piątek, 2 grudnia 2016

JAK STAŁAM SIĘ ZAKAŁĄ RODZINY!


1 grudnia 2016 r.
Zaraz po zakończeniu wojny, wybuchła w Polsce istna epidemia ślubów. Żenił się każdy z każdą, jakby sama natura postanowiła błyskawicznie wyrównać straty populacji poniesione podczas wojny. Z początkiem sierpnia, Mama dostała telegram z Poznania od Babci Jadwigi, że najmłodsza siostra Mamy, ciocia Musia wychodzi za mąż i Babcia bardzo pragnie, żeby na uroczystości weselnej zebrała się cała rodzina w komplecie. Pierwsze spotkanie rodzinne po sześciu latach rozłąki i wojny!
W takich strojach w 1945 r. panny szły do ślubu.
 Naturalnie, Mama stęskniona za ukochanym Poznaniem, nie zastanawiała się ani chwili i jeszcze tego samego dnia wysłała wiadomość, że przyjedzie i przedstawi rodzinie córkę, czyli mnie.      Oczywiście nie wypadało jechać na wesele z pustymi rękami. Przy pomocy Ojca, który ku memu wielkiemu żalowi nie mógł z nami jechać, udało się zebrać przyzwoite podarunki. Piękny kryształowy komplet do koniaku, z karafką w kształcie tęczowej ryby, z krośnieńskiej huty szkła, oraz kryształowy komplet na toaletkę. Dziadzio Tadeusz ofiarował swój olejny obraz, a Mama dołożyła modnego lisa.
Ojciec nie był zadowolony z decyzji Mamy, gdyż w 1945 roku, wszelkie podróże były niebezpieczne i ryzykowne. Ale Mama się uparła, bo koniecznie chciała spotkać się z rodziną i zobaczyć wytęsknione miasto rodzinne. Tłumaczyła Ojcu, że nie pojedzie sama, tylko z ciocią Irką, siostrzenicą Babci Pelagii, która zamierzała starać się w urzędzie wojewódzkim o zwrot rodzinnego majątku, rozparcelowanego w wyniku reformy rolnej. W tym czasie naiwni ludzie wierzyli jeszcze w cuda!
Sierpniowa pogoda była jak na zamówienie, słoneczna i ciepła, więc podróż zapowiadała się przyjemnie. No, mniej więcej przyjemnie, bo dostałyśmy miejsce na otwartej lorze w pociągu towarowym! Dobre i to, bowiem w tym czasie, ludzie jeździli na czym się tylko dało, nawet na dachu i zderzakach wagonów. Brakowało taboru kolejowego, a tory i mosty kolejowe znajdowały się w stanie agonalnym. Ja tam nie bardzo przejmowałam się na czym pojadę, bo entuzjazmowałam się samą podróżą i nadzieją poznania kuzynek i kuzynów z Poznania, których dotąd znałam jedynie z fotografii i opowiadania Mamy.
Wyjechałyśmy w końcu, obładowane pakunkami, jak dromadery.
 Do Katowic podróż była nawet zupełnie normalna. Pasażerowie dobrali się, jak w korcu maku, morowi! Część drogi schodziła nam na śpiewie, wspomnieniach wojennych i objadaniu się zabranymi z domu wiktuałami. Panowie mieli większy zapas wody ognistej, a nawet bimbru i częstowali nim innych pasażerów. Dopiero za Katowicami zaczęło być raczej niemiło. Pogoda nadal dopisywała i noce były prawdziwie sierpniowe, gwiaździste i ciepłe. Ale zmieniono nam maszynistę, a ten drugi widocznie kochał pieniążki, bo co jakiś czas lokomotywa stawała w szczerym polu i „psuła się”. Maszynista z palaczem siadali na schodkach i czekali: - wiadomo na co! Pasażerowie klęli, ale robili składkę, oddawali pieniądze maszyniście, a ten w cudowny sposób naprawiał zepsutą maszynę i ruszaliśmy. W owe czasy, nie podróżowało się kilka godzin, lecz po parę dni, a nawet tygodni. My jechaliśmy już drugi dzień i była nadzieja, że przy pomocy Opatrzności, dojedziemy do Poznania, następnego dnia w południe.
