czwartek, 6 października 2016

Zawiedzione nadzieje.


5 października 2016 r.
Nina ocknęła się z marzeń, bo Binia głośno sapnęła. Poruszyła się i dotknęła jej ramienia.

- Nie śpisz, Biniu?
- Przed chwilą się obudziłam. A dlaczego ty nie zasnęłaś?
- Nie mogę. Mam głowę pełną planów na przyszłość. Tak bym już chciała wyjechać!
 - A widzisz? Od razu widać, że zmądrzałaś. - usłyszała cichy śmiech Bini.- Mam nadzieję, że w ostatniej chwili nie zmienisz decyzji?
- Na pewno nie. - Nina usiadła na łóżku i podkuliła pod siebie nogi. -  Zabrakło Alka, zabrano mój Maków i nic mnie tu już nie trzyma. Za granicą będę miała swobodę działania i majątek. Ale ja tu wrócę, bo nie potrafię żyć z dala od gór i puszczy świętokrzyskiej. Od miejsc, gdzie byłam taka szczęśliwa.
     Binia leżała cicho, nawet wstrzymała oddech. Naraz uniosła się i otoczyła szyję Niny ramionami.
- Ja wiem, że nie powinnam o to pytać - szepnęła jej do ucha. - Wybacz mi, ale w czasie twej choroby byłam świadkiem.... - urwała i dokończyła niezręcznie: - A co będzie z Setkowiczem?
     Na policzki Niny wypłynął mocny rumieniec. Nie umiała zaraz zdobyć się na odpowiedź.
- Przepraszam, kochanie.- rozległ się pełen skruchy, cienki głosik Bini. - To naprawdę nie moja sprawa. Jestem nietaktowna i nie powinnam interesować się twoim życiem prywatnym.
- Dlaczego o nim wspomniałaś? - spytała cicho Nina.
     Tym razem to Binia mocno się zarumieniła, mimo że w półmroku nikt nie mógł tego dostrzec. Prawdę powiedziawszy, Nina dużo wcześniej zadawała sobie to pytanie i nie potrafiła na nie odpowiedzieć.
- Bo on ciebie kocha. - oznajmiła Binia otwarcie. - Jakże on ciebie ratował, jak rozpaczliwie walczył o twoje życie. Jak czuwał nad tobą i cieszył się, gdy zauważył jakąś poprawę, a zamartwiał, kiedy choroba się nasilała. Nie czyni się takich starań dla obojętnej kobiety. Kiedy mnie tu jeszcze nie było, zapożyczył się i sprowadził dla ciebie ekstrapocztą lekarstwa z Warszawy. Trudno napotkać drugie podobne uczucie. - Binia umilkła, oczekując na odpowiedź Niny, a kiedy się jej nie doczekała, mówiła dalej z coraz większym zapałem: - Była taka jedna straszna noc....Miałaś okropną temperaturę, majaczyłaś i ciągle wzywałaś Aleksa, prosząc go, żeby zabrał cię z sobą. Potem dostałaś konwulsji i byłyśmy przekonane, że to już koniec! Jaga odchodziła od zmysłów z rozpaczy, a Kumosia, która przyjechała z Brzezińca, zapaliła gromnicę i włożyła ci ją do ręki. Setkowicz był wtedy w szpitalu, bo miał operację, ale przybiegł natychmiast, jeszcze w zakrwawionym fartuchu. Zgasił gromnice i zaczął na nas krzyczeć, że uprawiamy wiejskie zabobony! Nazwał nas zacofanymi idiotkami - tak dosadnie się wyraził! Wcale nie mam mu tego za złe, bo miał rację. Byłaś sztywna, skurczona konwulsjami i podobna do nieboszczki, ale on twierdził uparcie, że wyzdrowiejesz! Naturalnie, nikt mu wtedy nie uwierzył, bo on sam wyglądał, jakby zaraz miał skonać. Siedział przy tobie całą noc, podawał ci lekarstwa, masował, zmieniał kompresy z lodu i nie dopuszczał do ciebie nikogo, nawet nianię przegonił. Ale rano gorączka spadła i przestałaś się miotać. To był cud! Cud wykwitły z jego wielkiej miłości. Nino, kochanie moje, co się z nim stanie, kiedy ty wyjedziesz z kraju? Przecież on żyje tylko dla ciebie
     Na ten drażliwy temat Nina nie rozmawiała z nikim. Nawet Jagę zbywała półsłówkami, wykręcając się od szczerej odpowiedzi. Ale Bini nie zamierzała mamić wykrętami i postanowiła być z nią zupełnie szczerą.
- Ja ciągle o tym myślę, Biniu, ale na razie nie widzę żadnej możliwości rozwiązania tej kwestii, bez sprawienia komuś bólu. - powiedziała miękkim głosem. - Ja wiem, że on mnie kocha, przecież już raz uratował mi życie, kiedy się trułam. Ale i on zdaje sobie sprawę, że ja nigdy nie przestanę kochać mego poległego męża i nie zwiążę się z innym mężczyzną. Setkowicz, taki dumny, honorowy, nie zadowoli się jakąś namiastką uczucia. Gdybym miała wolne serce, być może wyszłabym za niego. Ale ja do końca życia będę wierna memu mężowi. Nie zamierzam upokarzać Setkowicza udawaniem miłości, jakiej nie czuję. Uważam go za przyjaciela, najlepszego, najdroższego. Wiem, ile mu zawdzięczam i całym moim życiem nie potrafię spłacić zaciągniętego długu. Pan Ignacy jest mi naprawdę bardzo drogi, kocham go jak brata, ale to wszystko. Jestem pewna, że gdybym w rewanżu chciała oddać mu rękę, zostać jego żoną, albo kochanką, on by tego nie przyjął, bo pragnie uczucia, którego ja dać mu nie mogę - miłości!
- To prawdziwy dramat. - westchnęła Binia z żalem. - On nie jest przystojny i bogaty, ale to wyjątkowo wartościowy mężczyzna. Jego miłość przynosi ci zaszczyt. Godny jest Aleksa i ciebie.
