niedziela, 9 października 2016

W WIĘZIENIU.


 9 października 2016 r.
    Na polskiej ziemi przesiąkniętej krwią, bujniej wyrosła trawa. Na bezimiennych mogiłach zakwitły polne i leśne kwiaty i pachnące zioła. Imion poległych lub zesłanych, nie wolno było wymieniać. 
Zesłańcy. Pożegnanie z Europą.
    Skazani zostali na wieczną banicję, na niepamięć, nawet najbliższych osób. Strach, obawa o życie, codzienna walka o przetrwanie, zmieniały charaktery ludzkie. Kto miał powstańca w rodzinie, utrzymywał ten fakt w najgłębszej tajemnicy, albo zapierał się krewnego, w obawie pociągnięcia do odpowiedzialności. Tylko wieczorami, w czterech ścianach pokoju, szeptem wspominano czyjeś imię i przeszłość pełną niespełnionych nadziei. Ponurą atmosferę tamtych dni, oddawały obrazy mistrzów wystawiane za granicą i przepiękna poezja.
                                                      O Polsko! Polsko! Święta ! Bogobojna!
                                                      Jeżeli kiedy jasna i spokojna
                                                      Obrócisz twoje rozwidnione oczy
                                                      Na groby nasze, gdzie nas robak toczy;
                                                      Gdzie urny prochów pod wierzby wiosenne
                                                      Skryły się dumać jak łabędzie senne;
                                                      Polsko ty moja! gdy już nieprzytomni
                                                      Będziemy - wspomnij ty o nas! o wspomnij!
                                                      Wszak myśmy z twego zrobili nazwiska
                                                      Pacierz, co płacze, i piorun, co błyska1....
     
    Jakże długie i jednostajne wydają się dni więźniowi, kiedy za całe towarzystwo muszą mu wystarczyć własne ponure myśli. Mijały dni, tygodnie, miesiące, a Nina dalej przebywała w celi więziennej. Traktowano ją tu po ludzku, nikt jej nie ubliżał, nie przesłuchiwał i nie bił. Oficerowie byli uprzejmi, a nawet narażali się dla niej, przynosząc wiadomości od Jagi.
     Nianię widywała codziennie. Przychodziła pod więzienie rano i odchodziła wieczorem, kiedy zapadał zmrok. W deszcz lub upał, w dni słoneczne, czy pochmurne, siedziała na murku i wpatrywała się w okno celi. Oddalała się na dwie, trzy godziny, ale zawsze wracała, siedząc aż do zmierzchu. Nina otrzymywała od niej paczki z owocami, czystą bieliznę i słodycze. Listów nie wolno było pisać. Patrząc przez otwór w zabielonej wapnem szybie, Nina gorzko płakała, bolejąc nad losem Jagi. Biedna niania zamiast spokoju i dobrobytu, miała dramatyczną starość, a ona nie mogła pośpieszyć jej z pomocą. 
    Nadeszła pełnia lata i Nina zaczęła powoli tracić rachubę czasu. Nasilały się upały, w zamkniętej celi uczyniło się nieznośnie gorąco. W drodze łaski, pozwolona jej na krótki spacer po podwórzu więzienia, ale przechadzanie się w zamkniętej przestrzeni, ze strażnikiem obserwującym ją uważnie, tak ją denerwowało, że wolała pozostać w celi. Nie pozwalało jej kontaktować się z innymi więźniarkami, trzymając w ścisłym odosobnieniu.
   Wyglądając przez szparę w szybie, Nina ze zgrozą uświadomiła sobie, że niedaleko, bo na ulicy Warszawskiej, wykonano wyrok śmierci na Auguście Jasińskim, dowódcy ataku na Szydłowiec, w styczniu 1863 roku, oraz rozstrzelano pułkownika Zygmunta Chmieleńskiego, w grudniu ubiegłego roku. Nie wiedziała, jaką decyzję w jej sprawie podejmą carskie władze i bała się nawet o tym myśleć. Brak ruchu na świeżym powietrzu i przebywanie w zamkniętym pomieszczeniu, zaczęło się odbijać na jej zdrowiu. Niedomagała, pobladła i jeszcze bardziej zeszczuplała. Cera jej stała się wprost przeźroczysta, jak z alabastru. 
   Wezwany przez komendanta więzienia lekarz więzienny, obejrzał ją bez większego zainteresowania i zapisał jakieś proszki. Co więcej mógł w tej sytuacji zrobić? Nina proszki wrzuciła do kubła i na tym kuracja się zakończyła. Bardzo osłabiona, całymi dniami leżała na łóżku wpatrując się w sufit i milcząc. Śledztwa nie wznawiano i nikt się nią nie interesował i w końcu zaczęła się obawiać, że zgnije w tym więzieniu zupełnie zapomniana.
     Przyzwyczaiła się jadać z blaszanej miski i pić z glinianego kubka. Powoli w jej pamięci zacierały się wspomnienia wykwintnych posiłków, w pięknej jadalni pałacu. Potraw podawanych na kosztownej porcelanie saskiej, koreckiej lub chińskiej z rodowymi herbami, oraz srebrnych sztućcach. Już od przeszło pół roku jej palce nie dotknęły klawiatury fortepianu. Obawiała się, że nigdy nie odzyska dawnej biegłości. Leżąc całymi dniami na łóżku, zaczęła śnić na jawie. Miała złudzenie, że jest w Makowie i widzi uśmiechniętą twarz cioci Tekli, pochylającej się nad nią. Czuła jej chłodną rękę na swoim rozpalonym czole i słyszała cichy szept. Lecz gdy Nina próbowała jej dotknąć, zjawa rozpływała się i znikała. Czasami zjawiali się wuj Ksawery i ciotka Maria, a niekiedy proboszcz. Słyszała zrzędzenie wojewodziny, a gdy miewała stany podgorączkowe, dobiegał z dala do jej uszu ptasi chichot Pauli. Jedynie Aleks i Jaś nie przychodzili do niej nigdy w gorączkowych majakach.
