poniedziałek, 17 października 2016

ZAPROSZENIE NA BAL!


 17 października 2016 r.                 
                          Pieśń z Powstania Styczniowego.                                                                       
                                                         
                                       Naprzód drużyno strzelecka.
                                       Sztandar do góry swój wznieś.
                                       Żadna nas siła zdradziecka,
                                       Zniszczyć nie zdoła ni zgnieść.
                                       Czy umrzeć nam przyjdzie na polu.
                                       Czy w tajgach Sybiru nam zgnić.
                                       Z trudu naszego i znoju,
                                       Polska powstanie, by żyć!
                                                    



Wąchock. Odsłonięcie pomnika gen. Mariana Langiewicza.
       Pod koniec lutego, Nina przeziębiła się i zachorowała. Gdy podniosła się z łóżka i jak zwykle udała się do siedziby żandarmerii, przesłuchujący ją oficer nie szczędził jej gniewnych słów:
- Jak pani śmiała zlekceważyć sobie obowiązek zgłoszenia się u mnie? - wrzasnął na powitanie. - Zapomniała pani czym to grozi?
- Byłam obłożnie chora, ale przysłałam panu zawiadomienie, że leżę i nie mogę przyjść. - tłumaczyła, na wstępie zdenerwowana jego ordynarnym zachowaniem.
- O, my się już znamy na waszych chorobach! - warknął. - Niech pani nie uważa mnie za głupca. Mieszka pani na odludziu, ale ja mam swoje sposoby, żeby dowiedzieć się co pani porabia. Nie powiadomiła nas pani o wizycie podejrzanego mężczyzny. Na szczęście wstawił się za nim naczelnik wojenny Bodzentyna, bo w przeciwnym razie byłoby mu ciepło. Pani również! Jest pani pod naszym nadzorem i proszę o tym nie zapominać, bo w przeciwnym razie napyta pani sobie biedy.
    Nina spojrzała na niego ze wstrętem, bo jego nabrzmiała od nadużywania trunków twarz i złośliwe oczka, wywoływały u niej agresję i budziły nienawiść.
- Jeżeli chcecie mi odebrać tę resztę swobody, to możecie mnie aresztować. Przynajmniej znajdę się w towarzystwie porządnych ludzi! - oświadczyła wyprowadzona z równowagi.
     Żandarm przechylił na bok głowę i przypatrywał się jej przeciągle, z miną nie wróżącą nic dobrego.
- Niech mnie pani nie prowokuje. - powiedział cichym, groźnym głosem. - Mam wielką ochotę wpakować panią do jednej celi z ulicznymi dziwkami. Ręczę, że kiedy one wezmą taką ślicznotkę w obroty, wtedy pożałuje pani, że się urodziła. Jeszcze pani nie wie, co to prawdziwe więzienie, bo tutaj rozczulali się nad panią!
Przeszedł ją zimny dreszcz. Wystarczyło jedno jego słowo, a strażnik powlecze ją do celi i zamknie razem z ladacznicami, dając im wolną rękę. Jednak nie okazała strachu, spokojnie patrząc na nabzdyczonego oficera.
- Kto się nade mną rozczulał? - spytała, odchylając gęste włosy i ukazując powyżej czoła dużą, wyraźną bliznę. - Obelgi i razy ladacznic z pewnością będą mniej bolesne, niż przesłuchanie lejtnanta śledczego w ratuszu.
- Widoczne musiała go pani zdenerwować swoją bezczelnością.- oświadczył z przekonaniem.- My także mamy nerwy. Jednak może pani uniknąć cotygodniowych wizyt w naszym biurze. Ręczę, że doskonale wie pani, gdzie zostały ukryte kosztowne rzeczy z pałacu. Właściciel ciągle domaga się ich zwrotu.
Momentalnie Nina zupełnie zapomniała, gdzie się znajduje i z kim mówi.
- Jaki właściciel? - krzyknęła łamiącym się z gniewu głosem. - To ja jestem panią Makowa! Wszystkie te rzeczy były moją własnością i mogłam z nimi zrobić, co mi się podobało!
     Żandarm wyciął pięścią w biurko i zerwał się z krzesła, bulgocząc jak podrażniony indor.
- Ty przeklęta, polska idiotko!- ryknął na nią z góry.- Wszystko w tym kraju jest nasze, rozumiesz? Dziękujcie Bogu, że nasz najjaśniejszy cesarz potraktował was z ojcowską łagodnością. Ja bym was wszystkich powywieszał, zesłał na Ural, zgnoił to niewdzięczne plemię Lachów! - wrzeszczał, aż się zmęczył i zasapał.        
Usiadł i brudną chustką wytarł spoconą twarz.
- Hospody, przez tę przeklętą polską sukę, raz mnie szlag trafi! - mruknął zawzięcie.
- Jak pan śmie tak do mnie mówić! - zawołała oburzona. - Jestem damą!
- Jesteś niczym! - uciął brutalnie. - Jeszcze jedno słowo, a wpakuję cię do celi z włóczęgami i przez pewien czas, zapomnę o twoim istnieniu, rozumiesz? Uważaj! - syknął, pochylając się ku niej i zionąc jej w twarz oddechem przesyconym odorem alkoholu i tytoniu.
    Odchyliła się na krześle, bo zrobiło się jej niedobrze. Nie powinna drażnić tego oprawcy. Była w jego mocy, a kiedy bestia wpadnie w furię, każe zamknąć ją z najgorszymi szumowinami. Pomoc znikąd nie nadejdzie. Zostanie wielokrotnie zgwałcona, a strażnicy jej nie pomogą, raczej przyłączą się do orgii. Na samą myśl o tym, co może się przytrafić, była bliska zemdlenia. Na czoło wystąpiły jej krople lodowatego potu, lecz bała się wykonać jakikolwiek ruch, żeby wytrzeć twarz.
- Informowałam już panów, że część z tych przedmiotów została wywieziona za granicę, a resztę rozkradziono.- odezwała się cichym, przygaszonym tonem.- Ja przecież nie mam żadnych możliwości, żeby te rzeczy odebrać. Mając szansę nie stawiania się tu co tydzień, powiedziałabym co wiem.
- Łżesz, tak samo, jak próbując wmówić nam, że nie wiesz, kto interesuje się tobą z zagranicy.
- Nie kłamię. Zresztą istnieje prosty sposób przekonania się, czy mówię prawdę.
     W oczach żandarma zamigotała iskierka ciekawości. Podniósł jedną brew i z namysłem skłonił ku niej głowę.
- To coś nowego. Słucham.
- Przecież możecie panowie doprowadzić do konfrontacji ze mną, przedstawiciela konsulatu brytyjskiego. Nie mam nic do ukrycia i będę z nim rozmawiać w obecności panów.
    Żandarm z podziwem pokiwał głową.
- Isz ją, jaka chytra! - rzekł z pewnym uznaniem i zachichotał.- Nie wiem, czy więcej podziwiać twój tupet, czy bezczelność!
- Nie rozumiem.
- Ależ doskonale rozumiesz. To byłaby dla ciebie szansa porozumienia się z nimi w naszej obecności!
- Przecież ja w tym miejscu....
