wtorek, 8 listopada 2016

KAMIENIARZ I PANNA HRABIANKA.


8 listopada 2016
Opowiem historię, która mogłaby wyjść spod pióra Heleny Mniszek, w jakimś rzewnym i łzawym, naiwnym romansidle. Obawiam się także, aby ktoś nie posądził mnie o zbyt wybujałą fantazję. Ale zaręczam, że to samo życie napisało tę dziwną historię, dotyczącą mego bardzo bliskiego krewnego, żyjącego pod koniec XIX i w XX wieku.
Wasilewski. Po polowaniu na łosia.
W 1843 roku, bogaty ziemianin kujawski zginął w wypadku na polowaniu. Podejrzewano jednak, że to wcale nie był wypadek! Jego młoda żona, córka hrabiego, znanego wołyńskiego magnata, zmarła przy porodzie, wydając na świat synka - pogrobowca. Sierotą zaopiekowali się najbliżsi krewni, brat ojca, czyli stryj i jego małżonka, dając mu na chrzcie imię Józef. W kilka tygodni po pogrzebie bratowej, wyjechali z dzieckiem za granicę i tam podobno chłopczyk zmarł. Z taką żałobną wiadomością powrócili do domu. 
W rzeczywistości dziecko żyło i zostało przez „kochanych krewnych” oddane kujawskiemu chłopu na wychowanie. Jego stryj, ze skromnego rezydenta, stał się bogatym właścicielem dużego majątku ziemskiego!  Zapewne był przekonany, iż dobrze zabezpieczył się przed ewentualnymi roszczeniami prawowitego spadkobiercy. A jednak przegapił coś bardzo ważnego. Pozostawił chłopcu jego rodowe nazwisko!
Chełmoński. Burza.
 Jako dorosły mężczyzna, Józef wspominał, że widywał czasami elegancką karetę i pięknie ubraną damę, która płaciła gospodarzowi za jego pobyt. Zawsze przypatrywała się chłopcu wzrokiem pełnym wrogości. Nieszczęsny dzieciak, wnuk hrabiego, pasał krowy, spał w oborze i często głodował, bo gospodarz go nie rozpieszczał i lał batem ile wlezie. Nie potrafił czytać ani pisać, nie chodził do szkoły. Ale dobrze liczył, a natura hojnie obdarzyła go urodą i talentem.
Chełmoński Dym.
Potrafił pięknie rzeźbić. Mając lat dwanaście, uciekł od gospodarza i na piechotę zawędrował do Gniezna. Padając z głodu i wyczerpania, dowlókł się na cmentarz i tam postanowił umrzeć. Na szczęście znalazł go grabarz, będący również kamieniarzem i przygarnął do siebie. Chłopiec pracował u niego kilka lat, tylko za dach nad głową i strawę, rzeźbiąc posągi na nagrobkach. W końcu, ktoś zainteresował się jego pracą i poradził mu, żeby spożytkował swój talent i zaczął pracować samodzielnie.
Józef miał głowę do interesów i po kilku latach miał już własny zakład kamieniarski i wiele zamówień na rzeźby do rezydencji arystokracji wielkopolskiej i gmachów urzędowych. Pomimo braku wykształcenia, nie był zwykłym rzemieślnikiem, lecz utalentowanym artystą rzeźbiarzem. Mnóstwo jego prac zdobiło różne pałace, parki i cmentarze. Między innymi rzeźbił ozdoby w Kórniku dla hrabiego Zamoyskiego.
Zamek w Kórniku.
Mając dwadzieścia pięć lat ożenił się z panną, która spadła mu na głowę! Wcale nie w przenośni, lecz dosłownie. Tu znowu opowiem coś, co zakrawa na szmirowaty romans, ale jest rzetelną prawdą.
Na pensji klasztornej wychowywała się panna hrabianka. Mając dziesięć lat, została oddana na klasztorną pensję dla dziewcząt z arystokratycznych rodzin. Była dziwnym dzieckiem, bardzo zamkniętym w sobie i antypatycznym, pomimo oryginalnej urody złotej blondynki, o bursztynowych oczach. Jej ojciec poległ w Powstaniu Styczniowym. Z matką, słynną z piekności, nie potrafiła nigdy nawiązać serdecznych więzi. Obie się wzajemnie nie lubiły. Pewnego dnia, piętnastoletniej panience znudził się klasztorny rygor i postanowiła rozstać się z pensją, naturalnie bez wiedzy opiekunek. W tym celu, przystawiła do muru ogrodowego drabinę i skoczyła... Prosto na głowę swego przyszłego męża!
To był skandal na miarę całej Wielkopolski. Młodziutka hrabianka ucieka z klasztoru i mieszka z kamieniarzem! Z Paryża przyjechała matka panny, przybyła ciotka z Gniezna i inni krewni, próbując dziewczynę utemperować i nawrócić ją na drogę cnoty. Bez rezultatu. Panna dała im do zrozumienia, że jest przy nadziei, jak to się wtedy delikatnie mówiło, więc klamka zapadła! Matka musiała wyrazić zgodę na ślub, ale twardo zapowiedziała córce przy świadkach, że nie uważa już jej za swoje dziecko i w testamencie jej nie uwzględni.
Wnętrze Katedry z grobem św. Wojciecha.
