środa, 21 grudnia 2016

WIDZIAŁAM COŚ, CZEGO WIDZIEĆ NIE POWINNAM.


21grudnia 2016 r.
Bolesławiec obecnie.Świąteczne dekoracje Rynku.
Po tylu emocjach najwyższy czas na kolację. Biorę czajnik i idę do kuchni, żeby zagotować wodę na herbatę. Dopiero teraz czuję, jakie mam pragnienie, język suchy jak wiór i obolałe gardło. Otwieram drzwi i wchodzę do kuchni, ale na progu zatrzymuję się jak wryta. W kuchni, niewielkiej i długiej jak szuflada, jest pełno mężczyzn. Potężne chłopy stoją pod ścianami, cudacznie poubierani. Do mundurowej kurtki, cywilne spodnie, lub na odwrót. Na głowach mają czapki nasunięte na oczy, a na nogach ciężkie, z pewnością wojskowe buty, mocno zabłocone. Jest dosyć ciemno i nie mogę się zorientować ilu ich tu jest. Boję się im dokładnie przypatrywać, bo oni obserwują mnie z zaskoczonymi minami. Widać nie spodziewali się tu nikogo obcego. Ten ich złowrogi bezruch i zimny, nieruchomy wzrok sprawia, że ogarnia mnie przerażenie. Stoję między nimi, taka mała i bezbronna. Wystarczy jeden chwyt za gardło, żeby zdusić mnie jak kurczaka.
Miasto podnosi się z gruzów.Było ciężko.
Jestem tylko sześcioletnim dzieckiem, ale mam za sobą okupacyjne doświadczenie. Wiem, że nie wolno mi okazać strachu i dać im do zrozumienia, że widzę coś osobliwego. Udaję więc, że wcale nie zwróciłam na nich uwagi i drżącymi wargami uśmiecham się do osłupiałej Frau W. Grzecznie dygam i mówię układnie:
- Guten Abend.
Gospodyni patrzy na mnie, jak na zjawę nie z tego świata. Podaję jej czajnik i proszę o gorącą wodę. Niemka odwzajemnia się wymuszonym grymasem, imitującym uśmiech.
- O Fraulein Elza. Guten Abend.
Czekam więc udając, że nic ciekawego nie widzę. Gospodyni krzywi się do mnie, a ja do niej w fałszywym uśmiechu i obie robimy dobre miny do bardzo złej zabawy. No, nareszcie! Woda kipi, więc biorę czajnik, ponownie grzecznie dygam i kieruję się ku drzwiom. Mężczyźni ustawili się pod ścianami w milczący dwuszereg, muszę przejść między nimi. Idę tym szpalerem, życząc gospodyni dobrej nocy. Cały czas czuję na sobie wzrok tych mężczyzn i ciarki biegną mi po kręgosłupie.
Spokojnie wchodzę do pokoju i wręczam Mamie czajnik, a potem cała rozdygotana, z napiętymi jak struny nerwami, rzucam się z płaczem na łóżko i opowiadam Mamie o nowej przygodzie. Na nieszczęście, Mama przyzwyczajona do mojej zbyt wybujałej wyobraźni, nie daje mi wiary i bagatelizuje moją relację. Oburzona taką niesprawiedliwością, upieram się, żeby sama poszła do kuchni i przekonała się na własne oczy, że powiedziałam prawdę. Mama patrzy na mnie przeciągle i wreszcie zgadza się iść ostrzegając, że za kłamstwo zostanę ukarana. Bierze pusty już czajnik i idzie do kuchni, żeby go oddać. Czekam spokojnie, pewna tego, co widziałam. Po chwili wraca Mama. Rozgniewana, daje mi mocnego klapsa, każe zjeść kolację i zaraz pójść do łóżka.
- Zależy ci na tym, żeby mnie denerwować? Dlaczego kłamiesz, przecież w kuchni nie ma nikogo, a Frau W. już w szlafroku i idzie spać! - woła ze złością.
Jestem ogromnie rozżalona, bo mówiłam prawdę, nic nie koloryzując. Spłakana, głodna i obrażona, odmawiam zjedzenia kolacji i wypiwszy tylko herbatę, kładę się do łóżka. Ale nie mogę zapomnieć o tym, co widziałam i zastanawiam się, kim byli ci mężczyźni i co robili w mieszkaniu gospodyni? Wzdycham stwierdzając, że ten dom doprawdy jest bardzo tajemniczy.