- Kompletna wariatka! Przecież Anglicy nie są durniami i nigdy na to nie przystaną. A my nie możemy stawiać im żadnych warunków, bo są to konsulaty mocarstw zaprzyjaźnionych z nami. Zaraz rozpisaliby się o nas w prasie. Przeklęci żurnaliści wypisują bzdury o naszych rzekomych zbrodniach na niewinnej ludności polskiej. Niewinnej? Przecież my tylko poskramiamy nihilistów, anarchistów, bandytów, strzelających z zasadzki do naszych żołnierzy. Powinni nam za to dziękować. Ale my nauczymy was jeszcze pokory! Dobierzemy się wam, bydlaki, do skóry. A wiesz ty, że nasi żołnierze obwozili po Radomiu ścierwo waszego Czachowskiego? Wam na pohybel, nam na sławę! Tak będzie z każdym polskim bandytą i każdą polską suką, Pamiętaj! - zadyszał się i z rozmachem splunął jej pod nogi.
Mauzoleum pułk. Dionizego Czachowskiego.
     Ukryła ręce w mufce, wbijając sobie paznokcie w ciało aż do krwi. Ból przywrócił jej zimną krew.
- Czy wolno mi odejść, a może jestem już aresztowana? - podniosła się z krzesła, patrząc na niego z góry.
     Usłyszała, że za jej plecami otwierają się drzwi. Żandarm zerwał się i stanął na baczność, obciągając na sobie mundur. Odwróciła głowę i zobaczyła wchodzącego do pokoju młodego kapitana żandarmerii. Złożył jej uprzejmy ukłon, kiedy stała bez ruchu, patrząc na niego z obawą. Był bardzo elegancki, pachnący i dobrze wychowany. Ale Nina przypatrywała się mu nieufnie. Nie wiadomo dlaczego, odczuwała przed nim większy lęk, niż przed tamtym wrzeszczącym chamem. Nie wiedziała, co o nim myśleć i to ją niepokoiło. Przez niego nie mogła wyjść z tego pokoju. Na nieznaczne skinienie młodego kapitana, ordynarny żandarm prędko wycofał się z biura, cicho zamykając za sobą drzwi.     
Oficer spojrzał na nią i odezwał się po francusku:
- Może zechce mi pani poświęcić kilka minut? - podsunął jej krzesło, na które ciężko opadła, zastanawiając się ze strachem, co ją jeszcze czeka.
     Kapitan usiadł przy biurku i uśmiechnął się do niej uprzejmie. Był jeszcze bardzo młody i przystojny.
- Dlaczego lejtnant wyszedł taki rozemocjonowany? - zagadnął, rozsiadając się wygodnie.
- Pan lejtnant posądza mnie, że go okłamuję i groził, że zamknie mnie do jednej celi z ulicznicami i włóczęgami. - wyjaśniła cichym głosem.
- Proszę się nim nie przejmować. - oficer niedbale machnął wypielęgnowaną dłonią. - Nasz poczciwy Siemion Jegorowicz, nigdy nie nabierze salonowej ogłady. To prosty żołnierz, szczera dusza. My Rosjanie, zupełnie podobnie jak Polacy, prędko wybuchamy, ale nigdy długo nie chowamy urazy. Taka już nasza słowiańska natura. Siemion Jegorowicz stracił w czasie rebelii brata i trudno mu się dziwić, że niekiedy robi się nieprzyjemny. Przykro mi, że pani ubliżył. Zaraz, co to ja chciałem powiedzieć? - z namysłem wzniósł oczy ku sufitowi, zastygając w skupieniu.
    Nina była przekonana, że jest to tylko poza, mająca uśpić jej czujność i wolała mieć się przed nim na baczności i uważać na każde słowo.
- Patrzę tak na panią i wprost nie wiem, jak mam wyrazić swoje współczucie.- podjął łagodnie, spoglądając na nią z życzliwą litością. - Pani taka młoda i cudownie piękna....O nie, proszę nie zaprzeczać! To nie był komplement, a jedynie stwierdzenie faktu. Jako osoba z towarzystwa, dobrze urodzona, musi pani szczególnie boleśnie odczuwać swoją tragiczną sytuację. To oczywiste. - westchnął i uczynił wytworny ruch dłonią. - Ach, ta polityka....
- Proszę pana, ja nie wiem, czego wy, panowie, chcecie ode mnie. - wyszeptała. - Żądacie informacji, o jakich nie mam pojęcia i mścicie się za moją niewiedzę, obrażając mnie i poniżając.
- Ależ ja pani wierzę! - zapewnił i wyciągnąwszy rękę, końcami palców dotknął jej dłoni. Zauważyła, że miał znakomicie utrzymane ręce, był wypielęgnowany i pachniał dobrą wodą kolońską. - Przed tą nieszczęsną rebelią, z pewnością bywała pani królową każdego balu i rautu. Zna pani Warszawę?
- Owszem.
- Przemiłe miasto, Ja miałem zaszczyt być na wielkim balu na Zamku! Bawiłem się, jak jeszcze nigdy. Cóż to za sympatyczni ludzie... A kobiety, warszawianki, wprost prześliczne. Niestety, Radom to prowincja, ale nawet tutaj staramy się umilić sobie życie. Przecież karnawał trwa tak krótko. Wyobrażam sobie, jak musi być pani przykro, siedzieć tak samotnie w domu, gdy dokoła bale i zabawy.
     Słuchała w milczeniu potoku jego słów, nie wiedząc do czego oficer zmierza.
- Nawet w tak niewielkim mieście urządzamy tańcujące herbatki, zabawy fantowe, a nawet bale!- ciągnął miękkim, przyjemnym głosem. - O, w najbliższą sobotę, władze miasta wydają uroczysty bal, na cześć stacjonującego tutaj mohylewskiego pułku. Bal odbędzie się w sali Resursy Obywatelskiej....- posłał jej wyczekujące spojrzenie, jakby spodziewał się, że ona skomentuje usłyszaną wiadomość. Lecz Nina siedziała bez ruchu, patrząc na niego w milczeniu.
     Westchnął i pochylając się ku niej oznajmił:
- Bal z pewnością będzie bardzo atrakcyjny, ale nasi młodzi oficerowie skarżą się na brak partnerek do tańca. Damy, które zaszczycą nasz bal, spotkają się z entuzjastycznym przyjęciem.
- Nie wątpię.. - szepnęła, byle coś powiedzieć, nadal nie orientując się, o co mu chodzi.
     Sięgnął do szuflady biurka i wyjął z niej sztywny kartonik. Podał go jej z ukłonem. Rzuciła okiem na bilet i zobaczyła, że jest to pięknie wydrukowane zaproszenie na bal dla dwóch osób.
- Przepraszam, jak mam to rozumieć?- spytała zdumiona, trzymając zaproszenie w dwóch palcach.
- Jednoznacznie.- odpowiedział z wyszukaną uprzejmością.- Mamy zaszczyt zaprosić panią na bal!
    Wciągnęła głęboko w płuca powietrze, zakrztusiła się i zaczęła kaszleć.     Natychmiast podał jej szklankę wody.
- Proszę się napić i odpocząć.
     Odchrząknęła i jeszcze zachrypniętym głosem oznajmiła stanowczo:
- Ogromnie mi przykro, ale ja nie bywam w towarzystwie. Jestem wdową i noszę żałobę.
     Oficer wydawał się szczerze zmartwiony.
