czwartek, 29 grudnia 2016

KONIEC BEZTROSKIEGO DZIECIŃSTWA, TRZEBA SIĘ UCZYĆ!


 29 grudnia 2016 r.
Ulica B. Kubika. Nie "była godna" umieszczenia na niej Tablicy Smoleńskiej. (po prawej)
  Jakiś czas potem, osadnikami wstrząsnęła wiadomość o śmierci naszego burmistrza Pana Bolesława Kubika. Zginął razem ze swoimi pracownikami, natknąwszy się na niemiecką minę-pułapkę ukrytą w szafie odzieżowej, najpewniej przez niemiecką organizację podziemną. Być może Werwolf - która miała w planie sabotaż w mieście na wielką skalę. Nie był to pierwszy ani ostatni zamach na polskich urzędników, żołnierzy czy milicjantów, przygotowany przez Niemców.
    Jestem wstrząśnięta. Obecnie, postać tragicznie zmarłego burmistrza jest szkalowana i opluwana przez fanatyków z prawicy. Przeszkadza im nawet ulica imienia B.Kubika, niegodna, by na niej zawiesić Tablicę Smoleńską. Najchętniej widziałabym ich w tamtych latach, gdy śmierć była codziennym wydarzeniem.  Ludzie, którzy nie mają pojęcia,w jakich czasach żyliśmy, kwestionują nawet samą śmierć Pana Kubika. Radziłabym pilnie przeprowadzić dezidiotyzację pewnych sfer w naszym mieście. Osoby szkalujące pana Kubika, nie były osadnikami, jak ja, urodzili się wiele lat po wojnie i niech nie próbują mącić ludziom w głowach bredniami, bo żyją jeszcze świadkowie tamtych dni. Nie mają prawa wypowiadać się o czasach, gdy nie było ich na świecie i o jakich nie mają  nawet pojęcia.

Kościół w byłym Tylinowie, obecnie w Bolesławcu.
  Jechaliśmy tego dnia na spacer powozem  ul. Zgorzelecką w kierunku mostu na Bobrze, kiedy zobaczyliśmy kilku ludzi bardzo wzburzonych, biegnących w krzykiem do miasta. Żołnierz zatrzymał konie i spytał, co się stało? Któryś z tych mężczyzn odkrzyknął, że w Tylinowie (w Bolesławicach, a dziś Bolesławcu) był wybuch miny na skutek czego zginęło kilka osób a sam pan burmistrz jest ciężko ranny. Ojciec natychmiast kazał żołnierzowi zawrócić i pojechaliśmy do domu, bardzo zmartwieni, bo znaliśmy dobrze pana burmistrza. Niemal codziennie ginie tragicznie wielu urzędników, wojskowych i milicjantów. Prawie co  tydzień uczestniczymy w czyimś pogrzebie. Na cmentarzu gromadzą się wtedy wszyscy mieszkańcy miasta. Jest nas przecież jeszcze taka niewielka gromadka.
   Na rękach Mamy zmarł synek przybyłego właśnie z Centralnej Polski nowego oficera. Miał obustronne zapalenie płuc i nie można już go było uratować. Przez długi czas nie potrafiłam otrząsnąć się z przygnębienia, bo widziałam jego śmierć. Do dziś istnieje jego grób na starym cmentarzu, niekiedy go odwiedzam.
Znalezione obrazy dla zapytania Zdjęcia starego cmentarza w Bolesławcu ŚL.przy Krzyżu Milenijnym.
Stary cmentarz w Bolesławcu. Tu byli chowani pierwsi mieszkańcu miasta.Dodaj napis
Czasy są coraz trudniejsze. Przez pantoflową pocztę wiemy, że w Polsce Centralnej następują masowe aresztowania byłych żołnierzy Armii Krajowej. Nowy rząd już nie zamierza tolerować własności ziemian polskich, nie tylko odbierając im mająteki, ale i wyrzucając z dworów i pałaców, będących własnością rodów polskich od setek lat. 
   Babcia Marynia, siostra babci Pelagii, starała się w Poznaniu o zwrot zagrabionej ziemi, lub chociaż godziwą rekompensatę. Oświadczono jej uprzejmie, że nie dostanie grosza, bo nowa władza zamierza na tych żyznych, doskonale zagospodarowanych terenach założyć coś w rodzaju kołchozu - Państwowe Gospodarstwo Rolne, czyli PGR! Na otarcie łez, zwrócono jej koszty biletu. Za dwa tysiące hektarów żyznej ziemi, dwór, sklep we wsi, torfowiska i lasy, otrzymała tysiąc złotych! Nikt się nie zatroszczył, z czego ta stara, schorowana kobieta ma się utrzymać. Władza Ludowa nie kochała „obszarników i wyzyskiwaczy”, więc do piachu z nimi!
