środa, 28 grudnia 2016

POSZUKUJĘ SKARBÓW!


28 grudnia 2016 r.
Zachodnia pierzeja Rynku. Całkowicie odbudowana po wojnie.
W miarę upływu czasu, przybywało w mieście coraz więcej sklepów prywatnych i państwowych. Mięsa było pod dostatkiem, a wędliny wprost palce lizać! Otworzyli sklep i warsztat masarski państwo Kurzawscy z Poznania, wytwarzający znakomite przetwory mięsne, znane w Wielkopolsce. To u nich mama zaopatrywała się w wędliny i mięso. Sklep znajdował się na rogu ul. Karpeckiej i 1- Maja, w nie istniejącej już kamienicy, a szeroki asortyment wędlin, przyprawiłby o zawrót głowy dzisiejszych wytwórców. Zaraz po nich, otworzyli sklep mięsny państwo Kumosińscy, Borowieccy i Czubkiewiczowie. Na miejscu dzisiejszej restauracji „Pod Aniołem” w Rynku, pan Bonin otworzył pierwszą drogerię. Mama kupowała u niego wodę kwiatową „Chypre” i krem „Śnieg Tatrzański” z krakowskiej firmy Miraculum. Do dzisiaj pamiętam ten śliczny liliowy zapach.
 Nie istniejąca część Rynku. Pierwszy budynek po prawej Hotel Piastowski, środkowy. dawna restauracja"Lwowianka" potem sklep MHD i Uniwersal.
Także w Rynku, w miejscu dzisiejszej Cepelii, otworzyła komis pani Miąskowa. O ile mnie pamięć nie myli, również w Rynku pani Lisiecka miała sklep odzieżowy. Tam gdzie dziś mieści się w Rynku sklep z porcelaną i szkłem, był niewielki lokal „Lucynka”, z wieczornym dansingiem. W nieistniejącej już kamienicy, obok również nie istniejącego hotelu „Piast”( obecnie trawnik w dole kościoła) porucznik A. otworzył restaurację z dansingiem „Lwowianka”. Do dobrego tonu należało wtedy, spotkać się tam wieczorem ze znajomymi na kolacji, przy muzyce i trochę potańczyć.
Ten sam fragment miasta, lecz jeszcze z czasów niemieckich. Kamienica z attyką i następne zburzone w czasie wojny.
Powoli zaczynaliśmy żyć jak ludzie cywilizowani. Przedwojennym zwyczajem, w niedzielę Mama nie gotowała obiadu, tylko szliśmy we trójkę, lub w towarzystwie znajomych oficerów, do restauracji „ U kuchmistrza” na ulicy 1- Maja. Obecnie mieści się tam chyba warsztat krawiecki. Mój Boże, takiego sandacza, takich jajek faszerowanych i kotleta schabowego już nigdy nie będę jadła. To był znakomity przedwojenny restaurator, jakich dziś chyba już nie ma.
Na święta, tradycyjnie zjeżdżała się rodzina i przychodzili znajomi. Było bardzo   wesoło! Mama przygotowywała mnóstwo ciast. Nie piekła ich w domu, lecz u piekarza, mającego zakład w podwórzu przy ulicy Chrobrego i Ciesielskiej. 
Z Gdyni przyjeżdżał mój ukochany brat cioteczny Stefan, marynarz służący na na okręcie wojennym. Byłam z niego taka dumna i lubiłam chodzić  z nim na spacery, i patrzeć jak ludzie się za nim ogladają, szczególnie panny, bo był bardzo przystojny.. Z Rzeszowa przybywała ciocia Stasia i dawała nam koncerty na odrestaurowanym pianinie. W soboty odbywały się w naszym mieszkaniu próby kabaretu wojskowego. Schodziło się tyle osób, że nie dla wszystkich starczyło miejsca, więc panie i panowie rozsiadali się na dywanie przykrywającym podłogę w gabinecie.
Nasz gościnny dom, upatrzyli sobie oficerowie z DOW we Wrocławiu i przyjeżdżali do nas, jak do hotelu, przekonani, że zawsze zostaną mile przyjęci i poczęstowani obiadem.W ten sposób oszczędzali diety przeznaczone na wyżywienie. Potrafili obudzić nas w środku nocy, bo akurat wtedy przyjeżdżał pociąg. W końcu Mamie się to znudziło i poradziła panom uprzejmie, żeby poszukali sobie noclegu w hotelu oficerskim, spożywając posiłki w kasynie!