     Pewnego razu przyśnił się jej Walenty. Razem chodzili po makowskim ogrodzie, pośród śnieżnych chryzantem. Twarz starego kamerdynera była gładka, radosna, niemal młodzieńcza i sprawiał wrażenie bardzo szczęśliwego.   Obudziła się, czując w sercu ból i ogromną tęsknotę.

  O tej porze w Makowie było przepięknie. Nad koronami ogromnych lip mruczały pszczoły, zbierając z kwiatów nektar, nagrzane powietrze pachniało miodem. W rosarium rozkwitały najpiękniejsze róże, a powierzchnia stawu podobna była do tafli błękitnego szkła. Zamknąwszy oczy Nina marzyła, że przechadza się cienistymi alejami parku, lub cwałuje po wzgórzach na Mignon, a wiatr rozwiewa jej włosy. W takich chwilach była niemal szczęśliwa. Lecz obudziwszy się z marzeń stwierdzała z rozpaczą, że leży na twardym łóżku w celi i wtedy wprost pragnęła śmierci.
     Pewnej nocy, gdy dręczyła ją gorączka, przyśniły się jej ciocia Salomea i Emilka. Obie miały na sobie żałobne suknie i twarze zakryte czarnymi welonami, w dłoniach trzymały palące się gromnice. Nie przemówiły do niej ani słowa, ale Nina nawet we śnie zrozumiała, że przyszły się z nią pożegnać. Obudziła się drżąc z przerażenia na wspomnienie ich przejmującego smutku. Nie wiedziała, co powinna zrobić. W końcu, pełna rozterki, podniosła się z łóżka, uklękła i odmówiła "Wieczne odpoczywanie". 
    Nie wierzyła, że modlitwa może pomóc zmarłym, lecz nic innego nie przychodziło jej do głowy. Próbowała odgadnąć, jakie były ich dalsze losy. Czy zamarzły w bydlęcym wagonie, a ich zwłoki wyrzucono na pobocze toru, jak padlinę? A może umarły z głodu, a bezimienne ciała, pochowano bez trumny i krzyża, w jakimś dole? Po tym śnie miała już absolutną pewność, że obie panie Borutyńskie nie żyją. Myśląc o nich, nie płakała. Dla nich męka już się skończyła i nawet sam car nie zdoła ich skrzywdzić. Są poza zasięgiem przemocy, cierpienia i niedoli. Widocznie nie przeżyły straszliwej podróży, która dla nich zamieniła się w drogę w nieskończoność.
     Któregoś dnia - nie wiedziała nawet jaki to dzień, - drzwi celi otworzyły się i strażnik polecił jej iść za sobą do kancelarii. Weszła tam z sercem ściśniętym trwogą. Ale pierwsze co ujrzała, to były jej rzeczy, które oddała do depozytu i reszta pieniędzy. Oficer kazał jej sprawdzić, czy czegoś nie brakuje i podpisać odbiór. Poczuła, że nogi ma z waty i kolana uginają się pod nią. Widocznie zebrał się sąd i pewnie zostanie zesłana.....
- Jest pani wolna, Nino Alfredowna. - oświadczył oficer z nieukrywanym żalem.
     Musiała oprzeć się o biurko, żeby nie upaść i patrzyła na niego z niedowierzaniem, posądzając go o jakiś okrutny żart. Ale twarz mężczyzny była poważna.
- Naprawdę mogę stąd odejść? - spytała cichutko, nie mogąc jeszcze uwierzyć we własne szczęście. Wydało się jej, że to sen z którego obudzi się do ponurej rzeczywistości.
- Oczywiście. Przepraszam, nie chciałem pani przestraszyć.- powiedział łagodnie, zauważywszy jak bardzo zmieniła się na twarzy. - Jest pani wolna, ale jeszcze musi pani porozmawiać z prezesem komisji śledczej.
     Jej rozpromienione oczy momentalnie przygasły. Zapewne wcale jej nie wypuszczą, tylko wywiozą gdzieś do innego więzienia, może nawet do Cytadeli? Zapewne prezes wezwał ją, aby wysłuchała wyroku. Zabawiają się z nią, jak kot z myszą, zanim jej nie pożre.
- Obawiam się, że to nie koniec. Może jeszcze tu wrócę. - westchnęła.
- O, byłoby nam bardzo miło, bo jeszcze nigdy te mury nie gościły tak pięknej damy. Ale nie jesteśmy egoistami. Pani pesymizm jest nieuzasadniony. Mam w ręku rozkaz uwolnienia pani, a reszta to tylko formalność. Ale w ratuszu proszę uważać na każde słowo. - ostrzegł ją życzliwie.
     Ręce tak się jej trzęsły, że musiał jej pomóc pozbierać rzeczy i włożyć je do torebki. Raz jeszcze powróciła do celi, po pozostawione tam drobiazgi toaletowe i nareszcie znalazła się na ulicy. Przed bramą więzienną stała dorożka i żandarm, który ją tutaj przywiózł. Wsiadła i pojechali bardzo wolno, przepuszczając maszerującą kolumnę wojska. Mogła swobodnie obserwować uliczny ruch. Co jakiś czas mijał ich konny patrol kozacki, lub szwadron kawalerii, a końskie kopyta wzbijały z jezdni tumany kurzu, bo dawno nie było deszczu. 
 Kozacy ordynarnie zaczepiali przechodzące kobiety, albo chłostali nahajkami mężczyzn, którzy mieli nieszczęście wydać się im podejrzanymi. Pomimo tych przykrych widoków, Nina poczuła się jak ptak, zbyt długo trzymany w klatce i nagle wypuszczony na wolność. Ruch na ulicy przyprawił ją o szalony ból głowy, a widok drzew i nieba upajał. Spostrzegła ze zdziwieniem, że niektóre liście na drzewach są już żółte - pierwszy znak nadchodzącej jesieni. Kiedy została aresztowana, był zaledwie kwiecień.