Tymczasem zapadła noc, piękna i ciepła. Jadąc otwartą lorą, widziałam nad sobą ogromne konstelacje gwiazd, od których czasami odrywała się jedna i spadała w kosmos, pozostawiając po sobie świetlisty szlak. Mama rozścieliła pledy i położyłyśmy się, przytulone do siebie, mając pod głową walizki, jako poduszki. Ciocia Irka leżała przy nas i już zaczynała pochrapywać. Ja także zasnęłam smacznie, ukołysana monotonnym dudnieniem kół wagonowych.
Otworzyłam oczy, obudzona jakimiś głosami. Była jeszcze ciemna noc, a pociąg stał w polu na lekkim wzniesieniu. W dali widać było słabe światła jakiejś wsi, czy małej stacyjki. Usiadłam zła, że mnie obudzono. Mama już nie spała i razem z innymi pasażerami, nadsłuchiwała dochodzących z przodu pociągu głośnych rozmów i wrzasków. Nasz wagon znajdował się w środku długiego pociągu, wiozącego prócz pasażerów, części do maszyn i  same maszyny do fabryk. Kilku mężczyzn zeskoczyło z lory i poszli ku lokomotywie, aby dowiedzieć się, dlaczego stoimy i co się dzieje.
 Bardzo prędko powrócili, widocznie zdenerwowani i zaniepokojeni.
- To napad, chyba rabunkowy! - oznajmili szeptem. - Jakaś banda zatrzymała pociąg, rzucając na szyny pnie drzew.
- Jezus Maria! - jęknęła jakaś kobieta. - Co zrobimy? Czy ktoś ma broń?
- Oszalała pani? - zawołał zdenerwowany mężczyzna. - Ci ludzie są uzbrojeni po zęby. Chce pani, żeby nas wyrżnęli? Siedźcie cicho, może nas ominą.
Ale napastnicy nie zamierzali pominąć żadnego wagonu. Potem dowiedzieliśmy się, że była to banda złożona z dezerterów różnych maści, najwięcej z byłych żołnierzy armii radzieckiej, ale nie tylko. Mieli ręczne karabiny maszynowe, granaty i pepesze. Większość z nich była już pijana i awanturowała się z maszynistą, grożąc mu bronią. Z przednich wagonów rozległy się krzyki i strzały. Bandyci metodycznie rabowali wagon po wagonie, przy sposobności gwałcąc kobiety, wyciągane siłą z wagonu.
Na naszej lorze wybuchła panika. Ludzie mieli przy sobie różne kosztowne przedmioty i nie zamierzali się ich pozbywać. Ciocia Irka, mająca za dekoltem plik dolarów i trochę złota, trzęsła się ze strachu. Mama, prócz prezentów, miała na palcu zaręczynowy złoty pierścionek z brylantem i rubinem, złote kolczyki z brylancikami, a ja złoty medalik. Słyszeliśmy coraz wyraźniej zbliżające się wrzaski, rozpaczliwe krzyki kobiet, płacz dzieci i głosy mężczyzn szarpiących się z napastnikami. Kilka razy rozległy się serie z pepesz, a potem jeszcze głośniejsze wrzaski. Byliśmy zdani wyłącznie na siebie, bo do stacji było daleko, a kilka miesięcy po wojnie, nie było jeszcze sprawnie działającej straży kolejowej. Niektóre panie zaczęły się głośno modlić, ale wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że niewiele nam to pomoże, gdy bandyci wejdą na naszą lorę.
Na szczęście, jadący z nami mężczyźni, mieli za sobą okupacyjną praktykę. Niewiele myśląc, wpakowali nas pod ciężkie maszyny i nakryli plandekami. Potem prędko zrobili składkę pieniężną, rzucając do czapki nawet zegarki, dołączając do okupu kilka butelek wódki oraz bimbru, a nawet pęta kiełbasy. Wrzaski zbliżały się i po chwili kilka ciemnych postaci zatrzymało się przed naszym wagonem. Niewiele było widać, bo nigdzie nie świeciły się światła, zresztą my byłyśmy szczelnie przykryte plandekami i leżałyśmy stłoczone jak śledzie w beczce, pod ciężkimi maszynami, trzęsąc się ze strachu i oczekując najgorszego. Pierwsze pytanie, jakie zadali po rosyjsku napastnicy, brzmiało:
- Macie żeńszczyny?