- Pochlebiasz mi, najmilsza. Och, zaręczam ci, że chętnie oddałabym mu własną krew i życie, ale siebie oddać mu nie mogę. Bardzo boleję nad tym, że on jest przeze mnie nieszczęśliwy. Ale naprawdę, nic na to nie mogę poradzić. Mówi się, że czas leczy rany. Nieprawda! W rzeczywistości wydaje się, że ból nigdy się nie skończy, aż dochodzi się do stanu, w którym zaczyna chyba działać instynkt samozachowawczy. Ponieważ ból jest zbyt wielki sam się wypala. Ale to jednak nie leczy rany. Wracając do Setkowicza, nie tylko on cierpi.
- Co masz na myśli? - zagadnęła zaintrygowana Binia.
- Nie zauważyłaś? Myślę o Mirze. Ona jest w nim wyraźnie zakochana, ale niestety bez wzajemności. Nigdy z nią o tym nie rozmawiałam, bo to jest jej prywatna sprawa i nie mam prawa wtrącać się do tego.
- A wiesz, że i mnie się tak wydawało! Doprawdy, jakie to życie bywa skomplikowane. Biedna Mira!
- To ja przynoszę ludziom pecha.- powiedziała Nina ze smutkiem.- Sama jestem nieszczęśliwa i sprowadzam nieszczęście na innych.
- Nieprawda! - zaprzeczyła gorąco Binia. - Czy to twoja wina, że mężczyźni kochają się w tobie na zabój? Aleksowi dałaś szczęście.
- Nie dałam. - wyszeptała Nina z żalem i rezygnacją.- Chociaż najmocniej tego pragnęłam.
     Ucałowały się i szeptały sobie do ucha tak długo, że niespostrzeżenie przy tym zasnęły.
     Setkowicz obiecał Ninie pomoc w ucieczce i bardzo nalegał na jej wyjazd, ale gdy wyraziła zgodę, sposępniał i zaczął przychodzić rzadziej. Nawet przed sobą wstydził się przyznać, do tlącej się w najgłębszych zakamarkach serca nieśmiałej nadziei, że może kiedyś Nina otrząśnie się z rozpaczy, dostrzeże jego pokorną nieśmiałą miłość i pokocha go. Rozum mówił mu, że to nie stanie się nigdy, ale w głębi serca cichy głos szeptał, że może kiedyś.... I to była cała jego pociecha.     Jednocześnie zdawał sobie jasno sprawę, że ona koniecznie powinna wyjechać, bo władze carskie nie zapomną o żonie naczelnika oddziału powstańczego na Łysej Polanie, który napsuł im wiele krwi. Ukrył więc ból i chłodno, bez namysłu obiecał pomoc w uzyskaniu fałszywych dokumentów. Przede wszystkim tak zwanego paszportu, bez którego nie podobna było się poruszać po ziemiach Królestwa Polskiego. Wspólnie z Tadeuszem, robili co mogli, żeby jeszcze w kwietniu lub na początku maja, Nina przedostała się za granicę.
Carski policjant
    A czas naglił, bo codziennie przy furtce ogrodowej stawał żandarm i pytał, czy barynia Klonowiecka jeszcze chora? Następnie czepiał się Bini, dopytując się natrętnie, kiedy wraca do domu, bo czasy niespokojne i lepiej, żeby każdy siedział u siebie. Niecierpliwił się także Edward, śląc depeszę za depeszą, które Binia z pasją darła na drobne kawałki.
- Och, dobrze, że nie mogę mieć więcej dzieci, bo wiem, że zaraz po przyjeździe zaszłabym w ciążę! - warknęła z wściekłością do Niny. - Pierwsze, co zrobi, to zaciągnie mnie do łóżka! On jest taki gruboskórny i nachalny. Kiedy porównuję go z twoim mężem, lub doktorem Setkowiczem, wtedy jasno widzę, jaki Edward jest egoistyczny i niewrażliwy.
     Nina po ciężkich przeżyciach stała się bardziej wyrozumiała.
- On po prostu ciebie kocha i pragnie. - tłumaczyła łagodnie.
     Binia parsknęła gniewnie.
- Nic podobnego! Raczej uważa mnie za swoją własność, jak krzesło czy krowę! W ten sposób mnie używa. Nie rozumiesz, że jemu brakuje kobiety, a jest za leniwy, by wdawać się w romanse pozamałżeńskie. Na wsi wieczorami, nawet obojętna żona bywa jakąś rozrywką. Boże, ja zawsze marzyłam żeby zaznać w życiu miłości; kochać i być kochaną. Z ukochanym człowiekiem spędzić resztę życia. Ale nikt taki mi się nie trafił.
     Nina czule przygarnęła ją do siebie.
- Życie, mój skarbie, bywa bardzo niesprawiedliwe. Ja oddałabym bez żalu wszystko, żeby raz jeszcze znaleźć się w ramionach męża, bo nigdy nie miałam dosyć jego pieszczot. Ale on odszedł ode mnie na zawsze. Ty masz męża, który ciebie pragnie, ale ty go nie chcesz. Obie mamy życiowego pecha i jesteśmy nieszczęśliwe.
- Bo ja go nie kocham! - zawołała Binia ze złością i ukryła twarz w dłoniach. - Nienawidzę go!
     Pewnego razu siedziały w ogródku i cerowały bieliznę. Skrzypnęła furtka ogrodowa i na ścieżce ukazał się Setkowicz. Niósł trzy małe bukieciki fiołków i kolejno wręczył je Ninie, Bini i Mirze.
- Och, doktorze, jaki pan szarmancki! - wykrzyknęła Nina, robiąc oko do Miry.
- E, co pani plecie. Stało takie biedactwo z tymi kwiatkami, więc kupiłem, bo inaczej by ich nie sprzedała. Są już zwiędłe. - bronił się, poczerwieniawszy z zakłopotania.- Aha, pani Nino, sprawa pani dokumentów jest na dobrej drodze. Wkrótce je pani otrzyma.
