piątek, 4 listopada 2016

POWRACAJĄCA FALA.


4 listopada 2016 r.
    Oczekującym na jej powrót Poźniakom Nina oznajmiła pogodnie, że wszystko załatwiła pomyślnie i nazajutrz opuszcza Warszawę. Zjedli suty obiad, będący jednocześnie kolacją, na deser delektując się przyniesionymi przez nią ciastami i zagranicznymi owocami.
  
    Poźniakowie nigdy czegoś takiego nie jedli i dopytywali się, skąd pochodzą takie smaczne owoce? Zagadywali ją, chociaż marzyła, żeby zostać sama i w spokoju powrócić myślą do ostatnich wydarzeń. Nie domyślali się niczego i nie mogli napatrzyć się jej promiennym oczom i czarującym uśmiechom. Kiedy udała się już na swoje ponure poddasze, Poźniakowa przyniosła jej garnuszek gorącego mleka i wygrzebawszy gdzieś stary słój, wstawiła do niego przyniesiony przez Ninę bukiet, końcami palców muskając pąki róż i chciwie wdychając zapach kwiatów. Pytała, jak się kwiaty nazywają i gdzie się je hoduje. Nina nie okazywała zniecierpliwienia i nieznacznie tłumiła ziewanie, odpowiadając wyczerpująco na pytania kobiety. Nareszcie Poźniakowa domyśliła się, że pani jest zmęczona i zakończyła rozmowę.
- Niechże paniuleczka zaraz położy się i wypocznie przed podróżą.- powiedziała serdecznie, życząc jej dobrej nocy.
"Żebyś ty, kobieto, wiedziała, dokąd ja jutro pojadę, nie byłabyś taka życzliwa." - pomyślała Nina z gorzką ironią.
   Leżąc już w łóżku, przypomniała sobie o Bradleyu. Po spotkaniu z Wieleninem, jego propozycje nie miały już dla niej znaczenia. Postanowiła rano zadepeszować do Radomia i nie podpisując się, powiadomić Jagę, że wyjeżdża za granicę w sprawach majątkowych. Wyobrażała sobie zdumione miny niani i Miry. Zapewne pomyślą, że podjęła tę decyzję po spotkaniu z urzędnikiem konsulatu brytyjskiego lub Porzyckim. Tym lepiej, że o niczym nie wiedzą! Aha, przed podróżą musi jeszcze w Wilanowie zostawić wiadomość dla Jadwigi.
Wnętrze wagonu-salonki.
  Rozmyślając o tym, nagle uświadomiła sobie, że jutro o tej porze, będzie siedziała w salonce pociągu, mknącego na Wschód. Poczuła dreszcz, lecz nie był to lęk, tylko radosne podniecenie.
 Zdawała sobie sprawę, że w czasie kilkudniowej podróży, sam na sam w zamkniętym przedziale, nie skończy się na pocałunkach, prawdopodobnie dojdzie między nimi do fizycznego zbliżenia.   Ale ta myśl nie budziła w niej niepokoju, tylko jakby niecierpliwe oczekiwanie. "A może ja źle postępuję? Kto wie, czy powinnam tak pochopnie decydować się na ryzykowny krok?" - pomyślała z wahaniem. Lecz natychmiast odsunęła tę myśl od siebie, bo przecież będzie z nią Serge. Uśmiechnęła się, wymawiając szeptem jego imię.
    Jutro, raz na zawsze rozstanie się z "madejowym łożem" Poźniaków. Łóżko było stare i skrzypiało przeraźliwie przy każdym jej ruchu, gniotąc ją w plecy i pośladki tak dotkliwie, jakby leżała na kupie kamieni. Naturalnie, musi spotkać się jeszcze z Bradleyem, aby podziękować mu za starania i wręczyć list do stryja. Nie potrzebuje już pomocy Anglika, bo otrzymawszy od Wielenina dokumenty na swoje nazwisko, za jakiś czas wyjedzie do Francji całkiem legalnie. No tak, ale dokumenty dostanie od niego przypuszczalnie dopiero w Petersburgu, tymczasem musi mieć jakieś papiery. Postanowiła, żedo banku stolicy Rosji, każe przelać część kapitału ulokowanego we Francji, żeby nie być od nikogo finansowo zależną.
   Nieśmiała nadzieja odzyskania Makowa, stała się niemal pewnością. Była rozgorączkowana i podekscytowana nowymi perspektywami, jakie się przed nią otwierały. Och, Serge był cudowny i potrafił natchnąć ją nową otuchą. Cieszyła się, że jest młoda, piękna i kochana, a w jej życiu nie wszystko się jeszcze skończyło. Otwierała się przed nią wspaniała egzystencja, przy boku ukochanego mężczyzny. Młody oficer rozbudził jej uśpioną namiętność i ze zdziwieniem stwierdziła, że już za nim tęskni i bardzo go pragnie.
    Nie mogąc zasnąć, zastanawiała się, czy wystarczy jej pieniędzy na kupno lepszej sukni z krynoliną i porządnej peleryny podbitej futrem, oraz kilku drobiazgów. Wprawdzie Wielenin pojedzie salonką, ale nie może przecież pokazać się u jego boku tak nędznie ubrana. Jak każda kobieta, Nina lubiła eleganckie stroje. Nie wiedziała, ile obecnie w Warszawie kosztuje porządna suknia i jakieś okrycie. Z pewnością drogo, a ona wydała już mnóstwo pieniędzy. Zerwała się z łóżka i zapaliwszy ogarek świeczki, przeliczyła uważnie wszystkie pieniądze. Pozostało jej sto pięćdziesiąt rubli. Z tego zamierzała zostawić pięćdziesiąt rubli Poźniakom, a za resztę kupić kapelusz z woalką i torbę podróżną oraz skórkowe rękawiczki."Nie. - westchnęła żałośnie - Na suknię już nie starczy." Co prawda, Wielenin wielkodusznie zaproponował jej pożyczkę, jednak nie śmiała jej przyjąć wiedząc, że on nigdy nie zażąda zwrotu pieniędzy.
Wnętrze wagonu - salonki.
    Perspektywa spędzenia długiej podróży w jego towarzystwie, wydała się jej bardzo kusząca, ale w głębi serca nurtował ją wewnętrzny niepokój. Nie miała wątpliwości, że decyduje się na krok nieodwracalny, ostateczny, który zaważy na całym jej dalszym życiu. Podejrzewała, że czeka ją mnóstwo kłopotliwych wydarzeń, lecz stanowczo odepchnęła od siebie przykre myśli. Na zmartwienia ma jeszcze czas. Tymczasem musi ułożyć sobie życie na nowo, choć nie ma pojęcia, co z tego wyniknie. Wszystko zależy od decyzji cesarza i tego, co uda się jej odzyskać. Czy tylko sam Maków, a może nawet cały wielki majątek hrabiów Klonowieckich?
    Rozmyślając o tym, każdą cząstką swego ciała i duszy, wygłaszała rozpaczliwe apele do ukochanych zmarłych błagając, by przebaczyli jej to mało patriotyczne zachowanie i pomogli w dziele przywrócenia Makowa prawowitej właścicielce. Na razie nie wiedziała, jak ułożą się jej dalsze stosunki z Wieleninem. Czy kocha on ją na tyle mocno, żeby prosić o jej rękę?
Niegdyś, młodziutka i prześliczna panna Nałęczowska, spadkobierczyni milionowej hrabiowskiej fortuny, mogła zaszczycić swą ręką rosyjskiego arystokratę. Lecz obecnie, z punktu widzenia rodziny pułkownika Wielenina, uboga Polka, wdowa po poległym buntowniku i matka trzyletniego dziecka, dobijająca się dopiero u cara o zwrot zagarniętego majątku, nie była odpowiednią partią dla wyższego oficera gwardii cesarskiej, mającego przed sobą świetną karierę w wojsku i na dworze. Mariaż z Polką młodego rosyjskiego arystokraty, spokrewnionego z wielkimi rodami Rosji, mógł być poczytany za demonstrację poglądów politycznych i zamknąć mu drogę do najwyższych zaszczytów. Dziadek Wielenina, człowiek o skrajnie konserwatywnych poglądach, wierny sługa cara, fanatycznie miłujący "świętą Ruś", z pewnością stanowczo sprzeciwi się małżeństwu wnuka z Polką. Będąc jeszcze panną słyszała, że stary dygnitarz, zamierzał ożenić Wielenina z jakąś bogatą dziedziczką z arystokratycznej rosyjskiej rodziny.
