli uśmieszek w kącikach jej ust i błysk nienawiści w oczach. Pośpiesznie zaproponowała gościowi szklankę herbaty. Z grzeczności wypił cienką lurę i powstał z kulawego krzesła.
- Pan pułkownik zginął w walce jak Leonidas1. - oświadczył podniośle. - Jestem pewien, że ta świadomość jest dla pani hrabiny pociechą w bólu.
    Oczy Niny zapłonęły. "Jak bym słyszała tego idiotę, tutejszego księdza! - pomyślała. - Obaj mają jednakowe wyobrażenie o ludzkim cierpieniu"
- Niestety, brak mi hartu Spartanek i gdyby to zależało ode mnie, mój mąż przeczekałby tę niemądrą ruchawkę za granicą! Nie byłby może bohaterem, ale żyłby, dla mnie, dla dziecka i dla ojczyzny. - oznajmiła przez zaciśnięte zęby.
    Mężczyzna zbladł i zesztywniał z wrażenia.
- Nazywa pani powstanie "niemądrą ruchawką"?
- Przepraszam, wyraziłam się nieściśle. To nie jest ruchawka, a zbrodnia przeciwko narodowi polskiemu! - poprawiła się z ironią.- A tak na marginesie: proszę mnie nie tytułować hrabiną. Car, rewanżując się za udział mego męża w tej awanturze, odebrał mi szlachectwo, tytuły oraz cały majątek. Dzięki wam pokosztowałam, jak smakuje nędza. Żegnam pana! 
   Rozmowa jej zdaniem trwała wystarczająco długo. Skłonił się i bez słowa wyszedł.
- Jezus Maria, dziewczyno, coś ty mu nagadała? - przerażona Jaga załamała ręce. - To z pewnością był jakiś wyższy oficer.
- Nie szkodzi. Powiedziałabym to w oczy samemu Trauguttowi!
- Nino, nie powinnaś wyrażać się tak pogardliwie o naszej narodowej walce! - uniosła się Mira, urażona w swoich patriotycznych odczuciach. - To było z twojej strony bardzo nieuprzejme. Przecież on tu przyszedł z kondolencjami.
- Ja go tutaj nie prosiłam i nie życzę sobie żadnych kondolencji! Nie spytał mnie, czy mam z czego żyć. Wyraziłam tylko to, co myślę, bo jestem szczera. Uważasz, że się mu naraziłam? Co mi zrobią, zabiją mnie? O, wówczas oddaliby mi naprawdę wielką przysługę. Pozbyłam się nadętego bufona i nie życzę sobie wysłuchiwać więcej uwag na ten temat. - powiedziała chłodno i wyniośle.
    Jaga przybrała wojowniczą postawę, ale Nina nie zamierzała wszczynać kłótni. Zbyt wiele kosztowało ją nerwów ponowne przypomnienie masakry na Łysej Polanie. Odwróciła się i weszła po skrzypiących drewnianych schodkach do swego pokoiku. Stanęła przed portretem męża i długo wpatrywała się w jego poważne oczy. Głowa bolała ją coraz mocniej.
    W Sylwestra obudziła się o świcie i przez siłę wstała z łóżka, zmuszając się do tego. Ostatnio prawie nie sypiała, bo męczyły ją przykre sny. Nie miała apetytu, piła tylko chciwie zimną wodę i robiła z niej okłady na czoło. Pytana przez Jagę, jak się czuje, zapewniała ją, że zupełnie dobrze, ale kłamała. Od czasu wyjazdu z Makowa, cierpiała na straszne bóle głowy i czasami miała wrażenie, że mózg jej płonie. Miewała nudności, zawroty głowy i zaburzenia wzroku. A tego dnia czuła się jeszcze gorzej. W skroniach pulsowało jej nieznośnie i podejrzewała, że musi mieć gorączkę. Nie tknęła śniadania i pomimo lamentów Jagi poszła do szpitala.
    To był bardzo ciężki dzień. Niespodziewanie przywieziono kilku rannych. Mieli pecha i po drodze do Łagowa, wpadli w rosyjską zasadzkę. Musiała asystować przy operacji i opatrywać lżej rannych. Mężczyźni byli rozwścieczeni, przeklinając złośliwy los, który zgotował im tak przykrą niespodziankę przed samym Nowym Rokiem. Jęczeli, stękali, pluli na podłogę i wymiotowali. Zoperowani, wili się na posłaniach z bólu, gdyż w lazaretach i szpitalach brakowało już morfiny, laudanum, opium i innych niezbędnych leków.