Defilada radzieckiego wojska przed Pomnikiem Kutuzowa 1945 rok.
Zasypiam w końcu dręczona lękiem i budzę się rano z dosyć wysoką gorączką na tle nerwowym. Ostatnie dramatyczne przeżycia wyraźnie szkodzą mi na zdrowie. Mama złagodniała i jest dla mnie bardzo czuła, a nawet próbuje mnie ponownie wypytywać o tych mężczyzn w kuchni, ale ja zacinam się i milczę.
Dni płyną jeden za drugim, monotonne i nudne. W obawie nowej, niefortunnej przygody, nie wychodzimy z domu po zmierzchu. Obie nie czujemy się tu dobrze, przyzwyczajone do kontynentalnego klimatu Małopolski. Bolesławiec leży w głębokiej niecce, od południa zasłonięty przez masyw Karkonoszy, które zatrzymują ciepłe wiatry. Ziemie są tu bardzo bogate w złoża miedzi, lecz samo miasto leżące na bagnistym terenie, w pobliżu puszczy wodnej, nie jest zdrowe, bo brak tu jodu. Stąd często występujące choroby serca, żołądka, tarczyca i reumatyzm. Dokucza nam także bezczynność i marzymy o pozbyciu się opieki gospodyni. Stwierdziłyśmy, że znajdujemy się pod dyskretną, lecz ciągłą obserwacją. Frau W. nie spuszcza z nas oka.
Pewnego dnia mamy okazję poznać naszego sąsiada z frontowego pokoju. Oficer radziecki jest bardzo przystojny i kulturalny. Nosi się elegancko, a jego czystość jest aż przesadna. Frau W. narzeka do Mamy, że pan oficer codziennie zmienia koszule, a ona musi je prać. Rosjanin z zawodu jest artystą malarzem, a z jego półsłówek domyślamy się, że pochodzi z dobrej, inteligenckiej rodziny. Jest wykształcony i mówi biegle po niemiecku. Ponieważ nie znamy języka rosyjskiego, rozmawia z nami po niemiecku. Oficer rzadko przebywa w domu, a my cieszymy się, że mamy takiego uprzejmego i kulturalnego sąsiada, bo obawiałyśmy się, iż będzie to jakiś brutal i alkoholik.
Oficerowie RKU na zrujnowanym Rynku. Ojciec pierwszy z lewej.
 Na moje imieniny, przypadające 19 listopada, spotyka nas przemiła niespodzianka. Przyjechał Tatuś! Wpadł dosłownie na jeden dzień, żeby złożyć mi życzenia i wręczyć prezenty. Dostałam dużą, piękną lalkę i wózek dla niej tak obszerny, że od biedy sama mogę się w nim zmieścić. Natychmiast poczułyśmy się pewniej, tym bardziej, że Ojciec obiecał zaraz po powrocie, zająć się wyszukaniem dla nas wygodnego mieszkania. Cudownie!
- Och, jak dobrze! - zawołałam z entuzjazmem. - Zamieszkamy w jakiejś ładnej willi, prawda?
- Owszem, kotku. A na drugi dzień po przeprowadzce, rodacy wyprawią wam uroczysty pogrzeb! - oświadczył Ojciec, z miejsca mnie gasząc. - Zamieszkamy w budynku obok RKU, bo tylko tam będziecie z Mamą bezpieczne.
Poczułam się strasznie rozczarowana, ale Ojciec wiedział, co mówi. Były to o tyle szczęśliwe czasy, że nikomu nie śniły się problemy z brakiem mieszkań. Zupełnie pustych domów było o wiele więcej, niż chętnych do zamieszkania. Na wieść o zbliżaniu się Armii Czerwonej, Niemcy w szalonym popłochu opuszczali miasto, pozostawiając meble, odzież w szafach i cały sprzęt gospodarski. Podobnie obawiali się wojsk polskich.
