środa, 14 grudnia 2016

FAJNIE JEST NA DZIKIM ZACHODZIE!


  14 grudnia 2016 r.

Niniejsza praca otrzymała I-wszą nagrodę w ogólnopolskim konkursie na wspomnienia osadników. Wspomnienia publikowane były w tygodniku rzeszowskim "PROFILE", miesięczniku "KARKONOSZE" oraz czytane w radio Wrocław.
       Drodzy moi Czytelnicy. Ostatnio publikowałam moje wspomnienia z roku 1980-go. Obecnie cofam się w czasie do 1945 roku. Niedawno zakończyła się straszna wojna, która zmieniła losy świata, granice państw i losy wielu milionów ludzi, moje także. Mam 6 lat i bardzo lubię przygody. Wszystkie wspomnienia są autentyczne, doskonale zapamiętane i spisane przeze mnie po latach.
                                      ----------------------------------------------------
Ja i Mama.  W opisywanym okresie byłam już nieco starsza.
We wtorek wyjeżdżamy! - decyzja o tym zapadła w momencie otrzymania listu od Ojca, w którym zalecał nam pośpiech. Wszystkie bagaże były już spakowane, a cały dom od suteren do poddasza, emocjonował się tą nowiną. Sąsiedzi, mieszkający od pokoleń w jednym mieście i w tym samym miejscu, komentowali z dezaprobatą decyzję matki, która w tak niespokojnych czasach, odważyła się wyruszać w daleką drogę, z sześcioletnim dzieckiem, czyli ze mną!
Był początek października 1945 roku.
Ojciec na polowaniu w Bieszczadach.
 Ojciec, oficer Wojska Polskiego, we wrześniu 1944 roku, na polecenie dowódców AK, zdecydował się wstąpić do służby wojskowej w rzeszowskim RKU, (Rejonowa Komenda Uzupełnień) i od sierpnia 1945 roku, przebywał na Ziemiach Zachodnich, w jakimś zapyziałym niemieckim miasteczku Bunzlau, o jakim żaden mieszkaniec Rzeszowa nigdy nic nie słyszał. Pomimo niepokojących wiadomości krążących o "dzikim Zachodzie", matka postanowiła podzielić los ojca i tam właśnie się osiedlić, kiedy zgasła ostatecznie nadzieja powrotu do rodzinnego Poznania. Naszej spokojnej rodzinie i sąsiadom, żyjącym od zawsze w jednym miejscu, nie mieściło się wprost w głowach, żeby dobrowolnie porzucić wygodny dom, ustabilizowane życie i szukać gdzieś guza, na zachodnich kresach nowej Rzeczypospolitej. Babcia w rozpaczy łamała ręce, przepowiadając nam ponuro marny koniec. Ciocia Mania codziennie przynosiła z miasta hiobowe wieści, o napadach, morderstwach, głodzie i gwałtach na kobietach, dzieciach i kozach!(sic!) Informowała nas o tym ze świętą zgrozą, namawiając matkę gorąco, by zmieniła decyzję i pozostała.
Ciocia Stasia przestała wieczorami grać na fortepianie Chopina i tylko jakimiś burzliwymi etiudami dawała wyraz przygnębieniu. Dziadzio Tadeusz nie mówił nic, lecz swoim zwyczajem, wetknąwszy nos w książkę, ciężko wzdychał. Babcia wyczerpawszy wszystkie argumenty, wołała rozpaczliwie:
- Tadziu, zrób coś!
Dziadzio podnosił głowę i odpowiadał z rezygnacją:
- Przecież widzisz, Pelu, że się martwię. - potem wracał do przerwanej lektury, hałaśliwie wycierając nos chusteczką.
Kuzyneczka Danusia obraziła się na mnie uważając, że za bardzo zadzieram nosa. A mnie nic nie obchodziło, co kto mówi. Byłam nieprzytomna z  radości, podniecenia, ekscytacji i zachowywałam się tak nieznośnie, że Mama musiała przywoływać mnie do porządku za pomocą kilku mocnych klapsów. Szalałam wprost ze szczęścia, że pojadę wojskowym pociągiem i cieszyłam się nadzieją spotkania długo nie widzianego Ojca. Pomimo wszelkich perswazji, mama z właściwym sobie uporem, nie zmieniła powziętej decyzji.