 Młoda para pobrała się w katedrze gnieźnieńskiej, ślub był bardzo skromny, cichy i chyba w złą godzinę. Po roku urodził się śliczny złotowłosy chłopczyk. Ojciec szalał z radości, matka również bardzo go kochała. Wkrótce potem kobieta wydała na świat drugiego chłopca.  W momencie, kiedy go rodziła, w sąsiednim pokoju umierał starszy synek na jakąś nieznaną chorobę. Po dwóch latach kobieta znowu spodziewała się dziecka. W lipcu 1886 roku, powiła córeczkę. Gdy dziewczynka się rodziła, o tej samej godzinie jej starszy braciszek,”złotowłosy aniołek,”zmarł nagle na nieznaną chorobę.
Straszne, prawda? Zaczęto szeptać o przekleństwie ciążącym na tej rodzinie. Powiadano, że ciąży nad nią klatwa jakiegoś księdza, rzucona w chwili jego tragicznej śmierci
Matka znienawidziła nowonarodzoną dziewczynkę, bo dziecko miało  ciemne włoski i żyło. Matka nazywała ją czarownicą i życzyła jej śmierci, obwiniając ją o spowodowanie śmierci brata. Ale mimo to córka żyła i doczekała się przyjścia na świat młodszego rodzeństwa. Po jej urodzeniu, żadne z mlodszych dzieci już nie zmarło. Rodzina Józefa była nie tylko nieszczęśliwa, lecz wprost toksyczna! Matka nie znosiła własnych dzieci i wcale nie zajmowała się domem. Dzieci bały się matki i nienawidziły jej, bo potrafiła bić bez opamiętania. Kiedy męża nie było w domu, kobieta pięknie wystrojona, ulatniała się gdzieś na wiele godzin, nie troszcząc się o pozostawione w domu potomstwo.Miała dużo pieniedzy, bo mąż miał mnóstwo zamówień i świetnie zarabiał.
Pracownia rzeźbiarska.
  Rozkręcił swój zakład, otwierając dużą pracownie rzeźbiarską i zatrudniając wielu młodych  czeladników.        
Przynosił żonie pieniądze w złotych markach, ale na drugi dzień, nie było już za co ugotować obiadu.    Pieniądze gdzieś znikały, nie wiadomo gdzie. Józef z rozpaczy zaczął się upijać, przychodził do domu nietrzeźwy i robił żonie głośne awantury, tłukąc wszystko, co mu wpadło pod rękę. Zdarzało się, że kilka razy podniósł na małżonkę rękę. Wtedy najstarsza dziewczynka, zabierała młodsze   rodzeństwo i uciekała z nimi do ogrodu. Bywało, że nocowali pod gołym niebem. To ona, a nie matka, wychowała siostry i braci.
Dziećmi interesowała się tylko starsza, bogata ciotka Binia, mieszkająca w Gnieźnie. Bardzo kochała poważną dziewczynkę i postanowiła jej pomóc. Zaproponowała matce, że zabierze Jadwigę do siebie, wykształci ją i da posag. Matka zgodziła się, lecz w dniu wyjazdu córki, dosłownie się wściekła! Rzuciła w nią ciężkim wazonem, o mało jej nie zabijając. Podarła w strzępy śliczną nową sukienkę, jaką córka miała na sobie, i siłą zatrzymała dziewczynkę w domu, zrywając z ciotką wszelkie stosunki.
Znienawidziła ciotkę Binię jeszcze bardziej od momentu, gdy po przedwczesnej śmierci matki okazało się, że ta dotrzymała zapowiedzianej decyzji wydziedziczenia córki. Cały swój majątek ziemski (a był to duży majątek) oraz biżuterię i akcje Kolei Brytyjskich, zapisała właśnie swojej ukochanej siostrze ciotecznej i jej synom.  Córce nie dała absolutnie nic! Kobieta dostała na pogrzebie matki ataku szału i urządziła ciotce karczemną awanturę. Piekliła się do tego stopnia, że trzeba ją było wyprosić z domu żałoby. Po tym skandalu, rodzina przeniosła się z Gniezna do Poznania.
Stary cmentarz w Gnieźnie.
Józef nauczył się czytać i pisać od córki Jadwigi. To ona codziennie czytała mu na głos gazety i książki. Miał wtedy już czterdzieści lat i był zapalonym zbieraczem pamiątek historycznych i dzieł sztuki. Józef nie chciał skandalu rodzinnego i nigdy nie wystąpił do sądu, o zwrot nieprawnie zagrabionego majątku.        Często opowiadał córce o wielkości i koligacjach swego rodu herbu Nałęcz. Ciekawe, że po zakończeniu I wojny światowej, dzieci okrutnego stryja, który pozbawił  Józefa majątku, odezwały się do niego i zaprosiły go do swojej posiadłości, będącej de facto jego własnością. Ale Józef był już wtedy bogatym człowiekiem i nie chciał ich znać. Wybudował dużą kamienicę, córki powychodziły świetnie za mąż, synowie mieli wyższe wykształcenie. Jeden był profesorem medycyny i posiadał własny szpital, drugi został dyrektorem dużego zakładu przemysłowego, trzeci był oficerem WP.      Córka Jadwiga była moją Babcią i często opowiadała mi o swojej babce, pięknej i nieszczęśliwej Ninie. Wydawało mi się wtedy, że słucham bajki o Kopciuszku, który poślubił księcia. Ale życie nie jest baśnią i nie zawsze kończy się szczęśliwie.
 Mogłabym napisać wiele ciekawych rzeczy o tej dziwnej rodzinie, w której zdarzały się niesamowite zjawiska paranormalne, ale to już zupełnie inna historia i lepiej o niej nie wspominać. Szczególnie na noc!