     Miasto najwidoczniej było zastraszone i sterroryzowane. Przechodnie chyłkiem przemykali pod ścianami kamienic śpiesząc się, aby umknąć spod oka policjanta, lub tajnego agenta. Nikt się nie śmiał, nie rozmawiano z sobą, wszędzie dostrzegała smutek i przygnębienie. W rynku oczy jej ujrzały straszny widok. Na stojącej na środku placu szubienicy, kołysało się kilka wiotkich sylwetek wisielców. Pomiędzy nimi trup zakonnika w bernardyńskim habicie. Jeden z powieszonych miał na sobie szarą powstańczą kurtkę, podartą i pokrytą plamami krwi. W innym wisielcu poznała mężczyznę katowanego nocą przez śledczego. Zrobiło się jej niedobrze i prędko spuściła oczy.
     Żandarm zauważywszy, że przypatruje się powieszonym powiedział półgłosem:
- Ten buntowszczyk w kurtce, to kapitan Bezkiszkin. Oj, gieroj z niego był. Jego wielmożność, pan śledczy, powiedział mu coś niemiłego, a ten dał mu w mordę! Ot i powiesili sokoła, zamiast po żołniersku rozstrzelać.
     Nina słyszała o tym powstańcu, oficerze carskiej armii i rodowitym Rosjaninie. Walczył ze swoim oddziałem, gdzieś pomiędzy Opatowem, a Opocznem. Jeszcze w kwietniu, po wygaśnięciu walk, działał w Sandomierskim i wpadł w łapy kozaków kubańskich, broniąc się do ostatka2. W powstaniu brało udział wielu Rosjan po stronie polskiej. Nawet w partii Czachowskiego i w armii Bosaka, walczył rotmistrz Mitrofan Podhaluzin3, junkier 4 pułku kozaków dońskich. 
    Z dezerterów dragońskich i kozackich stworzono formację"powstańczych kozaków".W ataku na Opatów uderzyli pierwsi, otwierając drogę powstańczej piechocie. Słyszała, że po upadku walki zbrojnej Podhaluzin wycofał się do Galicji. Miał pseudonim "Huragan" i o jego odwadze opowiadano sobie legendy.
     Widok wisielców tak nią wstrząsnął, że wysiadła z dorożki złamana i pełna najczarniejszych przeczuć. Obawiała się, że przywieziono ją tutaj, aby wznowić śledztwo. Przypadki ponownego aresztowania były na porządku dziennym. Czasami nawet po kilku latach skazywano ludzi za to samo przewinienie. Generał Bellegarde, nowy naczelnik wojenny guberni radomskiej, działał bardzo energicznie i skutecznie. Wyrok zapadał za wyrokiem, czasami zdarzało się, że wieszano nieletnie dzieci, tępiąc najmniejszy ślad buntu.
     W sali siedział tylko prezes komisji śledczej i bez słowa, wskazał jej ten sam twardy stołek, na którym siedziała w czasie pierwszego przesłuchania. Sam zajął się wertowaniem grubej księgi, nie zwracając na nią uwagi, jakby całkiem zapomniał o jej obecności. Chrząkał, przewracał kartki leżących przed nim dokumentów i coś pisał. Pomyślała, że wkrótce minie pierwsza rocznica zesłania Emilki i wyjazdu cioci Salomei. Może teraz przyszła kolej na nią? Postanowiła, że nie pokaże po sobie strachu, choćby nawet odczytano jej wyrok śmierci.
     Pułkownik podniósł głowę i jego wzrok skrzyżował się z jej twardym, wyniosłym spojrzeniem. Odkryła z zadowoleniem, że znalazłszy się z nim twarzą w twarz, przestała się bać. Zwykle jej lęk budziło to, co niejasne. Lecz stanąwszy oko w oko z rzeczywistym przeciwnikiem, momentalnie znajdowała w sobie siły do dalszego oporu. Miała w sobie tyle odwagi, że zachowanie prezesa nie odebrało jej opanowania. Wytrzymała jego ostry wzrok z taką mocą, że zmuszony był spuścić oczy. Odkaszlnął i poprawił się na krześle.
- W drodze wyjątku.- przemówił suchym, służbowym tonem - ze względu na zły stan zdrowia pani, zawieszamy na razie karę więzienia. Jednakże śledztwo nie zostało jeszcze definitywnie zakończone. Musimy sobie wiele powiedzieć.
     Nina wysłuchała go zdumiona.
     Władze carskie bynajmniej nie przejmowały się takimi subtelnościami, jak stan czyjegoś zdrowia. Wyroki zapadały na ludzi ciężko chorych, lub rannych. Generała Sierakowskiego kat wciągał na szafot, bo sam nie mógł wejść. Nawet nieprzytomnych przywiązywano do pala i rozstrzeliwano. Milczała jednak, nie chcąc go na wstępie rozdrażnić.
- Na razie jest pani wolna, ale nie wolno pani oddalać się z miasta. Co siedem dni, jest pani obowiązana zgłaszać się na posterunek żandarmerii.
Dama w czarnej krynolinie.
     Nina posmutniała. Małe słówko"na razie", nie wróżyło nic dobrego na przyszłość. Wiedziała, że odtąd policja będzie ją nachodzić, rewidować, i każdej chwili może ponownie znaleźć się w więzieniu.
- Nie ukrywam, że od tego, co nam pani powie zależy, jak panią potraktujemy. - dodał prezes po chwili milczenia. - Czy wyraziłem się jasno?
- Tak.
- A więc wracamy do tematu; kto próbuje skontaktować się z panią?