Szpital wojenny.
Jeden lżej ranny zachowywał się szczególnie agresywnie.           Otrzymawszy zioła nasenne, zamiast żądanego laudanum, wpadł we wściekłość i w napadzie furii, wylał podany mu przez Ninę kubek ziół na podłogę.
- No i co pan zrobił najlepszego? - zawołała, otrzepując zamoczony fartuch i suknię. - Ostatnio brakuje nam nawet ziół, a pan je wylewa!
- Boli mnie jak cholera, a ty, zamiast laudanum, czy opium, podajesz mi te szczyny! - wrzasnął.-A pij je sobie sama.
- Proszę się uspokoić i pretensje skierować do lekarza, nie do mnie. - powiedziała grzecznie, chociaż na policzki wypłynął jej lekki rumieniec z doznanej przykrości.
    Przyniosła ścierkę i zaczęła wycierać z podłogi rozlane zioła. Naraz poczuła straszny zawrót głowy, cały pokój zawirował wraz z nią. Zatoczyła się i chwytając równowagę, odruchowo oparła się o łóżko, trącając zranioną nogę pacjenta. Zawył z bólu i z jego ust posypał się grad tak obrzydliwych i wulgarnych przekleństw, jakich jeszcze nigdy nie słyszała. Nie rozumiała ich zresztą i mogła się tylko domyślać, co oznaczają.
- Spieprzaj, ty sakramencka dziwko! - ryknął i z rozmachem cisnął w nią kubkiem z resztką ziół. - Cholerna, głupia suka!
    Nina podniosła się i otarła twarz z ziół, patrząc na niego z dumą i godnością. Nie płakała, o nie! Tylko jej wielkie, świetliste oczy rozpaliły się posępnym ogniem pogardy.
- Bardzo mi przykro, że pana niechcący uraziłam. Przepraszam. - powiedziała spokojnie. - Ale sądzę, że ludzkość z radością pozbyłaby się takiej obrzydliwej kreatury jak pan! Nie jest pan godzien, aby nosić mundur powstańca polskiego.
- Siostro! - upomniał ją lekarz, wchodząc do sali. - To jest szpital, ma pani przed sobą pacjenta!
- Przepraszam, panie doktorze. - skinęła głową z wyniosłą uprzejmością. - Niepotrzebnie się uniosłam. Przecież ten pan nie może mnie obrazić.
    W szpitalu chorzy jej nie znali i nie wiedzieli kim jest ta piękna kobieta. Nazywali ją siostrą Niną, a ona nikomu nie ujawniała swego nazwiska. Skończywszy opatrunki, zmieniła pościel rannego zalaną ziółkami i zaniosła ją do składziku, do prania. Przykucnąwszy w kącie pochwyciła się za głowę, ściskając ją z całej siły. Przez zaciśnięte zęby powtarzała raz po raz, jak zaklęcie: "Błagam cię, Alku, zabierz mnie do siebie! Już nie mam siły, aby żyć." Potem 
zrobiło się jej niedobrze i zwymiotowała. Na szczęście jej dyżur się skończył. 
Przed karczmą.
   Ubrała futro i z radością opuściła szpital. Było jej bardzo gorąco, więc odrzuciła z głowy kaptur, wcale nie czując siarczystego mrozu. Powoli zmierzchało się i w małych okienkach domków zapłonęły światła. Z szeroko otwartych drzwi karczmy, buchały kłęby białej pary, unosiły się zapachy kiszonej kapusty, kiełbasy i wódki. Cienko popiskiwały skrzypki, dudnił bas i stukał bębenek. Za mętnymi szybkami okien, migały cienie tańczących par, rozlegały się chichoty kobiet i pijackie okrzyki mężczyzn. Świętowano ostatni dzień starego roku. Niebo zaciągnęło się chmurami i zaczął padać śnieg, osiadając dużymi płatkami na włosach i rzęsach idącej wolno Niny. Minął ją jakiś pijany chłop, w czapie przekrzywionej na ucho. Czepiając się płotu, zaintonował fałszywie:
                                   Jeszczem nie widział takiego gnoja,
                                   Jak ta dziwucha, co mo być moja.
                                   Ja ide do niej, łona się tuli,
                                   Ja jej zaglądam - ni mo kosuli!