    Wyobraziwszy sobie, że rodacy młodego oficera, mogą związek z nią poczytać za mezalians, Nina zacisnęła pięści ogarnięta nagłą wściekłością. Czy to możliwe żeby ona, wywodząca się z rodu, zapisanego w kronikach na początku państwa polskiego, potomek senatorów, wodzów i dygnitarzy koronnych potężnej Rzeczypospolitej, ona, hrabina Klonowiecka, mogła być uznana za partię nieodpowiednią dla rosyjskiego oficera? Jej podrażniona duma i ambicja burzyły się na samą myśl o tym.
  Nie miała złudzeń, że w Rosji powitają ją z otwartymi rękami. Z pewnością nie uniknie afrontów ze strony dam rosyjskich, zacietrzewionych w nienawiści do wszystkiego co polskie. Wiele Rosjanek utraciło bliskich w czasie powstania i te będą ją atakować z zajadłością wilczyc. Nawet ze strony rodaków nie mogła spodziewać się zrozumienia i poparcia. Pod koniec osiemnastego wieku i na początku dziewiętnastego, małżeństwa polsko-rosyjskie były dobrze widziane, najczęściej w kręgach arystokracji obu krajów. Jednakże po upadku obu powstań, po klęskach i krwawym terrorze, poślubienie Rosjanina postrzegano w kraju jako zdradę narodową i religijną. Obowiązywał dekret carski mówiący, iż dzieci zrodzone z małżeństw mieszanych, przyjmowały wiarę prawosławną i uważane były za Rosjan. Dekret ten był wielce niesprawiedliwi i krzywdzący Polaków.
    Nina była inteligentna i doskonale wiedziała, że zdobycze kultury polskiej, czerpane z krynicy kultury romańskiej Zachodu, znacznie różniły się od obyczajów rosyjskich, szukających wzorców w Bizancjum i na Bliskim Wschodzie. Tradycje polskie wyniesione zostały z ideałów rycerstwa średniowiecznego, gdzie nade wszystko liczył się honor i część dla kobiety. Tymczasem w Rosji, kobieta traktowana była trochę jak samica i nie uznawano w niej duszy. Oczywiście, Wielenin był honorowy i rycerski, ale inni? Rozmyślając o przyszłości, Nina poczuła, że głowa pęka jej z bólu. Decydując się na związek z Rosjaninem, musi dokonać wyboru pomiędzy tymi, których znała i kochała od najmłodszych lat, a mężczyzną z obcego, nieprzyjaznego narodu. Wiedziała, że rodacy ją potępią. „Obłudnicy! Dlaczego chcecie lżyć mnie za to, co sobie samym wybaczacie? Ja tylko wynagradzam sobie to, z czego życie mnie okradło!”
    Nagle zatrzęsła się ze zgrozy wyobraziwszy sobie, że nawet Siekielscy zamkną przed nią drzwi swego domu. Nie wzruszy ich fakt, że Tadeusz zawdzięcza Wieleninowi życie. Pierwszy Tadeusz uzna ją za zdrajczynię ideałów wyznawanych przez bliskich, którzy oddali za nie swe życie. Zapewne Zosia także stanie solidarnie po stronie męża i nie zniży się do przyjaźni z żoną rosyjskiego oficera. A Binia ? Czy i tym razem ukochana siostrzyczka potrafi ją zrozumieć? Bardzo wątpliwe. O Jadze i Mirze wolała nawet nie myśleć!... Biedny Orlewicz czci ją niemal, jak świętą męczennicę, tymczasem domniemana święta, zjawi się w Makowie pod rękę z rosyjskim mężem. Nie!
    Z przeraźliwą jasnością widziała już straszliwe spojrzenie, jakim powita ją Tadeusz, zanim zatrzaśnie jej przed nosem drzwi swego domu! Klęska powstania złamała mu życie i patrząc na nią i Wielenina, będzie myślał o nocy wigilijnej na Łysej Polanie, pokrytej trupami poległych przyjaciół! A Setkowicz? On chyba splunie jej w twarz i pożałuje, że nie pozwolił jej umrzeć. Skuliła się z przerażenia, bo w rozszalałej wyobraźni, ujrzała jego czarne oczy płonące wzgardą. Nawet własna córka, która co wieczór modli się za poległego ojca, może w przyszłości osądzić ją bardzo surowo.
    Próbując opanować burzę szalejącą w sercu, Nina wstała i zaczęła miotać się po poddaszu, chwytając się za bolącą głowę. Bujna wyobraźnia podsuwała jej najczarniejsze obrazy przyszłości. Tak, spotka się z ogólnym potępieniem, a ci, których najmocniej kocha, odwrócą się od niej. Znajdzie się w próżni i pozostanie jej tylko Serge. Lecz czy on potrafi wynagrodzić jej poniesioną stratę? Wiedziała, że stanie pod pręgierzem opinii publicznej i będzie traktowana, jak kobieta sprzedajna. Owszem, Wielenin kochał ją, tego była pewna, lecz gdy ją posiądzie, może wówczas stanie się ona dla niego mniej atrakcyjna i w końcu pożałuje, że związał się z osobą politycznie podejrzaną i zniszczył swą olśniewająca karierę.
    Biegając boso po maleńkiej izdebce, nagle stanęła na środku i zadała sobie pytanie, co zrobi jeżeli Wielenin nie poprosi jej o rękę? Przecież nie mówił, że pragnie ją poślubić tylko, że chce pomóc w odzyskaniu Makowa. Och, zupełnie niepotrzebnie robi z tego dramat, zadręczając się czymś, co w ogóle nie musi się wydarzyć. Znowu zaczęła chodzić i dopiero boleśnie stuknąwszy się głową o niską krokiew, jęknęła i zła, trzymając się za skronie, powróciła do łóżka.
   "A kto mnie, do diabła, zmusza do małżeństwa z Wieleninem? - pomyślała. - Jestem dorosła i mam prawo do romansu bez zobowiązań! Komu to szkodzi? Wcale nie muszę się chwalić, że to Wielenin pomógł mi odzyskać Maków. Powiem na przykład, że to konsul angielski mając dobre koneksje na carskim dworze, potrafił odzyskać Maków na rzecz mojej córki i tyle! Podobno jest jakiś nowy dekret cara mówiący, że wdowy po poległych powstańcach nie ponoszą odpowiedzialności za czyny mężów. Och, mogę nakłamać mnóstwo rzeczy i nikt tego nie sprawdzi"
Sankt Petersburg,
   Uspokoiła się i zaczęła rozważać sprawę od nowa. Pojedzie do Petersburga i zrobi absolutnie wszystko, by odzyskać Maków. To jest najważniejszy cel w jej życiu! Nic poza tym nie ma znaczenia. Westchnęła i przymknęła powieki. Jakby pod wpływem zaklęcia, brudne, wilgotne ściany izby rozstąpiły się przed nią i ujrzała faliste szachownice pól i wyniosłe wzgórza porośnięte gęstym borem. Wyrosła przed nią Sieradowska, cała liliowa w porannych oparach mgieł i usłyszała śpiew skowronka nad łanami zbóż.
    Maków!
    Poczuła zapach róż w swoim purpurowym buduarku, ujrzała lśnienie lustrzanych posadzek w sali balowej i usłyszała dźwięki Pleyela w wielkim salonie. Powróci do domu, na swoją ziemię, do ludzi tak bardzo kochanych. Wiosną karmić będzie łabędzie pływające na stawie i sadzić nowe kwiaty na parkowych rabatach. Wybierze się na konny spacer, żeby podziwiać piękno przyrody świętokrzyskiej i wspaniałość buków na Górze Chełmowej. Przede wszystkim jednak, czeka ją ogrom pracy. Podniesie z ruin Zameczek i Borek, zagospodaruje na nowo majątki na Hrubieszowszczyźnie, odnowi stado arabów. Sprosta tym wielkim zadaniom, ma przed sobą całe, długie życie! Postara się dowiedzieć, dokąd trafiła Mignon i ją odzyska! Ale przede wszystkim, wygna Starewicza z Lipieńca i majątków sandomierskich, przedstawiając sądowi testament wojewodziny! Sprowadzi do Makowa Kumosię, Maćka, Stacha, Ulisię, całą dawną służbę! Do domu, do domu!....
Góra Sieradowska
 Zasłoniła dłonią usta, tłumiąc wyrywający się z nich krzyk. Pomyślała, że jeśli Bóg naprawdę istnieje, to rozumie, że jej intencje są czyste, choć środki, jakimi będzie się posługiwać, aby odzyskać Maków, mogą się ludziom nie podobać. Nie zamierzała się tym przejmować. Król Francji Henryk IV Burbon, powiedział cynicznie: „Paris vaut la messe1!” Dla niej Maków znaczył o wiele więcej, niż Paryż dla króla i żeby go odzyskać, gotowa była na wszystko. Nawet za cenę hańby i poniżenia odzyska swoją ziemię!
  