Przez kilka dni poprzedzających wyjazd, chodziłyśmy z mamą, żegnać się z rodziną, znajomymi i miastem, które bardzo kochałam. Tutaj przez sześć lat mego dzieciństwa mieszkałam i przeżyłam koszmar okupacji hitlerowskiej, powracający ciągle w złych snach.

Kośiół Farny w Rzeszowie.
Żegnałyśmy ulubiony kościół Farny, gdzie Ojciec i ja byliśmy ochrzczeni, oraz cmentarz na Pobitnem, na którym spoczywali krewni i koledzy Ojca, żołnierze Armii Krajowej, pomordowani bestialsko przed samym wyzwoleniem. Na ich grobie składamy wiązanki jesiennych astrów. W tym roku nie zapalimy tu znicza w Dzień Zaduszny. Odnoszę wrażenie, że odrywamy się od swoich korzeni, żeby szukać nowego bytu.
Grób żołnierzy AK. Tu spoczywa przyjaciel ojca pan Konstanty Kubień.
Pod murami Zamku Lubomirskich, w parkowej alejce, wielkie kasztanowce ronią pożółkłe liście. Spoglądam na ponure zamczysko ze strachem. Ze wspomnień rodzinnych wiem, że tutaj więziony był mój pradziad Władysław (Lašzlo) Erban, powstaniec z 1863 roku, żołnierz legendarnego generała Dionizego Czachowskiego. 

Moja ulubiona Aleja Kasztanowa pod Zamkiem.
W czasie okupacji, w tymże Zamku było więzienie gestapo. Został tam rozstrzelany przyjaciel mego Ojca, pan Konstanty Kubień, żołnierz Armii Krajowej. Znosząc bohatersko potworne tortury, nie wydał nikogo, pozostawiając po sobie pamięć dzielnego Polaka i najlepszego człowieka. Po wojnie Zamek stał się siedzibą Urzędu Bezpieczeństwa, wzbudzającego postrach, a puste już cele, ponownie zapełniły się więźniami, przeważnie żołnierzami Armii Krajowej. W maleńkich, zakratowanych okienkach, mignie czasami czyjaś twarz.
Zamek książąt Lubomirskich.
Matka i rodzina, z ulgą przyjęli do wiadomości fakt, iż Ojciec zniknął z niebezpiecznego terenu i znajduje się już na drugim krańcu Polski, blisko granicy. Ze względu na swoją przynależność do AK, mógł się obawiać jakiejś wsypy i aresztowania.
Nadszedł dzień wyjazdu.
Matka od rana biegała zdenerwowana, upychając do walizek jeszcze jakiś zapomniany łaszek lub przedmiot, w domu niepotrzebny, lecz tam, na Zachodzie, z pewnością przydatny. Cała rodzina patrzyła na nas z niepokojem, zastanawiając się, czy damy sobie radę z piętrzącymi się tobołami, w których mieścił się cały nasz dobytek. Miałyśmy jechać nocnym transportem wojskowym, i w RKU, oprócz suchego prowiantu, wydano Mamie specjalny bilet na przejazd do tego Bunzlau.
 Był już wieczór, jesienny, chłodny i wietrzny. Wczesna październikowa noc zakryła znajome drzewa w ogrodzie i płynący w dole Wisłok, tak bardzo przeze mnie kochany. Byłam senna i mimo woli rozglądałam się za moim łóżeczkiem i misiem, zawsze śpiącym ze mną. Niestety, ani łóżeczka, ani misia już nie ma. Mama oddała wszystkie moje rzeczy znajomej pani. Musimy zabrać z sobą tylko niezbędne przedmioty i odzież.
Mój Wisłok.