                                   Ja sie jej pytom, gdzieś jom podziała?
                                   W kuminie wisi, bom jom wyprała!
    Nina przyśpieszyła kroku, marząc o gorącej, mocnej herbacie i położeniu się do łóżka. Skrzywiła się z niechęcią przypomniawszy sobie, że Mira zaprosiła na wieczór Setkowicza. Och, trzeba będzie zmuszać się do rozmowy i wspólnie oczekiwać północy. Co za głupi zwyczaj! Pod jej stopami głośno chrzęścił zmarznięty śnieg, a z ciemnego nieba ciągle spływały białe płatki, wirując w powietrzu. Czuła jakiś niepokój i była dziwnie spięta. Przez cały ten dzień miała wrażenie, że powinna się śpieszyć, bo ktoś na nią czeka. Uniosła krynolinę i pobiegła do domu. Otworzywszy furtkę ogrodową, przeszła ścieżkę i wpadła do małej sionki. Z pokoju wyjrzała Mira.
- O, jak dobrze, że już jesteś, kochanie! - zawołała z radością. - Zobacz, powiesiłam w oknie firanki od pani Bochniakowej i zupełnie ładnie wyglądają. Nino, źle się czujesz? - spytała, zauważywszy nienaturalnie błyszczące oczy i silne wypieki na policzkach przyjaciółki.
- Nie, ale miałam dziś niedobry dzień i jestem zmęczona. - wyminąwszy ją, Nina weszła do pokoju, gdzie wieczorami zbierały się przy stole. 
   Brzuchaty piec promieniował ciepłem, z uchylonych drzwi do kuchni, unosiła się woń smażonego mięsa. Na samą myśl o jedzeniu, Ninie zrobiło się niedobrze. Wsparta plecami o piec, ogrzewała zmarznięte dłonie. Tym razem nie było jej gorąco, lecz lodowato zimno i miała dreszcze.
- Wróciłaś, kotku? - z kuchni wyjrzała Jaga, wycierając mokre ręce w fartuszek. - Zaraz przyjdzie pan doktor...Wyobraź sobie, odwiedził nas poczciwy pan Szymon. Przyniósł kurę i pasztet z zająca. Mówił, że wybiera się do Galicji, bo tam są ludzie, którzy kochają dobrze zjeść. Prosił, żebym ci powtórzyła, że już nigdzie nie będzie mu tak dobrze, jak w Makowie.
    Nina wysłuchała jej w milczeniu i skinęła głową.
- Aha, był także pan Bochniak.- ciągnęła Jaga.
- Przywiózł pieniądze? - Nina momentalnie się ożywiła.
- A jakże. Biedak cały był poobijany, bo zleciał z drabiny. Jakiś typ napędził mu strachu, więc tylko oddał pieniądze, trzy kuropatwy i zaraz odjechał. Kazał ci się kłaniać. Mój Boże, on także ma kłopoty, bo zastanawia się, czy zostać w Makowie, jakby mu Moskal zaproponował tam pracę, czy odejść. Jak dobrze, że mamy jarzyny, zrobię na święta rosół z kury.
    Nina usiadła przy stole i uważnie przeliczyła pieniądze. Miała trzysta złotych. Ta niewielka kwota musi im starczyć na długi czas. Jej zarobek i pensja Miry, to stanowczo za mało, by utrzymać trzy osoby.
- Dziecinko, dlaczego się nie odzywasz? - Jaga pochyliła się nad nią, zatroskana jej dziwnym zachowaniem.
- Jestem zmęczona, nianiu. Poproszę o herbatę.
- Dodam ci malin. Bo też ten szpital, to nie praca dla ciebie. - głośno utyskiwała Jaga. - Twoje biedne rączki... Powinnaś grać na fortepianie, a nie wynosić nocniki. Tylko że tu nie ma fortepianu. Jak to dobrze, że pani Zosia przysłała wczoraj masło i śmietanę. Jest mięso, pasztet, upiekę kurę i święta nie będą głodne, dzięki Bogu. Zobacz tylko, jaka błyszcząca podłoga. Biedna Mirunia strasznie się namęczyła, ale aż przyjemnie popatrzeć.
 Mira posłała jej uśmiech i wspomniała o poważnej chorobie Jadwigi. Panna Wąsocka przeziębiła się w noc wigilijną, jadąc saniami na Łysą Polanę, żeby poszukać zwłok narzeczonego. Nie znalazła jego ciała i była przekonana, że spoczęło na dnie bagna, razem z innymi poległymi.