    Do świtu nie zmrużyła oka, a rano była jednym kłębkiem rozszalałych nerwów. Wstała bardzo wcześnie, ubrała się i chłodząc rozpaloną głowę o zimną szybę, wymyślała sobie od idiotek.”Ja chyba już jestem nienormalna! Przez całe lata marzyłam o odzyskaniu Makowa, tymczasem teraz, kiedy trafia mi się niewyobrażalna wprost okazja odzyskania majątku, odczuwam jakieś głupie skrupuły. Nie zamierzam reszty życia spędzić w biedzie, albo gdzieś daleko od domu. Pragnę kochać i być kochaną! Jestem młoda, wiele wycierpiałam i coś mi się od życia należy. Jeżeli Serge tego zażąda, zostanę jego kochanką. Nikt nie musi o tym wiedzieć, a ja się chwalić nie będę. Zacznę ubierać się jak dawniej w piękne suknie i jeździć karetą. Aha, zabiorę Starewiczowi moje araby!- pomyślała z zawziętością. - Wiem, że niania wolałaby widzieć mnie w trumnie, niż żoną Rosjanina. O nie! Jeżeli zacznę rozmyślać o tym, co zrobi niania, to koniec, zdechł pies, niczego nie dokonam! Potem jej wszystko wytłumaczę, albo i nie. Niech myśli co chce! Biedny Serge... Powinno się mnie pokazywać, jak małpę w klatce, za pieniądze, jako kliniczny przypadek niewdzięczności i głupoty!”
    Postanowiła, że pierwszym jej krokiem w Makowie, będzie rzucenie się krzyżem na ziemię w kaplicy grobowej i modlitwa dziękczynna za dobrodziejstwo jakie niespodziewanie otrzymała, Będzie błagać męża o przebaczenie jej desperackiego kroku. Uczyniła to nie z miłości do Wielenina, lecz z bezgranicznej tęsknoty i miłości do swojej ziemi - do Makowa.
Widok z Łysej Góry.

Przed świtem pocieplało i z długich lodowych sopli wiszących na skraju dachu, zaczęły spływać krople wody, monotonnie stukając o parapet. Śnieg poczerniał i szybko znikał, pozostawiając po sobie kałuże brudnej wody. Pożegnanie z Poźniakami było bardzo serdeczne. Kobieta popłakała się, życząc Ninie szczęśliwej podróży i żałując, że nigdy więcej się nie zobaczą. Nina nieznacznie wsunęła jej do kieszeni pięćdziesiąt rubli. Poźniak pocałował ją w rękę prosząc, żeby pozdrowiła od nich Setkowicza. Kiedy wyszli do pracy, Nina usiadła na krześle i wpatrywała się w ciemność za oknem, powoli rozjaśniającą się późnym zimowym świtem.
   Wstawał ciemny, pochmurny dzień, sprawiając bardzo smutne i ponure wrażenie. Rozmyślając o swojej niepewnej przyszłości, śledziła wzrokiem kapiące z dachu krople wody. To monotonne kapanie niesłychanie ją drażniło. Naraz w jej pamięci odżyły słowa, wypowiedziane niegdyś przez hrabinę Teklę:"Stopa prawdziwej polskiej damy, nigdy nie powinna dotknąć posadzki carskiego pałacu!" Zrobiło się jej bardzo przykro, gdy uświadomiła sobie, że uwielbiana ciocia nie byłaby z niej dumna. Ale pocieszyła się, że być może, śmierć daje zrozumienie wszystkiego, co ludzkie.

Cudowne lata w Makowie.
Siedząc sama w cichym i pustym mieszkaniu, poczuła palącą tęsknotę za Jagą, jej głosem, dotykiem i matczyną pieszczotą, niosącą ukojenie. Brakowało jej widoku Miry i obecności Chérie. Zapragnęła być już w domu i przywieźć im wspaniałe nowiny. Nie wiedziała co zrobić z czasem, więc zaczęła pakować swój ubogi węzełek. Myśl, że pierwszy raz w życiu pojedzie koleją żelazną w osobnej salonce, ogromnie ją ekscytowała. Raz jeszcze przeliczyła pieniądze w złudnej nadziei, że posiada ich więcej. Niestety, pozostało jedynie sto rubli. Postanowiła wyjść wcześniej i po drodze kupić sobie torbę podróżną, bo nie mogła znieść myśli, że tragarze poniosą jej ubogi węzełek, razem z eleganckim bagażem Wielenina. Martwiła się, że przy wytwornym młodym oficerze sprawi wrażenie ubogiej krewnej.
 