"Dziki Zachód" wyobrażałam sobie jako nieokreślony bliżej obszar, zasiedlony wrogimi Niemcami, strzelającymi do nas z wszelkiego rodzaju broni. W marzeniach przeżywałam już wspaniałe przygody, kończące się dla mnie zawsze szczęśliwie. Moja kuzyneczka Danusia, przypatrywała mi się podejrzliwie, bo nagle stałam się tajemnicza i zarozumiała, traktując znajome dzieciaki z wyraźną wyższością i lekceważeniem. Miało to dla mnie niemiłe konsekwencje, bo zostałam wyśmiana i zignorowana przy zabawie, jakbym nagle stała się obca. Z wściekłości pobiłam się mocno z moim dotychczasowym przyjacielem Włodkiem i obrażona, z rozbitym nosem, nie pożegnałam się z nim wcale.
Zasiedliśmy do ostatniej w domu kolacji. Oczy kleiły się ze zmęczenia i naraz poczułam, że jest mi bardzo żal naszego pięknego domu i spokojnego życia. "Dziki Zachód" już nie wydawał się taki atrakcyjny. Chciałam się położyć i zasnąć. Dziadek, widząc moją żałosną minę, poradził Mamie, żeby dolała mi do herbaty odrobinę araku. Wypiłam napój duszkiem, oblizałam się i nagle zaczęłam ryczeć, jak cielę prowadzone na rzeź.
- Ja nie chcę nigdzie jechać! Mamusiu, zostańmy z babcią i dziadziem! - zawodziłam głośno.
Cała rodzina zaczęła mnie pocieszać i przytulać, a mnie zrobiło się bardzo wesoło. Przestałam zalewać się łzami, coś mówiłam i głupio się śmiałam. Byłam po prostu ululana! O 22 zajechała przed dom dorożka i Mama, przy pomocy ciotek i sąsiadów, zaczęła ładować do niej nasze bagaże. Potem rodzina i wszyscy sąsiedzi, brali nas w ramiona i żegnali się pochlipując. Poczułam zazdrość, że Danusia za chwile położy się spać do swojego łóżka i spokojnie zaśnie. A ja? Na myśl o rozstaniu z kuzyneczką, serce ścisnęło mi się boleśnie. Razem się wychowałyśmy i pomimo częstych kłótni, byłyśmy do siebie bardzo przywiązane. Wyrywam się z objęć ciotek i wybiegam na balkon, żeby po raz ostatni spojrzeć na Wisłok i Olszynkę, ale gęsta jesienna mgła zasłoniła widok. Znajome drzewa w ogrodzie, wieczorem przybrały widmowe kształty, wyciągając ku mnie konary, jakby czyjeś długie ręce. Nagle stały się mi obce.
Z dumną miną wsiadłam do dorożki, nie mogąc odżałować, że nie widzi mnie Włodek. Stara trzęsąca dorożka i dychawiczny koń, wydawały mi się wówczas wykwintnym środkiem lokomocji, godnym dzisiejszej luksusowej limuzyny. W drodze na dworzec kolejowy, towarzyszyły nam trzy ciocie, a reszta rodziny zgromadziła się przy ogrodowej furtce, żegnając nas płaczem i życzeniami szczęśliwej podróży. Babcia kreśliła za nami znak krzyża. Długo oglądałam się za siebie, wpatrując się w światło we frontowym pokoju. Kiedy znikło zakryte drzewami, rozpłakałam się z żalu.
Dawny dworzec kolejowy z dorożkami.
 Na dworcu kolejowym było prawie pusto, tylko po peronie przechadzały się patrole wojskowe i milicyjne, z pepeszami przewieszonymi przez ramię. Dokoła nas wyrosła spora sterta bagaży. Pociąg naturalnie jest opóźniony i czekamy, stojąc na peronie, w przenikliwym chłodzie, dzwoniąc zębami.
Z emocji i niewyspania mam dreszcze i marzę o łóżku. Niestety, nie wiadomo kiedy i gdzie położę się do łóżka. Nie mam już domu, a ten znany od zawsze i bardzo kochany, stanie się za chwilę tylko wspomnieniem. Po dwóch godzinach, na horyzoncie pojawia się światło, a szyny zaczynają drgać, w miarę zbliżania się pociągu. Naraz na peronie robi się tłoczno, nie wiadomo skąd zjawiają się ludzie, obładowani walizkami, tobołkami i jakimiś bambetlami. Stają wzdłuż peronu, wychodzą z sali dworca, skaczą przez tory. Na stację wjeżdża olbrzymi eszelon załadowany wojskiem oraz sprzętem wojskowym. Kilka wagonów przeznaczono dla żołnierzy rannych w czasie pacyfikacji Bieszczad. Wagony są naturalnie towarowe. Ludzie z wysiłkiem dźwigają swoje manatki, chwytają na ręce dzieci i starają się siłą wcisnąć do zapchanego pociągu. Ale patrole żandarmerii i MO, bronią im wejścia, gdyż pociąg przeznaczony jest wyłącznie dla żołnierzy i ich rodzin. Podnosi się straszny wrzask. Podróżni przechodzą pod wagonami i próbują od tyłu wcisnąć się gdzieś, do jakiegoś kąta, obojętnie gdzie, byle tylko jechać.