- Bardzo pani współczuję, lecz uważam, że najwyższy czas otrząsnąć się z żałoby. Rok, to zupełnie wystarczający okres na smutek. Miała pani dostatecznie długą pokutę.- nie podniósł głosu, ani w żaden inny sposób nie okazał swego niezadowolenia. W jego głosie zabrzmiała łagodna, prawie przyjazna nuta zachęty i Nina nabrała otuchy.
- Pan mnie nie zrozumiał. - powiedziała, patrząc na niego błagalnie. - Ja w czasie tych walk straciłam całą rodzinę, dom, majątek. Bardzo ciężko chorowałam i byłam więziona. Nawet myśl o zabawie jest dla mnie przykra. Proszę mi wybaczyć, ale muszę odmówić.
     Na jego ustach zaigrał przekorny uśmiech.
- Oj, bo się pogniewamy! - rzucił figlarnym tonem.- Kochana pani, każda żałoba ma swój kres. To będzie naprawdę piękny bal, uświetniony obecnością jego dostojności pana generała Bellagarde. Mamy dobrą orkiestrę, dużą salę i znakomitego kucharza. Czego można pragnąć więcej? Zabawi się pani, odetchnie, oderwie się od przykrych myśli i rozweseli. Obiecuję, że nie będzie się pani nudzić. Po kieliszku szampana inaczej patrzy się na świat!
     Ninie przyszło do głowy, że albo ona majaczy, albo kapitanowi brakuje kilku klepek w głowie.
- Pan wybaczy, jest mnóstwo młodych, pięknych rosyjskich dam, które z zachwytem przyjmą to zaproszenie. Ja tylko zepsułabym państwu humor. Kategorycznie odmawiam!
- Kareta przyjedzie po panią o ósmej.- oznajmił, jakby wcale nie słyszał odmowy.     
    Przechyliwszy głowę, nie odrywał od niej uśmiechniętych oczu. Wyglądał przy tym czarująco, jak przekorny chłopiec.
- Jaka kareta? - zawołała, tracąc opanowanie. - Ja nigdzie nie pojadę!
- Taka śliczna i taka uparta. - powiedział z nadąsaną miną. - Jaka? Zwyczajna kareta, a w niej sympatyczny oficer.
     Ninie przeszło na myśl, że to z pewnością jakieś nieporozumienie, które prędko się wyjaśni. Jeżeli będzie ostrożna i zagra na jego współczuciu, oficer się wzruszy i zrozumie powody odmowy.
- Panie kapitanie.- rzekła, starając się zjednać go grzecznością. - Odniosłam wrażenie, że zostałam przez pana błędnie zrozumiana. Wiem, że są kobiety, kokietujące otoczenie swoim wdowieństwem pragnąc, by je przekonywano do zakończenia żałoby. Ale ja przeżyłam tragedię tak straszną, że teraz nie chcę niczego więcej, jedynie spokoju i ciszy. Przecież nikomu nie przeszkadzam, żyję cicho w gronie najbliższych mi osób. Mam nadzieję, że pan kapitan, jako mężczyzna wrażliwy i kulturalny, wybaczy mi i nie weźmie za złe mojej odmowy. Żałuję, że sprawiłam panu zawód, lecz sądzę, iż pan zrozumie moje obiekcje.
     Spojrzała na niego prosząco, lecz w siedzącym bez ruchu mężczyźnie było coś tak dziwnego, że jego nienaturalny spokój przeraził ją i zdezorientował.
- Musi pani zrozumieć moje zadanie. - odezwał się, patrząc na nią chłodnym wzrokiem. - Pan generał Bellegarde życzy sobie, żeby na balu były polskie damy!
     Rozpaczliwie szukała jakiejś wymówki i niespodziewanie znalazła ją w jego słowach.
- Ale ja nie jestem damą! - zawołała. - Wyrokiem sądu zostałam pozbawiona szlachectwa i zaliczona do stanu chłopskiego!
     Uśmiechnął się, lecz jego oczy były zimne.
- Powtarzam, jest pani śliczną, ale upartą osóbką. - w jego głosie pojawiły się twarde nutki. - Starałem się oszczędzić pani przykrości. To nie jest moje osobiste widzi mi się, ale rozkaz! Będzie pani na tym balu, bo taka jest wola moich zwierzchników!
- Nie, nie będę! - wycedziła, zaciskając pięści. - Nie możecie mnie zmusić.
     Patrzył na nią, nie przejmując się jej pobladłą twarzą i gniewnie błyszczącymi oczami.
- Opór i wykręty nie pomogą pani. Proszę nie zachowywać się, jak rozkapryszone dziecko.
     Nina gwałtownym ruchem uniosła ramiona, ściskając obiema rękami głowę, jakby pragnęła powstrzymać myśli i uchronić ją od rozpadnięcia się. Propozycja kapitana była dla niej tak absurdalna, że po prostu nie do przyjęcia. Postanowiła postawić wszystko na jedną kartę.
- Trudno.- szepnęła.- Możecie mnie aresztować, ale nie zmusicie mnie, żebym z własnej woli przybyła na ten bal!
- Byłem przekonany, że rozmawiam z rozsądną osobą. - posłał jej rozczarowane spojrzenie. - Naturalnie, wolno pani odmówić, ale przedtem radzę dobrze zastanowić się nad niemiłymi konsekwencjami tej decyzji. Nikt nie zamierza pani więzić, czy torturować. Po co? Po prostu zapłaci nam pani karę, w wysokości pięciuset rubli i rozstaniemy się po przyjacielsku. Będzie pani mogła siedzieć sobie w domowej ciszy i spokoju.
- Pięćset rubli? - na moment serce przestało jej bić i zabrakło powietrza. - Odebraliście mi majątek, jestem uboga. Skąd wezmę tyle pieniędzy?
- A, to już pani sprawa. Jeżeli nie ma pani pieniędzy na zapłacenie kary, będzie pani musiała wynieść się z mieszkania, a cały dobytek zostanie zarekwirowany. Mówię poważnie! Głupio byłoby raz jeszcze tracić wszystko, z powodu takiej błahostki, jak karnawałowy bal, nieprawdaż?
     Przeciągnął się z wdziękiem wielkiego kota, uśmiechając się leniwie.
- Mam nadzieję, że się zrozumieliśmy. Więc jak będzie, śliczna pani Nino?
     Miała wrażenie, że pod stopami widzi rozwierającą się otchłań. Przymknęła powieki, żeby ukryć łzy, których on nigdy nie powinien dostrzec w jej oczach.
- Mam być sama na tym balu? - spytała, nie wiedząc już jaką wymyślić wymówkę.
- Przyjedzie po panią oficer. Ach, rozumiem! Pani przyzwoitką będzie ta panna, mieszkająca z panią. Zyskamy w niej jeszcze jedną tancerkę.
- Panna Lutówna nie przyjedzie.
     Kapitan wstał, a na jego gładkim czole ukazała się głęboka zmarszczka.
- Jeżeli odmówi przyjścia na bal, postaramy się, żeby mogła sobie odpoczywać do woli, rozmyślając o swojej głupocie. Od poniedziałku straci pracę i być może zostanie ukarana aresztem! - ostrzegł, przybierając minę pełną ubolewania.
     W miarę jak mówił, Ninę ogarniała czarna rozpacz.
- Ja... ja nie mam sukni balowej. - oświadczyła drżącym głosem i nieznacznie, końcem palca otarła łzę, mającą już stoczyć się po policzku.