Tak się opalano w tamtych czasach.
Żyjemy w  wielkim strachu o Ojca i rodzinę. Wszyscy oni byli żołnierzami AK, dziadek Michał, ojciec Mamy, przedwojenny oficer policji, został w 1945 r. aresztowany. Na szczęście udało mu się wydostć z łap UB, na skutek protestu aż czterech wsi, wstawiających się za dziadkiem, lecz utracił prawo do pracy. Musiał zarabiać na życie, stojąc z wagą na ulicy Poznania, albo rysować plany architektoniczne rezydencji, dla nowej ludowej „arystokracji”. Pracując ciężko fizycznie, dorobił się raka. Tylko dwa tygodnie przebywał w szpitalu. W chwili zgonu wykrzyknął: - Ludobójcy!
Jesienny spacer plantami Bolesławca.
   Byłyśmy z Mamą świadkami przerażającego widowiska. Rano, idąc na targowisko, przechodziłyśmy koło dworca PKP. Właśnie przyjechał pociąg z Wrocławia, z którego wysiadło kilku UB-owców, prowadząc trzech więźniów skutych kajdanami. Wyglądali strasznie, mając na głowach worki z otworami na oczy. Między nimi była kobieta w zaawansowanej ciąży. Byli to prawdopodobnie członkowie nielegalnej, podziemnej organizacji, powstałej po wojnie. Bardzo surowo sądzeni, często byli skazani na karę śmierci.
   Do takich organizacji należała nawet młodzież szkolna. Będąc w drugiej klasie szkoły podstawowej,( przy ul. Tyrankiewiczów) pamiętam dokładnie, że pewnego dnia, w czasie lekcji, przed szkołę zajechały dwa auta osobowe. Wysiadło z nich kilku ponurych osobników. Nie potrudziwszy się nawet do dyrektora, weszli na II piętro, gdzie mieściły się klasy gimnazjalne. Z ust do ust, wiadomość o tym przedostała się do wszystkich klas. Nauczyciele natychmiast przerwali lekcje, a nasza wychowawczyni, pani Wiktoria Gałkiewicz, bardzo zdenerwowana wybiegła na korytarz, za nią uczniowie. Jakby w telepatycznym porozumieniu, drzwi klas kolejno się otwierały i wychodzili z nich nauczyciele oraz uczniowie. Staliśmy na korytarzu przy schodach w całkowitym milczeniu. Po jakimś czasie UB-owcy zeszli z góry, prowadząc między sobą kilku chłopców z klasy maturalnej. Odprowadziliśmy ich wzrokiem do drzwi. Nie wiem, jakie były ich dalsze losy. Za
broniono nam rozmowy na ten temat.
Święto Ceramiki. Dym idzie z Wielkiego Pieca.
    W 1948 roku UB aresztowało ciocię Stasię, siostrę Ojca. Przez trzy tygodnie spaliśmy w ubraniach, obawiając się, że którejś nocy aresztują Ojca. Długi czas nie można było się dowiedzieć, co się z ciocią dzieje i gdzie siedzi. Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że ciocia była więziona w Fordonie-Bydgoszczy, najcięższym więzieniu dla kobiet. Stała wiele razy po kolana w wodzie, a przy przesłuchaniu UB-owiec połamał jej palce rąk. Była pianistką! Siedziała trzy lata, a potem musiała się leczyć w Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Kobierzynie.    
   W Ratuszu, na pierwszym pietrze od strony kościoła, mieścił się po wojnie posterunek milicji. Dokoła Ratusza było targowisko, na którym Mama robiła zakupy. Przypominam sobie, że tego dnia, gdy poszłyśmy po zakupy, w oknie posterunku ukazał się jakiś mężczyzna. Wychylony, szarpał się z trzymającymi go milicjantami i rozpaczliwie wzywał pomocy. W owych latach terroru, ludzie byli tak stłamszeni i zastraszeni, że każdy wolał udawać, że niczego nie widzi, nie słyszy i uciekał co sił w nogach, by nie odpowiadać przed sądem za gapiostwo! Mężczyzna widząc, że nikt nie śpieszy mu na ratunek, wyrwał się z rąk milicjantów i wyskoczył z okna. Upadł głową na bruk i prawdopodobnie się zabił, bo nie dawał znaku życia.