     Damy siedzące w swoich krynolinach, jak kury na grzędzie, zebrały suknie i zrobiły mu miejsce na ławce.
- Nie rozumiem doktorze, po co tyle fatygi z tymi dokumentami? - odezwała się Nina, odkładając na bok cerowaną poszewkę na poduszkę. - Przy przechodzeniu granicy, dokumenty nie będą mi potrzebne, bo zrobię to nielegalnie. W Krakowie, udam się do państwa Piotrowskich, odpocznę i prosto od nich pojadę do Francji. - odetchnęła głęboko i powąchała świeże, ślicznie pachnące kwiaty.
 - Musi pani zrozumieć, że Galicja to już nie ten sam kraj, który pani zapamiętała w dniach powstania. - powiedział Setkowicz, przeciągając dłonią po nieogolonej szczęce. - Austriacy są w stałym kontakcie w carskimi władzami i deportują każdego, kto im się nie spodoba. Żandarmeria może wystąpić z żądaniem poszukiwania pani w Galicji. Lepiej zapłacić i się zabezpieczyć przed niespodziankami.
     Mira uznała za stosowne poprzeć zdanie doktora.
- Nino, pan doktor Setkowicz ma rację. Będziesz potrzebowała dokumentów, nawet w jakimś hotelu, nie mówiąc już o urzędzie.
- Panie doktorze, proszę nie krępować się kosztami, bo najważniejsze jest bezpieczeństwo mojej siostry. - dorzuciła Binia. - O, gdybym tak mogła jechać z tobą, Ninko! - szepnęła.
     Pomimo najlepszych chęci, dłużej pozostać już nie mogła, i z końcem kwietnia wyjechała, żegnana głośnym płaczem Niny, łzami Jagi i Miry. Tadeusz osobiście odwiózł ją powozem do Suchedniowa. Stamtąd zamówioną ekstrapocztą pojechała do Warszawy i pociągiem z przesiadkami do Poznania, gdzie już czekał na nią Edward. Miała przed sobą długą i uciążliwą podróż, a Nina zamartwiała się, żeby w drodze nie spotkała jej jakaś zła przygoda. 
    Po wyjeździe Bini, sama także potajemnie zaczęła przygotowywać się do ucieczki z kraju. Setkowicz powiadomił ją, że trzy paszporty są już prawie gotowe. Jaga figurować miała jako matka dwóch córek. Początkowo Mira wahała się, nie chcąc narażać Niny na dodatkowe koszta i być dla niej ciężarem.
- Pyszczku, nie pleć andronów! - Nina ze zdumieniem wytrzeszczyła na nią oczy.- Ty ciężarem? A kto łożył na nasze utrzymanie, jak byłam chora? Już zapomniałaś, ile razem przeżyłyśmy? Przecież nie zostawię cię tutaj, samej jak palec, w kraju ogarniętym terrorem! Nie masz żadnej rodziny i nie zapominaj, że byłaś kurierem Rządu! Ktoś mógł cię zapamiętać z tych czasów. Za granicą nie czeka nas nędza, tylko dostatek i wygody. Marzyłaś, żeby zwiedzić świat, więc masz do tego okazję. Czekaj... - Nina ściągnęła brwi i podejrzliwie przyjrzała się przyjaciółce. - A może ty zakochałaś się w tym wąsatym Dońcu, który tak ogniście adorował cię w sieni? Założę się, że to on zabrał na pamiątkę twoje pantalony, bo nie mogłaś ich znaleźć. Zamierzasz sadzić kwiatki na jego mogiłce?
     Na wspomnienie próby gwałtu, Mira wzdrygnęła się ze zgrozą, lecz zaraz roześmiała się serdecznie i wyraziła zgodę na wyjazd. Kochała Ninę jak siostrę i rzeczywiście, prócz niej, nie miała na świecie nikogo. Przerażała ją myśl, że po wyjeździe przyjaciółki, zostanie zupełnie sama. Gdyby miała nadzieję, że Setkowicz odwzajemni jej miłość, pozostałaby z nim w kraju na dobre i złe. Ale doktor nie dostrzegał jej spojrzeń pełnych oddania, bez reszty zajęty Niną. Bardzo lubił Mirę, nazywał ją "czupurnym kurczątkiem" i życzliwie klepał po łopatce, ale ani mu w głowie było, żeby się w niej zakochać.
     Pewnego dnia przy śniadaniu, Nina przełknęła kęs chleba i odezwała się do Jagi :
- Nianiu, gdzie ukryłyście portret mego męża? Już można zawiesić go w moim pokoju.
- Jesteś pewna, że to ci nie zaszkodzi? - Jaga obawiała się decydować sama i postanowiła najpierw naradzić się z doktorem. - Jeśli pan Setkowicz pozwoli, to zawiesimy.
- Zasięganie rady lekarza, nie jest konieczne. - oświadczyła Nina stanowczo. - Odtąd obraz zawsze już będzie przy mnie, dokądkolwiek mnie losy poniosą. Jak tylko przyjedziemy do Paryża, każę ponownie oprawić go w złotą ramę.
     Sama zawiesiła portret na dawnym miejscu i wzruszona, wpatrywała się w twarz męża. Bez niego życie już nigdy nie będzie miało dawnego uroku. Cierpienie stało się jej nierozłącznym towarzyszem, lecz przestało ją dręczyć to straszne pragnienie samounicestwienia. Minęły okresy okropnej depresji mogącej ją zabić. Z nową nadzieją oczekiwała wyjazdu z kraju. Setkowicz zapewnił ją, że lada dzień dostarczy im paszporty, więc zaczęły się pakować, zabierając z sobą tylko niezbędne rzeczy. Dokumenty i fotografie rodzinne, trochę bielizny osobistej i suknie, którą będą miały na sobie. Pakunki musiały być lekkie, bo Setkowicz uprzedził, że kilka kilometrów będą musiały przejść piechotą.