Przy ulicy Daszyńskiego otwarto sklep spożywczy, a w nieistniejącym dziś domu, na miejscu sklepu obuwniczego, był sklep państwa Kuczmów.
Północna pierzeja Rynku. Tu znajdowały się pierwsze sklepy, drogeria, księgarnia i szewc, oraz restauracja "Lucynka".
Na Asnyka, tam gdzie dziś jest sklep z materiałami, był budynek Straży Pożarnej, bo reszta ulicy leżała w gruzach. Po drugiej stronie ulicy, chyba na miejscu Placu ks. Popiełuszki, znajdowało się gospodarstwo i tam chodziliśmy po mleko prosto od krowy!
 Na ulicy Kubika, pan Najder otworzył pierwszą w mieście aptekę. Wielka szkoda, że została zlikwidowana, bo znajdowały się w niej piękne zabytkowe meble. Z pierwszych bolesławieckich lekarzy, zapamiętałam doktora Markiewicza i leczących nas lekarzy wojskowych: doktora Kłosowskiego i bardzo przystojnego doktora Dubrawę, mającego piękną żonę i śliczną córeczkę Kingę.
Ten dom ma historię. Nocowali tu Napoleon, car Aleksander I i  feldmarszałek Blucher.
 Doktor Józef Kłosowski uratował Ojcu nogę przed amputacją, operując go w naszym mieszkaniu! Wyciągnął Ojca z czerwonki i ropnego zapalenia woreczka żółciowego, a mnie z ciężkiego porażenia kręgosłupa, stając się naszym lekarzem domowym. Był znakomitym lekarzem, byłym żołnierzem AK i uczestnikiem Powstania Warszawskiego. Przypominam sobie wspaniałego doktora Stępienia, późniejszą sławę medyczną, ordynatora Kliniki Chirurgicznej w Krakowie. Będąc naszym gościem, wyprosił Mamę z kuchni i przewiązawszy się jej fartuszkiem, przygotował nam przepyszny rosół z bażanta, upolowanego przez Ojca. Ja i mama siedziałyśmy sobie w tym czasie w gabinecie i chrupałyśmy jabłka....
W tych pierwszych latach po wojnie, na terenie całych Ziemiach Odzyskanych, wybuchła istna epidemia poszukiwania skarbów, rzekomo ukrytych przez Niemców. Owszem, zdarzało się, że od czasu do czasu, ktoś znajdował przypadkiem ukryte jakieś drobne błyskotki. Ludzka wyobraźnia zaraz mnożyła te „skarby”, zamieniając je, w co najmniej, klejnoty koronne! Ludzie dosłownie dostawali bzika i demolowali własne mieszkania, rozbijając ściany, przekuwając piwnice i przekopując ogrody, w chęci łatwego wzbogacenia się. Dla mnie to szaleństwo omal nie skończyło się tragicznie.
Niekiedy znajdywano cenne rzeczy.Skarb Napoleona.
 Przypadkiem usłyszałam, że jakaś pani znalazła w piwnicy skrzynkę z biżuterią o dużej wartości. Przetrawiwszy tę doniosłą informację, postanowiłam sama zająć się poszukiwaniem skarbów, bo wiedziałam z doświadczenia, że w tej sprawie na rodziców liczyć nie mogę. Jakoś nie byli tym zainteresowani. Dziwne, co? Najpierw zaczęłam ostukiwać ściany w naszym mieszkaniu, poszukując ukrytego w nich schowka. Mama i Tata przyglądali się moim poczynaniom z lekkim osłupieniem i pobłażliwym uśmiechem. Wszak dzieci mają bujną fantazję, z której po latach wyrastają. No, nie zawsze, jak w moim przypadku!....
Machnęłam na nich ręką, wyobrażając sobie miny rodziców, kiedy ujrzą znaleziony przeze mnie skarb! Doszłam do wniosku, że nasze mieszkanie nie kryje żadnych tajemnych schowków. Wobec tego, postanowiłam szukać w innych miejscach.