- Niet.U nas żeńszczyn nie ma. - odpowiedział jeden z panów, który umiał trochę po rosyjsku i wziął na siebie ciężar negocjacji z bandytami.
- A czasy (zegarki) macie? - pytał dalej jeden z napastników, wchodząc na lorę. Miał przy sobie latarkę elektryczną i wąski promień światła padł na maszyny i plandeki. Wstrzymałyśmy oddech.
- Da, da, tu są czasy i wodka. Dobra wodka, mocna. - zapewniał mężczyzna, podając mu duży pakunek pełen butelek, pieniędzy, wędlin i zegarków.
Bandzior wziął paczkę, zajrzał podejrzliwie do środka i odrobinę złagodniał, ale nie za bardzo. Był nieufny, bo wrzasnął coś do swoich kompanów i na lorę wskoczyło jeszcze dwóch mężczyzn, zaczynając myszkować po wagonie. Teraz zagrażało nam straszne niebezpieczeństwo, bo każdej chwili bandyci mogli zajrzeć pod plandekę i odkryć naszą obecność. Jednakże panowie mieli szybki refleks i trzech z nich usiadło na plandece, niby to paląc papierosy. Jeden z nich usiadł na cioci Irce i przydusił ją do pokrytej pyłem węglowym podłogi. Napastnicy zajrzeli pod maszyny i stwierdziwszy, że nikogo tam nie ma, machnęli ręką i zeskoczyli z lory, bardzo rozczarowani, że nie znaleźli kobiet. Na nieszczęście, w sąsiednim wagonie były kobiety i już po chwili usłyszeliśmy straszne krzyki, rozpaczliwe wołanie o pomoc, a potem strzały.
 To była przerażająca noc i długo jeszcze musieliśmy wysłuchiwać okropnych wrzasków i strzelaniny, bo kiedy bandyci napotkali jakikolwiek opór, natychmiast otwierali ogień do pasażerów. Dopiero nad ranem poszli sobie, nakazując maszyniście siedzieć cicho. Pociąg nadal stał w polu, bo maszynista i palacz bali się ruszyć z miejsca. Przyduszona ciocia Irka, wpadła w histerię i postanowiła iść piechotą do widocznej na horyzoncie wsi, czy jakiegoś osiedla. Kilka pań poparło ją, choć mężczyźni tłumaczyli, żeby pozostały w pociągu, bo bandyci mogą być w pobliżu. Ale ciocia nie dała sobie nic powiedzieć i zaczęła wyłazić z wagonu, ciągnąc za sobą Mamę.
Mama jednak postanowiła nie opuszczać pociągu i próbowała  wrócić na lorę, wisząc między dwoma wagonami niemal na zderzakach. I wtedy pociąg nagle ruszył! Mama spadła niżej, a ja zaczęłam przeraźliwie krzyczeć, wzywając pomocy. Kilku panów pochwyciło Mamę, niemal wiszącą w powietrzu i szczęśliwie wciągnęło do wagonu, gdy pociąg już nabierał pędu. Ciocia Irka też znalazła się na lorze cała, tylko mocno podrapana.
Tę nocną przygodę i godziny przeżytej grozy, zapamiętałam na zawsze .
Dworzec kolejowy w Poznaniu (przed wojną)
Do Poznania przyjechałyśmy w samo południe, czarne z pyłu węglowego, jak diabły z jasełek i śmierdzące smarem do maszyn, jakim byłyśmy oblepione. Ale żywe i całe, nie licząc podrapanej do krwi skóry. Dowiedzieliśmy się, że kilka osób nie przeżyło tej podróży, zastrzelonych przez bandytów.
Poznań w ruinach.
