środa, 2 listopada 2016

SPOTKANIE POD TEATREM WIELKIM


2 listopada 2016 r.
    Wieczorem Zamek warszawski był rzęsiście oświetlony. Najwidoczniej w salach odbywało się jakieś przyjęcie. Wtem, brama zamkowa otwarła się szeroko, a z jej wnętrza zaczęły wysuwać się szeregi konnej żandarmerii w błyszczących półpancerzach na piersiach, w których odbijały się światła pochodni i lamp gazowych. Za żandarmami podążał szwadron huzarów i oba oddziały skierowały się ulicą Senatorską w stronę Teatru Wielkiego.
W-wa Zamek Królewski
   Nie namyślając się wiele, Nina poszła w tym samym kierunku, za sporą gromadą gapiów, zwabionych widokiem kawalerii. Na Placu Teatralnym, ujrzała ogromny gmach z monumentalną kolumnadą. Cały fronton Teatru oświetlony był kolorowymi lampionami, a kolumny spowite w girlandy z zieleni i kwiatów. Na dużym transparencie, świetlne litery układały się w inicjały generała hrabiego Berga. Zaintrygowana Nina podeszła bliżej i stanęła w cieniu kolumny.
Na placu zgromadził się już tłum, rosnący z każdą chwilą. Zdenerwowani policjanci z trudem utrzymywali porządek, odpychając ludzi kolbami karabinów i niekiedy płazując szablami. Konna żandarmeria i huzarzy ustawili się w długim dwuszeregu, środkiem zaczęły zajeżdżać przed Teatr karety i wielkie kryte sanie, zaprzężone w ogniste konie. Trzaskały opuszczane z pośpiechem stopnie ekwipaży, z kozłów zeskakiwali lokaje w paradnych liberiach i ordynansi, otwierając drzwiczki i pomagając wysiąść dygnitarzom wojskowym w galowych mundurach oraz cywilnym panom w czarnych pelerynach podbitych białym atłasem i w lśniących cylindrach. Wystrojone panie okryte drogocennymi futrami, ostrożnie schodziły po stopniach karet, szeleszcząc sztywnymi krynolinami. Do uszu Niny, zapatrzonej na to niezwykłe widowisko, dochodziły urywki rozmów prowadzonych po francusku i rosyjsku. Cały wielki świat stolicy, zgromadził się w Teatrze. Rozpoznawała twarze osób, noszących polskie historyczne nazwiska, znane w całej Europie, prowadzących ożywioną konwersację z carskimi dygnitarzami. Zarumieniła się ze wstydu na myśl, że i ona należała kiedyś do tej samej uprzywilejowanej sfery.
W-wa Teatr Wielki.
 Od strony Zamku rozległ się rytmiczny warkot werbli i wysoki, srebrny głos trąbek. Bębny i trąbki zbliżały się, wraz z grzmotem końskich kopyt. Przed Teatr zatoczyła się wielka, pancerna karoca, szczelnie otoczona przez szwadron huzarów gwardii, sotnię kozaków dońskich i Czerkiesów w galowych mundurach, z dobytymi szablami. Lokaje w białych perukach, szeroko otwarli drzwi Teatru. Pierwszy wyskoczył z karety strojny adiutant, a za nim oczom zgromadzonych gapiów, ukazał się szczupły mężczyzna w podeszłym wieku. Miał na sobie bogaty mundur, przepasany wstęgą orderową. Spod narzuconego na ramiona sobolowego futra, tęczowo lśniły diamenty gwiazd orderowych. Stojąca w dwuszeregu kawaleria sprezentowała broń, błysnęły ostrza dobytych szabel. Dęta orkiestra zagrała marsza generalskiego. Na placu rozległy się anemiczne okrzyki gawiedzi, mocno poszturchiwanej przez policjantów.
   Nina uniosła się na palcach, wpijając się nienawistnym wzrokiem w człowieka, odpowiedzialnego za rozlew krwi przy tłumieniu powstania i nieopisane cierpienia narodu polskiego, setki egzekucji, dziesiątki tysięcy zesłanych na Sybir. Namiestnik Królestwa Polskiego, Teodor hrabia Berg, Niemiec z pochodzenia, pomimo sędziwego wieku, trzymał się niezwykle prosto i wyniośle. Jego pociągła twarz, o odpychającym grymasie pychy, była nieruchoma jak maska. Uniesione wysoko brwi, nadawały mu diaboliczny wygląd. Geste włosy, a może tylko perukę, ufarbowano na ciemny kolor, a usztywnione szuwaksem wąsy były zawadiacko podkręcone do góry. Berg był stary, lecz ciągle jeszcze w pretensjach. Sprężystym krokiem minął wyprężone na baczność szeregi wojska, niedbale salutując oficerom i wkroczył do westybulu Teatru. Asystujący mu orszak generalicji i dostojników cywilnych, śpiesznie podążył za nim.
gen. hr. Teodor Berg

Przez krótką chwilę, Nina widziała szerokie, marmurowe schody pokryte purpurowym dywanem i udekorowane kwiatami. Na stopniach stali wyprężeni kozacy w czerwonych mundurach i wysokich papachach. Potem drzwi Teatru zamknęły się przed nosami zawiedzionych gapiów. Z wnętrza dochodziły śmiechy i wesołe rozmowy. Nina mocniej wtuliła się w cień kamiennej kolumny. A więc tak wyglądał człowiek, który wydał rozkaz egzekucji Rządu Narodowego, i był odpowiedzialny za okrutny terror popowstaniowy. Pomiędzy stojącymi tu ludźmi, nie znalazł się śmiałek, który zażądałby w imieniu sponiewieranego narodu obrachunku?
"Co się stało z bohaterską, nieugiętą Warszawą, wzbudzającą strach w sercach zaborców?" - myślała, raz jeszcze przeżywając gorycz klęski.
Stolica umęczonej, rozdartej rozbiorami Polski, coraz częściej nazywanej przez władze carskie Priwislinje1, bawi się z mordercami jej synów. Berg zamienił kraj w jedno wielkie cmentarzysko, a teraz świętuje swoje zwycięstwo na grobach poległych i straconych. Poczuła wstyd i upokorzenie, że stoi w tłumie gapiów i przypatruje się tryumfom zaborców. Z wnętrza Teatru dobiegł głuchy warkot werbli, a potem rozległy się powolne, majestatyczne dźwięki hymnu:" Boże, caria chrani." "Cara nie chroni Bóg, ale szatan! Ale przyjdzie taki dzień, że to właśnie Polak dobierze mu się do skóry!" - pomyślała mściwie nie wyobrażając sobie, że jej pobożne życzenie spełni się za piętnaście lat2.

Dama w sukni balowej.
Była tak rozdrażniona, że aż dyszała z nienawiści. Stojąc na mrozie przemarzła i miała już dosyć scen świętujących władz carskich. Widok wystrojonych pań, przypomniał jej czasy, kiedy sama ukazywała się w loży Teatru, ubrana w aksamity, gronostaje i iskrzące się klejnoty. Odwróciła się gwałtownie na pięcie i ruszyła przed siebie, postanawiając zaraz wrócić do domu. Ryzykowała, stojąc bez dokumentów w tym tłumie. Żeby wyładować miotającą nią wściekłość, zaczęła półgłosem deklamować szyderczy wiersz Merzbacha:
    Przez długie aleje jedzie kawalkada.
    Straszliwie wspaniała, piekieł maskarada.
    Moskiewska kapela drażniąc uszy polskie,
    Rżnie głośno hymn carski i pieśni mongolskie.
    Muzyka, kurzawa, tętent i szczęk szabel,
    Zmieniają aleje - w jakąś wieżę Babel!
Prychnęła z pogardą i szczelniej otuliła się chustą, bo wieczór był bardzo zimny. Przyśpieszyła kroku, marząc o ciepłym, bezpiecznym poddaszu u Poźniaków.