     Pomyślała, że przesłuchanie zaczęło się dla niej pechowo. Skupiła całą przytomność umysłu i oświadczyła głosem pewnym i przekonującym:
- Panie pułkowniku, stwierdzam z całą stanowczością, że za granicą nie posiadam nikogo, kto interesowałby się moim losem. Moja bliska rodzina wymarła, mam tylko siostrę cioteczną, panią Bibiannę Świerczyńską. Jacyś dalsi krewni ze strony męża, których nigdy nie poznałam, z pewnością się mną nie interesują. Jestem uboga i nie mam wpływowych przyjaciół.
- Doprawdy?- lekko uniósł jedną brew, a po jego wąskich wargach przemknął sceptyczny uśmiech. - Mniemałem inaczej. Ale proszę mówić dalej.
     Nie zważając na tę dygresję, ciągnęła:
- Jedyną osobą, z którą utrzymuję korespondencyjny kontakt, jest moja siostra mieszkająca w Świerszczynach w Wielkopolsce.
- W Prusach Wschodnich.- poprawił odruchowo. - A kiedy zwrócono się do pani z konsulatu brytyjskiego? - zadał niespodzianie podchwytliwe pytanie.
- A po co? - zdziwiła się tak szczerze, że spojrzawszy na nią, ze zniechęceniem potrząsnął głową. - Nie ułatwia mi pani pracy. - zauważył zgryźliwie.
     Nina niemal fizycznie czuła, że narasta w nim gniew. Podniosła głowę i mocno zacisnęła dłonie, jak robiła to zawsze w trudnych chwilach. Pod pozornym spokojem ukrywając dręczący ją lęk, odpowiedziała dobitnie:
- Czy pan pułkownik sądzi, iż aresztowanie, bicie, próba gwałtu i kilkumiesięczne więzienie sprawiło mi taką przyjemność, że celowo zatajam lub przemilczam prawdę, aby dłużej przebywać w towarzystwie kryminalistów? - zapytała podniesionym tonem. - Przecież ten ktoś mnie gubi!
     Prezes z uwaga przeczytał jakiś dokument, złożył go starannie i schował do szuflady. Jego twarz przybrała nieco łagodniejszy wyraz.
- A jednak uważam, że nie jest pani ze mną szczera. Ktoś z pewnością pani poszukuje.
     Nina aż podskoczyła ze złości na twardym stołku.
- Dlaczego uparliście się, żeby wplątać mnie w tak niebezpieczną intrygę? Czy nie dosyć wycierpiałam? Straciłam wszystko, co miałam najdroższego, w jednej chwili stałam się nędzarką, bez dachu nad głową. Więzicie mnie i katujecie, podejrzewam, że to jeszcze nie koniec moich cierpień. Czego ode mnie chcecie? Przecież nie powiem wam czegoś, o czym nie mam pojęcia! Mój mąż sam, z własnej woli wybrał swój los. Nie miałam wpływu na jego decyzje. Zginął, pozostawiając mnie w nieutulonej rozpaczy i bez środków do życia. Może i pan pułkownik ma córkę? Czy życzyłby jej pan takiego losu, jaki mnie zgotowaliście, bez mojej winy? Niechże mi pan szczerze odpowie!
    Westchnął, a jego obojętna, kostyczna twarz jakby na moment odtajała. Wyciągnął z szuflady czytany przed chwilą dokument i ponownie go przejrzał. Nina dałaby wiele, żeby dostrzec, co tam napisano.
- O ile nie popełni pani błędu, nikt pani nie skrzywdzi.- jego głos zabrzmiał nieco uprzejmiej. Nie zwracał się już do niej "wy", jak do osoby niskiego stanu, lecz mówił "pani". - Traktujemy panią, jak każdego podejrzanego.
     Wzruszyła ramionami.
- Pan pułkownik jest przekonany, że każdy podejrzany jest winny?
     Nie odpowiedział, tylko zadzwonił. Wchodzącemu żandarmowi kazał przynieść gorącej herbaty. Mocno ją osłodził, dodatkowo biorąc mały kawałek cukru do ust i żując go, popijał niemal wrzącym napojem.
- Trafnie pani zauważyła, że nie życzyłbym takiego losu własnej córce. Nie próbuję również niczego pani imputować. Ale mam obowiązek sprawdzić, czy nie knujecie nowego spisku. A może ktoś zamierza ułatwić pani ucieczkę z kraju?
- Ucieczkę?- zawołała czując, że serce kurczy się jej z przerażenia.- Kto i za co? Bo nie jestem aż tak naiwna żeby wierzyć, iż są ludzie, którzy za darmo ułatwiają przejście za granicę. Nie posiadam tak bezinteresownych znajomych. Możecie to sprawdzić.
- Nawet w Ameryce Północnej? - zadał to pytanie udając, że zagląda w dokumenty. Ale jego uwadze nie uszedł wyraz niebotycznego zdumienia malującego się na jej twarzy.
- Pan pułkownik raczy sobie ze mnie żartować! - Nina musiała zaczerpnąć tchu z niebotycznego zdziwienia.- W Ameryce? A cóż by tam robił człowiek dobrze urodzony? To kraj niecywilizowany i wpół dziki. Zresztą tam jeszcze trwa wojna.
     Prezes nie przejął się tym wybuchem oburzenia, ale stuknąwszy palcem w leżący przed nim dokument, oświadczył:
- Mamy sygnały, że konsulat amerykański interesuje się panią. Czy wiadomo pani o tym?
     Zaczęła drżeć, bo przesłuchanie ponownie skojarzyło się jej z koszmarem, przeżytym poprzednio w tym miejscu.
- Panie pułkowniku, ja wiem, że od dawna macie mnie na oku. Czy kiedykolwiek dałam powód, żeby mnie podejrzewać, iż szukam pomocy za granicą? Nie jestem dzieckiem i zdaję sobie sprawę, jakie mogłabym ponieść konsekwencje.
- Ostrzegam, niech pani unika styczności z osobami podejrzanymi. Gdyby ktoś próbował porozumieć się z panią, proszę natychmiast nam o tym donieść. - z pewnym politowaniem obrzucił wzrokiem jej wynędzniałą twarz. - Tym samym uniknie pani bardzo surowej kary.