Ukochane miasto Mamy, leżało w gruzach. Nasza kamienica również została zbombardowana, razem z całą dzielnicą, w drugi dzień świąt Wielkanocy 1944 roku. W samo południe zrobiło się ciemno od nadlatujących samolotów alianckich. Dywanowe bombardowanie miało na celu zniszczenie niemieckich obiektów wojskowych, a tymczasem obróciło w gruzy kilka dzielnic miasta. Nie mieliśmy szczęścia do sprzymierzeńców i chyba niewiele się do dzisiaj zmieniło.
Dziadkowie powrócili już ze wsi, gdzie spędzili okres wojny i zamieszkali razem z dwiema córkami i ich rodzinami w dużej, starej kamienicy, w dosyć porządnym mieszkaniu. Po wojnie trudno było rodowitym poznaniakom o mieszkanie, bo władze sprowadzały tysiące uciekinierów z kresów wschodnich. Na dworcu, bardzo zniszczonym i pełnym śladów po kulach, oczekiwał nas Dziadzio Michał i wuj Władysław, mąż siostry Mamy, cioci Zosi. Nasze bagaże załadowano na ręczny wózek i ruszyliśmy przez zrujnowane ulice miasta. Pomimo zniszczeń, Poznań już podnosił się do życia. Dzwoniły jadące tramwaje, poobijane i poznaczone śladami kul, ale pełne ludzi. Pracowały brygady odgruzowujące niektóre zasypane ulice i place. Otwierano sklepy, działały teatry, a nawet opera poznańska, o czym miałam niebawem przekonać się na własne oczy! Mama obiecywała, że pójdziemy do Cytadeli i pokaże mi, gdzie spędziłam kilka pierwszych dni mego życia.
Poznana rodzina, przyprawiła mnie o mieszane uczucia. Mama oczywiście cała była w skowronkach, ujrzawszy pierwszy raz od sześciu lat swoje rodzeństwo. Natomiast ja, próbowałam robić dobrą minę, raczej z mizernym skutkiem. O ile ciocie i wujkowie przyjęli mnie serdecznie, o tyle moi kuzyni i kuzynki raczej zimno i nieufnie, bo byłam dla nich obca. Inaczej się wyrażałam, inaczej byłam ubrana i inaczej się zachowywałam. Przede wszystkim, wcale ich nie rozumiałam i to doprowadzało mnie do pasji. Na przykład kuzynka mówiła, że idzie do sklepu, więc prosiłam Mamę o pieniądze. Wtedy okazywało się, że kuzynka idzie do piwnicy. Innym razem dzieci szły na górkę (strych). A kiedy pytałam, gdzie w Poznaniu są góry, wyśmiewały się ze mnie, że nie umiem mówić„po ludzku”. Wściekałam się, kiedy wołali na mnie Elza! Mnóstwo słów z gwary poznańskiej, było dla mnie istną chińszczyzną. A moi kuzynowie i kuzynki, celowo posługiwali się przy mnie gwarą, żebym niewiele rozumiała. Wybuchałam gniewem i obrażałam się na nich, nazywając ich prostakami!
Gazeta z lat czterdziestych.
Mama próbowała łagodzić te nieporozumienia, ale jedna i druga strona nie wykazywały dobrej woli do zawarcia pokoju, co najwyżej do chwilowego zawieszenia broni. Najwięcej dokuczał mi mój rówieśnik, syn cioci Zosi, u której zamieszkałyśmy. Jurek był silnym, wysokim chłopcem i początkowo miał nade mną przewagę, z której bezlitośnie korzystał, waląc mnie, gdzie popadło. Pouczona przez Mamę, żebym zachowywała się wzorowo, starałam się znosić cierpliwie zaczepki, zaciskając zęby i poprzysięgając mu zemstę!
Tymczasem poznawałam moje rodzinne miasto, z którym zresztą wcale nie czułam się związana. Wychowałam się w Małopolsce i poznańskie pyry nie cieszyły się moją sympatią. Mama ciężko przeżyła widok straszliwie zniszczonej Cytadeli, gdzie jedynym śladem po naszym  pięknym mieszkaniu, był drut anteny radiowej, kołyszący się na czarnej od ognia ścianie. Rodzina, jak mogła, starała się biedną Mamę pocieszać. Wuj zaprosił nas do restauracji na wspaniałą poznańską golonkę, z grochem pureĕ.