Wiedzieli, że Rosjanie nigdy nie zapomną im potworności konającego z głodu Leningradu, dramatu Stalingradu, tragedii palonych wsi i miast rosyjskich. Podobnie Polacy, nie darują im zrównanej z ziemią Warszawy, klęski 1939 roku i sześciu lat straszliwej okupacji. Im więcej ktoś z Niemców miał na sumieniu, w tym większym popłochu uciekał. Polski osadnik mógł sobie wybrać dowolną miejscowość, dom, czy okolicę, według gustu. Tylko o losie oficerów i żołnierzy decydował rozkaz.
Średniowieczne mury obronne miasta.
 Ale ta pozorna sielanka miała swoje bardzo ciemne strony. W tym czasie, nikt z nas nie był pewien życia. Ludzie starali się mieszkać blisko siebie, ażeby w razie potrzeby pośpieszyć sobie z pomocą. Cóż z tego, że zajmiemy jakąś willę, nawet z pełnym umeblowaniem? Będziemy z Mamą same, bo Ojciec przebywa całymi tygodniami w terenie z komisją poborową, i nie może zaopiekować się nami. Samotna młoda kobieta i dziecko, to wprost zachęta dla złoczyńców. Przyjdą w nocy, obrabują nas, zgwałcą i zabiją. Nie, nie warto upierać się przy zamieszkaniu w willi. Z żalem rezygnuję z marzenia o własnym domu.
Okazało się jednak, że istniała jeszcze inna możliwość urządzenia się wygodnie. Pewnego dnia, odwiedził nas urzędnik z wydziały kwaterunkowego i powiedział, że nie musimy wcale się wyprowadzać. Fakt, że w czasie wojny straciliśmy całe mienie, upoważnia nas do zajęcia poniemieckiego mieszkania z pełnym umeblowaniem. Mamy więc prawo legalnie zająć całe mieszkanie Frau W. która otrzyma pomieszczenie zastępcze, aż do chwili repatriacji do Heimatu.
Mama wysłuchawszy urzędnika z uwagą, powiedziała krótko i stanowczo:
- Nie chcę!
- Co pani robi najlepszego? - zdziwił się urzędnik. - Dlaczego nie? Przecież Niemcom nie dzieje się krzywda, tylko sprawiedliwość dziejowa. To oni rozpoczęli tę szaleńczą wojnę i dziś ponoszą jej konsekwencje. Czy pani wyobraża sobie, jak na pani miejscu zachowałby się Niemiec w czasie okupacji?
- Owszem.- powiedziała Mama z gorzkim uśmiechem. - Rodzina na kresach wschodnich miała piękny dom i ziemię. Ostrzeżeni w porę, musieli się natychmiast ewakuować, bo groził im Sybir. Moja siostra w Poznaniu, posiadała piękne mieszkanie, które spodobało się gestapowcowi. Otrzymała dwie godziny na usunięcie się z zajmowanego lokalu, pozostawiając w nim wszystko. Mogła wziąć z sobą jedną walizkę, nic więcej! Nasz dom rodzinny runął pod bombami, a moje śliczne mieszkanie w Cytadeli Poznańskiej, zostało zrównane z ziemią. To mało?
Urzędnik upierał się twierdząc, że mieszkanie Frau W. jest komfortowe i będzie nam tu wygodniej, niż w budynku obok RKU, gdzie nie ma takich wygód. Ale Mama nie dała się przekonać.
- Nie zamierzam być w niczym podobna do Niemców, bo doskonale wiem, co czuje człowiek, tracący dorobek całego życia. Poradzimy sobie bez ludzkiej krzywdy.
Urzędnik potrząsnął z podziwem głową, a przy pożegnaniu ucałował obie ręce Mamy.
