wtorek, 20 grudnia 2016

O KROK OD ŚMIERCI!


20 grudnia 2016 r.
Świąteczna dekoracja Rynku. 
Dręczona niezaspokojoną ciekawością,, raz jeszcze zeszłam na parter i stanęłam pod drzwiami mieszkania lekarki. Panowała tam absolutna cisza, więc chyba pani doktor nie było w domu. Ale na wszelki wypadek zapukałam i położyłam rękę na klamce. Naraz jak spod ziemi wyrosła przede mną Frau W.
- Tam nie wolno wchodzić, Fräulein Elza! - ostrzegła, biorąc mnie za rękę i ciągnąc za sobą po schodach. Łamaną niemczyzną przeprosiłam, wyjaśniając, że chciałam tylko zajrzeć do gabinetu. Nie ma pacjentów, więc chyba bym lekarce nie przeszkodziła.
- Owszem ma pacjentów i nie wolno jej przeszkadzać.- oświadczyła oschle gospodyni i odeszła, doholowawszy mnie pod drzwi naszego pokoju. Obraziłam się na nią i postanowiłam pożalić się mamie, kiedy usłyszałam czyjś szept:
- Psssyt! Elza!
Obróciłam się i w szparze drzwi następnego pokoju, dostrzegłam dwie roześmiane twarze. Byli to synowie Frau W. ośmioletni Hans i siedmioletni Fritz. Chłopcy wydali mi się bardzo sympatyczni i uśmiechali się do mnie przyjaźnie. Mimo niechęci do ich matki, prędko się zaprzyjaźniliśmy. Bajki Grimmów w mojej ręce, pomogły nam nawiązać rozmowę. Obaj chłopcy na wyścigi zaczęli mi opowiadać po niemiecku treść bajki o Gęsiareczce, tak szybko, że zupełnie ich nie rozumiałam. Zatkałam palcami uszy, prosząc żeby mówili wolniej. Chłopcy śmiejąc się, tym razem wolno i dokładnie wymawiając słowa, opowiedzieli bajkę, pokazując palcem szczegóły przedstawione na obrazku i wyraźnie wymawiając nazwy. Ja powtarzałam te słowa po polsku. Korzyść była obopólna i wkrótce wypracowaliśmy sobie swoisty język, składający się ze zdań polskich, niemieckich i migowych, którym błyskawicznie się porozumiewaliśmy.

Pomnik księcia marszałka Kutuzowa.
Zabawa trwała do czasu, aż Mama zawołała mnie na kolację. Kazałam chłopcom poczekać, pobiegłam do pokoju i podzieliłam tabliczkę czekolady na cztery części. Dla Mamy, dla mnie i dla chłopców. Nowi przyjaciele wycałowali mnie z wdzięczności. Wiedziałam, że mnie lubią i ja także ich lubiłam. Moje poglądy nieco się zmodyfikowały, bo w Rzeszowie, za samo przypuszczenie, że będę musiała bawić się z Niemcami, rozbiłam Włodkowi nos! Mama była zadowolona, że mam towarzystwo odpowiednie do mego wieku, bo skazana wyłącznie na obcowanie z dorosłymi, nudziłam się potwornie i czułam się bardzo samotna.
W tym domu zmarł pogromca Napoleona książę marszałek Kutuzow.
 Najsmutniejsze są wieczory. Długie, niekończące się jesienne wieczory, kiedy wcześnie zapada zmrok, a ulewny deszcz spływa po szybach i dzwoni w rynnach. Wiatr wyje w kominach i miota nagimi konarami drzew. Takie jesienne wieczory potęgują uczucie samotności, a my byłyśmy szczególnie samotne, daleko od rodziny, w obcym, nielubianym mieście, pomiędzy wrogimi ludźmi. Siedziałyśmy w ciemnawym, nieprzytulnym pokoiku bez wygód, do których byłyśmy przyzwyczajone, a czas płynął bardzo wolno. Mama coś szyła lub haftowała, ja gryzmoliłam nieudolne rysunki na kawałku papieru i marzyłam o powrocie do dziadków. W pokoju było chłodno, bo my węgla nie posiadamy, a Frau W. niechętnie dzieli się z nami swoim zapasem, choć otrzymała węgiel pod warunkiem, opalania wynajmowanych pokoi oficerom polskim i radzieckim. Ciszę przerywa niekiedy odległa strzelanina, albo pijackie wrzaski.