     Nina postanowiła sprzedać w Krakowie prześliczną broszę w kształcie motyla, żeby mogły podróżować wygodnie, w osobnym przedziale dames seules1 kolei żelaznej, zatrzymując się w Wiedniu i w Genewie tylko dla wypoczynku. Z Genewy zamierzała wysłać depeszę do Świerszczyn z zawiadomieniem, że ucieczka się udała. Binia uprosiła ją, aby przed wyjazdem do Paryża, wstąpiła do Świerszczyn i poznała swoją córeczkę. Jaga nie mogła się już doczekać chwili, gdy znowu ujrzy dziewczynkę za którą bardzo tęskniła.
      Ostatnie dni kwietnia były tak upalne, jak w czerwcu. Pewnego wieczora wszystkie trzy siedziały na wysokim, kamiennym progu domku, wpatrując się w rozpaloną bezpromienną kulę słońca, zachodzącego za odległe wzgórza. Mira co jakiś czas, ocierała chusteczką spocona twarz i oganiała się od napastliwych much, krążących w nieruchomym powietrzu. Jaga polowała na nie z packą i co chwilę wydawała tryumfalny okrzyk:
- Mam cię! - po czym rozlegało się głośne plaśnięcie packi.
     W braku wachlarzy, dziewczęta chłodziły wilgotne twarze falbanami halek, wystawiając spod krynolin nogi i, - zdaniem Jagi, - bezwstydnie podciągały nogawki pantalonów! W przydomowym ogródku, wschodziły już posadzone jarzyny, kwitły bratki i tulipany, a do małych okienek zaglądał krzak wcześnie rozkwitającego bzu. Nina wsparta plecami o drzwi do sieni pomyślała, że nazajutrz wybierze się na górę Zamkową i po raz ostatni spojrzy w stronę Makowa. Przy pięknej pogodzie, widoczność jest doskonała, może będzie miała szczęście dojrzeć znajome wzniesienie Sieradowskiej? Podniosła głowę i spostrzegła idącego szybkim krokiem Setkowicza. Miał ożywiona twarz i błyszczące oczy.
- Dobre nowiny! - zawołał z dala, z uśmiechem.
     Panie w popłochu opuściły spódnice i powstały, witając go z radością.
- Jesteście panie przygotowane do drogi ? - spytał, wchodząc z nimi do pokoju.
     Serce Niny zaczęło mocno bić, z ogromnego podniecenia.
- Naturalnie. Co nowego, doktorze? - patrzyła na niego z napięciem.
- Jutro dostarczę paniom dokumenty i jeszcze tej samej nocy wyjedziecie. Po północy przyjedzie po was powozem Tadeusz i zawiezie was do Kurozwęk, a tam już czekają zaufani ludzie i pomogą paniom przedostać się za Wisłę.
- Ach, więc to już? - Nina przycisnęła obie dłonie do piersi.
     Mira aż pobladła i wpatrywała się w Setkowicza pełna uwielbienia.
- A co? Nie chce pani wyjeżdżać? - zapytał doktor, mierząc Ninę badawczym wzrokiem.
- Ależ chcę, jednak trudno mi uwierzyć, że już niedługo będziemy wolne! Mira, nianiu, rozumiecie? Będziemy wolne!... O, jak to wspaniale brzmi. Ale dlaczego pan nie siada? Proszę zostać na kolacji, porozmawiamy.
- Nie, dziękuję. Mam jeszcze wizytę u chorego. Jutro pogadamy, bo będziecie panie miały dużo gości. Zapowiedziały się pani Zofia z panną Wąsocką i obiecały, że zabiorą z sobą Walentego i pannę Kumocką. - Setkowicz nigdy nie nazywał staruszki pieszczotliwą nazwą, zawsze zwracając się do niej z szacunkiem, pełnym nazwiskiem.
- O, moi najukochańsi przyjadą? Jakże ja za nimi tęsknię! - zawołała Nina i zaczęła prędko mrugać powiekami.    
     Potem uciekła do ogródka, aby nikt nie widział jej płaczącej, bo wówczas wszystkie trzy utonęłyby we łzach. Ale Setkowicza nie łatwo było oszukać.
- Niech pani sobie spokojnie popłacze, ja już wychodzę. - zawołał za nią.
- Doktorze, a może i pan pojechałby z nami? - Mira podniosła na niego oczy z nieśmiałą nadzieją.
 - Cholera, jeszcze mnie tam nie było! - wzruszył ramionami.- Dobranoc.- mruknął i wyszedł wzruszając ramionami.
     Usiadły ponownie na progu, bo w domku było duszno i gorąco.
- Co za spiekota! - narzekała Jaga. - Uff, chyba się roztopię. Żeby w kwietniu nastały takie upały, to niesłychane! Parno, pewnie w nocy będzie burza.
- Co tam burza! - zawołała Nina z entuzjazmem. - Wyobraźcie sobie, moje damy, że za kilka dni będziemy już daleko od tego piekła! - uniosła do góry ramiona, przegięła się do tyłu i roześmiała beztrosko: - Zwiedzimy Wiedeń, Szwajcarię, zobaczymy Alpy! To bardzo piękny kraj, ta Szwajcaria, ale słyszałam, że ubogi. Za to nam, Polakom, życzliwy. Popłyniemy po jeziorze Genewskim, zajrzymy do kochanej Bini, a potem Paryż, stolica świata! - westchnęła i nagle posmutniała. - Wybierałyśmy się tam ze świętej pamięci ciocią Teklą, ale zmarła. Potem mieliśmy jechać do Włoch i Paryża z Alkiem, w podróż poślubną. Przeszkodził nam wybuch powstania. Ale teraz już na pewno zamieszkamy w Paryżu na jakiś czas. Urządzimy się wygodnie i w drogę; zwiedzimy Rzym, Neapol, Wezuwiusz, morze Śródziemne. I nikt już nigdy niczego nam nie zabroni! Pojedziemy tam, gdzie chcemy, bez przepustek. Obywatelki świata! Czy to nie cudowne?
Włochy. jezioro Garda.