- Czy mogłabym się dowiedzieć, kto mnie poszukuje?
- Nie. Ale z całą pewnością, ktoś nielegalnie próbuje zbliżyć się do pani.
- Kiedy ja nie mam nic do ukrycia! - krzyknęła, wyprowadzona z równowagi. - Ten ktoś nie jest moim przyjacielem, bo naraża mnie na niebezpieczeństwo.
- Słusznie. - potwierdził. - Jeszcze jedno. Kim był rosyjski oficer, przeprowadzający rewizję w Zameczku?
     Niespodziewana zmiana tematu bardzo ją zaniepokoiła.
- Nie znam go.- odpowiedziała spokojnie. - Przyjechali w nocy i zrobili na folwarku bardzo dokładną rewizję, ale oficer zachowywał się uprzejmie i nie mam do niego żadnych pretensji.
     Prezes żachnął się i gniewnie ściągnął brwi.
- Chce mi pani wmówić, że mąż pani nigdy nie był ranny i nie przebywał w Zameczku? - odezwał się ostrym, gniewnym tonem. - Ten człowiek musiał doskonale znać pani męża i dlatego go nie aresztował.
- Jestem z panem pułkownikiem absolutnie szczera. On mego męża wcale nie widział!
- Pani kłamie! - uderzył dłonią w stół.
- Nie, mówię prawdę! Nie mógł męża widzieć, bo go w Zameczku już nie było. Przewiozłam go do Makowa! - oświadczyła, patrząc mu prosto w oczy. 
    Nie mogła dopuścić, żeby ten dobry, szlachetny Rosjanin został zdegradowany i skazany na karę śmierci. Jej odważne przyznanie się, zaimponowało pułkownikowi.
- Więc twierdzi pani, że Żabiec mówił nieprawdę ? - spytał łagodniej.
- On nie kłamał. Po prostu nie wiedział, że męża już w Zameczku nie ma. Panowie zapewne zorientowali się, że ten stary chłop jest nienormalny. Po tragicznej śmierci syna, jakby oszalał i całą nienawiść skupił na moim mężu, oskarżając go o morderstwo. Nie chciał uwierzyć, że młody Żabiec zawiedziony w miłości popełnił samobójstwo, zastrzeliwszy przedtem kobietę, którą kochał. Było przecież śledztwo i policja miała na to niezbite dowody.
- Więc to są osobiste rozgrywki?
- Niestety tak i mój mąż zapłacił za to życiem! - miała nadzieję, że nareszcie udało się jej go przekonać, bo zamknął teczkę z dokumentami i skinął głową.
- To wszystko. Może pani odejść. Proszę zgłaszać się co tydzień do siedziby żandarmerii.
     Wyszła z sali chwiejąc się na nogach, oblana zimnym potem i oszołomiona. Wiadomość, że interesuje się nią osoba zamieszkująca, być może, w Ameryce, wydała się jej kompletnie absurdalna. Bez względu na to, jakie ten ktoś miał intencje, wpędził ją swoimi staraniami w nieszczęście. To przez niego została aresztowana na dzień przed ucieczką za granicę, bita i więziona. Na samą myśl o tym, zgrzytnęła zębami i miała ochotę bardzo brzydko zakląć. Pewnie wypuszczono ją z więzienia na przynętę, w nadziei, iż prędzej czy później, ktoś się do niej odezwie, a wtedy wpadnie w ich łapy.
Prezydent Lincoln.
     W tym okresie, stosunki pomiędzy carską Rosją, a Stanami Zjednoczonymi, były wprost czułe. Prezydent Lincoln ostro potępił polskie powstanie, piętnując je jako bunt przeciwko prawowitemu monarsze i wielokrotnie dawał wyraz swemu oburzeniu na Polaków. Powstańcy nienawidzili go za to łaszenie się do tyrana i zaborcy. W późniejszych czasach młodzi carewicze wizytowali Amerykę Północną, zawsze przyjmowani serdecznie i z całym ceremoniałem.
     Minąwszy bramę ratuszową, odruchowo wysoko podniosła głowę i się wyprostowała. Na razie była wolna. Teraz najważniejszą sprawą było odszukanie Jagi i znalezienie jakiegoś kąta. Do Bodzentyna nie mogła powrócić. Pewnie niania, jak zwykle, siedzi przed więzieniem i patrzy w okno celi, w której jej już nie ma. Przełamując niechęć do ponownego oglądania znienawidzonego gmachu, Nina śpiesznie skierowała się w tamtą stronę, ale nie uszła nawet stu kroków, kiedy z bocznej uliczki wysunęła się Jaga. 
     Ujrzawszy Ninę, stanęła jak wryta, rozłożyła ramiona, a potem prędko do niej podbiegła. Twarz miała spopielałą, ściągniętą bólem, lecz oczy jej rozbłysły wprost nieopisaną radością. Objęły się kurczowo, z całej siły i osunęły na kolana. Na twarz, ręce, a nawet suknię Niny spadł grad pocałunków wilgotnych od łez. Klęcząc na brudnym chodniku, tuliły się do siebie płacząc, obsypując się pieszczotami i wpatrując w siebie z niedowierzaniem.
- Nina, życie moje, córeńko, moje dziecko najdroższe! - szlochała niania, tuląc ją do piersi.
     Nina zarzuciła jej ręce na szyję.
- Moja ty, najukochańsza mateczko! - szeptała wśród łez.- Zabito mi Alka, straciłam Maków, ale nie jestem sama, bo mam ciebie. Codziennie widziałam, jak siedzisz przed więzieniem i patrzysz w moje okno. To dla ciebie starałam się przetrwać. Twoja obecność utrzymywała mnie przy życiu. Jesteś święta. Żadna matka nie zrobiłaby więcej dla swego dziecka. Nie umiem nawet wypowiedzieć, jak ogromnie jestem ci wdzięczna i jak bardzo cię kocham, moja ty, ukochana matuchno!
