sobota, 17 grudnia 2016

NOC NA WROCŁAWSKIM DWORCU.


17 grudnia 2016 r.
Defilada we Wrocławiu w 1945 roku
Ranek jest bardzo chłodny i decydujemy się wrócić do hali dworca. Rozglądamy się bezradnie, szukając wolnego kącika. Wydaje się, że cała posadzka zajęta jest przez koczujących podróżnych. Niektórzy drzemią niespokojnym nerwowym snem, otwierając co chwilę oczy i rozglądając się nieprzytomnym wzrokiem. Na kamiennej posadzce leżą rozłożone gazety, stare szmaty, koce, a na tych śmieciach śpią umęczeni ludzie. Niektórzy mężczyźni usadowieni w kucki, grają w karty, klnąc i kłócąc się zajadle. Inni dyskutują o polityce, lub się posilają, rozkładając jedzenie na walizce. Pod nogami dorosłych, bawią się dzieci, urządziwszy sobie kryjówki między tobołkami. Kilku mężczyzn w nasuniętych na oczy czapkach, podaje z rąk do rąk butelkę z bimbrem, przegryzając każdy łyk kawałkiem czerstwego chleba. Oj, mają już dobrze w czubie, bo kiedy przechodzimy, właśnie intonują sznaps barytonami, przerywanymi pijacką czkawką:
- Co użyjem, to dla nas, bo za sto lat nie będzie nas!
Lepiej trzymać się z daleka od tego towarzystwa. O wypadek teraz nie trudno, bo wielu pasażerów nosi przy sobie broń palną albo nóż. Naraz podchodzi do nas niechlujnie wyglądająca baba i uśmiechając się obleśnie pyta:
- Chce pani może tani nocleg?
Stara nie budzi naszego zaufania, bo kiedy pochyla się nade mną, żeby mnie pogłaskać po głowie, wyraźnie czuję odór alkoholu. Uchylam się z odrazą, unikając pieszczoty. Mama stanowczo odmawia. Na takim przygodnym noclegu mogłybyśmy się obudzić u świętego Piotra w raju. Nasze eleganckie walizki z pewnością byłyby łakomym kąskiem dla złodzieja. Babsko nie zrażone naszą odmową, zwraca się z tą samą propozycją do innych podróżnych, a my trafiamy do drzwi z krzywym napisem na kartce kopiowym ołówkiem: „Tylko dla matek z dziećmi”.
W mieście wszędzie widać polskie chorągwie.
Ponieważ ja jestem dzieckiem, a Mama matką, więc wchodzimy z nadzieją, że w tym miejscu spokojnie i bezpiecznie przenocujemy w cieple. Już od progu uderza nas w nos ohydny smród i zaduch. Brudne pieluchy wiszą na sznurku nad piecykiem. Pomimo dnia, pod sufitem pali się słaba, popstrzona przez muchy żarówka. Wysoko umieszczone okienka nie przepuszczają wiele światła przez brudne szyby. Pod ścianami, na drewnianych pryczach leżą porozbierane „do rosołu” kobiety z dziećmi. Odrażający zaduch sprawia, że cofam się od progu. Jednak Mama postanawia tu pozostać i siłą wciąga mnie do wnętrza. Podchodzi do nas pani w ongiś białym fartuchu i każe Mamie pokazać bilety. Potem wskazuje nam dół piętrowej pryczy, gdzie możemy się przespać.
Mama prędko rozkłada koce i poduszkę, polecając mi zdjąć buciki. Kładę się bardzo niechętnie, bo wcale nie chce mi się spać, jestem tylko zmęczona. W kącie stoi piecyk-koza, a na nim wielki kocioł z gorącym mlekiem. Do kotła ustawiła się długa kolejka. Mama wyciąga z kosza garnuszek i wsypuje do niego trochę kawy, przechowywanej na czarna godzinę. Wolno sączę wonny napój z mlekiem, delektując się smakiem i uśmiecham się do Mamy. Biedaczka, trzyma się tylko nerwami i resztką sił. W tych warunkach jeść nie możemy, zresztą nie jesteśmy głodne i to jest zły znak, świadczący o naszym skrajnym wyczerpaniu. Smród w tym pomieszczeniu jest obrzydliwy i zbiera mi się na mdłości. Mam także zawroty głowy i boli mnie brzuch. Jestem rozdrażniona wrzaskami niemowląt i ordynarnymi kłótniami kobiet. Przytulam się do Mamy i próbuję zasnąć. Godziny płyną tak wolno, że czas zdaje się stać w miejscu.