Ruiny Cytadeli - miejsca ukochanego przez Rodziców. Tu spędziłam 3 dni po urodzeniu.
Jedna z przedwojennych przyjaciółek Mamy, była baleriną w operze poznańskiej i dowiedziawszy się o naszym przyjeździe, załatwiła nam bilety na prapremierę „Krakowiaków i górali”. Dzielni poznaniacy już w lipcu wznowili działalność Teatru Wielkiego, jak nazywano operę, i pierwszy po wojnie spektakl operowy odbył się 2.VI.1945 r. Wystawiono wtedy właśnie”Krakowiaków i górali” Karola Kurpińskiego. W czasie szturmu Cytadeli, w gmachu opery mieściło się dowództwo radzieckie i stąd szły rozkazy do walczących oddziałów.
Odświętnie wystrojone, udałyśmy się wieczorem z Mamą do opery. Towarzyszyły nam dwie ciocie i wuj. Dzieci, poza mną, nie zabrano, co bynajmniej nie ociepliło uczuć rodzinnych z kuzynami. Po raz pierwszy w życiu znalazłam się w pięknej sali opery. Do teatru chodziłam z Rodzicami w Rzeszowie, ale nie mógł się on równać ze wspaniałością opery. Z nabożnym skupieniem usiadłyśmy w fotelach, czekając na dźwięk gongu, zwiastujący rozpoczęcie spektaklu.
Opera poznańska.
 Zanim jednak opera się zaczęła, mieliśmy darmowe przedstawienie. W pewnej chwili do sali weszła grupa wieśniaków z jakiejś pobliskiej wioski. Weszli nieśmiało, z otwartymi ustami gapiąc się na złocenia i wspaniałą kurtynę. Bileterka wskazała im rząd, gdzie były ich miejsca. Weszli, ale zamiast usiąść, stali patrząc spode łba na innych widzów. Ponieważ byli niedaleko, słyszeliśmy, jak mruczeli do siebie:
- Widzicie, jakie te miastowe ludzie chytre? Same siedzą, a my za nasze piniądze stoimy!
Dopiero po interwencję bileterki, która pokazała im, jak fotele się opuszcza, usiedli, jeszcze nadęci i obrażeni. Po jakimś czasie, oswojeni już z atmosferą wspaniałej sali i postanowili się pożywić. Z przyniesionych pakunków wyjęli chleb, jajka na twardo i rozbijając skorupki o poręcze foteli, obierali jajka, porzucając skorupki na dywan. Biedna bileterka znowu zwróciła im uwagę, że w operze nie należy jeść jajek, ani chleba. Oburzyli się na nią:
- To gdzie mamy jeść, na ulicy?Miastowe ludzie to nic tego chłopa nie szanują!
Te i inne, bardziej dosadne komentarze, słyszeliśmy przez większą część spektaklu. Stłumiłam wybuch śmiechu pod groźnym spojrzeniem Mamy, a widok tych poczciwców, przypomniał mi nuconą nieraz przez Tatę żartobliwą piosenkę:
Przyjechali do Warszawy, przyjechali do Warszawy,
Kupa dziadów, lud ciekawy,
Dla rozrywki i zabawy.
Widownia opery poznańskiej
 Przedstawienie było przepiękne. Urzekły mnie żywiołowe tańce i dowcipne kuplety. Tego dnia, na zawsze oddałam swoje serce operze. Widzowie co chwilę oklaskami dziękowali artystom, wiele kobiet miało w oczach łzy.  Przecież dopiero przed trzema miesiącami zakończyła się        najokrutniejsza wojna   w    dziejach ludzkości.
Następnego dnia rano, przyjechaliprzyszli państwo młodzi, a w domu zaczęły się pełną parą przygotowania do przyjęcia weselnego. Pan młody, mój przyszły wuj, miał ukończone we Wiedniu dwa fakultety, tytuł profesora i doktora. Ale chociaż już z lat okupacji znał dobrze przyszłych teściów, nie cieszył się sympatią Babci. gdyż jak się okazało, pochodził z rodu krwawego Jakuba Szeli! Podobno Babcia, dowiedziawszy się, kogo będzie miała za zięcia, zemdlała i do końca życia nie mogła wujowi wybaczyć jego pochodzenia, przepowiadając ponuro, że kiedyś ta zła krew Szeli odezwie się w którymś z jego potomków! Na razie jednak starała się zadbać, żeby weselne przyjęcie było w miarę możności przyzwoite, na ile pozwalały na to powojenne ograniczenia. Panie przez pół dnia wędrowały po mieście, przynosząc do domu kury, mięso, masło, śmietanę oraz inne ingrediencje, zakupione na czarnym rynku za ciężkie pieniądze. W kuchni od rana do wieczora smażono, pieczono, duszono przeróżne pyszności weselne.