Niekiedy wydawało się Ninie, że to był tylko prześliczny sen
 
 O dziesiątej miała spotkać się z Wieleninem na Placu Teatralnym, a o dwunastej z Bradleyem. Umyła się i wyczyściła skromną, ciemną sukienkę bez krynoliny. Jedynie mocno marszczona, falbaniasta halka zastępowała ją od biedy. Nie mając lustra, zrobiła fryzurę starannie, wielokrotnie szczotkując włosy, aż stały się lśniące i puszyste. Upięła warkocze wysoko na karku w duży węzeł. Po raz ostatni zamknęła za sobą drzwi mieszkania, wkładając klucz do skrytki. Dzień był szary, posępny i od rana mżył drobny deszcz. Śnieg stopniał, a ulice zamieniły się w grząskie bajora. W mglistym powietrzu, nędzne kamienice wyglądały jeszcze bardziej przygnębiająco, a z otworów rynien spływały strumienie brudnej wody, rozlewając się po chodniku. Człapiąc w błotnistej mazi, unosiła wysoko suknię, chroniąc ją przed zabłoceniem. Nie miała parasola i po kilku krokach jej włosy były już wilgotne i zwisały w smętnych kosmykach wokół twarzy. "Że też właśnie dzisiaj musiała być odwilż! - pomyślała ze złością, przeskakując wielką kałużę.- Przyjdę na spotkanie z Sergem, zabłocona i mokra jak szczur!" Płaszcz nie chronił jej przed deszczem, a suknia w wilgotnych fałdach lepiła się jej do nóg. Pantalony zrobiły się mokre i dodatkowo chłodziły nogi. Co za pech!
   Starała się omijać kałuże, lecz topniejący śnieg wszędzie zamieniał się w błoto, w którym grzęzły jej stopy. Po jakimś czasie poczuła, że buciki przemokły. Przystanęła przed małym sklepikiem i przejrzała się w mętnej szybie z niesmakiem. Piękna fryzura oklapła. Poprzednio, węzeł upięty wysoko na karku, podkreślał jej długą szyję i krągłe ramiona. Ale teraz włosy zwisały wokół twarzy, a ona sprawiała wrażenie zmokłej kury. "Doprawdy, wyglądam obrzydliwie! - stwierdziła z grymasem gniewu. - Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jaka jestem chuda. Wyglądam jak zagłodzona kotka. Właściwie, co Serge we mnie widzi? Sama skóra i kości. A może on tak z grzeczności prawi mi komplementy?Och, jakże ja mu się pokażę w tym stanie?"
   Wyglądała żałośnie i tylko oczy pozostały niezmiennie piękne i błyszczały jak górskie kryształy pomiędzy gęstwiną długich rzęs. Pośliniła palec i patrząc w szybę, przygładziła brwi i podwinęła rzęsy. Oblizała suche usta i mocno je przygryzła, żeby były czerwieńsze. Potem energicznie strzepnęła przemoczoną suknię i poszukała zegarmistrza. Ze zdumieniem zobaczyła, że jest dopiero kilka minut po godzinie ósmej. Miała przed sobą dwie godziny czasu na zrobienie zakupów i dotarcie na Plac Teatralny. Ponownie obejrzała się w mijanej wystawie i przyszło jej na myśl, że może Wielenin ujrzawszy ją taką zmokniętą i brzydką w świetle dziennym, pożałuje wczorajszej propozycji wspólnej podróży? Kto wie czy nie uzna, że z tak wynędzniałą kobietą nie wypada pokazać się w stolicy Rosji? O nie, lepiej o tym nie myśleć! Kiedy ubierze modne suknie i każe fryzjerowi ułożyć włosy, będzie wyglądała tak pięknie, jak dawniej.
    Diabli nadali ten paskudny deszcz! Suknia zupełnie sflaczała i wygląda jak psu z gardła wyjęta, bo halka przemokła, a dół sukni uszargał się w błocie. Och, jeszcze odrobina cierpliwości, niedługo ponownie zacznie sprowadzać toalety z Paryża. Przyśpieszyła kroku, pragnąc wydostać się z labiryntu uliczek i zaułków Powiśla, z górującym nad nimi masywem Zamku książąt Ostrogskich. W wąwozie uliczek hulał zimny i porywisty wiatr. Szła przed siebie mając nadzieję, że czuły uśmiech Wielenina pozwoli jej zapomnieć o przykrościach dnia. Jego gorąca miłość otaczała ją niczym opary z kadzidła i przywracała wiarę w lepszą przyszłość.
Zamek książąt Ostrogskich.
    Nareszcie wydostała się z błotnistego terenu na twardszy grunt i         przyśpieszyła kroku czując, że stopy niosą ją lekko jak w tańcu.
   Nędzne rudery Powiśla pozostały za nią i zbliżała się do Śródmieścia. Drogę przeciął jej duży wóz załadowany pniami      ściętych    drzew.          .            .          Momentalnie             przypomniała sobie, że    obecny właściciel Makowa, rabunkowo wycina drzewa w puszczy i aż poczerwieniała z oburzenia. Jak tylko odzyska majątek, natychmiast położy temu kres.
"Poczekaj, łotrze, każę ci zapłacić na każde wycięte drzewo! A Starewicza postaram się wpakować do kryminału. Niech on i jego rodzinka posmakują nędzy!"- postanowiła mściwie.
   Natrafiła na porządny sklep i kupiła sobie skromny, mały kapelusz z gęstą woalką, w którym wyglądała uroczo, torbę podróżną i rękawiczki. Prawdziwa dama nie pokazywała się na ulicy bez rękawiczek i kapelusza. Wyszła ze sklepu zadowolona ze sprawunków. Postanowiła, że pojedzie do Paryża natychmiast, po pozytywnym załatwieniu w Petersburgu spraw majątkowych, i namówi stryja do osiedlenia się na razie w Krakowie lub we Lwowie. A jeżeli odzyska Maków, zamieszkają tam razem.
    Zastanawiała się, jak ją przyjmie cesarz Aleksander. Nie ufała mu, wcale nie z powodów patriotycznych. Car był znanym kobieciarzem, a o jego podbojach miłosnych ćwierkały nawet wróble na drzewach. Bała się, żeby cesarz zbyt gorliwie nie zajął się jej sprawą, bo wówczas kariera Wielenina byłaby zagrożona z wiadomych powodów. Pocieszała się nadzieją, że Aleksander naprawdę jest zakochany w księżniczce Kitty. Była ogromnie ciekawa, jak zostanie przyjęta w Petersburgu, i czy ciotka Wielenina przyjmie ją gościnnie, a może tylko z chłodną uprzejmością, kryjącą pogardę?
Car Aleksander II
 Z zamyślenia obudził ją zbliżający się w jej stronę hałas. Okrzyki, wrzaski i ostre gwizdki stójkowych. Na ulicy w jednej chwili uczyniło się zamieszanie, przechodnie przystawali, rozglądając się         niespokojnie.    
Spoza rogu, od strony ulicy Ordynackiej, wybiegł młody mężczyzna, za nim pędzili zadyszani policjanci i dwaj żandarmi, głośno wzywając ludzi do zatrzymania uciekiniera.
- Stoj! Stoj! Dzierżyj wora2! - wrzeszczeli, lecz przechodnie wcale nie kwapili się z pomocą.
    Mężczyzna zręcznie przemykał pomiędzy ludźmi, ostatkiem sił zmierzając do jakiejś przechodniej bramy, prowadzącej do pasaży i podwórek, gdzie policja zgubiłaby jego trop. Zdezorientowana Nina bezwiednie szła mu naprzeciw, ale po chwili przestraszona krzykami, zatrzymała się niezdecydowanie przy sklepie, niezdolna do zrobienia kroku. Już z daleka widziała oczy uciekającego mężczyzny, oszalałe z przerażenia i wytrzeszczone z szalonego wysiłku. Szeroko otwartymi ustami chciwie chwytał powietrze.
Biegnąc, dyszał ciężko i ślizgał się na topniejącym śniegu. Poły szarego zniszczonego płaszcza, rozwiewały się za nim, jak skrzydła zranionego ptaka, bezsilnie opadającego na ziemię. Był bardzo młody, może w jej wieku, pod pachą trzymał czarną teczkę. Nina instynktownie czuła, że ten człowiek nie jest złodziejem. Dalej stała na jego drodze, jak wrośnięta w ziemię, nie mając siły, aby ruszyć się z miejsca. Minął ją w biegu, zmierzając ku najbliższej bramie w nadziei, że ujdzie pogoni.

Z wąskiego pasażu, dokąd właśnie pędził, wyszło dwóch żandarmów, zajętych spokojną rozmową. Ujrzawszy zbiega i goniących za nim policjantów, natychmiast zorientowali się w sytuacji. Jeden z żandarmów, gruby i czerwony, o twarzy buldoga, wysunął się do przodu i odpiąwszy kaburę wyciągnął rewolwer. "O nie! - pomyślała Nina z popłochem - Co on wyprawia? Przecież nie może strzelić do tego biednego chłopca, który lada moment wpadnie im w łapy?"
   Mężczyzna zrozumiał, że dostał się w dwa ognie i rozejrzał się bystro, wzrokiem ściganego, zaszczutego zwierzęcia. Potem raptownie zawrócił. Biegł coraz wolniej, z wysiłkiem odrywając stopy od ziemi. Twarz ociekała mu potem, rzęził. Nina wstrzymała oddech i patrzyła na niego z rozpaczą, nie zdając sobie zupełnie sprawy, że znajduje się na linii ognia.
Rosyjscy sołdaci.

 Uciekający na ułamek sekundy przystanął i sięgnął ręką do kieszeni płaszcza. Gruby żandarm bez namysłu nacisnął cyngiel rewolweru. Ostry trzask wystrzału, rozniósł się echem pomiędzy domami. Z dachów zerwały się wrony i kołowały nad ulicą, bijąc skrzydłami i kracząc. Mężczyzna zachwiał się i z ręki, którą sięgnął do kieszeni, wypadła mu brudna chusteczka do nosa. Nina patrzyła na niego skamieniała ze zgrozy.
- Nie! - krzyknęła rozdzierającym głosem. - Nie strzelajcie!
  Uciekający potknął się i upadł na kolana. Druga kula wystrzelona przez grubego żandarma, o milimetry minęła jego głowę. Dźwignąwszy się z ogromnym wysiłkiem na nogi, mężczyzna szedł już prosto na nią błędnym krokiem, zataczając się jak pijany. Ponownie potknął się, zachrypiał i z jego rozchylonych ust buchnęła struga krwi, ściekając na podbródek i kapiąc na ziemię. Spod pachy wypadła mu czarna teczka, a z niej wyleciały jakieś ulotki. Jego blada spocona twarz, miała pospolite rysy, jasne włosy przylgnęły do wilgotnego czoła, a szeroko rozwarte oczy pełne były śmiertelnej trwogi. Nie zważał już na to, co się wkoło niego dzieje, zmagając się z czymś straszliwym, co było w nim samym.