Prawdę powiedziawszy byliśmy bardzo niezapobiegliwi i niezaradni, bo nawet Niemcy dziwili się Mamie, że nie zamierzała skorzystać z nadarzającej się okazji. Frau W. sama namawiała nas do zajęcia mieszkania uważając, że na tym skorzysta, bo będzie mogła wynieść stamtąd cenniejsze rzeczy, odzież i pościel. Inny lokator z pewnością nie zachowa się tak wielkoduszne, ( niemądrze) i nie pozwoli jej wziąć nawet jednego garnka. Lecz Mama nawet słuchać o tym nie chciała. Inni nie mieli takich skrupułów i bez namysłu osiedlali się w luksusowych willach, mieszkając w nich, lub wywożąc do Polski centralnej, całe wagony pięknych mebli, obrazy, kryształy, porcelanę, antyki z ograbionych pałaców i zamków. Między innymi z zamku w Kliczkowie. Dorabiali się na tym majątków, sprzedając wszystko za dolary. Szaber kwitł. Duże, doskonale zorganizowane bandy, buszowały po pałacach, zamkach i kościołach, w poszukiwaniu dzieł sztuki, wywożonych potem za granicę. Przed Polakami byli tu Rosjanie, a czego nie mogli wywieźć, barbarzyńsko niszczyli.
To był widok z okna domu Frau.W.
 Na przenosiny do nowego mieszkania, czekałyśmy jednak jeszcze dosyć długo. Po wyjeździe Ojca, dni upływały jednostajnie. Ja nadal bawiłam się z synami gospodyni i uczyłam ich po polsku, a oni mnie po niemiecku. Wspólnie objadaliśmy się słodyczami przywiezionymi przez Ojca i tylko ci dwaj mali chłopcy byli nam życzliwi i zadowoleni z naszej obecności. Reszta mieszkańców zaledwie nas zauważała. Kobiety z rodziny Frau W. mówiły nam przy spotkaniu „Guten Morgen” i na tym kończyły się nasze wzajemne korelacje.
Pewnego dnia, Mamę rozbolała głowa i powróciwszy z obiadu, położyła się do łóżka. Ja z chłopcami zabawialiśmy się w chowanego. Goniliśmy się po całym domu, wpadając po kolei do wszystkich pokoi. Widząc, że obaj chłopcy mnie doganiają, zbiegłam po schodach i przyczaiłam się koło drzwi mieszkania pani doktor Daum. Frau Arztin, rzadko bywała w domu i widziałyśmy ją wszystkiego coś trzy razy. Ledwie kiwnęła nam nosem. Usłyszałam, jak chłopcy na palcach schodzą po schodach, chcąc mnie przyłapać, więc aby się schować, odruchowo nacisnęłam klamkę i wpadłam do przedpokoju, a potem z rozpędu do gabinetu lekarki. To, co tam zobaczyłam sprawiło, że momentalnie zapomniałam o zabawie i nawet nie spostrzegłam, że chłopcy dogonili mnie i stanęli za moimi plecami nagle uciszeni.
Duży biały pokój z przysłoniętymi prześcieradłem oknami, pełen był półnagich mężczyzn, przeważnie młodych i dobrze zbudowanych. Ich złe, zacięte twarze natychmiast przypomniały mi scenę widzianą w kuchni. Wszyscy rozebrani byli do połowy ciała i stali jeden za drugim w zupełnej ciszy. Lekarka robiła im jakiś zabieg, pod podniesionym ramieniem. W całym pokoju unosił się mdlący, słodkawy zapach eteru, który nie wietrzał, pomimo uchylonych drzwi do kuchni i otwartego tam okna. To wszystko dostrzegłam jednym rzutem oka. Pozornie nic w tym obrazie nie było przerażającego. Ot, lekarka i pacjenci. A jednak stałam jak wmurowana i czułam wprost paraliżujący strach. Moje wtargnięcie zostało zauważone i mężczyźni zwrócili ku mnie twarze.
Doktor Daum kompletnie zaskoczona, odwróciła się ku mnie, trzymając w dłoni jakiś przyrząd lekarski. Wzrok tych stojących bez ruchu mężczyzn, wyrażał taką nienawiść i groźbę, że nie miałam wątpliwości, iż zobaczyłam coś, czego nie powinny ujrzeć oczy żadnego Polaka. Przez moment wszyscy przypominaliśmy aktorów w zatrzymanym kadrze filmowym. Naraz jeden z bliżej stojących Niemców, uczynił taki ruch, jakby zamierzał chwycić mnie za ramię. Wrzasnęłam wniebogłosy, odepchnęłam stojących mi na drodze chłopców i dałam szalonego drapaka! Na schodach obejrzałam się, czy ktoś mnie nie goni i kątem oka dostrzegłam lekarkę, jak ująwszy obu chłopców za kołnierze, wyrzuciła ich na korytarz, zamykając z hukiem drzwi.