Scena zbiorowa z "Krakowiaków i górali"
Dowiedziałam się od Mamy, że w Poznaniu dzieci nie siedzą przy stole z dorosłymi, ale mają własny stolik. Byłam zdumiona. W Rzeszowie, od małego dziecka, zawsze siedziałam razem z rodziną. Byłam dobrze wytresowana, posługiwałam się prawidłowo nożem i widelcem oraz serwetką, więc nie widziałam powodu, by zepchnąć mnie do dziecińca. Ta wiadomość do reszty zepsuła mi humor, bo wcale nie zamierzałam siedzieć w towarzystwie moich kuzynów wiedząc, że będą mi dokuczać. Urządziłam Mamie awanturę, zapowiadając, że z dziećmi siedzieć nie będę i dostałam klapsa, co mnie do reszty rozgoryczyło. Do wesela pozostało tylko dwa dni.
Wieczorami rodzina zbierała się przy stole i opowiadała o swoich wojennych przeżyciach. Poznań w 1945 roku, był przez Niemców zacięcie broniony, walki szły o każdą niemal ulicę, o każdy dom. Pod ocalałymi jeszcze budynkami, przebito w piwnicach przejścia dla ludności cywilnej, bo na ulicach był nieustanny ostrzał ciężkich karabinów maszynowych, artylerii i bombardowanie miasta z samolotów. Po zniszczeniu naszej kamienicy, rodzina tułała się, mieszkając u krewnych i przyjaciół. Ale w czasie zdobywania miasta i Cytadeli przez wojska radzieckie, nigdzie już nie było bezpiecznie, bo całe miasto było ostrzeliwane i bombardowane.
Bitwa o Poznań 1945 r.
Dwie ciocie miały małe dzieci, z którymi musiały się przemieszczać przez piwnice z domu do domu. Górą kamienice płonęły, eksplozje, dym, gorąc, istne piekło. I Niemcy, mordujący bezlitośnie każdego, kto im wszedł w drogę. W pewnej piwnicy płonącego budynku, ciotki natknęły się na kilku SS-manów uzbrojonych po zęby, którzy schronili się tam, przed żołnierzami radzieckimi. Niemcy ukryli się za drzwiami piwnicy. Trzymając pod lufami pistoletów maszynowych przerażonych cywilów, zagrozili, że rozstrzelają każdego, kto wskaże ich schowek Rosjanom. Parter kamienicy już się palił i skuleni w piwnicy ludzie dusili się dymem, ale wyjść nie mogli, bo Niemcy trzymali ich na muszce pistoletów. Tymczasem na schodach wiodących do piwnicy, ukazali się Rosjanie. Widząc cywilnych mieszkańców, spytali czy nie ma tam Germańców? Ukryci za drzwiami Niemcy, grozili ludziom pięścią, nakazując milczenie. Ale jakiś mężczyzna stojący na uboczu, nieznacznie dał Rosjanom znak, że za drzwiami są Niemcy. Żołnierze udali, że wychodzą, a kiedy Niemcy wyszli z ukrycia, Rosjanie nie chcąc strzelać ze względu na ludzi, z nożami w zębach, skoczyli Niemcom z góry na karki. Jeńców nie brali....
Ciocie uciekły z tej piwnicy i zaraz w następnej, natknęły się na kilkanaście zwłok rozstrzelanych przez Niemców osób, kobiet, dzieci, mężczyzn. Leżeli jedni na drugich, tak jak upadali przy egzekucji. Cała piwnica zalana była krwią pomordowanych. Widok był tak przerażający, że ciocia Zosia, trzymająca na rękach małą córeczkę, doznała szoku. Zaczęła przeraźliwie krzyczeć i chciała udusić własne dziecko. Druga ciocia wydarła jej dziewczynkę z rąk i wyprowadziła ją z tej okropnej piwnicy.