Mama udręczona i zdenerwowana, kłóci się z nadgorliwym i tępym milicjantem, który brutalnie odpycha nas od wagonu. Podtyka mu pod sam nos przepustki i bilety. Nareszcie zrozumiał i pozwala nam wsiąść. Teraz następuje serdeczne, lecz krótkie pożegnanie z rodziną. Ciocie z płaczem wciskają mi do rąk torebki z cukierkami i paczkę ciastek z cukierni pana Ładosia. Wsiadamy, a ciocie i jakiś usłużny żołnierz, podają nam bagaże. Oj, coś dużo tego! Obie z Mamą uginamy się wprost pod ich ciężarem. W brudnym wagonie jest niemal ciemno i cuchnie dymem taniej machorki, medykamentami i słodkawym odorem moczu. Na drewnianej skrzynce pali się wątłym płomykiem świeczka. Jest tłoczno, ale gościnni żołnierze robią nam miejsce w samym kącie wagonu.
Kochana Mama stara się jak może, aby nieco umilić mi ten prymityw. Rozściela na podłodze koce, kładzie poduszki i sadza mnie w miękkiej pościeli. Z termosu nalewa do kubka gorącą kawę, prawdziwą, zdobytą na czarnym rynku! Powoli robi mi się ciepło i przyjemnie. Mama siada obok mnie, a obok na honorowym miejscu, stoi mój nocniczek, elegancko owinięty w kolorowy papier i przewiązany wstążeczką!

Pociąg tkwi na stacji już od kilku godzin i nic nie wskazuje na to, że szybko ruszy. Kiedy wszyscy tracą cierpliwość i klną kolejarzy, pociąg nagle szarpie i cofa się gwałtownie. Z rozpędu padamy do tyłu, zaraz potem, przy zgrzycie hamulców, pociąg rwie do przodu. Oddajemy głęboki pokłon panu maszyniście, waląc głowami o ścianę. Budynki stacyjne wolno przesuwają się do tyłu i giną w mroku. Nikną światła miasta. Pociąg nabiera prędkości, koła rytmicznie wybijają takt na spojeniach szyn. Nocny wiatr porusza dziurawym kocem, zasłaniającym otwarte okienko.
Mój znajomy od dzieciństwa świat pozostaje daleko za nami.
Ranni żołnierze nawiązują z nami rozmowę, wypytując, dokąd jedziemy i po co? Dziwią się i podziwiają odwagę Mamy. Chyba nie tylko odwagę, lecz i urodę, bo moja Mama jest bardzo ładna. Któryś z chłopców, ranny w nogę, wyciąga z kąta harmonię i zaczyna grać: "Nie szumcie wierzby nam". Smętne dźwięki instrumentu sprawiają dziwne wrażenie w tym miejscu, pełnym cierpienia. Ranni podchwytują melodię i półgłosem unisono nucą. Pomimo niewygód nastrój jest przyjazny, a ludzie sobie życzliwi. Przecież dopiero pięć miesięcy minęło od zakończenia najstraszliwszej wojny w dziejach ludzkości. Ciągle jeszcze nie możemy zapomnieć koszmaru lat wojny i okupacji. Nieskończenie długich lat udręki i czasu, kiedy to wbrew negatywnej opinii, jaką o sobie mamy, Polak Polakowi starał się być bratem. Dla tych biednych, rannych żołnierzy, wojna już się skończyła. Zresztą każdy z podróżnych ma nadzieję na ułożenie sobie nowej, lepszej przyszłości. W większości, ludzie jadą, tak jak i my, na Zachód, na tak zwane Ziemie Odzyskane.