Przed Teatr zajechała galopem mała, czarna kareta. Drzwiczki otworzyły się z trzaskiem i wyskoczył z niej rosyjski oficer, nie czekając aż stangret opuści stopnie.   Zbuntowana i pełna nieprzyjaznych myśli, Nina szła mu naprzeciw, wpatrując się w śnieg pod stopami. Oficer śpieszył się tak bardzo, że mijając, niechcący silnie ją potrącił. Straciła równowagę, a Rosjanin żachnął się zniecierpliwiony, lecz przystanął i pochwycił ją za ramię, pomagając zachować równowagę.
- O, pardon, madame! - rzucił ze zdawkową grzecznością i nagle zamilkł.
Spod daszka oficerskiej czapki, spojrzały na nią z bliska, jego szeroko rozwarte, szafirowe oczy. Oburzona Nina uniosła głowę, obrzuciła go gniewnym wzrokiem i zamarła. Przez moment sądziła, że to tylko złudzenie zrodzone z drzemiącego w jej sercu marzenia, jakiego nawet nie była świadoma. Ale to nie było złudzenie. Ta piękna twarz widziana czasami w snach, te szafirowe oczy o uwodzicielskim spojrzeniu, gęste kruczoczarne włosy i szerokie ramiona okryte eleganckim płaszczem, podbitym drogim futrem.... Czyż mógł istnieć ktoś drugi, podobny do niego?
   W całkowitym milczeniu wpatrywali się w siebie, zbyt wstrząśnięci tym niespodziewanym spotkaniem po latach, aby nawiązać rozmowę. Wielenin podszedł do niej tak blisko, że poczuła na twarzy jego ciepły oddech. W spojrzeniu skierowanych na nią oczu, dostrzegła ogrom szczęścia i raz jeszcze doświadczyła tego magnetycznego uroku, jaki potrafił w niej wzbudzić. Po jego twarzy przemknęła burza uczuć: zdumienie, niedowierzanie, zachwyt i szalona radość. Nina była bardzo skromnie, niemal biednie ubrana, lecz mimo to emanowała nieuchwytną wytwornością, przejawiającą się w szlachetnym geście dłoni podtrzymującej chustę, w dumnym osadzeniu głowy, owiniętej grubymi warkoczami i wykwitającej jak kwiat, z czarująco wiotkiej linii karku. Wpatrywał się chciwie w jej oczy, przeźroczyste i niezgłębione, niby dwa tajemnicze górskie jeziora. Całym wysiłkiem woli, udało się jej zapanować nad sobą. Ukryła drżące ręce, chowając je pod chustą, a gdy się odezwała, jej głos przybrał lekki salonowy ton:
- Czy to doprawdy pan, Sergiuszu Fiorodowiczu? Nie sądziłam, że spotkamy się jeszcze kiedykolwiek w życiu.
Jego smagła twarz rozjaśniła się szczęśliwym uśmiechem.
- Nina! - wyszeptał zdławionym ze wzruszenia głosem. - Ninoczka! To naprawdę pani? Czy to możliwe?
Owionął ją zapach paryskiej wody kolońskiej i nagle powróciła do niej młodość tak brutalnie stłamszona i zdeptana przemocą. Oboje zamilkli, zbyt uszczęśliwieni, żeby móc wyrazić to słowami. Dławiło ich wzruszenie, podniecała bliskość ciał i półmrok mroźnej, gwiaździstej nocy styczniowej.
- Pańska obecność w Warszawie jest dla mnie miłą niespodzianką. - odezwała się pierwsza, rozpaczliwie szukając słów, które nie byłyby banalne, a nawet niemądre. - Kiedy przyjechał pan do Polski?
- Od tygodnia jestem w Warszawie.
- Doprawdy? Zadziwiający traf.
- Raczej nieoczekiwane szczęście, Nino. Jadąc do Warszawy, nigdy nie spodziewałem się zastać tu pani. I wprost nie wierzę własnym oczom.
Pomyślała, że stoi przed nią oficer w znienawidzonym mundurze, należący do narodu, który wyrządził jej najokrutniejszą krzywdę. Ale nawet ta myśl nie zdołała stłumić w niej radości. Wielenin wydał się jej człowiekiem z innej planety. Był taki wypielęgnowany i niesłychanie wytworny. Spod rozchylonego płaszcza, dostrzegła galowy mundur pułkownika huzarów gwardii cesarskiej. Przynosił z sobą wspomnienia z wielkiego świata, z przeszłości. Serce zabiło jej mocno, kiedy pochylony, całował jej zziębnięte dłonie bez rękawiczek. Jego usta były gorące, a bliskość ciała sprawiła, że krew zaczęła szybciej krążyć w jej żyłach.
   Młody oficer zawsze budził w niej mieszane uczucia. Każdą myśl o nim, każde wspomnienie, spychała na samo dno duszy, strzegąc się, by nie sięgać tam pamięcią. Starała się unikać myśli o nim, ale w tym panicznym strachu kryło się coś jeszcze. Nigdy jednak nie próbowała analizować tego uczucia. Zapatrzeni w siebie nawet nie spostrzegli, że Plac Teatralny opustoszał. Ludzie się rozeszli, tylko pod bramami stały warty, nieruchome jak kamienne posągi.
Scena z opery Glinki "Iwan Susanin"
 Przytłumione dźwięki radosnego chóru z finału opery "Iwan Susanin" Glinki, płynęły nad ośnieżonym placem. Czas jakby się cofnął i Nina miała znowu siedemnaście lat. Nie było powstania, śmierci i zimy, lecz wczesna wiosna, a ona biegła alejami na spotkanie z pięknym huzarem. Nad parkiem rozciągała się błękitna czasza niebios, lecz spoza gór już nadciągały czarne chmury - zapowiedź zbliżającej się nawałnicy. Westchnęła głęboko i wróciła do rzeczywistości.
- Jest mroźno, a pani zapewne bardzo przemarzła. - odezwał się Wielenin. - Powinna pani koniecznie się ogrzać. Niepodobna stać na tym chłodzie. A może pani na kogoś czeka? - spojrzał na nią z niepokojem.
    Wypowiadane przez niego francuskie słowa, brzmiały w jej uszach jak muzyka. Jednak w pierwszym odruchu chciała powiedzieć, że tak, pożegnać go i odejść. Lecz napotkawszy jego wzrok, potrząsnęła głową.
- Na nikogo nie czekam. Przystanęłam, żeby spojrzeć na Berga.
- Przykry widok. - skrzywił się zabawnie. - W takim razie chodźmy do Semadeniego. Koniecznie musi pani napić się czegoś gorącego. - rzekł stanowczo.
   Rzuciła na niego okiem i zawstydziła się swojego ubóstwa. Jeszcze nigdy Wielenin nie widział jej tak biedne ubranej, bo zawsze miała na sobie piękne suknie.
- Nie, nie mogę. - broniła się słabo. - Nie jestem odpowiednio ubrana.
    Roześmiał się tak serdecznie, aż w mroku zalśniły jego zęby.
- Nie przyjmuję odmowy. Jest pani kobietą, która zdobi suknię, a nie odwrotnie. Tak dawno się nie widzieliśmy i musimy porozmawiać. No, Ninoczka, ja proszę! - pochwycił obie jej ręce i kolejno przyciskał do ust.
    Dotyk jego gorących warg sprawił, iż poczuła ten niebezpieczny i rozkoszny dreszcz, jaki ją przejął, kiedy całowali się niegdyś w Makowie.
- Ale pan przecież śpieszy się do opery. - przypomniała mu.
- Ach, to tylko taka nudna urzędowa galówka. - machnął niedbale ręką. - Chodźmy!
    Zawahała się, wiedziona troską o niego. Nie miała prawa narażać i kompromitować Wielenina swoją osobą. Znajomość z nią mogła zaszkodzić jego świetnej karierze wojskowej i dworskiej. Postanowiła powiedzieć mu prawdę o sobie.