Wkrótce te tramwaje znowu znajdą się na szynach.
 Powoli zapada noc. Ponurą salkę zalegają mroczne cienie, a żarówka pod sufitem zaledwie się żarzy. Po katach, jak zjawy, bieleją rozwieszone na sznurkach pieluchy. Prycza jest piętrowa i nad nami leży kobieta z niemowlęciem. W pokoju jest bardzo gorąco i sąsiadka z góry wyjmuje dziecko z becika, kładąc je na materacu. Po chwili czuję, że coś kapie mi koło twarzy i moczy poduszkę. Zrywam się ze wstrętem i skarżę się Mamie. Okazuje się, że maluch siusia mi na głowę. Poduszka jest mokra i nie mam na czym położyć głowy. Mama prosi grzecznie kobietę, żeby zechciała zabezpieczyć niemowlę, a ona na tę uprzejmą uwagę, reaguje chamskim wrzaskiem. Mama macha ręką na znak, że nie warto wdawać się w pyskówkę. Zamiast poduszki podkłada mi pod głowę zrolowany koc. Układamy się od nowa, próbując zasnąć.
Właśnie zapadam w błogi sen, kiedy niemowlę nad naszymi głowami zaczyna się drzeć jak opętane. Jego wrzask natychmiast podejmuje troje innych dzieciaków i koncert trwa nieprzerwanie.
Zrywam się ponownie i mam ochotę zawtórować szczeniakom na całe gardło! Matki ryczących pociech, każda na inną nutę, zaczynają nucić kołysanki. Daje to niezamierzony efekt, bo hałas się wzmaga, budzą się coraz to inne dzieci i już nikt nie jest w stanie zmrużyć oka. Matki schodzą z prycz, grzeją mleko i rozpoczynają kłótnię. Na domiar złego, kobieta z górnej pryczy rozkłada zabrudzone pieluchy, a ich smród wywołuje u mnie torsje. Mama ociera mi twarz zmoczonym ręcznikiem i podaje zimną kawę do popicia. Zdenerwowana wrzaskiem niemowląt i wymiotami, oświadczam, że dłużej w tym miejscu nie zostanę i koniec! Po namyśle, Mama przyznaje mi rację, może lepiej nam będzie w hali dworca. Zbieramy bagaże i wynosimy się stamtąd.
W pobliżu znajdujemy wolny kącik. Zajmujemy go i ponownie rozkładamy na posadzce gazety, koce itd. Chociaż jest już druga nad ranem, o spaniu nie ma mowy. Dworzec przypomina ul przed wyrojem pszczół. Coraz to nowi podróżni śpieszą do podstawianych pociągów. Ktoś komuś depcze po nogach, ktoś inny krzyczy, że został okradziony. Psychicznie chory człowiek zaczyna przeraźliwie wyć, kołysząc się jednostajnym ruchem w przód i w tył. Polskich wojskowych prawie nie widać, za to po hali zaczynają się kręcić pijani żołnierze radzieccy, z pepeszami przewieszonymi przez ramię.
Utrwalił mi się w pamięci dzień 3 sierpnia 1944 roku, kiedy do miasta wkraczały wojska radzieckie. Stojący na ulicach ludzie, w milczeniu przypatrywali się olbrzymim czołgom, tak potężnym, że osławione niemieckie Tygrysy wydawały się przy nich miniaturkami. Czołgi oblepione piechotą, uczepioną ich pancerzy, mieląc gąsienicami i rycząc silnikami jechały ulicami miasta. Za nimi ukazały się wielkie samochody ciągnące działa i kolumny piechoty, brudnej, zmęczonej, prosto z linii frontu. Chociaż zawdzięczaliśmy im pozbycie się Niemców, nie słychać było okrzyków radości i nikt nie obrzucał żołnierzy kwiatami. Przed nimi szła złowroga fama, że sołdaci radzieccy gwałcą kobiety, kradną i mordują AK-owców. Było w tym sporo prawdy, ale również dużo przesady.