Pewnej letniej niedzieli, wybieraliśmy się z wizytą do znajomych. Mama wystroiła mnie w białą tiulową sukienkę i poleciła, żebym przez chwilę pobawiła się na podwórku do chwili, aż Ojciec się przebierze. Wyszłam na podwórze i spojrzałam na ruinę sąsiedniego domu, która intrygowała mnie od pewnego czasu. Kamienica runęła pod uderzeniem pocisku, czy bomby, aż gruzy wysypały się na podwórze, ale dziwnym trafem piwnice ocalały. Po zasypanych cegłami schodkach, zeszłam do ciemnego podziemia i znalazłam się w długim, mrocznym korytarzu. W stęchłym mroku, rozświetlonym jedynie małą szczeliną w pękniętym suficie. Rozglądnęłam się uważnie, od czasu do czasu pukając w ściany kawałkiem cegły, aby sprawdzić, czy nie trafię na próżnię. Nic nie znalazłam i zawiedziona dotarłam do końca korytarza. Nagle pod nogami usłyszałam głuchy odgłos. Podniecona, zaczęłam gorączkowo odrzucać gruz i kawałki muru, nie zważając, że moja śnieżna sukienka stała się naraz dziwnie szara. Uklękłam na posadzce, grzebiąc zawzięcie i wkopując się coraz głębiej. Ręce krwawiły mi, poranione o ostre krawędzie cegieł i potłuczone szkło. Oberwałam falbankę u sukni, a wielka kokarda przekrzywiła mi się na jedno oko i przeszkadzała w pracy. Zerwałam ją z głowy i odrzuciłam zdecydowanym ruchem. Teraz już byłam pewna, że jestem na dobrym tropie! Co znaczyła podarta suknia i kokarda, w porównaniu ze skarbem, który za moment znajdzie się w moich rękach.
W wyobraźni widziałam już siebie, niosącą w strzępkach tiulowej sukienki wspaniałe klejnoty: brylantowe naszyjniki, złote pierścienie i bransolety usiane drogimi kamieniami. Widziałam Mamę, załamującą ręce na mój widok, a potem zdumioną i olśnioną widokiem znalezionych skarbów. Były to tak piękne marzenia, że nie mogłam się już doczekać tej cudownej chwili. Pod odrzuconym gruzem ukazał się okrągły stalowy właz, zamykający wejście do lochu, w którym Niemcy z pewnością ukryli kosztowności. Złapałam stalowe ucho i szarpnęłam, ale zaledwie drgnęło... Oj, ciężko! Poranione ręce bolały mnie bardzo, więc zawinęłam ucho w skraj sukienki i z całej siły pociągnęłam, stojąc w szerokim rozkroku, zgięta jak scyzoryk. Ciężki właz z hukiem odleciał, a ja z rozpędu wpadłam w okrągły otwór! W ostatniej chwili wpiłam się palcami w obudowę włazu i zawisłam nad otchłanią.
Muzeum marszałka Kutuzowa. W każdy dzień świąteczny przyjeżdżali tu żołnierze radzieccy.
Na moment strach sparaliżował mnie całkiem i wisiałam nieruchomo, wszczepiona kurczowo w stalowy pierścień włazu. Czułam, że ciężar ciała ciągnie mnie w głąb studni i że pogrążam się w gęstej, obrzydliwie cuchnącej mazi. Zaczęłam rozpaczliwie szukać nogami jakiejś szczeliny, aby wetknąć tam stopę i podnieść się do góry. Ale moje wierzgające nogi ciągle trafiały na gładką i oślizłą ścianę. Palce omdlewały mi od dźwigania ciężaru ciała, sprawiając okropny ból. Zdawało mi się, że lada chwila krew tryśnie mi spod paznokci. Z otworu studni wydobywał się ohydny smród, zatykając mi oddech i odbierając prawie przytomność. Obawiałam się, że za kilka sekund palce odmówią mi posłuszeństwa i runę w cuchnącą głębię studni. Zrobiło mi się słabo, żołądek podchodził mi pod gardło, a przeraźliwy strach dosłownie mnie paraliżował. Czując nadchodzącą śmierć, zaczęłam się miotać i naraz moja prawa stopa natrafiła na wąską szczelinę w ścianie studni. Zebrałam resztę sił i wsunąwszy w nią koniec sandałka, jak sprężyna rzuciłam się w górę. Wpół żywa i niemal uduszona, upadłam na cementową posadzkę i nie miałam siły, żeby się podnieść. Byłam w okropnym stanie, miałam straszne zawroty głowy, męczyły mnie wymioty, a ramiona i palce bolały jak powyrywane. Spod paznokci sączyła się krew. Leżałam długo dysząc jak astmatyk i nie miałam siły żeby cieszyć się, iż uniknęłam okropnej śmierci. Modliłam się tylko, jak jeszcze nigdy w życiu.
