wtorek, 13 grudnia 2016

JAK TO BYŁO W STANIE WOJENNYM.

13 grudnia 2016 r.
Miałam paskudnego pecha. Właśnie 13 grudnia leżałam w łóżku, powalona szczególnie silnym i okropnie bolesnym atakiem rwy kulszowej, czyli lumbago. Byłam dosłownie sparaliżowana i nie mogłam się samodzielnie poruszać, korzystając jedynie z pomocy Ojca, któremu zwaliło się na głowę całe gospodarstwo, wraz ze mną. To była chyba niedziela, bo długo spałam, po przecierpianej nocy. Ojciec w drugim pokoju włączył telewizor, gdyż zamierzał wysłuchać wiadomości. Po chwili wszedł do mojej sypialni z bardzo poważnym wyrazem twarzy.
- Wiesz, dziecko, - powiedział siadając ciężko na fotelu. - dzieje się coś złego. Właśnie generał Jaruzelski ogłosił stan wojenny!
Zgłupiałam, bo nie miałam pojęcia o co chodzi.
 
13 grudnia 1981 rok. Generał Jaruzelski ogłasza stan wojenny na terenie Polski.

- Jak to, - wyjąkałam przerażona - mamy wojnę?
- Nie wojnę, lecz stan wojenny. To nie to samo. Chodzi o ograniczenie swobód obywatelskich, zebrań, manifestacji i tak dalej. Większość urzędów i zakładów pracy, a także szpitale, są już pod kontrolą wojska, zmilitaryzowane. Solidarność zawieszona.
Ojciec przez dłuższy czas tłumaczył mi, co nas czeka i co wolno, a czego nie wolno. Wychodziło na to, że niczego nam nie wolno! Byłam bardzo chora, ale wiadomości było tak niepokojące, że przy pomocy Ojca zwlekłam się z łóżka i pokuśtykałam do drugiego pokoju, gdzie był telewizor. Do końca życia nie zapomnę twarzy generała i otaczającej go scenografii polowego studia. Prezenterzy telewizyjni ubrani w mundury, wyglądali przygnębiająco i ponuro. Pamiętam, że miał być tego dnia jakiś przyjemny film, ale de facto programu nie było, jedynie co jakiś czas emitowano ogłoszenie o stanie wojennym. Dopiero wieczorem nadano polski film wojenny: „Czerwona jarzębina” i koniec programu!
Ulotka w stanie wojennym.
Byliśmy przerażeni, choć można było już oczekiwać reakcji ze strony rządu. W kraju źle się działo. Niemal każdy zakład strajkował, domagając się podwyżek płac i  jakichś nowych przywilejów.  Jadac ulicami polskich miast widziało się zatknięte biało-czerwone chorągwie na znak strajku. Były dosłownie wszędzie. Denerwowaliśmy się mówiąc, że niedługo powieszą chorągwie nawet na wychodkach! Sytuacja zaczęła wyglądać dramatycznie, bo mieliśmy wrażenie, że władze Solidarności straciły kontrolę nad sytuacją i Polska stoi na brzegu przepaści. Wiedzieliśmy od naszych członków z Jeleniej Góry, że na granicy czeskiej i niemieckiej już grupują się wojska. 
Sklepy świeciły pustymi półkami, a gigantyczne kolejki za wszystkim, wygladały jak w okresie okupacji niemieckiej. Zakłady nie pracowały, towaru nie było.
 Ja należałam do Solidarności i Ojciec obawiał się, żeby nie stało mi się coś złego. Na szczęście byłam zbyt małą płotką, aby władze mną się interesowały. Przez pierwsze dni telefony nie działały. 
Poczta i telekomunikacja były pod nadzorem wojska. Potem można było telefonować, lecz zdawaliśmy sobie sprawę, że aparat jest na podsłuchu, bo często samoczynnie się wyłączał. 
Stan mego zdrowia bardzo się pogorszył i wezwany lekarz wystawił mi skierowanie do szpitala. Nie mogłam się sama ubrać, nie mówiąc już o chodzeniu. Żeby dostać karetkę pogotowia, która odwiozłaby mnie do szpitala na Tysiąclecia, Ojciec musiał dzwonić do Komitetu PZPR i prosić o zezwolenie na sanitarkę, bo wszystkie środki transportu, także sanitarnego, były już zmilitaryzowane.