    Mira siedząca przy niej, oparła łokcie na kolanach, a głowę na rękach. Patrzyła przed siebie zrozmarzeniem i niespodziewanie zaczęła cicho śpiewać:
   - Znaszli ten kraj, Gdzie cytryna dojrzewa.                    Nina spojrzała na nią ze szczęśliwym uśmiechem i podchwyciła melodię:
                                    -Pomarańcz blask majowe złoci,                        
Gdzie  wieńcem bluszcz ruiny dawne stroi,
Gdzie buja laur i cyprys cicho stoi.2
- Nie, to zbyt piękne, żeby było prawdziwe. - Mira wytarła wilgotne czoło falbanką halki. - Jednak, gdyby nie terror i prześladowania, ja bym się z kraju nie ruszyła.
      Nina posłała jej przenikliwe spojrzenie.
- Doprawdy? A co ciebie tu trzyma? - zapytała z niewinną miną.
     Mira oblała się ognistym rumieńcem i odwróciwszy głowę, zaczęła pilnie wpatrywać się w ogródek, jakby dostrzegła tam coś niezmiernie interesującego. Nina przez jakiś czas nie spuszczała z niej wzroku, lecz pytania już nie powtórzyła.
- Kiedy tylko przyjedziemy do Paryża, zrobię wszystko, by ściągnąć tam doktora Setkowicza. - powiedziała udając, że na nią nie patrzy.
- Naprawdę, zrobisz to? - Mirze zaśmiały się oczy i momentalnie poweselała.         
     Pieszczotliwie pogładziła dłoń przyjaciółki. 
- Jesteś taka kochana....
- Miło mi to słyszeć. Z jego talentem, każdy paryski szpital przejmie go z otwartymi ramionami. Jestem pewna, że błyskawicznie zrobi karierę, bo we Francji nie ma tych głupich, polskich przesądów.
     Mira zamyśliła się, a potem potrząsnęła głową.
- Nie, on stąd nie wyjedzie. Nie należy do siebie, tylko do Sprawy.
- Przecież powstanie upadło! - stwierdziła Nina ze złością.
- Ale idea niepodległościowa żyje nadal, a biedaków nie ubywa. Doktor wierzy, że kiedyś socjalizm poprawi ich dolę.
- O nie! Jeszcze jeden beznadziejny romantyk! - prychnęła Nina i machnęła pogardliwie ręką, - Nianiu, co jutro podamy gościom?
- Poczciwy pan Bochniak przysłał nam wołowinę na pieczeń. Napisał, że to z opasów z Borku. Zrobię zrazy po polsku z drożdżowymi pyzami, a wy rano, upieczecie placek z kruszonką. Trzeba przebrać kaszę, bo brudna.
     Stękając, Jaga podniosła się z progu i energicznie strzepnęła spódnicę. Weszła do domu, lecz Nina i Mira, siedziały jeszcze chwilę, wsparte o siebie ramionami, dopóki niania nie zawołała ich na kolację. Na talerzach dymiły smażone ziemniaki ze skwarkami, a w glinianych kubkach było kwaśne mleko.
     Mira starannie oblizała białe wąsy z mleka i uniosła do góry kubek, niby kieliszek z szampanem.
- Wznoszę toast na część Francji i cesarza Napoleona III! - oznajmiła uroczyście.- Kto wie, może powrócimy do kraju, razem z wojskiem francuskim?
     Nina obdarzyła ją spojrzeniem pełnym politowania.
- Dziewczyno! - powiedziała cierpkim tonem. - Kiedy ty nauczysz się rozsądnie myśleć? Przecież ten twój cesarz, kilka lat temu proponował carowi sojusz przeciwko Prusom i Austrii, obiecując mu w zamian Galicję z Krakowem i Lwowem! Doprawdy, dziwnych szukasz nam sojuszników. Nie wierzę ani jednemu słowu tego krętacza, nawet gdyby mi za to płacono w złocie.
- Proponował carowi? - Mira szeroko otwarła oczy. - A co zrobił car ?
- Oferty nie przyjął. Nie był zainteresowany, bo jest większym realistą od ciebie!     
Car Aleksander II Romanow.
Nina wstała i sprzątnęła talerze ze stołu.
- Chodź, pozmywamy naczynia, niania jest już bardzo zmęczona upałem.
     Zaraz po posiłku udały się na spoczynek, bo następnej nocy czekała je daleka droga do wolności. Leżąc na wznak, Nina wpatrywała się w małe okienko i była tak podniecona, że nie mogła zasnąć. Jutro o tej porze, będą już gotowe do drogi, a w nocy wyruszą. Opuszczą kraj, gdzie zabawa, śmiech i radość należały do rzeczy zakazanych i przeszłości. Zresztą, jakie życie czekało ją w kraju? Wytarte ubranie, niedostatek, smutne twarze przyjaciół, żałoba.
     Ster państwa przechwycili carscy naczelnicy wojenni, spekulanci i aferzyści, dorabiając się w zrujnowanym kraju ogromnych fortun. Po upadku powstania, obyczaje stawały się wprost dzikie, a uprzejmość zaletą zapomnianą. Nawet znajomi, czy sąsiedzi, patrzyli na siebie nieufnie, obawiając się donosu. Może za kilka lat, gdy społeczeństwo powoli zaliże swoje rany, wybuchnie nowe powstanie, znowu poleje się polska krew, a serca kobiet ponownie złamie rozpacz i ból. Gorzkie, beznadziejne czasy. Zauważyła, ze nawet Tadeusz zmienił się od czasu, kiedy w Górach Świętokrzyskich ustały walki, a Bosak uszedł za granicę. W Warszawie dyktator Traugutt wraz z członkami Rządu Narodowego, oczekiwał w Cytadeli na wyrok.
     Zosia narzekała, że Tadeusz całymi dniami siedzi i w milczeniu wygląda przez okno, albo jedzie gdzieś konno, przepadając na cały dzień. A kiedy już się odezwie, zrzędzi jak stary tetryk. Niewiele pozostało w nim z wesołego, beztroskiego kpiarza, którego wiecznie trzymały się żarty. "Biedak. - pomyślała Nina, ze współczuciem o przyjacielu. - Ale i trusia ma niełatwe życie. Będę za nimi tęsknić" Poprzednio wydawało się jej, że wyjeżdża z radością i niczego nie będzie jej żal, oprócz domu. Ale jak na zamówienie, w jej pamięci odżył obraz z przeszłości. Siedziała na grzbiecie Mignon, podziwiając z wysokości wzgórza wspaniały widok przełomu rzecznego, rozdzielającego dwie góry w Machocicach.