- Proszę mnie posłuchać, Sergiuszu Fiodorowiczu. - przystanęła i spojrzała mu z powagą w oczy.- Przebywam w Warszawie nielegalnie. Jako żona poległego powstańca, jestem osobą podejrzaną i znajduję się pod nadzorem żandarmerii. Nie posiadam żadnych dokumentów. Nie powinien pan pokazywać się ze mną.
    Posłał jej przekorny uśmiech.
- Ninoczka, zapewniam panią, że nie jestem naiwnym chłopcem i od początku zdawałem sobie z tego sprawę. Ponawiam zaproszenie. Proszę mi zaufać. Przy mnie nie spotka pani najmniejsza przykrość.
    Podał jej ramię i omijając nierówności gruntu, żeby się nie potknęła, poprowadził ją do cukierni Semadeniego"Pod filarami", znajdującą się w gmachu Teatru Wielkiego. Rumieniąc się z upokorzenia, Nina pozwoliła, by Wielenin zdjął z niej chustę i płaszcz i oddał do szatni. Ze spuszczonymi oczami, szła za prowadzącym ich wyfraczonym kelnerem, przez bogato urządzone salony. Na twarzy zastygłej jak maska, miała miała wymuszony uśmiech, lecz czuła się tak nędznie, jak żebraczka wpuszczona przypadkiem do salonu. Nie widziała ścigających ją spojrzeń zachwyconych mężczyzn i nie słyszała melodyjnych dźwięków małej orkiestry kameralnej grającej w sali.
Cukiernia Semadeniego "Pod Filarami"
    Usiedli w ostatnim salonie zamienionym w ogród zimowy. Kelner wybrał im stolik ukryty w cieniu kwitnących drzewek pomarańczowych. Kiedy opadła na miękką kanapkę, owionęła ją woń kwiatów, zapach świeżo parzonej kawy, wanilii, czekolady i południowych owoców. Nie czekając na zamówienie, kelner postawił na stoliku paterę pełną złocistych kul pomarańczy i szarych stożków ananasów.
- Co pani raczy? - spytał Wielenin, podając jej kartę menu.
- Poproszę o kawę.
    Spojrzał na nią z wyrzutem i sam zamówił ciasta, butelkę "Veuve Cliquot3" i kawę. Nina dyskretnie rozglądała się po pięknym lokalu, tak dobrze jej znanym z czasów, kiedy mieszkała w Warszawie. Bywała tu niemal codziennie, przychodząc na ciastka, lody, czy mleczny poncz z Jasiem, ciocią Salomeą, a potem z mężem, ale o tym nie chciała teraz myśleć. Cukiernia Semadeniego była niegdyś miejscem, w którym wyznaczali sobie spotkania słynni artyści, brylantowa młodzież z arystokracji i wszystkie znakomitości stolicy. Tu podziwiano najnowsze modele toalet paryskich, oraz z magazynu panien Kuhnke. Kopiowano idealnie skrojone surduty pana hrabiego Augusta Potockiego i podpatrywano, jak z fantazją wiązać krawaty. Bywalcy cukierni nosili obuwie od Hiszpańskiego, a czesali się w Hotelu Europejskim. Obecnie lokal wyglądał nieco inaczej. Więcej w nim było mundurów i krzykliwie ubranych kobiet. Przez lata ubóstwa, Nina spragniona była widoku wielkiego świata, nie liczącego się z groszem, więc otrząsnąwszy się z przygnębienia, usiadła wygodnie i z rozkoszą wdychała ciepłe, pachnące powietrze. Na stoliczku stała lampka pod różowym abażurem, rozjaśniając dyskretnie przyćmione światła kinkietów. Wielenin usiadł tak blisko niej, że jego nogi ocierały się o jej suknię.
Wnętrze XIX-cznej cukierni Loursa.
 - Rozgrzała się pani?
- O tak. Bardzo tu przyjemnie.
   Wymieniali zdawkowe słówka, jakby nie mieli sobie już nic do powiedzenia. Wielenin niespodziewanie położył rękę na jej dłoni. Chciała ją cofnąć, lecz on przycisnął ją mocniej.
- Nino, błagam, proszę nie stawiać pomiędzy nami tej lodowatej bariery. Nie widzieliśmy się przez lata i pani z pewnością o mnie nie myślała, ale ja...
- Nie wyobrażałam sobie, że pan jeszcze o mnie pamięta. - szepnęła i pośpiesznie spuściła rzęsy, bojąc się patrzyć w jego oczy płonące żarem namiętności.
- O, jakie to krzywdzące posądzenie! - poskarżył się. - Jakże mógłbym panią zapomnieć? Jak dziś pamiętam ten dzień, kiedy pierwszy raz ujrzałem panią. Miała pani na sobie czarną organdynową suknię i szeroki słomkowy kapelusz. Była pani rozczulająco dziewicza i bardzo na mnie obrażona, bo ośmieliłem się patrzeć na panią z zachwytem. Wieczorem grała pani Chopina....Przepięknie pani grała. Kocham tego kompozytora, bo przypomina mi o pani. Nie, ja nie zapomniałem, chociaż nie ukrywam, że bardzo się o to starałem.
- Petersburskie i moskiewskie panie, z pewnością są tak urocze, że nie było to trudne. - zauważyła cicho, czując z sercu kolec zazdrości.
- Owszem, są urocze, ale ja znałem piękniejszą i dlatego nie mogłem o pani zapomnieć.
   Odruchowo zatrzepotała rzęsami i uśmiechnęła się leciutko.
- Przypomniał mi pan mój pierwszy wieczór w Makowie. Pamiętam, że Paula była wtedy ogromnie o pana zazdrosna.
- To była niegodziwa kobieta. - odparł żywo.- O, gdyby tak pani była o mnie zazdrosna...- westchnął.
    Nina nie potrafiła utrzymać powagi i zaśmiała się tak szczerze, że łzy napłynęły jej do oczu.
- Panie pułkowniku, zaraz w popłochu ucieknę! - zagroziła.
- Przepraszam, już będę bardzo grzeczny. - obiecał, całując jej dłoń.
- Właśnie na to liczę! - uśmiechała się, patrząc na niego z czułością. Miała szaloną ochotę dotknąć i pogładzić jego faliste czarne włosy.
- Mam nadzieję, że pani mnie rozumie. Jestem wprost nieprzytomny z radości, bo to prawdziwy cud, że spotkaliśmy się właśnie dzisiaj. Jestem w Warszawie służbowo i nawet nie śniłem, że w przeddzień wyjazdu spotka mnie taka niespodzianka.
- Już jutro pan wyjeżdża? - nie potrafiła ukryć żalu, który wyraźnie zabrzmiał w jej głosie.
- Niestety tak. O, jakie śliczne kwiaty!- skinął na przechodzącą kwiaciarkę i rzuciwszy jej złotą monetę, wyjął z kosza wszystkie kwiaty i podał je Ninie.

Kwiaciarka
Przycisnęła do piersi wielki bukiet róż o długich, wpół rozkwitłych pąkach, kamelii, orchidei, mimozy i fiołków parmeńskich.
Od dawna jej kobiecość nie była tak wytwornie adorowana. Nikt nie patrzył na nią z takim miłosnym żarem i nie mówił do niej w ten sposób.
Na próżno starała się wzbudzić w sobie patriotyczne zapały, wmawiając sobie, że siedzi obok wroga. Wiedziała, że Wielenin nie miał nic wspólnego z fanatycznymi szowinistami spod znaku publicysty Katkowa, opluwającego Polskę i domagającego się najsurowszych kar dla buntowników.
Nie było takiej nikczemności, jakiej nie zarzuciłby Polakom.