Przyzwyczajeni do widoku czystych i wymuskanych Niemców, patrzyliśmy w osłupieniu na brudnych, brzydko umundurowanych Rosjan. A już ich kobiety ze służb pomocniczych, budziły śmiech. Miały na sobie jakieś okropne uniformy, a na nogach pończochy z bandaża. Nie była to ich wina. Większość z tych dziewcząt była naprawdę bardzo ładna i zgrabna, ale nie miały pojęcia w co się ubrać.
Widok pijanych sołdatów w hali dworca przejmuje nas lękiem. Są uzbrojeni i niebezpieczni, bo lubią używać broni jako argumentu nie do odrzucenia. Ale nie tylko ich należy się obawiać, bo dokoła pełno rodzimej szumowiny. Morderców wypuszczonych z więzień, zboczeńców i złodziei, gotowych okraść i zabić rodzoną matkę. Mamy przy sobie pieniądze, pochodzące ze sprzedaży naszych rzeczy. Mama ubrana jest w elegancki płaszcz z lisem, a na palcu nosi złoty pierścionek zaręczynowy z rubinem i brylantem. Na wszelki wypadek przekręca go kamieniami w dół, tak, iż widać tylko obrączkę, i nie zdejmuje z dłoni rękawiczki.
Naszą uwagę zwraca kilku młodych mężczyzn, siedzących na kupie gruzów. Mają na sobie podniszczone ubrania, jakby szyte na kogoś innego i zachowują się podejrzanie. Pochyleni ku sobie szepczą coś, starając się być jak najmniej widoczni. Jednak tą właśnie, szczególną ostrożnością, ściągają na siebie uwagę podróżnych. Nagle, jak spod ziemi, wyrasta przed nimi młodziutki milicjant, z biało-czerwoną opaską na ramieniu i karabinem przewieszonym przez plecy. Chłopak ma chyba z siedemnaście lat i z powagą poleca mężczyznom okazać dokumenty. Zagadnięci, okazują gestami, że nie rozumieją o co mu chodzi.
To Niemcy. Milicjant nie zna języka niemieckiego, więc nieco stropiony, zwraca się do jakiegoś starszego pana i prosi go o pomoc. Przez tłumacza pyta Niemców, na jaki pociąg czekają i ponownie żąda okazania dokumentów? Niemcy pogardliwie odwracają się do niego plecami i udają, że go nie słyszą. Dokumentów także nie zamierzają pokazać, bo ich pewnie nie mają. Są przekonani, że chłopak się zniechęci i zostawi ich w spokoju. Pomylili się jednak. Po chwili wahania, milicjant ujmuje pod pachę siedzącego z brzegu Niemca i stara się podnieść go z posadzki. Tamten, to potężne chłopisko, przy drobnym, chudym chłopcu wygląda jak Goliat. Jednym silnym ruchem wyrywa się z jego rąk. Ale milicjant nie daje za wygraną i ponownie chwyta Niemca za ramię. Mężczyzna odwraca się raptownie i wali Polaka pięścią w twarz, wykrzykując pogardliwie:
- Du verfluchte Hund1!
Podróżni, oburzeni tym znanym nam dobrze słówkiem, otaczają Niemców ciasnym kręgiem. Tylko patrzeć, a dojdzie do samosądu. Ale Niemcy wcale nie zamierzają dobrowolnie opuścić dworca. Zachowują się agresywnie i wprost prowokują swym zachowaniem do groźnej awantury. Kilku silnych mężczyzn, przychodzi milicjantowi w sukurs. Razem usiłują wyrzucić Niemców z hali dworca. Zaczyna się kotłowanina i przepychanki, okraszone wrzaskiem obu walczących stron. W zamieszaniu, jeden z Niemców chwycił leżącą butelkę po piwie i z rozmachem zdzielił nią milicjanta po głowie. Chłopiec zalany krwią runął na posadzkę.
Jeńcy niemieccy prowadzeni przez żołnierzy radzieckich.
 Z krzykiem przerażenia ukryłam twarz na kolanach Mamy. Wszystkie wypadki toczyły się z błyskawiczną szybkością. Nie zdążyłam jeszcze przyjść do siebie po przeżytym szoku, kiedy z głębi hali przybiegło kilku milicjantów, zaalarmowanych przez podróżnych. Koło Mamy i mnie, utworzył się mur z ludzi i nic więcej nie zdołałyśmy zobaczyć. Raptem huknęły dwa strzały, tłum rozprysnął się na boki, ktoś krzyknął ostrzegawczo:
- Uwaga, kryć się, Szkopy mają broń!