Codzienne widoki miasta.
 Wpółprzytomna ze strachu, wpadłam do naszego pokoju, budząc Mamę z drzemki. Na wszelki wypadek zamknęłam drzwi na klucz, błagając Mamę, żeby nikomu nie otwierała. Słuchając mego chaotycznego opowiadania, Mama przez jakiś czas nie mogła zrozumieć, o co mi chodzi i czego się przelękłam. Próbowała mnie uspokoić mówiąc, że zobaczyłam u lekarza normalnych pacjentów. Aha! Wiedziałam swoje. To nie byli chorzy ludzie. Niechcący zobaczyłam zdrowych mężczyzn, którym niemiecka lekarka wykonywała jakieś zabiegi, być może niedozwolone. Świadczyły o tym środki ostrożności, cisza, przysłonięte okna, a przede wszystkim ich miny i spojrzenia, pełne zajadłej wrogości, jakimi mnie mierzyli. Prawdopodobnie widziani przeze mnie mężczyźni w kuchni, również byli przedtem u lekarki, a dziś ktoś zapomniał zamknąć drzwi do mieszkania doktor Daum na klucz. Zapewne wiedzieli, że byłam córką oficera i wpadłam do gabinetu razem z synami gospodyni. W przeciwnym razie mogłabym stamtąd żywa nie wyjść. Zaraz po wojnie ginęło bez śladu mnóstwo dzieci. Mój ośmioletni brat cioteczny Jędruś, wyszedł w Poznaniu z domu i nigdy więcej nie wrócił. Przepadł bez śladu, jak kamień wrzucony w wodę.

Moje miasto nocą.
Tego dnia nie wychyliłam już nosa z pokoju, chodząc za Mamą krok w krok. Wprawdzie nic niepokojącego nie zaszło, dopiero wieczorem zapukała Frau W. i z kwaśną miną poprosiła Mamę, żeby dopilnowała, bym nie biegała po domu i nie wchodziła do gabinetu lekarskiego, bo pani doktor skarży się, że przeszkadzam jej i denerwuję chorych. Oj, żebym się tak panicznie nie bała, to parsknęłabym jej śmiechem w nos. „Chorzy” wyglądali jak banda Ali Baby! Po wyjściu gospodyni, Mama zaczęła robić mi wymówki i prawić morały na temat dobrego zachowania w obcym domu. Byłam już opanowana i ponownie, że szczegółami, opowiedziałam o całym wydarzeniu, przypominając o scenie w kuchni. Tym razem Mama mi uwierzyła, przestraszyła się i zabroniła oddalać się z pokoju. Wieczorem, idąc z Mamą do łazienki, przelotnie widziałam Hansa i Fritza. Mieli czerwone policzki, ze śladami mocnych uderzeń i załzawione oczy. Wyobraziłam sobie, jakie lanie dostali za mnie i bardzo im współczułam. Od tego dnia zaczęli mnie unikać, widocznie zakazano im bawić się ze mną.
Moje miasto w letni dzień.
Przeczulone, często budziłyśmy się w nocy, słysząc na schodach ciężkie kroki i prowadzone szeptem rozmowy. Kilka razy widziałyśmy młodych mężczyzn ukradkiem wchodzących do gabinetu lekarki, a zapach eteru po prostu nas prześladował. Mama o nic nie pytała gospodyni i obie udawałyśmy, że niczego nie zauważamy. Było mi bardzo smutno, bo znowu nie miałam się z kim bawić. Lubiłam tych chłopców, byli tacy sympatyczni....
Ojciec powrócił na początku grudnia i natychmiast odbyła się przeprowadzka. Szalałam z radości! Wraz z pojawieniem się Ojca, tajemniczy mężczyźni zniknęli jak kamfora, a w gabinecie lekarskim siedziały zakatarzone babulinki. Zastanawiałyśmy się z Mamą, dlaczego Niemcy wcale nie krępowali się oficera radzieckiego, który bywał w prywatnych pokojach Frau W. częstym gościem. Kilka razy widziałam go nawet w towarzystwie doktor Daum. c.d.m.
Słynny bolesławiecki wiadukt, artystycznie oświetlany nocą.