Na ulicy z każdą chwilą przybywało gapiów, zwabionych odgłosem strzałów i wrzaskami policjantów. Pod rannym ugięły się nogi i miękko osunął się na ziemię. Przemagając słabość, uparcie pełznął do przodu, opierając się na rękach i pozostawiając za sobą smugę krwi. Jego oczy robiły się coraz większe, jakby chciały wyskoczyć z orbit. Zakaszlał chrapliwie i z ust buchnął mu strumień czerwonej krwi, plamiąc płaty szarego brudnego śniegu. W ciszy, jaka zaległa ulicę, ranny doczołgał się do nóg Niny i kurczowo chwycił skraj jej sukni. Unosząc głowę, spojrzał na nią z rozpaczliwym błaganiem

Grottger  Pierwsza ofiara
- Siostro. - wycharczał z trudem - Ratuj, nie chcę umierać.
Jego głos przeszedł w kaszel, a potem w straszną czkawkę. Dławił się, dusił własną krwią. Nina bez namysłu upadła przy nim na kolana i delikatnie uniosła jego głowę, podtrzymując ją i uważając, żeby się nie zadławił. Dokoła nich stał już spory tłum wzruszonych i pełnych współczucia ludzi. Ktoś zapłakał, ktoś zaklął z wściekłością. Na wielu twarzach malowało się napięcie i widać było, że przechodnie oczekują jakiegoś trafu, żeby pomóc rannemu, gdzieś pobiec i kogoś ostrzec.
- Ten człowiek potrzebuje pomocy! - zawołała Nina. - Poślijcie po lekarza.
Ale policjanci i żandarmi zaczęli brutalnie rozpędzać tłum stojący w ponurym milczeniu.
- Won! Nie ma na co patrzeć. - pokrzykiwali, rozpychając ludzi kolbami karabinów. - Ubili wora, ot i wielka historia. Nu, poszli w czorta, bo będzie źle!
    Gruby żandarm podszedł bliżej i stanął rozkraczony nad umierającym. W ręce trzymał dymiący rewolwer. Jeden z policjantów spojrzał na rozrzucone ulotki, schylił się, podniósł jedną i wręczył żandarmowi. Ten rzucił na nią okiem, a potem z całej siły kopnął rannego ciężkim butem w bok. Mężczyzna zachrapał i ponownie dostał krwotoku. Nina była bliska obłędu. Serce skoczyło jej do gardła, czarne płatki zawirowały przed oczami. W głowie rozległo się bicie dzwonów, jakby na alarm. Waliły tak potężnie, że miała wrażenie, iż rozbiją jej czaszkę. Przymknęła oczy i przygryzła niemal do krwi usta, powstrzymując ogarniającą ją słabość. Przemogła się i utkwiła płonący oburzeniem wzrok w złośliwie zmrużonych oczkach żandarma.
- Zastrzelił pan bezbronnego człowieka! - krzyknęła, drżąc z bezsilnego gniewu.- Nie kopie się rannego, ty łotrze!
    Żandarm łypnął na nią złym okiem. Potem uśmiechnął się drwiąco i ponownie wymierzył rannemu cios obcasem w piersi. Któryś z policjantów wybuchnął prostackim, bezmyślnym śmiechem. Nina nie odezwała się więcej rozumiejąc, że każde jej słowo sprowadzi na biednego chłopca nowe ciosy. Klęczała na topniejącym śniegu, trzymając rannego mocno w ramionach. Gładziła go po twarzy i mokrych włosach, tuląc do siebie macierzyńskim ruchem i szepcząc mu do ucha słowa otuchy.
    W tym momencie, ten nieznany chłopiec był dla niej najbliższym człowiekiem na świecie. Ranny drżał, a jego szeroko otwarte oczy stawały się coraz bardziej szkliste. Na czoło wystąpiły mu krople zimnego potu. Ale i z Niną działo się coś niedobrego. Jakby w najgłębszym wnętrzu jej serca, otwarły się nagle zabliźnione już rany i zaczęły na nowo krwawić.
    Przed jej oczami rozerwała się naraz ciemna zasłona skrywająca przeszłość, jaką ciężka choroba i strach przed obłędem, zepchnęły na samo dno świadomości. Pod przymkniętymi powiekami ujrzała straszliwe obrazy, o których pragnęła raz na zawsze zapomnieć i wymazać je z pamięci. Powoli traciła przytomność, nie pamiętając już gdzie się znajduje.     Trzymany w ramionach chłopiec, był jej ogromnie bliski i pragnęła go chronić, nawet za cenę życia. Ale głowa rannego stawała się coraz cięższa i bezwładnie opadła jej na ramię. Zaczął ciężko dyszeć, a jego szkliste oczy napełniły się łzami agonii. Całe ciało przebiegały dreszcze, lodowatymi rękami ściskał kurczowo jej dłonie.
    Pod ciosami kolb tłum cofał się ale nie rozchodził, trwając dalej w posępnym milczeniu. Ranny poruszył się niespokojnie, westchnął głośno i znieruchomiał. Kobiety poklękały, mężczyźni obnażyli głowy. Ktoś zaczął głośno odmawiać: "Wieczne odpoczywanie".Czując ostatnie ruchy umierającego, Nina przytuliła go mocniej do siebie, ale on już tego nie czuł. Leżał martwy, jego niebieskie oczy nieruchomym spojrzeniem wpatrywały się w ołowiane niebo, skąd nieustannie mżył drobny deszcz.
- Zdechł! - stwierdził z satysfakcją żandarm. - Weźcie to ścierwo i zabierzcie do kostnicy. Przeszukać go!
    Jeden z policjantów usłużnie przeszukał kieszenie zabitego, lecz nic przy nim nie znalazł. Chłopak nie miał przy sobie ani dokumentów, ani niczego, co pozwoliłoby policji na ustalenie jego tożsamości. Żandarmi byli wściekli. Zatrzymali starego człowieka ciągnącego za sobą sanki, pełne drewna na opał i zrzuciwszy je, kazali położyć na sanki ciało zabitego. Nina nie chciała go oddać i mocno objęła zwłoki ramionami. Pod jej przymkniętymi powiekami przesuwały się sceny jak z upiornego snu. Znikła błotnista ulica i tłum modlących się ludzi.
   Była mroźna grudniowa noc, a ona klęczała w śniegu na Łysej Polanie, obejmując ramionami straszliwie zmasakrowane ciało męża. Widziała siebie, siedzącą w pędzących, co koń wyskoczy saniach, jak trzyma na kolanach martwą głowę Aleksa. Suknia jej nasiąka jego krwią, topniejąc pod wpływem ciepła. Pod palcami czuła lepką wilgoć.
- Aleczku...- wyszeptała najcichszym głosem i naraz zaniosła się beznadziejnym, rozpaczliwym szlochem, pochylając się nad zabitym i przyciskając usta do jego chłodnego czoła.
   Gruby żandarm wyszarpnął z ręki trupa skraj jej sukni i wydarł zwłoki z jej ramion, chociaż próbowała z całej siły je zatrzymać.
- Nie! - szeptała żarliwie, jakby błagała o życie. - Nie zabierajcie go, proszę!
    Gruby żandarm uderzył ją w twarz, tak mocno, że kapelusz spadł jej z głowy i dał znak policjantom. Pochwycili zabitego za ręce i nogi, ciskając go na sanki. Głowa chłopca uderzyła o krawędź chodnika, a krew obryzgała buty żandarma. Zaklął i wytarł je skrajem sukni Niny. W miejscu, gdzie leżał zastrzelony chłopiec, pozostała duża kałuża krwi. Jeden z policjantów był człowiekiem.      Pochylił się nad Niną i szepnął jej do ucha:
- Niech pani lepiej stąd idzie. Temu biedakowi już nikt nie pomoże.
   Nie słyszała i dalej siedziała na ziemi, trzymając tak ułożone ręce, jakby nadal kogoś obejmowała. Policjant siłą podniósł ją z ziemi, otrzepał ze śniegu i podparł, bo chwiała się na nogach i upadała. Kolana załamywały się pod nią, więc chwyciła się żelaznej balustrady umocowanej przed sklepem. Głowa pękała jej z bólu i była wpółprzytomna z okropnego wstrząsu, jakiego doznała. Odprowadziła wzrokiem oddalające się sanki, eskortowane przez jednego żandarma. Ręce zabitego wlokły się bezwładnie po ziemi, a palce pozostawiały długie ślady na topniejącym śniegu. Chciała pójść za sankami, ale gruby żandarm nie zapomniał o niej. Posłał jej groźne spojrzenie i szorstko zagadnął:
- Znasz tego człowieka? Coś za jedna?
    Nie odpowiedziała, wpatrując się nieruchomym spojrzeniem przed siebie. Ogarnęła ją apatia i obojętność na wszystko, co się dokoła działo. Nic już nie miało dla niej znaczenia wobec przemiany, jaka się z niej nagle dokonała. Z każdą chwilą czuła narastającą tęsknotę i okropną, rozbudzoną na nowo rozpacz, tak straszną, jakby przed chwilą wydarto jej zwłoki zabitego męża.
- Ty, musiałaś go znać, bo go wołałaś! - upierał się żandarm, coraz bardziej zdenerwowany.
    Milczała, marząc by umrzeć i zapaść się pod ziemię. Nie cierpieć!
- Więc kogo wołałaś?
    Patrzyła przed siebie błędnym wzrokiem, czując w czaszce potworny ból.
- Co? Nie chcesz mówić?- indagował żandarm, rozdrażniony jej kamienną obojętnością. - No, gadaj. Zresztą pójdziesz z nami do cyrkułu i tam wyśpiewasz wszystko.
  Policjant który poprzednio ją ostrzegał, obawiając się, że rozwścieczony żandarm znowu ją spoliczkuje, podniósł z ziemi jej upuszczoną torebkę i zaczął szukać dokumentów. Nie znalazł niczego, oprócz biletu z wydrukowanymi złotymi literami imionami i nazwiskiem. Policjant aż zmienił się na twarzy i bez słowa podał bilet pieklącemu się żandarmowi, właśnie wygrażającego Ninie pięścią.
   Żandarm rzucił na bilet okiem i nagle zamilkł. Zrobił się na twarzy popielaty i szczęka mu opadła. Skurczył się, jakby zmalał cały, jego chamska pewność siebie gdzieś wyparowała. Starannie wygładził na bilecie każdą zmarszczkę, schował go do torebki i z uroczystą miną wręczył ją Ninie.
- Hospody, co za nieszczęście, że wasza wielmożność przypadkiem została wmieszana w to przykre zajście. Może wasza wielmożność życzy sobie dorożkę? Natychmiast zawołam.- mówił zniżonym tonem, pokornie zaglądając jej w oczy, prężąc się jak na paradzie i salutując trzęsącą się ręką. - A może przynieść herbaty albo wody sodowej? Proszę tylko powiedzieć, czym mogę służyć.
   W jego małych oczkach sadysty, narastał paniczny strach. Drżał cały, jakby nagle dostał ataku febry. Podniósł z ziemi jej kapelusz i obtarłszy go z błota, podał Ninie.
    Nie obdarzywszy go nawet spojrzeniem, powlokła się przed siebie. Patrzył za nią długo trzymając kapelusz, potem zdjął czapkę i przetarł ręką czoło wilgotne od potu i spopielałą twarz. Na mokrym śniegu leżały rozrzucone ulotki, które wypadły z teczki zabitego chłopca. Przechodząc obok, Nina mimo woli przeczytała na jednej z nich, wydrukowany dużą czcionką napis: „RODACY! NIE UPADAJMY NA DUCHU! JESZCZE POLSKA NIE ...” - reszta napisu rozpłynęła się w błocie.
    O jakiejś porze zatrzymała się na małym skwerku. Rosło tam kilka drzew pokrytych poczerniałym śniegiem i stała żelazna ławka. Przysiadła na niej, jak zmarznięty ptak na gałęzi i miała tylko jedno wielkie pragnienie - przestać istnieć. Wsparła się plecami o poręcz ławki i opuściwszy głowę na piersi, siedziała bez ruchu, jakby spała. Nie miała już siły na nic i marzyła, żeby pogrążyć się w nicości. Była otępiała z rozpaczy, przytłaczały ją wyrzuty sumienia, poczucie winy i ból. Odżyło na nowo cierpienie i ogromna tęsknota za mężem. Przeszłość, od jakiej uciekła w niepamięć, próbując wymazać ją ze świadomości, niespodziewanie powróciła do niej, jak powraca fala odbita od brzegu. Czas jakby się cofnął, a ona po raz drugi przeżywała rozdzierający serce ból, jak wówczas, gdy klęczała, trzymając w ramionach potwornie zmasakrowane ciało ukochanego, pokryte ranami i zakrzepłą krwią.
     Przez cały wczorajszy wieczór i dziś rano, marzyła o szczęściu, powrocie do Makowa i uścisku mężczyzny, którego pragnęła. Jego namiętne wyznania miłosne rozpaliły w niej krew, a gorące pieszczoty sprawiły, że drżała z podniecenia.
    Ale teraz myśl o Wieleninie nie budziła już w niej żadnej namiętności. Czuła się kompletnie wypalona, aż do samego dna duszy i bezgranicznie smutna. Wszystko w jej życiu obracało się przeciwko niej. Z otchłani niepamięci naraz przypłynęły do niej słowa, wypowiedziane niegdyś przez Aleksa:  ”Wiem, że gdybym zginął,Wielenin ciebie odszuka, a ty przyjmiesz go z radością!”
     O, jakże dobrze mąż znał jej słaby charakter i doskonale wiedział, co czuła do młodego Rosjanina, lecz wybaczał jej ten grzech i kochał ją. „Jak mogłam być taka szalona i próbować odzyskać Maków za cenę carskiej łaski?”- myślała ze skruchą, korząc się w duchu. Pragnęła wymazać przeszłość z pamięci, ale ona powróciła i poraziła ją jak piorun w chwili, gdy była już pewna, że otwiera się przed nią droga do szczęścia. Zamierzała odzyskał majątek, kłaniając się carowi, sprawcy mordów na powstańcach i na jej mężu. To sołdaci cara w barbarzyński sposób obchodzili się ze zwyciężonymi, nie tylko ich zabijając, ale ohydnie okaleczając po śmierci. Chciała prosić cara o zwrot majątku? Jak po takim upodleniu miałaby czelność stanąć nad grobem męża, spoczywającego z moskiewską kulą w sercu? Czy potrafiłaby z czystym sumieniem i podniesionym czołem, uklęknąć na Łysej Polanie przy bagnie, zbiorowej mogile tylu wspaniałych, bohaterskich chłopców? Czy starczyłoby jej odwagi, by modlić się za dusze męża, Jasia, hrabiny Tekli, wojewodziny i proboszcza? Wiec niczego się nie nauczyła, żyjąc obok nich przez tyle lat? Czy Jaś nie pokazał jej, jak trzeba żyć i jak umierać?
    ”O Chryste, odpuść mi, bo nie wiedziałam, co czynię!”- wydała przejmujący jęk i załamała ręce. Śniła o szczęściu, ale przecież nigdy nie byłaby szczęśliwa z takim ciężarem winy na duszy. Chciała powrócić w progi ukochanego domu ofiarowanego jej przez męża, pod rękę z rosyjskim kochankiem? Chyba oszalała! Przecież duchy drogich zmarłych i wyrzuty sumienia wygnałyby ją stamtąd. Nie potrafiłaby żyć z takim ciężarem hańby. Umierająca wojewodzina w momencie jasnowidzenia, przestrzegła ją aby nie uległa, kiedy przyjdzie godzina próby, ale ona zupełnie zapomniała o tej przestrodze i dała się ponieść namiętności.