- Mój Boże, jakby jakieś przekleństwo ciążyło nad tymi dziewczętami. - westchnęła niania. - Już druga siostra traci narzeczonego, prawda Ninko?
- Tak.
- Naprawdę nic ci nie jest? - Mira obserwowała ją spod oka i zachowanie przyjaciółki wydało się jej niepokojące.
- Oczywiście, że nie! Jestem tylko zmęczona i to wszystko. - Nina zmusiła się, żeby mówić spokojnie, bo miała ochotę odwrócić się na pięcie i uciec. Chciała zamknąć się w swoim pokoju, położyć na łóżku i zasnąć, najlepiej na wieki.
    Setkowicz przyniósł butelkę nalewki orzechowej, podarunek noworoczny od Tadeusza i pudełko obsmażanych w cukrze owoców, dzieło rąk Kumosi. Jaga podała pieczone mięso, ziemniaki i buraczki. Mira zajęła się robieniem herbaty narzekając, że nie mają samowara i są tylko trzy szklanki. Doktor przeniósł się do Brzezińca i zabrał z sobą Maćka, powracającego prędko do zdrowia. W lazarecie było mniej pracy, bo nowych rannych już nie przywożono, a pozostali chorzy zdrowieli. Kilku opuściło lazaret, wracając do domu.
 - Pani Zosia prosiła, żeby zawiadomić panie, że wybierają się do was zaraz po świętach.- Setkowicz zwrócił się do Niny. - Wczoraj długo rozmawialiśmy o pani. Powinna pani uciekać z Bodzentyna, bo gdy Moskale wrócą do miasta, natychmiast rozprawią się z rodzinami powstańców.
Uniosła głowę znad talerza i spojrzała na niego apatycznie.
- Ach, wszystko mi jedno. - szepnęła bezdźwięcznym głosem. - Ja nie mam dokąd iść.
- Powinna pani przedostać się do Galicji, a stamtąd na zachód. Podobno ma pani siostrę w Księstwie Poznańskim. Tutaj aresztują panią i ześlą.
- Trudno. - ucięła, wpatrując się tępym wzrokiem przed siebie.
  Doktor siedział do północy, zabawiając panie nowinami z sąsiedztwa. Wąsoccy wezwali go do chorej Jadwigi, bo szalała z rozpaczy nie znalazłszy ciała Artura. Dopiero syn dzierżawcy, uratowany cudem z ogólnej rzezi powiedział jej, że pan Artur żyje, bo wcale nie był w leśnym obozie. Dziwnym zrządzeniem losu, pułkownik nie zabrał go z sobą, za co Śliwiak miał do niego ciche pretensje. Tej decyzji Aleksa zawdzięczał życie
Prawdziwym szokiem okazała się dla państwa Wąsockich wiadomość, że córka zaręczyła się bez ich wiedzy i będą mieli chłopa za zięcia! Nina przysłuchiwała się rozmowie bez najmniejszego zainteresowania. Było jej zimno, więc przysunęła stołeczek do pieca i siedziała skulona. W tym momencie losy sąsiadów były jej najzupełniej obojętne. Bolała ją głowa i brzuch, miała dreszcze i nerwy napięte w całym ciele jak struny. W półmroku pokoju jej oczy połyskiwały niesamowicie, jak źrenice kota.
- Panna Jadwiga miała niezwykłe szczęście. - zauważyła Mira, zerkając niespokojnie na Ninę.
    O północy Setkowicz napełnił nalewką szklanki i blaszany kubek, bo nie było kieliszków. Nikt nie wznosił żadnych toastów, bo czego można było sobie życzyć, zaledwie kilka dni po strasznej śmierci Aleksa, zagładzie leśnego obozu, utracie Makowa i wygnaniu. Kiedy mały zegar z kukułką, dar Tadeusza, przestał bić północ, doktor wstał i zaczął się żegnać. Jaga zaprosiła go na noworoczny obiad. 
   Obiecał że przyjdzie, bo noc zamierzał spędzić w szpitalu, mając tam dyżur. 
   Podał rękę Ninie i mimo woli zauważył:
- Chyba ma pani temperaturę. Czuje pani dreszcze?
- Boże Przenajświętszy! - Jaga podbiegła do niej z okrzykiem przerażenia. - Pewnie się zaziębiłaś.