Ale Wielenin był człowiekiem honoru, arystokratą, przenikniętym liberalnymi ideami Zachodu. Był oficerem, nie katem, a o Polakach zawsze wyrażał się z szacunkiem. To przecież jemu Tadeusz zawdzięczał życie. A nade wszystko był tak zabójczo przystojny i od dawna w niej zakochany. Nina miała zaledwie dwadzieścia lat, jej noce były samotne i puste. Czasami przewracała się po posłaniu, gryząc palce i całą mocą rozbudzonej kobiecości, tęskniła do mocnego uścisku męskich ramion. Pomyślała o tych bezsennych nocach, westchnęła głęboko...i z przerażeniem stwierdziła, że wystarczy jedno niebaczne słówko, jeden pocałunek, a zerwie się w niej tama, otwierając drogę głęboko skrywanym namiętnościom. Zdawała sobie sprawę, jak trudno będzie jej oprzeć się pokusom i z góry sobą pogardzała. Zjawił się kelner, niosąc klosz z ciastami, alkohol, kawę i dzbanuszek śmietanki. Bezszelestnie nakrył stolik serwetkami i złożywszy ukłon, odszedł.
- Nino, czy ja miałem nieszczęście czymś panią urazić? - usłyszała cichy szept Wielenina.
    Spojrzała na niego. Wpatrywał się w nią z takim natężeniem, aż jego szafirowe oczy pociemniały.
- Nie, przepraszam, ale tu tak miło, że się zamyśliłam. Dawno nie byłam w takim miejscu.
- To ja powinienem panią przeprosić, bo zachowuję się jak bezmyślny głupiec. Ale widzi pani, szedłem z obowiązku na tę galówkę i naraz spotkałem panią. To naprawdę graniczy z cudem. Dam do cerkwi sto świec na ofiarę! - mówił, nie mogąc się powstrzymać, żeby nie dotknąć jej ręki.- Chciałem wiedzieć, co się z panią dzieje i po powstaniu dowiadywałem się o panią. Powiedziano mi, że pani owdowiała i wyjechała w niewiadomym kierunku, prawdopodobnie za granicę.
 - Pan się o mnie dowiadywał? - nie mogła w to uwierzyć.
- O, wiele razy. Pamięta pani, że spotkaliśmy się w operze, a potem w Alejach. Dowiedziałem się, gdzie pani mieszka i poszedłem złożyć swoje uszanowanie. To było szaleństwo, bo w operze nie była pani sama. Ale poszedłem.... Dozorca powiedział mi, że poślubiła pani pana hrabiego i wyjechała z Warszawy na wieś!- urwał i roześmiał się jakoś dziwnie, bezwiednym ruchem przecierając czoło. - Ale po co o tym wspominać. - mruknął.
    Słuchała go z wypiekami na twarzy i mocno bijącym sercem. Z wielkiej miłości pozostało jej tylko to, co było samym cierpieniem - samotność. Uczuła nieprzepartą chęć, żeby wyciągnąć rękę i dotknąć palcami smagłego policzka, pogładzić czule gęstą czuprynę. Starała się omijać wzrokiem jego pełne zmysłowe usta, ukazujące w uśmiechu śliczne białe zęby. "Powinnam się pożegnać i natychmiast stąd wyjść!"- pomyślała z popłochem, ale nie ruszyła się z miejsca. Milczenie znowu się przedłużało i Wielenin uznał, że powinien odezwać się pierwszy:
- Kiedy wybuchło to nieszczęsne powstanie, poprosiłem o pozwolenie wstąpienia do pułku księcia Mellera-Zakomelskiego, idącego w kierunku Gór Świętokrzyskich. Miałem słabą nadzieję, że może losy zaprowadzą mnie w pobliże Makowa, żeby służyć pani pomocą.
- Tak się nie stało. - wtrąciła. - Ale mimo to, zdołał pan uratować życie memu drogiemu przyjacielowi. Jego żona i synek codziennie wspominają pana w modlitwie.
- Jednak przeżył? - ucieszył się Wielenin. - Było z nim naprawdę źle.
- Przeżył, lecz stracił lewą rękę niemal po ramię. To był prawdziwie rycerski uczynek, będę panu za to wdzięczna do końca życia.- wyciągnęła do niego rękę.  
    Leciutko musnął ją wargami, całując koniuszki jej palców, a ją przeszedł dreszcz i z przerażeniem stwierdziła, że żałuje, iż ten pocałunek był taki krótki.
- To nieszczęsne powstanie nie przyniosło nam chwały. - potrząsnął z ubolewaniem głową. - Polityka zmuszająca narody, aby walczyły z sobą o interesy dynastyczne władców, jest potwornym kalectwem naszego pokolenia. Nie chciałem brać udziału w tłumieniu powstania i z radością odpowiedziałem na wezwanie dziadka do Petersburga. Wyjechałem stąd w sierpniu, pozostawiając ten piękny kraj broczący krwią i nie dowiedziawszy się niczego o pani.
- Wtedy wyjechał pan na stałe? - zawołała, przypominając sobie z bólem rozpaczliwe próby szukania pomocy dla Emilki. - O, żeby tak miesiąc, tydzień później!... Był pan dla mnie ostatnią nadzieją.
- Jak mam to rozumieć?- zawołał zdumiony.
    Opowiedziała mu o aresztowaniu Emilki, rozpaczy Jasia i swojej wyprawie do Belwederu.
- Ależ Nino!- wykrzyknął wzburzony. - Wystarczyło napisać do mnie bodaj kilka słów, a ja najenergiczniej zająłbym się tą sprawą. Zaraz po powrocie, dowiem się o losie pani krewnych.
- Za późno, one już nie żyją.
- Nie wiadomo. Dowiem się i dam pani znać. A co się stało z mężem tej damy?
   Jąkając się ze wzruszenia, opowiedziała mu pokrótce o tragicznej śmierci Jasia. Kiedy wspominała jego straszny zgon, głos jej się załamał, a oczy napełniły łzami. Wielenin aż pobladł z wrażenia.
- Zupełnie jak w szekspirowskiej tragedii. - szepnął wzruszony.
- To polska tragedia, jakich było wiele.
- Nino, gdyby odrzuciła pani dumę i napisała do mnie bodaj kilka słów, może nie doszłoby do tak okropnego zakończenia tej historii. Wystarczyło spytać o mnie w pułku lub w Belwederze.
- Pytałam, powiedziano mi, że pan wyjechał na dłużej i tyle. Musiałam zaraz wracać do domu, bo wszystko się waliło. Cóż, widocznie tak miało być. - rzekła, odpychając od siebie ponure wspomnienia.
- Szczerze współczuję pani. Ale proszę mi powiedzieć, co się z panią działo przez te kilka lat? Gdzie pani przebywała?
    Spuściła głowę i wypiła łyk aromatycznej kawy.
- Na drugi dzień po śmierci męża, wyrzucono mnie z Makowa, odbierając szlachectwo i prawa obywatelskie. Przez pewien czas mieszkałam w Bodzentynie, bo tak mi polecono na śledztwie. Teraz mieszkam w Radomiu z nianią i przyjaciółką. Muszę co tydzień zgłaszać się do żandarmerii, co nie należy do przyjemności. Moja przyjaciółka uczy w szkole, a ja haftuję i z tego się utrzymujemy.
    Serce zamarło mu z czułości, gdy spojrzał na jej drobne palce, dostrzegając na nich ślady ukłucia igłą. Zrozumiał, że żyje w biedzie, ale nigdy się nie poskarży. Podziwiał jej dumę.
- Mieszkała pani cały czas w Radomiu, a mnie poinformowano, że władzom nic nie wiadomo o miejscu pani pobytu .
- Być może nie chciano panu powiedzieć, że wtedy przebywałam w więzieniu.
    Jego szafirowe oczy zrobiły się okrągłe z przerażenia.
- Jak to, aresztowano panią? Za co? - rzucił wzburzony.
- Oskarżono mnie o udział w jakimś urojonym spisku.- choć ograniczyła się tylko do niektórych faktów, Wielenin śmiertelnie pobladł.