     Jaga odgarnęła jej włosy z czoła i wpatrzyła się w twarz Niny, spojrzeniem przepełnionym macierzyńską miłością. Ochłonąwszy nieco, podniosły się i przytulone do siebie, poszły na mały skwerek, gdzie stała kamienna ławka. Rozmawiały z sobą półgłosem, pragnąc w kilku słowach wyrazić wszystko, co czuły i przeżyły od chwili rozstania.
- Jak ci siepacze ciebie traktowali? - dopytywała się Jaga.- Miałaś co jeść? Nie znęcali się nad tobą?
     Nina spuściła oczy.
- Mogło być gorzej. - westchnęła cicho.
- Jezu! - jęknęła niania. - Czy już Boga nie ma na niebie? Po co ja ciebie pytam, przecież widziałam jak wyglądałaś, kiedy wyprowadzali cię z ratusza. Cała pokryta sińcami, poraniona. - ze zgrozą dostrzegła bladoróżową bliznę, widoczną na czole ukochanego dziecka. 
    Był to ślad dużej rany, jaką Nina odniosła, gdy rozwścieczony śledczy walił jej głową o ścianę dopóty, aż zemdlała.
 - Bili moje słodkie kociątko! Chryste, ja nie mogę nawet znieść tej myśli! To potworne! - niania rozpłakała się z bezsilnej rozpaczy i żalu.
- Było, minęło. - Nina nie mogła zdobyć się na uśmiech, widząc zupełnie posiwiałe włosy biednej niani, wymykające się spod ciemnego czepka. 
   Jeszcze niedawno taka żywotna, energiczna kobieta, teraz sprawiała wrażenie starej i słabej. Bardzo wychudła, a jej okrągła twarz była zabiedzona i smutna. Nina pochyliła się i z najgłębszą czcią i miłością ucałowała jej obie spracowane, najdroższe ręce.
- Uciekajmy córeńko z tego miasta i wracajmy do Bodzentyna. - powiedziała Jaga, dręczona niepokojem i obawą, że nie wszystkie nieszczęścia są już za nimi.
- To niemożliwe, kochana. Nie wolno mi oddalać się z Radomia, bo zostanę znowu aresztowana. Śledztwo wcale nie zostało ukończone i muszę co tydzień zgłaszać się do żandarmerii. Mówiono mi, że starałaś się o moje uwolnienie.
- O moje najdroższe dziecko, co ja mogłam zrobić? Jestem tylko starą, nic nie znaczącą kobietą.- Jaga westchnęła boleśnie. - Przegonili mnie sprzed domu generała, nawet go nie widziałam i wcale nie chcieli mnie wysłuchać.
     Jaga nie wspomniała, że kilkakrotnie chodziła pod rezydencję Bellegarde'a, uparcie na niego wyczekując. Bita i przepędzana wracała, lecz w tym czasie generał przebywał w Warszawie, a oficerowie drwili z niej i stroili sobie żarty..
- Więc to nie tobie zawdzięczam wolność? - zdziwiła się Nina.
- Nie, kochanie. Doktor Setkowicz także starał się o twoje uwolnienie. - wokół ust Jagi pojawił się cień uśmiechu. - Może to on pomógł ci wyjść z więzienia?
- Raczej nie.- szepnęła Nina do siebie, wyobrażając sobie jakie piekło musiała przejść niania, sama, bezradna, pomiędzy bezlitosnymi, okrutnymi oprawcami.
- Dziękuję ci, moja ukochana, za twoje poświęcenie. Jesteś dla mnie całą moją rodziną, matką, ojcem, świętą...
- To ty jesteś święta, moja męczennico. Cierpisz za niepopełnione winy. Drogie, nieszczęśliwe dziecko.
- Nie jestem nieszczęśliwa, bo mam ciebie. Powiedz mi, gdzie mieszkasz? Muszę się zaraz wykąpać, bo lepię się od brudu. W celi wstydziłam się rozebrać, bo ciągle mnie podglądano. Od chwili aresztowania, chodzę w jednej i tej samej sukni. Jest brudna i pokrwawiona. Chodźmy stąd!
     Wstała z ławki i pomogła podnieść się Jadze. Ujęły się pod ręce i poszły wąskimi, zakurzonymi uliczkami, byle dalej od rynku.
- Mieszkam w takiej starej ruderze. - powiedziała Jaga, wolno człapiąc i wpatrując się w swoje podniszczone buty. W Makowie wyrzuciłaby je dawno na śmietnik. - Ot, tyle żeby gdzieś głowę przytulić.
- A doktor Setkowicz jest w Radomiu? Oj, nianiu, chodźmy szybciej, bo ten stójkowy coś za bardzo nam się przygląda!
     Skręciły w ulicę Rwańską i pośpieszyły w kierunku dawnej Bramy Lubelskiej. W podwórzu jednej ze starych kamienic, był tani hotelik i w nim zatrzymała się Jaga. Po drodze zdążyła opowiedzieć, że Mira dalej przebywa w Bodzentynie, ale doktor Setkowicz przyjechał do Radomia następnego dnia po aresztowaniu Niny i próbował dostać się do niej, lecz odmówiono mu widzenia się z uwięzioną.     Apelował do śledczego, powołując się na jej niedawną śmiertelną chorobę, ale nic nie wskórał. Naturalnie Jaga nie znała wszystkich szczegółów jego starań.   On, taki dumny, żebrał o łaskę dla Niny. 
    Całymi dniami wystawał w przeróżnych poczekalniach i przedpokojach oficerów żandarmerii, prosząc, błagając, płaszcząc się przed nimi, żeby za cenę swego poniżenia wyciągnąć ją z więzienia. Doświadczał na sobie biurokratycznych szykan i zimnej urzędniczej procedury. Odsyłano go od Annasza do Kajfasza, a często wcale nie chciano z nim rozmawiać. Wyrzucano go z urzędów, a nawet bito. Znosił to z nadludzką cierpliwością i niezrażony, dalej kołatał do miejskich dostojników. Pewien znajomy lekarz z radomskiego szpitala, polecił go szefowi żandarmerii, cierpiącemu na zadawniony wrzód na szyi.