Machocice Przełom rzeki.
 Łagodne wzniesienia i ciemne bory, w które wrzynały się klinami pola uprawne, dawały niepowtarzalny nastrój harmonii i piękna. Nad zboczami gór, wolno szybował orzeł na szeroko rozpiętych skrzydłach. Cała zaś kraina, leżała pod nieogarniętą okiem kopułą nieba, zalana jasnymi promieniami wiosennego słońca. Obraz był tak realny, że otworzyła oczy, uniosła się na łóżku i pochwyciła za głowę, wydając cichy jęk
 - Co mi Riwiera, Neapol i Paryż! Przecież ja tam umrę z tęsknoty za moją ziemią i żadne, nawet najpiękniejsze widoki Alp, nie zastąpią mi moich Gór Świętokrzyskich. I mojej  Sieradowskiej o   zachodzie słońca  !    
     Położyła się ponownie, pocieszając się nadzieją, że nazajutrz zobaczy przyjaciół i swoich staruszków. Przygotowała dla nich pamiątki. Walenty i Kumosia otrzymają w prezencie powiększoną fotografię Żiżi, oraz portreciki Aleksa i jej, zrobione w Warszawie zaraz po ślubie. Wiedziała, że będą tym podarunkiem uszczęśliwieni. Kiedy nareszcie udało się jej zasnąć, spała tak mocno, że nie słyszała przetaczającej się nad Bodzentynem burzy z piorunami. Nawałnica szybko przeminęła, ale ciągle jeszcze podał ulewny deszcz i z daleka grzmiało. Powietrze znacznie się ochłodziło, gdyż w czasie burzy spadł grad. Noc uczyniła się wietrzna i ponura, a krzewy miotane wichurą, biły gałęziami w ściany domku.
     W środku nocy ktoś mocno zapukał do drzwi. Śpiąca najbliżej sionki Jaga, narzuciła duży szal na koszulę nocną, zapaliła świeczkę i poszła sprawdzić kto puka
- A kogo tam Bóg dał? - zapytała, ziewając szeroko.
- Odkriwajtie! - usłyszała rozkaz, wypowiedziany ostrym męskim głosem.
     Drżącą ręką przekręciła klucz w zamku, uchylając drzwi. W jednej chwili mała sień zapełniła się żandarmami, ociekającymi wodą i rozdzwoniła brzękiem ostróg.
- Jezus Maryja! - Jaga cofnęła się, wepchnięta siłą do pokoju.  
 
Skamieniała z  przerażenia            wpatrywała się z osłupieniem w nieproszonych nocnych gości.
     Ninę obudził hałas i donośne męskie głosy. Zerwała się z łóżka, wpółprzytomna i pełna jeszcze sennych marzeń. Prędko narzuciła na siebie szlafrok i przez krótką chwilę stała w miejscu, nie wiedząc, co ma robić. Serce skoczyło jej do gardła, a potem biło nierówno i słabo, jakby zaraz miało stanąć. Wolno, trzymając się ściany, wyszła z pokoju i stanęła na szczycie schodów.
- Co tu tak głośno, nianiu? - spytała spokojnie. 
    Zdążyła już opanować strach, pozostało tylko uczucie lodowatego chłodu.
- To wy jesteście Janina Alfredowna Klonowieckaja? - spośród żandarmów wyszedł oficer i podniósł głowę, przypatrując się jej niemal wrogo.
     Nie nazwał ją barynią, ani nie tytułował, ponieważ pozbawiona została szlachectwa i zaliczona do stanu chłopskiego.
- Tak. - potwierdziła, czując że ma język z drewna.
- Ubierzcie się, pojedziecie z nami. - rozkazał oschle.
     Do sieni wpadła obudzona Mira i razem z Jagą przyglądały się wstrząśnięte, jak żandarmi myszkują, przeszukując dom i zaglądając w każdy kąt.
- Panie oficerze. - odezwała się Nina z godnością. - Zapewne posiada pan rozkaz dotyczący mej osoby. Chyba mam prawo dowiedzieć się, o co zostałam oskarżona?
- Niet! Nie macie żadnych praw!- odpalił pogardliwie.- Mogę tylko powiedzieć, że polecono mi przywieźć was do Radomia. Tam zostaniecie przesłuchana.
- Jestem aresztowana?- uniosła głowę, zachowując spokój i nawet mrugnięciem oka nie dając po sobie poznać, jak okropnie dotknął ją niespodziewany cios.
- Powiedziałem; mam was odwieźć na przesłuchanie.- oświadczył szorstko.- Reszty dowiecie się w Radomiu.
     Był zmęczony całodzienną służbą i chciało mu się spać. Los tej młodej Polki, żony zabitego buntownika wcale go nie obchodził. Nie wzruszała go spokojna i dumna postawa aresztowanej kobiety, wolałby, żeby wrzeszczała wniebogłosy i żebrała litości. Ostatnimi czasy widywał tyle podobnych dramatów, że nie reagował już ani na łzy, ani rozpacz, czy krzyk aresztowanych.
 - Mam jechać sama? Co mogę z sobą zabrać?- ponownie odezwała się Nina, mocno trzymając się poręczy, żeby nie upaść.
- Tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Oczywiście, że pojedziecie sama. Zatrzymani nie potrzebują służby. - odrzekł, patrząc na nią ze złośliwym uśmiechem.
     Mira, ochłonąwszy z szoku, dygnęła przed żandarmem i odezwała się pięknym, literackim językiem rosyjską:
- Panie oficerze, odwołuję się do pańskiego honoru i kawalerskiej szlachetności. Pani Klonowiecka niedawno chorowała na zapalenie opon mózgowych. Pojmuje pan, że to śmiertelna choroba. Wyzdrowiała cudem, ale jest jeszcze bardzo słaba i potrzebuje opieki. To jest jej niania. - wskazała na Jagę. - Przecież nie będzie pan okrutny do tego stopnia, by pozbawić chorą, słabą kobietę pomocy. Proszę pana o litość!