- Ależ to nieludzkie!- jęknął.- Niegodne ludzi cywilizowanych. Proszę mi wierzyć, że prawdziwa Rosja, to nie ta, która morduje niewinnych, okrada ich z majątków i okupuje ich kraj!
- Znając pana i kilku innych Rosjan, głęboko w to wierzę.
- Więziono panią wówczas, gdy ja starałem się dowiedzieć czegoś o pani losach.- powiedział półgłosem, a w jego oczach pojawił się błysk, przypominający lśnienie promieni słońca na ostrzu szabli.- Podle mnie oszukano! Nie daruję im tego, parol oficerski. A jak obchodzono się z panią w czasie śledztwa?
    Przymknęła powieki i zacisnęła obie dłonie w pięści. Z przeraźliwą dokładnością przypomniała sobie ściany w pokoju śledczego pochlapane krwią, okropną ławę, na której sieczono więźniów i lejtnanta-sadystę. Miała wrażenie, że czuje jego łapy ściskające jej piersi i sięgające do krocza. O, żeby żyła nawet sto lat, nigdy nie zdoła otrząsnąć się z tych okropnych wspomnień.
- Nino, przepraszam, ale czy panią ktoś uderzył? - spytał, ściszając głos do szeptu.
    Nie odpowiedziała.
- Hospody! - otarł czoło pokryte drobnymi kropelkami potu.
    Gdy na niego spojrzała, zobaczyła jego twarz ściągniętą strasznym bólem. Drżał na całym ciele, wyczuła to kładąc rękę na jego dłoni.
- Na śledztwie wszelkimi sposobami próbowano wyciągnąć ze mnie informację, dlaczego interesują się mną ambasady obcych państw. Podejrzewano spisek i odpowiednio mnie traktowano. Tymczasem ja o niczym nie wiedziałam. Warunkowo wypuszczono mnie z więzienia, ale ciągle jestem pod nadzorem żandarmerii i nie wolno mi opuszczać miejsca zamieszkania. Postanowiłam więc dostać się do Warszawy nielegalnie. I oto dziś dowiedziałam się, że poszukuje mnie stryj, którego uważałam za nieżyjącego. Mówię to panu w zaufaniu. Muszę uciekać z kraju, bo grozi mi zesłanie. Mam w Księstwie Poznańskim, u mojej ciotecznej siostry, trzyletnią córeczkę. Proszę sobie wyobrazić, że wcale jej nie znam. - zagryzła usta, powstrzymując szloch.
- Ninoczka, błagam, proszę się uspokoić. Obiecuję, że już nie spotka pani żadna krzywda, bo ja zaopiekuję się panią! - napełnił jej kieliszek szampanem.
    Chciwie wypiła alkohol.
- Przepraszam, nie jestem sentymentalna, ale odebrano mi wszystko, co kochałam. Pozostało mi tylko to nieznane dziecko.
 - Proszę być dobrej myśli. Nie jest pani sama, ja pani pomogę. - zapewnił ją serdecznym tonem.
- Dziękuję. Sergiuszu Fiodorowiczu. Czy zrobi pan coś dla mnie? - spytała, czując w sercu żądzę zemsty.
- Co pani rozkaże!
- Niech pan sprawi, żeby w radomskim ratuszu już nigdy nie prowadził śledztwa lejtnant, który mnie przesłuchiwał. - rzekła z mściwym grymasem ust. - To nie jest sprawa osobista, ale po prostu ludzka. Oszczędzi pan niewinnym ludziom męki, a kobietom groźby gwałtu! To był potwór, nie człowiek!
- Obiecuję pani, że ten bydlak pozna uroki Syberii! Parol! O, ja sobie porozmawiam z panem policmajstrem Trepowem! - mruknął przez zęby i znowu błysk strasznego gniewu przemknął mu po twarzy.
- Nie, proszę tego nie robić! - wykrzyknęła z przerażeniem. - Oni mnie zakatują!
- Nikt już pani nigdy nie skrzywdzi. A pan Trepow nie jest wszechwładny. - wycedził z akcentem groźby. Sięgnął do portfela i wyjął z niego kwadratowy, bogato złocony bilet wizytowy. - Proszę mi zaufać, postaram się dla pani o paszport i inne dokumenty. Będzie pani mogła poruszać się po całym imperium, a nawet wyjechać legalnie za granicę. Na razie ten bilet obroni panią przed ewentualnymi przykrościami.
    Uśmiechnęła się do niego przez łzy. Gdy siedział tak blisko, zniknął strach prześladujący ją od dnia wybuchu powstania. Wierzyła, że dopóki Wielenin jest przy niej, nic złego się nie wydarzy. Spojrzała ciekawie na czarodziejski bilet, posiadający tak wielką gwarancję bezpieczeństwa.
- Przepraszam, ale co tu jest napisane? - zapytała, mając trudności z odczytaniem ozdobnego rosyjskiego pisma.
- To jest wizytówka pana hrabiego Piotra Andrejewicza Szuwałowa4. - odpowiedział, patrząc na nią znacząco. - Mam nadzieję, że wie pani o kogo chodzi?.
    Nina zbladła i pospiesznie schowała wizytówkę do torebki, czując dreszcz przerażenia i jednocześnie ulgę. W Rosji i w Królestwie Polskim wszyscy dobrze znali to nazwisko. Był faworytem władcy i nie tylko posiadł jego zaufanie, lecz potrafił w krótkim czasie uczynić z III Oddziału Kancelarii Cesarskiej, prawdziwą izbę tortur Torquemady5. Cała Rosja drżała na dźwięk tego nazwiska. Niespożyta energia i terror, jaki Szuwałow zaprowadził w imperium, wzrosły jeszcze po zamachu na cara 14 kwietnia 1865 roku, lecz była to dopiero przyszłość, której nikt nie mógł przewidzieć. Szuwałowa nazywano w Rosji Piotrem IV! Jego wizytówka była więc tarczą, bronią groźniejszą od armaty, gdyż tego złoconego bileciku przeraziłby się sam namiestnik Berg!
Cerkiew Zbawiciela Na Krwi.Miejsce zabójstwa cara.
 - Ja nawet nie potrafię wyrazić, jak bardzo jestem panu wdzięczna.- odezwała się Nina, zdając sobie sprawę, jaką ogromną przysługę oddał jej Wielenin.      Pomyślała, że na widok tej wizytówki, radomscy żandarmi padliby jej plackiem do nóg, błagając o wybaczenie!
- O, to drobiazg. Lepiej pani zrobi pijąc wino. Nino, dlaczego nic pani nie je? - zrzędził, podsuwając jej klosz. - To ciasteczko marcepanowe oblane czekoladą jest pyszne!
    Nina uwielbiała słodycze, ale tym razem zaledwie zmusiła się do zjedzenia wskazanego ciastka. Za to chętnie wypiła następny kieliszek szampana. W sali zrobiło się tłoczno, lecz w ich kąciku, w cieniu drzewek pomarańczowych, panował intymny nastrój. Mała orkiestra grała muzykę wiedeńskich mistrzów, nie zagłuszając rozmów gości. Wtulona w miękkie poduszki kanapki, Nina pomyślała, że mogłaby tak siedzieć do końca życia.
- Tak mi tu dobrze, ale powinnam już iść. - oświadczyła z żalem.
- Nie, jeszcze nie teraz! Odwiozę panią do domu karetą. Ale przedtem musimy porozmawiać na pewien ważny temat. - przysunął się bliżej i rzekł, ściszając głos do szeptu: - Wyobrażam sobie, jakim straszliwym ciosem musiała być dla pani utrata Makowa. Czy myślała pani o odzyskaniu swego domu?
Skinęła głową, a jej oczy powiedziały mu co czuła.