     Setkowicz złożył mu wizytę, obejrzał schorzenie i oznajmił, że konieczna jest operacja. Żandarm wiedział o tym, ale panicznie bał się zabiegu. Setkowiczowi udało się go przekonać i zaręczył, że operacja będzie udana. Jego pewność siebie zaimponowała żandarmowi. Dygnitarz zgodził się poddać zabiegowi, obiecawszy lekarzowi, że w razie niepowodzenia zostanie natychmiast powieszony! Operacja się udała, ale Setkowicz nie przyjął zapłaty. Zaintrygowany tym żandarm, raczył zainteresować się jego sprawą. Usłyszawszy o kogo chodzi, wybuchnął śmiechem.
- To pan także interesuje się tą ślicznotką? U, twarda z niej sztuka! Śledczego ręka rozbolała, a ta ptaszka nie puściła farby i milczała jak zaklęta. On bił, a ona ani mru mru! Ot, polska arystokratka, gierojka!
     Setkowicz pobladł śmiertelnie i do głowy przyszła mu szalona myśl, żeby trzymanym w dłoni skalpelem poderżnąć gardło temu bydlakowi.
- Dlaczego ją bito? - wykrztusił, mając ochotę krzyczeć i walić pięściami w opasłą mordę żandarma. - Przecież to chora kobieta i potrzebuje spokoju.
- Kiedy ktoś zgrzeszy, należy go skarcić. No, już dobrze! Nic złego się ślicznotce nie stało.- zapewnił, widząc płomienie zapalające się w czarnych oczach lekarza.- Nie zamierzamy jej krzywdzić, bo ma bardzo możnych opiekunów. - przyznał się, robiąc tajemniczą minę. - Jej losem interesują się obce ambasady, a nawet dopytywał się o nią ktoś z carskiego dworu! Nie chcemy się narażać. Nic gołąbce nie będzie, trochę posiedzi i wyjdzie.
- Ambasady, dwór carski? - to nie mogło Setkowiczowi pomieścić się w głowie. - O ile wiem, pani Klonowiecka nie ma znajomości w tych sferach.
- A jednak. - żandarm skrzywił się z bólu. - Cóż my, mężczyźni, wiemy o kobietach? Wodzą nas za nos i robią, co chcą. O, nie skrzywdzimy jej, bo jakby ktoś z samego dworu dowiedział się o tym!.... Zadrzeć z taka figurą? Aż strach pomyśleć. Niedługo będzie wolna. Co, wpadła wam w oko? Powiadali, że krasawica, ze świecą drugiej takiej szukać!
- Byłem w Makowie jej osobistym lekarzem i moim obowiązkiem jest dowiadywanie się o moją pacjentkę. - odrzekł Setkowicz, zachowując sztywną oficjalną postawę.
     Żandarm filuternie zmrużył jedno oko.
- Da, da! Mówcie to komu innemu.- zaśmiał się rubasznie, spostrzegłszy lekki rumieniec na policzkach młodego lekarza.
     Jednak Setkowicz nie był pewny, czy interwencja ambasad, a nawet kogoś z dworu carskiego pomoże uwolnić Ninę. Pamiętał głośną sprawę, kiedy w listopadzie ubiegłego roku, rozstrzelano w Warszawie Ignacego Truszyńskiego, rodzonego syna pułkownika żandarmerii i siostrzeńca samego generała Rozwadowskiego, szefa Komisji Śledczej. Młodzieńcowi udowodniono kontakty z Rządem Narodowym i działalność konspiracyjną. Nie uratował go od śmierci ani zrozpaczony ojciec, ani nawet wstawiennictwo wuja generała. 
    Namiestnik hrabia Berg, odrzucił prośbę o ułaskawienie i Truszyński został rozstrzelany na stokach Cytadeli. Nie, powód ewentualnego uwolnienia Niny musiał być zupełnie inny i doktor dopatrywał się w słowach żandarma ukrytej treści. Odrobinę spokojniejszy powrócił do Bodzentyna, dzieląc się informacjami z Mirą i Siekielskimi. Zamierzał zlikwidować swoje sprawy i przenieść się do Radomia, przyjmując proponowaną mu pracę w miejskim szpitalu. Pocieszał rozpaczającą Mirę i zamartwiających się Siekielskich zaręczając, że Nina wkrótce wyjdzie na wolność. Ale ani słowem nie wspomniał, że była torturowana, nie chcąc dodatkowo martwić przyjaciół.
     Nina, słuchając opowiadania niani o wysiłkach doktora, wiedziała, że ten wspaniały człowiek walczył o jej uwolnienie równie uparcie, jak niegdyś w czasie choroby, walczył o jej życie. Była mu za to bezgranicznie wdzięczna.
     Hotelik, gdzie zatrzymała się Jaga, znajdował się w brudnym, ponurym budynku. Wdrapały się na drugie piętro, po drewnianych, skrzypiących schodach. Pokój był ciemny i obskurny, na ścianach widoczne były ślady po pluskwach i nieprzyzwoite napisy. Niedomykające się okno wychodziło na studnię podwórza, cuchnącego pomyjami i wychodkiem. Właściciel tego brudnego przybytku, bardzo dokładnie sprawdził dokumenty Niny, nie życząc sobie wizyty rewirowego. W czasach, kiedy władze carskie stosowały odpowiedzialność zbiorową, każdy był podejrzany.
     Nina postanowiła się wykąpać i zapłaciła posługaczowi, który przyniósł do pokoju drewnianą balię oraz gar wrzącej wody i wiadro zimnej. Zrzuciwszy z siebie nieświeżą, poplamioną krwią suknię, z rozkoszą zanurzyła się w wodzie, aż piejąc z zachwytu.