- Doprawdy, typowo kobieca wymówka. - zauważył lekceważąco. - Jest pani tak piękna, że nawet w worku będzie pani do twarzy. Kiedy wojska polskie wkraczały do Moskwy, rycerze pana hetmana Żółkiewskiego, obdzierali mieszkańców ze skóry, - dosłownie! Teraz my z kolei odbieramy wam majątki i obdzieramy ze skóry – w przenośni!. Na wojnie nie ma obrazy. Rewanżujemy się tylko, łaskawa pani. A więc do soboty. Au revoir! - złożył jej wytworny ukłon.
    Nawet nie wiedziała, jak wyszła z budynku. Stanęła w bramie i bezsilnie wsparła głowę o ścianę. Każda żyłka trzęsła się w niej z gniewu i rozpaczy. Była osaczona jak dzikie zwierzę. Ponownie nawiedziła ją myśl o samobójstwie. Gdyby umarła, Moskale odczepiliby się od Jagi i Miry. Ale natychmiast odrzuciła tę myśl, jako tchórzliwą, bo to nie było żadne rozwiązanie z beznadziejnej sytuacji. Pozbawiając się życia, wydałaby nianię i Mirę na łaskę i niełaskę władz carskich. Żandarmeria bynajmniej by się od nich nie odczepiła, lecz wprost przeciwnie, z zemsty zostałyby pozbawione całego dobytku oraz pomocy, może nawet uwięzione. 
"Nie, nie mogę umrzeć, to byłaby tchórzliwa ucieczka w nicość. Niania jest zbyt religijna, żeby pozbawić się życia, a żyje tylko dla mnie. Muszę zgodzić się na tę hańbiącą propozycję." Zebrała resztę sił i powlokła się do domu. Szła taka zamyślona, że przechodząc przez jezdnię, o mało nie wpadła pod koła ciężkiego wozu.
- Oślepłaś, pokrako?- wrzasnął woźnica, rozwścieczony jej oczywistym gapiostwem i machnął batem.
     Zmierzyła go złym okiem i przyśpieszyła kroku. Było zimno, a z zachmurzonego nieba padał śnieg. Ostre, jak szpilki, drobinki śniegu cięły ją po twarzy. Potykała się i ślizgała po nierównym chodniku, z trudem chwytając równowagę. Nareszcie dotarła do domu i weszła do kuchni. Minąwszy bez słowa Jagę, skierowała się do pokoju, zdjęła płaszcz, szal i rzuciła na krzesło. Następnie położyła się swoim zwyczajem na zasłanym łóżku i leżała, zaciskając mocno powieki. Głowa rozbolała ją tak okropnie, że przy tym ćmiącym bólu niemal zapominała o zmartwieniu. Usłyszała, że przyszła panna Eugenia, aby dowiedzieć się, jak minęło przesłuchanie, ale zajrzawszy do pokoju, cicho przymknęła drzwi.
- Teraz nie trzeba denerwować jej pytaniami.- powiedziała do Jagi. - Ona musi sama uporać się z bólem.
- O Jezu, aż boję się pomyśleć, co się znowu wydarzyło! - lamentowała Jaga. - Doprawdy, czasami nie rozumiem, jak ona to wszystko wytrzymuje.
- Obawiam się, że jest u kresu sił i koniecznie potrzebuje spokoju.- szepnęła panna Eugenia.
     Nina leżała z rękami zaciśniętymi na piersi, ogarnięta strasznym uczuciem niemocy i nie mogła nawet płakać. Przez nieszczelne drzwi do kuchni, przenikały do pokoju zapachy pieczeni wieprzowej i gotujących się na obiad ziemniaków. Na próżno wysilała umysł, pragnąc znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji. Zastanawiała się, jak to będzie, gdy znajdzie się na sali balowej? Zapewne wszyscy znajomi odwrócą się od niej z pogardą. Okaże się osobą bez honoru i zbruka pamięć bohaterskiej śmierci męża. Czy potrafi potem żyć z takim ciężarem? 
    Ale gdy odmówi, wszystkie trzy znajdą się na bruku, a raczej na śniegu, bez dachu nad głową, zaś ci sami ludzie, którzy tak surowo ją osądzą, z pewnością nie pośpieszą im z pomocą. Będą zdane wyłącznie na siebie. Obawiała się reakcji Miry, znając jej dumę i nietolerancję wobec osób, które poszły na ugodę z carskimi władzami. Bała się nawet myśleć o tym, jak przyjaciółka się zachowa, kiedy zobaczy zaproszenie na bal, wydany na cześć rosyjskiego pułku. Gdyby istniał Bóg, modliłaby się do Niego na klęczkach, błagając o ratunek. Ale nie wierzyła już, że jakaś wyższa siła zechce interweniować w tej sprawie. Zbyt wiele widziała dziejących się niesprawiedliwości i krzywd, kiedy wartościowi ludzie ginęli marnie, podczas gdy kreatury, w rodzaju Starewicza i Doroty    Bieckiej, żyły sobie dostatnio, nie karane za przewinienia.                  
 Podniosła się i rozejrzała po pokoju. Nie, nie wyrzeknie się tego kąta i nie pozwoli raz jeszcze wyrzucić się z mieszkania. Nie zamierzała znowu tracić wszystkiego, co z takim trudem zdobyły. Egzystowały bardzo skromnie, lecz dzięki stałej pomocy Siekielskich, jej haftom oraz gospodarności Jagi, jakoś wiązały koniec z końcem, a nawet udało się im odłożyć trochę pieniędzy na czarną godzinę. Nie marzły, nie głodowały, miały dach nad głową, ciepły płaszcz i smaczny obiad. To wszystko warte było poświęcenia.
                Znalezione obrazy dla zapytania Zdjęcia.  Wiek XIX. Skromny pokoik mieszczański.
Krótki dzień zimowy chylił się ku końcowi, mgła i ciemne dymy z kominów zasnuwały horyzont. Leżący na ziemi śnieg poczerniał od sadzy, a pod wieczór zrobiło się bardzo mroźno. Szare chmury wiszące nisko nad ziemią, zapowiadały dalsze opady śniegu. Nawet przez uszczelnione okno wiało chłodem. Do pokoju weszła Jaga i zauważywszy, że Nina siedzi na łóżku z rozpaczliwą miną, zbliżyła się do niej .
- Dziecinko, powiedz mi, co się stało? Nie zamykaj się w sobie, przecież ja wszystko zrozumiem. Koteczku...
     Nina wstała i sięgnęła na stolik po szklankę z herbatą.
- Nianiu, dowiesz się, jak przyjdzie Mira. Nie zdołam opowiedzieć o tym dwa razy.
     Nie mogąc znieść niespokojnego wzroku Jagi, podeszła do okna i zapatrzyła się na smutny, zimowy krajobraz. Wkrótce, w zapadającym zmroku, dostrzegła szczupłą postać Miry. Szła bardzo powoli, z nisko opuszczoną głową, a całe jej zachowanie było dla Niny sygnałem, że zaraz będzie miała nowe zmartwienie. Ciężkie, powolne kroki Miry rozległy się w sieni, potem stuknęły drzwi od kuchni i zapanowała cisza. Nina wzięła nianię za rękę i obie weszły do kuchni. Mira siedziała na drewnianym stołku, a jej kurczowo splecione dłonie i opuszczona głowa, wyrażały wielkie cierpienie.
- Kochanie...- odezwała się Nina i umilkła, zagryzając wargę.