     Jej interwencja nie spodobała się Ninie.
- Mira, nie proś! Trzeba być człowiekiem, żeby mieć litość.
- Ośmielacie się twierdzić, że Rosjanie nie są ludźmi? - oficer spiorunował ją wzrokiem.
- Ależ nie ja! - Nina zrewanżowała się mu sarkastycznym grymasem ust.- Przecież to wy robicie wszystko, żebyśmy w to wątpili!
- Wasze bezczelne zachowanie nie zachęca mnie do okazania wam łaski. Przypominam, że macie się ubierać. Uprzedzam, jeżeli za dziesięć minut nie będziecie gotowa, zabiorę was nawet w koszuli nocnej!
Oficer carski.
     Bez słowa odwróciła się i powlokła do pokoju. Stopy ciążyły jej, jakby były z ołowiu. Upadła na łóżko i zaczęła się trząść, nie mogąc nad sobą zapanować. Prędko ukryła twarz w poduszce, tłumiąc suchy, rozpaczliwy szloch. "Dlaczego nie wczoraj, przedwczoraj, lub przed tygodniem ? Tylko dziś, kiedy byłam już o krok od wolności! - myślała zbuntowana, nie mogąc pogodzić się z prześladującym ją pechem. - A może ktoś podsłuchał nas i doniósł do żandarmerii? Nie, to nieprawdopodobne, ten oficer przybył aż z Radomia. Chyba ciąży na mnie jakieś przekleństwo, że wszystkie moje plany rozsypują się, jak babki z piasku."
     Przez siłę podniosła się z łóżka i zaczęła się pakować, rozrzucając rzeczy włożone już do małej paczki i przygotowane do podróży. Nie zastanawiała się, co pakuje i czy ta rzecz będzie przydatna. Była kompletnie załamana, bo nadzieja zawiodła ją na samym progu do swobody. Została aresztowana i zapewne ześlą ją w głąb Rosji, a może nawet powieszą. Zależy, o co została oskarżona. Nigdy już nie zobaczy Bini, ani swego dziecka. Nie pojedzie do Francji - to koniec! "Na dobrą sprawę mogłabym pojechać w samej koszuli, wcale mi na tym nie zależy."- pomyślała, sama nie wiedząc co robi. 
    Do pokoju weszły Jaga i Mira Bez słowa pomogły jej się spakować.
- Czekaj, słoneczko. - Jaga odsunęła ją zdecydowanie do szafy. - Trzeba pakować porządnie, żeby więcej rzeczy się zmieściło. Po co włożyłaś futro? Przecież mamy wiosnę i jutro może być ciepło. Mira przywiezie ci rzeczy do Radomia. Podaj mi grzebień i szczotkę do włosów. A teraz ręcznik i mydło. A nie zapomnij o szczoteczce do zębów! Włóż perkalową sukienkę, bo czuję, że jutro będzie upał i zgrzejesz się. Na drogę narzuć na siebie pelerynę. Miruniu, proszę włożyć kapelusik Niny do pudełka, a woalki do środka. Dziecinko, głowa do góry, to jeszcze nie koniec świata. Przecież oni chcą ciebie tylko przesłuchać. Powiesz, co wiesz i tyle.
     Nina usiadła na krześle i ukryła twarz w dłoniach. Ale porwała się i wyciągnęła z szafy szufladę.
- Nianiu, proszę, zabierz z sobą moje dokumenty. Ja nie mogę mieć przy sobie niczego, bo zabiorą mi przy rewizji. Nie wezmę także biżuterii, jest w tym woreczku, razem z fotografiami i planami Makowa. Szybciej, bo zaraz ktoś tu wejdzie.
- Spokojnie, moje dziecko, nie denerwuj się. Nie wejdą, bo piją Dałam im tę nalewkę wiśniową na spirytusie od pana Tadzia. Siedzą i popijają. - Jaga drwiąco wygięła usta, starając się zachować dobrą minę. 
    Ale w głębi duszy umierała z trwogi o bezpieczeństwo Niny i absolutnie nie wierzyła, że zaraz ją wypuszczą. Mimo to, udało się jej przybrać niemal pogodny wyraz twarzy.
- Kotku, muszę się jeszcze sama spakować. Ach Boże, nie mogliby to przyjechać jutro w nad ranem? Herody!
     Nina kątem oka dostrzegła, jak bardzo drżą ręce Jagi, chociaż jej głos brzmiał spokojnie.
- Nie, nianiu. Zostaniesz w domu. Nie pozwolę, żebyś się męczyła. Pojadę sama. - powiedziała czule, dotykając końcami palców jej policzka.
     Jaga zatrzymała się w pół kroku i tupnęła nogą.
- Ot i wymyśliła! - zawołała z oburzeniem. - Mam puścić ciebie samą i położyć się spać? Ależ ja pójdę za tobą, nawet piechotą, jeżeli mnie nie zabiorą. Gdzie ty, tam i ja. Pamiętaj!
 
Nina objęła ją mocno i przytuliła głowę do piersi niani.
- Moja ty najdroższa, tak bardzo cię kocham! - powiedziała, powstrzymując wybuch rozpaczy.
     Jaga oddała jej uścisk i pobiegła się spakować. Mira zarzuciła na siebie pelerynę i stała gotowa do wyjścia.
- Zaraz pobiegnę powiadomić doktora.- powiedziała, zagryzając usta, by nie płakać. Była taka roztrzęsiona, że z nerwów dostała czkawki i dusiła się próbując ją powstrzymać.
- Nineczko, tylko się nie martw. Doktor ma znajomości nawet wśród Rosjan i na pewno nie pozostawi cię bez ratunku. Powiadomię również Siekielskich. Sprzedam coś i przyjadę do Radomia.