- Nianiu, moja ty najukochańsza mateczko, na razie jestem wolna. Och, nie mogę wprost uwierzyć, że to nie sen. Nie wyobrażasz sobie, jakie to upadlające uczucie być kobietą w tak izolowanym środowisku, jakim jest więzienie. Nieustannie byłam podglądana przez wizjer, nie mogłam się porządnie umyć, ani zrobić siusiu.
- Ale oni nie.... - Jaga spojrzała na nią niespokojnie, nie kończąc zdania.
- W więzieniu traktowano mnie dobrze, nikt mnie nie krzywdził. Ale na śledztwie.....Ten bydlak lejtnant, na ostatnim przesłuchaniu zbił mnie prawie do nieprzytomności i chciał zgwałcić. Kiedy mu w tym przeszkodzono, obiecał, że zrobi to następnej nocy. Na szczęście prezes komisji śledczej przeniósł mnie do więzienia.
- Ręka Boga była nad tobą! - powiedziała Jaga, nie mogąc ukryć łez na myśl, że jej ukochana dziewczynka była bita i napastowana.
     Myjąc się, Nina wspomniała o co ją oskarżono, a po wyjściu z balii, ubrała czystą nocną koszulę i rzuciła się na łóżko, które po twardej więziennej pryczy, wydało się jej całkiem wygodne. Niemal natychmiast usnęła. Przespała pół dnia oraz całą noc, do następnego rana. Nawet przez sen wiedziała, że nie musi się już bać, bo niania czuwa. Nareszcie nie budziły jej już odgłosy więzienne; przechodzenie straży, inspekcja cel i nocne nawoływanie się strażników. Zdarzało się, że nocą przywożono nowych aresztantów, a wtedy cały gmach rozlegał się płaczem, krzykami i rozkazami. Głośno trzaskały drzwi cel.
     Jaga przykryła ją wytartą kołdrą i siedziała przy niej długo, wpatrując się z bólem w jej wychudłą twarz i szarą cerę, właściwą ludziom przebywającym dłuższy czas w zamkniętym pomieszczeniu i bez ruchu. Położywszy się przy Ninie, mocno ogarnęła ją ramieniem i nadsłuchując jej regularnego oddechu, przeleżała nie śpiąc prawie do świtu.
     Po śniadaniu zjedzonym w numerze, obie zaczęły się zastanawiać nad sytuacją.
- Nie podobna zostać dłużej w tym brudzie.- oświadczyła Nina, wpatrując się w okno, w którym, nad studnią podwórza, widoczny był skrawek pogodnego nieba.- Ta nora pochłonęłaby resztę naszych pieniędzy. Trzeba poszukać czegoś innego. Nawet moja cela była czystsza. - obrzuciła pokój pełnym wstrętu spojrzeniem.
     Hotelarz bezkarnie zdzierał z biednej Jagi skórę, wszędzie roiło się od pluskiew rzucających się żarłocznie na każde żywe stworzenie. Nina nie znała dobrze Radomia i nie miała pojęcia, do kogo zwrócić się po radę i pomoc. Każdej chwili mogła z Bodzentyna przyjechać Mira i do tego czasu musiały już mieć własny kąt nad głową. Koło południa wyszły do miasta, rozejrzeć się za jakimś ogłoszeniem o wynajmie pokoju. Hałas uliczny i ruch, ogromnie drażniły Ninę. 
   Zresztą miasto przypominało obóz wojskowy, na każdym kroku widziały mundury policjantów, żandarmów i żołnierzy. W pewnej chwili zatrzymały się bezradnie, nie wiedząc dokąd iść. Na szczęście, Nina przypomniała sobie notariusza, zajmującego się sprawami majątkowymi Borutyńskich. Postanowiła prosić go o pomoc w beznadziejnej sytuacji.
     Starszy pan przyjął je grzecznie, choć z widoczną rezerwą. Wizyta osoby oskarżonej o przestępstwo polityczne, mogła zaszkodzić jego praktyce zawodowej. Jednakże wysłuchał Niny i znalazł się tak uprzejmie, że napisał list polecający do pewnej osoby, wynajmującej umeblowane pokoje. Nowe mieszkanie znajdowało się w najstarszej części Radomia, w pobliżu dawnego grodziska "Piotrówka", założonego w X wieku. 
    Dom był brzydki, dwupiętrowy i mocno odrapany. Miał jednak tę zaletę, że stał na uboczu, z dala od innych kamienic. Właścicielka posesji, stara panna, dewotka, przeczytawszy list polecający, zgodziła się wynająć im mały lokal na parterze, składający się z kuchni, przerobionej z małej komórki, oraz z czegoś w rodzaju saloniku, będącego zarazem sypialnią i jadalnią, umeblowanego starymi gratami. Nina lubiąca wygodę, musiała pogodzić się z faktem, że odtąd będzie sypiała z nianią na łóżku, pozostawiając wąską kozetkę Mirze. Jaga upierała się, że może spać w kuchni na rozstawionym łóżku, ale Nina nawet słuchać jej nie chciała.
- Albo będziemy spać razem, albo ja pójdę spać do sieni! - oświadczyła stanowczo.
     Wróciły raz jeszcze do hotelu, po resztę rzeczy i pozostawiły tam wiadomość dla panny Lutówny.


1J. Słowacki. "Poema Piasta Dantyszka". Ulubiony cytat marszałka Józefa Piłsudskiego.

2Dla celów powieściowych przesunęłam datę śmierci kapitana Macieja Bezkiszkina. Został stracony 17 maja 1864 r.
3W rok po upadku powstania Podhaluzin , został ujęty w Galicji i wydany w ręce władz carskich. 4 grudnia 1866 r. został rozstrzelany w fosie Cytadeli Warszawskiej. Był ostatnim oficerem straconym za udział w powstaniu.