     Jaga pochwyciła rondelek z przypalającą się zasmażką i syknęła, parząc się w rękę.
- Na litość boską, powiedzcie coś, bo dziś w tym domu można oszaleć!- krzyknęła ze złością. - Jedna i druga chodzi z pogrzebową miną i nie chce gadać .
- Przepraszam.- zaczęła Mira zduszonym przez łzy głosem.- Obawiam się, że w najbliższym czasie stracę pracę. Jezu, co ja wtedy zrobię?
     Nina zauważyła, że ciemne rękawiczki przyjaciółki, których przez zapomnienie nie zdjęła, są w wielu miejscach przetarte i pocerowane. Poczuła, że nie zniesie dłużej tego okropnego napięcia i w jednej chwili podjęła stanowczą decyzję. Wszystko było lepsze, od nędzy i utraty dachu nad głową! 
    Pójdą na ten bal, choćby nazajutrz miały położyć się do trumny! O, gdyby istniał ktoś, kto mógłby im pomóc, pocieszyć, zaradzić, gdy czarne chmury ponownie zbierały się nad nimi. Ale nikogo takiego nie było, musiały radzić sobie same, wybierając mniejsze zło. Westchnęła i zebrawszy się na odwagę, podeszła do Miry, podniosła ją ze stołka i przytuliła z siostrzaną serdecznością.
- Głowa do góry, słodki pyszczku. Nikt cię z pracy nie wyrzuci, zapewniam. - powiedziała ze sztuczną wesołością.
- Bo ty, Nino, nie wiesz wszystkiego. - Mira pociągnęła nosem, zaledwie powstrzymując wybuch płaczu.- Wezwała mnie dziś pani przełożona i oznajmiła, że prawdopodobnie od poniedziałku nie będzie już miała dla mnie miejsca w szkole. Och, Nino, co ja wtedy zrobię?
 - A to łotrzyca! - zawołała Jaga, dmuchając jednocześnie na sparzoną rękę.
- Robi, co jej każą. - powiedziała Nina z ponurym uśmiechem. - Zapewniam cię, kochanie, że w poniedziałek, pani przełożona zawiadomi cię z radością, że to było nieporozumienie i wszystko będzie po staremu.
     Mira patrzyła na nią z obudzoną nieśmiałą nadzieją.
- Tak sądzisz? Ale skąd możesz to wiedzieć?
     Nina bez słowa sięgnęła do torebki i wyjęła z niej zaproszenie na bal. W milczeniu podała je Mirze. Panna Lutówna przeczytała je kilkakrotnie i spojrzała na nią zdumiona.
- Co to jest ?
- Przecież czytałaś. Zaproszenie na bal dla mnie i dla ciebie. A groźba utraty pracy, to taki mały, bardzo podły szantażyk i ostrzeżenie, na wypadek, gdybyśmy ośmieliły się odmówić. - wyjaśniła Nina z gorzkim grymasem ust.
- Ale to jakiś niesmaczny żart, prawda? Przecież my nie możemy, absolutnie.....-     
Mira zająknęła się, zupełnie wytrącona z równowagi.
- To bynajmniej nie jest żart, tylko okrutna prawda. Musimy iść na ten bal, złotko. Jurto o ósmej wieczorem przyjedzie po nas kareta. Wiem, zamierzasz oświadczyć, że my nie bywamy na zabawach. Nie trudź się, bo ja już to mówiłam. Wieczorem pojedziemy na bal, jak dwa Kopciuszki. Tyle, że to zła wróżka przyśle po nas karetę.
- O, na mnie nie licz! - Mira poczerwieniała ze wzburzenia. - Ja nie pojadę!
- Owszem, pojedziesz! Obie musimy być na tym balu, bo w przeciwnym razie, ty stracisz pracę, a ja będę musiała zapłacić pięćset rubli kary. Jeżeli nie zapłacę, wszystkie zostaniemy wyrzucone z mieszkania, a nasze rzeczy ulegną konfiskacie. Pewien młody i wytworny kapitan żandarmerii, ostrzegł mnie dziś przed podjęciem lekkomyślnej decyzji i nie żartował. Widocznie spodziewał się, że odmówisz pójścia na bal, bo uprzedził mnie, że w takim razie będziesz mogła sobie odpoczywać do woli bez pracy, zastanawiając się nad swoją głupotą. Powtarzam jego słowa!
- Nie, mimo wszystko nie pójdę! - wyszeptała Mira ochryple i ściągnęła brwi. - Nino, nie wolno nam iść na ten bal! Nie rozumiesz, że to byłoby tchórzostwo i zdrada narodowa?
- Nie chcesz? - wrzasnęła Nina rada, że znalazła pretekst, by wyładować całą nagromadzoną rozpacz i wściekłość. - Dobrze, nie idź. Pojutrze wylądujesz na ulicy, w śniegu, bez dachu nad głową i bez szans na jakikolwiek ratunek. Do diabła, o jakiej zdradzie ty mówisz? Kogo zdradzamy ? Mego poległego męża, niepodległościowe ideały? Alek był człowiekiem rozsądnym i sam doradziłby mi pójść na ten bal. Przecież nie robię tego z własnej woli, lecz jestem zmuszona siłą! Wyrażam się jasno?
- Jezu, co ludzie o nas powiedzą?- jęknęła Mira chwytając się za głowę. - Będą nami pogardzać.
- Nino, - wtrąciła się Jaga, słuchająca ze zgrozą ich rozmowy. - Mirunia ma rację, nie wolno wam iść na moskiewski bal. Przyjmiemy, co Bóg da.
     Tępy upór Miry i słowa Jagi, były ostatnią kroplą, która przepełniła kielich goryczy. Nina wpadła w furię i poczuła do nich ogromny żal, że nie rozumieją, a nawet nie próbują wyobrazić sobie, jakich środków użyto, by zmusić ją do podjęcia tej hańbiącej decyzji. Przecież broniła się jak umiała najlepiej, lecz presja była zbyt silna. Przyjęła straszną propozycję kapitana dla ich wspólnego dobra, chciała chronić ognisko domowe przed ostatecznym zniszczeniem. Ale ani Mira, ani Jaga, taka rozsądna zwykle i praktyczna, nie stanęły po jej stronie i patrzyły teraz na nią z wyrazem potępienia.
- Zamierzacie postawić na swoim? W takim razie liczcie się z tym, że ja zostanę aresztowana, a co będzie z wami, nietrudno zgadnąć!- powiedziała z nieukrywanym gniewem i odwróciwszy się, poszła do pokoju, trzęsąc się z nerwów i ogromnego żalu.
     Obiad minął w grobowej atmosferze, ciążącej Ninie niby głaz na piersi. Żadna nie miała apetytu, choć obiad był bardzo dobry. Zaraz po posiłku, Mira wstała od stołu i przeniosła się na kanapkę, nie odezwawszy się do Niny ani słowem. Wtuliła się w kącik, patrząc przed siebie szeroko otwartymi oczami. Nina sama pozmywała naczynia, wytarła talerze i posprzątała kuchnię. Zwykle o tej porze siadała do haftu, ale tego dnia nie miała głowy do pracy. Ręce jej drżały i mogła tylko pokłuć się igłą.
- Nianiu, czy mamy jeszcze tę nalewkę wiśniową na rumie, od Siekielskich? - spytała.
- Jest w szafce. - odburknęła niania niegrzecznie. - Po co ci nalewka?