Ale to jeszcze nie był koniec ich udręki. Najstarszą siostrę Mamy, dopadł jakiś Mongoł i próbował ją zgwałcić, drąc na niej suknię i bieliznę. Dosłownie w ostatnim momencie, wpadł oficer rosyjski i zobaczywszy, co się dzieje, zastrzelił gwałciciela. Widząc, że ciocia jest prawie naga, wytrzasnął skądś futro i narzucił je cioci na ramiona, każąc kobietom uciekać z piwnicy.
Bitwa o Poznań 1945 r.
Ciocie postanowiły dotrzeć na Jeżyce, do dalszych krewnych. Musiały więc przejść przez zawalony most Teatralny. Wzięły dzieci i czołgały się przez ulicę, pod silnym ostrzałem, a potem zsuwały się po zawalonej jezdni mostu, chcąc przejść na drugą stronę. Na dnie mostu leżało pełno trupów, Niemców, Rosjan i cywilów. Biedne kobiety przechodziły po ich ciałach, dźwigając na rękach dzieci. Uniknęły śmierci, lecz te okropne przeżycia na zawsze pozostały w ich pamięci. Ciocia Zosia musiała się leczyć, bo na długi czas utraciła świadomość i była jakby na wpół obłąkana. Po jakimś czasie całkowicie wróciła do zdrowia i na szczęście nic nie pamiętała z tego, co przeżyła. Poznań po roku 1939, został wcielony do Reichu i dlatego Niemcy ze szczególnym okrucieństwem traktowali Polaków, zmuszając ich do noszenia opaski z literą P. Himmler upodobał sobie Poznań, do defilad i przemówień. To właśnie na poznańskim Zamku, padły jego słowa o ostatecznej zagładzie Żydów, a także później, o zrównaniu Warszawy z ziemią, po upadku powstania.
Heinrich Himmler w Poznaniu.
 Te wieczorne „rodaków rozmowy”, nas dzieci, wcale one nie interesowały. O wiele bardziej ciekawiło nas, ile będzie na weselu słodkich przysmaków. Obserwowaliśmy z zachwytem, jak z dnia na dzień przybywa różnych wypieków. W dniu wesela, najstarsza siostra Mamy, ciocia Janina, ustawiła na balkonie, na długiej ławce, trzy wspaniałe torty, udekorowane bitą śmietaną i owocami. Babcia Jadwiga poleciła mnie i Jurkowi, trzymać się od tortów z daleka, żeby broń Boże, nie uszkodzić wymyślnych ozdób. Ślinka nam ciekła z buzi, ale na razie mogliśmy tylko podziwiać te góry słodkości marząc, żeby się nareszcie do nich dobrać!
Z balkonu roztaczał się piękny widok na Bogdankę, więc ja, znudzona gadaniną dorosłych, wyszłam nieco się przewietrzyć. Czekałam, aż młoda para powróci z urzędu stanu cywilnego, żeby razem z Mamą i resztą rodziny udać się karetami do kościoła. Po wojnie brakowało aut, więc do użytku powróciły odnowione karety. Byłam już ubrana po świątecznemu, w śliczną białą, tiulową suknię i białe rękawiczki. We włosach miałam sztywne białe kokardy i wyglądałam odpowiednio uroczyście. Jurek także miał na sobie ciemny garniturek i śnieżną koszulę z czarną aksamitną muszką. Z gładko uczesanymi włosami, wyglądał na słodkiego jasnowłosego aniołka.
Niestety, tylko tak wyglądał.