    Nina cofnęła się do tyłu, broniąc się przed jej dotknięciem. Jej szeroko rozwarte oczy miały błędny wyraz, a w rozchylonych ustach bielały drapieżnie zęby.
- Zostawcie mnie w spokoju! - krzyknęła, zasłaniając się rękami. - Przestańcie się mną zajmować. Czuję się świetnie i jestem bardzo szczęśliwa. Nie widać tego po mnie?
    Wstała i ostentacyjnie odwróciła się do nich plecami, wpatrując się w okno.
- Córeńko, co ci jest? - Jaga próbowała zajrzeć jej w oczy.
- Nie odzywaj się do mnie! Nie cierpię was wszystkich! - wrzasnęła Nina i wypadła z pokoju, z wściekłością zatrzaskując za sobą drzwi.
- Boże, co jej się stało? - Mira w osłupieniu patrzyła za nią.
- O jedną kroplę goryczy za dużo.- wyszeptał Setkowicz, ciągle widząc przed sobą jej szkliste oczy i mętny wzrok. - To mi się wcale nie podoba. - mruknął do siebie. - Dopilnujcie, żeby pani Nina dobrze się wyspała. Jest bardzo wyczerpana... i uważajcie na nią! - szepnął do ucha Mirze.
    Wyszedł niespokojny i ponury. Dwa razy spojrzał za siebie, wpatrując się w okno pokoju Niny. Zza zaciągniętych płóciennych firanek, sączyło się łagodne światło świeczki. Westchnął ciężko i ruszył przed siebie, podnosząc kołnierz kożucha, bo mróz szczypał go w uszy, a z nieba ciągle spływały białe płatki śniegu.
    Ciężko dysząc, Nina wdrapała się po schodkach, przystając i chwytając się za brzuch. Czuła w nim szarpiące bóle i zastanawiała się, co jej mogło zaszkodzić. Miała także ostre bóle w biodrach, ciągnące się ku udom. Nie zdejmując sukni, położyła się na wznak na łóżku i przymknęła powieki. Potrzebowała spokoju i ciszy, jak spragniony człowiek pożąda wody. Pomyślała, że zaraz przyjdzie niania i zacznie się dopytywać, co jej dolega i narzekać na dopust boży. Posłyszała na schodach jej człapiące kroki i skrzypienie starych drewnianych stopni.
- Można? - w uchylonych drzwiach pokazała się głowa niani, w czarnym koronkowym czepeczku. - Złotko, nie rozebrałaś się jeszcze? Daj, pomogę ci zdjąć suknię.
- Nianiu! - uprzedziła ją Nina oschle. - Mówiłam, że jestem zmęczona i pragnę odpocząć. Sama się rozbiorę.
    Jadze zrobiło się bardzo przykro, ale nie dała tego po sobie poznać. Ostatecznie na to nieszczęsne dziecko spadło tyle ciosów, że i anioł by tego nie wytrzymał. Nie odzywając się więcej, pokiwała głową i na palcach wysunęła się z pokoju. Zostawszy sama, Nina niespodziewanie zapragnęła czyjejś obecności. Przelękła się cieni czających się w kątach pokoju, a wolno kołaczące serce i narastający ból w czaszce, budziły jej trwogę.
  Wstała i zaczęła się z trudem rozbierać, zdejmując żałobną suknię, halki i rozsznurowując gorset. Pożałowała, że nie poprosiła doktora o jakiś proszek na ból głowy, który narastał i stawał się już nie do zniesienia. Och, może dałby jej laudanum, albo eter? Miała dreszcze i wróciły nudności. Czuła, że lada chwila brzuch pęknie jej z bólu. Kiedy położyła się ponownie, cały pokój wirował razem z nią i z łóżkiem.
    Zaczęła rozmyślać, lecz przychodziły jej do głowy rzeczy wstrętne, ordynarne, wprost obrzydliwe i bluźniercze, jakby całe dobro nagle się z niej ulotniło, a pozostało jedynie zło. Nie potrafiła skupić myśli na jednym przedmiocie, bo myśli się rozbiegały i wszystko co ją otaczało, wydało się jej ohydne, a ona sama wstrętna. Aż wzdrygnęła się z odrazy i nienawiści do siebie. Była ogromnie rozdrażniona: denerwowało ją skrzypienie łóżka, szelest słomy w sienniku, szmer wiatru za oknem. Przyzwyczajona była do miękkich materaców, szerokiego wygodnego łoża i nie mogła sobie znaleźć miejsca na wąskim i twardym posłaniu.