Za ścianą, siostrzenica gospodyni, Fraulein Margot, gra na pianinie klasyków. Jest dobrą pianistką i słyszymy jak ciekawie interpretuje Sonatę Patetyczną Beethovena, którą tak często grała w Rzeszowie ciocia Stasia. Margot ma również ładny głos i lubię, kiedy śpiewa „Króla Olch” i inne pieśni Schuberta. Raz nawet zagrała „Lot Walkirii” z „Pierścienia Nibelungów” Wagnera, ale w połowie przerwała. Wagner był ulubionym kompozytorem Hitlera, który uwielbiał jego potężną, ponadczasową muzykę. W związku z tym, po wojnie genialny kompozytor przez długi czas znajdował się jakby na indeksie. 
Ciocia Stasia jako pensjonarka przy fortepianie.
Delikatne dźwięki pianina dochodzą do naszych uszu, budząc tęsknotę za przeszłością. Codziennie po kolacji, cała rodzina zbierała się w saloniku przy fortepianie, a ciocia Stasia rozpoczynała wieczorny koncert polonezami Chopina. Potem chóralnie śpiewaliśmy pieśni ze „Śpiewnika domowego” Moniuszki, a kiedy Babcia miała dobry humor, sama zasiadała do fortepianu i grała kontredanse, kadryle, galopy i walce, modne za czasów swojej młodości. Potem ciocia Marynia popisywała się nieśmiertelną „Modlitwą dziewicy” Tekli Bondarzewskiej1, z którego to utworu wyśmiewali się panowie. Teraz jedynie myślami możemy wrócić do tamtych cudownych, spokojnych czasów. Na razie nie piszemy do Rzeszowa, bo poczta boryka się jeszcze z wieloma trudnościami. Zresztą prawda o warunkach, w jakich tu żyjemy, tylko zmartwiłaby rodzinę.
W Bolesławcu, Mama i ja czujemy się źle psychicznie i fizycznie. Miasto ma fatalny klimat i mieszkańcy, po kilkunastu latach, byli stąd przesiedlani na koszt państwa do innych miejscowości.. Ja ostatnio miewam napady nieuzasadnionego lęku. Czegoś się boję i nie potrafię tego uczucia zwalczyć. 15 października imieniny Jadwigi. To święto Babci Jadzi, mamusi mojej Mamy. Również żona porucznika A. obchodzi dziś imieniny. Porucznik spotkał nas na obiedzie i zaprosił po południu na kawę do swego domu. Pojechałyśmy tam karetą, gdyż dzień był mglisty i mrok zapadł wcześniej niż zwykle.
W 1945 r. w tym miejscu stała willa porucznika A.
Państwo A. mieszkali w luksusowej willi w dużym ogrodzie, na dzisiejszej ulicy Łukasiewicza.(teraz w tym miejscu stoją bloki) Pani Jadwiga okazała się osobą sympatyczną i przyjęła nas bardzo uprzejmie. Obok niej stała córka państwa A. dziewczynka, nieco starsza ode mnie. Panie usiadły w gabinecie i rozmawiały o trudnych warunkach bytu i obawach Polaków, że coś może się wydarzyć i na tą ziemię powrócą Niemcy.
Ja i Ala boczyłyśmy się na siebie, nieufne i zjeżone. Pani Jadwiga poleciła córce zaprowadzić mnie do dziecinnego pokoju i pokazać mi swoje zabawki. Oglądałam je ze znudzoną miną udając, że wcale mnie nie interesują. Ale w głębi ducha ogromnie Ali zazdrościłam, tych pluszowych misiów, lalek i innych zabawek, których miała mnóstwo, będąc, jak ja, jedynaczką. Ala patrzyła na mnie drwiąco, nie dając się nabrać na moją udawaną obojętność. Byłam za to na nią taka wściekła, że najchętniej odebrałabym jej zabawki, a ją samą sprałabym na kwaśne jabłko. Prychnęłam pogardliwie i z godnością zeszłam do gabinetu, sadowiąc się przy Mamie.
Byłam głodna i z niecierpliwością oczekiwałam na poczęstunek. Nareszcie usłyszałyśmy zaproszenie do jadalni. Natychmiast wyobraziłam sobie półmiski pełne dobrych rzeczy, może nawet gorące danie, czy jakaś sałatki z ulubionym majonezem. Ale na stole stała tylko kryształowa patera, a na niej kilka kruchych ciasteczek. Westchnęłam, boleśnie zawiedziona. Och, z jakim apetytem zjadłybyśmy kaszę ze skwarkami, albo grubą kromkę chleba ze smalcem i z kiełbasą, ale nic z tego! Wzięłyśmy skromnie po jednym ciasteczku, chociaż ja sama mogłabym zjeść wszystkie wypieki znajdujące się na paterze. Byłam bardzo głodna i już wyciągnęłam rękę, żeby wziąć drugie ciastko, ale powstrzymał mnie groźny wzrok mamy i ustrzegł od poważnego naruszenia etykiety.
Ja, Mama i Budrys. 1951 r.
 Jako wzorowo wychowana panienka, ułożyłam buzię w ciup i siedziałam jak trusia, choć kiszki skręcały mi się z głodu. Porucznik A. nie towarzyszył nam przy stole, bo wezwany pilnym telefonem, udał się do RKU, jadąc tam karetą. Miał po nas wrócić i odwieźć do domu. Czekałyśmy na tę karetę, wizyta się przeciągała, a my byłyśmy coraz bardziej głodne. Pani Jadwiga zadzwoniła do RKU i wtedy się pokazało, że porucznik musiał udać się w teren i nie wiadomo kiedy powróci.
Nie miałyśmy wyboru i postanowiłyśmy same wrócić do domu. Dopiero później, po fakcie, zdałyśmy sobie sprawę, że było to po prostu szaleństwo, lecz tłumaczyła nas nieznajomość niebezpieczeństw czyhających na nierozważnych. Pani A. postąpiła również jak obrana z rozumu, pozwalając nam odbyć samotną wędrówkę przez ciemne, obce, zrujnowane miasto. Powinnyśmy pozostać w willi do rana, bo miejsca było tak dużo, że przenocowanie nas nie sprawiłoby pani domu żadnego kłopotu. Jednak nie słysząc zaproszenia, pożegnałyśmy się i wyszłyśmy na ulicę.
Natychmiast wpadłyśmy w gęstą mgłę, a wszystko dokoła nabrało nierealnych kształtów. Kompletna ciemność potęgowała jeszcze niesamowitą scenerię, jak z filmów grozy. Na nieszczęście nie był to film, lecz rzeczywistość, z której nie zdawałyśmy sobie początkowo sprawy. Było nam nieswojo, ale jakby w milczącym porozumieniu, grałyśmy wobec siebie zucha. Wiedzione raczej instynktem niż wzrokiem, szłyśmy przed siebie nieznanymi ulicami. Dziś wiem, że Opatrzność skierowała nas na ulicę Asnyka. Gdybyśmy poszły w kierunku Banku Zachodniego, wpadłybyśmy prosto do Krasnego Gorodoka i to byłby chyba nasz koniec. Wokół nas szara ciemność, wilgotna i zimna. Pasma mgły układają się w fantastyczne kształty. Drobny deszcz mży i po chwili całe jesteśmy mokre, bo nie mamy parasola. Ulice są nie oświetlone, w żadnym mijanym domu nie widać światła, nie ma też przechodniów. Idziemy szybko, potykając się o leżący na chodnikach gruz. Czasami wpadamy w jakąś dziurę. Przytulone do siebie, dzwonimy zębami, rozglądając się podejrzliwie, czy ktoś za nami nie idzie. Nie wiedząc o tym, szłyśmy ulicą Asnyka w kierunku Rynku, szukając charakterystycznego tunelu. W całkowitych ciemnościach minęłyśmy Rynek, nie trafiwszy na tunel.
W jakiejś chwili zdałyśmy sobie sprawę, że błądzimy i nie wiemy gdzie jesteśmy. Ogarnęła nas zgroza. Pomimo chłodu miałam czoło zroszone zimnym potem i zrezygnowałam z udawania zucha.
- Mamo, ja się boję! - wyszeptałam. - Gdzie my jesteśmy?
Mama mocno ścisnęła mnie za rękę.
- Nie wiem, córuniu. Lepiej się nie odzywajmy, bo licho nie śpi.
W tę ulicę weszłyśmy, mijając tunel.
 Zdajemy sobie sprawę, że zaczynamy kręcić się w kółko, błądząc po kompletnie zrujnowanej dzielnicy. Matko Najświętsza, zgubiłyśmy się w gruzach, nie wiemy dokąd iść i nie mamy kogo spytać się o drogę. Przyśpieszamy kroku i staramy się iść w jednym kierunku, ale nie orientujemy się, czy zbliżamy się, czy może oddalamy od domu. Nielubiany dom Frau W. nagle wydaje mi się bezpiecznym azylem, jasną przystanią, do której uparcie zmierzamy. Z obu stron ulicy widzimy same gruzy, a raczej wydaje się nam, że widzimy, bo mgła gęstnieje, zasłaniając wszystko grubym welonem. Byłyśmy prawdopodobnie na niemal całkowicie zburzonej ulicy Prusa i kręciłyśmy się, nie widząc z niej wyjścia. Dokoła nas panuje cisza, ale w tej mgle wszystko jest względne, a cisza jest tylko pozorna, bo nagle słyszymy przed sobą ostry terkot broni maszynowej, a kule biją po murze nad naszymi głowami. Ktoś wrzeszczy, a zaraz potem rozlegają się strzały i jęk:
- Hilfe, hilfe2!....
Potem ze wszystkich stron wybuchają ochrypłe wrzaski. Strzelanina się wzmaga, nie wiemy, kto do kogo i po co strzela. Przerażone, zaczynamy uciekać, potykamy się i padamy, podnosimy się i biegniemy dalej. Kolana mam pozbijane do krwi, ale nie możemy się zatrzymać, bo to śmierć. Skręcamy w jakąś wąską uliczkę. Z jednej strony jest wysoki mur, z drugiej gruzy. Prędko orientujemy się, że jesteśmy w ślepym zaułku. Przed nami znowu wyrasta mur. Zawracamy i uciekamy z powrotem dosłownie w ostatniej chwili. Za plecami naraz potężna eksplozja. Pęd powietrza niemal zwala nas z nóg, odłamki świszczą w powietrzu, tnąc pobliskie ruiny. Mama podrywa się i ciągnie mnie za sobą. Pędzimy przed siebie, wykręcając sobie nogi na nierównościach ulicy. Zaczynam odmawiać pacierz, lecz słowa modlitwy uciekają mi z pamięci, gubię wątek i tylko bełkoczę coś bez sensu. Mama pochyla się ku mnie.
- Co mówisz? - pyta zdyszanym głosem.
- Modlę się. - odpowiadam, chwytając gwałtownie oddech.
- Co mówisz? - ponownie pyta mama.
- Cholera, modlę się! - wrzeszczę z wściekłością, zapominając o zachowaniu ciszy. Zresztą strzały nie milkną i o ciszy nie ma mowy.
Weszłyśmy w te gruzy.
Mama jest tak przerażona, że zapomina skarcić mnie za przekleństwo. A jednak Bóg nas strzegł. Wybuch, jaki słyszałyśmy za sobą, to z pewnością rzucony w zaułek granat. Gdybyśmy stamtąd nie uciekły w ostatniej chwili, eksplozja rozdarłaby nas na sztuki. Wpadamy w jakąś uliczkę w połowie zabudowaną i nadal nie wiemy gdzie jesteśmy. Z jednej strony wysoki mur, a z drugiej, kilka domów, jakby piętrowe wille.... Za nami biegną jacyś ludzie, słyszymy ciężki tupot podkutych butów. Już nie wiemy gdzie możemy się ukryć i nie mamy siły, żeby dalej uciekać. Przysiadamy na ziemi w jakimś załomie murów, dygocząc ze zmęczenia i strachu. Serce podchodzi nam do gardła i bije tak mocno, że nie mogę przez chwilę zaczerpnąć powietrza. Ktoś przebiega koło naszej kryjówki. Rozlega się wystrzał z karabinu i człowiek z jękiem wali się na ziemię. Mama zatyka mi ręką usta, żebym nie krzyczała, ale ja nawet nie mam siły wydać z siebie głosu. Trzęsę się tylko cała, jak w ataku febry. Nie ruszamy się z miejsca i czekamy, aż się cokolwiek uspokoi. Nie rozumiemy, dlaczego ci ludzie otworzyli ogień, przecież nic nie widać w tej mgle. Oberwać można było tylko przypadkiem.
 Niespodziewanie czuję lekki powiew wiatru. Skulone, siedzimy dalej w naszym kąciku, bo cały czas w pobliżu kręcą się jacyś ludzie, z pewnością w złych zamiarach. Czas wolno mija, a wiatr staje się coraz silniejszy i rwie mgłę na strzępy. Nad nami ukazuje się czyste niebo i gwiazdy. Wzrok z wolna przyzwyczaja się do ciemności. Widzimy przed sobą jakby niewielki park i wysokie drzewa. Ponad nimi wznosi się w górę jakiś smukły ciemny kształt.
Mama chwyta mnie w ramiona i całuje.
- Patrz, córuniu! - woła radośnie. - To wieża kościoła!
Ta wieża uratowała nam życie. Świetnie zachowane mury obronne z XV w.
 O, dzięki Ci Boże! Kamień spada nam z serca, bo naprzeciwko kościoła stoi dom Frau W. Jesteśmy uratowane! Przez cały czas błąkałyśmy się w pobliżu kościoła, lecz ze względu na gęstą mgłę wcale go nie widziałyśmy. Chyłkiem wymykamy się z naszej kryjówki i biegniemy w kierunku zbawczego kościoła. Ale nasza radość jest przedwczesna, za nami ukazuje się grupa pijanych żołnierzy radzieckich. Zobaczyli nas i wołają, żebyśmy się zatrzymały. Prędko zbiegamy po przykościelnych schodach i resztką sił dopadamy domu. Pokonujemy kilka schodków i stanąwszy pod bramą, walimy pięściami w zamknięte drzwi, wołając Frau W. aby nas wpuściła do środka. Na parterze, w oknach mieszkania lekarki widać światło, choć okna przysłonięte są gęstymi kotarami. Kiedy pukamy, światło natychmiast gaśnie. Wołamy, kopiemy w drzwi, ale nikt nie otwiera. Natomiast pijani prześladowcy są już bardzo blisko i biada nam, jeśli wpadniemy im w łapy. Niemka wyraźnie nie chce nas wpuścić i cały dom robi wrażenie wymarłego, choć wiemy, że są tam ludzie.
Kolana mam pozbijane do krwi, a szalony strach podnosi nam włosy na głowach. Wrzeszczymy, całym ciężarem ciała rzucając się na te przeklęte drzwi i jak wystrzelone z procy wpadamy do sieni. Stajemy zaskoczone i kompletnie oszołomione. Frau W. niewzruszenie spokojna, starannie rygluje bramę. Mama zduszonym z wściekłości głosem pyta, dlaczego tak długo musiałyśmy czekać na otwarcie bramy?
- Długo? Ależ otworzyłam zaraz, jak tylko usłyszałam pukanie. Spałam, a sen mam mocny.- odpowiada Niemka, robiąc zdumioną minę.
Stoi przed nami kompletnie ubrana, w turbanie na zaondulowanych włosach i w bucikach na nogach. Naraz robi mi się niedobrze. Mam zawroty głowy i jestem do niczego. Słabo mi ze zmęczenia i głodu, ale również z dziwnego zapachu unoszącego się w całym domu. Mama marszczy brwi i krzywi się z obrzydzeniem. Eter! Po co komu eter? Szczęśliwie pijani żołnierze poszli sobie dalej, zadowoliwszy się paroma kopnięciami w bramę. Może powstrzymały ich dwujęzyczne tablice głoszące, że są tu kwatery oficerów? Nie wiem. Zapach eteru dotarł aż na piętro i Mama otworzyła okno, aby porządnie wywietrzyć pokój. Stoję przy niej i wdycham głęboko chłodne, czyste powietrze.
Odgruzowanie Rynku. To była ciężka, fizyczna praca mieszkańców miasta.
 2Hilfe! - Ratunku!