    Zatrzęsła się z zimna. Stopy miała lodowate, bo buciki przemokły. Podniosła się z ławki i poszła przed siebie bez celu, płacząc, udręczona, ogłuszona okropnym przeżyciem i bliska omdlenia z głodu. Huk toczących się bez przerwy ciężkich wozów, rozsadzał jej czaszkę. W tym momencie, nienawidziła ludzi śpieszących dokądś, coś zamierzających. Kto wie, może byli szczęśliwi? Podobno szczęście jest grzechem! Wobec tego wszyscy byli grzeszni i tak obrzydliwi jak ona! Po tragedii jaką przeżyła, nie miała już prawa do szczęścia. W każdym razie nie takiego, o jakim jeszcze dziś rano marzyła. Wyparłszy się przeszłości, bolesnej i okrutnej ale bohaterskiej, zamierzała żyć wesoło, za cenę zdrady ideałów, dla których jej bliscy poświęcili swe życie. Chciała wieść życie sprzedajnej dziewki, kupionej za cenę hańby!
    Gdyby odzyskała Maków z carskiej łaski, czy odważyłaby spojrzeć prosto w oczy Tadeuszowi? Jakże oskarżycielski byłby widok jego pustego rękawa po utraconej ręce, strzaskanej moskiewską kulą. Nie zdawała sobie sprawy z okrutnego faktu, jakich okropnych spustoszeń w jego duszy dokonał upadek powstania i śmierć przyjaciół. Czy nie wiedziała, jak bardzo czuł się poniżony i przybity narodową tragedią? Tadeusz!.... Cudowny chłopak, ukochany najlepszy przyjaciel i złote serce. Żołnierz odważny jak lew, gorący patriota.
    A dziś upija się z rosyjskim  naczelnikiem wojennym, zdradza najsłodszą żonę z jakąś dziewką, nie kocha własnego syna i nie dba o ojcowiznę. Ale ona nie miała prawa go sądzić, bo była od niego stokroć bardziej grzeszna, słabsza i podlejsza! Istna gadzina! Rozumiała, że Wielenin nie był niczemu winien, kochał ją i bezinteresownie pragnął jej pomóc, a jego bilet uratował jej przed chwilą życie. Lecz w jakiś tragiczny sposób i na nim ciążyła odpowiedzialność, za zbrodnie dokonane przez jego władcę i rodaków.
   Nie, jeszcze nie nadszedł czas na zapomnienie, przebaczenie i osobiste szczęście. Nawet odzyskawszy wszystko co utraciła, nie stałaby się przez to mniej nękana wyrzutami sumienia. Nie umiałaby żyć w Makowie, mając przy sobie nowego męża lub kochanka, bo dokoła widziałaby cienie umarłych. Nieustannie słyszałaby ich głosy i kroki, czuła przy sobie ich obecność. Oczy męża patrzyłyby na nią z wielkiego portretu, pełne niezgłębionego smutku. W ciszy wielkich salonów rozlegałoby się człapanie pantofli Walentego, tak bardzo przywiązanego do swego pana, że nie chciał żyć po jego śmierci. Nie, nie zdoła zaprzeć się swojej przeszłości, bo ona jest w niej samej!
  