- Bo zamierzam się upić! - warknęła Nina równie niemiłym tonem.
     Zachowanie Jagi sprawiło jej ogromną przykrość. Czuła w głębi serca bezsilną rozpacz, nie mogła otrząsnąć się z obaw i świadomości niemocy. Lecz nie miała najmniejszej wątpliwości, że nie wolno jej było zlekceważyć ostrzeżenia kapitana! Władze czekały tylko na jej jeden fałszywy krok, aby, - jak obrazowo wyraził się chamowaty żandarm - dobrać się jej do skóry! Bez względu na to, co czuły, musiały przyjąć zaproszenie i pojechać na ten przeklęty, koszmarny bal!   Wyjęła z szafki dwa kieliszki i butelkę nalewki. 
    Poszła do pokoju i przysunąwszy stoliczek do kanapki, ustawiła na nim kieliszki i napełniła je po brzegi nalewką. Potem usiadła obok Miry i musnęła wargami jej blady, szczupły policzek. Podsunęła jej pod plecy poduszkę i podała kieliszek, pełen rubinowego alkoholu.
- Wypij to, słodki pyszczku.- odezwała się czule i dopilnowała, żeby Mira opróżniła kieliszek. - Dziś przyda się nam odrobina mocniejszego napoju. Kochanie, widziałaś mnie w różnych sytuacjach życiowych. Czy możesz mi zarzucić, że kiedykolwiek zachowałam się tchórzliwie lub niehonorowo? Z nas dwóch, to ja mam o wiele większy powód, aby przestrzegać żałoby. Przecież wymordowano mi całą rodzinę, odebrano Maków, a na śledztwie torturowano mnie i znieważano. Nawet dziś, obrzucono mnie obelgami, nazwano polską suką i zagrożono, że zostanę zamknięta w celi z dziewkami ulicznymi i włóczęgami, którzy zrobią ze mną co zechcą, przy pełnej aprobacie żandarmów. Mimo wszystko zdecydowałam, że pójdę na ten bal, bo pragnę zachować tę resztę, jaka nam pozostała. Zrozum, zmuszanie Polek do udziału w zabawach, to jeszcze jeden przejaw terroru nad pokonanymi. To nie wstyd ulec silniejszemu wrogowi.
- Nie namawiaj mnie, bo nie pójdę! - oświadczyła opryskliwie Mira, a jej szczupła twarz przybrała zacięty wyraz.
     W oczach Niny zapłonęły iskierki gniewu i zniecierpliwienia, ale prędko się opanowała i mówiła dalej spokojnie:
- Spójrz, jak ten nasz pokoik wygląda teraz przytulnie, prawda? A pamiętasz, jak nam się mieszkało na początku? Głodowałyśmy i marzłyśmy. Codziennie zupa ziemniaczana, aż do obrzydzenia. Teraz jadamy smaczne obiady i mamy trochę zaoszczędzonych pieniędzy. Z ogromnym trudem udało nam się urządzić to mieszkanie. Na posadzce leży dywan, a ten sekretarzyk, stoliczek i krzesła, kupiłam u handlarza starociami. Zastanów się, gdzie się podziejemy, gdy Moskale wyrzucą nas z tego mieszkania? Gdzie wtedy pójdziemy, a raczej gdzie wy pójdziecie, bo ja wyląduję w celi, i już z niej nie wyjdę żywa. Z czego będziecie żyły, jak ciebie wyrzucą z pracy? A zrobią to z pewnością, dla przykładu. Mira, ja już naprawdę nie mam siły rozpoczynać wszystkiego od początku. Przysięgam, nie mam na to siły!
     Mira wysączyła nalewkę i stuknęła kieliszkiem o stół. Nina szybciutko go napełniła. Mira wypiła alkohol ze smakiem, oblizała się i odmownie pokręciła głową, nie racząc odpowiedzieć. Nina także nie stroniła od wypicia, bo mocny trunek przyjemnie rozgrzewał i sprawił, że mogła na tę dramatyczną sprawę spojrzeć z dystansu. Nalewka otępiała umysł i pokrzepiała, stwarzając złudne poczucie bezpieczeństwa.
- Jesteś wdową! - Mira odezwała się nagle, mierząc w nią wskazującym palcem. - Chcesz tańczyć z pijanymi Moskalami? Sprawcami śmierci twego męża? Być może niejeden z nich ma na rękach krew chłopców z Łysej Polany.
- A jakie mam inne wyjście, dziewczyno? Nie zamierzam tańczyć. Wystarczy, że się tam pokażemy. Więcej nie mogą od nas wymagać. Pojedziemy pod przymusem, w codziennych sukienkach, ale nie będą mogli nam zarzucić, że stawiamy opór władzy.
     Jaga przycięła knot rosnący na świecy, a potem sięgnęła do kosza z wypraną bielizną i zaczęła naszywać na prześcieradle dużą łatę. Ani jednym słowem lub gestem nie poparła argumentów Niny, solidaryzując się z postawą Miry.
- Nie pójdę.- wybełkotała panna Lutówna, bo język zaczął się jej plątać. - Nie mogłabym pokazać się między ludźmi. A co by na to powiedział pan Ignaś Setkowicz?
    "Aha, to tu cię boli!" - pomyślała Nina i się rozgniewała.
- Jeśli nie pójdziemy na bal, będziesz miała okazję, powędrować na piechotę do Kielc, żeby się mu pożalić!- zawołała ze złością. - A przy sposobności, zapytasz go, czy mądrze postąpiłaś. Doktor nie jest głupcem i dobrze wie, że nie należy kopać się z koniem, jak rozsądnie powiadał mój kochany Maciek. Do wszystkich diabłów! Dlaczego tak się zachowujecie, jakbym to ja była wszystkiemu winna? Czy jeszcze do was nie dotarło, jak ciężko doświadczył mnie los? To nie was bito i głodzono, to nie was obśliniał, gryzł i macał obrzydliwy żołdak. Nie siedziałyście w więzieniu jak ja, brudna, cuchnąca, w ciągłej obawie gwałtu. To mnie dziś żandarm napluł pod nogi i zagroził, że będę zabawą dla kryminalistów. Znoszę to wszystko bez skargi, staram się zachować godność i dumę, ale mimo wszystko, ja pójdę na ten bal, choćby znajomi przestali mnie zauważać! Pójdę, żeby zachować to, co zdobyłyśmy.
- Właśnie dlatego nie możesz pójść na ten bal. - odezwała się Jaga ostrym tonem, podnosząc głowę i patrząc na nią twardym wzrokiem.- Poleć się Bogu. On nam dopomoże!
     Nina aż zatrzęsła się z wściekłości.
- Bóg? To nie Pana Boga wyrzucą pojutrze z nieba, tylko nas z mieszkania! Ani Pan Bóg, ani diabeł nie pomógł, gdy mordowano mego męża, krewnych i wypędzano mnie z mego domu! Nianiu, zawsze twierdziłaś, że mnie rozumiesz. Tymczasem teraz zachowujesz się wobec mnie okrutnie i niesprawiedliwie. Teraz, kiedy potrzeba mi tyle siły, żeby to wszystko wytrzymać!
     Mira pociągnęła z kieliszka i chlipnęła wzruszona.
- Przepraszam, Ninnnkooo, jestem pewnie nic nie warta, ale ja naprrrawdę nie mogę jjjechać. Nie moooogę! - była już kompletnie pijana.