Posłyszałyśmy tupot biegnących nóg i pojedyncze strzały z pistoletu. Kule gwizdnęły niepokojąco blisko nas, odłupując tynk ze ściany. Uciekający Niemcy wypadli z hali dworca. Z oddali rozległ się nagle terkot serii z pepeszy i wszystko ucichło. Ludzie przyzwyczajeni przez okres wojny do strzelaniny, usiedli z powrotem na swoich miejscach, pomstując głośno i odgrażając się Niemcom.
 Ciało zabitego milicjanta wyniesiono z hali. Z jego głowy kapała krew i znaczyła ślad na brudnej kamiennej posadzce. Był taki młodziutki, może w domu czekała na niego matka? Do służby w milicji wstąpił z pewnością nie dla ideologii, ale dla chleba. To była praca, chociaż mało płatna i bardzo niebezpieczna. Do dziś mam wiele szacunku dla tych pierwszych polskich milicjantów, zmagających się z ogromem zła, jakie wylęgło się w czasach wojny i okupacji. Nie byli pachołkami stalinowskiego terroru, lecz tylko stróżami porządku. Dopiero później milicja stała się znienawidzona. Wielu z nich leży na bolesławieckim cmentarzu, trafionych niemiecką, albo bandycką kulą.
Pierwsi milicjanci.
 Noc minęła bez dalszych awantur, bo do rana krążyły po hali patrole, płosząc niebieskie ptaszki. Odetchnęłyśmy z ulgą, gdy nareszcie zaświtał pogodny, jesienny dzień. Świeciło słońce, więc zdecydowałyśmy się wyjść z hali na świeże powietrze. Przy pomocy życzliwych podróżnych, nasze bagaże znalazły się na peronie. Odetchnęłam pełną piersią, nadstawiając twarz ku blademu i przymglonemu jesiennemu słońcu. Na torach mnóstwo pociągów, a na peronach tłumy podróżnych . Wybrałyśmy sobie kawałek wolnego miejsca i usiadłyśmy na walizkach. Na torze stoi ogromny eszelon, złożony z wagonów towarowych, załadowanych ludźmi, bydłem i sprzętem gospodarczym. Z otwartych drzwi wagonu wygląda krowa, którą właśnie doi tęga wieśniaczka. Mleko miarowo strzyka do wiadra, a krowa ogania się ogonem. Gospodyni siedząc na trójnożnym stołku, niczym starożytna Pytia, co chwilę zwraca krowie grzeczną uwagę:
- Nastąp się, Białka! A żeby cię wilki zeżarły, bydlę jedno. Nic, ino by żarła, a mlika daje jak z łaski. Aaa?
Na ten pełen goryczy zarzut, krowa nie reaguje, za to z drugiego wagonu, koń wystawia łeb i rozgląda się dokoła wystraszonym wzrokiem. Sędziwy chłop wyciera mu boki wiechciem słomy, a potem karmi go z ręki owsem i klepie po szyi. W głębi wagonu dostrzegam łóżka przykryte kraciastą pościelą, stoły, krzesła, piec – kozę, a na nim garnki. Nie brakuje nawet pobożnych obrazków na ścianach. Mój Boże, cała wieś na kółkach!
Osadnicy jadą na Zachód.
Mama tłumaczy mi, że są to Polacy z Litwy i zza Buga, wypędzeni z ojcowizny przez Sowietów. Zmuszeni są szukać na tych ziemiach nowego domu. Ludzie ci, mówią takim miłym śpiewnych akcentem, jakim przemawiał do mnie ojciec chrzestny, rodowity lwowianin. Z pobliskiego wagonu wysiadła staruszka i przechadza się po peronie, odmawiając szeptem różaniec. Skończywszy poranny pacierz, podchodzi do nas i pyta:
- Oj, paniuńciu, proszu ja was, a daleko jeszcze do tego Żagania? Jedziemy już miesiąc, a dojechać nie możemy. To daleko?
Mama niestety także nie wie, gdzie jest ten Żagań.
- Bożesz ty, mój kochany! - wzdycha strapiona babcia. - Wiozą nas na taki kraj świata, o którym nawet nikt z nas nie słyszał. My spod Buczacza, paniuńciu, jedziemy. Bydlątka nam się marnują, a i człowiek nie nawykły. Ja pierwszy raz w życiu koleją jadę. Ot, na stare lata tułaczka. A paniuńcia to skąd?