Karetka przyjechała po zmroku. Przy pomocy Ojca ubrałam się i spakowałam. Czułam się okropnie, nie tylko fizycznie, ale i psychicznie, bo wydawało mi się, że zanim wrócę do domu, wybuchnie wojna i więcej Ojca nie zobaczę. Żegnałam się z Nim, kryjąc łzy rozpaczy i przeklinając moją chorobę. Dwaj sanitariusze znieśli mnie po schodach i wsadzili do sanitarki. Ruszyliśmy przez zasypane śniegiem i ścięte mrozem ulice. Tego roku zima była prawdziwie ostra. Co jakiś czas mijaliśmy na rogach ulic palące się koksowniki, przy których ogrzewali się 
żołnierze uzbrojeni, jak przed bitwą. 
 Ten widok nie przyniósł mi pociechy i już całkowicie załamana znalazłam się pod szpitalem. Wniesiono mnie do poczekalni, gdzie musiałam niemal godzinę czekać na lekarza. Zdziwiła mnie cisza panująca w szpitalu. Nie słychać było głosów personelu i chorych, korytarze były puste. Doktor był znajomy, bo leczył mnie na korzonki. Przeczytawszy skierowanie, potrząsnął głową.
- Nie mogę pani przyjąć. - powiedział ściszonym głosem. - Jesteśmy zmilitaryzowani i jeszcze dziś wypisałem do domu wszystkich lżej chorych. Zostali tylko ci w najcięższym stanie. Przepiszę pani zastrzyki, dobre tabletki, dam zlecenie na zabiegi iniekcyjne w domu, ale do szpitala nie przyjmę. - pochylił mi się do ucha i szepnął: - Niech pani wraca do domu, bo każdej chwili może dojść do wybuchu zbrojnego, a wtedy musimy mieć miejsca dla rannych! 
Z jednej strony byłam wstrząśnięta tymi wiadomościami, ale z drugiej strony miałam ochotę doktora uściskać. Wracałam do domu! Sanitariusze wnieśli mnie  ponownie do karetki i ruszyliśmy przez ponure miasto pełnym gazem. Ojciec nie wierzył własnym oczom, kiedy zadzwoniłam do drzwi. Widziałam, że o mało nie płakał z radości. Ja także nie posiadałam się ze szczęścia, że nie muszę w tym niebezpiecznym czasie przebywać w szpitalu, z dala od domu.
Grudzień 1981 r. Kopalnia "Wujek".
 Służba zdrowia pracowała normalnie, codziennie przychodziła pielęgniarka i dawała mi zastrzyki. Siostrzyczka była dopiero po szkole i pierwszego dnia wpakowała mi igłę niemal prosto w nerw kulszowy. Myślałam, że skonam! Jestem wytrzymała na ból, ale wtedy o mało głośno nie zawyłam. Pielęgniarka była taka zmieszana, że zrobiło mi się jej żal i udałam, że wszystko jest OK. 
Z radia Wolna Europa, płynęły coraz bardziej niepokojace wiadomości. Już w lecie wiedzieliśmy, że przy granicy polsko-niemieckiej i czeskiej, zbierają się wojska. Każdej chwili spodziewaliśmy się, że zacznie się coś dziać. A Rosjan nie trzeba było wzywać, siedzieli w Legnicy!
Z Wolnej Europy dowiedzieliśmy się o aresztowaniach przywódców Solidarności, z Lechem Wałęsą na czele. Mówiono o kopalni "Wujek". Doszło tam do rozlewu krwi. Byliśmy przekonani, że był to zamach na swobody obywatelskie i przeklinaliśmy WRON-ę, (o ile dobrze pamiętam: Wojskową Radę Ocalenia Narodowego) a także słuchając rozgłośni Wolna Europa, potępialiśmy wtedy tych, którzy opowiadali się za wprowadzeniem stanu wojennego. Kościół przyjął postawę wyczekującą, a poźniejszy prymas Polski kardynał Józef Glemp, wzywał do zachowania spokoju.
Prymas Polski, kardynał Józef Glemp.
Święta Bożego Narodzenia były tego roku bardzo ubogie, bo w sklepach brakowało nawet podstawowych towarów. Ludzie byli ogromnie przygnębieni. Prezydent USA Reagan,"solidaryzując" się z polska opozycją, zastosował wobec Polski sankcje, które uderzyły oczywiście nie w rząd, lecz w prostych obywateli. Między innymi w właścicieli ferm kurzych! O kurczaku można było sobie tylko pomarzyć. 
W akcie "solidarności" z Polską, prezydent Reagan  nałożył na Polskę sankcje.
Polska podzieliła się na tych, którzy byli członkami Solidarności i tych, którzy Solidarności nie popierali. Czasami w rodzinie wybuchały zażarte kłótnie o to, kto ma rację w tym konflikcie.
Od tego czasu minęło 35 lat. Wygasły emocje, a ówcześni przywódcy nowego, demokratycznego związku zawodowego, który budził tyle nadziei na lepsze jutro, okazali się zupełnie inni, niż wtedy przypuszczaliśmy, mając ich za bohaterów i męczenników za ideę. Niestety, nie byli bohaterami, a wielu z nich okazało się zwykłymi karierowiczami, sięgającymi po władzę. 