Posiłek w wagonie towarowym
 Wielu żołnierzy jest bardzo ciężko rannych. W Bieszczadach toczy się jeszcze krwawa i okrutna wojna z bandami UPA i resztkami hitlerowskich oddziałów SS, kryjących się w gęstych borach i górach. W tamtejszych lasach znajdują także schronienie żołnierze z AK, WiN 1 , NSZ2 i inni, dla których nowa władza jest przedłużeniem okupacji, tym razem radzieckiej. Ojciec, będący jakiś czas szefem Komisji Poborowej w Krośnie, opowiadał nam o dzikiej i strasznej walce wszystkich, przeciwko wszystkim. Wyszedł stamtąd z życiem niemal cudem.
Żołnierze także wspominają przerażające historie o metodach walki organizacji UPA.
Jeńcy z band UPA w Bieszczadach.
 Doprawdy, w głowie się nie mieści, skąd w ludziach tyle wynaturzonego okrucieństwa. Czasy są bardzo trudne i ludzie już są podzieleni. Na tych, którym nowa rzeczywistość się podoba – są to przeważnie biedacy, najczęściej uboga wieś, bezrolni, robotnicy, - oni bezkrytycznie wierzą w obietnice nowego rządu. Są także ci, dla których ideologia socjalistyczna jest nie do przyjęcia. Inteligencja, ziemiaństwo, arystokracja. Nasza rodzina straciła rodowy majątek na kresach wschodnich i również jest wrogo usposobiona do nowego ustroju, tym bardziej, że niemal wszyscy członkowie rodziny byli żołnierzami Armii Krajowej, obecnie źle widzianej.Trudno się w tym wszystkim połapać i strach, żeby komuś nie podpaść. Jeden z żołnierzy ostrzega Mamę, że na Dolnym Śląsku działają jeszcze doskonale uzbrojone oddziały partyzantki niemieckiej, tak zwanego Werwolfu – czyli „Wilkołaków”.
Jezus Maria, a Tatuś ciągle przebywa w terenie! Przytulam się do boku Mamy i naraz zaczynam się bać. Mama wprawdzie nie okazuje strachu, lecz zapewne myśli o tym samym, co ja. Powoli trafia do mojej świadomości, że marzenia o przygodach, w zetknięciu z ponurą rzeczywistością, skończą się dla mnie przykrym rozczarowaniem. Harmonia milknie, za to coraz głośniej rozlegają się stłumione jęki i stękania. Młodziutki chłopiec leżący w pobliżu, powtarza w gorączce: „O mamo, mamusiu!” Sanitariusz poprawia mu opatrunki i z rezygnacją potrząsa głową. Dla kilku z tych biedaków, ta podróż będzie ostatnią w życiu. Świeczka zgasła, w wagonie jest ciemno i duszno. Czuć odrażającą woń jodoformu i ropy. Koła wystukują rytmicznie: „do domu, do domu, do domu”... Ale my już nie mamy domu.
Tak się dzisiaj podróżuje z Rzeszowa.
Zbiera mi się na płacz. Boję się tej nocy, pełnej zaduchu, cierpienia, odzywającej się do mnie jękami rannych. Tak diametralne innej od spokojnych i bezpiecznych nocy, przespanych w moim łóżeczku w domu dziadków. Wracam pamięcią do ulubionych letnich wieczorów. Ciocia Stasia przy fortepianie gra walce Chopina. Babcia podsuwa mnie i Danusi klosz z dojrzałymi czereśniami, lub cierpkimi morwami z naszego ogrodu. Marzę, żeby znowu pobiec na bosaka brzegiem Wisłoka, na przełaj przez Olszynki, wdychając zapach nagrzanej wody, wikliny i ryb.
Pewna byłam, że tej nocy nie zasnę. Jednak przytuliłam się do Mamy, rozżalona pociągnęłam nosem i niemal natychmiast zapadłam w mocny sen.     c.d.n.
---------------------------------
1Wolność i Niezawisłość – tajna antykomunistyczna organizacja militarna.
2NSZ – Narodowe Siły Zbrojne – tajna antykomunistyczna organizacja militarna.