Spostrzegła, że niania postawiła na stoliku kubek z malinową herbatą. Usiadła z wysiłkiem i sięgnąwszy po kubek, napiła się, a cierpki smak owoców orzeźwił ją nieco. Rozejrzała się dokoła osowiałym wzrokiem, widząc jak przez mgłę. Nawet u ciotki Marii miała przyjemniejszy pokoik. Zresztą nic i nigdy nie zastąpi jej ukochanego domu. 
   Zwlekła się z łóżka i przemyła twarz w blaszanej misce. Woda była lodowata i przyjemnie chłodziła rozpaloną głowę. Przygładziła dłonią krótkie, wijące się włosy. Bez długich warkoczy, głowa wydawała się jej dziwnie lekka i nieprzyjemnie pusta, jak główka makówki po wysypaniu ziarna. Usiadła na łóżku i podciągnąwszy kolana pod brodę, wpatrzyła się uporczywym spojrzeniem w portret męża. Dziś mijała kolejna rocznica ich poznania.
   Przypomniała sobie, z jakim radosnym oczekiwaniem jechała na swój pierwszy w życiu bal. Nie wiedziała, że w rzeczywistości wychodziła wtedy na spotkanie swojego losu. Przymknęła oczy i zaczęła marzyć, niemal czując zapach kwiatów w zimowym ogrodzie i słysząc dźwięki walca. Zdawało się jej, że widzi kochane twarze Jasia, cioci Tekli i innych drogich jej sercu osób. Mimo woli, szeptem jęła deklamować strofy wiersza Romanowskiego:
                                         Co tam marzyć o kochaniu.
                                         O bogdance i róż rwaniu.
                                             Dla nas nie ma róż.
    Te prorocze słowa, stały się złowrogą wróżbą dla poety i całego młodego pokolenia zapaleńców. Nie kwitły im róże, tylko krwawiły łuny pożarów, obracających w popiół miasta, wsie i rodzinne domy. Zaciszne leśne polany stawały się polami bitew, kryjąc w cieniu drzew mogiły desperatów i męczenników. Poprzedniego roku, o tej porze, odbywał się w pałacu wielki bal, ale ona już przeczuwała nadchodzące wielkimi krokami nieszczęście. Dziś pałac stoi pusty i cichy, tylko wiatr huczy w kominach, a po wielkich salonach błąkają się cenie umarłych....
    Głowa bolała ją z każdą chwilą coraz bardziej i powoli zaczynała tracić przytomność. Wydało się jej, że słyszy dźwięki dzwonów. Biły tak potężnie, że od tego huku pękała jej głowa. Pewnie to dzwonią w kościele sarnickim. Dwór się pali! Szybciej, szybciej!.... Biegła przed siebie z coraz większym trudem, zaledwie mogąc złapać oddech, a po twarzy i po całym ciele spływały strugi potu. Płomienie palącego się dworu osmaliły jej twarz. 
- Jasiu, nie!... 
  Rozejrzała się i stwierdziła, że znajduje się w pałacowym parku. Tak cudownie pachną róże. Usłyszała kobiecy śmiech i ujrzała w wyobraźni kaskadę czarnych włosów, błyszczące oczy i złowieszczo uśmiechnięte wargi. Zgasłe dawno źrenice nagle ożyły, a usta wymówiły jej imię.
- Nie, do kaplicy nie wejdę. - powiedziała Nina głośno. - Nie chcę. Tak mi zimno...
    Szła powoli przez parkowe aleje, teraz znowu zasypane śniegiem, w stronę domu. Wysokie okna jaśniały w mroku, z wielkiego salonu rozlegała się muzyka. Oblana potem, dysząc, brnęła z trudem przez głębokie zaspy. Bicie serca niemal rozsadzało jej żebra. Dusiła się, nie mogąc złapać powietrza, jej wnętrzności szarpały bóle, jak pazury dzikiej bestii, rozrywając ją na kawałki. Muzyka... Płynęła ku niej falami, ale bezskutecznie wysilała pamięć, chcąc przypomnieć sobie, co grają. Ponure, rozdzierające serce dźwięki: "Quid tollis", z Mozartowskiej Wielkiej Mszy c-mol? Aleks mówił, że ta wstrząsająca muzyka, to istna piramida okropności. Jęknęła i mocno zaciskając powieki szeptała: " Agnus Dei, quid tollis peccata mundi2...