Z perspektywy upływu przeszło trzech dekad, zastanawiałam się często, czy generał Jaruzelski słusznie wprowadził stan wojenny? Wtedy, jako członkini Solidarności uważałam, że nie. Ale obecnie, obserwując zmiany jakie zaszły w polityce i w politykach, wywodzących się przecież właśnie z Solidarności, już wcale nie jestem tego taka pewna.
Bo nie czarujmy się, pod koniec października i na początku grudnia 1981 roku, w kraju zapanował taki chaos, że ani rząd, ani same NSZZ Solidarność, nie były już w stanie tego opanować. Niemal każdy zakład pracy uważał za punkt honoru, żeby zastrajkować.  Wiszące  na płotach biało-czerwone chorągwie tak nam wówczas spowszedniały, że dziś już mało kto wywiesza polski sztandar w święta narodowe. 
Nocami ulice były puste, a światła pogaszone.

Nie było towaru? A skąd miał znaleźć się w sklepach, kiedy nie było produkcji? Rolnicy należący do Rolniczej Solidarności, także   przestali zasilać rynek w produkty. Mało było mleka, przetworów mlecznych, masła i jaj. O mięsie nawet nie wspominam, gdyż był to artykuł deficytowy, a nawet strategiczny. Braki w zaopatrzeniu, spowodowały nagły wzrost spekulacji. Sama widziałam ludzi, jeszcze przed wprowadzeniem kartek, kupujących po kilka worków mąki, kilogramy cukru, dziesiątki konserw i innych towarów spożywczych. Na własny użytek? Nie, na sprzedaż po paskarskich cenach! 
Zaczęto wieczorami wyłączać prąd, siedzieliśmy przy świecach.

Nie było czym handlować, bo zakłady produkcyjne stały. Nie było sprzedaży, więc nie rósł dochód narodowy i groziła nam kompletna zapaść. Sytuacja polityczna była napięta do maksimum. Ówcześni sojusznicy patrzyli na nas zezem, obawiając się, że Polacy znowu staną się przyczyną wybuchu trzeciej wojny światowej. A w takim przypadku, Ameryka nie obrzuciłaby nas batonikami Milkyway, ale uraczyła bombą atomową, znając nasze tajemnice wojskowe, sprzedane USA, przez pewnego zapobiegliwego oficera LWP, którego teraz kreuje się na bohatera narodowego, czyli Ryszarda Kuklińskiego.
Pomnik Kuklińskiego obrzucony ekskrementami.
 Nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy z rozpaczliwej sytuacji, ale dziś uważam, że powinniśmy wówczas modlić się za tych, którzy opanowali ten straszliwy chaos. Ktoś powie, a ofiary stanu wojennego? Zabijano ludzi! To prawda, było to niestety częścią naszej tragedii narodowej, a także być może, nie zrozumienia intencji tych, którzy próbowali nie dopuścić do wybuchu zbrojnego, zakończonego straszliwą  hekatombą milionów Polaków. Nasza historia zawsze zroszona jest krwią niewinnych ludzi, lecz dziś możemy być dumni z faktu, iż udało się nam po raz pierwszy w historii, bezkrwawo zakończyć dramatyczny konflikt i nie dopuścić do wybuchu bratobójczej wojny domowej, lub nowego kataklizmu dziejowego. W tym wypadku, słowa uznania należą się także i tym, którzy władzę niemal bezkrwawo oddali.