     Szła przed siebie chwiejąc się na nogach, oniemiała z żalu i skruchy. Trafiła bezwiednie do Saskiego Ogrodu i błąkała się długimi alejami, pustymi i cichymi o tej porze roku. Przystanęła nad stawem pokrytym lodem, pod bezlistnymi drzewami. Często przychodziła tutaj z ciocią Salomeą lub z Jasiem, a potem z mężem, karmiąc pływające po wodzie łabędzie, bo przypominały jej Maków. Ale teraz nie było łabędzi i odeszła stamtąd, dusząc się łzami i nie oglądając za siebie. Nie popatrzyła nawet na dom, gdzie niegdyś mieszkała. Idąc przez Mazowiecką, minęła gmach szpitala Dzieciątka Jezus, a potem powędrowała przed siebie, zatrzymując się dopiero na rogu Nowego Światu i spojrzała w kierunku Wisły.
Wisła skuta lodem.
   Przed nią rozciągały się piaszczyste, niskie wzgórza porośnięte rzdkimi szarymi, mizernymi krzewinami i spadające     stromo ku rzece. Nie bacząc na obolałe nogi i ogromne zmęczenie, zaczęła schodzić powoli ku Wiśle.
   Bała się przystanąć, bo wtedy dopadały ją najczarniejsze myśli i ogarniała nagła nieopisana, okropna depresja. Brnąc po piasku, szła brzegiem nieczuła na chłód ciągnący od wielkiej wody, pokrytej częściowo lodem. Pomyślała, że Wielenin nie doczekawszy się jej, wsiądzie po południu do pociągu i odjedzie. Nigdy więcej się nie zobaczą. Uświadomiwszy to sobie, poczuła do siebie nienawiść i chęć samounicestwienia. Nie tylko nie potrafiła sama być szczęśliwa, ale jeszcze unieszczęśliwiała tych, którzy ją kochali.
    Czy rzeczywiście była taką dobrą żoną dla Aleksa? Owszem, szalała za nim zachowując się jednocześnie kapryśnie, wiecznie z czegoś niezadowolona. Kiedy mąż zmęczony i rozbity na duszy wracał na kilkugodzinny odpoczynek do domu, umilała mu życie scenami, usiłując przekonać go do swoich racji. Była uparta, nie wierzyła w jego ideały, próżna i głupia! Swoją bezmyślną kokieterią doprowadziła do tego, że odszedł z domu bez pożegnania, zraniony jej okrutnymi słowami. Gdyby nie nalegała, żeby wrócił na święta do domu, prawdopodobnie przeżyłby powstanie.
     Postanowiła zapomnieć o przeszłości, zaledwie trzy lata po jego przerażającej, męczeńskiej śmierci i zamarzył się jej szalony romans z Wieleninem, mimo iż doskonale pamiętała, że Aleks był o niego nieprzytomnie zazdrosny, jakby przeczuwał, iż miłość jej okaże się taka nietrwała. Nie była nawet dobrą matką, oddając swoje dziecko Bini i pozbawiając męża radości z widoku ukochanej córeczki. Biedny Orlewicz do końca zostanie chyba starym kawalerem wyobrażając sobie, że kochał anioła! A Setkowicz? Żeby nie jej przeklęta zalotność, doktor znalazłby cichą, spokojną egzystencję, przy boku kochającej go całym sercem Miry. Wszystko, co zrobiła dla powstania, wynikało z jej upodobania do awanturniczych przygód.

    Na koniec wyrządziła ogromną krzywdę Wieleninowi, pozwalając mu żywić nadzieję na jej wzajemność. Uświadomiła sobie, że związek z nim rozerwałby raz na zawsze nici wiążące ją z mężem, a wspomnienie o nim uczynił prawie zdradą. Na tę myśl przejął ją tak przeszywający ból, jakby po raz drugi traciła męża na wieki. Oto jak ladacznica, zamierzała przejść z jednych ramion w drugie, wyrzekając się nawet wspomnienia o poległym mężu. Jeśli ona o nim zapomni, to kto przechowa pamięć o jego życiu i poświęceniu się Sprawie? Za samo przypuszczenie, że mogłoby tak się stać, deptałaby po sobie z pasją nogami. Naraz przypomniał się jej fragment przeczytanego niegdyś wiersza, mało znanego poety.
                                               Źle, źle zawsze i wszędzie.
                                               Ta nić czarna się przędzie:
                                               Ona za mną, przede mną i przy mnie.
                                               Ona w każdym oddechu,
                                               Ona w każdym uśmiechu.3
   Westchnęła spazmatycznie, wciągając w płuca rześkie powietrze. Stała na wysokiej skarpie i patrzyła na wielką rzekę skutą białym lodem. Gdzieniegdzie przy brzegu, widniały czarne dziury wolnej od lodu wody. Bystry nurt płynął pod lodową skorupą, a do jej uszu dochodził cichy bulgot.
„Czy ja naprawdę jestem taka niegodziwa? - zapytywała się z przerażeniem. - Przecież nie uczyniłam nic złego. Tak wiele cierpiałam w przeszłości, więc czy rzeczywiście pragnienie szczęścia jest grzechem? Przecież zwalczyłam pokusę i nigdy więcej nie zobaczę Wielenina. Dlaczego tak strasznie się zadręczam?”         
    Próbowała usprawiedliwić się przed sobą, lecz nieubłagany głos sumienia mówił jej, że mimo wszystko, stało się coś bardzo złego. Jej czysta miłość do poległego męża została zbrukana, kiedy namiętnie zapragnęła oddać się innemu mężczyźnie. Naraz ogarnął ją zabobonny strach, bo wyobraziła sobie, że ta śmierć zastępująca jej drogę w momencie, gdy była o krok od podjęcia nieodwracalnej decyzji, nie była przypadkowa. Stała się groźnym ostrzeżeniem, ratujące ją przed popełnieniem podłości.
    „Aleczku, ukochany mój.- wyszeptała posiniałymi wargami. - Przebacz mi tę chwilę słabości. Pociesz mnie, bo jestem ogromnie nieszczęśliwa i bezradna.” W jej chorej i zbolałej duszy na nowo odżyła z wielką mocą miłość i tęsknota za utraconym przed laty mężem.
   Spojrzała w dół i nagle zapragnęła, żeby ta czarna woda zamknęła się nad jej głową. Postąpiła na sam brzeg skarpy i odważnie patrzyła na otwierającą się pod jej stopami przepaść. „No, śmiało! - zachęcała się do skoku. - To tylko krótka chwila, a potem nareszcie uwolnię się od wspomnień i zaznam spokoju. Odwagi! Ręka mi nie zadrżała, gdy nalewałam truciznę do kieliszka, więc i teraz nie powinnam lękać się śmierci.”
Przepaść ciągnęła ją z magnetyczną siłą. Poczuła, że ziemia osuwa się jej pod nogami. Piasek i kamienie sypały się spod jej stóp i z cichym pluskiem wpadały do rzeki. Mocno pochylona do przodu, zawisła niemal w powietrzu. Wystarczył najmniejszy ruch, a runie głową w dół. Zaraz zniknie pod lodem i dopiero wiosną ktoś może odnajdzie jej rozkładające się zwłoki.
- Boże, zmiłuj się nade mną! Aleczku! - pod sobą słyszała wabiący bełkot rzeki.
   Uczyniła na piersi znak krzyża i przymknęła powieki.
- Co pani najlepszego robi? - usłyszała za sobą okrzyk i czyjeś mocne ramiona chwyciły ją wpół i odciągnęły od przepaści.
    Pod Niną ugięły się nogi gdy uświadomiła sobie, że cudem uniknęła okropnej śmierci. Bezsilnie osunęła się na ziemię.
- Pani źle się czuje. Może wezwę lekarza? To miejsce jest bardzo niebezpieczne i łatwo tu wpaść do Wisły.
    Stojąca przy niej starsza, siwa kobieta w czarnej salopie, patrzyła na nią z litością i zrozumieniem.
- Przepraszam, ale nagle poczułam się słabo.- skłamała Nina, z trudem powracając do rzeczywistości.
- Więc może zaprowadzę panią do szpitala?- starsza pani wydawała się zatroskana i usiłowała jej pomóc. - Wyszłam wyprowadzić psa i zobaczyłam, że pani stoi nad przepaścią.
- Bardzo pani dziękuję, nie zdawałam sobie sprawy, że grozi mi upadek. Już lepiej się czuję. - na ustach Niny ukazał się cień uśmiechu. - To samo przejdzie... z czasem.
- Tak, niekiedy przechodzi. - kobieta pokiwała wymownie głową i odeszła, wołając do siebie psa.
    „Chyba mi coś padło na mózg! Co ja chciałam zrobić? Przecież samobójstwo byłoby aktem tchórzostwa i egoizmu. Chciałam uciec w śmierć, nie troszcząc się co stanie się z nianią i Mirą. Gdybym zniknęła bez śladu, obie zostałyby aresztowane.” Zamierzała umrzeć, a przecież los okazał się dla niej łaskawy. Udało się jej dotrzeć do konsulatu brytyjskiego. Odnalazł się jej najbliższy krewny i dzięki niemu uda się im wyjechać za granicę. Przed jej oczami stanęła nagle twarz bardzo lubianego bernardyna ojca Józefa, poznanego przed laty u panny Eugenii. Nie rozumiała, dlaczego z całą wyrazistością ujrzała jego czarujący uśmiech i usłyszała słowa, jakimi pocieszał jej w dniu egzekucji Rządu Narodowego:
   