- Z Rzeszowa.
- Ot, sławne miasto. Mój syn w PZL-ocie przed wojną pracował. A paniuńcia daleko jedzie?
- Do Bunzlau. Też nie wiemy, gdzie to miasto się znajduje.
 - O Matko Boska Berdyczowska! - użaliła się staruszka. - Tak sama jedzie, z panienką? Bledzieńkie takie, widać droga zmarnowała. A z naszej wsi nawet połowa nie została. Co Sowieci nie wywieźli na wschód, to UPA wymordowało. Tak się patrzę na te ziemie, nawet bogate, gospodarstwa ładne. Ale to nie nasze. Tam góry, jary, kurhany, groby naszych ojców. Zostawiliśmy wszystko na przepadłe i poszliśmy tułać się po szwabskich ziemiach! - babcia chlipnęła żałośnie i wytarła oczy skrajem fartucha.
- Może nie będzie tak źle. - Mama starała się ją pocieszyć, zresztą bez przekonania. - Podobno macie dostać duże gospodarstwa.
Babcia skrzywiła się z pogardą.
- My nie żebraki, co nam po szwabskiej ziemi? Siedzieliśmy na swojej od trzystu lat, a może i więcej. Co tam polskiej krwi wsiąkało w ziemię przez wieki, to tylko jeden Pan Bóg wie. Niby ładne te miasta, ale gdzie im do naszego Buczacza, do Lwowa, Stanisławowa, gdzie im do Kołomyi, Żółkwi, Truskawca, Kamieńca.... Jakie tam zamki, jakie pałace i dwory były! Polskich królów, panów, szlachty. Spalone, zniszczone, zmarnowane. A ziemia jaka! Czysty czarnoziem, że i na świecie takiego nie znajdzie.... A może panienka napiłaby się świeżego mleka? - zagadnęła mnie babcia, zmieniając raptownie temat.
W poszukiwaniu nowego domu.
Na samą myśl o mleku, aż się oblizałam. Babcia uśmiechnęła się i prędko podreptała do wagonu. Po chwili wróciła z dwoma garnuszkami pełnymi białego, słodkiego mleka. Och, cóż to za rozkosz, po tylu dniach jedzenia suchego, czerstwego prowiantu, napić się świeżego mleka! Mama sięgnęła do torebki po pieniądze, lecz babcia stanowczo odmówiła przyjęcia zapłaty.
- Niech wam pójdzie na zdrowie. Może się jeszcze kiedyś spotkamy? - rzekła na pożegnanie.
Ten dzień zaczął się dla nas bardzo szczęśliwie. Nasz pociąg podstawiono po południu, a w otwartych drzwiach pierwszego wagonu, stał nasz rosyjski opiekun z Katowic! Dostrzegł nas i z daleka zaczął do nas machać ręką. Dzięki jego wyjątkowej uprzejmości, miałyśmy znowu względnie wygodne miejsca i bezpieczną podróż. Ponownie obserwowałyśny szturm na pociąg, ale nie będę się powtarzać i opisywać tego koszmaru.
Prowizoryczne mosty zaraz po wojnie.
Raz tylko naprawdę przeraziłam się okropnie. Pociąg ruszył i jechaliśmy już chyba godzinę. Na moment wychyliłam się z okna, żeby spojrzeć na mijaną właśnie rzekę. Zerknęłam w dół i zdrętwiałam ze strachu. Pod nami ziała przepaść, a pociąg dosłownie wisiał na szynach, położonych na belkach. Odniosłam wrażenie, że jedziemy przez most dosłownie na paluszkach, bo lokomotywa posuwała się metr po metrze, jak linoskoczek po linie. Zakręciło mi się w głowie i szybko usiadłam, święcie przekonana, że za chwilę rozlegnie się okropny trzask, zgrzyt i wszyscy polecimy w przepaść, ginąc w nurtach rzeki. Na szczęście, obyło się bez wypadku, lecz most od tamtej pory, nazywam „mostem na zapałkach”. Chociaż teraz jest odbudowany i mocny, ilekroć tamtędy przejeżdżam, ogarnia mnie lęk.  c.d.n.

1Du verfluchte Hund! - Ty przeklęty psie!