     Zarzucając się coraz cięższymi argumentami, ciągnęły nalewkę jak smoki. W miarę jak ubywało alkoholu w butelce, głowy ciążyły im ku dołowi, powieki opadały na oczy i plątały się języki.
- Jak wam nie wstyd? - zdenerwowała się Jaga, odbierając im nalewkę, bo w butelce widać już było niemal dno. - Co za wstrętne dziewczyniska! Pijaczki! Jedna warta drugiej. Boże, co ja mam robić? Panna Eugenia tak lubi ten wiśniaczek, chyba będę musiała dolać wody, może nie zauważy. Zamiast myśleć rozsądnie, upijają się i gadają głupoty.
- Boże, co ja powiem panu Ignasiowi?- Mira rozpłakała się rzewnie.- A gdybym tak zachorowała? Wtedy nie musiałabym iść na ten bal, prawda? - kiwnęła się sennie, szukając na kanapce wygodnego miejsca do spania.
- Na szczęście, jesteś zdrowa jak rybka! - Nina roześmiała się głośno czując, że jest coraz lżejsza i pogodniejsza. 
    Z niejakim wysiłkiem podniosła się z kanapki i zawirowała. Miała zawroty głowy, lecz było to przyjemne uczucie.
- Nic już nie wymyślimy, więc chodźmy spać! - oznajmiła, odzyskując równowagę.
- A kolacja? - Jaga popatrzyła na nią z niesmakiem.
- Chyba już nic nie będziemy jadły, prawda Mireczko? - Nina spojrzała na drzemiącą przyjaciółkę i głośno czknęła, stwierdzając ze wstydem, że czuje lekkie nudności.
- Czy możesz mi wyjaśnić, co przez to udowodniłyście? - zapytała surowo Jaga, wskazując ruchem głowy na pijaną, zwiniętą w kłębek Mirę.
     Nina zachichotała, przybierając chytrą minę.
- Moja, ty, zrzędo kochana. Jutro Mira będzie miała tak potwornego kaca, że zgodzi się na wszystko dla świętego spokoju.
- Obyś się nie myliła! - sapnęła Jaga i podeszła do kanapki, usiłując podnieść Mirę. Ale ona wysuwała się jej z rąk i opadała na poduszki. - Nina, pomóż mi! Trzeba pościelić kanapkę do spania. Musicie się zaraz położyć, bo już dłużej nie mogę na was patrzeć.
     Nina przytrzymała przyjaciółkę w postawie stojącej, a za ten czas Jaga prędko pościeliła kanapkę do spania. Nie bez trudności rozebrały Mirę i ułożyły, otulając kołdrą. Nina pospiesznie zdjęła sukienkę i bieliznę, potem ubrała nocną koszulę i wskoczyła do łóżka, natychmiast zasypiając. Spała twardo przez kilka godzin i obudziła się nagle, w środku nocy pod wrażeniem, że czuje na twarzy powiew zimnego powietrza. Wydało się jej, że przez sen słyszała szczęk poruszanej klamki. Usiadła na łóżku zupełnie przytomna, chwytając się za głowę, bo okropnie ją bolała."Aha! - przypomniała sobie. - Ululałyśmy się z Mirą nalewką wiśniową. Och, jak mnie piekielnie łupie w głowie!"
   
    Już miała się ponownie położyć, lecz jakiś niejasny niepokój kazał jej rozejrzeć się dokoła. Obok siebie słyszała pochrapywanie niani, zegar tykał miarowo, ale w ciemności nie mogła dostrzec posłania Miry, bo kanapka znajdowała się za stołem. Przyszło jej na myśl, że może Mira poczuła się niedobrze i nie chcąc ich budzić, wyszła do kuchni napić się wody. Ostatecznie Mira wypiła więcej alkoholu od niej. Przemknęła cicho nad uśpioną Jagą i ostrożnie zapaliła ogarek świeczki.  
    Z narastającym niepokojem stwierdziła, że na kanapce nikt nie leży, a pościel jest niedbale rozrzucona. Zrobiło się jej zimno, bo skądś mocno wiało. Drzwi kuchni były uchylone, więc weszła tam na palcach, ale Miry nie znalazła. Za to w drzwiach wejściowych skobel był odsunięty, przed dużą szparę płynęło lodowate powietrze. Zdenerwowana, zdecydowała się wyjrzeć do mrocznej sieni. W pobliżu drzwi, przy ścianie, dostrzegła z przerażeniem białą postać siedzącą na kamiennej posadzce.
- Mira! - wydała okrzyk i pochwyciła ją w ramiona. - Co ty wyrabiasz, dziewczyno? Dawno tu siedzisz?- z siłą, o którą nawet się nie podejrzewała, podniosła ją i mocno objąwszy w talii, chciała zaciągnąć ją do mieszkania. Lecz Mira stawała jeszcze słaby opór.
- Zostaw mnieeee! Brrr! Wolę umrzeć z zimna, niżżż bbbbyć na moskiewskim balu!- wymamrotała, szczękając zębami. 
     Drżała tak mocno, że Nina odruchowo także zaczęła się trząść. W sieni był ostry mróz, a od kamiennej posadzki ciągnęło lodowate zimno. Miała wrażenie, że zaraz zamieni się w duży sopel lodu. Przytaszczyła Mirę do pokoju, ułożyła na kanapce i dodatkowo przykryła kocami. Jaga obudzona jej krzątaniną, usiadła na łóżku przecierając zaspane oczy.
- Co się tu dzieje? Która godzina? W tym domu to nawet w nocy człowiek nie ma spokoju! - narzekała głośno. - Obudziłaś mnie, dlaczego wstałaś i hałasujesz?
- Przepraszam nianiu. Mira słabo się poczuła. Postaraj się zasnąć, ja zapalę ogień w piecu i zagrzeję wodę na herbatę. Ona musi wypić coś gorącego.
- A pewnie! - Jaga miała wyraźnie zły humor. - Wypiłyście prawie litr nalewki wiśniowej! Kompletny dom wariatów.
     Nie zwracając uwagi na jej gniewne pomruki, Nina prędko rozpaliła ogień w piecu kuchennym, zagotowała wodę i zaparzyła dzbanek mocnej herbaty. Osobno przyrządziła napar z malin i kwiatu lipowego na poty. Resztę żaru przeniosła do pieca w pokoju, rozpalając od nowa ogień, aby przemarznięta Mira miała ciepło. Zaglądała do niej co chwilę, nadsłuchując z niepokojem jej szybkiego, jakby zdyszanego oddechu. Położyła dłoń na jej czole i stwierdziła ze strachem, że jest rozpalone. Mira miała wysoką temperaturę i była poważnie chora. Podała jej herbatę z cytryną, a potem napar z malin. Mira piła chciwie, nie przestając drżeć na całym ciele. Dzwoniła zębami i kuliła się pod kołdrą. Nina narzuciła na nią dodatkowo wszystkie ciepłe rzeczy, jakie miała pod ręką, a w nogi dała, w braku termoforu, butelkę napełnioną gorącą wodą. Ale Mira dalej się trzęsła, a temperatura wzrastała z przerażającą szybkością.
- Mireczko.- Nina pochyliła się nad nią, dotykając ustami jej czoła.- Ty szalona, niemądra, najmilsza dziewczyno. Coś ty zrobiła najlepszego? Mamy mało zmartwień?