- Wiele razy o tym myślałam, ale to marzenie ściętej głowy. Miałam nawet zamiar porozmawiać o tym z moim adwokatem, lecz okazało się, że został zesłany. Mój Maków otrzymał w darze od cesarza jakiś dostojnik wojskowy. Mieszka tam z rodziną. A mnie nie wolno interesować się moim domem i mam zakaz zbliżania się do Makowa pod groźbą zesłania. - urwała i po chwili dorzuciła z całą szczerością: - Tak strasznie tęsknię za moim domem!
- To barbarzyństwo, odbierać samotnej kobiecie dom! - stwierdził, gniewnie marszcząc brwi.- Ale cesarz władny jest zwrócić pani utracony majątek. Wystarczy wystąpić do niego z prośbą.
    Nina zesztywniała, przybierając wyraz lodowatej zaciętości i dumy.
- Dziękuję panu za radę, ale nigdy nie poniżę się do prośby! - oświadczyła wyniośle.
- Rozumiem, że kieruje się pani dumą, lecz czy odzyskanie Makowa nie jest warte takiej ofiary?
- Pogodziłam się już z utratą Makowa. Więcej nie poruszajmy tego tematu.- powiedziała twardo, ale Wielenin jej nie uwierzył.
Car Aleksander II.
 - Ninoczka. - wyszeptał pieszczotliwie. - Przecież pani mnie zna. Ja nigdy nie naraziłbym pani na bolesny zawód. Zdaję sobie sprawę, że Polacy bardzo surowo sądzą cesarza, ale wbrew pozorom, car jest człowiekiem łagodnym i sympatycznym. Bywa sentymentalny, a może nawet odrobinę słaby, lecz nie jest okrutny. Cesarzowa jest osobą chorowitą, gderliwą i żarliwie oddaną prawosławiu. Mówiąc między nami, jest nudną dewotką i jego małżeństwo przechodzi kryzys. Proszę mi wierzyć, to nie jest krwiożerczy tyran, choć Polakom taki się właśnie wydaje. Znam go osobiście i zaręczam, że nie spotka się pani z odmową.
- Uważa pan, że mam jakąś szansę? - spojrzała na niego niepewnie, ale w jej oczach już błysnęła iskierka nadziei.
- Ręczę pani honorem! - oznajmił z zapałem. - Proszę tylko zdać się na mnie.
- Pan jest dobry, szlachetny, tymczasem ja postrzegana jestem jako żona poległego buntownika, pozbawiona szlachectwa i praw obywatelskich.
- To może ulec zmianie w jednej sekundzie!- nalegał. - Proszę tylko posłuchać. Moją daleką kuzynką jest księżniczka Katarzyna Dołgoruka. Ma osiemnaście lat i jest urocza....- zamilkł, zastanawiając się przez moment i mówił dalej, jeszcze bardziej ściszając głos:- To co powiem, musi pozostać między nami. Cesarz jest poważnie zainteresowany księżniczką i spełni każde jej życzenie. Z panną Kitty jesteśmy od dawna w przyjacielskich stosunkach. Wystarczy jedno jej słowo, a Maków powróci do pani!

Katarzyna Dołgoruka.
      Oczy Niny aż pociemniały ze zdumienia. Milczała nie widząc, co ma odpowiedzieć.
- Mam napisać do księżniczki? Ale ja jej przecież nie znam, ani ona mnie.- zauważyła, lecz ciepła fala zalała jej serce, bo dostrzegła przed sobą cień szansy.
- O, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby pani poznała ją osobiście Jutro wracam do Rosji, niech pani pojedzie ze mną!
Poruszyła się tak gwałtownie, że o mało nie przewróciła filiżanki z kawą.
- Mam jechać do Rosji? Ależ to wykluczone. Nie posiadam żadnych dokumentów, ani pieniędzy na tak daleką podróż. Nie mam odpowiednich strojów. Nie, to raczej niemożliwe!
- Ja wszystko załatwię! W pociągu mam salonkę i nikt tam nie będzie pani nachodził. Dostanie pani dokumenty na własne nazwisko i pojedzie pani jako hrabina Nina Alfredowna Klonowiecka. Och, proszę jechać ze mną. Niech mi pani nie odmawia, błagam.
- Proszę mi nie robić złudnych nadziei. Przeżyłam już tyle klęsk i zawodów, doświadczyłam tak wiele zła, że lękam się nowego rozczarowania. Tego bym już chyba nie przeżyła.- załamała dłonie i przycisnęła je do ust w rozpaczliwym geście.
- Miła moja, - rzekł wzruszony jej rozterką. - życie najczęściej nie daje nam tego, czego oczekujemy. Bierzmy więc to, co daje. Zamieszka pani u mojej krewnej. To godna i miła dama, przyjmie panią ze słowiańską serdecznością. Z jej pomocą postaramy się o odpowiednie stroje. O pieniądze proszę się nie martwić. Kiedy odzyska pani majątek, odda mi pani pożyczkę. - posłał jej czarujący uśmiech. - Porozmawiam także o pani z dziadkiem. On jest w dobrych stosunkach z panem hrabią Suwałowem. Przy takiej protekcji odmowa jest wykluczona.
    Nina czuła zamęt w głowie i nie wiedząc co robić, wypiła kolejny kieliszek szampana. Po alkoholu wszystko wydawało się mniej skomplikowane.
- Ja się muszę zastanowić, powiadomić nianię, żeby nie zamartwiała się o mnie. Nie jestem przygotowana do zagranicznej podróży.
- Ma pani czas do jutra. Radzę nie odrzucać takiej szansy. Obiecuję, że nie pożałuje pani tego kroku. Nino, zabiorę panią z sobą! Pozna pani Petersburg, o tej porze roku jest taki piękny, rano cały srebrzy się od mrozu. Na lodowiskach pełno łyżwiarzy, a Newa skuta jest lodem. Mimo to miasto jest kolorowe i gwarne, gdy o poranku oddziały gwardii idą do pałacu na zmianę wart. Polubi pani Petersburg i jego białe noce. W karnawale miasto aż kipi radością życia, codziennie bale, rauty i koncerty. Pojedzie pani?
- Pan jest dla mnie taki dobry... Rzadko kiedy spotykałam się z tak bezinteresowną pomocą.
    Posłał jej bardzo wymowne spojrzenie.
- Przecież pani wie, że dla pani zrobię wszystko.- powiedział cicho.
    Oblała się mocnym rumieńcem, a jej kobieca próżność została mile pogłaskana. W jej sercu rozpalał się płomień młodości, choć pewna była, że wygasł raz na zawsze. Rozejrzała się dokoła i wstała z kanapki.
- Przykro mi, ale muszę już iść.- powiedziała biorąc ze stolika torebkę.
    Z prawdziwym żalem opuszczała ten przytulny kącik i aż wstrząsnęła się ze wstrętem, na samą myśl o powrocie do ponurej nory na Powiślu. Wielenin rozkazał kelnerowi zapakować kwiaty, ciasta i owoce, zapłacił i razem wyszli z sali. W szatni podał jej płaszcz i chustę. Przy kontuarze stała kwiaciarka z wiązankami cieplarnianych kwiatów z oranżerii Hozera.
- O, proszę spojrzeć, co za piękne bzy! - zawołał Wielenin.- Nigdy jeszcze nie widziałem takiej oryginalnej, niemal seledynowej barwy. Nino, proszę wybrać sobie bukiet.
    Zbladła i spojrzała na kwiaty niemal ze zgrozą.
- Nie lubię bzów! Po prostu nie mogę znieść ich zapachu!- wymamrotała i wybiegła z cukierni tak prędko, że potrąciła portiera który otworzył jej drzwi.
- Szkoda. - Wielenin skubnął gałązkę, rzucił rubla kwiaciarce i wyszedł za nią.
    Z dachu Teatru Wielkiego wzbiły się w niebo bajeczne pióropusze ogni sztucznych, zapowiadając, że koncert galowy w Operze dobiega końca. Wielenin z kurtuazją pomógł Ninie wsiąść do karety, polecając stangretowi jechać w stronę Belwederu.