Diabli wiedzą po co, wyszedł za mną na balkon i przyjrzawszy mi się badawczo, oznajmił, że wyglądam jak wiejskie pomiotło! Zmiażdżyłam go wzrokiem, ale zniosłam obelgę z milczącą godnością. Kochany kuzynek nie zamierzał dać mi spokoju i uświadomił mnie z gryzącą ironią, że w tym mieście, (Poznaniu) takie suknie nosiło się w czasach króla Piasta. Udałam, że tego nie słyszę i dalej obserwowałam widoki. Mój dręczyciel nie poprzestał na słownych impertynencjach, ale przeszedł do czynnej napaści, kopiąc mnie boleśnie w kostkę. Zgrzytnęłam zębami i ostrzegłam go zduszonym szeptem, żeby się odwalił, bo może tego pożałować. W odpowiedzi usłyszałam bezczelne:
- A co mi zrobisz?
- Rozkwaszę ci nos! - mruknęłam, zbliżając się do niego.
Kochany kuzynek bez namysłu palnął mnie w głowę, aż kokardy zjechały mi na ucho. No, tego to już nie mogłam mu darować i tak jak obiecałam, walnęłam go pięścią w nos! Musiałam silnie uderzyć, bo z nosa pociekła mu krew, plamiąc śnieżną koszulę.
Momentalnie oddał mi cios, a potem zwarci ze sobą, jak dwa bojowe koguciki, zaczęliśmy się wodzić po całym balkonie, grzmocąc się, gdzie popadło. Miałam długie warkocze i Jurek szarpał mnie, wyrywając całe pęki włosów. Kokardy poszły w strzępy, falbanki sukni również zwisały smętnie. Ja także nie byłam mu dłużna, drapiąc go i gryząc. W jakimś momencie Jurek podłożył mi nogę, a ja runęłam do tyłu, pociągając go za sobą. Upadliśmy na coś miękkiego, co głośno plasnęło i rozprysło się na boki! Z przerażeniem ujrzałam, że twarz Jurka zrobiła się purpurowa, jakby zalana krwią.
Ale nie była to krew, tylko czerwona galaretka. Miał ją także we włosach i na garniturku. Moja biała suknia również przedstawiała rozpaczliwy widok, cała w krwawych plamach. Poza tym, ponieważ upadłam na wznak, oblepiała mnie jakaś masa, którą ociekałam. Oboje przedstawialiśmy sobą obraz budzący grozę.

Na odgłos naszych wrzasków, na balkon wypadła Babcia, potem Mama, a następnie reszta weselników. Energicznie zepchnęłam z siebie leżącego na mnie Jurka i z niejakim trudem, podniosłam się z ławki. Babcia, Mama i ciotki wydały okrzyk zgrozy, bo widok był rzeczywiście wołający o pomstę do nieba..
Trzy wspaniałe torty zamieniły się w zmiażdżone placki, ociekające bitą śmietaną, galaretką i kremami. Resztę przybrania, ja i Jurek mieliśmy na sobie. Uważałam, że nie jestem winna temu, co się stało, bo przecież to Jurek zaczął. Wyciągnęłam rękę, nabrałam na palec kremu ze zrujnowanego tortu i ze smakiem go oblizałam. Był pyszny! Zamiast tortów, weselnicy musieli się zadowolić plackiem z kruszonką.
Od tego dnia staliśmy się z Jurkiem w rodzinie, wrogami publicznymi numer 1, gorzej niż świętokradcy. Wesele spędziliśmy w dwóch osobnych pokojach, zamknięci na klucz. Mama wolała nas rozdzielić, żebyśmy znowu nie wzięli się za łby!. Potem Jurek jakoś się wyłgał, i w efekcie to ja zostałam sprawczynią zbrodni. W poznańskiej rodzinie miałam już przechlapane na całe lata, uchodząc za dzikuskę z ciemnej prowincji. A z Jurkiem wzajemna antypatia dotrwała do wieku dorosłego. Wyrósł na bardzo przystojnego wysokiego blondyna, o niebieskich oczach. Zresztą wszyscy moi cioteczni bracia byli przystojni, wdając się nordycką urodą w Dziadzia Michała. Ale dla mnie Jurek zawsze był wredny.
Mama nie odzywała się do mnie przez kilka dni uważając, że skompromitowałam ją w oczach rodziny. Zniosłam wszystkie jej wyrzuty i oskarżenia z filozoficznym spokojem, zadowolona, że nie dosłałam solidnego lania, ale Babcia i Dziadek, po cichu, wybronili mnie od surowej kary.