 - Niiiie pójjjdę! - wystękała Mira, spod góry koców i płaszczy.
- Nie, nie pójdziesz, moja ty, słodka, uparta idiotko. - zapewniła z czułością Nina, gładząc jej rozpalone czoło. - Ja sama pójdę i jakoś to przeżyję, tylko ty nie choruj, kochanie.
     Jaga nie zasnęła, ale wzięła Ninę na spytki i w końcu dowiedziała się o desperackim czynie Miry. Bez słowa wstała i zaczęła obierać ziemniaki na okłady. Należało je szybko zmieniać, bo przy wysokiej temperaturze czerniały, nie chłodząc czoła i nie ściągając gorączki. Mira zaczęła chrypieć, a jej oddech stawał się coraz szybszy i urywany. Pokaszliwała, rzucała się, w końcu zaczęła majaczyć. Nina przesiedziała przy niej całą noc, a o świcie posłała stróża po lekarza. Okazało się, że Mira wysiedziała sobie w sieni ostry bronchit. Lekarz obawiał się, żeby choroba nie zakończyła się obustronnym zapaleniem płuc. Z rana odwiedziła chorą panna Eugenia, postanawiając czuwać przy niej razem z Jagą. Nina nie kryła, w jaki sposób Mira nabawiła się bronchitu. Jaga zżymała się gniewnie, obarczając ją winą.
- Żeby nie twoje namawianie, biedna Mirunia nie potrzebowałaby starać się o chorobę.- oświadczyła, posyłając wychowance spojrzenie pełne wyrzutu.
     Nina zbladła i prędko wyszła do kuchni, powstrzymując wybuch płaczu. Pretensje niani, zwykle tak mądrej i kochającej, sprawiły jej straszna przykrość. Niespodziewanie znalazła sprzymierzeńca tam, gdzie się go znaleźć nie spodziewała. Rozżalona Jaga opowiedziała pannie Eugenii ze szczegółami, co było powodem choroby Miry i nie panując nad irytacją, o wszystko obwiniła Ninę i jej próbę zmuszenia dziewczyny do pójścia na bal.
     Starsza pani wysłuchała jej z uwagą.
- Czy przypomina pani sobie, w jakim stanie pani Nina wróciła z przesłuchania? - spytała.
- Pewnie, była ledwie żywa.
- Moim zdaniem, jest pani dla niej niesprawiedliwa, zaś panna Lutówna zachowała się zupełnie nieodpowiedzialnie. - oznajmiła panna Eugenia stanowczo.
     Jadze ze zdumienia opadła szczęka.
- Jak to? - wyjąkała zmieszana.
- Przyjmując to zaproszenie na bal, pani Nina wykazała więcej odwagi i poświęcenia, niż panna Mira, nabawiając się ciężkiej choroby. To pani Ninie należy współczuć, bo bierze na siebie ciężar niemal ponad siły. A jest już u kresu wytrzymałości nerwowej. Każdej chwili może się załamać!
     Stojąca pod drzwiami Nina odetchnęła. Nareszcie znalazł się ktoś, kto ujął się za nią i uwierzył, że robiła to, do czego ją siłą zmuszono. Prędko pozbyła się skrupułów dręczących ją od wczoraj. Żałowała tylko, że ufającą jej osobą nie była niania. Teraz była zupełnie pewna, iż postępuje słusznie. Udając, że była w piwnicy po drewno, weszła do pokoju i pokazała pannie Eugenii zaproszenie.
- Ciekawa jestem, jakich użyto metod, żeby zmusić panią do ustępstwa?- starsza pani spojrzała na nią przenikliwie.
    Nina opowiedziała jej o rozmowie z kapitanem żandarmerii i powtórzyła jego groźby.
- Zrobię wszystko, żeby nas tylko stąd nie wyrzucono, ale nie myślę się wysilać.- powiedziała. - Pójdę tak, jak stoję, bo to tylko przykry obowiązek i przymus. Zresztą nie mam się w co ubrać.
- W codziennej sukni nie może się pani pokazać na balu, bo Moskale poczują się obrażeni i panią ukarzą. - rzekła żywo panna Eugenia. - Pożyczę pani sukienkę. Powinna być na panią dobra, bo jesteśmy równego wzrostu. Nie jest to wprawdzie toaleta balowa, ale nie noszona i porządna.
     Starsza pani podreptała do siebie i wróciła po chwili, niosąc czarną kaszmirową suknię, bez żadnych ozdób. Takie toalety nosiło się podczas żałoby narodowej. Panna Eugenia rozłożyła ją na łóżku i wygładziła fałdy.
- Mam do niej koronkowy kołnierz. Trzeba ją tylko odprasować, a wieczorem stróż wezwie dorożkę, bo nie może pani iść tam pieszo.
- Nie trzeba.- na twarzy Niny pojawił się gorzki uśmiech.- Pojadę na bal z paradą, bo przyślą po mnie karetę z "sympatycznym oficerem"!- z talentem naśladowała wyszukanie uprzejmy ton kapitana.
- Biedne dziecko. Musi pani znieść godnie to szykanowanie.- starsza pani starała się natchnąć ją otuchą, ale w głębi duszy obawiała się o nią, znając jej dumny, wybuchowy charakter.
- Wszystko zniosę, byleby tylko ocalić nam dach nad głową. Jestem pani, panno Eugenio, bardzo wdzięczna za zrozumienia. Było mi tak ciężko na duszy.- westchnęła.
     Jaga posłała jej ukradkowe spojrzenie i opuściła głowę. Zrobiło się jej wstyd i przykro, że poprzednio nie zrozumiała intencji Niny i surowo ją potępiała. Martwiła się o nią, drżała na samą myśl, co może ją spotkać na tym strasznym balu, ale nie chciała o tym głośno mówić. Wzdychała tylko i hałaśliwie przestawiała garnki na płycie kuchennej, szykując śniadanie. Dzień zszedł im na pielęgnowaniu gorączkującej Miry. Na szczęście, po zażyciu przepisanych leków, temperatura nieco spadła i chora odzyskała przytomność. 
    Była bardzo zawstydzona swoim bezmyślnym postępkiem i przepraszała z płaczem Ninę, ale ona tylko ze śmiechem wytargała ją za ucho.
- Nic więcej nie mów, ty patriotko, od siedmiu boleści. No, przestań się mazać, bo wzrośnie ci gorączka. Najgorsze minęło, ale poleżysz przez najbliższe tygodnie.
- Wyrzucą mnie za to z pracy.- wychrypiała Mira ze skruchą, chwytając przyjaciółkę za ręce.- Obawiam się, że nie miałam racji i okazałam się tchórzem. Powinnam była stać przy tobie, a ja pozostawiłam cię samą. Przepraszam, Nineczko. Ojej! - dotknęła bolącego nieznośnie gardła.
 - Wiesz, co ci powiem? - powiedziała Nina z powagą. - W was, fanatykach miłości ojczyzny, nieznośne jest to upodobanie do wielkich słów i tego patosu, dla określania najprostszych spraw. Och, żeby to już było jutro!...- wyrwało się jej z głębi serca.
- Kochanie, to co zrobiłam, było głupie.- chrypiała Mira. - Przysporzyłam wam zmartwienia i wydatków.
- Przez grzeczność nie przeczę. - Nina wzruszyła ramionami i podała jej zioła do picia.