   Mama bliska zemdlenia, błyskawicznie pociągnęła mnie za sobą i obie wpadłyśmy do kościoła, wiedząc z doświadczenia, że świadkowie tragicznego wydarzenia, mogą mieć bardzo nieprzyjemną rozmowę w Urzędzie Bezpieczeństwa. Ten biedak krzyczał, że go torturują, mówił jak się nazywa i prosił, żeby powiadomić jego rodzinę. Może pomiędzy przechodniami znalazł się ktoś, kto spełnił jego ostatnią prośbę.
Tak wyglądały wtedy targowiska.
   Przypominam sobie z lat dziecinnych jeszcze jeden wstrząsający wypadek. Jechałyśmy z Mama pociągiem do Katowic. Na jednej ze śląskich stacji wsiadła do wagonu zapłakana kobieta. W przedziale byłyśmy tylko my i ta kobieta. Zwierzyła się nam w zaufaniu, że jedzie do syna przebywającego w katowickim więzieniu. Chłopak gdzieś znalazł poniemiecki pistolet. Nie wiedział, że był nabity jednym nabojem. Strzelił i trafił w mur. Ktoś doniósł do UB, że chłopak ma broń palną. Został aresztowany, oskarżony o zamach na władzę ludową i skazany na...... karę śmierci! Nie przesadzam, matka rozpaczała i próbowała syna ratować wszelkimi dostępnymi sposobami, ale miała niewielką szansę na uratowanie syna od stryczka. Chłopiec miał 14 lat!
   Podobno chińskie przekleństwo brzmi:”Obyś żył w ciekawych czasach” Myśmy mieli nieszczęście żyć w bardzo ciekawych i strasznych czasach!
Termy solankowe w Bolesławcu.
Spotkała mnie wielka przykrość. Mieliśmy w domu pianino, przyznane nam jako rekompensatę po straconym w czasie wojny fortepianie, stojącym w naszym poznańskim mieszkaniu. Ojciec i ciocia Stasia doprowadzili stary instrument do stanu używalności, wylepiając młoteczki i godzinami go strojąc. Był w bardzo dobrym stanie, a ja zaczęłam na nim ćwiczyć, chodząc na lekcje muzyki do klasztoru sióstr zakonnych, przy ulicy Zgorzeleckiej. Lekcji gry na fortepianie udzielała mi sama Matka przełożona.
Święto Ceramiki, piękne stroje.
  Pewnego deszczowego dnia, zajechał przed nasz dom wóz drabiniasty, a do drzwi zapukało czterech facetów, pokazując zdumionej Mamie pismo kogoś bardzo ważnego, polecające natychmiast wydać pianino, bo jest ono potrzebne w jakiejś wiejskiej świetlicy. Na nic nie zdały się energiczne sprzeciwy Mamy tłumaczącej, że instrument został nam przyznany, jako rekompensata za utracone mienie.  Mężczyźni wpakowali się do mieszkania i pianino zabrali niemal siłą! Ładując je na wóz, przy sposobności złamali pedał, zdarli tylne poszycie i oderwali oryginalne kinkiety do świec. Płakałam głośno, obserwując przez okno, jak moje kochane pianino trzęsie się i moknie nie okryte, jadąc na drabiniastym wozie! Takie było wtedy poszanowanie dla kultury.
Defilują "glinoludy" w Święto Ceramiki.
   Zbliżał się wrzesień 1946 roku. Pewnego słonecznego poranka, Mama obudziła mnie bardzo wcześnie i dopilnowała, żebym się szczególnie starannie ubrała. Zastanawiałam się, gdzie pójdziemy o tak wczesnej porze. Trzymając mnie za rękę, Mama weszła ze mną do budynku przy dzisiejszej ulicy Bankowej. W korytarzach pełno było ludzi, matek z dziećmi w moim wieku, a nawet dorosłej młodzieży. Wyobraziłam sobie, że pewnie czeka mnie  jakieś bolesne szczepienie i rozglądnęłam się w panice, gdzie by na wszelki wypadek dać nogę. Ale Mama trzymała mnie mocno za rękę i nie puszczała. W dużej sali na parterze, pełno było nagromadzonego sprzętu, jakichś starych krzeseł, stolików nie do pary i innych gratów. Rozejrzałam się ze strachem, szukając wzrokiem lekarza w białym fartuchu, ale nie dojrzałam nic strasznego i trochę się uspokoiłam. Obecne w sali dzieci i młodzi ludzie, mieli przy sobie jakieś obszarpane książki i zeszyty. Na brudnej ścianie wisiała tablica.