- O ile ja tam jeszcze będę. - szepnęła Nina. - Nic nie sprzedawaj i nie wyjeżdżaj, dopóki nie damy ci znać. Musimy mieć przecież jakiś własny kąt. Posłuchaj, słodki pyszczku, w mojej sakiewce jest sto pięćdziesiąt rubli. Weź sobie pięćdziesiąt, drugie pięćdziesiąt daj niani, a resztę doktorowi. Ja mam przy sobie trzydzieści rubli. Pieniądze Bini przepadną, bo wydałam je na dokumenty i opłacenie przewodników. Kochanie, daj te fotografie moim staruszkom, to ostatnia pamiątka ode mnie. Siekielskich i Jadzię ucałuj, bo pewnie już ich nie zobaczę. Aha, dopilnuj, żeby doktor kupił sobie buty, nie mogłam już patrzeć, jak mu palce wyłaziły z tych starych trepów. Mireczko... jakbym już nie wróciła, błagam cię, zaopiekuj się nianią i bądź dla niej córką. Postarajcie się wyjechać do Bini. I nie pozwól, żeby pan Ignaś się zaniedbał. On jest taki strasznie samotny. Żegnaj, kochana, byłaś mi najlepszą siostrą.
     Rzuciły się sobie w objęcia, tłumiąc rozpaczliwy szloch. Nina wyrwała się z ramion przyjaciółki i narzuciła na ramiona pelerynę, naciągając na głowę kaptur. Skierowała się ku drzwiom, lecz w ostatniej chwili zawróciła i szybko zdjęła ze ściany portret Aleksa. Zrolowała go i włożyła do tuby."Jakże ja mogłam o tobie zapomnieć?"- pomyślała z najgłębszą skruchą. Nie mogła zabrać z sobą szabli męża i poleciła ją opiece Miry.
     Otoczona żandarmami wyszła z domu, do zalanego deszczem ogródka. Błoto głośno chlupało pod stopami mężczyzn, ona także szła nie omijając kałuż. Przed furtką stała niewielka czarna karetka, lśniąca od deszczu. Oficer otworzył drzwiczki i gestem polecił jej wsiąść do środka. Za nią prędko wsunęła się Jaga i umieściła przy Ninie. Oficer nie protestował, tylko rozparł się na przednim siedzeniu, a kilku konnych żandarmów otoczyło powóz.
"Mam taką paradną eskortę jak królowa.- pomyślała Nina i zamierzała się uśmiechnąć, lecz tylko skrzywiła się z goryczą. - Albo skazaniec wieziony na egzekucję!"- dokończyła myśl i przeszedł ją zimny dreszcz strachu.
Karetka więzienna  i żandarmi.
     Przy furtce stała Mira, zrozpaczona, z załamanymi rękami i ociekając deszczem, odprowadzała wzrokiem odjeżdżającą karetkę.
- Niech Bóg pozwoli ci, kochanie, wrócić do domu! - dobiegł z ciemności jej łzawy głos, stłumiony ulewą.
     Nina przycisnęła twarz do szyby, zalanej strugami deszczu i patrzyła na jasne, niknące w dali okno swego pokoju. Żandarm na koźle zdzielił konie batem, ponaglając je do szybszego biegu. Karetka popędziła naprzód, rozchlapując wodę i błoto z kałuż i pogrążyła się w ciemnej, huczącej wichrem nocy. Taka pogoda idealnie odzwierciedlała nastrój Niny. Właśnie w tej chwili snuła ponure rozważania, co jeszcze w jej życiu może się nie udać. Bo jak dotąd, nic się w jej życiu nie kleiło. 
    Jakby w odpowiedzi na tę myśl, matka natura zdecydowała się zademonstrować swą potęgę pokazując, że żywioły mogą być naprawdę nieprzyjemne. Burza wróciła i rozszalała się nad górami. Potoki wody siekły ziemię, a czarne skłębione obłoki, raz po raz przecinały jaskrawe węże błyskawic. Oficer uznał, że przy takiej pogodzie dalsza podróż jest niebezpieczna .Kazał stangretowi zatrzymać się przy jakimś dużym gospodarstwie i wprowadzić karetę do stodoły, chcąc ochronić konie i zamierzając przeczekać nawałnicę w suchym miejscu.
     Siedząc w ciemnym wnętrzu powozu, cuchnącym końskim potem, Nina opuściła głowę na piersi i po raz pierwszy, mały domek w Bodzentynie, wydał się jej bezpieczną przystanią, spokojnym azylem po trudach życia. Już nie marzyła o zagranicy i willi nad Morzem Śródziemnym, ale wydało się jej, że największym szczęściem byłoby dla niej sadzenie w ogródku krzewów różanych, jesiennych astrów i obserwowanie, jak kiełkują i swobodnie rosną. Mogłaby zarabiać, ucząc muzyki i języków obcych. Każdej jesieni sama ocieplałaby okna przed nadejściem mrozów i kładąc się wieczorem do łóżka, myślała z radością o nadchodzącej niedzieli, wolnym od pracy dniu, spotkaniu z przyjaciółmi i rosole z kury na świąteczny obiad. "Dlaczego, - zapytywała się z udręczeniem - los poskąpił mi nawet tak skromnego życia i okruszyny spokoju? Za czyje grzechy jestem nieustannie przeganiana z miejsca na miejsce, jak bezpański pies, niepewna przyszłości?" 
    Wtulona w kąt powozu, wpatrywała się szeroko otwartymi oczami w ciemność. Nareszcie burza minęła i ruszyli dalej, a ciemności przecinały jedynie dwie nikłe smugi z latarni karetki. Oficer owinięty płaszczem, wyciągnął przed siebie nogi i natychmiast zasnął, chrapiąc aż się ściany trzęsły. Jaga przytuliła się do niej i ująwszy jej rękę, złożyła na niej gorący pocałunek. Potem bez słowa wyjęła różaniec i zaczęła się żarliwie modlić.

1Dames seules - dla pań.
2 A. Mickiewicz.- Do H(enrietty Ankwiczówny). Pieśń S. Moniuszki do słów Mickiewicza.