- Przejedziemy się jeszcze kawałek,dobrze?
  Nie protestowała i usiadła wygodnie, udając pewność siebie, jakiej wcale nie czuła. Siadł obok niej, lecz nie próbował się zbliżyć. Wyciągnął tylko rękę i delikatnie gładził jej palce. W półmroku karety, rozświetlonym krótkimi błyskami mijanych latarń, widziała jego smagłą twarz ściągniętą wyrazem napięcia. Oczy patrzyły na nią, jakby z niemym błaganiem. Naraz pochylił głowę i poczuła na dłoniach jego gorące wargi.
- Ninoczka, proszę ze mną jechać! - wyszeptał. - Przecież ja niczego od pani nie żądam. Jest pani wolna, a kiedy odzyska pani Maków, odejdę i nie zobaczymy się więcej chyba, że mnie pani zawoła. Droga moja, daruj mi te kilka dni cudownego sam na sam. Nino, błagam, kilka dni za całe puste, samotne życie! To przecież tak niewiele, prawda? Nie odbieraj mi tej radości. Hospody, często zazdrościłem panu hrabiemu. Poległ, lecz przedtem zakosztował pani miłości....
    Nina posiniała i prędko odsunęła się od niego.
- Zabraniam panu! - krzyknęła histerycznie. - Pan nie zdaje sobie sprawy, jak potworną miał śmierć. On nie poległ, ale został ohydnie zamordowany! Nie mogę o tym myśleć! Proszę kazać stanąć, chcę wysiąść! Panie pułkowniku, ja chcę wysiąść!
   Przeraziła go jej strasznie zmieniona twarz i dziki wyraz oczu. Szarpnęła się, ale objął ją mocno i długo uspokajał, całując po rękach i sukni. Odetchnęła głęboko i odzyskała panowanie.
- Wracając do pańskiej propozycji.- odezwała się już normalnym tonem. - Dlaczego muszę jechać do Rosji? Nie wystarczy napisać list do cesarza?
- Wtedy nie ręczyłbym, czy list dotrze do rąk monarchy. Wysłany pocztą, prawdopodobnie nie opuściłby nawet Warszawy. Ja oczywiście mogę doręczyć pani list cesarzowi, ale to już nie będzie to samo, co audiencja. Będę zupełnie szczery; bardzo liczę na pani czar i urok. Cesarz nie byłby mężczyzną, gdyby nie zachwycił się panią i nie wzruszył jej losem. Postaram się o nieoficjalną audiencję w domu księżniczki Kitty6. Moja kuzyneczka, to wrażliwa i uczynna osóbka i z całego serca będzie za panią orędowała do cesarza.
- Więc podróż jest konieczna?
- Tak. Ja wiem, że ten wyjazd napełnia panią obawą, lecz zapomni pani o przykrościach, przestępując próg swojego domu. Wyjeżdżam jutro po południu, ma pani więc czas do namysłu. Postaram się tak wszystko zorganizować, żeby podróż pani nie zmęczyła. Nino, ja bardzo proszę!
   Nie miała wątpliwości, jaka powinna być odpowiedź Polki, żony poległego powstańca. Wciągnęła głęboko powietrze i.... nic nie powiedziała! Gardło miała ściśnięte kurczem i tak suche, że nie mogła wydobyć głosu. Słuchając jego namiętnych próśb i czując gorące wargi na swoich rękach, miała świadomość, że oto otwiera się przed nią inny świat. Jest młodą, piękną kobietą - ta myśl była taka rozkoszna! Przymknęła powieki, wyobrażając sobie swoją potęgę. Mogła jednym słowem uszczęśliwić go, lub zepchnąć na dno rozpaczy. Spragniona była miłości i znowu chciała być kochana tak bardzo, jak niegdyś o tym marzyła. Zaraz jednak surowo przywołała się do porządku. Jest wdową i zalotność, a nawet niewinny flirt, w jej sytuacji nie powinien mieć miejsca! O miłości nie miała prawa myśleć!
- Cóż, niczego nie obiecuję. Muszę najpierw zastanowić się nad pańską propozycję. - rzekła wymijająco i zrobiło się jej przykro, gdy spostrzegła jak bardzo posmutniał.
- Decyzja należy do pani. - powiedział z rezygnacją. - Jutro o dziesiątej będę czekał na panią przed Teatrem Wielkim, dobrze? W ostateczności możemy umówić się w innym terminie. Najważniejsze, że pani żyje i mieszka w Radomiu. - pochwycił obie jej ręce, obsypując je pocałunkami.
- Niechże się pan uspokoi, bo się przestraszę i jutro nie przyjdę! - zagroziła ze śmiechem.
- Pani tego nie zrobi! - szepnął, podnosząc głowę i zatapiając wzrok w jej oczach.
- Nie? A kto mi zabroni, zarozumialcze?
- Bo ja panią bardzo o to proszę.- powiedział z powagą, a ona poczuła bolesny skurcz w sercu.
- No dobrze, przyjdę. Doprawdy, jest pan nieznośny! - gderała, starając się żartobliwym tonem pokryć zmieszanie. - A teraz proszę odwieźć mnie na Powiśle. Ach, co ja mam z panem!...-narzekała.- Proponuje mi pan awanturniczą wyprawę na drugi koniec świata, a ja nie mam nawet odpowiedniego stroju do podróży. Moje toalety pozostały w Makowie.

- Zaradzimy temu. - rzekł lekko.
- Zobaczymy. Aha, zapomniałam panu wspomnieć, że w Makowie kwaterował pański kolega kniaź Rudzkoj. Wspominał mi o panu.
    Wielenin zagryzł wargi i nie wydawał się zachwycony tym wspomnieniem.
- Wiem.- mruknął. - Ośmielił się chełpić, że położył róże pod drzwiami pani sypialni. Dureń!
- I śmiertelnie mnie przeraził. Jakiś czas trzymałam go na muszce pistoletu.- zaśmiała się Nina, przypominając sobie zaloty młodego oficera.
- Mam nadzieję, że wyrzuciła pani te kwiaty! Jak on śmiał? O, teraz już nie jest taki śliczny. Biliśmy się na szable i teraz nosi bliznę na policzku.- uśmiechnął się z mściwą satysfakcją.
- Mam być panu za to wdzięczna? - spytała z chłodną wyniosłością.
   Momentalnie przybrał minę pełną pokory, która zawsze ją rozbrajała.
- Proszę mi wybaczyć.- zajrzał jej w oczy. - Ninoczka...
- Nie powinnam, ale muszę, bo to już po fakcie.
    Kareta zatrzymała się na rogu Tamki, a siedzący na koźle żołnierz zeskoczył i otworzył drzwiczki, opuszczając stopnie. Wielenin rozejrzał się z pewnym niepokojem, po nędznej dzielnicy warszawskiego proletariatu. Nigdy nie bywał w tak zapadłych kątach miasta.
- Mam tutaj panią pozostawić?- odezwał się, patrząc z obrzydzeniem na brudny mały placyk, porośnięty rachitycznymi drzewkami pobielonymi śniegiem.- Może odprowadzę panią pod sam dom?
- W tej dzielnicy to panu groziłoby niebezpieczeństwo. Ja tu jestem bezpieczna, bo policja omija te strony. To tylko kilka kroków od domu, gdzie się zatrzymałam.- oświadczyła uprzejmie, lecz tak stanowczo, że więcej nie nalegał, tylko potrząsał głową z niezadowoleniem.
 Przez otwarte drzwiczki karety tak mocno ciągnęło mroźnym powietrzem, że Wielenin odruchowo je przymknął.
- Więc jutro o dziesiątej. - przypomniał.
- Postaram się.
- Ninoczka, na pewno?- upewniał się, mocno ściskając jej dłonie.