Święto Ceramiki - Parada motocyklistów.
 - Mamo, po co tu przyszłyśmy? - spytałam zdumiona.
Mama przyznała się ze śmiechem, że chciała mi zrobić niespodziankę i przyprowadziła mnie do szkoły! Raczej nie byłam zachwycona utraconą nagle swobodą, którą bardzo kochałam. W domu mówiło się, że niedługo pójdę do szkółki, „by się uczyć i pracować, jak te złote pszczółki”! Oj, to mi się wcale nie podobało ale sądziłam, że to odległa przyszłość, więc nie ma się czym martwić.
   - E, co to za szkoła! - pogardliwie wzruszyłam ramionami. - Przecież do pierwszej klasy chodzą małe dzieci. A tu widać dorosłych!
   Mama wytłumaczyła mi, że tym ludziom wojna przerwała naukę i teraz muszą nadrobić stracony czas. Obserwowała mnie przy tym podejrzliwie, zaniepokojona moim diablim uśmieszkiem. A ja byłam niepocieszona. To ma być szkoła? Taka graciarnia? Brudna i brzydka buda? Czego mnie tu nauczą, chyba każą wyszorować podłogę, bo wygląda jak klepisko. „O, nie ma głupich, nie zamierzam tu chodzić. - postanowiłam twardo.- Zwieję, jak tylko Mama zamknie za sobą drzwi klasy!”
Oryginalne stroje na Święcie Ceramiki.
  Z opowiadań rodziców wiedziałam, że szkoła to poważna instytucja. W czystych, jasnych salach stoją ławki, na środku katedra z globusem. Tam leżą mapy, książki i inne mądre przedmioty Wszystkie dzieci mają mundurki i tornistry, a pan dozorca dzwoni na przerwy. To ja rozumiem! Ale w tym brudnym pokoju niczego podobnego nie było, a dzieci i dorośli ubrani byli w codzienną odzież, często bardzo ubogą. Poczułam się oszukana i obrabowana z marzeń o uroczystym rozpoczęciu roku szkolnego. Właśnie chciałam oświadczyć Mamie, że nie zamierzam tu zostać i wychodzę, gdy w otwartych drzwiach pojawiła się starsza, siwowłosa pani o mizernej twarzy i smutnych oczach.
To właśnie tutaj odbyła się pierwsza lekcja.
Była to pani Teicher, przedwojenna nauczycielka i więźniarka obozu koncentracyjnego.
- Drogie dzieci i kochana młodzieży. - odezwała się cichym, zmęczonym głosem. - Siedem lat upłynęło od dnia, kiedy 1 września na Polskę spadły pierwsze bomby i wybuchła wojna. W tę tragiczną rocznicę rozpoczynamy nowy rok szkolny, pierwszy na tych ziemiach przywróconych Macierzy.
   Wzruszyła mnie ta kobieta, nosząca na twarzy piętno cierpienia i okrutnych przeżyć. Ktoś z dorosłych, wyjął papierowego orła wyciętego z gazety, i przybił gwoździem nad tablicą. Ktoś inny powiesił krzyżyk. Pierwsza wspólna modlitwa:   
   - Przybądź Duchu Święty....
Nauczycielka wzięła kredę i napisała wyraźnie na tablicy:
- Lekcja pierwsza. To Ala i As, pies Ali.
Spojrzałam zdumiona na Mamę. Wygląda na to, że jest to jednak prawdziwa szkoła! Mama uśmiechnęła się do mnie, a na dłoni poczułam mocny, krzepiący uścisk jej palców. Oto rozpoczynały się dla mnie nowe obowiązki, a moje szczęśliwe, beztroskie dzieciństwo kończyło się bezpowrotnie. Od tego dnia minęło wiele, wiele lat, dziś inne są już szkoły, inni nauczyciele i inni uczniowie. Ale ta pierwsza lekcja w polskiej, powojennej szkole, pozostała na zawsze w mej pamięci.

                                                            K o n i e c