Rosną nowe domy.
Dopiero po jakimś czasie podniosłam się i wolno, jak zgrzybiała staruszka, krok za krokiem, powlokłam się po schodkach i wyszłam na podwórze. Oślepiło mnie jaskrawe światło słońca, oparłam się o mur i z rozkoszą wdychałam świeże powietrze, pachnące kwiatami. Każda żyłka trzęsła się we mnie ze strachu i wstrząsającego przeżycia. Pościerane do krwi ręce i nogi nieznośnie piekły, a serce waliło tak mocno, że chwilami nie mogłam złapać tchu. Z oddali usłyszałam nawołujący mnie głos Mamy, ale nie miałam siły żeby odpowiedzieć. Szukająca mnie na podwórzu Mama, nareszcie mnie dostrzegła i z przerażenia chwyciła się za głowę.
- Jezus Maria, Ela, jak ty wyglądasz?
Jej głośny okrzyk przywołał Ojca i kilku żołnierzy, opalających się w ogrodzie. Otoczyli mnie kołem, wpatrując się we mnie z otwartymi ustami. Zrobiłam niewinną minę i nieznacznie zaczęłam się otrzepywać z oblepiającej mnie mazi.
- Gdzie ty się podziewałaś? Szukam ciebie od godziny! Boże, jak ty wyglądasz! - lamentowała Mama, przezornie trzymając się z dala ode mnie. - Co ty robiłaś?
- Szukałam skarbów. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
Chłopcy, jak na komendę, ryknęli śmiechem i zaczęli tarzać się po trawie piszcząc z uciechy. Rodzice patrzyli na mnie z niedowierzaniem, a potem także się roześmieli. Obserwowałam ich twarze i urażona okazywaną wesołością, nic z tego nie rozumiałam.
- Szukałaś skarbów i je znalazłaś, bo cała jesteś nimi oblepiona! - rechotali żołnierze, nie przestając się śmiać i ocierając łzy płynące im z oczu.
Spojrzałam po sobie i omal nie padłam ze wstydu. Do połowy ciała unurzana byłam w... Ach, szkoda gadać! To świństwo ściekało mi po sukni, chlupało w butach, oblepiało nogi. Cuchnęłam jak skunks!
Pierwsza opanowała się Mama i trzymając się ode mnie z daleka, poleciła mi zrzucić całą podartą odzież. Dwaj żołnierze przynieśli dużą cynową wannę i Mama, zmieniając co chwilę wodę, prała mnie co najmniej pół godziny! Jednocześnie prawiła mi kazanie, od którego wolałabym kilka mocnych klapsów. Nikt jednak nie pytał mnie co wolę, więc musiałam w pokorze wysłuchać wielu przykrych słów. Potem wysmarowała mnie dokładnie spirytusem i maściami przeciwgrzybicznymi.
Znak rozpoznawczy Bolesławca - wyroby ceramiczne.
 Kiedy przyciśnięta do muru wyznałam, co się wydarzyło, natychmiast przestano się ze mnie śmiać, a Mama omal nie zemdlała, wyobraziwszy sobie, jaką potworną śmiercią mogłam zginąć. Ojciec ochłonąwszy z wrażenia zagroził, że osobiście sprawi mi lanie oficerskim pasem, jeżeli nadal będę postępowała bez zastanowienia, i narażała się na niebezpieczeństwo. Przez dłuższy czas, Mama w obawie o moje życie, nie puszczała mnie na krok od siebie, wiedząc z doświadczenia, że kocham szukać guza. Chłopcy dokuczali mi niemiłosiernie, ale ta straszna przygoda oduczyła mnie raz na zawsze od pasji poszukiwania skarbów. Przez wiele lat nawiedzały mnie we śnie koszmary, że wiszę nad niezgłębioną studnią, a potem w nią wpadam. Lata pionierskie przyniosły mi jeszcze wiele przygód, mniej lub bardziej niebezpiecznych, lecz to już osobny rozdział mego życia i do tej historii nie należy.  c.d.n.