   Mgła zasnuła cały park i w jej białym całunie zniknął jasno oświetlony dom. Szła przed siebie wyciągając ręce, aby nie rozbić się o drzewa. Ale w tej gęstej jak mleko mgle, rozległo się nagle szczekanie psa. 
   - Grot, moja piesiunia! 

A potem, ku jej niebiańskiemu zachwyceniu, spostrzegła wysoką postać idącą ku niej.
- Aleczku! - krzyknęła wniebogłosy, biegnąc ku niemu z wyciągniętymi ramionami. Ale on nie dawał jej zbliżyć się do siebie.    Zawrócił, wchodząc coraz głębiej w mgłę. Wzywała go najczulszymi słowami     błagając, aby zaczekał na nią.                      Odpowiadał, bo słyszała jego głos, dochodzący do niej z oddali, lecz nie rozumiała, co mówi. Słabła, nie miała siły żeby iść dalej i modliła się wprost do niego, żebrząc pokornie, żeby zaczekał na nią. Wołała, że on jest jej życiem, początkiem i końcem, tylko nigdy przedtem nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów, żeby mu o tym powiedzieć. Echo jego kroków cichło.
- Alku, nie odchodź! Najdroższy, zabierz mnie z sobą. Taka jestem słaba i zmęczona, nie mogę za tobą nadążyć! Ukochany, nie zostawiaj mnie. Alku! - krzyknęła przeraźliwie, nie widząc go już przed sobą.
    Jęczała, wyła, potem zaczęła się rzucać w okropnych kurczach, wymiotując i trzymając się za brzuch.
- Dziecko, co tobie? - usłyszała głos Jagi i niania pochyliła się nad łóżkiem.
    Nina przewróciła się na wznak, oddychając chrapliwie. Znowu zwymiotowała, stękając z bólu. Jaga położyła jej rękę na czole i jak szalona wypadła z pokoju.
- Mira, ona umiera! Ratunku, pomocy! Jezu, moje dziecko umiera! Prędko, lekarza!
    Mira narzuciła futro na nocną koszulę i głośno płacząc, popędziła po Setkowicza. Nina wiła się na łóżku, targana strasznymi bólami. Resztką świadomości czuła, że leży na wilgotnym prześcieradle. Dotknęła ręką wilgoci i spostrzegła, że ma na palcach krew. Usiadła na łóżku i patrząc przed siebie wytrzeszczonymi ze zgrozy oczami, krzyknęła:.
- Alek, ja wtedy nie kłamałam, powiedziałam ci prawdę!....
    Jaga i Mira długo stały pod drzwiami jej pokoju, oczekując aż Setkowicz i miejscowy lekarz zakończą badanie. Ale musiały uzbroić się w cierpliwość, bo minęła jedna godzina i druga, a lekarze wciąż nie wychodzili. Nareszcie drzwi się otwarły i stanął w nich Setkowicz blady, w fartuchu pokrytym plamami krwi. Jaga chwyciła go za rękę.
- Panie doktorze, ona żyje? Co jej jest? - wpatrywała się w niego oszalałymi z trwogi oczami.
    Spuścił głowę, unikając jej spojrzenia.
- Doktorze! - Mira zastąpiła mu drogę.
- Miała poronienie. - powiedział cicho. - Była dwa miesiące w ciąży.
- Ależ to niemożliwe! - wykrzyknęła Jaga, wpółprzytomna z wrażenia. - Ona nie mogła mieć dzieci. Profesor w Krakowie tak powiedział.
- Bywa, że nawet profesorowie się mylą. - rzekł Setkowicz, patrząc na nią z litością. - Niestety, to nie wszystko. Pani Nina ma zapalenie opon mózgowych.
- Chryste! - Jaga chwyciła się za serce. - Będzie żyła?
- Nie wiem. - z bezradną miną rozłożył ramiona. - Zrobię wszystko, żeby przeżyła.
    Ale nie miał odwagi powiedzieć im, że jeśli Nina przeżyje, może być obłąkana lub dotknięta paraliżem.
 
 1Leonidas - król Sparty 480 r. p.n.e. poległ wraz z oddziałem Spartan, w bitwie z przeważającą liczbą wojsk perskich w wąwozie termopilskim. Jego imię symbolizuje bohaterstwo.
2 Agnus Dei...- Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata.