sobota, 31 grudnia 2016

NIEPODZIANKA.



31 grudnia 2016 r.
Czasami wracam do dawnych Aktualności, żeby zobaczyć co się zmieniło przez rok, czy nawet kilka lat. No i muszę sobie sama pogratulować.  Nie jestem ani politykiem, ani też specjalistą od analizowania bieżącej sytuacji. A jednak niegdyś przewidziałam bezbłędnie, jaki będzie skutek Majdanu, genialnie przygotowanego przez służby specjalne pewnego państwa za oceanem.
Majdan zapoczątkował penetrację władz USA w Europie Wschodniej, a następnym krokiem będzie wprowadzenie wojska do krajów sąsiadujących z Rosją. W moim mieście już w styczniu br. mają się pojawić żołnierze amerykańscy.
Sprawdziłam też, na marginesie aktualnych wydarzeń w kraju, co pisałam w czasie ostatnich wyborów prezydenckich i jakie były moje prognozy na ten temat.
Mogę sobie  serdecznie pogratulować, że moje przewidywania okazały się bardzo trafne. Wkrótce chyba ogłoszę się jasnowidzem i zacznę zbijać kasę, przepowiadając przyszłość.  Oto co pisałam w artykule pt."Niespodzianka".

15 maja 2015 r.
Kiedy wchodzę do internetu, z przerażeniem patrzę na coraz to ohydniejsze przezwiska i oskarżenia jeszcze przecież urzędującego prezydenta Polski pana Komorowskiego. Czuję obrzydzenie, jak widzę jakieś koszmarne fotografie prezydenta, z obraźliwymi napisami i wprost z żądaniem, żeby nie głosować na Komorowskiego, tylko na Dudę, lub w ostateczności na Kukiza. Jeżeli ktoś nie szanuje urzędującego prezydenta Polski i obraża go plugawymi, wulgarnymi wyrażeniami, jest to czyn karalny.
Po drugie, znieważa się w ten sposób obywateli, którzy przed pięcioma laty na Komorowskiego głosowali w wolnych, demokratycznych wyborach, i chcą głosować na niego powtórnie. To jest wolny kraj, każdy ma prawo głosować wedle swojej woli i nikomu nie wolno w to ingerować. Na pewnym obrazie Goi, jest napis: „ Gdy rozum śpi, budzą się demony”! Obawiam się, że u niektórych rodaków rozum usnął i opętał ich demon nienawiści.
 Moim skromnym zdaniem większość kandydatów nie powinna ubiegać się o ten najwyższy urząd w Polsce. Nasz kraj ma wielu znakomitych obywateli, mogących z powodzeniem wziąć udział w wyborach prezydenckich. Ale nie chcieli kandydować przeczuwając, co ich może czekać.

Pani Ogórek, kandydatka SLD.
Np. Sojusz Lewicy Demokratycznej, strzelił sobie samobójczą bramkę, wystawiając panią Ogórek. Kandydatka SLD, co rusz odżegnywała się od partii, która ją wysunęła, tracąc z tego powodu wyborców. Obawiam się, że pan Miller doprowadzi SLD do upadku, ponieważ partia potrzebuje młodych, nowych i energicznych przywódców z programem, który spodoba się ludziom. Stare twarze już się Polakom opatrzyły. Dlatego, między innymi, jak sądzę, przy wyborach, PO spotkała bardzo nieprzyjemna niespodzianka.
W tym miejscu chciałam serdecznie pogratulować panu prezesowi Kaczyńskiemu, świetnego posunięcia. Wybrał na swego figuranta człowieka młodego, miłego, rozmownego i obiecującego swym wyborcom wszystko, o czym sobie zamarzyli.
 Pan Duda miał wejście w prawdziwie amerykańskim stylu. Z chorągwiami, orłami, na tle biało-czerwonych flag, śpiewami pieśni patriotycznych itd. Bardzo efektownie prezentuje się z ładną żoną i miłą córką, które wspierają go na każdym kroku. To, że składa obietnice, których nie dotrzyma z tego prostego powodu, iż nie są w kompetencji prezydenta państwa, lecz rządu i Sejmu, wyborcy nie wiedzą, bowiem niewielu zna polską Konstytucję.
Pan Duda mówi to, co dyktuje mu pan prezes w nadziei, że gdy jego kandydat zasiądzie na prezydenckim fotelu,
PiS w wyborach parlamentarnych zwycięży i samodzielnie będzie rządzić państwem. W ogóle PiS ma szczęście do Dud, bo drugi Duda trzęsie Solidarnością, która miała być w programie Niezależna i Samorządna, a nie jest ani jedną, ani drugą. W razie czego, Duda numer II, wyprowadzi swoich ludzi na ulicę i zrobi awanturę, dopominając się o swego kandydata. Można jeszcze w wypadku przegranej ogłosić sfałszowanie wyborów i inne triki polityczne.
Ale nawet pan prezes Kaczyński nie zyskałby tak dobrych wyników w wyborach, gdyby nie pewna znakomitość, która go wsparła i dalej wspiera. Myślę tu o Ojcu Rydzyku i jego Radiu Maryja oraz Telewizji "Trwam". W tej chwili jest to potęga, z którą trudno się mierzyć.
 Szczerze piszę, że uważam Ojca Rydzyka za geniusza interesu. Nic nie znaczący, skromny zakonnik, nagle wyrasta na Mesjasza narodu,  dysponującego milionowymi  funduszami! Dyktującego, jak kto ma żyć i co ma robić. Przez kilka dni przed wyborami, poświęciłam się i wieczorem słuchałam audycji toruńskiego radia, prowadzonych tam rozmów i odbieranych telefonów.
No i potem już wcale się nie dziwiłam, że pan Duda nr I wygrywa wybory. Większość Polaków to katolicy, chodzą do spowiedzi i oczekują rozgrzeszenia. Niewielu zaryzykuje inną odpowiedź na pytanie spowiednika: - Na kogo, synu, czy córko, oddałaś głos? Oczywiście, że powie: - Na Dudę! Radio Maryja zaktywizowało tysiące swoich słuchaczy, kościoły zrobiły to samo z ambon, nakazując wiernym wybrać tego właściwego kandydata i teraz wiemy dlaczego Platformę Obywatelską spotkała taka nieprzyjemna niespodzianka.

Mówiąc między nami, w żadnym szanującym się, demokratycznym państwie zachodnim, taka rozgłośnia nie mogłaby mieć miejsca. Pod pozorem działalności religijnej, prowadzą najlegalniej i jawnie antyrządową propagandę, angażując do swych audycji pseudonaukowców i polityków z ostatniej półki, opowiadających ciemnej masie androny. Dziwię się tylko, jak mogą tego słuchać, a nawet w to wierzyć, niektórzy dobrze wykształceni i inteligentni ludzie. Cóż, naród polski jest nieprzewidywalny i nie tylko cudzoziemcy nie potrafią nas zrozumieć. Sami siebie także nie rozumiemy.
9 maja oglądałam z Moskwy defiladę i słuchałam komentarzy Rosjan w telewizyjnym wywiadzie pt. „Święta wojna Rosjan”. Czułam zazdrość!            Zazdrościłam tym prostym Rosjanom tej ogromnej, namiętnej i bezkrytycznej miłości do swojej ojczyzny, która wcale nie była i nie jest dla nich dobrą matką. Zazdrościłam im dumy ze swej historii i zwycięstwa nad hitlerowskimi Niemcami. A przede wszystkim zazdrościłam im tego, że są ogromne solidarni ze swoimi przywódcami, czy byłby to Stalin, czy obecnie prezydent Putin. Kochają ich i im wierzą.
Defilada Zwycięstwa 9 maja w Moskwie.
 My, Polacy nie potrafimy godnie reprezentować swego narodu. Ciągle kogoś przepraszamy. A to Żydów za to, że ich rzekomo mordowaliśmy, a to Niemców, którzy naprawdę nas mordowali, a to znowu Ukraińców, którzy wcale nie poczuwają się wobec nas do winy.
Rosjanie nie biją się o byle co w piersi i nie lubią nikogo przepraszać.
I właśnie tego im zazdroszczę, pragnąc podobnej postawy dla swojej ojczyzny.
                          ----------------------------------------------------------------
 Post scriptum. 31 grudnia jeszcze br. No i powiedzcie sami, czy nie trafnie przewidziałam, co się będzie działo?

ŻYCZENIA NOWOROCZNE.

31 grudnia 2016 roku.

Wszystkim moim kochanym Czytelnikom, pragnę z okazji zbliżającego się Nowego Roku 2017, życzyć samych pogodnych i radosnych dni, zdrowia i tego, żeby zechcieli zaglądać do mego blogu. Postaram się, aby było ciekawie.





czwartek, 29 grudnia 2016

KONIEC BEZTROSKIEGO DZIECIŃSTWA, TRZEBA SIĘ UCZYĆ!


 29 grudnia 2016 r.
Ulica B. Kubika. Nie "była godna" umieszczenia na niej Tablicy Smoleńskiej. (po prawej)
  Jakiś czas potem, osadnikami wstrząsnęła wiadomość o śmierci naszego burmistrza Pana Bolesława Kubika. Zginął razem ze swoimi pracownikami, natknąwszy się na niemiecką minę-pułapkę ukrytą w szafie odzieżowej, najpewniej przez niemiecką organizację podziemną. Być może Werwolf - która miała w planie sabotaż w mieście na wielką skalę. Nie był to pierwszy ani ostatni zamach na polskich urzędników, żołnierzy czy milicjantów, przygotowany przez Niemców.
    Jestem wstrząśnięta. Obecnie, postać tragicznie zmarłego burmistrza jest szkalowana i opluwana przez fanatyków z prawicy. Przeszkadza im nawet ulica imienia B.Kubika, niegodna, by na niej zawiesić Tablicę Smoleńską. Najchętniej widziałabym ich w tamtych latach, gdy śmierć była codziennym wydarzeniem.  Ludzie, którzy nie mają pojęcia,w jakich czasach żyliśmy, kwestionują nawet samą śmierć Pana Kubika. Radziłabym pilnie przeprowadzić dezidiotyzację pewnych sfer w naszym mieście. Osoby szkalujące pana Kubika, nie były osadnikami, jak ja, urodzili się wiele lat po wojnie i niech nie próbują mącić ludziom w głowach bredniami, bo żyją jeszcze świadkowie tamtych dni. Nie mają prawa wypowiadać się o czasach, gdy nie było ich na świecie i o jakich nie mają  nawet pojęcia.

Kościół w byłym Tylinowie, obecnie w Bolesławcu.
  Jechaliśmy tego dnia na spacer powozem  ul. Zgorzelecką w kierunku mostu na Bobrze, kiedy zobaczyliśmy kilku ludzi bardzo wzburzonych, biegnących w krzykiem do miasta. Żołnierz zatrzymał konie i spytał, co się stało? Któryś z tych mężczyzn odkrzyknął, że w Tylinowie (w Bolesławicach, a dziś Bolesławcu) był wybuch miny na skutek czego zginęło kilka osób a sam pan burmistrz jest ciężko ranny. Ojciec natychmiast kazał żołnierzowi zawrócić i pojechaliśmy do domu, bardzo zmartwieni, bo znaliśmy dobrze pana burmistrza. Niemal codziennie ginie tragicznie wielu urzędników, wojskowych i milicjantów. Prawie co  tydzień uczestniczymy w czyimś pogrzebie. Na cmentarzu gromadzą się wtedy wszyscy mieszkańcy miasta. Jest nas przecież jeszcze taka niewielka gromadka.
   Na rękach Mamy zmarł synek przybyłego właśnie z Centralnej Polski nowego oficera. Miał obustronne zapalenie płuc i nie można już go było uratować. Przez długi czas nie potrafiłam otrząsnąć się z przygnębienia, bo widziałam jego śmierć. Do dziś istnieje jego grób na starym cmentarzu, niekiedy go odwiedzam.
Znalezione obrazy dla zapytania Zdjęcia starego cmentarza w Bolesławcu ŚL.przy Krzyżu Milenijnym.
Stary cmentarz w Bolesławcu. Tu byli chowani pierwsi mieszkańcu miasta.Dodaj napis
Czasy są coraz trudniejsze. Przez pantoflową pocztę wiemy, że w Polsce Centralnej następują masowe aresztowania byłych żołnierzy Armii Krajowej. Nowy rząd już nie zamierza tolerować własności ziemian polskich, nie tylko odbierając im mająteki, ale i wyrzucając z dworów i pałaców, będących własnością rodów polskich od setek lat. 
   Babcia Marynia, siostra babci Pelagii, starała się w Poznaniu o zwrot zagrabionej ziemi, lub chociaż godziwą rekompensatę. Oświadczono jej uprzejmie, że nie dostanie grosza, bo nowa władza zamierza na tych żyznych, doskonale zagospodarowanych terenach założyć coś w rodzaju kołchozu - Państwowe Gospodarstwo Rolne, czyli PGR! Na otarcie łez, zwrócono jej koszty biletu. Za dwa tysiące hektarów żyznej ziemi, dwór, sklep we wsi, torfowiska i lasy, otrzymała tysiąc złotych! Nikt się nie zatroszczył, z czego ta stara, schorowana kobieta ma się utrzymać. Władza Ludowa nie kochała „obszarników i wyzyskiwaczy”, więc do piachu z nimi!
Tak się opalano w tamtych czasach.
Żyjemy w  wielkim strachu o Ojca i rodzinę. Wszyscy oni byli żołnierzami AK, dziadek Michał, ojciec Mamy, przedwojenny oficer policji, został w 1945 r. aresztowany. Na szczęście udało mu się wydostć z łap UB, na skutek protestu aż czterech wsi, wstawiających się za dziadkiem, lecz utracił prawo do pracy. Musiał zarabiać na życie, stojąc z wagą na ulicy Poznania, albo rysować plany architektoniczne rezydencji, dla nowej ludowej „arystokracji”. Pracując ciężko fizycznie, dorobił się raka. Tylko dwa tygodnie przebywał w szpitalu. W chwili zgonu wykrzyknął: - Ludobójcy!
Jesienny spacer plantami Bolesławca.
   Byłyśmy z Mamą świadkami przerażającego widowiska. Rano, idąc na targowisko, przechodziłyśmy koło dworca PKP. Właśnie przyjechał pociąg z Wrocławia, z którego wysiadło kilku UB-owców, prowadząc trzech więźniów skutych kajdanami. Wyglądali strasznie, mając na głowach worki z otworami na oczy. Między nimi była kobieta w zaawansowanej ciąży. Byli to prawdopodobnie członkowie nielegalnej, podziemnej organizacji, powstałej po wojnie. Bardzo surowo sądzeni, często byli skazani na karę śmierci.
   Do takich organizacji należała nawet młodzież szkolna. Będąc w drugiej klasie szkoły podstawowej,( przy ul. Tyrankiewiczów) pamiętam dokładnie, że pewnego dnia, w czasie lekcji, przed szkołę zajechały dwa auta osobowe. Wysiadło z nich kilku ponurych osobników. Nie potrudziwszy się nawet do dyrektora, weszli na II piętro, gdzie mieściły się klasy gimnazjalne. Z ust do ust, wiadomość o tym przedostała się do wszystkich klas. Nauczyciele natychmiast przerwali lekcje, a nasza wychowawczyni, pani Wiktoria Gałkiewicz, bardzo zdenerwowana wybiegła na korytarz, za nią uczniowie. Jakby w telepatycznym porozumieniu, drzwi klas kolejno się otwierały i wychodzili z nich nauczyciele oraz uczniowie. Staliśmy na korytarzu przy schodach w całkowitym milczeniu. Po jakimś czasie UB-owcy zeszli z góry, prowadząc między sobą kilku chłopców z klasy maturalnej. Odprowadziliśmy ich wzrokiem do drzwi. Nie wiem, jakie były ich dalsze losy. Za
broniono nam rozmowy na ten temat.
Święto Ceramiki. Dym idzie z Wielkiego Pieca.
    W 1948 roku UB aresztowało ciocię Stasię, siostrę Ojca. Przez trzy tygodnie spaliśmy w ubraniach, obawiając się, że którejś nocy aresztują Ojca. Długi czas nie można było się dowiedzieć, co się z ciocią dzieje i gdzie siedzi. Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że ciocia była więziona w Fordonie-Bydgoszczy, najcięższym więzieniu dla kobiet. Stała wiele razy po kolana w wodzie, a przy przesłuchaniu UB-owiec połamał jej palce rąk. Była pianistką! Siedziała trzy lata, a potem musiała się leczyć w Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Kobierzynie.    
   W Ratuszu, na pierwszym pietrze od strony kościoła, mieścił się po wojnie posterunek milicji. Dokoła Ratusza było targowisko, na którym Mama robiła zakupy. Przypominam sobie, że tego dnia, gdy poszłyśmy po zakupy, w oknie posterunku ukazał się jakiś mężczyzna. Wychylony, szarpał się z trzymającymi go milicjantami i rozpaczliwie wzywał pomocy. W owych latach terroru, ludzie byli tak stłamszeni i zastraszeni, że każdy wolał udawać, że niczego nie widzi, nie słyszy i uciekał co sił w nogach, by nie odpowiadać przed sądem za gapiostwo! Mężczyzna widząc, że nikt nie śpieszy mu na ratunek, wyrwał się z rąk milicjantów i wyskoczył z okna. Upadł głową na bruk i prawdopodobnie się zabił, bo nie dawał znaku życia.
   Mama bliska zemdlenia, błyskawicznie pociągnęła mnie za sobą i obie wpadłyśmy do kościoła, wiedząc z doświadczenia, że świadkowie tragicznego wydarzenia, mogą mieć bardzo nieprzyjemną rozmowę w Urzędzie Bezpieczeństwa. Ten biedak krzyczał, że go torturują, mówił jak się nazywa i prosił, żeby powiadomić jego rodzinę. Może pomiędzy przechodniami znalazł się ktoś, kto spełnił jego ostatnią prośbę.
Tak wyglądały wtedy targowiska.
   Przypominam sobie z lat dziecinnych jeszcze jeden wstrząsający wypadek. Jechałyśmy z Mama pociągiem do Katowic. Na jednej ze śląskich stacji wsiadła do wagonu zapłakana kobieta. W przedziale byłyśmy tylko my i ta kobieta. Zwierzyła się nam w zaufaniu, że jedzie do syna przebywającego w katowickim więzieniu. Chłopak gdzieś znalazł poniemiecki pistolet. Nie wiedział, że był nabity jednym nabojem. Strzelił i trafił w mur. Ktoś doniósł do UB, że chłopak ma broń palną. Został aresztowany, oskarżony o zamach na władzę ludową i skazany na...... karę śmierci! Nie przesadzam, matka rozpaczała i próbowała syna ratować wszelkimi dostępnymi sposobami, ale miała niewielką szansę na uratowanie syna od stryczka. Chłopiec miał 14 lat!
   Podobno chińskie przekleństwo brzmi:”Obyś żył w ciekawych czasach” Myśmy mieli nieszczęście żyć w bardzo ciekawych i strasznych czasach!
Termy solankowe w Bolesławcu.
Spotkała mnie wielka przykrość. Mieliśmy w domu pianino, przyznane nam jako rekompensatę po straconym w czasie wojny fortepianie, stojącym w naszym poznańskim mieszkaniu. Ojciec i ciocia Stasia doprowadzili stary instrument do stanu używalności, wylepiając młoteczki i godzinami go strojąc. Był w bardzo dobrym stanie, a ja zaczęłam na nim ćwiczyć, chodząc na lekcje muzyki do klasztoru sióstr zakonnych, przy ulicy Zgorzeleckiej. Lekcji gry na fortepianie udzielała mi sama Matka przełożona.
Święto Ceramiki, piękne stroje.
  Pewnego deszczowego dnia, zajechał przed nasz dom wóz drabiniasty, a do drzwi zapukało czterech facetów, pokazując zdumionej Mamie pismo kogoś bardzo ważnego, polecające natychmiast wydać pianino, bo jest ono potrzebne w jakiejś wiejskiej świetlicy. Na nic nie zdały się energiczne sprzeciwy Mamy tłumaczącej, że instrument został nam przyznany, jako rekompensata za utracone mienie.  Mężczyźni wpakowali się do mieszkania i pianino zabrali niemal siłą! Ładując je na wóz, przy sposobności złamali pedał, zdarli tylne poszycie i oderwali oryginalne kinkiety do świec. Płakałam głośno, obserwując przez okno, jak moje kochane pianino trzęsie się i moknie nie okryte, jadąc na drabiniastym wozie! Takie było wtedy poszanowanie dla kultury.
Defilują "glinoludy" w Święto Ceramiki.
   Zbliżał się wrzesień 1946 roku. Pewnego słonecznego poranka, Mama obudziła mnie bardzo wcześnie i dopilnowała, żebym się szczególnie starannie ubrała. Zastanawiałam się, gdzie pójdziemy o tak wczesnej porze. Trzymając mnie za rękę, Mama weszła ze mną do budynku przy dzisiejszej ulicy Bankowej. W korytarzach pełno było ludzi, matek z dziećmi w moim wieku, a nawet dorosłej młodzieży. Wyobraziłam sobie, że pewnie czeka mnie  jakieś bolesne szczepienie i rozglądnęłam się w panice, gdzie by na wszelki wypadek dać nogę. Ale Mama trzymała mnie mocno za rękę i nie puszczała. W dużej sali na parterze, pełno było nagromadzonego sprzętu, jakichś starych krzeseł, stolików nie do pary i innych gratów. Rozejrzałam się ze strachem, szukając wzrokiem lekarza w białym fartuchu, ale nie dojrzałam nic strasznego i trochę się uspokoiłam. Obecne w sali dzieci i młodzi ludzie, mieli przy sobie jakieś obszarpane książki i zeszyty. Na brudnej ścianie wisiała tablica.
Święto Ceramiki - Parada motocyklistów.
 - Mamo, po co tu przyszłyśmy? - spytałam zdumiona.
Mama przyznała się ze śmiechem, że chciała mi zrobić niespodziankę i przyprowadziła mnie do szkoły! Raczej nie byłam zachwycona utraconą nagle swobodą, którą bardzo kochałam. W domu mówiło się, że niedługo pójdę do szkółki, „by się uczyć i pracować, jak te złote pszczółki”! Oj, to mi się wcale nie podobało ale sądziłam, że to odległa przyszłość, więc nie ma się czym martwić.
   - E, co to za szkoła! - pogardliwie wzruszyłam ramionami. - Przecież do pierwszej klasy chodzą małe dzieci. A tu widać dorosłych!
   Mama wytłumaczyła mi, że tym ludziom wojna przerwała naukę i teraz muszą nadrobić stracony czas. Obserwowała mnie przy tym podejrzliwie, zaniepokojona moim diablim uśmieszkiem. A ja byłam niepocieszona. To ma być szkoła? Taka graciarnia? Brudna i brzydka buda? Czego mnie tu nauczą, chyba każą wyszorować podłogę, bo wygląda jak klepisko. „O, nie ma głupich, nie zamierzam tu chodzić. - postanowiłam twardo.- Zwieję, jak tylko Mama zamknie za sobą drzwi klasy!”
Oryginalne stroje na Święcie Ceramiki.
  Z opowiadań rodziców wiedziałam, że szkoła to poważna instytucja. W czystych, jasnych salach stoją ławki, na środku katedra z globusem. Tam leżą mapy, książki i inne mądre przedmioty Wszystkie dzieci mają mundurki i tornistry, a pan dozorca dzwoni na przerwy. To ja rozumiem! Ale w tym brudnym pokoju niczego podobnego nie było, a dzieci i dorośli ubrani byli w codzienną odzież, często bardzo ubogą. Poczułam się oszukana i obrabowana z marzeń o uroczystym rozpoczęciu roku szkolnego. Właśnie chciałam oświadczyć Mamie, że nie zamierzam tu zostać i wychodzę, gdy w otwartych drzwiach pojawiła się starsza, siwowłosa pani o mizernej twarzy i smutnych oczach.
To właśnie tutaj odbyła się pierwsza lekcja.
Była to pani Teicher, przedwojenna nauczycielka i więźniarka obozu koncentracyjnego.
- Drogie dzieci i kochana młodzieży. - odezwała się cichym, zmęczonym głosem. - Siedem lat upłynęło od dnia, kiedy 1 września na Polskę spadły pierwsze bomby i wybuchła wojna. W tę tragiczną rocznicę rozpoczynamy nowy rok szkolny, pierwszy na tych ziemiach przywróconych Macierzy.
   Wzruszyła mnie ta kobieta, nosząca na twarzy piętno cierpienia i okrutnych przeżyć. Ktoś z dorosłych, wyjął papierowego orła wyciętego z gazety, i przybił gwoździem nad tablicą. Ktoś inny powiesił krzyżyk. Pierwsza wspólna modlitwa:   
   - Przybądź Duchu Święty....
Nauczycielka wzięła kredę i napisała wyraźnie na tablicy:
- Lekcja pierwsza. To Ala i As, pies Ali.
Spojrzałam zdumiona na Mamę. Wygląda na to, że jest to jednak prawdziwa szkoła! Mama uśmiechnęła się do mnie, a na dłoni poczułam mocny, krzepiący uścisk jej palców. Oto rozpoczynały się dla mnie nowe obowiązki, a moje szczęśliwe, beztroskie dzieciństwo kończyło się bezpowrotnie. Od tego dnia minęło wiele, wiele lat, dziś inne są już szkoły, inni nauczyciele i inni uczniowie. Ale ta pierwsza lekcja w polskiej, powojennej szkole, pozostała na zawsze w mej pamięci.

                                                            K o n i e c
                     

środa, 28 grudnia 2016

POSZUKUJĘ SKARBÓW!


28 grudnia 2016 r.
Zachodnia pierzeja Rynku. Całkowicie odbudowana po wojnie.
W miarę upływu czasu, przybywało w mieście coraz więcej sklepów prywatnych i państwowych. Mięsa było pod dostatkiem, a wędliny wprost palce lizać! Otworzyli sklep i warsztat masarski państwo Kurzawscy z Poznania, wytwarzający znakomite przetwory mięsne, znane w Wielkopolsce. To u nich mama zaopatrywała się w wędliny i mięso. Sklep znajdował się na rogu ul. Karpeckiej i 1- Maja, w nie istniejącej już kamienicy, a szeroki asortyment wędlin, przyprawiłby o zawrót głowy dzisiejszych wytwórców. Zaraz po nich, otworzyli sklep mięsny państwo Kumosińscy, Borowieccy i Czubkiewiczowie. Na miejscu dzisiejszej restauracji „Pod Aniołem” w Rynku, pan Bonin otworzył pierwszą drogerię. Mama kupowała u niego wodę kwiatową „Chypre” i krem „Śnieg Tatrzański” z krakowskiej firmy Miraculum. Do dzisiaj pamiętam ten śliczny liliowy zapach.
 Nie istniejąca część Rynku. Pierwszy budynek po prawej Hotel Piastowski, środkowy. dawna restauracja"Lwowianka" potem sklep MHD i Uniwersal.
Także w Rynku, w miejscu dzisiejszej Cepelii, otworzyła komis pani Miąskowa. O ile mnie pamięć nie myli, również w Rynku pani Lisiecka miała sklep odzieżowy. Tam gdzie dziś mieści się w Rynku sklep z porcelaną i szkłem, był niewielki lokal „Lucynka”, z wieczornym dansingiem. W nieistniejącej już kamienicy, obok również nie istniejącego hotelu „Piast”( obecnie trawnik w dole kościoła) porucznik A. otworzył restaurację z dansingiem „Lwowianka”. Do dobrego tonu należało wtedy, spotkać się tam wieczorem ze znajomymi na kolacji, przy muzyce i trochę potańczyć.
Ten sam fragment miasta, lecz jeszcze z czasów niemieckich. Kamienica z attyką i następne zburzone w czasie wojny.
Powoli zaczynaliśmy żyć jak ludzie cywilizowani. Przedwojennym zwyczajem, w niedzielę Mama nie gotowała obiadu, tylko szliśmy we trójkę, lub w towarzystwie znajomych oficerów, do restauracji „ U kuchmistrza” na ulicy 1- Maja. Obecnie mieści się tam chyba warsztat krawiecki. Mój Boże, takiego sandacza, takich jajek faszerowanych i kotleta schabowego już nigdy nie będę jadła. To był znakomity przedwojenny restaurator, jakich dziś chyba już nie ma.
Na święta, tradycyjnie zjeżdżała się rodzina i przychodzili znajomi. Było bardzo   wesoło! Mama przygotowywała mnóstwo ciast. Nie piekła ich w domu, lecz u piekarza, mającego zakład w podwórzu przy ulicy Chrobrego i Ciesielskiej. 
Z Gdyni przyjeżdżał mój ukochany brat cioteczny Stefan, marynarz służący na na okręcie wojennym. Byłam z niego taka dumna i lubiłam chodzić  z nim na spacery, i patrzeć jak ludzie się za nim ogladają, szczególnie panny, bo był bardzo przystojny.. Z Rzeszowa przybywała ciocia Stasia i dawała nam koncerty na odrestaurowanym pianinie. W soboty odbywały się w naszym mieszkaniu próby kabaretu wojskowego. Schodziło się tyle osób, że nie dla wszystkich starczyło miejsca, więc panie i panowie rozsiadali się na dywanie przykrywającym podłogę w gabinecie.
Nasz gościnny dom, upatrzyli sobie oficerowie z DOW we Wrocławiu i przyjeżdżali do nas, jak do hotelu, przekonani, że zawsze zostaną mile przyjęci i poczęstowani obiadem.W ten sposób oszczędzali diety przeznaczone na wyżywienie. Potrafili obudzić nas w środku nocy, bo akurat wtedy przyjeżdżał pociąg. W końcu Mamie się to znudziło i poradziła panom uprzejmie, żeby poszukali sobie noclegu w hotelu oficerskim, spożywając posiłki w kasynie!
Przy ulicy Daszyńskiego otwarto sklep spożywczy, a w nieistniejącym dziś domu, na miejscu sklepu obuwniczego, był sklep państwa Kuczmów.
Północna pierzeja Rynku. Tu znajdowały się pierwsze sklepy, drogeria, księgarnia i szewc, oraz restauracja "Lucynka".
Na Asnyka, tam gdzie dziś jest sklep z materiałami, był budynek Straży Pożarnej, bo reszta ulicy leżała w gruzach. Po drugiej stronie ulicy, chyba na miejscu Placu ks. Popiełuszki, znajdowało się gospodarstwo i tam chodziliśmy po mleko prosto od krowy!
 Na ulicy Kubika, pan Najder otworzył pierwszą w mieście aptekę. Wielka szkoda, że została zlikwidowana, bo znajdowały się w niej piękne zabytkowe meble. Z pierwszych bolesławieckich lekarzy, zapamiętałam doktora Markiewicza i leczących nas lekarzy wojskowych: doktora Kłosowskiego i bardzo przystojnego doktora Dubrawę, mającego piękną żonę i śliczną córeczkę Kingę.
Ten dom ma historię. Nocowali tu Napoleon, car Aleksander I i  feldmarszałek Blucher.
 Doktor Józef Kłosowski uratował Ojcu nogę przed amputacją, operując go w naszym mieszkaniu! Wyciągnął Ojca z czerwonki i ropnego zapalenia woreczka żółciowego, a mnie z ciężkiego porażenia kręgosłupa, stając się naszym lekarzem domowym. Był znakomitym lekarzem, byłym żołnierzem AK i uczestnikiem Powstania Warszawskiego. Przypominam sobie wspaniałego doktora Stępienia, późniejszą sławę medyczną, ordynatora Kliniki Chirurgicznej w Krakowie. Będąc naszym gościem, wyprosił Mamę z kuchni i przewiązawszy się jej fartuszkiem, przygotował nam przepyszny rosół z bażanta, upolowanego przez Ojca. Ja i mama siedziałyśmy sobie w tym czasie w gabinecie i chrupałyśmy jabłka....
W tych pierwszych latach po wojnie, na terenie całych Ziemiach Odzyskanych, wybuchła istna epidemia poszukiwania skarbów, rzekomo ukrytych przez Niemców. Owszem, zdarzało się, że od czasu do czasu, ktoś znajdował przypadkiem ukryte jakieś drobne błyskotki. Ludzka wyobraźnia zaraz mnożyła te „skarby”, zamieniając je, w co najmniej, klejnoty koronne! Ludzie dosłownie dostawali bzika i demolowali własne mieszkania, rozbijając ściany, przekuwając piwnice i przekopując ogrody, w chęci łatwego wzbogacenia się. Dla mnie to szaleństwo omal nie skończyło się tragicznie.
Niekiedy znajdywano cenne rzeczy.Skarb Napoleona.
 Przypadkiem usłyszałam, że jakaś pani znalazła w piwnicy skrzynkę z biżuterią o dużej wartości. Przetrawiwszy tę doniosłą informację, postanowiłam sama zająć się poszukiwaniem skarbów, bo wiedziałam z doświadczenia, że w tej sprawie na rodziców liczyć nie mogę. Jakoś nie byli tym zainteresowani. Dziwne, co? Najpierw zaczęłam ostukiwać ściany w naszym mieszkaniu, poszukując ukrytego w nich schowka. Mama i Tata przyglądali się moim poczynaniom z lekkim osłupieniem i pobłażliwym uśmiechem. Wszak dzieci mają bujną fantazję, z której po latach wyrastają. No, nie zawsze, jak w moim przypadku!....
Machnęłam na nich ręką, wyobrażając sobie miny rodziców, kiedy ujrzą znaleziony przeze mnie skarb! Doszłam do wniosku, że nasze mieszkanie nie kryje żadnych tajemnych schowków. Wobec tego, postanowiłam szukać w innych miejscach.
Pewnej letniej niedzieli, wybieraliśmy się z wizytą do znajomych. Mama wystroiła mnie w białą tiulową sukienkę i poleciła, żebym przez chwilę pobawiła się na podwórku do chwili, aż Ojciec się przebierze. Wyszłam na podwórze i spojrzałam na ruinę sąsiedniego domu, która intrygowała mnie od pewnego czasu. Kamienica runęła pod uderzeniem pocisku, czy bomby, aż gruzy wysypały się na podwórze, ale dziwnym trafem piwnice ocalały. Po zasypanych cegłami schodkach, zeszłam do ciemnego podziemia i znalazłam się w długim, mrocznym korytarzu. W stęchłym mroku, rozświetlonym jedynie małą szczeliną w pękniętym suficie. Rozglądnęłam się uważnie, od czasu do czasu pukając w ściany kawałkiem cegły, aby sprawdzić, czy nie trafię na próżnię. Nic nie znalazłam i zawiedziona dotarłam do końca korytarza. Nagle pod nogami usłyszałam głuchy odgłos. Podniecona, zaczęłam gorączkowo odrzucać gruz i kawałki muru, nie zważając, że moja śnieżna sukienka stała się naraz dziwnie szara. Uklękłam na posadzce, grzebiąc zawzięcie i wkopując się coraz głębiej. Ręce krwawiły mi, poranione o ostre krawędzie cegieł i potłuczone szkło. Oberwałam falbankę u sukni, a wielka kokarda przekrzywiła mi się na jedno oko i przeszkadzała w pracy. Zerwałam ją z głowy i odrzuciłam zdecydowanym ruchem. Teraz już byłam pewna, że jestem na dobrym tropie! Co znaczyła podarta suknia i kokarda, w porównaniu ze skarbem, który za moment znajdzie się w moich rękach.
W wyobraźni widziałam już siebie, niosącą w strzępkach tiulowej sukienki wspaniałe klejnoty: brylantowe naszyjniki, złote pierścienie i bransolety usiane drogimi kamieniami. Widziałam Mamę, załamującą ręce na mój widok, a potem zdumioną i olśnioną widokiem znalezionych skarbów. Były to tak piękne marzenia, że nie mogłam się już doczekać tej cudownej chwili. Pod odrzuconym gruzem ukazał się okrągły stalowy właz, zamykający wejście do lochu, w którym Niemcy z pewnością ukryli kosztowności. Złapałam stalowe ucho i szarpnęłam, ale zaledwie drgnęło... Oj, ciężko! Poranione ręce bolały mnie bardzo, więc zawinęłam ucho w skraj sukienki i z całej siły pociągnęłam, stojąc w szerokim rozkroku, zgięta jak scyzoryk. Ciężki właz z hukiem odleciał, a ja z rozpędu wpadłam w okrągły otwór! W ostatniej chwili wpiłam się palcami w obudowę włazu i zawisłam nad otchłanią.
Muzeum marszałka Kutuzowa. W każdy dzień świąteczny przyjeżdżali tu żołnierze radzieccy.
Na moment strach sparaliżował mnie całkiem i wisiałam nieruchomo, wszczepiona kurczowo w stalowy pierścień włazu. Czułam, że ciężar ciała ciągnie mnie w głąb studni i że pogrążam się w gęstej, obrzydliwie cuchnącej mazi. Zaczęłam rozpaczliwie szukać nogami jakiejś szczeliny, aby wetknąć tam stopę i podnieść się do góry. Ale moje wierzgające nogi ciągle trafiały na gładką i oślizłą ścianę. Palce omdlewały mi od dźwigania ciężaru ciała, sprawiając okropny ból. Zdawało mi się, że lada chwila krew tryśnie mi spod paznokci. Z otworu studni wydobywał się ohydny smród, zatykając mi oddech i odbierając prawie przytomność. Obawiałam się, że za kilka sekund palce odmówią mi posłuszeństwa i runę w cuchnącą głębię studni. Zrobiło mi się słabo, żołądek podchodził mi pod gardło, a przeraźliwy strach dosłownie mnie paraliżował. Czując nadchodzącą śmierć, zaczęłam się miotać i naraz moja prawa stopa natrafiła na wąską szczelinę w ścianie studni. Zebrałam resztę sił i wsunąwszy w nią koniec sandałka, jak sprężyna rzuciłam się w górę. Wpół żywa i niemal uduszona, upadłam na cementową posadzkę i nie miałam siły, żeby się podnieść. Byłam w okropnym stanie, miałam straszne zawroty głowy, męczyły mnie wymioty, a ramiona i palce bolały jak powyrywane. Spod paznokci sączyła się krew. Leżałam długo dysząc jak astmatyk i nie miałam siły żeby cieszyć się, iż uniknęłam okropnej śmierci. Modliłam się tylko, jak jeszcze nigdy w życiu.
Rosną nowe domy.
Dopiero po jakimś czasie podniosłam się i wolno, jak zgrzybiała staruszka, krok za krokiem, powlokłam się po schodkach i wyszłam na podwórze. Oślepiło mnie jaskrawe światło słońca, oparłam się o mur i z rozkoszą wdychałam świeże powietrze, pachnące kwiatami. Każda żyłka trzęsła się we mnie ze strachu i wstrząsającego przeżycia. Pościerane do krwi ręce i nogi nieznośnie piekły, a serce waliło tak mocno, że chwilami nie mogłam złapać tchu. Z oddali usłyszałam nawołujący mnie głos Mamy, ale nie miałam siły żeby odpowiedzieć. Szukająca mnie na podwórzu Mama, nareszcie mnie dostrzegła i z przerażenia chwyciła się za głowę.
- Jezus Maria, Ela, jak ty wyglądasz?
Jej głośny okrzyk przywołał Ojca i kilku żołnierzy, opalających się w ogrodzie. Otoczyli mnie kołem, wpatrując się we mnie z otwartymi ustami. Zrobiłam niewinną minę i nieznacznie zaczęłam się otrzepywać z oblepiającej mnie mazi.
- Gdzie ty się podziewałaś? Szukam ciebie od godziny! Boże, jak ty wyglądasz! - lamentowała Mama, przezornie trzymając się z dala ode mnie. - Co ty robiłaś?
- Szukałam skarbów. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
Chłopcy, jak na komendę, ryknęli śmiechem i zaczęli tarzać się po trawie piszcząc z uciechy. Rodzice patrzyli na mnie z niedowierzaniem, a potem także się roześmieli. Obserwowałam ich twarze i urażona okazywaną wesołością, nic z tego nie rozumiałam.
- Szukałaś skarbów i je znalazłaś, bo cała jesteś nimi oblepiona! - rechotali żołnierze, nie przestając się śmiać i ocierając łzy płynące im z oczu.
Spojrzałam po sobie i omal nie padłam ze wstydu. Do połowy ciała unurzana byłam w... Ach, szkoda gadać! To świństwo ściekało mi po sukni, chlupało w butach, oblepiało nogi. Cuchnęłam jak skunks!
Pierwsza opanowała się Mama i trzymając się ode mnie z daleka, poleciła mi zrzucić całą podartą odzież. Dwaj żołnierze przynieśli dużą cynową wannę i Mama, zmieniając co chwilę wodę, prała mnie co najmniej pół godziny! Jednocześnie prawiła mi kazanie, od którego wolałabym kilka mocnych klapsów. Nikt jednak nie pytał mnie co wolę, więc musiałam w pokorze wysłuchać wielu przykrych słów. Potem wysmarowała mnie dokładnie spirytusem i maściami przeciwgrzybicznymi.
Znak rozpoznawczy Bolesławca - wyroby ceramiczne.
 Kiedy przyciśnięta do muru wyznałam, co się wydarzyło, natychmiast przestano się ze mnie śmiać, a Mama omal nie zemdlała, wyobraziwszy sobie, jaką potworną śmiercią mogłam zginąć. Ojciec ochłonąwszy z wrażenia zagroził, że osobiście sprawi mi lanie oficerskim pasem, jeżeli nadal będę postępowała bez zastanowienia, i narażała się na niebezpieczeństwo. Przez dłuższy czas, Mama w obawie o moje życie, nie puszczała mnie na krok od siebie, wiedząc z doświadczenia, że kocham szukać guza. Chłopcy dokuczali mi niemiłosiernie, ale ta straszna przygoda oduczyła mnie raz na zawsze od pasji poszukiwania skarbów. Przez wiele lat nawiedzały mnie we śnie koszmary, że wiszę nad niezgłębioną studnią, a potem w nią wpadam. Lata pionierskie przyniosły mi jeszcze wiele przygód, mniej lub bardziej niebezpiecznych, lecz to już osobny rozdział mego życia i do tej historii nie należy.  c.d.n.

wtorek, 27 grudnia 2016

ŻYCIE CODZIENNE W ZRUJNOWANYM MIEŚCIE.


 27 grudnia 2016 r.

Wiosna tego roku przyszła dziwnie wcześnie, po mroźnej i śnieżnej zimie. Już w marcu biegałam po trawnikach w samych szortach, opalona jak cyganka. W ogrodzie rozkwitały fiołki i tulipany, a drzewa były w pełni rozkwitu. Miasto ma o wiele ładniejszy wygląd, niż owego październikowego dnia, kiedy zmęczone i rozgoryczone wysiadłyśmy z pociągu. Drzewa okryte młodą zielenią, maskują częściowo gruzy. A może po prostu, przyzwyczaiłyśmy się już do tych ruin?
Osadnicy jadą na Zachód.
To były twarde, prawdziwie pionierskie lata, życie pełne trosk i bezpardonowej walki z lawinowo piętrzącymi się zadaniami, często przerastającymi siły jednego pokolenia. Powoli przybywało nas Polaków. Codziennie na dworzec wjeżdżały długie transporty, przywożąc osadników z kresów wschodnich, Polaków z Francji i Anglii. Przybywali zesłańcy z Kazachstanu i Sybiru, bezprawnie i brutalnie wywiezieni z rodzinnej ziemi. Obciążeni strasznymi wspomnieniami, często pozostawiali tam, daleko, groby najbliższych i tutaj od nowa budowali swoją egzystencję. Zaludniały się miasteczka i wsie, na puste dotąd pola nareszcie wyszły pługi orząc ziemię, a polscy rolnicy siali zboże na nowy, polski chleb.
Nowe wsie, ale nie te pod Buczaczem i Lwowem.
Coraz prężniej działała polska administracja, władze miasta i urzędy. Ludzie pracowali z prawdziwym entuzjazmem, nie oglądając się na zapłatę, często za talerz zupy i kromkę chleba. Czasu nikt nie liczył, pracowało się dzień i noc. Chyba nigdy wcześniej, ani później, nasz naród nie pracował z tak szalonym pośpiechem, entuzjazmem i samozaparciem. Te pierwsze lata po wojnie, pozostały w mojej pamięci, jako coś wspaniałego, czas niesłychanego zapału i żarliwego poświęcenia.
Dziś mówi się młodemu pokoleniu, które nie zna tamtych czasów, bo to dla nich już odległa historia, że cały naród polski  był wrogo usposobiony do nowej ideologii i  tak zwanych rządów ludowych w Polsce. Ale nie jest to cała prawdą. Owszem, w opozycji do socjalistycznego państwa była większość inteligencji, nie mówiąc już o polskim ziemiaństwie, którym parcelowano majątki i wyrzucano z dworów. Natomiast większość społeczeństwa, przed wojną cierpiąca biedę, chłopi, którym nowa władza rozdawała ziemię, i otwierała szansę na lepszą przyszłość, popierali  rząd niemal z entuzjazmem.

Pamiętam wiece organizowane zaraz po wojnie. Przychodziły na nie tysiące ludzi, z własnej woli, i wypowiadały się po stronie rządu. Trzeba pamiętać, że były to początki utrwalania władzy ludowej, okres, kiedy Bierut i aparat partyjny brał udział w nabożeństwach kościelnych. Nowa władza pokazała co potrafi, dopiero po pewnym okresie, kiedy się  już umocniła.
Tak wyglądała jasna strona medalu. Ale nadchodziły bardzo mroczne czasy. Narastający terror stalinowski powodował napięcia, konflikty międzyludzkie. Powstawały tajne organizacje paramilitarne, najczęściej składające się z dawnych oddziałów partyzanckich i młodzieży akademickiej. Mnożyły się napady, a osławiony Urząd Bezpieczeństwa Publicznego zaczął działać z całą bezwzględnością i okrucieństwem, budząc paniczny strach, Ludzie obawiali się denuncjacji, bo każde niebacznie  wypowiedziane słowo groziło uwięzieniem i torturami.
W Bolesławcu, pierwsza siedziba UB, mieściła się na ulicy Grunwaldzkiej, w pięknym zabytkowym budynku. W ogrodzie otaczającym budynek, stały zabawne poniemieckie krasnale. Pewnego dnia, przechodząc tamtędy z Mamą, spostrzegłam je i tak mi się te krasnale spodobały, że stanęłam, żeby się im przypatrzyć. Wartownik stojący przy wejściu, ponury typ uzbrojony po zęby, łypnął na nas złym okiem spod hełmu i warknął:
- Wynoście się stąd!
Dawny gmach UB.
 Matka rzuciwszy okiem na tablicę zbladła i chwyciwszy mnie za rękę, w popłochu uciekła. Odtąd z daleka omijałyśmy dom z krasnalami. Złowroga reputacja tego gmachu, nie pasowała do bajkowych krasnoludków.
W lecie przybyły nowe transporty, wioząc Polaków mieszkających na terenie Jugosławii, uroczyście witanych na dworcu przez władze miasta. Byli tak mocno opaleni, że wydali mi się jakimiś przybyszami z egzotycznych krain. Przybiegłam z dworca do domu bardzo podniecona, wołając:
- Mamusiu, Murzyni przyjechali!
Miasto otaczały gęste lasy, a w nich często toczyły się potyczki wojska i milicji z partyzantami Werwolfu, oraz bandami napadającymi na polskie wsie i transporty z żywnością. Pewnego razu, zorganizowano wielką obławę na bandytów, w której udział wzięli oficerowie RKU i nasi żołnierze. Chłopcy dla kawału, ubrali na głowy niemieckie hełmy, jakich mnóstwo poniewierało się po starych magazynach. Tak wystrojeni, pojechali autami do Nowej Soli, bo tamtejszy urząd miasta wzywał pomocy. W miasteczku, na widok pędzących aut pełnych żołnierzy w niemieckich hełmach, wybuchła panika. Mieszkańcy byli przekonani, że to Werwolf uderzył na miasto. Auta zatrzymały się przed Urzędem Bezpieczeństwa, lecz budynek wydawał się kompletnie wyludniony. Ojciec, biorący udział w tej akcji, opowiadał nam potem ze śmiechem, że po długich poszukiwaniach, znaleziono UB-owców, leżących pod biurkami, pochowanych na strychu i w piwnicy. Trzęśli się ze strachu w obawie, że Niemcy ich znajdą i postawią pod murem. Żołnierze i milicjanci, bynajmniej nie kochający się z UB-owcami,pokładali się ze śmiechu, wyciągając ich z kryjówek.

Jadą w nieznane, na obcą ziemię, pod obce niebo.
Zaopatrzenie w żywność ciągle szwankowało. W mieście brakowało mięsa, bo bydło i trzoda chlewna pozostawiona przez Niemców, poszły pod nóż i trafiły do garnka armii radzieckiej. Dla osadników nie pozostało prawie nic. Dopóki nie nadeszło lato i nowe zbiory, nie mieliśmy wcale owoców i jarzyn. Chleb, mąka, cukier i smalec wydzielane były na kartki. Na szczęście Ojciec, rozmiłowany w polowaniu, często wybierał się do okolicznych lasów na łowy,, przynosząc do domu zająca, kuropatwy, czy bażanta, z którego Mama znająca doskonale sztukę kulinarną, przyrządzała wykwintny rosół. Ta pasja polowanie, o mało nie skończyła się dla ojca tragicznie.
Umówił się z leśniczym, że zapolują na dziki. Leśniczy zapewniał, że najpiękniejsze okazy żerują w puszczy koło Kliczkowa i Osiecznicy. Znajomy podrzucił ich tam bryczką, obiecując powrócić po nich rano. Obaj panowie umieścili się na poniemieckiej ambonie, wysoko na drzewie i cierpliwie oczekiwali na nadejście stadka dzików. Ojciec posiadał znakomitą angielską dubeltówkę i zapewniał Mamę, że przywiezie do domu dzika wielkiego jak piec! Ściemniało się, ale dziki jakoś nie chciały się pokazać. Naraz w gęstwinie krzewów rozległ się podejrzany szelest i Ojciec błyskawicznie wycelował, czekając na pojawienie się dzika, sarny lub jelenia. Leśniczy również podniósł karabin, gotując się do strzału. Szelest się zbliżał i obaj panowie ucieszyli się, że całe stadko wyjdzie wprost na nich.
Zarośla rozchyliły się, a Ojciec w ostatniej chwili zdjął palec z cyngla i oniemiał.
Zamiast oczekiwanych  dzików, z gąszczu wyszli ludzie. Byli w maskujących panterkach, uzbrojeni w pistolety maszynowe i ciągnęli za sobą małe wózki z ciężkimi karabinami maszynowymi. Obaj panowie skulili się na ambonie, bojąc się nawet głośniej odetchnąć. To był oddział Werwolfu, osławionych „Wilkołaków”,w liczbie około trzydziestu ludzi. Co gorsza, mieli z sobą psy, duże groźne wilczury. Na szczęście dla pechowych myśliwych, wiatr wiał od strony Niemców i psy nie zwęszyły myśliwych, zajęte świeżymi tropami zwierzyny. Niemcy przez jakiś czas kręcili się w pobliżu ambony, a kiedy nareszcie sobie poszli, była już ciemna noc i nie podobna było łazić po ciemku, narażając się na spotkanie z nieprzyjacielem. Ojciec i leśniczy całą noc przesiedzieli na ambonie, dziękując Bogu, że wcześniej niż Niemcy, nie wyszedł dzik, do którego by strzelili. Ten strzał kosztowałby ich życie.
Heinrich Himmler i jego gwardia SS.
Werwolf zorganizowano na rozkaz samego Heinricha Himmlera w jesieni 1944 r. gdy przewidywano, że tereny Dolnego Śląska znajdą się pod okupacją. Organizacja wojskowa, skupiająca żołnierzy SS, miała siedzibę w Libercu, skąd dokonywała napadów na wsie i miasta  zasiedlone przez Polaków, niszcząc fabryki uruchamiane przez polskich robotników. Plan Werwolfu, podziemnej partyzantki niemieckiej, podsunął Himmlerowi Gehlen, późniejszy szef wywiadu w Niemczech Zachodnich, opierając sktukturę partyzantki na wzorach z AK.
Z ręki Werwolfu ginęło wielu ludzi. Opowiadano sobie o bestialskim okrucieństwie, z jakim mścili się na niewinnych osadnikach. Partyzantka niemiecka napadała na transporty samochodowe i kolejowe, a latem podpalała lasy otaczające kręgiem Bolesławiec.Nawet wiele lat po wojnie, członkowie Werwolfu podpalali budynki mieszkalne. Spłonęła też Biblioteka Uniwersytecka we Wrocławiu. Najskuteczniej działali tam, gdzie wspierała ich ludność niemiecka, dając schronienie i żywność.
Wolfsangel (wilczy hak) oznaka organizacji Werwolf.
Nie przypominam sobie tego zbyt dokładnie, lecz był to zdaje się rok 1947. Bardzo upalne lato, suche i gorące. Werwolf podpalił wtedy okoliczne lasy. Przeżyliśmy wówczas prawdziwe piekło. Miasto tonęło w dymach, a upał i gorąco z palących się lasów, był nie do zniesienia. Dusiliśmy się, władze Bolesławca rozważały nawet ewakuację mieszkańców.
Pamiętam, że Ojciec zabrał mnie na wieżę kościoła ewangelickiego. Po zniszczonych schodach wspięliśmy się na sam szczyt, i naszym oczom ukazał się przerażający widok. Całe miasto otaczała ognista wstęga płomieni. Gdziekolwiek skierowaliśmy wzrok, wszędzie widzieliśmy ogień, a nad lasami unosił się gęsty, czarny dym, zasnuwając cały horyzont. Do akcji gaszenia pożaru, zmobilizowano wojsko, milicję i ludność cywilną. Opalających się mężczyzn zabierano nawet znad Bobru, w samych kąpielówkach. Oczekiwaliśmy, że lada chwila burmistrz zarządzi ewakuację. Mieliśmy jednak szczęście! Wielkie upały wyładowały się w potężnej burzy z gradobiciem, a ulewa ugasiła pożary.
Symbol Werwolfu.
   Następnym zadaniem osadników, była akcja odgruzowania miasta, by przystąpić do odbudowy. Rozpoczęto od Rynku. Od ulicy Prusa, aż do miejsca, gdzie obecnie stoją wieżowce przy Zygmunta Augusta i Parkowej, ciągnęły się wąskie tory, po których pchaliśmy niewielkie wagoniki pełne gruzu. Nie uszkodzone cegły układano w stosy, aby posłużyły przy odbudowie. W odgruzowaniu brali udział wszyscy. Gospodynie domowe, urzędnicy, młodzież, wojsko, nawet dzieci. Gruz wysypywaliśmy do wielkich dołów, na miejscu dzisiejszych wieżowców. Pracowaliśmy bez rękawic ochronnych i wracając do domu, miałam często dłonie poranione do krwi. Żelazne wózki z gruzem były niesamowicie ciężkie, ale od tej pracy nie można się było wykręcić, to był obywatelski obowiązek.
Tu rozpoczęto odgruzowywanie miasta. Rynek- ul. Prusa
Codziennie pociągi przywoziły nowych mieszkańców, musieli oni gdzieś mieszkać, więc domy wyrastały jak grzyby po deszczu. Chłopi przenoszeni z zapadłych wsi Polski Centralnej i Wschodniej, przybywali z kojcami pełnymi kur, kaczek, królików, zajmując pachnące świeżością mieszkania w nowych domach. Wesołe opowieści o trzymanych w wanach świniach i królikach, bynajmniej nie są dowcipami. Na próżno straż porządkowa chodziła po strychach i mieszkaniach, zabraniając trzymania w tych miejscach trzody chlewnej i drobiu. Nowi mieszkańcy miast byli bezkarni. Nie próbowano nawet nauczyć ich kultury i zachowania w mieście, bo władza ludowa po prostu przewracała im w głowach. Każdy, kto ośmieliłby się skrytykować byłego chłopa, lub robotnika, potraktowany zostałby jako wróg klasowy i naraziłby się na niemiłe w skutkach spotkanie z Urzędem Bezpieczeństwa. I śmiesznie i strasznie, ale takie to były czasy. Dzisiejsi sprawcy brudnych, porysowanych klatek schodowych i ścian zewnętrznych budynków, to w prostej linii potomkowie tych pierwszych mieszkańców miast Dolnego Śląska.
Szli na Zachód osadnicy...
Nasz stróż w RKU, również pochodzenia wiejskiego, bacznie obserwował nasze zachowanie, starając się nas naśladować. Zauważył, że praczka piorąca naszą bieliznę, wyprała także moją piżamę. Nie wiedział co to takiego i spytał Mamę, dlaczego nie ubieram tych spodni na ulicę. Mama wytłumaczyła mu, że w tym się nie chodzi, tylko śpi. Był kompletnie zaskoczony, ale udawał że to dla niego nic nowego. Musiał o tym powiedzieć swojej żonie, bo ta wieczorem, siedząc na balkonie, głośno zawołała:
- Stary, przynieś mi pijamę, bo mnie kumory pogryźli!
Wraz z napływem ludności, śmierć coraz częściej zbierała obfite żniwo. Niemal codziennie były nowe ofiary. Ginęli żołnierze, milicjanci, urzędnicy cywilni, kobiety i dzieci. Prócz morderstw dokonywanych przez Niemców, żołnierzy radzieckich, i polskich bandytów, ludzie ginęli od niewybuchów, leżących dosłownie wszędzie. Umierali na skutek chorób, braku lekarstw i wykwalifikowanej opieki medycznej. Codziennie dowiadywaliśmy się o nowych zabitych, a cmentarz zapełniał się grobami Polaków. Raz po raz wybuchały w różnych miejscach miny - pułapki, umieszczane nawet w meblach. Wieczorami bandy bijanych sołdatów włóczyły się po mieście, groźne i zdemoralizowane. Często zdarzały się prawdziwe bitwy, pomiędzy nimi, a Polakami. W czasie jednej z takich potyczek, pan Barek, lwowianin i szewc z zawodu, wykrzyknął tryumfalnie:
- Ta joj! Tatuńciu, alem sobi Ruska kopnął, jak piłkę na boisku na Łyczakowi!
   W mieście, nawet w jasny dzień, było bardzo niebezpiecznie. Ani Mama, ani ja, nie wychodziłyśmy po zakupy bez uzbrojonej eskorty. Wyjeżdżając bryczką na spacer, zawsze miałyśmy towarzystwo dwóch uzbrojonych żołnierzy, a w domach osadników na wsi, były istne magazyny broni palnej, gdyż nikt w tych czasach nie był pewien mienia i życia.
Słynny bolesławiecki wiadukt.
  W Bolesławcu brakowało po wojnie rzemieślników, więc z konieczności trzeba było zatrudniać fachowców Niemców. Przychodzili elektrycy, hydraulicy, stolarze, szklarze, na których było ogromne zapotrzebowanie. Doskonale pamiętam elektryka, zakładającego nam w mieszkaniu prąd. Był wysoki, szczupły i miał zimne oczy, mało się odzywał. Potem okazało się, że był to dowódca tajnej organizacji niemieckiej Freies Deutschland (Wolne Niemcy) kpt. Luftwaffe, inż. Artur Kuehne. Organizacja ta, współpracowała ściśle z Werwolfem. Gruby i gadatliwy stolarz naprawiający nam sfatygowane meble, również był członkiem tej organizacji. Należał również do niej niemiecki ksiądz katolicki, którego widywałyśmy z Mamą często u Frau dr. Daum. Organizacja miała na celu wysadzenie w oznaczony dzień, wszystkich ważnych ośrodków w mieście. Elektrowni, gazowni, urzędów miejskich, między innymi RKU. Pech chciał, że jeden z członków organizacji, po pijanemu, wygadał się do Polaka. Nastąpiły aresztowania, ale gadułę znaleziono nazajutrz na ulicy nieżywego. W czerwcu 1946 roku, odbył się we Wrocławiu proces, w wyniku którego kilku członków tej złowrogiej organizacji skazano na karę śmierci.
 Wtedy to okazało się, że Mama i ja, mieszkałyśmy w samym gnieździe spisku. Dowiedziałyśmy się, dlaczego do doktor Daum ciągnęły gromady mężczyzn, których widziałam w kuchni Frau W. i w gabinecie lekarki. Okazało się, że Frau Arztin Brygitte Daum, członkini Freies Deutschland i zaufana lekarka Werwolfu, w swoim gabinecie wypalała SS-manom grupę krwi, wytatuowaną pod lewym ramieniem, aby w razie zranienia natychmiast dostarczyć właściwą krew. Po tym właśnie znaku rozpoznawano byłych żołnierzy Waffen - SS. W całym domu śmierdział eter, którym lekarka znieczulała zabieg. Doktor Daum uniknęła szubienicy, bo zakochał się w niej nasz piękny sąsiad, oficer radziecki i umożliwił jej ucieczkę do Szwajcarii, sam również wybierając wolność. Frau W. także nie została pociągnięta do odpowiedzialności, nie wiadomo dlaczego.W latach pięćdziesiątych wyjechała z dziećmi do Niemiec.
    Raz Mama dostała od siostry paczkę z piękną wełną. Oddała ją pewnej Niemce, poleconej nam i znanej z robót na drutach. Jej mąż, przystojny młody mężczyzna, był prawdziwą ”złotą rączką” i często bywał u nas w domu, naprawiając różne zepsute przedmioty, czy instalacje. Oboje byli młodzi i bardzo sympatyczni. Pewnego dnia, Niemka przyniosła gotowy sweterek i wziąwszy pieniądze, poprosiła Mamę o chleb i trochę wędliny, bo zamierzała zrobić mężowi niespodziankę urodzinową. Mama mająca dobre serce, obdarowała ją wszystkim, co było w spiżarni i powiedziała, żeby przyszła nazajutrz, to dostanie więcej pieniędzy, á conto przyszłej pracy. Uradowana kobieta podziękowała Mamie wylewnie i poszła. 
Werwolf - ostatni żołnierze Hitlera.
Jednak gdy nie pokazała się przez kilka następnych dni, Mama zaczęła się o nią dopytywać. No i bomba pękła! Sympatyczni Niemcy, dali nogę w ostatniej chwili, bo następnego dnia przyszła po nich milicja. Oboje byli SS-manami, wachmanami z obozu koncentracyjnego. Rozpoznał ich przypadkiem były więzień obozu i doniósł do milicji. Przystojny, wesoły i zawsze uśmiechnięty mężczyzna, i miła, ładna kobieta, traktowali w obozie więźniów z wyjątkowym okrucieństwem. Takie były wtedy niebezpieczne znajomości. c.d.n.