- Przecież obiecałam panu! - popatrzyła na niego, przybierając surową miną.
- Dlaczego zawsze zwracasz się do mnie tak oficjalnie? Znamy się od tylu lat. Dla ciebie jestem Sierioża albo Serge. Wiesz, marzę, by zatańczyć z tobą walca. Tak pięknie tańczysz....Widzę cię w strojnej sukni z białej koronki haftowanej srebrem. Tańczmy w wspaniałej sali balowej cesarskiego pałacu, a wszyscy patrzą na ciebie, bo wyglądasz jak biały anioł. Mój anioł! Nie, błagam, nie odchodź jeszcze. - powoli osunął się jej do nóg, obejmując kolana i zmuszając ją, żeby ponownie usiadła.
Noc zimowa spadła na nich słodkim ciężarem. Rwali się do siebie, pożądali się wzajemnie, nie mając jeszcze odwagi posunąć się do ostatecznego kroku.
- Jeszcze chwilę, kochana. - prosił. - Lękam się, że znowu cię utracę. Nino, pocałuj mnie na pożegnanie.
   Oddychał szybko, a jej się zdawało, że na jego rzęsach dostrzegła łzy. Przez moment patrzyli na siebie w milczeniu. Nina pierwsza zrobiła nieśmiały ruch, dotykając palcami jego gęstych czarnych włosów. W tej samej chwili Wielenin uniósł się, objął ją z całej siły i tak mocno wpił się ustami w jej usta, że momentalnie zapomniała o wszystkim, przyjmując w uniesieniu jego szalone pocałunki. Usta miał gorące, twarde i natarczywe, a ona zarzuciwszy mu ramiona na szyję, z równą namiętnością oddała mu pocałunek. Choć była świadoma popełnianego szaleństwa i przekonana, że popełnia straszny grzech, po prostu nie potrafiła mu się oprzeć. Całował ją dziko i chciwie, z oszałamiającą namiętnością, a ona oddawała mu każdy pocałunek z równie żarliwą pasją.


   Wydawało się jej, że umiera pod jego ustami wysysającymi z niej życie, i spadała gdzieś w niezgłębioną przepaść, czując zamiast lęku nieopisane szczęście. Zagubieni w miłosnym uścisku, byli jak dwa samotne drzewa miotane wichrem namiętności. Nie przestając jej całować,Wielenin mówił coś do niej po rosyjsku, chrapliwym zaledwie dosłyszalnym szeptem. Z ustami przy ustach, wyznawał jej swą wielką miłość. Ich wargi nieustannie się poszukiwały, nie mogąc oderwać się od siebie i nasycić pocałunkami. Przepełniony nigdy nie zaspokojonym pragnieniem, obejmował ją tak mocno, jakby się obawiał, że wyrwie się z jego ramion i zniknie.
- Ty nawet nie wiesz, - szeptał jej do ucha - ile razy śniłem o tobie, ilekroć tuliłem ciebie, pieściłem i kochałem. Ale, - westchnął ciężko - to był tylko sen, po którym następowało przebudzenie.
- Ale to już nie sen. - uśmiechnęła się słodko, tuląc się do niego całym ciałem i gładząc czarną czuprynę.
Ujął jej głowę w obie dłonie, obsypując twarz, szyję i ramiona szybkimi, czułymi pocałunkami.
- Kocham cię, lubimaja7, aż do bólu. Przyjdziesz jutro, prawda? Przyrzeknij!
- Tak! Przyrzekam.
- Pamiętaj, ja na ciebie czekam!
    Skinęła głową, wsłuchana w łomot własnego serca, osłabła z pożądania. Drżała wiedząc, że Serge wyczuwa jej podniecenie, składając pocałunki na jej ustach i pieszcząc je wargami. Odetchnął głęboko, jakby z czymś się zmagał i nagle otworzywszy gwałtownie drzwiczki karety, pochwycił ją na ręce i postawił na ziemi. Nie oglądając się, pobiegła przed siebie w głąb uliczki, oddychając spazmatycznie i dławiąc się powietrzem. Była wpół przytomna z podniecenia i walczyła z ogromną pokusą, żeby zawrócić do karety i już nigdy się z nim nie rozstawać.
   Zamroczona, prawie nic przed sobą nie widząc, biegła coraz szybciej. Nie zauważyła cienia mężczyzny, stojącego za załomem muru. Ze swojej ciemnej kryjówki, przez dłuższy czas obserwował karetę. Zobaczywszy, jak rosyjski oficer wynosi ją na rękach, prędko cofnął się do najbliższej bramy. Nina pełna jeszcze rozkosznych wrażeń, minęła go, nie domyślając się nawet jego obecności. W tej chwili nie myślała o ostrzeżeniach Poźniaka i o grożącym jej w tym miejscu niebezpieczeństwie, czując na ustach smak pocałunków Wielenina. Zmęczona, zadyszana, przystanęła i ciężko wsparła się o ścianę budynku, chłodząc rozpaloną twarz. Usta miała nabrzmiałe, zamęt w głowie, w całym ciele czuła słodką niemoc i pragnienie spełnienia. Była bezgranicznie szczęśliwa i żałowała, że popełniła błąd, nie idąc za głosem serca, nakazującym jej pozostanie przy mężczyźnie, którego pragnęła i kochała.
    Zaledwie się rozstali, a ona już tęskniła do jego uścisku i gorących pieszczot. Była przekonana, że Serge da jej taką miłość, o jakiej zawsze marzyła i gotowa była obdarzyć go równie gorącym uczuciem. O, jakże pragnęła doznać znowu tego przeszywającego całą istotę spazmu, w momencie oddania i spełnienia. Jęknęła wyobrażając to sobie.

   W obecności Wielenina czuła się nareszcie bezpieczna i bardzo kochana. Oderwała się od ściany i poszła naprzód marząc, że niedługo znajdzie się znowu w wytwornym świecie. Zapomni na zawsze o wiszącej nad nią groźbie aresztu i zesłania, z dala od nędzy i ordynarnych obelg żandarmów. Była świadoma, że dzisiejsze pocałunki, jutro mogą zmienić się, - za jej chętnym przyzwoleniem - w coś o wiele bardziej doniosłego i wiążącego. O, zawsze o tym wiedziała, choć nie chciała się przed sobą do tego uczciwie przyznać. Jednak zrozumienie tego faktu, w niczym nie zmieniało jej uczuć do poległego męża. To było zupełnie coś innego."Widocznie - pomyślała - nie ma granic ludzkiej zdolności kochania." Szła przed siebie, pełna energii i radości życia, zdecydowana nazajutrz wyjechać z ukochanym do Rosji.

1Nadwiślański Kraj – określenie stosowane przez władze carskie, by uniknąć nazwy Polska.
2Dnia 13 marca 1881 roku, car Aleksander II, zginął w zamachu bombowym. Bombę rzucił Polak Ignacy Hryniewiecki, członek Narodnej Woli, rewolucyjnej organizacji rosyjskiej. Hryniewiecki również poniósł śmierć w zamachu.
3Veuve Clicquot - doskonały gatunek szampana francuskiego.
4Generał-adiutant hrabia Piotr Andrejewicz Szuwałow - od 1856-1874 r. członek rady państwa. Szef żandarmerii i naczelnik III oddziału kancelarii carskiej, najwyższej tajnej policji imperium rosyjskiego.
5Torquemada Tomas de (1420 – 98) wielki inkwizytor Hiszpanii od 1483, słynny z wyrafinowanego okrucieństwa.
6 Księżniczka Katarzyna Dołgoruka - (1847-1922) kochanka cara Aleksandra II. Po śmierci carowej Marii Aleksandrowny w 1880 roku, car poślubił Katarzynę, nadając jej tytuł księżny Juriewskiej. Obdarzyła cara trojgiem dzieci, synem Jerzym i dwiema córkami.
7Lubimaja - ukochana.