„Gdybyś stanęła na rozdrożu i nie widziała przed sobą wyjścia, jakby cię naszły złe myśli, wtedy Go zawołaj. Głośno, z całego serca, jak ojca. Zawołaj, a On cię usłyszy.” Wzniosła oczy ku pochmurnemu niebu w nadziei, że jakaś wszechmocna siła uwolni ją od bólu i wyrzutów sumienia.
- Jezu, pomóż mi! - wykrzyknęła, załamując ręce. - Niczego już dla siebie nie pragnę i niczego nie oczekuję. Odpuść mi  mi moje winy i sądź mnie wedle Twego miłosierdzia, a nie moich grzechów. Amen"
    Zziębnięta podniosła się z ziemi i otrzepawszy suknię z piasku, poszła na Nowy Świat, a stamtąd, mijając pałac Zamoyskich, trafiła na duży sklep, w którym prócz papierosów i cygar, sprzedawano materiały papiernicze. Zmęczona, ciężko wsparła się o ladę. Młody subiekt przypatrywał się jej ze zdumieniem,zaintrygowany dziwnym zachowaniem klientki.
- Czym mogę pani służyć? - zapytał uprzejmie.
- Która godzina? - nagle przypomniała sobie o spotkaniu z Bradleyem.
- Jedenasta trzydzieści, proszę pani.
- Aha! - mruknęła zdziwiona, gdyż sądziła, że jest o wiele później.
    Zauważyła, że na dłoniach i na sukni ma plamy krwi.
- Upadłam i trochę się poraniłam. Czy mogłabym prosić o zawołanie dorożki?
- Oczywiście. Tu, za zasłonką, jest umywalka z wodą i lustro. Posługacz oczyści pani płaszczyk, suknię i buciki.
- Dziękuję. Jeszcze poproszę o bilet z kopertą.
    Usiadła przy małym stoliczku i napisała do Wielenina kilka suchych, grzecznych zdań informując go, że na skutek nieprzewidzianych okoliczności, zmuszona jest z żalem zrezygnować ze spotkania i wspólnej podróży. Pisała, rozbryzgując atrament i łamiąc dwie stalówki. Podpisała się samym imieniem. Z jej rzęs spłynęła duża łza i rozmywając zastygłą na palcach krew, spadła na bilet, jak krwawa pieczęć cierpienia.
    Weszła za kotarę, umyła się i uczesała wilgotne włosy, a posługacz pomógł jej wyczyścić płaszcz, suknię i buciki. Zapłaciła i wyszła ze sklepu, bo dorożka już na nią czekała. Wsiadła i kazała się zawieźć na Plac Teatralny. Nie wierzyła, że Wielenin może jeszcze na nią czekać, była przecież spóźniona o półtorej godziny. Wtulona w poduszki powozu oddychała ciężko, dławiąc się i czując w głowie okropny zamęt. Było jej słabo i miała nudności. Kiedy zajechali na Plac Teatralny, rozejrzała się uważnie i naraz jej serce skurczyło się boleśnie.
    W pobliżu cukierni Semadeniego stała czarna kareta. Czekał na nią! Uparcie na nią czekał wierząc, że jeszcze przyjdzie. Spojrzała na drzwi cukierni, skąd wczoraj wyszli tacy szczęśliwi i zapatrzeni w siebie.    Wychyliła się z dorożki i skinęła na przechodzącego małego gazeciarza.
- Masz tu rubla. Oddaj ten bilet panu siedzącemu w tej czarnej karecie.- poleciła, wskazując mu powóz.
    Chłopiec widząc siedzącego na koźle stangreta w żołnierskim mundurze, żachnął się, mierząc ją wrogim spojrzeniem.
- Temu Moskalowi? Ja nie gadam po rusku! - warknął niegrzecznie.
- Nic nie mów. Oddaj temu panu bilet i zaraz odejdź. To bardzo ważne.- powiedziała szeptem.
    Gazeciarzowi zaświeciły się oczy.
- Polityka? Już się robi! - podbiegł do karety i wykonał jej polecenie.
    Widziała jak zapukał w szybę i podawszy bilet Wieleninowi, natychmiast się ulotnił. Pociemniało jej w oczach, kiedy wyobraziła sobie, co Serge o niej pomyśli przeczytawszy liścik. Czarna kareta stała jeszcze przez chwilę, a potem ruszyła wolno i znikła wjeżdżając w ulicę Senatorską. „Chryste, ja tu zmysły stracę! - szepnęła, czując w czaszce narastający ból.
   - Aleczku, przebacz mi, ale to tak bardzo boli...To już ostatnia ofiara z mego życia osobistego. Nigdy więcej nie ulegnę żadnej pokusie.”
- Gdzie pani każe jechać? - rozległ się z kozła gruby głos dorożkarza.
  Nie miała nawet siły żeby się odezwać, wpółprzytomna z rozpaczy.
- No to gdzie mam jechać ? - powtórzył zniecierpliwiony.
- Na Plac Zamkowy.
   
    Odjeżdżając, obejrzała się za siebie. Nad kolumnadą Teatru Wielkiego wznosiły kopyta rozpędzone konie, ciągnąc za sobą kwadrygę4. Pomyślała, że już nigdy więcej nie zobaczy tego miejsca, gdzie przez krótką chwilę była taka szczęśliwa.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
1Paris vaut la messe! - Paryż wart jest mszy! Historyczne słowa króla Henryka IV, protestanta, wyrażającego w ten sposób zgodę na przyjęcie wyznania rzymsko-katolickiego, będącego warunkiem otrzymania korony Francji.
2Stoj!.... - Stój, stój, trzymaj złodzieja!
3Cyprian Kamil Norwid, Moja piosnka.
4Kwadryga - dwukołowy wóz zaprzężony w 4 konie równolegle; używany w starożytnej Grecji i Rzymie.